Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... i Facebook.

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz prywatność. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet.

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na kontroli totalnej!

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Wyprawy

2018 Azja południowo – wschodnia

Napisał: Marcin Malik

2018 Azja południowo – wschodnia

 

Na kolejną wyprawę do Azji południowo-wschodniej wybrałem Filipiny, gdzie spędziłem najwięcej czasu. Oprócz tego pojechałem też do stanu Sabah na Borneo malezyjskim oraz do Sułtanatu Brunei. Moja 4 miesięczna podróż była okazją do zobaczenia malowniczych plaż i wodnych jaskiń, choć przemierzałem też dżungle i lasy mangrowe na małych łódkach. Miałem okazję zobaczyć orangutany i małpki proboscis oraz spotkać wielu dobrych i zabawnych ludzi. Udało mi się też wspiąć na najwyższy szczyt wyspy Borneo – Mt Kinabalu. Zarówno Filipiny jak i Malezja to kraje morskich potraw, egzotycznych owoców i orzechów kokosowych, które najlepiej smakują na plażach pod palmami. Wyjątkowe piękne były też błękitne wodospady ulokowane w dżunglii.

 

Plan wyprawy w 2018 roku

Około miesiąc temu wróciłem z mojej długiej wyprawy po Azji południowo – wschodniej. Moją podróż planowałem na 3 miesiące, lecz było tak dobrze i byłem w Azji tak szczęśliwy, że zostałem 4 miesiące. Azja południowo – wschodnia jest bardzo popularnym regionem z uwagi na swoje piękno naturalne oraz osobliwości przyrody, choć inni turyści wolą dobre jedzenie i masaże. W Azji płd-wsch byłem już wiele razy po wiele miesięcy i za każdym razem wybieram innem kraje. Tym razem wybrałem Filipiny, jako mój główny kierunek, gdyż właśnie oprócz Filipin, w tej części Azji przemierzyłem już prawie wszystkie kraje wzdłuż i wszerz. Oprócz tego udało mi się też odbyć bardzo interesującą wyprawę po stanie Sabah, na malezyjskim Borneo, oraz po Sułtanacie Brunei.

Wiejski krajobraz Filipin.

Z uwagi na to że Filipiny są krajem wyspiarskim, wiele razy poruszałem się promami i mniejszymi łodziami. Często też jeździłem autobusami, a na Borneo nieźle działał autostop. Odległości pomiędzy niektórymi wyspami Filipin były jednak tak duże, że branie łodzi się nie opłacało, tym bardziej że latanie na Filipinach jest bardzo tanie. Najczęściej korzystałem z Air Asia i Cebu Pacific, i to zarówno podczas lotów wewnętrznych jak i tych poza Filipiny. Wspominam o tym, gdyż 2 razy zaplanowałem moje loty w taki sposób aby mieć dłuższe postoje i zobaczyć jeszcze raz dodatkowe miejsca. Na przykład lecąc z archipelagu Semporna na Borneo malezyjskim, do Cebu City na Filipinach, zatrzymałem się na pół dnia w Kuala Lumpur, a potem jeszcze w Singapurze. Oczywiście w tych miastach już wcześniej byłem, ale wiele lat temu, dlatego chciałem jeszcze raz wyjść i zobaczyć główne miejsca. Zawsze tak robię gdy mam okazję.

Zdaję sobię sprawę, że w dwa czy nawet trzy miesiące nie będę w stanie zobaczyć całych Filipin, dlatego podczas tej wyprawy planuję zobaczyć cały archipelag wysp Visayas, natomiast z moimi kompankami podróży zamierzam także zobaczyć południową część wyspy Luzon oraz Bohol, gdyż one mają tylko miesiąc. Wyspy Palawan, Mindanao, północne Luzon oraz szereg mniejszych wysp, jak np. Mindoro czy Siargao zostawię na kolejny raz. Jeśli chodzi o Malezję to byłem już wszędzie, oprócz Sabah, i dlatego tym razem zamierzałem podróżować tylko po tym jednym stanie wyspy Borneo. W Brunei już też byłem, ale myślę że za krótko, i dlatego tym razem chciałem zobaczyć więcej.

Tarsier – najmniejszy naczelny na świecie, endemiczny gatunek wyspy Bohol; Filipiny.

Moja wyprawa okazała się więc wielkim sukcesem, gdyż zostałem o miesiąc dłużej, zobaczyłem więcej niż planowałem, i nie musiałem się śpieszyć. Poniżej zamieszcze krótkie, lecz pełne przydatnych informacji strzeszczenie na temat większości miejsc w których byłem. W ten sposób chcę dać ogólny zarys mojej wyprawy, natomiast dokładne relacje z podróży będą w relacjach z wypraw. W tym artykule będę się też starał zamieścić inne zdjęcia niż w aktualnościach na temat tych samych krajów.

Pierwsza podróż po Filipinach

Wyprawę po Filipinach planowałem już od wielu lat, i wiedziałem że będzie to inne doświadczenie niż w innych krajach Azji południowo-wschodniej. Podczas moich podróży nauczyłem się, że każdy kraj Azji południowo wschodniej jest inny, gdyż pomimo podobieństw ludzie w każdym kraju wykształcili narodowe zwyczaje oraz specyficzne kultury. Pomimo, że w Birmie, Tajlandii, Laosie, Kambodży i Wietnamie przeważającą religią jest buddyzm, to mimo wszystko każdy kraj jest inny, w każdym kraju są inne świątynie i inna architektura. Wybrane narody Azji południowo-wschodniej są więc do siebie podobne, ale na pewno nie takie same – co stanowi o tożsamości narodowej każdego z narodów, i której powagę staram się przekazać w dziale pt. “Polityka Prawdy”.

Filipiny są krajem katolickim, dlatego że były one kolonią Hiszpanii w latach 1521 – 1898. Dziś wiele miast i wsi, a także nazw ulic i nazwisk ma pochodzenie hiszpańskie. Także, kościół kotolicki jest bardzo popularny na Filipinach i jest blisko związany z kulturą tego kraju. Podaję tą informację aby pokazać, że różne kraje w tym samym regionie Azji mogą się od siebie bardzo różnić. Patrząc natomiast na Filipińczyków od strony rasowej, zdecydowanie różnią się oni od Tajów czy Wietnamczyków.

Kultowe jeepney to tradycyjny rodek lokomocji na Flipinach.

Filipiny zostały też kolonią amerykańską, gdy te postanowiły usunąć “demokrację” narzuconą przez Hiszpanię i wprowadzić swoją własną. Dzięki temu jest się łatwo komunikować po angielsku z Filipińczykami, choć z drugiej strony właśnie niestety przez Amerykę Filipiny stały się kierunkiem seks-turystycznym. Nie przez przypadek największe centrum prostytucji Filipin znajduje się przy dawnej bazie amerykańskiej w Clark. Dziś bazy amerykańskiej już nie ma, lecz miasto zamienione w burdel pozostało.

Manila i południowy Luzon

Zacząłem oczywiście od Manili, gdzie zobaczyłem hiszpański Fort Istramuros, wielką katolicką katedrę, oraz jeździłem po mieście przygodowym jeepney. Zatrzymałem się w dzielnicy Makati, gdzie było wiele hoteli, restauracji oraz także gabinetów dentystycznych, co polecam na Filipinach). Z drugiej strony na ulicy turystycznej stały też prostytutki; oraz co najgorsze, także mężczyźni przebrani za kobiety, umalowani jak upiorne lalki, i starajacy się sprzedać turystom. Było to obrzydliwe, odrzucające! Jakby tego było mało, zawsze było pełno ulicznych sprzedawców oferujących viagrę. Pomyślałem: “ach tak, a więc tak to się robi na Filipinach”. Mojego ostatniego dnia w Manili poszedłem do zoo, na Plac Rizala i do Chińskiego Ogrodu, a następnie wyjechałem z moimi kompankami podróży na południe.

Przez pierwszy etap podróży poruszaliśmy się po wyspie Luzon i zatrzymaliśmy się w Legaspi, aby stamtąd pojechać pojazdami czterokołowymi pod wulkan Mayon. Widziałem piękną przyrodę, palmy, bananowce, ruiny Casagwah oraz efektowną jaskinię Hoyap-Hoyopan. Wszędzie był wspaniała przyroda, kokosy oraz owoce kakao, mango i rambutany na drzewach. Kolejnym przystankiem było miasto Tacloban, skąd wybrałem się na wycieczkę do parku narodowego, oraz aby zobaczyć parę wodospadów i wykąpać się w rzece koło dramatycznych formacji skalnych. Było to także nasze pierwsze doświadczenie kuchni filipińskiej, filipińskiej wsi oraz sposobu życia ludzi. Większość domów było zbudowanych z bambusa i były one pokryte liśćmi palmowymi.

Katedra w Manili.

Wyspy Leyte i Samar

Moim następnym przystankiem było Tacloban – małe i przyjemne, lecz także brudne miasteczko, gdzie postanowiłem się zatrzymać aby mieć przerwę podczas drogi na południe. Naszą pierwszą wycieczką z Tacloban był wyjazd na plażę San Jose, lecz ta nie była atrakcyjna. Było pełno betonu i samoloty latały nisko nad głową, lecz woda była ciepła. Do San Jose pojechaliśmy głównie dlatego, że nie mogliśmy się doczekać kontaktu z morzem. O wiele bardziej interesujący był park narodowy Sohoton Caves and Natural Bridge Park na wyspie Samar, gdzie odbyliśmy rejs kajakiem i przeprawialiśmy się pieszo przez rejony gdzie kajak nie był się w stanie przedrzeć. Pływaliśmy też oczywiście pod malowniczym mostem ze skał, a następnie mieliśmy egzotyczny posiłek w domu z bambusów i liści palmowych. Następnego dnia pojechaliśmy też zobaczyć wodospad za parkiem, gdzie także pływałem w naturalnym basenie. Bardzo przyjemnym doświadczeniem było też małe miasteczko Sebey, także na wypie Samar, gdzie ludzie byli bardzo zaintersowani jedynymi białymi. W Sebey zjedliśmy dobry posiłek w bambusowej chatce, przygotowany przez miejscową rodzinę.

Bardzo przyjemna była też miejscowa plaża, około 3km za Sebey, o nazwie Bacubac. Na to właśnie czekaliśmy. W końcu znaleźliśmy się na szerokiej i długiej plaży, z białym piaskiem i palmami kokosowymi. Myślę, że właśnie na tym polega moje szczęście, gdyż jestem minimalistą i nie potrzebuję dużo aby być szczęśliwym. Bambusowa chatka pod palmami, oraz ludzie którzy szczerze się do mnie uśmiechali – to wszystko czego potrzebowałem. Oczywiście Filipińczycy byli bardzo podekscytowani na widok trzech „niedźwiedzi polarnych”, gdyż często nas tu nie widzą. Do Tacloban wróciliśmy autostopem na tyle ciężarówki.

Plaża w mało znanym Bacubac na wyspie Samar, o zmroku.

Zauważyłem że Filipińczycy prowadzili proste życie pod palmami kokosowymi i bananowcami oraz mieli swoje małe interesy. Były to najczęściej małe sklepy za ścianą z przeplatanych bambusów, gdzie sprzedawali kokosy, albo prowadzili swojego grilla i kuchnię domową. Bardzo często na Filipinach mieszkańcy grillowali mięso przed domem oraz wystawiali garnki na stół z przygotowanym przez siebie jedzeniem. Ja natomiast lubię wspierać lokalną ekonomię. Z punktu widzenia podróżnika przygodowego bylo to proste, interesujące życie, i te tradycje właśnie chciałem zobaczyć. Tyle mi wystarczyło do szczęścia. Na plażach Filipińczycy byli zazwyczaj zajęci budowaniem lub odnawianiem łodzi rybackich, oraz połowami ryb. Wówczas na grillu były już nie tylko kurczaki i wieprzowina, ale także ryby. Mi bardzo smakowała duradu oraz ryba latająca. Resztki jedzenia też się nie marnowały gdyż zawsze towarzyszyły mi psy i koty.

Południowe Luzon oraz wyspa Samar były jednak tylko przyjemnymi i wartościowymi przystankami, gdyż większość czasu z moimi kobietami zamierzałem spędzić na bardzo popularnym Bohol i przyległym Panglao. Nie chcieliśmy się jednak śpieszyć. Cały czas zmierzaliśmy do portu w Bato, skąd mieliśmy wsiąść do portu na Bohol, lecz postanowiłem że zatrzymamy się jeszcze w Polompon. Polompon okazało się bardzo przyjemnym małym miasteczkiem z dobrym bazarem rybnym, grillowanymi kurczakami oraz szerokim wyborem egzotycznych owoców. Siedząc na plaży San Juan jedliśmy lansunis, rambutany i mangostine, patrząc na morze. Oznacza to, że w naszej na pozór bogatej i dobrze zaopatrzonej Europie jednak nie ma wszystkiego.

Odbyliśmy też wycieczkę na bajeczną wyspę Kalanggaman, z białym piaskiem, palmami, z turkusową laguną dookoła, oraz wąskim pasmem piasku. Kalanggaman to idealna wyspa na robienie zdjęć do pocztówek perfekcyjnych miejsc. W Polompon bardzo miło spędziliśmy czas, i choć planowaliśmy zostać tylko 1 dzień, to zostaliśmy 3 dni. Filipiny nie tylko urzekają swoim pięknem i miłym stylem życia; one uzależniają i sprawiają że chce się zostać dłużej.

Wyspa Kalanaggaman, Leyte. To jest właśnie jedno z tych miejsc, które świadczą o pięknie Filipin.

Naszym ostatnim miejscem na Leyte było miasteczko portowe Bato, gdzie spaliśmy na łóżkach z bambusów, zjedliśmy kolację nad morzem, oraz wybraliśmy się do biednej wioski, spacerując pomiędzy małymi łódkami. Dzieci mieszkające w drewnianych domkach na balach bardzo się nami zainteresowały i zadawały pytania, a dorośli też chcieli rozmawiać. Zauważyłem że na Filipinach, które są rzadziej odwiedzanym kierunkiem, ludzie reagują z większym zainteresowaniem na widok białych niż w częściej odwiedzanych krajach regionu, przez co doświadczenie kulturowe jest bardziej realistyczne. Czasem wszystkie ciemne twarze były skierowane na nas, a my czuliśmy się wtedy jak śnieżne pantery które uciekły z zoo. Nasza biała rasa jest na Filipinach rzadkim gatunkiem.

Wyspy Bohol i Panglao

Na Bohol spędziliśmy najwięcej czasu i choć zobaczyliśmy całą wyspę bardzo dokładnie, to najpierw zatrzymaliśmy się na plaży Anda, gdzie są najlepsze plaże, jaskinie wodne oraz raj turystyczny. Anda była cicha i odosobniona, i to tam razem z moimi białymi kobietami doświadczyłem spokojnego, wiejskiego życia na Filipinach. Spacerując wśród bananowców i palm kokosowych docierałem do białych plaż z palmami chylącymi się do morza, oraz do jaskiń wodnych, które sprawiły mi największą przyjemność. Spośród wielu wycieczek odbyliśmy też wycieczę na motorowerze do kompleksu wodospadów ukrytych w dżunglii, zwanych Cam Umantad, po drodze zatrzymując się na grilla pomiędzy polami ryżowymi.

Następnie przenieśliśmy się na plażę Alona, na przyległej wyspie Panglao, która jest głośniejsza i bardziej turystyczna, lecz ciągle piękna. Mi osobiście bardziej podobała się spokojna Anda, lecz uważam że Alonę też trzeba zobaczyć. Gdy nacieszylliśmy się plażami, zabrałem moje kobiety na tygodniową wycieczkę po centralnym Bohol. Zobaczyliśmy oczywiście Czekoladowe Wzgórza oraz najmniejsze naczelne na świecie – tarsiery, choć odbyliśmy też rejs po rzece, zobaczyliśmy motylarnie, ogrody botaniczne i ciekawe zoo, gdzie moja mała blondynka karmiła młodą lwicę z butelki. Był to piękny czas wśród egzotycznej przyrody, malowniczych widoków, i w towarzystwie azjatyckich zwierząt.

Plaża na Panglao.

Nasze posiłki zazwyczaj mieliśmy w przydrożnych knajpach, zbudowanych z bambusów i liści palmowych. Zanim odprowadziłem moje kobiety to Tagbilaran, skąd miały lot, wróciliśmy jeszcze na Panglao, skąd popłynęliśmy na wyspę Balicasag aby pływać z żółwiami morskimi, oraz na pas piaskowy częściowo nad wodą, o nazwie Wyspa Dziewicza. Zabrałem też dziewczynny do jaskini wodnej Hinangdanan, którą uważam że należy koniecznie zobaczyć. Pływałem wśród skał i nurkowałem w krystalicznie czystej wodzie.

Gdy zostałem już sam, spędziłem noc w celi hotelowej w Tagbilaran, a następnego dnia popłynąłem promem na wyspę Siquijor.

Wyspa Siquijor

Siquijor to mała wyspa blisko Bohol, która przyciąga podróżników przede wszystkim swoimi pięknymi i przygodowymi wodospadami w dżunglii. Gdy tylko dotarłem do portu w Larena, najpierw spędziłem noc na bambusowej ławce pod bananowcami, a nad ranem wypożyczyłem motorower, gdyż jest to najlepszy sposób na zwiedzanie tej wyspy. Kierowałem się w stronę Siquijor town, gdzie miałem swoją bazę przez parę nocy, lecz najpierw zatrzymałem się przy błękitnych basenach otoczonych mangrowcami, o nazwie Guiwanon Spring Park. Chodziłem po bambusowej kładce z bambusa, wykąpałem się w lesie mangrowym i rozmawiałem z Filipinkami robiącymi pranie. W Siquijor town mieszkałem w bambusowym domku w ogrodzie za 500 pesos za dwie noce. Zobaczyłem interesujący bazar rybny, stary kościół i wieżę dzwonniczą, a po paru dniach pojechałem na wycieczkę dookoła wyspy. Zatrzymałem się na plaży Paliton, gdzie minął mi bardzo przyjemnie cały dzień. Pływałem, zbierałem muszle, i chodziłem po plaży obserwując łódki i formacje skalne. Nawet nie wiem kiedy minął ten dzień, dlatego wróciłem do mojego bambusowego domku, a na wyprawę po wyspie wybrałem się następnego dnia.

Swoją wycieczkę dookoła Siquijor zacząłem od miasteczka San Juan, gdzie większość czasu spędziłem w basenie pod palmami, o nazwie Capilay Spring Park. Zatrzymywałem się na mięso z grilla pod palmami, co jest tradycją na Filipinach. Reszta mojej podróży po Siquijor ograniczała się do jeżdżenia poprzez pola ryżowe, oraz skakania na linie ponad błękitnymi wodospadami. Na Siquijor jest wiele spokojnych, odosobnionych wodospadów ukrytych głębiej w dżunglii, takich jak np. Locong. Jadąc poprzez bananowce i palmy dotarłem też do wodospadu Kawasan oraz do jaskini o tej samej nazwie, która znajdowała się zaraz pod wodospadem. Dostanie się tam nie było łatwe gdyż musiałem schodzić w dół dżunglii, lecz piękno błękitnych wodospadów było urzekające. Siquijor to także dobra wyspa do obserwacji życia wiejskiego Filipin, gdyż wiele razy widziałem jak rolnicy orali pola ryżowe drewnianym pługiem, za pomocą bawołów.

Wodospad Kawasan na wyspie Siquijor.

Zdecydowanie największą atrakcją Siquijor jest jednak trzy piętrowy wodospad zwany Cambugahay, osiągalny z Lazi. Znajdują się tam liny, huśtawki i bambusowe platformy do bujania się i skakania do wody. Dżungla, formacje skalne, błękit wodospadu i piękne ptaki – to niepowtarzalne atrakcje tego malowniczego miejsca. Byłem też w miasteczku Maria aby zobaczyć stary kościół, a stamtąd pojechałem na plażę Salangdoon. Sama plaża była ładna, lecz atutem był 10m klif, z którego skakałem do morza. Skoczyłem aż 8 razy i byłem mocno dopingowany przez chińskich turystów. W drodze powrotnej zatrzymałem się ponownie w Maria, aby zagrać z Flipińczykami w bilarda i zjeść przysmak Filipin – kałamarnicę adobo. W centrum wyspy Siquijor jest też głęboka i bardzo atrakcyjna jaskinia Cantoban. Musiałem się przeciskać przez małe szczeliny, uważać na skały na ziemi i na suficie, oraz chodziłem w wodzie po pas. W jaskini Cantoban musiałem się też wspinać na wyższe partie szlaku, w tym na podziemne wodospady. To była przygoda jakiej potrzebowałem.
Moją ostatnią noc w Siquijor spędziłem w porcie Larena, gdyż o 6 rano miałem prom na wyspę Negros.

Wyspa Negros

Negros Oriental

Wyspa Negros nie jest najczęściej odwiedzanym miejscem Visayas, gdyż śpieszący się podróżnicy najczęściej wybierają Bohol i Cebu. Ja jednak spędziłem tam parę tygodni i było pięknie. Swoją podróż po wyspie zacząłem od Damaguette, które jest głównym miastem Negros Oriental. Damaguette okazało się bardzo miłym nadmorskim miastem, gdzie zawsze wieczorem pod palmami można było zjeść ryby prosto z morza, i popić kokosem. Dla podróżników Damaguete to miasto nadmorskich spacerów, restauracji oraz masażu, choć Damaguette to także dogodna baza do okolicznych miejsc.

Moją pierwszą wycieczką z Damaguette była wyprawa dookoła miasteczka Valencia, które jest otoczone wspaniałą przyrodą. Z Valenci pojechałem autostopem do wodospadu Casaroro, który ma 70m wysokości i leży głębiej w dżunglii. Casaroro to dłuższa wycieczka gdyż po dojechaniu na parking, musiałem zejść w dół po schodach, a następnie szedłem po wielkich głazach wzdłuż rzeki, w dżunglii. Po około 40 minutach marszu zobaczyłem wysoki wodospad o ogromnej sile. Za każdym razem gdy widze nowy wodospad, zawsze w nim pływam. Jest to część mojego przygodowego manifestu, i dlatego w bardzo zimnym wodospadzie Casaroro też pływałem, oraz miałem prysznic spływający z 70m. Następnie wróciłem ta samą drogą, wzdłuż rzeki i omijając wielkie głazy i drzewa bananowe dotarłem po schodach na górę. Nastepnie znowu miałem szczęście, gdyż kolejnym autostopem wróciłem do Valencii, a potem od razu pojechałem do podwójnego wodospadu Pulangbato. W tym bardzo turystycznym miejscu znajdują się dwa wodospady blisko siebie. Jeden jest zacementowany i przez to przystosowany dla dzieci i osób starszych lub po prostu bardzo wygodnych, a drugi, który nazywam czerwonym wodospadem, jest dziki. Pływałem w obu, lecz czerwony wodospad podobał mi się o wiele bardziej. Był tam silny prąd, wspinałem się po skałach, i tam czułem prawdziwą przygodę do której zawsze dążę. Następnie szedłem poprzez dżunglę drogą w dół, mijając bambusowe chatki pokryte liśćmi palmowymi, i dotarłem do gorących źródeł. Siedziałem w spokoju pod palmami, w ciepłej wodzie, oraz odpoczywałem w tropikalnym klimacie. Fajne mam życie.

Rybak z pyszną rybą dorado, na wyspie Negros, w okolicach Sipalay.

Bardzo przyjemną częścią mojej podróży był pobyt na sławnej wyspie Apo. Zanim tam jednak dotarłem, pojechałem na brzeg do Malapatay, które znalazło się na mapie turystycznej świata tylko i wyłącznie dzięki wyspie Apo. W Malapatay znajduje się ładna plaża, kuchnia pod palmami oraz sklepy z pamiątkami. Gdy te atrakcje miałem już za sobą popłynałem dzieloną łódką na wyspę Apo, czyli do małego raju pełnego plaż, palm i potężnych fal. Na Apo życie skoncentrowane wokół plaż i nurkowania z żółwiami morskimi i rekinami białopłetwymi. Oprócz tego, miejscowi mieszkający już w podmurowanych, choć najczęściej w bambusowych i palmowych domkach, są raczej zrelaksowani i gościnni. Jak wszędzie na Filipinach, ludzie lubią rozrywkę, i dlatego w dzień są walki kogutów, a wieczorami w centrum uwagi jest stół bilardowy oraz piwo. Plaże na Apo mają też interesujące formacje skalne, i uważam że dla zakochanej białej pary może to być bardzo romantyczne miejsce.

Innym ważnym miejscem mojej wyprawy po Negros była wycieczka w góry, do Dwóch Jezior, w okolicach miasteczka San Jose. Były to jeziora Balinsasayo i Danao, gdzie chodziłem po dżunglii, oraz miałem malownicze widoki na jeziora i góry. Szczególnie polecam 900 metrowy marsz przez dżunglę do drugiego jeziora. Po drodze można zobaczyć egzotyczną roślinność oraz odpocząć na łonie natury. Droga na górę także była piękna, gdyż widziałem filipińską wieś, bawoły orzące pola ryżowe, bananowce, palmy, bambusowe chatki oraz owoce jackfruit wiszące na drzewach nad drogą. Miasteczko San Jose też było ciekawe. Był oczywiście bazar i ładny kościół, lecz ciekawsza była rekacja ludzi na widok „białego niedźwiedzia”. Dziewczyny wracające ze szkoły robiły sobie ze mnie żarty, krzycząc: „Hej daddy, jak się masz, chcesz buzi?” No cóż, nie często widzą białych, lecz nie mogę im się dziwić. Jadąc do wielu miejsc w Anglii, Niemczech, Holandii czy Szwecji też nie widzę wielu białych, mimo że bardzo bym chciał. Potem byłem też w małym Bais City, skąd wybrałem na wycieczkę, aby zobaczyć mieliznę na morzu i chatki zbudowane na balach wystające z morza. Wspaniałe wrażenie, tym bardziej że Filipińczycy na drewnianych łódkach sprzedawali grillowane kałamarnice, które przed chwilą złowili.

Wyspa Apo widziana ze szczytu. Proszę zwrócić uwagę na błękit morza.

Filipiny są piękne i ciekawe, a piękno tego kraju uzależnia.

Negros Occidental

Po całodziennej podróży przez środek wyspy, oraz po postojach w takich dziurach transportowych jak Mabinay i Kabankalan, późnym wieczorem dostałem się do Sipalay. Nareszcie byłem w Negros Occidental, i jak wkrótce się okazało, pobyt w Sipalay był jednym z najpiękniejszych doświadczeń mojej podróży. Szybko znalazłem tani pokój w centrum za 300 pesos, i stamtąd codziennie organizowałem wycieczki. Wiekszość czasu spędziłem na publicznej plaży blisko bazaru rybnego, gdzie spacerowałem po białym piasku i rzucałem się w fale. Plaża w Sipalay ma wiele kilometrów i kończy się formacjami skalnymi. Do tego miałem widok na góry oraz towarzystwo wesołych Filipińczyków. Jedzenie w Sipalay też było dobre. Zawsze wieczorem próbowałem nowego gatunku ryby. Raz była to ryba latająca a innym razem pyszna duradu. Na bazarze rybnym były także płaszczki, ogromne tuńczyki oraz żółte krokodyle w sosie mango – (żartuję, krokodyli nie było, ale może innym razem). Obok były też stragany z tropikalnymi owocami, grille oraz bazar z ubraniami. Sipalay bardzo mi się podobało. Jest to dobrze zaopatrzone miasteczko w tropikalnym raju.
Z centrum Sipalay pojechałem też do rejonu o nazwie Barangay 4, gdzie spędziłęm dzień na bardzo spokojnej plaży, gdzie woda stała w miejscu. Pływając z maską i rurką widziałem węża morskiego. W drodze powrotnej zatrzymałem się na słodkie, grillowane banany, oraz miałem bardzo dobry kontakt z miejscowymi, podczas połowu duradu.

To jednak nie wszystko, gdyż pojechałem 7km też do Montilla, skąd udałem się na sławną Sugar Beach. Ta część podróży była zupełnie inną przygodą, gdyż aby dostać się tam, najpierw musiałem popłynąć małą drewnianą łódką przez las mangrowy. Potem przeszedłem przez filipińską wioskę zbudowaną z bambusów i liści palmowych, i dopiero wtedy dotarłem do „cukrowej plaży”. Po raz kolejny zobaczyłem wzburzone morze, malowniczy horyzont, formacje skalne, oraz filipińskich rybaków walczących z żywiołem. Wchodzili z sieciami do morza i wychodzili na brzeg, najczęściej z małymi rybkami.

Na Filipinach życie toczy się także na morzu. Gdy jest odpływ, z wody wystaje piasek, gdzie jest bazar.

Po Sipalay zmierzałem dalej na północ, tym razem do małego miasetczko Palupandan, skąd jest tylko 5km do portu na wyspę Guimaras. W Palupandan niestety nie było hoteli, dlatego musiałem zostać w oddalonym o 10km mieście Bago (w Birmie też jest Bago). W Bago niestety był tylko jeden hotel, za 550 pesos, więc całe szczęście że spędziłem tam tylko jedną noc. Bago na pewno nie urzeka swoim pięknem, lecz tam także są dobrzy ludzie, oraz dobry bazar rybny i owocowy. Było przyjemnie.

Następnego dnia wsiadłem do jeepney i za 10 pesos dostałem się do bambusowo-palmowej wsi zwanej dumnie portem, i dużą drewnianą łodzią za 95 pesos popłynąłem na wyspę plantacji mango, czyli Guimaras. Rejs trwał tylko 45 minut.

Guimaras – „wyspa mango”

Gdy tylko wysiadłem z łodzi, od razu zobaczyłem ładne widoki. Przede mną były palmy oraz skały wystające z morza, po których wszedłem na wyspę. Gdy jedyny „miś polarny” wyszedł na brzeg w Guimaras, wszystkie ciemne oczy były we mnie wpatrzone. Usiadłem pod drewnianą budką z dachem z liści palmowych, i pojechałem rykszą do miasteczka San Miguel. San Miguel nie jest niczym ciekawym, lecz zostałem tam, gdyż jest to dobre centrum hotelowe, jest dobry transport, niezły bazar i kilka knajp z bilardem. Warto stąd organizować wycieczki.

Na pierwszą wycieczkę pojechałem do Navalas, aby zobaczyć zabytkowy kościół katolicki, zbudowany przez Hiszpanów w 1880 roku. Navalas dało mi jednak o wiele więcej niż sam kościół, gdyż resztę dnia spędziłem na ładnej plaży z młodymi Filipińczykami. Rozmawialiśmy, potem kąpaliśmy się, a w drodze powrotnej stanąłem w McLain, gdzie zjadłem dobrą ośmiornicę adobo.

Innym razem pojechałem na plażę Alobijod, gdzie najpierw pływałem sam, a potem popłynąłem na wycieczkę łodzią z filipińskimi turystami. Byliśmy na kilku pięknych wyspach, gdzie zobaczyłem błękitne laguny i formacje skalne, także było pięknie. Cały dzień spędziłem w pięknych plenerach nad morzem, pływając z jednej uroczej plaży na drugą. Gdy wróciłem do Alubijod, usiadłem pod palmą i zjadłem pyszną rybkę z grilla za kilka pesos. Pomyślałem, że niezłe mam życie.

Innym razem zrobiłem sobie wycieczkę objazdową po Guimaras. Najpierw dostałem się spokojnej plaży Clara, gdzie widziałem rybaków wyławiających ryby z morza, interesujące formacje skalne i drzewa mangrowe. Było ciepło a delikatny wiatr głaskał mnie całe dnie.

Wejście do kościoła w Navalas, na wyspie Guimaras, Filipiny.

Następnie, w drodze powrotnej, zatrzymałem się przy wsi Cabano, aby zobaczyć ogromne wiatraki produkujące „zieloną” energię. Usiadłem w bambusowej chatce pod drzewem bananowym, i obserwowałem wiatraki wysoko na niebie, przy akompaniamencie piejącego koguta.

Byłem też w Sebaste, w ośrodku wypoczynkowym o nazwie Nature’s Trail, gdzie zobaczyłem egzotyczną przyrodę, mangrowce i spokojną plażę. Po wyjściu akurat natrafiłem na uzbrojona policję, i zrobiłem sobie z nimi zdjęcia. Stamtąd wróciłem autostopem, siedząc w bagażniku vana. Obserwowałem wiatraki wyspy Guimaras, pola ryżowe i bananowce. Kierowca wysadził mnie gdzie na drodze, nieopodal wsi Cambungahan, gdzie spędziłem czas z ludźmi, w ich domkach pokrytych liścmi palmowymi. Gdy zaczynało być ciemno, ,miałem szczęście gdyż zatrzymał się motorzysta, który jechał do Buenavista, i wysadził na skrzyżowaniu dróg, w maleńkiej wiosce Pina. Było miło, gdyż w Pina zjadłem bardzo dobre gotowane małże, po 40 pesos za kilo. Każda knajpa koło pół ryżowych była z drewna i nigdy nie były to restauracje, ale stragany miejscowych rybaków, którzy wieczorami sprzedawali swoje połowy.
Uważam, że kupowanie od tych ludzi to bardzo dobry sposób na pomoc lokalnej ekonomii. Wieczorem ktoś na motorowerze podwiózł mnie do San Miguel za jedyne 100 pesos, a resztę dnia spędziłem grając w bilarda z Filipińczykami.

Mojego ostatniego dnia na wyspie Guimaras, poszedłem do plantacji mango, niedaleko San Miguel. Guimaras słynie z mango, i jest nawet nazywana „wyspą mango”. Co prawda w listopadzie nie ma sezonu na ten owoc, ale przynajmniej zobaczyłem plantację i nauczyłem się czegoś nowego. Tego samego dnia pojechałem jeepney do portu, a następnie popłynąłem łodzią do Iloilo City na wyspie Panay. Rejs zajął 15 minut i kosztował 15 pesos. Miejscowi byli weseli zwłaszcza wieczorami, gdy już sobie popili.

Wyspa Guimaras nie jest przygotowana dla turystów, lecz uważam że jest wartościowa, gdyż stanowi ona interesujący kierunek poza wytartym szlakiem Filipin.

Wyspa Panay

Wyspa Panay nie jest popularnym kierunkiem turystycznym, gdyż spieszący się turyści zazwyczaj wybierają plażowe Palawan, Cebu i Bohol. Ja osobiście nie widziałem żadnych białych na Panay, dlatego że wyspa ta jest głównie traktowana jako lotnisko, na którym Biali lądują aby dostać się do plażowego raju w Boracay. Ja też byłem tylko w Iloilo City.

Kościół św. Anny w Iloilo City.

Gdy dobijałem do brzegu, najpierw zobaczyłem brudne baraki oraz dzieci kąpiące się w morzu. Natychmiast wziąłem rykszę i pojechałem do miasta, do taniego, lecz przyzwoitego hotelu za 330 pesos za noc. Będąc w Iloilo City dobrze się bawiłem, lecz jasne stało się dla mnie, że życie towarzyskie toczy się w dwóch głównych miejscach, koło dwóch wielkich kościołów katolickich. Pierwszym miejscem jest dzielnica Molo, ze swoim sławnym kościółem św. Anny. Spędziłem większość dnia na placu przed kościołem, gdzie jest między innymi boisko do koszykówki, gdzie młodzież ćwiczy układy taneczne, i gdzie jest dużo sprzedawców ulicznych. Zaprosiłem młodą Filipinkę na colę, aby porozmawiać z nią o jej kraju, a potem sam próbowałem naleśników ryżowych oraz ciastek kokosowych.

Sprzedawcy ciastek chcieli mi też wcisnąć filipińską żonę, gdyż jak powiedzieli: „jestem bogaty, dlatego że jestem z Polski”. Podróżując po Filipinach zauważyłem, że wiele osoób uważa, że przyjechałem na Filipiny po to aby znaleźć filipińską żonę, natomiast inni mi nawet oferują kobiety do stałego związku. Proponują abym wziął Filipinkę, czasem nawet krzycząc do mnie z daleka: „ona jest wolna”. Na Filipinach, tak jak w innych krajach Azji, istnieje legenda „białego milionera”, który urodził się w złotych butach i jest w stanie zapłacić absurdalnie wysoką cenę. Tłumaczenie tym ludziom, że jest inaczej nie ma sensu. W wielu miejscach na Filipinach czułem się jak gwiazda rocka, na którą wszyscy patrzą.

Kościół świętej Anny bardzo mi się podobał, i uważam że potrzeba takiego w Londynie, zaraz koło Big Bena. Po drugiej stronie ulicy był też dom kultury, gdzie obejrzałem galerię obrazów, a następnie poszedłem zjeść tropikalne owoce. Tym razem były to pomelo z wyspy Mindanao, przypominające grapefruity. Tego samego dnia pojechałem też jeepney do zakonu katolickiego Asilo de Molo, znajdującego się około 1km od kościoła świętej Anny. Po zakonie oprowadziła mnie filipińska zakonnica, która pokazała mi kościół, salę spotkań, ogród z oczkiem wodnym oraz małą plantację tropikalnych owoców.

Wieczorem wróciłem do kościoła świętej Anny, i poszedłem do centrum handlowego, gdzie oferowali darmowe masaże leczniczym olejkiem. Zjadłem grillowaną ośmiornicę adobo i wróciłem do hotelu. Będąc w Iloilo City poruszałem się jeepney za 8 pesos, co jest szybkie i tanie. Pojechałem też do dzielnicy Lapaz i Jaro aby zobaczyć Katedrę Jaro oraz Wieżę Belfry, zbudowaną w 1744 roku i wysoką na 29 metrów. Jak mogłem się spodziewać, także i tu byli sprzedawcy naleśników kokosowych i napoi, choć były też tropikalne drzewa z lianami.

Katedra Jaro oraz Wieża Belfry; Ililo City, Filipiny.

W Iloilo były w zasadzie do zobaczenia dwa kościoły i wieża, choć ciekawi byli też ludzie i port. Zdecydowanie należy tu przyjechać, aby mieć to doświadczenie. Wkrótce pojechałem jeepney za 8 pesos do centrum handlowego SM City, a stamtąd pojechałem vanem na lotnisko za 70 pesos. Poleciałem do Cebu City.

Wyspa Cebu

Cebu City to drugie największe miasto na Filipinach po Manili. Jest tam męczący ruch uliczny, zanieczyszczenia i dużo ludzi. Do Cebu City przyjechałem w nocy, dlatego od razu wziąłem taksówkę za 300 pesos i pojechałem do Downtown, gdzie znajduje się większość tanich hoteli. Ja płaciłem 450 pesos, a potem w następnym 400 pesos za noc. Taksówkarz zaczął ze mną ciekawy temat. Otóż oferował mi „bary z dziewczynami”, czyli burdele, dlatego że w jego opinii biały mężczyzna przyjeżdża na Filipiny nie dla ładnych plaż, wodospadów czy dla kultury Filipin, ale właśnie do burdelu. Tego rodzaju opinie o białych mężczyznach często wychodzą w rozmowie z Filipińczykami.

Cebu City jest droższe niż inne, miejsze miasta. W Cebu City miałem do zobaczenia kilka miejsc, choć wiedziałem że tym razem nie będę miał czasu na zobaczenie całej wyspy. Moja dwu-miesięczna wiza kończyła mi się, i dlatego pojechałem do biura imigracyjnego aby wyrobić nową, lecz niestety ceny wiz były tak drogie że postanowiłem, że zobaczę tylko Cebu City oraz jego najbliższe okolice. Podjąłem więc decyzję, że zamiast płacić za ekstremalnie drogie przedłużenie filipińskiej wizy, polecę do Brunei a potem będe kontynuował moją podróż po Borneo, po stanie Sabah. Następnie wrócę do Mactan – Cebu City i dostanę miesięczną wizę filipińską za darmo. Tyle mi wystarczyło.

Katedra Santo Nino w Cebu City, Filipiny.

Większość mojego czasu w Cebu City spędziłem w dzielnicy Downtown, gdyż tam znajdowało się najwięcej zabytków oraz straganów ulicznych, co zawsze daje lepszą możliwość na poznanie ludzi i charakteru miasta. Cebu City to wielki sklep, składający się ze straganów z grillowanym mięscem, owocami, napojami, małżami i naprawami telefonów. Są też centra handlowe i salony masażu oraz ruch uliczny, gdzie uwagę na siebie zwracają kultowe jeepney. Przez kilka dni spacerowałem po mieście, rozmawiałem z ludźmi i siadałem na posiłki, obserwując pędzących Filipińczyków.

Symbolem Cebu City jest najstarsza katedra katolicka na Filipinach Santo Nino, która została zbudowana w 1521 roku, jako prezent dla Filipin od portugalskiego podróżnika i odkrywcy Ferdynanda Magellana. Na terenie kompleksu świątynnego znajduje się ładny kościół z wieloma malunkami przedstawiającymi chrześcijańskich świętych, przed nim plac służący do ceremonii, oraz bardzo zaciszne miejsce do zapalania świec. Wewnąrz znajduje się też plac z fontanną i roślinnością, oraz drewniana figurka dziecka Jezus za kuloodporną szybą. Katedra Santo Nino jest bardzo nastrojowa i zaciszna, i jest moim zdaniem najprzyjemniejszym, oraz najbardziej wartościowym kulturowo miejscem w Cebu City. Wracałem tam wiele, wiele razy.

Zaraz za katedrą Santo Nino znanjduje się Krzyż Magellana, postawiony przez hiszpańskich i portugalskich odkrywców, na rozkaz Ferdynanda Magellana 21 marca 1521 roku, gdy przybyli do Cebu. Krzyż jest ulokowany w kaplicy, a na suficie znajdują się freski przedstawiające odkrywców z Iberii. To miejsce także jest bardzo popularne, zarówno wśród turystów jak i sprzedawców pamiątek.

Niedaleko od katedry Santo Nino i Krzyża Magellana, jest Fort San Pedro, zbudowany przez Hiszpanów. Fort San Pedro to fortyfikacja obronna, której budowa została zaczęta w 1565 roku, lecz następnie ją odłożono aż na dwa stulecia. Nie jest do końca jasne, kiedy go ukończono, mimo że na bramie głównej widnieje 1738, a renowacja do obecnego stanu miała miejsce w 19 wieku. Fort San Pedro znajduje się na trójkątnym terenie i przez wieki był używany przez różne armie okupacyjne do innych celów. Fort służył jako miejsce dla wojska, jako szpital, i nawet jako zoo. Dziś jednak jest to barrdzo przyjemne miejsce zbudowane z kamieni, gdzie znajdują się mury obronne, armaty oraz egzotyczna roślinność. Fort San Pedro ma mroczną przeszłość, gdyż widział on wiele wojen i wiele krwi. Dziś jednak jest to bardzo przyjemne, odprężające miejsce, które powinno się znaleźć na liście każdego kto odwiedza Cebu City. Po obiekcie oprowadzała mnie ładna Filipinka, co także było sporym atutem tej wizyty.

Filipińska piękność.

Moim ostatniem miejscem tego dnia był Carbon Market, czyli bardzo brudny i chaotyczny bazar, gdzie można było kupić wszystko, od owoców i mięsa, po buty i przybory do golenia. Carbon Market polecam przede wszystkim tym podróznikom, którzy pragną poznać realizm Filipin. Jest biednie i brudno, lecz wspomnienia na pewno są tego warte. Miejsce to ma na pewno swój urok.

Poza tym, w Cebu City byłem długo. Próbowałem ulicznych przysmaków, byłem na masażach i zostawiłem tam bagaże, gdy wyjeżdżałem na Borneo, a potem gdy jechałem na północ i na południe wyspy Cebu. Wiele razy byłem też w Uptown, czyli w nowszej i lepszej części Cebu City. Punktem centralnym jest okrągły teren zielony Feunte Osmena, gdzie odbywają się koncerty i gdzie są oczywiście stoiska z jedzeniem.
Bedąc tam zawsze zastanawiałem się dlaczego w fontannie nigdy nie ma wody???

Wycieczki poza Cebu City

Wybrałem się za Cebu City na wycieczkę jednodniową, aby zobaczyć dwa miejsca. Pierwszym, bardzo atrakcyjnym obiektem była chińska Świątynia Taoistyczna, ukończona w 1972 roku i ufundowana przez chińską społeczność Cebu. Znajduje się ona w części Beverly Hills Cebu, i została zbudowana na kilku poziomach. Jak każda chińska świątynia, także i ta jest bardzo atrakcyjna, gdyż posiada budynki z kolorowymi, profilowanymi dachami, ma na swoim terenie smoki, chiński alfabet, basen z żółwiami, oraz nawet replikę Chińskiego Muru. Cały chiński kompleks świątynny jest bardzo nastrojowy i serdecznie go wszystkim polecam, jako interesujące doświadczenie kulturowe.

W Świątyni Taoistycznej za Cebu City.

Następnie, po posiłku w przydrożnej knajpie, gdzie zaserwowano mi grillowane banany na słodko, pojechałem z tyłu motoroweru na szczyt najwyższego punktu wyspy Cebu, gdzie znajduje się Temple of Leah, ciągle w budowie. Temple of Leah została zbudowana w rzymskim stylu, jako akt miłości wart 80mln pesos, na cześć żony pomysłodawcy tej budowli Leah Albino-Adarna. Budowla ma 7 pięter, posągi lwów, wiele rzeźb oraz kolumny i styl charakterystyczny dla Imperium Rzymskiego. Wewnątrz znajdują się pamiątki Leah, takie jak książki i antyki. W głównym holu są schody prowadzące w przeciwne kierunki, natomiast w środku stoi złoty pomnik Leah, z ołtarzem na tylnej ścianie.
Temple of Leah oferuje ładne widoki na Cebu City i dzięki niemu można się przenieść do czasów rzymskich. Moim zdaniem, dla zwiedzających jest to jednak obiekt o małym znaczeniu, gdyż został zbudowany w 2012 roku, na pamiątkę osoby o której mało kto słyszał.

Mojego ostatniego dnia w Cebu City przygotowywałem się do opuszczenia Filipin po prawie 2 miesięcznej podróży. Miałem jednak czas aby pójść na masaż, a potem pędziłem taksówką i stałem w korku. Wkrótce wyleciałem do Sułtanatu Brunei.

Będąc na Filipinach podróżowałem z ogromną klasą, czyli najczęściej na pokładzie jeepney.

Sułtanat Brunei

Ostatni raz byłem w Brunei w 2012 roku, lecz tylko na kilka dni i tylko w stolicy Bandar Seri Begawan. W roku 2018 akurat podróżowałem po Filipinach, i kończyła mi się już 2 miesięczna wiza, a nowa wyrobiona na terenie Filipin kosztowała ciężkie pieniądze. Pomyślałem więc, że będzie lepiej jeśli polecę najtańszym lotem do Brunei, tam zabawię kilka dni, a następnie wrócę na Filipiny, gdzie miałem dostać darmową wizę na 1 miesiąc. Moja wizowa wycieczka do Brunei okazała się jednak dodatkową, wspaniałą przygodą tej wyprawy, gdyż w Brunei zostałem 8 dni, mimo że planowałem zostać najdłużej 4. Po Brunei zorganizowałem wyprawę po malezyjskim stanie Sabah na Borneo, która mi zajęła około miesiąca.

Mój powrót na Filipiny po darmową wizę zajął mi więc o wiele więcej czasu niż planowałem, ale było to dla mnie nieważne, gdyż przeżyłem wspaniałą przygodę na końcu świata.

Azja południowo-wschodnia ma o wiele więcej do zaoferowania niż tylko jedna Tajlandia. Podróż po tym regionie Azji jest także podróżą kulinarną wśród interesujących narodów wielu kultur.

Meczet Omar Ali Saifuddin w Bandar Seri Begawan (BSB).

Brunei jest krajem niedocenianym, i nazywanym często “nudnym krajem muzułmańskim bogatym w ropę”. Prawdą jest, że w Brunei zbyt wiele się nie dzieje, i że ekonomia tego kraju opiera się na ropie. Jednak Brunei ma atrakcyjną małą stolicę Bandar Seri Begawan (BSB), największą wioskę na wodzie Kampong Ayer, oraz ma także rzekę i las mangrowy, w którym mieszkają małpki proboscis oraz krokodyle.

Co zobaczyć w Brunei

Brunei ma też las tropikalny w eksklawie Temburong, ładne plaże, dobre jedzenie malajskie i indyjskie, oraz dobre zakupy i ciekawe muzea. Nie zgadzam się więc aby w tym cichym, spokojnym kraju “nic nie było” i na pewno nie jest on nudny. Z drugiej strony Brunei nie słynie z zabaw i nie można pić alkoholu, lecz na kilka dni na pewno on zasługuje. W porównaniu z rokiem 2012, gdy byłem w Brunei ostatni raz, kilka rzeczy zmieniło się na korzyść.

W BSB powstał np. Ecopark, czyli ładny most nad rzeką, ozdobiony między innymi baoabami z Madagaskaru, oraz z widokiem na meczet Omar Ali Saifuddin i Yayasan Complex. Polecam to miejsce ze względu na zakupy i posiłki na ostatnim piętrze.

Panoramiczne ujęcie z Ecoparku w Bandar Seri Begawan. W centrum meczet Omar Ali Saifuddin, a po prawo Yayasan Complex.

Będąc w Brunei, tak jak wcześniej mam swoją bazę w Bandar Seri Begawan, i stamtąd organizuję wycieczki do dalszych części kraju. W BSB jeszcze raz poszedłem do muzeum sułtana Royal Regalia, byłem zobaczyć pałac sułtana Istana Nurul Iman, oraz próbowałem speciałów malajskich i indyjskich w wielu restauracjach i ulicznych stoiskach na terenie BSB. Ludzie Brunei są mili, spokojni oraz pomocni. Na przykład autostop działa nawet dobrze, i nie jest wcale drogo. Dla mnie było tanio. W Bandar Seri Begawan wybrałem się też na rejs łódką motorową, aby zobaczyć małpy długonose w lesie mangrowym oraz wioskę na rzecę Kampong Ayer i panoramę BSB z rzeki.

Sułtanat Brunei to więcej niż tylko meczety i przemysł wydobycia ropy. to zdjęcie zrobiłem w parku narodowym Ulu Temburong, gdzie znajduje się dżungla, wodospad i piękna przygoda blisko natury.

Moją pierwszą wycieczkę poza BSB była wyprawa do eksklawy Brunei, Temburong, gdzie znajduje się Narodowy Park Ulu Temburong. Pomimo że Brunei kojarzy się głównie z islamem i meczetami, to mi Brunei kojarzy się przede wszystkim z pierwotnym lasem tropikalnym, ze szlakami poprzez dżunglę oraz z małpami proboscis, których jest tutaj pełno, i to na wolności.

Będąc w dżunglii Temburong widziałem rzekę w kolorze herbaty z mlekiem, po której następnie płynąłem długą drewnianą łodzią. W końcu zacumowaliśmy przy szlaku, który poprowadził mnie parę kilometrów do platformy na wysokości 200m nad ziemią, skąd widziałem rozległą panoramę dżunglii Temburong. Miałem akurat szczęście gdyż udało mi się zauważyć parę przelatujących dzioborożców, czyli jeden z symboli wyspy Borneo.

W drodze powrotnej mieliśmy spływ na pontonach po rwącej rzece, oraz kąpałem się w naturalnym basenie przy wodospadzie. To jest właśnie Brunei! Piękne i przygodowe, choć mi przygody nigdy jest zbyt wiele, dlatego zostałem dłużej w Temburong, aby wspiąć się jeszcze na szczyt Bukit Patoi w parku Peradayan. Wieczorem następnego dnia wróciłem łodzią motorową przez malezyjskie wody terytorialne do BSB, co zajęło mi 45 minut.

(Na marginesie, sułtan Brunei buduje 30km most łączący główną część Brunei ze stolicą w Bandar Seri Begawan – z Temburong, a jego budowa ma się zakończyć pod koniec 2019 roku).

Pomnik Miliardowej Baryłki Ropy widziany z plaży w Seria.

Poza tym pojechałem też do parku Jerudong, oraz do sławnego pomnika pieniądza, do hotelu Empire. Hotel Empire, to ociekający złotem kompleks budynków, położony wśród pięknej przyrody. Kąpałem się w basenie, następnie na prywatnej plaży, a potem pojechałem autostopem do Tutong, czyli do małego miasteczka blisko ładnej plaży. Brunei ma też ładne plaże, z których niektóre nadają się na windsurfing z uwagi na wysokie fale. Innymi ładnymi plażami były też te koło portowego miasteczka Muara. Jedna była ogromna, długa i szeroka, natomiast druga była mała, i radzę się tam nie kąpać z uwagi na towarzystwo krokodyli. Bardzo mi się też podobało miasteczko Seria, skolonizowane przez brytyjski przemysł naftowy Shell, gdzie zobaczyłem pomnik Miliardowej Baryłki Ropy, interesujące fabryki, maszyny pompujące ropę oraz muzeum. Ja mimo to i tak spędziłem najwięcej czasu na plaży.

(Na marginesie, uważam że zarząd Shell powinien dostać kopa w ryj, dlatego że woda w Serii jest brązowa i śmierdząca, natomiast w oddalonym o 40km Tutong i Muara woda jest czysta i niebieska. Oczywiste jest więc, kto w Brunei jest największą i najbardziej śmierdzącą świnią. Oczywiście brytyjskie Shell.)

Odwiedziłem miasteczko Seria skolonizowane przez brytyjski concern wydobywczy Shell. Po lewo widzimy maszynę do pompowania ropy, a po prawo, za palmami, pomnik Miliardowej Baryłki Ropy, zbudowany na pamiątkę wydobycia miliardowej baryłki.

W skrócie, są to najważniejsze miejsca, które zobaczyłem w Brunei i jestem szczęśliwy że znowu odwiedziłem ten kraj. Życie w Brunei jest spokojne, dobrze zorganizowane i jest wystarczająco dużo atrakcji aby zająć podróżnika przez kilka dni. Brunei opuściłem łodzią z portu Serasa, koło Muara.

W ciągu 1h i za magiczną sumę $17 Brunei dotarłem na malezyjską wyspę Labuan, gdzie kilka lat temu także zabawiłem parę dni. Transport łodzią z Brunei do Labuan jest na marginesie jedynym rodzajem transportu, który ja radzę osobom zmierzającym do Sabah.

Interesującym miejscem w Brunei jest też Tutong, gdzie można spróbować jedzenie malajskie i indyjskie, można łowić ryby koło lasu mangrowego oraz kupić aparat fotograficzny. 2km za Tutong znajduje się jedna z najpiękniejszych plaż Brunei, choć chętni mogą też zapukać do brytyjskiej bazy wojskowej i poprosić o filiżankę herbaty.

Wyjazd do Malezji z portu Serasa

Autobusem 38 ze stacji autobusowej w BSB pojechałem w kierunku Muara, lecz wyszedłem kilkastet metrów przed miasteczkiem. Stamtąd autostopem pojechałem do portu Serasa, skąd szybką łodzią motorową popłynąłem na wyspę Labuan. Podróż zajęła mi 1h i kosztowała $17.

! Jeśli ktoś jedzie z Brunei do Miri w malezyjskim stanie Sarawak, to polecam wziąć autobus z BSB lub Kuala Belait. Jednak podróżnicy jadący do Kota Kinabalu w malezyjskim stanie Sabah powinni wziąć łódź i mieć przesiadkę na wyspie Labuan. Ten sposób uważam za najlepszy. Oczywiście można też pojechać autobusem, lecz z uwagi na liczne kontrole graniczne nie polecam tego sposobu.

Malezja

W Malezji byłem już kilka razy, zarówno zachodniej, jak i wschodniej. Byłem już w Kuala Lumpur, na wyspie Penang i Perhentian, i przemierzyłem też pola herbaciane na wzgórzach Cameron. Po drugiej stronie Malezji, na Borneo malezyjskim, dobrze poznałem parki narodowe Sarawak. W 2012 roku, spośród wielu pięknych miejsc byłem w parku Bako, Lambir Hills, i widziałem jaskinie Niah. Do pełni szczęścia mojej malezyjskiej przygody zabrakło mi tylko przemierzyć stan Sabah, i dlatego w roku 2018 moim planem było zorganizowanie wyprawy od Kota Kinabalu do Archipelagu Semporna.

Biorąc jednak pod uwagę, że byłem w Brunei, najpierw musiałem się ponownie zatrzymać na wyspie Labuan.

Powrót na wyspę Labuan po sześciu latach

Na wyspie Labuan byłem już w 2012 roku, podczas dokładnie tej samej trasy. Zmierzałem z Brunei do Kota Kinabalu w stanie Sabah, a Labuan jest oczywistym postojem. Można się też dostać autobusem z Brunei do KK, lecz długo to trwa i jest sporo kontroli po drodze. Labuan jest więc bardzo dogodnym miejscem na postój, który mi zajął prawie 3 dni. Byłem też ciekawy co się zmieniło przez 6 lat, i musze przyznać, że Labuan zostało bardzo rozbudowane. Tam gdzie kiedyś było pare domów, dziś jest nowe miasto i dworzec autobusowy, a tam gdzie w 2012 roku była tylko plaża i wieża zegarowa, dziś kwitnie handel w centrach handlowych. Bez wątpliwości mogę powiedzieć, że Malezja rozwija się w szybkim tempie. Ja natomiast, korzystając z okazji chciałem sprawić aby moja wycieczka na wyspie Labuan była lepsza niż ostatnim razem.

Widok na Victorię z łodzi, stolicę wyspy Labuan, podczas dobijania do brzegu.

Wyspę Labuan opisuję celowo jako osobne terytorium Malezji, gdyż jest to bardzo specyficzna wyspa. Labuan tworzy całość z sześcioma innymi, bardzo małymi wyspami. Pomimo swojego położenia Labuan nie jest ani częścią Sabah ani Sarawak. Labuan jest terytorium federalnym administrowanym bezpośrednio przez rząd w Kuala Lumpur, lecz znajdującym się u wybrzeży Borneo, nieopodal stanu Sarawak i Brunei.

Wyspa Labuan, będąca strefą wolnocłową ma bardzo korzystne warunki ekonomiczne i szlaki transportowe. Znadują się tu lotnisko oraz port, z którego można się dostać do wielu części Malezji oraz do Brunei. Zbliżając się łodzią do Labuan, widziałem że obecny jest tutaj przemysł wydobycia ropy i gazu, a na wyspie znajduje się też stocznia gdzie budowane są statki. Małe Labuan, zajmujące 92km², i z populacją około 100.000, jest małym centrum finansowym i energetycznym, obsługującym cały region Azji i Pacyfiku. Biznesmenom natomiast, którzy pragną robić interesy w Azji, radzę zainteresować się Labuan i zarejestrować swoją firmę właśnie tam. Na pewno będzie łatwiej, a operacja ta zaoszczędzi pieniądze.

Chińska świątynia w Labuan.

Oprócz tego Labuan to także popularna wyspa wśród mieszkańców Brunei oraz Miri (Sarawak) i Kota Kinabalu (Sabah). Labuan odwiedzają także zagraniczni goście, i to z tak pięknych krajów jak np. Polska. Oczywiście zanudziłbym się na śmierć gdybym miał patrzeć na fabryki produkujące statki czy na baryłki ropy, dlatego na szczęście na Labuan są także piękne i interesujące miejsca do zobaczenia.

Po wyjściu z portu w Victorii rozejrzałem się dookoła i niepoznałem miejsca, które pdobno tak dobrze pamiętałem z przed 6 laty. Przede mną stało nowe, odnowione małe miasto, a budynek portu też był nowy. Najpierw usiadłem w chińskiej knajpie na kurczaka w chińskim stylu, a potem szedłem małymi ulicami szukając hotelu. W końcu, niedaleko chińskiej świątyni oraz stacji autobusowej, pomiędzy rzędem sklepów znalazłem hostel, gdzie za mały pokój z wiatrakiem na suficie zapłaciłem 30 RM. Była to miła okolica.

Obok znajdowała się też wioska na wodzie na drewnianych balach, dobrze zaopatrzone restauracje i sklepy, oraz efektowane chińska świątynia ozdobiona smokami. W kanale natomiast udało mi się zobaczyć dużego warana, które potem widziałem co jakiś czas. Zawsze wieczorem Malezyjczycy rozkładali swoje stoiska i sprzedawali napoje, desery i inne azjatyckie specjały, często z dodatkiem kokosa.

Muzeum Kominów i Wieża Kominów na wyspie Labuan.

Co warto zobaczyć na wyspie Labuan

Będąc na Labuan odbyłem parę wycieczek. Jedną z nich była podróż autobusem numer 6 ze stacji autobusowej, do Muzeum Komina i mieszczącgo się obok Parku Ptaków. Muzeóm Kominów to ciekawe, małe muzeum założone opowiadające o historii wydobycia węgla na Labuan w latach 1847-1911. W byłej szkole, na dwóch piętrach, znajduje się historia wydobycia węgla, a na dole interesująca ekspozycja pokazująca podziemny korytarz i ludzi przy pracy. Ważną częścią muzeum jest także Wieża Kominowa, która jest historycznym obiektem muzeum oraz pozostałością po erze wydobycia węgla na Labuan zapoczątkowanej przez Brytyjczyków. Więcej informacji na temat Muzeum Kominów znajduje się na http://www.jmm.gov.my/en/museum/chimney-museum

Meczet z “Gwiezdnych Wojen” na wyspie Labuan. Wygląda jakby zbierał się do startu w kosmos.

Kilka kroków za muzeum znajduje się Park Ptaków, gdzie bardzo miło spędziłem czas oglądając wiele gatunków ptaków Borneo, które zazwyczaj można zobaczyć tylko w głębokiej dżunglii Sarawak i Sabah. Spośród wielu wspaniałych ptaków zobaczyłem między innymi: dzioborożce, kakadu, zimorodki, pawie i moje ulubione – żurawie koroniaste. Majestatyczne, eleganckie ptaki, choć także bardzo terytorialne. Gdy samica wysiadywała jaja na gnieździe, samiec zachowywał się agresywnie, rozpościerał skrzydła, otwierał dziób i mnie atakował. Żurawie koroniaste były bez wątpienia najpiękniejsze, choć dzioborożce też sprawiły mi dużo przyjemności. Jeden zawsze do mnie przylatywał gdy na niego gwizdałem.

Park Ptaków jest według mnie obowiązkowym miejscem na wyspie Labuan, gdyż na prawie 7 hektarach znajduje się wiele ogromnych wolier z egzotycznymi ptakami. Pamiętajmy, że na kontakt z przyrodą nigdy nie jest się zbyt młodym lub zbyt starym, oraz także zbyt poważnym. Wejście jest tanie. Zapłaciłem tylko 5RM. http://labuan.attractionsinmalaysia.com/Labuan-Bird-Park.php

Żuraw koroniasty w szyku bojowym, w Parku Ptaków na wyspie Labuan.

Do centrum Labuan wróciłem autostopem, po drodze wysiadając przy meczecie, który wyglądał jak statek koszmiczny z Gwiezdnych Wojen. Według mnie wyglądał on jak hełm Darth Vadera, a jego 2 minarety wyglądały jak działa laserowe z Imperium Kontratakuje. Następnie spacerowałem po ulicach Labuan, zatrzymując się przy ulicznych straganach z jedzeniem. Młodzi Malezyjczycy z uniwersytetu w Kuala Lumpur przeprowadzili też ze mną wywiad, na temat tego co sądze o Malezji i o Labuan. Cóż, myślę o ich pięknym krajów same dobre rzeczy. Jedyne co mi się nie podoba to palmy olejowe, gdyż przez nie orangutany tracą swoje dżungle.

Mojego ostatniego dnia pojechałem do Parku Pokoju, nad morzem. Park Pokoju ma wartość historyczną, gdyż znajduje się tam pomnik zbudowany przez Japończyków, którzy w ten sposób chcieli przeprosić i wyrazić chęć pokoju pomiędzy Japonią a Malezją. Całe Borneo było okupowane przez Japonię, a dziś podróżując po Borneo widziałem wiele pomników upamiętniających japońską kapitulację wojskom Australii. Podobne miejsce, lecz znacznie większe zobaczyłem parę tygodni poźniej w Sandakan. http://labuan.attractionsinmalaysia.com/Peace-Park.php

Muzułmańskie dziewczyny na plaży w Labuan.

Aby nie było jednak aż tak smutno, chciałbym dodać, że po Parku Pokoju poszedłem na plażę, gdzie spacerowałem bo białym piasku, kąpałem się, a następnie byłem na pysznym malajskim obiedzie po wielkimi drzewami, których ogromne korzenie służyły jako ławki. Jedząc grillowane udka kurczaka i popijając płynem z kokosa, myślałem jak dobrze mi było na Labuan. Rzadko się zdarza abym 2 razy wrócił w te same miejsca, ale było warto.

Wieczorem poszedłem na plażę koło wieży zegarowej, gdzie 6 lat temu stała tylko ta wieża na zielonym polu. Dziś jednak miejsce to tętni życiem. Są tu bazary, centra handlowe, uliczni sprzedawcy i dzieci na rolkach jeżdżace po deptaku. Przyszło mi też do głowy, że skoro Imperium Brytyjskie było rzeczywiście tak złe, to dlaczego ci ludzie są szczęśliwi, dlaczego kwietnie handel i przemysł i dlaczego są pomniki ku czci armii australijskiej? To pytanie chciałbym zadać promotorom Białej Winy w Anglii.

Na plaży w Labuan.

Mój ostatni wieczór spędziłem spokojnie, wśród malajskich i indyjskich przysmaków, oraz spacerując na morzem gdzie rozmawiałem z rybakami. Następnego dnia rano jeszcze raz spojrzałem na wioskę na wodzie, na chińską świątynię oraz wielkie jaszczury w kanale, i udałem się do portu. Popłynąłem do Kota Kinabalu, co kosztowało mnie 39RM i zajęło 3.15h.

Sabah – Borneo Malezyjskie

Kierunek Borneo

Moją ponowną wyprawę po Borneo planowałem od 6 lat, gdy byłem tu po raz ostatni w 2012 roku. Chciałem wrócić na Borneo, a konkretnie tylko do stanu Sabah, gdyż ostatnim razem była to jedyna część Malezji, której jeszcze nie przemierzyłem. W 2012 roku podróżowałem przez wiele miesięcy po Malezji zachodniej (peninsularnej), a następnie wylądowałem w Kuching, aby zacząć moją podróż po stanie Sarawak. Co prawda skończyłem swoją podróż w Kota Kinabalu, lecz wtedy jeszcze nie przemierzyłem stanu Sabah.

Małpy proboscis – jeden z symboli Borneo.

Malezja jest bez wątpienia pięknym krajem, oraz bogatym w piękno naturalne i osobliwości przyrody. Przekonałem się o tym gdy byłem w parku Taman Negara oraz w parkach w Sarawak, takich jak chociaż Mulu, Niah czy Gunung Gading. Widziałem wielkie jaskinie, pierwotne lasy tropikalne i wspaniałe oranguatny. Przyroda Borneo to jednak nie wszystko, dlatego że Sarawak warto także odwiedzić ze względu na kulturę ludzi Borneo. W wioskach kulturowych widziałem jak ludzie tradycyjnie mieszkają i jak przyrządzają jedzenie. Widziałem ich kostiumy i narodowe zwyczaje – i dlatego uważam, że kultury i tradycje powinny być pięlęgnowane.

Tym razem całą moją energię chciałem skoncentrować na stanie Sabah. Wiedziałem, że zobaczę orangutany i małpy proboscis, lecz każdy stan jest trochę inny i ma coś nowego do zaoferowania. Przyznam się także, że fakt że dotychczas nie byłem jeszcze na Sabah, ciążył mi na mojej ambicji podróżnika. Zamierzałem dobrze się bawić, ale przede wszystkim chciałem nacieszyć się przyrodą wyspy Borneo. Podróżując po Sabah zobaczyłem wiele miejsc i miałem wiele ciekawych przygód. Doceniałem tak bardzo ważne rzeczy, które podróżnik powinien dostrzegać. Cieszyły mnie uliczne bazary z egzotycznymi owocami, restauracje rybne w portach, wioski kulturowe ludzi Borneo, i oczywiście piękna flora i fauna Borneo.

Ogólnie o Kota Kinabalu

Moim pierwszym miejscem było główne miasto w stanie Sabah – Kota Kinabalu. Już wcześniej tu byłem, lecz tym razem było trochę inaczej. Kota Kinabalu zostało bardziej rozbudowane, było więcej sklepów, więcej towarów i więcej pieniędzy do wydania. Jednak urok tego nadmorskiego miasta pozostał ten sam. Bazary i restauracje rybne nad morzem, egzotyczne owoce i miły klimat Kota Kinabalu zatrzymały mnie tu znacznie dłużej niż planowałem. Proste rzeczy, które dla Malajczykow są codzienne i nudne, dla białych turystów są ciekawe, piękne i wartościowe. W swoich wielu reportażach dawałem już do zrozumienia, że piękno świata jest oparte na różnicach.

Flaga Malezji.

Z flagą Malezji w Kota Kinabalu. Sabah, Malezji wschodnia.

!!! Kilka razy zmokłem podczas pory deszczowej, lecz był to ciepły, tropikalny deszcz, więc było miło. Bardzo mi też smakowała kawa i herbata Borneo z dodatkiem duriana. Lubię mówić, że herbata w Malezji jest zbierana przez orangutany i małpy długonose, ale w to akurat niekoniecznie trzeba mi wierzyć.

Kota Kinabalu było też moją bazą przez jakiś czas do miejsc zainteresowań. Uważam, że każdy pobyt w Kota Kinabalu można też z powodzeniem traktować jako wycieczkę kulinarną.

Miejsca Zainteresowań w Kota Kinabalu i jego okolicach

Warto wspomnieć, że choć samo miasto Kota Kinabalu oferuje wiele atrakcji i jest pełne ciekawych miejsc dla podróżników, to wiele miejsc zainteresować znajduje się poza miastem. Radze podróznikom aby nie byli leniwi i wyjechali także poza Kota Kinabalu.

Meczet Narodowy

Meczet Narodowy to robiąca wrażenie muzułmańska świątynia, która poraża swoją wielkością, i znajduje się dalej od głośnego centrum KK. Meczet ten ma wielka złotą kopułę, złoty minaret oraz kilka małych minaretów ze złotymi zakończeniami. Wewnątrz jest natomiast sala do modlitw oraz atrakcyjny akwen wodny. Cały obiekt znajduje się w okolicznościach egzotycznej przyrody, także polecam go wszystkim podróżnikom jako ciekawe doświadczenie kulturowe. Z drugiej jednak strony serdecznie życzę muzułmanom aby zostali w Malezji, i aby budowali meczety u siebie.

Muzeum Sabah

Niedaleko Meczetu Narodowego znajduje się Muzeum Sabah, które jest muzeum etnograficznym oraz muzeum historii naturalnej Sabah pod jednym dachem. Jest tam między innymi szkielet wieloryba oraz stroje ślubne i ceramika pochodząca ze stanu Sabah. Widziałem makiety tradycyjnych budowli Borneo, znaleziska i stroje rdzennych ludzi Borneo. Bardzo ciekawą ekspozycją były też zwierzęta Borneo, takie jak słoń pigmejski, nosorożec sumatrzański oraz żółw morski. Uważam, że Muzeum Sabah jest bardzo ważne, aby poznać kulturę i historię Borneo, a nie tylko zobaczyć orangutany i wyjechać.

Wioska kulturowa w Muzeum Sabah w Kota Kinabalu.

W drugim budynku jest Galeria Sztuki Sabah gdzie znajduje się kilka ciekawych obrazów i rzeźb stworzonych przez artystów ze stanu Sabah. Polecam! Jest także Centrum Sztuki i Edukacji, które ma ekspozycje na temat wydobycia ropy naftowej, od wiercenia do przetwarzania na benzynę. Podobne muzea widziałem już wcześniej w Miri (Sarawak), oraz w Brunei. Obiekty muzealne znajdują się na dużym terenie, a ich architektura jest wzorowana na tradycyjnych domach Borneo (longhouses), ze szczepów Rungus i Murut.

Poniżej znajduje się Wioska Kulturowa, która daje szansę na lepsze poznanie tradycyjnych, drewnianych domków Borneo, zbudowanych dookoła oczka wodnego. Cały teren jest też otoczony wysokimi bambusami oraz ma most na linie. Wioska Kulturowa to bardzo spokojne i kulturowo wartościowo miejsce.

Moi krytycy nie chcą zrozumieć, że ja kocham inny kultury, i zadałem sobie dużo trudu aby je poznać. Ja tylko nie chcę aby cały świat mieszkał w jednym miejscu kosztem kultury rodowitej, pod komunistycznym reżimem.

Muzeum Islamskiej Cywilizacji

Ciekawe w Kota Kinabalu było też Muzeum Islamskiej Cywilizacji. Najbardziej podobała mi się w nim tak zwana „mapa Islamu”, na której były zaznaczone wszystkie kraje muzułmańskie oraz wszystkie kraje z dużymi populacjami muzułmanów. Były zaznaczone takie kraje jak Arabia Saudyjska, Indonezja, Pakistan i Bangladesz, lecz z drugiej strony; bardzo słusznie lecz tragicznie były też wymienione: Anglia, Francja, Holandia, Szwecja oraz Kanada. W tle natomiast były pokazane uśmięchnięte kobiety i dzieci, lecz ani słowa o muzułmanach organizujących ataki terrotystyczne, palących kościoły i gwałcących białe kobiety i dzieci.

Wychodząc z Muzeum Islamu ktoś mógłby mieć wrażenie jakby Islam w Europie był dla nas zbawieniem, i jakby muzułmanie byli naszymi przyjaciółmi. Pamiętam, że podobne kłamstwa widziałem w zakłamanym Muzeum Stalina w Gori. Tam także można było odnieść wrażenie, że Stalin był „dobrym wujkiem”, a komunizm „cudem gospodarczym i ideą wolności”. Muzułmanie są ekspertami w wybielaniu swojej ideologii i tuszowaniu zbrodni swojego pseudo-proroka. Dzisiejsi muzułmanie natomiast; niektórzy dobrzy, inni źli, moim zdaniem idą złą drogą. Uważam, że obok Koranu należy w krajach muzułmańskich wprowadzić filozofię antycznych Greków, aby sami mogli zdecydować co wolą.

City mosque, czyli tak zwany meczet na wodzie, około 4km za Kota Kinabalu.

Chciałbym jednak dodać, że ludzi Borneo uważam za miłych i pomocnych, i mam o nich dobre zdanie. Moja zła opinia na temat muzułmanów w Europie, i moje silne prawicowe poglądy nie dotyczą muzułmanów w ich własnych krajach. Będąc uczciwym w stosunku do muzułmanów, nie zgadzam się też z wojnami w ich krajach i uważam że Zachód finansowany i rządzony przez Syjonistów wyrządził wiele złego w krajach muzułmańskich.

Każda wojna na Bliskim Wschodzie i masowa imigracja muzułmanów do Europy śmierdzi mi Syjonizmem.

Meczet Kota Kinabalu (Błękitny meczet na wodzie)

Oficjalnie nazwany Masjid Bandaraya Kota Kinabalu okazał się jednym z moim najprzyjemniejszych doświadczeń w tym mieście, i całe to miejsce podobało mi się tak bardzo że odbyłem tą wycieczkę dwa razy. Z centrum, czyli z okolic pomnika Błękitnego Merlina, do meczetu na wodzie szedłem około 4km wzdłuż brzegu morza. Były to ciepłe, tropikalne dni z przelotnymi opadami, dlatego nie śpieszyło mi się. Gdy dotarłem do punktu gdzie widziałem już meczet, najpierw poszedłem na pobliską plażę, aby zjeść malezyjski obiad, napić się malezyjskiej herbaty “teh tarik”, oraz wykąpać się bez krokodyli, jak to wcześniej zrobiłem w Brunei. Cały dzień spędziłem na plaży, wśród drzew i popijając malezyjską herbatę.

Było tak przyjemnie że zapomniałem o meczecie. W końcu, w Londonistanie jest ich tak dużo – więcej niż w Islamabadzie, więcej niż w Ammanie i w Bejrucie, więcej niż w Mekce !!! (O k***a !) ……

Wróciłem więc do Kota Kinabalu tą samą drogą i spędziłem wieczór na bazarze owocowym. Następnego dnia w końcu jednak chciałem zobaczyć sławny meczet na wodzie, dlatego tym razem był to mój priorytet. Meczet ten został ukończony w 2002 roku i kosztował aż 34mln malezyjskich ringgit. Ma on 4 minarety, oraz ogromną główną kopułę w kolorach złotym i niebieskim. Poza tym znajdują się tu 3 szkoły muzułmańskie (madresy), własna klinika, oraz miejsce dla 12.000 wiernych. Największy urok tego meczetu polega jednak na ulokowaniu go na krawędzi wielkiego stawu, co daje mu szczególny, malowniczy charakter, i daje bardziej wyszukane możliwości fotograficzne.

Oprócz tego na terenie meczetu sa knajpy z jedzeniem i napojami, muzułmanie słuchają muzyki i generalnie jest to wesołe miejsce. Po obiekcie natomiast oprowadziły mnie młode muzułmańskie dziewczyny, które były bardzo ciekawe skąd byłem i dlaczego odwiedziłem Malezję. Te słodkie muzułmańskie kociaki były pod wielkim wrażeniem moich podróży do krajów muzułmańskich. Za wejście zapłaciłem 5 RM, i przypominam że dlatego że jest to miejsce kultu, należy się ubrać stosownie.

Ta miła muzułmańska dziewczyna oprowadziła mnie po meczecie. Jak widzą moi czytelnicy była szczęśliwa, dlatego że poznała człowieka o dobrym sercu.

Po meczecie oczywiście wróciłem na plażę, gdzie spędziłem resztę dnia.

W swoje podróżniczej karierze widziałem najlepsze i najbardziej wartościowe obiekty muzułmańskie. Szczególnie polecam tu Iran i Uzbekistan. Przyznam się, że lubię meczety i chętnie je odwiedzam gdy jestem w Azji. Ja tylko nie lubię meczetów w Europie, gdyż jest to dla nich niewłaściwe miejsce.

Morski Park Narodowy Tunku Abdul Rahman

Pierwszą wycieczką jaką odbyłem był morski park narodowy Tunku Abdul Rahman. Jest to malowniczy obszar na morzu, którego główną atrakcją jest pięć egzotycznych wysp z białymi plażami i palmami. Są to: Sapi, Manukan, Mamutik, Suluk i Gaya. Wyspy różnią się trochę, dlatego że jedne mają lepsze plaże, a wokół innych jest lepsza rafa koralowa. Np. na wyspie Sapi bardzo mi się podobały dziko żyjące warany, oraz drewniane pomosty prowadzące do plaż. Były z nich ładne widoki, choć ja skakałem też z nich do błękitnej, przezroczystej wody.

Morski Park Narodowy Tunku Abdul Raman jest przyjemną ucieczką od hałasu miasta. Park ten zajmuje jedynie obszar 49km² i składa się z pięciu egzotycznych wysp, pełnych roślinności, ładnych plaż oraz czystej turkusowej wody i raf koralowych. Co roku ten bajkowy, egzotyczny archipelag odwiedza około 300.000 turystów, dlatego uważam, że jest to miejsce obowiązkowe.

Transport łodzią na wyspy jest ładno osiągalny z portu Jesselton Point,a cena zależy od ilości wysp zaliczanych jednego dnia. Transport na jedną wyspę kosztuje 23 RM pod koniec 2018 roku. Za dwie, trzy i cztery wyspy to odpowiednio 33, 43 i 53 malezyjskich ringgit.

Park Narodowy Tunku Abdul Rahman.

Park przyrody Lok Kawi

Pojechałem też wieloma autostopami do parku przyrody Lok Kawi, gdzie zobaczyłem między innymi orangutany, małpki proboscis, czarne niedźwiedzie, żółwie, warany i bawoły. Widziałem też endemiczne ptaki Borneo, takie jak dzioborożce. Bardzo mi się też podobał piękny ogród botaniczny na terenie parku, gdzie było wiele roślin endemicznych dla wyspy Borneo. Niestety wadą parku jest to, że leży on na uboczu; choć dla miłośnika autostopu takiego jak ja, nie było problemu. Transport wieloma autostopami zajął mi około godziny.

Park Lok Kawi jest popularnym miejscem spotkań rodzin lecz nie należy się tu niestety spodziewać wolno biegających zwierząt. Jest to bardzo przyjemne, dobrze zorganizowane i czyste zoo. Zobaczyłem tam między innymi tygrysy, interesujące bawoły z wielkimi rogami i słonie. Myślę, że najbardziej podobały mi się jednak orangutany oraz małpki długonose (nasalis larvatus), będące symbolami wyspy Borneo. Byłem niestety zawiedziony małą obecnością gadów. Dzieciom polecam natomiast przedstawienia z udziałem węży, orangutanów i małp. W Lok Kawi są na przykład konkursy na to kto pierwszy obierze kokosa, i niestety małpa zawsze wygrywa. Park ten polecam przede wszystkim rodzinom z dziećmi. Za wejście zapłaciłem 20RM.

Wioska Kulturowa Borneo – Mari Mari

Podróżując po stanie Sarawak byłem już w wioskach kulturowych Borneo, lecz Mari Mari w stanie Sabah ciągle okazało się wartościowym kulturowo doświadczeniem i przypomniało mi o potrzebie zachowywania kultur. Około 25 minut autobusem od Kota Kinabalu leży wioska etnicznych ludzi Mari Mari, która dla mnie była bardzo edukacyjna. Ludzie Borneo oragnizują tam przedstawienia, w których mogą także uczestniczyć turyści. Były tańce, wyrób alkoholu i tytoniu oraz strzelanie z bamusowych spluw do celu. Jak wcześniej w Laosie, także i na Borneo był pokaz gotowania w bambusie. Mari Mari mieli nawet studio tatuażu w bambusowym domku.

W wiosce kulturowej Mari Mari na Borneo, odkryłem nowy sposób na kobiety. Najpierw maczam strzały w środku usypiającym, potem wybieram kobietę która mi się podoba, następnie podnoszę z ziemi i zabieram do domu. Na miejscu przywiązuje łańcuchem do kuchni, a nastepnie do łóżka. Gdy wrócę do Anglii, w taki sposób właśnie zamierzam założyć rodzinę 😉

Cała wycieczka łącznie z transportem i posiłkiem kosztowała mnie 150RM. Były to pieniądze dobrze wydane.

Wspinaczka na Mount Kinabalu (4095.2 m n.p.m.)

Myślę jednak, że najważniejszym punktem mojej wyprawy po stanie Sabah była wspinaczka na najwyższy szczyt wyspy Borneo – Mount Kinabalu (4095.2 m n.p.m.).

Pierwszego dnia pojechałem autobusem z Kota Kinabalu w stronę Ranau, co kosztowało mnie 25RM. Po niecałej godzinie jazdy wysiadłem przed domem Jungle Jack, z którym umówiłem się już z hostelu w KK, że przyjadę. Jungle Jack mieszka na przeciwko parku i regularnie organizuje wycieczki. Za 4 dni i 3 noce w jego górskim domku z siłownią i ładnymi widokami, oraz za wstęp do parku i pozwolenie na wspinaczkę, w 2018 roku zapłaciłem 1180 ringgit malezyjskich.

U Jungle Jack spotkałem też kilku ludzi, którzy chcieli ze mna odbyć rozmowy polityczne o Europie. Nie zdziwiło mnie to w ogóle, że Niemcy byli głupi i uparci jak banda osłów. Z ich wypowiedzi zrozumiałem, że nawet gdybym im przysłał kolejne 5mln muzułmanów, to nie mieliby z tym problemu gdyż “nie są rasistami”. Niestetety dla niemieckich idiotów widzę marne szanse, chyba że zdarzają się mądrzejsi. Był ktoś z Holandii, ale tam mają tak źle w głowach że nawet nie traciłem czasu. Co dziwne, najbardziej rozważny okazał się murzyn z USA, który był tak zainteresowany moja osobą że towarzyszył mi aż na szczyt. On rozumiał zmianę etniczną w tradycyjnie białych krajach, lecz potem rozmawialiśmy już tylko o przyrodzie, ale spędziliśmy razem trochę czasu i razem jedliśmy posiłki. Miałem więc czarnego kompana podróży i zrozumiałem wtedy że nie jestem rasistą, dlatego że potrafię okazać szacunek rozsądnym murzynom.

Byłem szczerze obrzydzony białym bydłem wypranym przez lewicę ponad możliwość naprawy, choć szczególnie niemiecką kobietą – fanką etnicznej wymiany. Tym razem wolałem murzyna, który pomimo że był czarny, umysł miał bielszy niż białe owce z różnych zakątków liberalnej Europy.

Mount Kinabalu nie jest łatwym szczytem, mimo że nie jest tak wysoki jak inne na których byłem. Choć wspinałem się już wyżej, to muszę przyznać że wspinaczka na Mount Kinabalu była bardzo wymagająca, gdyż aby dotrzeć na wierzchołek, pierwszego dnia musiałem pokonać około 8km pod górę, poprzez dżunglę. Często siadałem gdyż było stromo, lecz widoki były bardzo ładne i zmieniały się wraz ze wspinaczką. Raz też usiadłem pod wodospadem.

Widoki podczas mojej wspinaczki na Mount Kinabalu.

Gdy dotarłem do bazy Laban Rata na wysokości 3272 metry, miałem niewiele czasu na wypoczynek, gdyż musiałem wstać o 2 rano i wspinać się w nocy. Ledwo wstałem lecz ruszyłem do góry, omijając ostre skały i oddychając zimnym powietrzem. Gdy skończyła się już linia drzew i krzewów, w ostatniej partii wspinałem się po gołych skałach, trzymając się lin. Widoki jednak były piękne, podobnie jak satysfakcja z pokonania szczytu. Ostatni dzień był bardzo męczący, gdyż musiałem przejść 13km, najpierw na szczyt a potem w dół, do bramy parku. U Jungle Jack najpierw zjadłem obiad, a potem spałem aż mnie przestała boleć głowa. Byłem wykończony tą wspinaczką, jak żadną inna dotąd.

Moje doświadczenia ze zdobycia Mount Kinabalu były bardzo dobre, mimo że mogłem wchodzić szybciej. Przyznaję, że miałem zbyt wolne tempo. 

Moje ostatnie dni w Kota Kinabalu 

Moje dwa ostanie dni w Kota Kinabalu były czasem relaksu. Byłem w portowej knajpie na wspaniałej rybie, a nastepnego wieczora na ogromnym małżu w sosie pomidorowym, który okazał się twardszy do zgryzienia niż siodło na konia. Byłem też na zakupach kawy i herbaty z lasów deszczowych Borneo (według napisu na opakowaniu), i podobno zbieranych przez małpy długonose. Byłem też na masażu za 50RM, oraz na bazarze owocowym, gdzie próbowałem duriana, mangosteen, rambutanów, lansunis i marang. Egzotyczne owoce Azji to wspaniały i smaczny rozdział podróży po Azji.

Mieszkałem w Lucy’s Homestay, dlatego gdy miałem siłę, najpierw poszedłem zobaczyć Atkinson Clocktower, a następnie przez małą dżunglę wspiąłem się na obserwatorium Singal Hill. Jedzenie na miejscu jest kiepskie, lecz jest stamtąd ładny widok na Kota Kinabalu.

Wierzchołek Borneo

Około 40km od Kudat znajduje się fenomen natury oraz bardzo specyficzne miejsce. Jest to WierzchołekBorneogdzie kiedyś nawet sam Ferdynand Magellan zatrzymał się tu podczas wojej podróży statkiem dookoła świata, i który dla mnie okazał się bardzo przyjemnym celem podróży. Wierzchołek Borneo to odosobnione miejsce, koło malowniczej plaży z palmami, leżącej na najbardziej wysuniętej na północ części wyspy Borneo. Bardzo mi się tu podobało gdyż mieszkałem w drewnianym domku na plaży, oraz zasypiałem i budziłem się przy szumie morza. Pływałem, rzucałem się w wysokie fale i chodziłem pomiędzy palmami. Czasem zatrzymywałem się na dobre jedzenie kupowałem kokosy, które moim zdaniem są najlepszym napojem w tropikalnym klimacie. Często zatrzymywałem się też przy bambusowych straganach pod liśćmi palmowymi, aby oglądać muszle.

Wierzchołek Borneo, Sabah, Malezja.

Wierzchołek Borneo, Sabah, Malezja.

Wierzchołek Borneo to efektowna formacja skalna, gdzie Morze Sulu spotyka się z Morzem Południowochińskim, lecz dla turysty jest to miejsce bardzo ciche i spokojne. Wiele razy tu przychodziłem aby zobaczyć pomnik w kształcie globu, na której jest pokazana wyspa Borneo oraz najbardziej wysunięty wierzchołek na północ. Widziałem też fale obijające się o skały, po których wiele razy ostrożnie spacerowałem. Dla mnie Wierzchołek Borneo był wyjątkowo piękny, a fale budzące mnie każdego ranka, w które potem się rzucałem zatrzymały mnie o wiele dłużej niż planowałem.

Do Wierzchołka Borneo przyjeżdża wielu turystów z Malezji, tylko po to aby zobaczyć pomnik, pochodzić chwilę po skałach i szybko wyjechać. Dla mnie jednak Wierzchołek Borneo to tylko atrakcyjny dodatek do wspaniałej plaży, formacji skalnych i egzotycznych plenerów. Było bardzo miło. Fale masowały mnie przez kilka dni.

Przygoda w transporcie – od Wierzchołka Borneo do Sandakan

Podczas mojej podróżniczej kariery wiele razy zdarzało mi się spędzać całe dni w transporcie. Choć może się to wydawać nudne i monotonne, to ja uważam że „przygody w transporcie” pozwalają na lepsze poznanie kraju i jego ludzi, gdyż dają one nowe doświadczenia.

Z Wierzchołka Borneo ktoś mnie podwiózł autostopem aż do rozwidlenia drogi na Kota Marudu i Kota Belud. Tam, na rozstaju dróg, zjadłem obiad w chińskiej knajpie i miałem tak wielkie szczęście, że grupa młodych chłopaków zabrała mnie z parkingu aż do Desa Dairy Farm. Miejsce to jest farmą nabiału w pięknych górskich plenerach, gdzie krowy żują trawę i wdychają czyste powietrze. Są też sklepy z pamiątkami, lody i inne słodycze wyrabiane na miejscu, a przez wielką szybę można patrzeć jak są dojone krowy. Nigdy nie sądziłem, że pojadę do farmy nabiału, ale okazało się to przyjemne miejsce w drodze do Sandakan. Następnie jadąc poprzez górskie Kundasang, moi malezyjscy towarzysze podróży wysadzili mnie w Ranau.

Potem miałem dwa słabe autostopy, lecz w końcu z drogi zabrał mnie ktoś wprost do Sandakan, poprzez Telupid. Po drodze zjedliśmy obiad i Chińczyków, w tym dobrego dzika, a do Sandakan dojechaliśmy na 9 wieczorem. Podczas tej podróży zazwyczaj miałem tyle szczęścia, że byłem podwożony przez jeepy z napędem na 4 koła. Super jazda przez górskie, piękne, czyste, przygodowe Sabah.

Ogólnie o Sandakan

Sandakan to atrakcyjne miasto stanu Sabah, które posiada kilka obiektów historycznych oraz parków i ogrodów, które na pewno zatrzymają podróżnika przez kilka dni. Sandakan to dobrze zaopatrzone małe miasto, gdzie są świetne bazary owocowe, bazar rybny i restauracje rybne nad morzem, oraz przyjemna malezyjska atmosfera. W Sandakan bardzo mi smakowało uliczne jedzenie i słodycze, choć jak zwykle podobał mi się też kontakt z wesołymi ludźmi. Dlatego że nie piję alkoholu i nie palę papierosów, zawsze wieczorem wychodziłem na herbatę oraz na spacer nad morzem.

Sandakan

Na bazarze rybnym w Sandakan. Sabah, Borneo, Malezja.

Ludzie na Borneo byli zawsze ciekawi skąd byłem, a ja ich pozdrawiałem i dumnie odpowiadałem że z Polski. Spędziłem wiele wieczorów w towarzystwie miejscowych ludzi, a do hotelu wracałem z siatką egzotycznych owoców, takich jak lansunis, mangostine i jackfruit. Niestety z uwagi na silny zapach, lub raczej smród tych owoców, do wielu hoteli na Borneo nie można przynosić durianów. Sandakan jest także wielkim bazarem, gdzie czasem wydawało mi się jakby handel nigdy się nie kończył, i dlatego spacerując po mieście można natrafić na świetne okazje.

Zatrzymałem się w Sea View Lodge z 30RM za noc, a potem miałem pokój wielo-osobowy za 20RM. Mieszkałem więc nad samym morzem, a z okna widziałem bazar owocowy i sklep z pamiątkami Borneo. Miałem też bardzo blisko na bardzo ciekawy bazar rybny, gdzie widziałem płaszczki i rekiny …………. a czasem też i morskie potwory, które już podobno wymarły. Sandakan tak bardzo mi się podobało, że nawet miło spędziłem czas w pralni i nie przeszkadzał mi brud na niektórych ulicach.

Miejsca zainteresowania w Sandakan

Pomimo, że samo egzotyczne i ciekawe Sandakan już jest atrakcją turystyczną samą w sobie, to jednak w granicach miasta jest kilka miejsc, które zobaczyłem i które walno wyszczególnić. Wszystkie te miejsca znajdują się w promieniu około 5km od centrum, gdyż różne dzielnice Sandakan leżą stosunkowo daleko od siebie.

Agnes Keith House – to drewaniany dom w dużym ogrodzie, który został przerobiony na muzeum. Agnes Keith była pisarką, która przybyła do Sandakan w latach 30-tych XX wieku, i napisała między innymi dobrze znaną w Malezji książkę, pt. “Land below the wind”. Muzeum to przedstawia historię rodziny Keith, oraz pokazuje brutalną okupację japońską wyspy Borneo, co w Sandakan jest bardzo żywe do dziś. Agnes Keith także była więziona przez Japończyków. Muzeum jest ciekawe ze względu na historię Borneo w czasach II Wojny Światowej, oraz ma wiele przedmiotów z tamtych czasów. Poza tym w tropikalnym ogrodzie jest angielska herbaciarnia, mimo że Amerykanka Agnes Keith, po przyjeździe do Sandakan mówiła że miasto to było zbyt brytyjskie.

Dom amerykańskiej pisarki Agnes Keith, autorki książki: “Land beyond the wind”, która mieszkała w Kota Kinabalu podczas japońskiej okupacji Borneo.

Muzeum Agnes Keith znajduje się za hotelem Sandakan, czyli niedaleko portu.

Niedaleko muzeum Agnes Keith, blisko chińskiego cmentarza, jest także japoński cmentarz, założony przez Japonkę, która na marginesie prowadziła bardzo popularny burdel w Sandakan. Co ciekawe, oczekujemy, że znajdziemy tam ciała bohaterów wojennych, ale w czasach II Wojny Światowej leżało tam około 100 prostytutek. Dziś jest tam też pomnik upamiętniający japońskich żółnierzy.

Sandakan Memorial Park – jest byłą bazą wojskową Japonii, skąd zaczęto pamiętny marsz śmierci do Ranau. Tu gdzie dziś jest tropikalny park z pięknymi drzewami Borneo i wielkimi liśćmi, ggdzie dziś jest staw i można zobaczyć egzotyczne jaszczurki i ptaki, za czasów okupacji japońskiej było to także więzienie dla 1800 Australijczyków i 600 Brytyjczyków. Do roku 1945 uratowało się tylko 6 więźniów, którym udało się uciec. W parku są liczne zdjęcia i teksty przypominające o tragicznej historii.

W Polsce uczymy się dużo na temat II Wojny Światowej, trafnie demonizując zbrodnie Hitlera, choć niestety zbyt rzadko mówimy o zbrodniach Stalina i o zbrodniach Żydów. Myślę że warto też jest wiedzieć co się w tym czasie działo po drugiej stronie świata, tym bardziej że cesarz Hirohito był sprzymierzeńcem Hitlera, i przeprowadzał tak wymyślne tortury na swoich więźniach, że niemieckim nazistom się nie śniło. Nie chcę tu wybierać najgorszego z najgorszych, ale uważam że generalnie Azjaci sa bardziej brutalni niż Europejczycy, gdyż Europejczycy sa brutalni tylko po to aby osiągać swoje cele, natomiast Azjaci podciągnęli brutalność do poziomu sztuki. Europejczycy starają się ukrywać swoje zbrodnie, natomiast Azjaci napisali na ten temat poradniki.

Na szczęście blisko “parku zbrodni Japończyków” znajduje się przyjemne miejsce, czyli Park Krokodyli. Na tym małym terenie znajdowały się zielone potwory, które były najbardzoek aktywne podczas karmienia. Na rondzie nieopodal Parku Krokodyli stoi wielki krokodyl, który wskazuje farmę palcem, i dlatego łatwo jest trafić.

Krokodyl pokazuje palcem gdzie jest jego farma.

W Sandakan poszedłem jeszcze zobaczyć dużą chińską świątynię na wzgórzu Puu Jih Shih. Jest to atrakcyjna buddyjska świątynia z wieloma chińskimi ozdobami, pomnikami Buddy, z profilowanymi dachami, i ze smokami wijącymi się dookoła czerwonych filarów. Świątynia to dominuje bogactwem kolorów, ozdób i wielu wyszukanych rzeźb, natomiast widoki na Sandakan z góry są widowiskowe. Cechą charajterystyczną tej świątyni są także liczne swastyki, jako symbole pokoju. Niżej w ogrodzie, jest także zielony krzew w kształcie swastyki.

Jeśli ktoś ma ochotę to może też zobaczyć anglikański kościół św. Michała, który jest najstarszym kościołem w Sandakan. Cechą wspólną tego kościoła z kościołami w Anglii jest to, że sa one zawsze puste. Sam kościół jednak, oraz wielki ołtarz przedstawiający świętych i roślinność dookoła były atrakcyjne.

Sepilok

Sepilok jest najpopularniejszym miejscem na świecie aby zobaczyć orangutany. W roku 2012, gdy podróżowałem po Borneo ostatnim razem, byłem w Semengogh w stanie Sarawak, gdyż tam także znajduje się Ośrodek Rehabilitacji Orangutanów. Uznałem jednak, że nawet po zobaczeniu Lok Kawi parę tygodni wcześniej, i tak warto było jeszcze raz zobaczyć bardzo specjalne dla mnie … Orangutany – leśnych ludzi Borneo. Poza tym obok znajduje się także Rezerwat Niedźwiedzi Słonecznych oraz Rainforest Discovery Centre. Szczęściarze mogą tez zobaczyć słonie pigmejskie, nosorożce sumatrzańskie i gibony. Wszystkie te miejsca znajdują się na terenie rezerwatu leśnego Kabili Sepilok, które gwarantują podróżnikom oraz wolontariuszom bardzo dobre wrażenia związane z poznaniem pięknej przyrody Borneo.

Niedaleko tych ośrodków znajdują się hotele, co oznacza że nie trzeba koniecznie jechać 23km z Sandakan. Jesli ktoś planuje mieć dłuższy kontakt z przyrodą, może mieć swoją bazę w Sepilok.

Ośrodek Rehabilitacji Orangutanów

Ośrodek Rehabilitacji Orangutanów w Sepilok zostało otwarte w 1964 roku, jako pierwszy oficjalny projekt rehabilitacji dla uratowanych osieroconych orangutanów z miejsc pozyskiwania drewna, plantacji, nielegalnych polowań lub trzymanych jako zwierzęta domowe. W związku z tym 43 km² chronionego terenu na skraju rezerwatu leśnego Kabili Sepilok przekształcono w miejsce rehabilitacji orangutanów i centrum zbudowane z myślą o małpach. Obecnie w żłobkach przebywa około 25 młodych osieroconych orangutanów, oprócz tych znajdujących się w rezerwacie.

Spaceruję po moście linowym w Sepilok, Rainforest Discovery Centre.

W rezerwacie jest kładka drewniana biegnąca przez dżunglę, z której kilka widziałem orangutany samotnie lub w parach przemierzających dżunglę. Widziałem też samicę z młodym uczepionym jej sierści, lecz aby je zobaczyć należy mieć przede wszystkim szczęście, gdyż orangutany nie pochodzą aby poczęstować piwem. Na widok człowieka uciekają, albo siedzą cicho na drzewach i obserwują ludzi. Chodząc po dżunglii widziałem też gniazda orangutanów, gdyż ci „leśni ludzie” zawsze śpią w innym miejscu. Dla turystów najlepszym miejscem jest platforma widokowa, gdzie parę razy dziennie opiekunowie rozdają jedzenie. Wtedy turyści z dobrym zoomem mogą robić im zdjęcia lub przynajmniej zobaczyć orangutany w bliskiej odłegłości przy jedzeniu.

Jedzenie orangutanów jest specjalnie przygotowane tak aby było nudne i monotonne, po to aby orangutany same nauczyły się zdobywać jedzenie, które lubią bardziej. Kontakt z ludźmi jest bardzo ograniczony, dlatego że celem rehabilitacji jest przystosowanie orangutanów do życia na własną rękę.

Niestety w Sepilok obowiązuje „cena białego człowieka”. Biali płacą 30RM, natomiast Malezyjczycy tylko 5RM. No cóż, przynajmniej dałem orangutanom.

Dziś w krajach rozwiniętych istnieje wiele organizacji, które pomagają chronić orangutany. Organizacje te zbierają pieniądze na ich utrzymanie, badania i zapewnienie im bezpieczeństwa. Tego typu organizacja pomocy orangutanów istnieje też oczywiście w Anglii, lecz żadna z tych organizacji nie chcę powiedzieć dlaczego orangutany są zagrożone. Wiemy o utracie środowiska naturalnego orangutanów z powodu ogromnych plantacji oleju palmowego, które do skarbu państwa Malezji co roku dają przychód prawie 45 miliardów malezyjskich ringgit. Co jednak bardzo istotne, Anglicy którzy tak bardzo kochają orangutany nie chcą się przyznać, że palmy olejowe zostały wprowadzone do Malezji przez nikogo innego, jak właśnie przez Brytyjczyków na początku lat 70. XIX wieku, jako roślina ozdobna. Następnie, w 1917 roku odbyło się pierwsze komercyjne sadzenie w posiadłości Tennamaran w Selangor, kładąc podwaliny pod ogromne plantacje palm olejowych i przemysł oleju palmowego w Malezji.

Orangutany w Sepilok.

Rozmawiałem o tym z Malezyjczykiem, który podwiózł mnie swoim samochodem. Powiedział, że w Malezji nikt nie znał palm olejowych, dopóki Brytyjczycy ich nie wprowadzili, aby pod pretekstem rośliny ozdobnej mogli czerpać zyski z malezyjskiej ziemi, i w efekcie doprowadzili do prawie kompletnej zagłady orangutanów. Dziś Anglicy pozują do zdjęć ze sztucznymi uśmiechami, gdy przekazują pieniądze na orangutany, lecz sytuacja ta jest ich winą. „Także, angielscy huligani wybili orangutanom zęby, a potem chcą zmyć z siebie winę, dlatego że pokrywają 1% wydatków na ich denstystę”. Co za hipokryzja!

W Afryce i w Indiach było tak samo. Angielscy „dżentelmeni” strzelali do słoni, nosorożców i tygrysów, aby sobie z nimi zrobić zdjęcia, a teraz mają „organizacje miłosierdzia”.

Ośrodek ochrony niedźwiedzi słonecznych Borneo

Obok Orangutanów znajduje się mały, lecz bardzo ciekawy i dobrze utrzymany ośrodek ochrony czarnych niedźwiedzi Borneo. Ośrodek ten został otwarty w 2004 roku, i jego celem jest ochrona najmnieszych niedźwiedzi na świecie. Czarne misie Borneo są zwane słonecznymi z powodu żółtego półksiężyca pod szyją. Prowadzą one nadrzewny tryb życia, gdzie także śpią. Ich cechą charakterystyczną są także bardzo długie języki, dzięki którym łatwo wyjadają miód z uli.

Ośrodek niedźwiedzi jest bardzo dobrze przygotowany dla zwiedzających. Stałem na drewnianej platformie i obserwowałem misie na drzewach oraz siedzące na ziemi. Była też luneta, przez którą udało mi się zrobić kilka zdjęć z bliska. Niedźwiedzie słoneczne są najmniej znanym gatunkiem niedźwiedzi na świecie, i drugim najrzadszym, po pandach. Największymi zagrożeniami są utrata środowoska naturalnego, kłusownictwo, i trzymanie ich jako maskotek w prywatnych hodowlach.

Rainforest Discovery Centre

Jest to wydzielona część dżunglii, w której turyści mogą podziwiać pięknej tropikalnej flory i fauny. Na terenie dżunglii jest ogród botaniczny, jezioro otoczone egzotyczną roślinnością i szlak spacerowy o długości 1km. Jest także 8 wież połączonych chodnikami, dzieki czemu można zobaczyć dżunglę z góry. Rainforest Discovery Centre to miejsce gdzie bardzo przyjemnie spędziłem czas na łonie tropikalnej natury. Można tam także iść nocą aby zobaczyć latające wiewiórki, cywety i inne noce zwierzęta. Każdy kto kocha naturę powienien tu przyjść.

Rzeka Kinabatangan

Po powrocie z Sandakan pojechałem nad rzekę Kinabatangan, która jest kolejnym miejscem w stanie Sabah, gdzie można podziwiać naturę Borneo. Sungkai Kinabatangan ma 560km długości, jest w kolorze herbaty z mlekiem i kończy się aż na Morzu Sulu. Mieszkałem w pokoju nad rzeką, i za dwa rejsy i 2 noce ze śniadaniem zapłaciłem 200RM. Transport z Sandakan kosztował mnie 50RM.

Rzeka Kinabatangan, Sabah, Borneo malezyjskie.

Rejsy po rzece w poszukiwaniu dzikich zwierząt są najważniejszym punktem programu. Ja widziałem tylko dzikie świnie i kolonie małp, lecz ludzie przede mną widzieli także słonie pigmejskie przeprawiające się przez rzekę, oraz dzikie orangutany. Sam rejs, nawet bez zwierząt i tak jest bardzo przyjemny i odprężający gdyż płynąłem przez szeroką rzekę oraz jej wąskie kanały. Kilka razy widziałem małpy, a jedna z nich zeszła z drzewa, wyciągnęła do mnie łapkę, a ja byłem tak miły że dałem jej krakersa.

Wieczorami zawsze wychodziłem do drewnianych restauracji nad brązową rzeką, rozmawiałem z ludźmi, i niestety widziałem dużo palm olejowych, które dla orangutanów są symbolem chciwości i śmierci. Uważam, że każdy podróżnik przemierzający Borneo, powinien koniecznie zobaczyć to szcególne miejsce. Zainteresowani mogą też wykupić przeprawy przez dżunglę z przewodnikiem.

Jaskinie Gomantong

W drodze powrotnej do Sandakan zatrzymałem się przy skręcie do jaskini Gomantong, która choć jest na turystycznym szlaku, jest często pomijana. Sama jaskinia jest ogromna, i też zabezpieczona, gdyż dookoła jest zbudowana drewniana kładka. W jaskini mieszka około 275.000 nietoperzy, dlatego należy chodzić ostrożnie aby się nie poslizgnąć o ich odchody. Mi najbardziej podobało się wejście do ogromnej jaskini Simud Hitam, oraz widok na wyjście z końca jaskini. Jest mniejsza jaskinia, Simud Putih, jeśli ktoś nie ma dość.

Za wejście zapłaciłem 30RM, dlatego że jestem biały. Malezyjczycy płacą tylko 5RM.

Jaskinie Gomantong są jednym z głównych miejsc na Borneo do zbierania ptasich gniazd, które zamawiane są przez bogatych Chińczyków, a następnie przerabiane na zupę. 1 kilogram gniaz kosztuje aż $10.000, dlatego dla biednych Malezyjczyków jest to sobry interes, mimo że muszą zakładać bambusowe rusztowania na krawędziach ciemnych jaskiń. Ptasie gniazda są ptasią śliną w stałej formie. Chińczycy twierdzą, że ptasie gniazda mają podobno właściwości letnicze, tak jak podobno zupa z rekina i róg nosorożca, lecz ja w to wątpię. Moim zdaniem jest to zachcianka bogatych Azjatów, która źle wpływa na zwierzęta.

Jaskinia Gomantong.

Do jaskiń Gomantong należy się dostać własnym transportem. Ja wróciłem do Sandakan paroma autostopami, z przesiadką w Bukit Garam, gdzie byłem w indyjskiej restauracji.

Labuk Bay – sanktuarium małp proboscis

Małpy proboscis, obok orangutanów, są jednymi z najważniejszych symboli wyspy Borneo. Te zabawne małpki żyją w stadach, którym przewodzi samiec dominujący. Labuk Bay natomiast to wydzielony las mangrowy, przeznaczony po to aby chronić te wspaniałe zwierzęta. Proboscis muszą być chronione, dlatego że plantacje oleju palmowego są bardzo dochodowym interesem w Malezji. Z tego powodu środowisko naturalne endemicznych gatunków zwierząt jest konsekwentnie niszczone.

Labuk Bay są dwa główne wejścia wyłożone drewnianymi kładkami, prowadzące przez las mangrowy. Każda kładka prowadzi do tarasu widokowego, z którego widać małpki proboscis z bliskiej odległości. Jest to zwłaszcza bardzo interesujące i podnoszące na duchu, gdy widać całe stado, wspólnie jedzące ogórki, fasolę, a czasem nawet i naleśniki. Proboscis to słodkie, futrzaste małpki, które każdy najchętniej by ptrzytulić, choć niestety nie można ich dotykać. Mi zdarzyło się wielokrotnie, że oswojone z ludźmi małpy chodziły przy mnie, a jedna nawet usiadła na krześle przy stole – gdy miałem banana w ręku.

Właściwie mógłbym siedzieć tam cały dzień, i tylko obserwować te piękne, zabawne stworzenia, które jednak żyją w określonych strukturach społecznych. Dominujący samiec nie jest dżentlemenem, dlatego że pcha się pierwszy do jedzenia, nawet przez samicami z młodymi. Z drugiej jednak strony jest bardzo czujny i chroni swoje stado.

Mały proboscis w sanktuarium Labuk Bay.

Poza tym w Labuk Bay chodziłem po lesie i widziałem kilka przebiegających przez drogę waranów. Szkoda tylko, że wszędzie rosły palmy olejowe, gdyż gdyby nie one, może byłyby tam też orangutany.

Do Labuk Bay z Sandakan najlepiej jest się dostać minibusem spod hotelu Sandakan. Kurs kosztuje 40RM w obie strony. Własny transport jest problematyczny.

Semporna

Semporna jest małym, nieciekawym miasteczkiem, z kilkoma sklepami i hotelami. Jest to jedno z tych miejsc, które nie robi wrażenia, i z którego na początku chce się wyjechać. W zasadzie Semporna to kilka betonowych brył wypchanych jedzeniem i towarem. Na szczęście miałem bardzo przyjemny hostel za 30RM ze śniadaniem, a niedaleko na ulicy był grill. Po jakimś czasie można się jednak przyzwyczaić, i jest miło zwłaszcza wtedy gdy ludzie rozkładają swoje stragany uliczne.

Krajobraz na archipelag Semporna.

Zawsze wieczorem chodziłem zjeść dobrą rybę prosto z morza, oraz kupowałem tropikalne owoce. Miło tu spędziłem czas.

Archipelag Semporna

Archipelag Semporna jest popularnym kierunkiem turystycznym na krańcu malezyjskiego Borneo, z powodu morskiego parku narodowego, który jest jednym z centrów tropikalnego nurkowania. Samo miasteczko nie jest co prawda niczym ciekawym, ale nikt nie jedzie tam przecież żeby podziwiać sprzedawców mango czy grillowanego kurczaka. Piękno naturalne Semporna jest zdumiewające, a największą popularnością wśród płetwonurków cieszy się legendarne Sipadan. Niestety ceny za nurkowanie w pobliżu Sipadan określam jako „twarde lądowanie”.

Archipelag Semporna to wyjątkowo malownicza grupa wysp, gdzie pomimo inwazji płetwonurków, mieszkają miejscowi ludzie. Z tego powodu Semporna oferuje także doświadczenia kulturowe, gdyż spacerując po wyspach, przechodząc po drewnianych kładkach wysoko nad wodą, a następnie spacerując po plażach, docierałem do drewnianych domków, gdzie miejscowi Malezyjczycy sprzedawali muszle, korale, ozdoby wykonane z darów morza, oraz oczywiście kokosy pod palmami. Należy też koniecznie zrozumieć, że to co widzimy nad wodą jest jednym światem, natomiast pod wodą znajduje się inny świat. Jest to świat różnorodnych koralowców, ogromnych płaszczek, żółwi morskich i rekinów.

Aby poznać archipelag Semporna lepiej, uważam że koniecznie należy wykupić kilka wycieczek jednodniowych lub dwu i trzy dniowych. Wówczas będziemy mieli szansę aby nasycić się pięknem tropikalnej, nadwodnej i podwodnej przyrody, oraz poznać wyspiarską kulturę ludzi. Pamiętam, że gdy chodziłem po jednej z wysp, jeden Malezyjczyk krzyczał do mnie, pytając co wrzucałem do morza, na co odpowiedziałem, że zwracam muszle tam skąd pochodza. Uśmiechnął się tylko. Miejscowym ludziom bardzo zależy na czystości ich wysp, i turystom też powinno zależeć.

Wioska na wodzie w archipelagu wysp Semporna.

Słowo „Semporna” jest mało znane nawet wśród płetwonurków. Słowem „kluczem” jest tutaj „Sipadan”, które deklasuje rafy koralowe w innych częściach archipelagu. Nie znaczy to jednak, że inne są złe, gdyż dla białych wszędzie w Malezji powinno być tropikalnie i atrakcyjnie.

Wycieczki po archipelagu Semporna

Mabul

Na pierwszą wycieczkę popłynąłem na wyspę Mabul, gdzie spędziłem 2 dni i 1 noc. Mieszkałem w pokoju wieloosobowym nad morzem, gdyż mój domek był zbudowany na drewnianych balach, a fundamenty były w dnie. To małe drewniane osiedle było połączone ze stałym lądem za pomocą drewnianych mostów. Na miejscu miałem też posiłki oraz bazę do nurkowania. Oprócz wszystkich wspaniałych plaż, palm kokosowych oraz widoku z prefekcyjnej pocztówki podobał mi się też kontakt z ludźmi z Mabul village. Grałem w piłkę z malezyjskimi dziećmi, kupiłem kilka pamiątek, i dużo rozmawiałem.

W pobliżu wyspy Mabul odbyłem dwa nurkowania z butlą i kilka razy pływałem z maską i rurką. Raz nurkowałem przy wspaniałej rafie koralowej pełnej małych stworzeń. Innym razem zszedłem na głębokość około 20m, aby krążyć dookoła wraków, w których także widziałem interesujące życie morskie. Widziałem parę żółwi morskich, wiele małych ryb i jedną wielką – granik wielki. W porównaniu z innymi małymi rybami, ten olbrzym wyglądał jak podwodny czołg, choć był bardzo płochliwy.

Po dwóch dniach na plażach i pod wodą wróciłem łodzią do miasteczka Semporna. Mój pobyt kosztował mnie 190RM, wliczając w to transport łodzią, noc w pokoju, i dwa posiłki. Dwa godzinne nurkowania kosztowały mnie 240RM, lecz w Sipadan, które jest podwodnym rajem, nurkowanie byłoby o wiele droższe i trzeba jeszcze rezerwować z wyprzedzeniem. Mój czas na Mabul był bardzo przyjemny i spokojny.

Wyspa Mabul w archipelagu Semporna.

Dodam, że po zmroku chodziłem po moście z latarką, aby obserwować żółwie morskie jedzące plankton z dna.

Bohey Dulang + Mantabuan + Sibuan + pływanie z rurką

Następnego dnia odbyłem wycieczkę na 3 wyspy, które najkrócej mogę określić jako przeniesienie się na rajskie plaże. Niestety na każdej z wysp miałem tylko parę godzin, lecz nie mogłem narzekać, na turkusowe pejzarze z palmami i białym piaskiem.

Bohey Dulang jest wyspą, lecz ja ten mały skrawek ziemi zapamiątam raczej jako pas piasku wystający z niebieskiej wody, z kilkoma palmami. Niestety niektórzy turyści przypływają tu dużymi łodziami, i z jakiegoś powodu potrzebują głośnej muzyki. Ja wolę spokój.

Następnie zacumowaliśmy gdzieś na morzu gdzie pływałem z maską i rurką. Znowu miałem szczęście gdyż po raz kolejny udało mi się zobaczyć żółwia morskiego. W pobliżu była też kulturowa atrakcja dnia, czyli mała wioska na drewnianych balach. Był to bardzo szczególny widok, gdyż widziałem drewniane domki pokryte liśćmi palmowymi, a w pobliżu pływały dzieci na drewnianych czółnach. Wyrazy ich twarzy, sposób w jaki wiosłowały i próbowały sprzedać grillowane ryby, same w sobie było już miłym szokiem kulturowym, którego ja poszukuję w swoich podróżach. Definitywnie, to było zderzenie dwóch zupełnie innych światów, i miałem nadzieję że ci ludzie byli szczęśliwi, bo ja byłem gdy zobaczyłem jak żyją.

Wyspa Mantabuan to kolejny piękny zakątek archipelagu Semporna, z malowniczą plażą i palmami. Na tej wyspie turyści zazwyczaj jedzą posiłki. Odbyłem spacer, widziałem czerwone rozgwiazdy oraz wykąpałem się oczywiście.

Żółw morski.

Na koniec byłem na wyspie Sibuan, gdzie spacery i pływanie zajęły mi aż 3h. Plaża, turkusowe morze, palmy, rozgwiazdy i ciepły tropikalny deszcz. Na tym polegał mój biznes na Sibuan.

Timba Timba + Mataking + Pom Pom

Wszystkie te miejsca były podobne do poprzedniego dnia. Co prawda były trochę inne krajobrazy, i jak zwykle morze, słońce, palmy i piasek nie rozczarowały mnie. Zdecydowałem się też na godzinne nurkowanie z rurką wśród raf koralowych. Gdy zszedłem niżej udało mi się zobaczyć ogromnego żółwia morskiego. Zdaję sobie sprawę, że pod wodą wszystko wygląda na większe, lecz ten był większy ode mnie. Poza tym ponownie spacerowałem po białym pasie pasku wystającym z wody, oraz spędziłem bardzo przyjemne chwile na łodzi.

Tego dnia byłem na łodzi z dwoma młodymi Angielkami. Na początku było w miarę miło, choć potem dziewczyny zrobiły co tylko mogły aby traktować mnie w szorstki sposób. Miały humory. Jednak robiliśmy sobie nawzajem zdjęcia, jedna z nich rzucała mi maskę i aparat fotograficzny gdy byłem w wodzie, a druga była tak miła, że dzień wcześniej nasmarowała mi plecy olejkiem, gdyż miałem spalone po słońcu Borneo. Myślałem, że po raz pierwszy w życiu spotkałem angielskie kobiety, które mógłbym szczerze polubić, i czułem że chciałem być dla nich dobry. Wydawało się, że wszystko przebiegnie dobrze, ale niestety ten piękny dzień skończył się fatalnie, gdy jedna z nich powiedziała mi, że jest „czarną szmatą”, a ja powiedziałem co o niej myślę. Potem zrobiło się jeszcze gorzej, gdy zapytała mnie „co w tym złego”, ale też nie dała mi dojść do słowa abym mógł jej wytłumaczyć. Jej koleżanka nie była „czarną szmatą”, i widziałem że było jej głupio, gdyż czułem że sama się z nią nie zgadzała. Skrytykowała jednak mnie, dlatego że nie chciała stracić koleżanki.

Po ostatniej godzinie rejsu spędzonej w absolutnej ciszy, angielskie kobiety czekały na mnie w porcie przy wyjściu, abym ponownie z nimi porozmawiał, lecz ja przeszedłem tylko koło nich w ciszy, gdyż jednej nie potrafiłem już szanować, a z drugą kobietą rozmowa nie miała sensu. Jestem pewien, że mnie pamiętają, gdyż czytały moje artykuły. Może się czegoś nauczyły??? Być może kiedyś się do mnie odezwą??? Szkoda, dlatego że poddane właściwej dyscyplinie byłyby z nich dobre kobiety.

Było mi przykro, że tak musiałem to skończyć, gdyż chciałem aby było dobrze; ale pomimo to nie żałuję swojej decyzji. Jeśli biali mężczyźni zaakceptują kurestwo białych kobiet jako powszechną normalność, to będzie to koniec naszej rasy!

Orientalna kotka na plażowym wybiegu.

Tawau

Tawau to miasto, którego podróżnicy nie będą pamiętać przez całe życie. Co prawda ulice są czyste, a miejscowi są uśmiechnięci i serwują dobre przekąski, ale miasto w samo sobie jest małe i nieciekawe. Tawau do blokowiska złożone z hoteli i sklepów, gdzie życie zaczyna się po zmroku, gdy miejscowi przychodzą na bazary owocowe i do prowizorycznych restauracji pod gołym niebem. Pomimo to, mi doświadczenie Tawau podobało się. Niektórzy mówią, że nie warto tu zostawać na noc, lecz ja sądze inaczej.

Tawau znalazło się na mapie podróżniczej Borneo malezyjskiego, dlatego że niedaleko znajduje się lotnisko. Poza tym Tawau leży bllisko indonezyjskiej części wyspy Borneo – Kalimatan. Ja byłem w Tawau aby wrócić na Filipiny, lecz inni podróżnicy przyjeżdżają do tego miasta aby odwiedzić konsulat Indonezji i kupić indonezyjską wizę.

Ja jednak postanowiłem zobaczyć więcej, i dlatego odbyłem wycieczki z Tawau, o których opowiem poniżej.

Wycieczki z Tawau

Wbrew powszechnej opinii nie chciałem zapamiętać Tawau jako bazy na lotnisko. Chciałem zobaczyć coś wartościowego, dlatego uznałem że warto pojechać na wycieczki do dwóch interesujących miejsc.

Gorące źródła Sanakin to atrakcyjne miejsce wśród tropikalnej przyrody. Niektóre baseny są ciepłe, a inne gorące, także można wybrać. Spędziłem kilka godzin leżąc w basenie, oraz wdychając ciepłą parę i czyste powietrze Borneo. Ciepłe źródło, palmy, egzotyczna przyroda. Tego mi było trzeba do szczęścia.

W gorących źródłach Sanakin, niedaleko Tawau.

Tawau Hills Park to teren chroniony, gdzie znajdują się tropikalne osobliwości przyrody Borneo. W parku tym spędziłem ponad 3h, chodząc po ścieżkach poprzez tropikalną dżunglę, kąpałem się w ciepłym źródle, a potem też pod wodospadem. Na uwagę zasługuje tutaj „najwyższe drzewo świata”, oraz wspinaczka na Bombalai Hill (530m), która zajmuje około 30 minut. Tam też oczywiście byłem.

Mój czas w dżunglii Tawau nie był jednak łatwy, gdyż tego dnia było gorąco i gryzły mnie komary. Potem padał ciepły, tropikalny deszcz, który zmoczył mnie zupełnie, i zmusił mnie do przeprawy po błocie. Aby odpocząć od komarów, brudu i potu, zrobiłem sobie prysznic pod wodospadem, i w tym czasie rozwiesiłem mokre rzeczy na gałęzi. Do moich spodenek wszedł pająk a do koszuli mrówki. Musiałem więcc jeszcze raz zmoczyć całe ubranie, założyć je na siebie, i czekać na słońce, które mogłoby je wysuszyć. Tak też się stało, lecz nie był to łatwy dzień.

Z Tawau do dżunglii Tawau zapłaciłem 36RM za transport grabem, a za wejście 15RM. Jednak mój powrót do Tawau był ciężki i ryzykowny, gdyż śpieszyłem się na lotnisko, i akurat miałem szczęście że wziął mnie autostop, gdyż inaczej przegapiłbym lot. Grupa malezyjskich chłopaków zabrała mnie na pokład, i jadąc szybko poprzez plantacje oleju palmowego po obu stronach drogi, w końcu dotarłem do Tawau. Podziękowałem im serdecznie.

No cóż, był to bardzo przygodowy dzień, który jeszcze się nie skończył.

Krajobraz Tawau Hills Park.

Podsumowanie podróży po Sabah

Zorganizowanie podróży po Sabah było jedynym przedsięwzięciem, którego mi brakowało do pełnej przygody po Malezji. Sabah to stan tropikalnej roślinności, wyjątkowych zwierząt, dżunglii, wodospadów, rajskich wysp, jaskiń, oraz ciekawej kultury i tradycji mieszkającyh tam ludzi. Myślę, że każdy powinien odwiedzić Sabah, aby jego życie było lepsze, i aby miał ciekawsze wspomnienia. Orangutany, małpki proboscis skaczące po drzewach, rzeka w kolorze herbaty z mlekiem, i ten specyficzny klimat wyspy Borneo. Jedna przygoda jest kontynuacją następnej, a smaku przygodzie dodają tropikalne owoce i egzotyczne ryby na talerzach, wyławiane z Morza Sulu i Morza Południowochińskiego.

Przygody w transporcie

Na lotnisko w Kuala Lumpur dotarłem w nocy i czekałem na lot do Singapuru na 10:55. Pomyślałem, że nie chciałem siedzieć na lotnisku, dlatego pierwszym pociągiem LRT pojechałem do centrum, aby jeszcze raz zobaczyć Petronas Towers. Pociąg kosztował mnie 50RM, lecz wolałem wydać pieniądze niż się nudzić. Stamtąd pojechałem też na Plac Merdeka oraz aby jeszcze raz zobaczyć atrakcyjny meczet Masjid Jamek. Niestety miałem bardzo mało czasu, więc musiałem pędzić, a i tak spóźniłem się na pociąg na lotnisko. Dopłaciłem więc trochę i poleciałem do Singapuru o 16:40.

Ostatni raz w Kuala Lumpur byłem w 2012 roku i bardzo chciałem jeszcze raz zobaczyć niektóre miejsca w centrum. Szkoda, że miałem tak mało czasu.

Do Singapuru doleciałem późnym popołudniem, około godziny 6. Lot do Cebu City był następnego dnia rano, dlatego też pojechałem metrem do centrum. Było już ciemno i wiedziałem, że nie mogłem się nastawiać na wielkie zwiedzanie, ale tak samo jak kilka godzin wcześniej w Malezji, w Singapurze też nie chciałem siedzieć na lotnisku. Pojechałem więc MRT do stacji Bayfront, i stamtąd poszedłem na spacer, aby zobaczyć Marina Bay Sands nocą. Było bardzo miło, mimo że Singapur już oczywiście bardzo dobrze znałem. Byłem między innymi na dobrym obiedzie w nowym, czystym cenrtrum handlowym, z kanałem, i z łódkami do wynajęcia, a reszte czasu spędziłem na spacerach po Marina Bay.

Meczet Masjid Jamek.

Kierując się do metra zobaczyłem jednak kasyno, i dlatego pomyślałem, że spróbuję szczęścia. Ciągle śmierdziałem dżunglą Borneo, dlatego wyglądałem raczej jakbym jechał wybierał się na wyprawę w dzikie tereny, a nie jak dżentlemen w kasynie. Tak czy inaczej udało mi się wygrać w ruletkę $500, lecz potem straciłem połowę. Doszedłem do wniosku, że nie ufam stołom do ruletek w tym kasynie, dlatego że gdy stawiałem na czarne, w ostatniej chwili kulka przeskakiwała na czerwone. Zbrałem swoje $250 i wyszedłem.

Pierwszym MRT wróciłem na lotnisko i tym razem byłem już na czas. Wkróce wylądowałem w Cebu City. Po pięknej wyprawie po Borneo wróciłem na Filipiny.

Powrót na Filipiny

Po wylądowaniu w Cebu-Mactan, wziąłem autobus z lotniska do SM City za 40 pesos, a następnie taxi za 150 pesos do Colon w Downtown.

Tym razem mój pobyt na Filipinach już nie miał być długi, dlatego według planu mojej wyprawy nie zobaczyłem jeszcze tylko najlepszych miejsc na wyspie Cebu. Cebu jest bardzo szczególną wyspą w archipelagu Visayas, gdyż ma piękne plaże, egzotyczne wyspy, dobre nurkowanie oraz rekiny wielorybie. Cebu to wyjątkowo uroczy zakątek Filipin.

Wiedziałem, że w tym miejscu moja wyprawa była już prawie skończona, dlatego zależało mi abym tylko zobaczył co miałem w planach, a następnie chciałem zdążyć na lotnisko. Pierwsze dwa dni spędziłem w Cebu City. Tak jak wcześniej mieszkałem w hotelu Teo-Fel za 400 pesos za noc, i pierwszego dnia tylko odpoczywałem. Musiałem zrobić pranie, wyspać się po dzunglii Borneo i po przesiadkach w paru miejscach Azji. Gdy poczułem się już lepiej, poszedłem na Downtown, aby ponownie zobaczyć katedrę Santo Nino oraz Krzyż Magellana, a resztę dnia spędziłem na Carbon Market, gdzie nagrałem ciekawy film. Poszedłem też do Uptown, gdzie usiadłem z Filipińczykami na zielonym rondzie Feunte Osmena, gdzie znowu nie było wody, lecz przyjemnie spędziłem czas.

Ruch uliczny Cebu City.

Mój czas w Cebu City był bardzo przyjemny, i to nie tylko w atrakcyjnych miejscach, ale także gdy obserwowałem jeepney, ruch uliczny oraz tysiące ulicznych sprzedawców i naprawiaczy telefonów.

Przez cały ten czas podróżowałem sam, i miłoby było czasem spotkać kogoś normalnego, z kim mógłbym spędzić trochę czasu. Szkoda że okazuje się to niemożliwe. W hostelu spotkałem dziewczynę z Niemiec, która nie odnalazła jeszcze swojego rozumu. Generalnie Europejczycy podróżują aby poznawać obce kultury i ważne jest dla nich aby prezerwować obce cywilizacje, jednocześnie skazując swoją własną na wyginięcie. Niemka była wielką entuzjastką islamizacji Niemiec, lecz z drugiej strony nie chciała widzieć muzułmanów na Filipinach, dlatego że jest to kraj katolicki. Pojęcie rasy natomiast było u niej nieobecne. Wielu już takich Niemców spotkałem, co świadczy że ten naród raczej nie ma przyszłości. Poza tym, według niej: „po co mieć niemieckie dzieci, skoro muzułmanie w Niemczech mają po 4-6 z paroma kobietami, a i tak wszyscy są równi bo mają takie same szkielety.”

Według mnie naród niemiecki został skończony, gdy Niemcy wybrali Angelę Merkel, a naród brytyjski został skończony, gdy Brytyjczycy wybrali Tony’ego Blaira. Ja nazywam to: „śmierć narodu poprzez różnorodność”.

Wycieczki poza Cebu City

Podróżnicy, którzy planują wyprawę po wyspie Cebu i jej przyległych wyspach, z punktu widzenia turystyki powinni podzielić tą wyspę na dwa kierunki: kierunek południowy i kierunek północny. W taki sposób należy właśnie organizować wyprawy po Cebu, gdyż tylko ten sposób ma sens. W Cebu City z tego powodu znajdują się 2 dworce autobusowe, dworzec południowy i północny. Na każdym można oczywiście kupić dobre owoce oraz napije i słodycze. Dworce na Filipinach do gwarne i wesołe miejsca, choć z organizacją nie zawsze jest najlepiej.

Krzyż Magellana w Cebu City.

Kierunek południowy to: Oslob i Moalboal, oraz kilka przyległych wysp i wodospadów w okolicy. Najpierw radzę jechać do Oslob, a następnie w drodze powrotnej do Cebu City radzę się zatrzymać w Moalboal.

Po powrocie do Cebu City i spędzeniu tam przynajmiej jednej nocy, radzę jechać na północ.

Kierunek północny to: wyspa Bantayan i wyspa Malapascua, oraz kilka innych pięknych miejsc po drodze. Można wynająć prywatną łódź za większe pieniądze, która można bezpośrednio popłynąć z Bantayan na Malapscua, lecz główna trasa prowadzi przez dużą wyspę Cebu.

Oslob

Oslob to małe filipińskie miasteczko, które znalazło się na turystycznej mapie świata dzięki rekinom wielorybim. Te największe ryby na świecie napędzają ekonomię miasteczka i całej okolicy, i to dzięki nim ludzie zbudowali domy, otworzyli sklepy, i żyją lepiej. Szybko znalazłem pokój za 300 pesos za noc, a wieczory spędzałem na grillu z miejscowymi. Poza tym w Oslob jest ładny kościół, bardzo dużo sklepów, a wieczorami nad morzem, jest wesołe miasteczko, oraz sprzedawcy lodów i owoców.

Rekin wielorybi.

Oslob to bardzo miłe turystyczne miasteczko, lecz wszystkie rzeczy, które się tu znajdują są tylko dodatkiem do wielorybów, które można zobaczyć 7km za miastem.

Rekiny wielorybie

7km za Oslob znajduje się baardzo turystyczna i bardzo komercyjna plaża, gdzie turyści z całego świata przyjeżdżają aby zobaczyć największe ryby na świecie w środowisku naturalnym – rekiny wielorybie. Te „delikatne olbrzymy”, jak są często nazywane, żywią się planktonem i małymi rybkami poprzez filtrowanie wody, i nie są niebezpieczne dla ludzi. Osiągają średnio długość od około 6-10m oraz masę do około 10.000kg, jednak największy osobnik mierzył aż 12.65m i ważył 21.5 tony.

Rekiny wielorybie występują we wszystkich ciepłych oceanach na półkuli południowej, jednak ryby te występują w określonych miejscach sezonowo. W Oslob jednak miejscowi zrobili z rekinów wielorybich tak intratny interes, że rekiny są tam obecne przez cały rok, gdyż są one dokarmiane chlebem i krewetkami. Wcześniej, pieniądze które obecnie zarabiają Filipińczycy na samych rekinach były dla nich niemożliwe do wyobrażenia sobie. Miejscowi sami mi wiele razy powtarzali, że bardzo kochają swoje rekiny, i wcale im się nie dziwie. Do tego ruszył też pełną parą interes pamiątkowy, także zanim nawet zapłacimy za zobaczenie rekinów, możemy kupić magnesy, kartki pocztowe i koszulki z rekinami

Od rana przy plaży jest zawsze mnóstwo turystów, na których czekają 3 opcje płatności. Jedni mogą obserwować rekiny z łódki, co kosztuje 500 pesos. Inni mogą pływać koło nich w maską i rurką, i jest to opcja, którą ja wybrałem i która kosztowała mnie 1000 pesos. Najdroższą opcją jest pływanie z butlą z tlenem, co kosztuje około 2000 pesos. Ja byłem zadowolony z tego że mogłem być z rekinami w wodzie, gdyż widziałem jakie są ogromne i jak się zachowują. Po schwytaniu jedzenia rzucanego im przez rybaków, szybko znikają w błękitnej głębi. Oczywiście było to bardzo wartościowe doświadczenie, które polecam.

Rekin wielorybi za Oslob.

Wodospad Tumalog

Koło plaży z wielorybami znajduje się też wodospad Tumalog. Jest to bardzo przyjemny błękitny basen w dżunglii, przy interesujących formacjach skalnych oraz wielkich bambusach. Za wejście zapłaciłem 30 pesos. Polecam ten przyjemny kontakt z naturą. Kąpiąc się błękitnym basenie, a następnie biorąc prysznic pod ciepłym wodospadem natknąłem się na dwie seksowne lesbijki, i niestety muszę przyznać, że bardzo się marnowały. Przytuliłem jedną i doszedłem do wniosku, że były to dobre kobiety z niewłaściwymi zainteresowaniami. Seksowne były te lesbijki bardzo, i wszystkim mężczyznom bardzo się podobały.

Błękitny basen, skały i wodospad są duże i zachęcają do zostania dłużej. Wodospad Tumalog to jedno z tych miejsc, których nie chce się opuszczać, także ze względu na ciszę dżunglii połączonej z odgłosami natury.

Wyspa Sumilon

Myślę, że w tym wypadku daruję sobie wiele słów. Simulon to tropikalna wyspa niedaleko Oslob, gdzie cały dzień spędziłem na białej plaży oraz w błękitnym morzu. Łódź w dwie strony kosztuje 500 pesos. Raj na ziemi.

Transport z Oslob do Moalboal

Postanowiłem, że aby nie było nudno, zrobię z tego kolejną przygodę w transporcie. Najpierw pojechałem do wsi Santander, która jest tylko dziurą transportową. Tam przesiadłem się do autobusu, i wysiadłem zaraz przed wsią Samboan, aby przeżyć historię na wodospadach Aguinid i Binalayan. Przez kilka godzin spacerowałem po dżunglii, wspinając się na różne poziomy wodospadów. Na szczęście były liny, za które mogłem się trzymać, także było bezpiecznie. Miałem ze sobą przewodnika, który robił mi zdjęcia i pokazywał szlak. Jedne miejsca były głośne i woda była też żywiołowa, a inne wodospady były spokojne i leżały cicho w odosobnionych zakątkach dżunglii.

Pięknie tu spędziłem czas, natomiast po wyjściu z dżunglii kupiłem od Filipińczyków rambutany, i usiadłem z kokosem pod palmą. Już wiele razy docierało do mnie, że największe szczęście sprawiało mi bardzo proste życie. Dlatego, że wodospad Aguinid są popularne wśród turystów, tutaj także mieszkają ludzie w drewanianych domkach pod strzechą i prowadzą swoje małe sklepy.

Następnie na tyle motoroweru dojechałem do hotelu nad samym morzem, gdzie wziąłem pokój za 300 pesos z widokiem na morze. Czułem się tam świetnie a następnego dnia rano obudził mnie szum morza. Wieczorem natomiast poszedłem do miasteczka Ginatilan, aby zjeść coś na prywatnym grillu. Ginatilan zapamiętam jako: grill, kościół i boisko do koszykówki.

Jeden z kilku pięter wodospadów Aguinid. Jest to mniej znane piękno naturalne Filipin, na wyspie Cebu.

Następnego dnia rano pojechałem autobusem do Moalboal, za 250 pesos. Po drodze miałem jeszcze przesiadkę w Badian, na przekąskę z grilla. Było miło, lecz miejscowi lubili sobie ze mnie robić żarty. No cóż, w porządku.

Moalboal

Moalboal to kolejne rajskie miejsce na Filipinach, blisko morza i wodospadów, gdzie można zapomnieć o smrodzie dnia codziennego w kraju europejskim. Moalboal i jego okolice to jedno z najprzyjemniejszych miejsc na wyspie Cebu.

Moalboal jest podzielone na dwie części. Pierwsza cęść miasta to Moalboal dla miejscowych Filipińczyków, która znajduje się dalej od plaż. W tej części można tanio zjeść z grilla na bazarze, można kupić tropikalne owoce po normalnych cenach, wypożyczyć motorower, i tu także znajduje się bardzo ważny przystanek autobusowy. Lokalny Moalbooal bardzo mi się podobał, gdyż poprzez czas spędzony na bazarach owocowych i z filipińskimi rybakami, doświadczyłem tego co realne.

Część Moalboal bliżej plaż to miasteczko turystyczne nastawione przede wszystkim na nurkowanie, gdzie ceny są także dostosowane do portfeli turystów. Mieszkałem w pokoju wieloosobowyym za około 350 pesos za noc, miałem blisko do nadmorskich knajp i do plaż, i było mi tam bardzo dobrze. Było tak dobrze, że planowałem zostać 3 dni, a zostałem tydzień. W zasadzie życie turystów w Moalboal ogranicza się najczęściej do picia, jedzienia, plażowania i nurkowania.
Poza Moalboal są też przyjemne wodospady oraz bilardy przy drodze, gdzie można zjeść z grilla i wypić piwo pod drzewem bananowym. Także życie płynie tu wolno i przyjemnie.

Ja w Moalboal odbyłem dwa nurkowania. Pierwsze miałem przy brzegu, gdzie widziałem wielkie ławice sardynek, oraz żółwie morskie. Następnego dnia popłynąłem łodzią z grupą nurków, aby nurkować koło wyspy Pescador. Morskie widoki były oczywiście malownicze, a świat podwodny też był ciekawy, gdyż zobaczyłem kilka sporych ryb i żołwii morskich.

Na drodze w Moalboal.

Poznałem też Holenderkę na plaży, którą zabrałem na napój bezalkoholowy, i na początku czuła się ze mną dobrze, lecz potem przestraszyła się mnie i odeszła. Na prawdę nie wiem co mam robić abym sprawiał wrażenie przyjemnego i delikatnego. Milszy już być nie potrafię. Innym razem w knajpie poznałem też Szwedki i Dunki, i choć na początku było dobrze, to po jakimś czasie potraktowały mnie jak potencjalnego złoczyńcę, mimo że chciałem dobrze. Najgorsze jest to, że te same kobiety, które wspierają imigrację afrykańskich i muzułmańskich najeźdźców, z największą nieufnością podchodzą do białych mężczyzn, którzy chcą ich przecież bronić. Bardzo źle dzieje się w Europie.

Dni spędzałem na łonie natury i na filipińskich bazarach, a wieczory w knajpach i na bilardzie pod palmami. Było cudownie.

Wodospady Kawasan

Wodospady Kawasan to największe i najpopularniejsze wodospady i naturalne błękitne baseny na całej wyspie Cebu, które leżą około 26km od Moalboal. Jeśli ktoś nie ma czasu i nie może zobaczyć wszystkich wodospadów, to powinien przede wszystkim przyjechać tutaj, a nie będzie zawiedziony. Gdy zaparkowałem swój motorower, najpierw przeszedłem przez szlak w dżunglii, mijając wysokie bambusy, małą rzekę oraz sprzedawców owoców. Po około kilometrowym spacerze ukazała się przede mną błękitna laguna, z wielkim basenem i silnym wodospadem. Kąpałem się przez godzinę, oraz unosiłem się na tratwie, a potem poszedłem w górne partie, wspinając się po skałach, i wielokrotnie skakałem do wody z przynajmniej 10 metrów.

Wodospady były oczywiście wspaniałe, przygodowe, i oferowały wiele atrakcji, lecz dla mnie liczyła się także sama dżungla. Na górę prowadził mnie przewodnik, z paroma miłymi Niemkami i Anglikiem, którzy kręcili flmy jak skakałem. Moja przygoda w dżunglii była tak wspaniała, i tak miło spędziłem czas w naturalnych basenach, pod wodospadami, że przyjechałem tu dwa razy. Za wejście zapłaciłem 500 pesos, a cena ta obejmowała skoki, huśtawkę i kąpiele.

Chciałbym aby moi czytelnicy zdali sobie sprawę, że Filipiny to nie tylko plaże, ale także tarasy ryżowe i błękitne wodospady w dżunglii, które ja lubię najbardziej. Jeśli ktoś lubi wodospady, to polecam wyspę Siquijor, na południe od Bohol.

Błękitna rzeka prowadząca do wodospadów Kawasan.

Szczyt Osmena

Następnego dnia pojechałem na motorowerze trochę dalej od Moalboal. Tym razem chciałem się dostać do Szczytu Osmena, który okazała się dalszą wyprawą. Było bardzo ciekawie, gdyż po drodze zatrzymałem się jeszcze raz przy wodospadach Kawasan, a potem jechałem poprzez dżunglę, czasem zatrzymując się po drodze na napoje i grillowane banany. Gdy dojechałem do skrzyżowania Dalaguete, tam po miłej herbacie pojechałemmoim motorowerem trochę wyżej, aż znalazłem się w miejscu gdzie zaczynała się wspinaczka. Tego dnia było wietrznie i padał deszcz, lecz i tak było miło. Na wszelki wypadek należy się przygodować na deszcz.

Szczyt Osmena to jeden z najwyższych punktów wyspy Cebu, który znajduje się na wysokości 1013 metrów nad poziomem morza. Osmeña Peak oferuje dramatyczny widok poszarpanych klifów z widokiem na morze w oddali. Miejscowi często porównują widok do Czekoladowych Wzgórz Bohol, lecz tutaj zamiast okrągłych brązowych kopców, wzgórza mają ostre, wystające szczyty. Sam szlak prowadzący na Osmeña Peak był dla mnie bardzo łatwy. Jest to około 700-metrowa wspinaczka od wejścia w Mantalongon, Dalaguete, którą pokonałem w 15 minut.

Osmeña Peak znajduje się około 50km od Moalboal lub około 64km jadąc poprzez Dalaguete. Własnym motorowerem, poprzez dżunglę, można się tam dostać w około 1.5h. Osmeña Peak można też odwiedzić z Oslob. Dystans jest podobny. Ja do Osmena dostałem się własnym motorowerem z Kawasan, co także jest dobrym sposobem.

Wodospady Cambais

Wodospad Cambais znajduje się około 1h jazdy motorowerem od Moalboal, oraz około 30 minut od Kawasan, niedaleko Alegria. Wodospady Cambais to kolejne bajkowe miejsce ukryte w dżunglii, gdzie można skakać do błękitnego basenu z paru wysokości. Na pierwszym poziomie znajduje się ogromny, niebieski basen otoczony paprociami, głazami i drzewami, oraz wapienna ściana, po której spływa woda z wielka siłą.

Podróż po Filipinach.

Na pierwszym poziomie skakałem ze skał na wysokości 7m i 10m do basenu, który z góry wydawał się bardzo mały. Należy też koniecznie sprawdzić głębokość przed skokiem. Do drugiego poziomu szedłem przy ścianach, z których spływała woda, trzymając się liny, a następnie szedłem po bambusowej drabinie. W tym miejscu zobaczyłem kolejny wysoki wodospad wpadający do błękitnego basenu, w filipińskiej dżunglii.

Po tym jak zaparkowałem mój motorower w dżunglii i zapłaciłem 50 pesos za wejście, pierwszy błękitny basen ukazał się przede mną po około 2 minutach drogi.

Wyspa Banyatan

Wyspa Bantayan jest dużą wyspą leżącą po zachodniej stronie północnego krańca wyspy Cebu. Jest to obszar znany ze wspaniałych plaż i zrelaksowanego życia na łonie natury wśród palm. Na Bantayan spędziłem 1 tydzień, i było bardzo przyjemnie. W dzień chodziłem po plażach i organizowałem wycieczki, a wieczory spędzałem w miasteczku w barach z bilardem. Zatrzymałem się u Amerykanina w Randy’s Resort, gdzie mieszkałem w bambusowej chatce pod palmami, za jedyne 400 pesos za noc. Codziennie rano siadałem pod palmami z filiżanką herbaty i myślałem o swoim pięknym życiu, oraz o tym jak przejąć kontrolę nad światem.

Po wyspie Bantayan poruszałem się na motorowerze, który wynajmowałem za 150 pesos za 24h. W drodze na malownicze plaże często zatrzymywałem się na ciasteczka ryżowe wypiekane przez miejscowych Filipińczyków pod palmami, byłem w kilku małych miasteczkach, w jaskini wodnej, i na kick-boxingu.

Zatrzymałem się niedaleko portu, w przyjemnym miasteczku Santa Fe, które otoczone jest wspaniałymi plażami: Alice beach, Sugar beach i Paradise beach (z efektownymi formacjami skalnymi). Wszystkie te plaże były piękne, wszystkie miały biały piasek, palmy i łodzie rybackie. Na wszystkich też byli miejscowi ludzie, bardzo naturalni, tacy którzy uśmiechali się do mnie za darmo. Za to lubię Filipińczyków.
Warta uwagi jest też plaża nazywana publiczną – Poblacion, która jest długa i szeroka, i znajduje się zaraz przed wjazdem do centrum Santa Fe. Można tu też przyjść na obserwacje latawców.

Kolejna wspaniała plaża podczas moich podróży. Tym razem jest to wyspa Bantayan.

Mając motorower odbyłem kilka wycieczek poza Santa Fe. W drodze na Paradise beach zatrzymałem się w jaskini Ogtong. Jest to jaskinia wodna, znajdująca się na terenie hotelu. Na szczęście osoby, które tam nie mieszkają mogą kupić bilet za 100 pesos. Przez około godzinę siedziałem w jaskini. Pływając z jednego brzegu na drugi i obserwując formacje skalne na suficie.

Pojechałem też do Bantayan town, które jest centrum administracyjnym wyspy, i które leży około 10km od Santa Fe. Miasteczko to na zawsze zapamiętam jako wielki skwer z wieloma sklepami i z ładnym kościołem. Radzę też zobaczyć promonedę nad morzem, z kąd promy odpływają na wyspę Negros.

Innym miejscem wartym uwagi i jest Ogród Mangrowy & Eco Park, czyli las porośnięty mangrowcami. Wszedłem na drewaniany most, a następnie na bamusową wieżę. Mangrowce stanowią niezwykle unikalny ekosystem morski blisko stałego lądu, które wcześniej widziałem już w Tajlandii, w Malezji i w Brunei. Park ten było wyjątkowo pięknym miejscem, gdyż szedłem po bambusowej kładce, nad błękitną wodą, a dookoła miałem drzewa mangrowe chroniące mnie przed słońcem. Na czystym białym piasku na brzegu, miejscowi Filipińczycy sprzedają grillowane mięso i kokosy pod palmami. Jest to jedno z tych miejsc, z których nie chce się wyjeżdżać.

Odbyłem też wycieczkę do najbardziej wysuniętego miasta na północ wyspy Bantayan – Madridejos. Tak jak mogłem się spodziewać, było bardzo przyjemnie. Akurat natrafiłem na mały karnawał. Młodzi ludzie byli przebrani, śpiewali i tańczyli. Ja natomiast najpierw spacerowałem po molo nad błękitnym morzem, a potem spędziłem czas z ludźmi, na zabawie. Zauważyłem, że wyspa Bantayan jest bardzo popularna wśród białych, którzy uciekają od wysokich cen i politycznego gówna Europy i Ameryki, i wybierają spokojne życie na tropikalnej wyspie.

Piękno Bantayan.

Wycieczki na rajskie wyspy w pobliżu Bantayan

Gdy uznałem, że spędziłem już dostatecznie dużo czasu na Bantayan, postanowiłem popłynąć na dwie okoliczne wyspy. Każda z nich jest inna, także z powodu różnych cen.

Virgin island to prywatna wyspa, gdzie biały pasek, turksuowa woda i palmy zapraszają turystów do małego raju na ziemi. Przez cały dzień pływałem z jednej tratwy na drugą, chodziłem po skałach i podziwiałem morskie widoki. Za wejście zapłaciłem 500 pesos, a za łódź 600 pesos. Niestety nie było tanio, dlatego radzę popłynąć rano. Nie dowiadywałem się ile kosztuje spędzenie nocy na wyspie, ale nie spodziewam się specjalnych zniżek. To był piękny dzień.

Wyspa Hilantagaan jest na szczęście tania, gdyż nie jest prywatna, i stanowi dom dla małej wioski rybackiej. Nadal jest pięknie, są oczywiście ładne plaże i łódki rybackie, lecz Hilantagaan to kierunek dla tych turystów, którzy chcą zobaczyć autentyczne życie na filipińskiej wyspie, bez turystycznych odogodnień. Na wyspę tą dostałem się wodną taksówką za 25 pesos w jedną stronę. Natura była atrakcyjna, lecz nie aż tak zachwycająca jak na poprzednich wyspach.

Wyspa Malapascua – moje piękne 3 dni

Wyspa Malapscua leży na Morzu Wizajskim, na północ od Cebu i na zachód od Leyte. Malapascua jest małą wyspą gdyż zajmuje obszar jedynie 2.5km na 1km. Wyspa ta jest jednak bardzo popularnym kawałkiem raju, znanym nie tylko na Filipinach, ale także na świecie. Oczywiście znajduje się tu krajobraz z perfekcyjnej posztówki, z białym piaskiem, turkusowym morzem i palmami kokosowymi, dającymi cień w gorącym klimacie. Jednak Malapscua ma coś jeszcze, i jest to nurkowanie.

W wodach dookoła Malapscua można zobaczyć małe kolorwe rybki, wielkie płaszczki i żółwie morskie, jednak punktem programu jest rekin kosogon (tresher shark). Rekin kosogon jest masywną rybą osiągającą około 6m długości, z charaterystycznym bardzo długim ogonem, który faluje w wodzie daleko za jego głową. Ja nurkowałem dwa razy i widziałem tego rekina w środowiski naturalnym, co oczywiście jest przeżyciem. Dodam też, że pomimo że kosogon jest drapieżnikiem, nie jest on niebepezpieczny dla ludzi.

Podobnie jak w Oslob, gdzie cała okolica żyje z turystyki rekiniej polegahącej na obserwacji rekinów wielorybich, Malapsuca też pewnie znalazła się w centrum uwagi z uwagi na rekiny. Rekiny zatem ratują filipińską ekonomię. Będąc na Malapsuca kupiłem koszulkę i magnesy z kosogonem, choć jest też wiele innych pamiątek związanych z tym wyjątkowym zwierzęciem.

Plaża na wyspie Malapscua.

Poza nurkowaniem, miło spędzałem czas na spacerach po plaży, na dobrych posiłkach i wśród ładnych widoków. Miałem też czysty pokój za 400 pesos. Nie chciałem opuszczać tej pięknej filipińskiej wyspy, tym bardziej że zdawałem sobie sprawę, że wkrótcę będę musiał wrócić do drogiej, problematycznej i depresyjnej Anglii.

Mój ostatni dzień w Manili

Następnie poleciałem do Manili, gdzie spędziłem 2 noce i 1 dzień. Zatrzymałem się w Makati, gdyż było to najwygodniejsze. Makati jest znane jako dzielnica biznesu, lecz według mnie jest to raczej dzielnica dziwek i transwestytów, oraz sprzedawców viagry. Idąc główną ulicą biały mężczyzna jest zawsze wygwizdany i zachęcany do kopulacji, nawet jeśli tylko chce w spokoju iść na obiad.

Stojąc na ulicy miałem też interesujące spotkanie. Otóż dziewczyny okrążyły mnie aby zachęcić mnie do akcji. Jednak zrobiło się znacznie ciekawiej, gdyż podszedł do mnie Arab mieszkający na stałe w Holandii, który oczywiście był z filipińską prostytutką. Zapytał mnie czy zamierzam dziś coś przelecieć, na co odpowiedziałem że raczej nie. Potem zapytałem go, od jak dawna był na Filipinach. Zapytałem czy widział rekiny wielorybie, wodospady i piękne plaże, lecz on mi szybko przerwał i powiedział że to go nie interesuje. On przyjechał tylko na dziwki, na dwa miesiące, i ustalił sobie plan dwóch kobiet dziennie, czyli przez dwa miesiące chce mieć 60 kobiet. Na koniec uśmiechnął się i powiedział, że na to właśnie Holandia mu płaci zasiłki.

Najlepsze jest jednak to, że Holenderki, Niemki i Szwedki które spotkałem podczas swoich podróży były zaciekłymi feministkami otwartymi na egzotyczną imigrację, lecz które podchodziły z ogromną niechęcią do Polaka, jednocześnie okazując serce muzułmanom. Według mnie białe kobiety to pożyteczne idiotki, które niszczą białą chrześcijańska cywilizację, poprzez swoje szkodliwe lewicowe ideologie. Gdyby muzułmanie byli jedynym problemem w Europie, to według mnie byłaby to połowa problemu.

Poza tym ruch uliczy jest bardzo męczący. Będąc w Manili, ostatniego dnia poszedłem też do Parku Rizala, gdzie odpocząłem. Był już grudzień, więc zobaczyłem wielką choinkę w tym katolickim kraju.

Ta podróż dobiegła końca, ale nie jest ona ostatnia.

Wkrótce pojechałem na lotnisko i opuściłem Filipiny, marząc o powrocie.

Podsumowanie wyprawy

W roku 2018 podróżowałem przez 4 miesiące i widziałem wspaniałe osobliwości przyrody, piękne pejzarze i interesujące kultury. Doceniam każdą chwilę tego, że jest mi dane podróżować i odkrywać świat poprzez jego realizm, a nie poprzez ekran polsko języcznych mediów. Z całego serca polecam podróż po Filipinach i wyspie Borneo. Jest to piękna część Azji.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan