Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Polityka Prawdy

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupich selfie i polubieniach na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe. Uważam nawet, że nieużywanie smartfona jest dziś aktem rebelii przeciwko Wielkiemu Bratu, który chce nas coraz bardziej kontrolować poprzez atrakcyjne wizualnie lecz dla większości niezrozumiałe; coraz bardziej zaawansowane aplikacje.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Wietnamu 2004

Napisał: Marcin Malik

Wietnam 2004 – relacja z podróży

Przebieg podróży: Moc Bai-Ho Chi Minh City (Sajgon)-Tunele Cu Chi-delta rzeki Mekong-Hanoi-Zatoka Halong (miejsce gdzie smok wchodzi do morza).

Granica

(Powiało komunizmem)

Do Wietnamu wjechałem przez granicę znajdującą się w Moc Bai. Spodziewałem się, że tak samo jak było wcześniej z przekraczaniem wszystkich granic w Azji Południowo Wschodniej, także i ta będzie bardzo na luzie. Niestety Wietnam powitał mnie bardzo komunistycznie choć na swój sposób i śmiesznie. Tutaj już nie było drewnianej chatki na balach w dżungli i człowieka w krótkich spodenkach z koszykiem pieczątek po 2usd od stempla. Zamiast tego czekali na mnie uzbrojeni żołnierze z czapkami jak lotniskowce a granica wyglądała na bardzo dobrze strzeżoną. Kazali wszystkim wyjść z autobusu, wyjąć bagaże oraz ustawić się w szeregu. Po dwóch godzinach sprawdzania bagaży, dowódca brygady usiadł przy swoim biurku i głośno wykrzykiwał nasze nazwiska oraz wręczał paszporty, przenikliwie patrząc ludziom w oczy. Był to materiał na bardzo dobrą komedię lecz starałem się trochę opanować śmiech gdyż oficer się denerwował.

Ho Chi Minh City (Sajgon)

(Zakwaterowanie w tanim hotelu i opis okolicy, „bum bum za 20USD”, miasto motorowerów, badminton, parki, świątynie, muzeum wojny)

W końcu udało się wszystkim wsiąść do autobusu i po paru godzinach dotarłem na przedmieścia Ho Chi Minh City (choć dla mnie będzie to zawsze Sajgon). Sajgon jest byłą stolicą Wietnamu i największą jego metropolią gdyż to tutaj schronienie znajdowali uchodźcy z Północnego Wietnamu oraz chińscy kupcy. Stolicą został on gdy Francuzi przejęli kontrolę, był nią nadal w czasach Południowego Wietnamu a także gdy Francuzi już wynieśli się, aż do połączenia w 1975 roku. Dotarłem do ulicy Nguyen Hue gdzie znajduje się wiele tanich hoteli, barów i restauracji oraz drobnych straganów i wiele agencji turystycznych. Miejsce miało swój klimat, wszędzie sprzedawano bagietki, w oknach wisiały oskubane kurczaki a ludzie jedli na zewnątrz. Nie musiałem martwić się o hotel gdyż po chwili podbiegł do mnie chłopak, który spytał za ile chcę pokój. Powiedziałem, że jestem na skromnym budżecie i szukam czegoś za 4usd. Prowadząc mnie przez bardzo wąskie i kręte uliczki, trafiłem do bardzo ładnego domu gdzie właśnie za tą cenę miałem swój własny, duży pokój z prysznicem. Po chwili wyszedłem na zewnątrz aby zorientować się w terenie. Było dość gwarno ale przyjemnie. Było też brudno a śmieci walały się po ulicy lecz biorąc pod uwagę klimat tego miejsca był to syf pięknie wkomponowany otoczenie.

Gdy tylko wyszedłem na większą ulicę, prawie natychmiast podjechały do mnie dwie dziewczyny na motorowerze. Jedna zapytała: “Ej, chcesz bum bum z tą z tyłu za 20 dolców?”. Pomyślałem:”a więc tak to się robi w Wietnamie-bum bum” Najpierw poszedłem na śniadanie i jak zawsze w tym kraju, dostałem zupę z makaronem i warzywami. Pałeczkami zjadłem to co się dało chwycić a resztę wypiłem przechylając miskę gdyż łyżki nie dostałem. Siedziałem w dość spokojnym miejscu ale mimo to przez cały czas słyszałem motorowery a ryksze zatrzymywały się koło mnie i koniecznie chciały mnie podwieźć. Gdy wyszedłem na główną ulicę zobaczyłem, że miasto to jest na prawdę bardzo ruchliwe i głośne. Powiedziano mi, że mieszka tu 8 mln ludzi i jest aż 5 mln motorowerów. Rzeczywiście jest to miasto motorowerów i tylko je tu widać na ulicach. Z transportem tutaj nie ma żadnego problemu gdyż prawie każdy motorower jest potencjalną taksówką. Wiele razy wystarczyło tylko gwizdnąć a z wielkiego korka wyłaniało się kilka pojazdów.

Gdy spacerowałem po tym mieście, widziałem mnóstwo warsztatów gdzie je naprawiano. Dobra rzeczą w Sajgonie jest to, że zawsze można gdzieś usiąść oraz zjeść coś dobrego, niestety nawet psa ale nie próbowałem. Znajduje się też tutaj wiele parków gdzie ludzie aktywnie ćwiczą i uprawiają tai chi. Ja spędziłem parę godzin w jednym z nich gdyż rozegrałem kilka dobrych meczy w badmintona, który i w Wietnamie jest bardzo popularną grą. Mojego pierwszego dnia chodziłem po mieście, oglądałem tą starszą (tradycyjną i kolonialną architekturę) oraz nową, zbudowaną z metalu i szkła. Rozmawiałem i fotografowałem się z ludźmi, którzy zawsze byli dla mnie bardzo mili i towarzyscy. Zawsze bardzo chętnie grali ze mną w badmintona a gdy zgubiłem się, zawsze chcieli mi pomóc. Ci, którzy nie mówili po angielsku, tłumaczyli mi po wietnamsku. Wielu turystów nie lubi Sajgonu lecz mi się tu bardzo podobało. Podoba mi się tu życzliwość ludzi, parki z ładnie przystrzyżonymi drzewkami oraz wszechobecne motorowery.

Gdy szedłem ulicą w chińskiej dzielnicy Cholon, często zaczepiali mnie rykszarze i byli tak namolni, że w końcu zgodziłem się. Zawiózł mnie w bardzo interesujące miejsce czyli do pagody (świątyni) Nghia An Hoi Quan.

Jest to stara, chińska świątynia będąca zbudowana w tradycyjny dla tego rodzaju architektury sposób. Klimat świątyni wprawiał w ospały nastrój gdyż znajdowało się tutaj wiele kadzideł powbijanych w duże, złote donice. W punkcie centralnym znajdował się ołtarz chińskiego dostojnika a reszty nastroju świątyni dopełniały ładne zasłony i żyrandole. Ludzie opiekujący się tym miejscem pozwolili mi zapalić jedną świecę i zrobić kilka zdjęć. Na zewnątrz znajdował się także basen z żółwiami ziemnowodnymi co dodawało uroku świątyni. Następnie poszedłem do cieszącego się dużą popularnością muzeum wojny. Jest to muzeum będące pamiątką po zarówno francuskiej jak i amerykańskiej wojnie choć odniosłem wrażenie, że bardziej dotyczyło amerykańskiej. Dodam, że poprzednia nazwa tego miejsca to “muzeum zbrodni wojennych” co daje do myślenia pod jakim kątem jest tutaj opowiadana historia tych wojen. Znajduje się tutaj bardzo duża kolekcja broni, zdjęć i innych reliktów smutnej przeszłości, co chwyta za serce a zarazem pokazuje w jaki sposób działa wietnamska propaganda. Nie brakuje tutaj zdjęć amerykańskich żołnierzy mierzących karabinami do bezbronnych wietnamskich dzieci czy wielki propagandowy plakat “U.S. Wynocha z Płd-Wsch Azji”. Nawet wiele lat po wojnie czyli w latach 80-tych i 90-tych rodziło się dużo kalekich i niedorozwiniętych dzieci gdyż Amerykanie zrzucali bomby z dioxyną. Cały świat był za wycofaniem wojsk amerykańskich z Wietnamu, Laosu i Kambodży. Zabawny był plakat przedstawiający prezydenta Nixona z głupią miną i siedzącego na mapie Płd-Wsch Azji. Są tutaj pokoje poświęcone broni i maszynerii, innym sposobom w jaki Wietnamczycy bronili się a jeszcze inny ukazujący światowe demonstracje przeciwko wojnie (także w Ameryce). Jest też pokój ukazujący zniszczenia oraz ofiary w ludziach po użyciu broni bakteriologicznych a na zewnątrz stoi helikopter, czołg, bomby i ciężka artyleria.

Całe muzeum było niezapomniane i bardzo dobrze ukazywało okrucieństwa wojny. Jednak pomimo wstrząsających wrażeń, w miejscach takich jak to staram się zachowywać zimną krew. Muzeum nie przedstawiało sposobów tortur w jaki Wietnamczycy traktowali Amerykanów. Tak czy inaczej było to miejsce, które polecam każdemu, kto jest w Sajgonie. Tego samego dnia spacerowałem jeszcze po mieście, wszedłem do kilku ładnych parków i grałem z ludźmi w badmintona. Nie sposób było też uniknąć ruchu ulicznego czyli setek tysięcy motorowerów. Byłem na bazarze gdzie było wiele stoisk wszelkiego rodzaju lecz najbardziej zapadły mi w pamięci biedne kaczki i gęsi, które oskubane wisiały na hakach w oknach. Psów na szczęście nie widziałem.

Tunele Cu Chi

(Realia wojny amerykańsko-wietnamskiej)

Kolejnego dnia postanowiłem pogłębić swoją wiedzę na temat wojny wietnamsko-amerykańskiej, dlatego pojechałem do Tuneli Cu Chi, znajdujących się około 65km za miastem. Jak zwykle w Wietnamie wziąłem tam bardzo tani autobus. Jak narazie Wietnam jest tak tani i wszystko jest tak dobrze organizowane, że nie opłaca mi się organizować wycieczek na własną rękę. Tunel Cu Chi zaczęto budować w latach 40-tych przeciwko Francuzom lecz w latach 60-tych rozbudowano go dla potrzeb Viet Congu i z powodu wojny z Ameryką. Tunele były tak duże, że dokopano się do samej granicy z Kambodżą i były one domem dla 10 tysięcy partyzantów Viet Congu. Po ziemią znajdowały się małe wioski z pokojami do zebrań, jadalniami a nawet szpitalami. Miałem bardzo dobrego przewodnika, który wszystko mi dokładnie pokazał. Jak wielu Wietnamczyków w tamtym okresie, i jemu udało się uciec do Ameryki i zdobyć obywatelstwo. Tunele były położone w lesie a drzwi do nich były bardzo dobrze zamaskowane ziemią i liśćmi. Wejścia były jednak tak wąskie, że chyba żaden Amerykanin by się tam nie dostał nawet gdyby odkrył tunel. Gdy wszedłem pod ziemię i przeszedłem niewielki kawałek, czułem się bardzo źle gdyż przez cały czas musiałem iść na czworaka i przepychać się przez wąski tunel. Było to bardzo brudne i klaustrofobiczne doświadczenie lecz pozwoliło mi na odczucie na własnej skórze jak to było czołgać się w takich szczelinach kilka metrów pod ziemią.

Wszedłem też do podziemnej kuchni gdzie po środku był stół i znajdowała się kuchnia z kominem. Napiłem się tam herbaty lecz wyszedłem szybko gdyż nie było czym oddychać. Całe miejsce oferowało także inne atrakcje. Powiedziano mi, że podczas wojny cały naród wietnamski był bardzo dobrze zorganizowaną, partyzancką armią i jest to prawda. Widziałem bardzo sprytnie wymyślone pułapki, najczęściej wykonanych z metalu, gwoździ i z bambusa, które działały na charakterze dźwigni. Był to bardzo sprytny sposób na wyeliminowanie przeciwnika, tym bardziej, że pułapki znajdowały się pod ziemią, w dżungli lub w wodzie i zawsze był tak ukryte, że żołnierze amerykańscy nie spodziewali się zagrożenia. Wiele ostrych części bambusa było też zatrutych jadem węży. Nic dziwnego, że Amerykanie zostali zamęczeni. Walczyli w obcym im terenie i wpadali w pułapki zastawiane w dżungli. Na terenie Tuneli Cu Chi znajdowała się także strzelnica gdzie można było postrzelać z prawdziwych AK-47. Z wyznaczonych pozycji strzelałem do tarczy ostrymi nabojami. Jest to rzeczywiście piękna broń lecz lekko odrzucała mnie do tyłu. Na zewnątrz sprzedawano wiele pamiątek i niektóre z nich były bardzo oryginalne. Mam tu myśli wietnamską wódkę ze zdechłą kobrą w środku i miejscowymi przyprawami choć było też wiele innych i przyjemniejszych pamiątek, jak na przykład obrazy przedstawiające wiejskie życie w Wietnamie. Są to zawsze proste rysunki rolników na polach ryżowych, orzących pole za pomocą bawoła lub ludzi w swych charakterystycznych, spiczastych czapkach, zarzucających sieci. To był bardzo udany dzień w bardzo specjalnym miejscu.

Powrót do Sajgonu

(Trochę więcej na temat „bum bum za 20USD” i otwartości Wietnamczyków)

Tego wieczora kręciłem się jeszcze po swojej okolicy, byłem w kilku sklepach i poszedłem do parku aby poćwiczyć i pograć w badmintona. W drodze do pokoju zatrzymało się kilka dziewczyn na motorowerach, które pytały mnie czy chce “bum bum za 20 USD” a raz nawet pewien młody chłopak pytał czy może iść ze mną do pokoju. To był właśnie ten moment gdy miałem już dość tamtego dnia lecz nie był to koniec gdyż masażysta na rowerze także się do mnie uśmiechał. Udałem, że nie widzę i usiadłem na straganie aby napić się pysznego koktajlu owocowego. Koktajl był oczywiście dobry lecz poszedłem tam gdyż dosiadłem się do bardzo ładnej Wietnamki. Kupiłem jej koktajl lecz jak się okazało umiała tylko powiedzieć ”bum bum za 20usd”. Gdy powiedziałem, że nie chcę, zaczęła szukać tłumacza aby mi wyjaśnił na jakich warunkach. O dziwo obcy ludzie zatrzymywali się i wyjaśniali mi już po angielsku czego mogę się spodziewać. Pokazało mi to, że Wietnamczycy są zawsze bardzo pomocni i otwarci na tematy wszelkiego rodzaju. Potem tylko widziałem moją koleżankę na starym, białym motorowerze, która zatrzymała się koło mnie i powiedziała łamanym angielskim: “ nie mieć pieniędzy, jechać do mama i papa”. Pomyślałem, że pewnie są bardzo dumni z córki lecz to już nie był mój problem.

Delta rzeki Mekong

(Piękno naturalne okolicy, ludzie żyjący jak „100 lat temu”, prostota i cisza)

Następnego dnia rano pojechałem do jednego z najpiękniejszych miejsc w Wietnamie-do Delty rzeki Mekong. Jest to wielki obszar bo zajmujący około 60000 km kw. Tutaj Mekong tworzy labirynt dróg rzecznych z których wyrastają małe wysepki. Na tych małych skrawkach lądu ludzie zajmują się głównie rybołówstwem i uprawą ryżu choć są także ogrody i bazary warzywne oraz pola trzciny cukrowej. Płynąc tutaj łódką obserwowałem życie miejscowych ludzi, które pomimo osiągnięć współczesności nie zmieniło się. Mieszkają oni w drewnianych chatkach na balach osadzonych na brzegu i przerobionych na łodzie. Życie tych ludzi jest ściśle związane ze środowiskiem wodnym i każda część ich życia zależy od rzeki. Bazary są organizowane na małych wyspach ale także na wodzie. Tak jak wcześniej w Tajlandii na “bazarze na rzece”, tak samo i tutaj ludzie tworzą skupisko łódek na wodzie i w ten sposób handlują. Wszystko co sprzedają pochodzi z ich otoczenia gdyż trzcina cukrowa rośnie koło domków a wędki są zarzucane z tarasów nad wodą, przez co można najeść się nie wychodząc nawet z domu na zakupy. Pod wieloma chatkami znajdują się także klatki w których hodowane są ryby. Znajduje się tutaj kilka małych miast takich jak na przykład My Tho czy Can Tho gdzie jest kilka gwarnych bazarów i pięknych widoków lecz mi najbardziej podobały się małe, tropikalne wysepki do których docierałem łódką. Z resztą inny transport i tak jest tutaj niemożliwy. Za każdym razem było pięknie gdyż zawsze płynąłem poprzez wąskie kanały omijając palmy wyrastające z wody a ludzie mieszkający na brzegu machali nam i czasem chcieli coś sprzedać. Jak już wspominałem aby coś kupić nie musiałem wychodzić z łodzi gdyż każda miejscowa łódź była potencjalnym straganem. Podczas mojej pięknej wycieczki dotarłem moim małym czółnem do jednej z wielu wysepek gdzie pod dachem z liści palmowych była fabryka w której ręcznie wyrabiano słodycze z kokosów i bananów a wszystkie były zawsze zawijane w liście bananowe. Sprzedawano też inne pamiątki a jedną z nich była wietnamska wódka z kobrą w środku. W pamięci zapadła mi też kobieta, która zaśpiewała piosenkę typową dla kultury południowo wietnamskiej oraz piękny, około dwu metrowy pyton tygrysi, hodowany jako zwierzątko domowe przez właścicieli fabryki. Wyjąłem go z klatki i wziąłem na szyję co sprawiło, że poczułem się jeszcze lepiej a potem dałem go potrzymać innym turystom do zdjęcia.

Byłem też na dużym bazarze warzywnym gdzie Wietnamczycy w tradycyjnych spiczastych czapkach trzymali na podłodze swoje worki ryżu i całe gałęzie bananów. Myślę, że w każdej części Azji, w której byłem do tej pory, bazar jest dla mnie zawsze czymś ciekawym i godnym uwagi choć z drugiej strony jest to tak pospolite miejsce. Rzecz w tym, że tutaj oprawa i klimat, każdego choć najzwyklejszego miejsca jest zupełnie inna niż w Europie. Będąc tutaj podróżowałem głównie z Amerykanami, którzy pomimo smutnej historii z Wietnamem bardzo chętnie tu przyjeżdżają. Rozmawiałem ze starszym panem, który mówił, że pamięta te tereny z lat 70-tych gdy był tutaj jako żołnierz i przeprawiając się przez Deltę Mekongu musiał uważać na pułapki zastawiane przez Wietnamczyków a dzisiaj przyjeżdża tu co roku na wakacje ze swoją rodziną. Widać, że Wietnam jest wciąż bardzo biednym krajem, choćby z tego jak zachowywał się nasz przewodnik. Dziękował, że odwiedziliśmy jego kraj bo dzięki temu ma pracę. Mówił też o realiach życia tutaj czyli o pracy na polach ryżowych i o tym, że przeciętna pensja tutaj to 50usd miesięcznie choć myślę, że i tak był bardzo optymistyczny. Zawiózł nas na dobry obiad gdzie w domkach po strzechą, w sąsiedztwie rzeki i pola ananasowego spróbowałem bardzo dobrego jedzenia z tego regionu. Jak mogłem się domyśleć były to ryby z ryżem i warzywami, które wcześniej widziałem na bazarze. Po powrocie do Ho Chi Minh City planowałem swoją dalszą podróż po Wietnamie. Czas mojej wyprawy dobiegał już niestety końca i dlatego tym razem nie mogłem już na przykład przejechać pociągiem wzdłuż kraju, zatrzymując się w wybranych miejscach. Postanowiłem więc polecieć samolotem na północ, do stolicy kraju-Hanoi. Na swój ranny lot niestety zaspałem gdyż obudzić miał mnie gospodarz domu, który jeszcze nie wytrzeźwiał a popołudniowy lot opóźnił się o dwie godziny. Tak czy inaczej, “spakowałem swoje piękne wspomnienia” i doleciałem szczęśliwie na północ.

Hanoi

(Opis stolicy kraju, Domy Literatury, Muzeum Etnograficzne i inne, wietnamska sztuka, inne oblicze Wietnamek, motorowerem na złamanie karku)

Do Hanoi doleciałem późnym popołudniem i sam dokładnie nie wiedziałem dokąd chciałem jechać lecz kierowcy busów wrzucili mnie do środka i zanim zdołałem zapytać o cokolwiek już byłem w drodze. Poza tym rozmowa i tak się nie kleiła gdyż nikt nie potrafił mówić po angielsku. Po około godzinie dotarłem do turystycznego getta w centrum miasta niedaleko jeziora Hoan Kiem. Jest to bardzo centralnie położone miejsce gdzie znajduje się wiele sklepów, knajp oraz agencji turystycznych. Hanoi mimo, że jest stolicą Wietnamu, jest drugą największa metropolią tego kraju. Charakteryzuje je wielki hałas i ogromny ruch na ulicach gdzie motorowerów jest chyba więcej niż samych Wietnamczyków a każdy co chwila naciska klakson i jedzie jak chce. W mieście tym znajduje się także piękna, kolonialna architektura, widoczne wpływy chińskie i kilka ciekawych muzeów. Ja mieszkałem nad jeziorem Hoan Kiem, które jest prawdziwym wytchnieniem po bardzo głośnym i pełnym trąbiących motorowerów mieście. Na szczęście nawet to ma swój piękny klimat co sprawia, że miasto to jest niezapomniane. Moim celem było spędzenie tutaj tylko paru dni aby mieć więcej czasu na zapoznanie się z piękną Zatoką Halong lecz o tym później. Gdy wysiadłem z autobusu, najpierw chciałem szukać hotelu, szczególnie, że było już późno wieczorem ale to odeszło na dalszy plan gdyż okolica była piękna. Dookoła mnie znajdowało się wiele sklepów z tradycyjną wietnamską odzieżą i pamiątkami oraz wiele barów z lokalnym jedzeniem. Całość miała oczywiście swój piękny, niepowtarzalny klimat a jedynym zagrożeniem były motorowery. Wszedłem do jednego ze sklepów i zobaczyłem uroczą, młodą dziewczynę. Zapytałem ją o szal dla mamy lecz tak na prawdę chciałem z nią tylko porozmawiać. Była bardzo ładna i miła lecz zdziwiła mnie jej bezpośredniość. Ja tylko z nią rozmawiałem a ona od razu bardzo stanowczo zaznaczyła, że tylko ten mężczyzna może z nią spać który zostanie jej mężem więc jeśli mam uczciwe zamiary i zamierzam mieszkać w Wietnamie to mogę się z nią umówić a ona przedstawi mnie swoim rodzicom. Potem się tylko do mnie uśmiechnęła i powiedziała, że musi pracować. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się takiej odpowiedzi, i że była ona o wiele lepsza niż “bum bum za 20usd” w Sajgonie. Zobaczyłem ją jeszcze któregoś dnia gdy gnała na motorowerze z koleżanką w miejscu w którym potem mieszkałem. Widocznie rozmawiały o naszym spotkaniu gdyż po zobaczeniu mnie zaczęły się śmiać. W międzyczasie szukałem hotelu i udało mi się znaleźć ładny podwójny pokój z osobną łazienką za jedyne 5usd. Tym bardziej mi się tutaj podoba gdyż jest bardzo tanio. Następnego dnia wskoczyłem na jeden z pędzących motorowerów i w burzliwym ruchu miasta dotarłem do Domów Literatury zwanymi też byłym uniwersytetem narodowym. Cały ośrodek jest zespołem świątyń zbudowanym w drugiej połowie XI w na cześć chińskiego filozofa Konfucjusza. Miejsce to było centrum nauczania filozofii Konfucjusza przez ponad 700 lat a dla Wietnamczyków jest symbolem niepodległości po wielowiekowej chińskiej kolonizacji oraz symbolizuje wietnamską kulturę narodową i jej wartości. Po względem architektonicznym Domy Literatury są klasycznym przykładem wpływów chińsko-wietnamskich. Znajduje się tutaj brama, która służyła niegdyś jako wejście do uniwersytetu a także wiele pięknych świątyń, szat z tamtego okresu a także dużo roślinności, w tym ciekawie profilowanych drzew w wielkich donicach. Całe miejsce było oczywiście wspaniale zadbane a architektura była jedną z piękniejszych i najstarszych w tym regionie. Część była zniszczona podczas wojny francuskiej ale jest starannie odbudowywana.

Do dziś jest to bardzo popularne i odwiedzane miejsce. Miałem tego dnia szczęście gdyż na głównym placu starsi ludzie, ubrani w tradycyjne stroje z tamtego okresu, grali na bębnach i śpiewali. Udało mi się na chwilę wprosić aby zrobić sobie z nimi zdjęcie. W jednym z budynków uniwersytetu młode kobiety śpiewały piosenki właściwe dla kultury północno wietnamskiej i to także było ciekawym doświadczeniem. Po koncercie jedna z nich przysiadła się do mnie i zaczęła wypytywać skąd jestem i jak mam na imię. Po krótkiej rozmowie dała mi swój numer telefonu i powiedziała, że czeka na telefon. Co za wielka szkoda, że będę tu tak krótko-pomyślałem. W każdym razie Domy Literarury dają wspaniały przykład pięknej architektury i uważam, że powinny być odwiedzone przez każdego kto jest w Hanoi. Moim następnym przeznaczeniem było Muzeum Etnograficzne, które znajdowało się kawałek drogi od Domów Literatury. Była to jednak bardzo miła droga gdyż tym razem natrafiłem na szalonego kierowcę motoroweru, który gnał na złamanie karku. Wszystkich prześcigał, wchodził szybko w zakręty i nawet raz przejechaliśmy pomiędzy dwoma ciężarówkami. W takim właśnie stylu dojechałem do Muzeum Etnograficznego. Jest to muzeum, które opowiada o mniejszościach etnicznych żyjących w Wietnamie i na podstawie zdjęć, strojów, filmów i wyrobów właściwych dla lokalnej społeczności, opowiada o kulturze tych właśnie mniejszości etnicznych. Muzeum to było także skansenem i najciekawsze były ekspozycje na zewnątrz. Znajdowały się tutaj domy zbudowane przez różne społeczności i choć każdy był inny, wszystkie miały jakieś podobieństwa .Wszystkie były osadzone na balach i wszystkie miały dachy ze słomy. Różniły się tylko kształtem i wielkością oraz przeznaczeniem. Najwyższy miał aż 19m i właśnie wysokość dachu miała symbolizować męską siłę. Inne były znacznie niższe lecz zawsze dłuższe, bo dochodzące aż do 40 metrów. Jedne służyły jako domy mieszkalne gdzie wiele pokoleń mieszkało razem a inne jako przechowalnie jedzenia, ubrań i zwierząt. Znajdował się też tutaj grobowiec przed którym znajdowały się ciekawe rzeźby ciężarnych kobiet, co w kulturze jednej ze społeczności oznaczało płodność. W środku wszystkie domy miały maty i były bardzo przytulne. W jednym z nich zasnąłem na dwie godziny co zdarza mi się dość często w Azji Płd-Wsch. Gdy chce mi się spać po prostu znajduję sobie miejsce i zasypiam. Nie dlatego, że jest nudno ale dlatego, że jest tyle wrażeń, że po jakimś czasie czuję się zmęczony. Po drugiej stronie ulicy znajdował się park i dość duże jezioro, które obszedłem dookoła. Cały obiekt bardzo mi się podobał. Ciekawy był tu także pokaz tai chi z mieczami, w wykonaniu ludzi w bardzo podeszłym wieku i ubranych w jedwabne kimona. To jest właśnie ta piękna kultura, której poszukuję w moich podróżach. Następnie tą samą drogą i też motorowerem, wróciłem do hotelu po dniu pełnym wrażeń. Nie byłem już jednak zmęczony gdyż miałem dwu godzinną drzemkę w muzeum etnograficznym. Wyszedłem na wieczorny spacer nad jezioro Hoan Kiem. Najpierw usiadłem na chwilę w ładnej restauracji i z tarasu obserwowałem centralnie położoną Świątynię Żółwia, która ma swoją piękną, XV w. legendę związaną z niepodległością Wietnamu od Chin. Spacerowałem też brzegiem jeziora, obserwowałem ludzi grających w szachy i uprawiających tai chi. Było pięknie i znacznie ciszej niż zwykle ma to miejsce na gwarnych ulicach Hanoi. Włóczyłem się też wąskimi ulicami starego miasta gdzie nawet późnym wieczorem kwitł handel srebrem, antykami, jedwabiem i wieloma innymi ciekawymi rzeczami. Widziałem okazałą operę w Hanoi z początku XX w lecz niestety nie mogłem dostać się do środka. Będąc niedaleko jeziora zostałem wciągnięty przez dziewczyny do restauracji a ich szef dał mi krzesło, nalał herbaty i chciał abym z nimi rozmawiał. Wcześniej w muzeum etnograficznym gdy starszy pan był ze swoimi wnuczkami w moim wieku, też chciał abym z nimi porozmawiał. Pytał mnie o to skąd jestem, która wnuczka mi się podoba i czy chciałbym którąś za żonę. Chciał też aby do mnie jak najwięcej mówiły. Dzieje się tak dlatego, że lekcje angielskiego są drogie i młode dziewczyny chętnie umawiają się z obcokrajowcami, którzy zabiorą je do restauracji, będą mili i dadzą darmową lekcję angielskiego a może i coś więcej. Tak samo jak to było w Tajlandii, jest to najlepsza i najłatwiejsza droga pięknej, inteligentnej Wietnamki do Europy czy Ameryki a przy okazji mają białego mężczyznę u swego boku, który o nie dba i kocha z wzajemnością. Tak czy inaczej, kontakt z Wietnamkami bardzo sobie chwalę. Uważam, że są ładne a w rozmowie ze mną zawsze miłe, grzeczne i zawsze dobrze mi się z nimi rozmawia. Nie mówię tutaj o dziewczynach oferujących “bum bum za 20usd”. Któregoś dnia w Hanoi pojechałem do szkoły języka angielskiego aby spytać o pracę gdyż tak bardzo mi się tu podoba, że chciałbym tu wkrótce przyjechać i zostać dłużej. Powiedziano mi, że z moim wykształceniem, narodowością i znajomością angielskiego mógłbym tu bardzo dobrze żyć. Dostałbym pensję w wysokości około 1000usd na początek co nie jest w Europie niczym specjalnym ale na warunki Wietnamskie mógłbym żyć jak król gdyż pensja ta i tak jest 20-krotnie wyższa od przeciętnej tutaj. Przy tym żyłbym w nowym dla mnie, egzotycznym kraju gdzie wszystko jest tanie a kobiety są piękne. Pomimo, że nie zdążyłem zobaczyć osławionego mauzoleum Ho Chi Minha, mój czas w Hanoi dobiegał końca i zdecydowałem, że zrealizuję to po co na prawdę przyjechałem do północnej części Wietnamu. Udałem się na dwudniową wycieczkę do oddalonej o około cztery godziny jazdy od Hanoi, Zatoki Halong. Jak zwykle też w Wietnamie, pojechałem z wycieczką zamiast organizować samemu gdyż jest tu tak tanio, że nie opłaca się zawracać sobie głowy.

Zatoka Halong

(Niewiarygodne piękno zatoki, jaskinie, góry, sprzedawcy ryb, wyspa Cat Ba, wioska na wodzie)

Zatoka Halong jest fenomenem naturalnym i jednym z najpiękniejszych miejsc Wietnamu i całej Azji. W tłumaczeniu, jest to “miejsce gdzie smok wchodzi do morza” a sama zatoka została wpisana do światowego dziedzictwa UNESCO. Na obszarze około półtora tysiąca km2 znajduje się około dwóch tysięcy górzystych wysp o różnej wielkości i kształcie. Tworzą one piękny krajobraz gdyż są wąskie, dość wysokie i rozsiane w nieregularnych odległościach od siebie. Miejscami przypominają fiordy w Norwegii choć specyficzna roślinność, turkusowa woda i egzotyka tego miejsca świadczą o odmienności Zatoki Halong. Ponadto wiele wysp nie ma nawet swojej nazwy i wiele jest niezamieszkanych (na wielu byłoby trudno mieszkać ze względu na ukształtowanie terenu). Na niektórych z nich znajdują się też spektakularne groty i jaskinie, które są otwarte dla turystów. Można też podziwiać rafę koralową i las mangrowy. Jak potem okazało się, w rzeczywistości miejsce to jest jeszcze piękniejsze i znajduje się tu bardzo dużo innych, atrakcyjnych rzeczy, o których nie wspomina przewodnik ani żadne biuro turystyczne. Gdy po czterech godzinach jazdy dotarłem do Zatoki Halong, od razu wsiadłem na duży, drewniany statek z czerwonymi żaglami, którym popłynąłem przez zatokę. Przez parę godzin płynąłem statkiem i podziwiałem wysokie góry, wyrastające pionowo z turkusowego morza. Towarzystwo też miałem dobre gdyż podróżowałem z ludźmi z innych krajów Europy oraz rozmawiałem z wietnamskim studentem, które był przewodnikiem na tej wycieczce i powiedział mi kilka ciekawych rzeczy o trudnym życiu przeciętnego Wietnamczyka w swoim kraju. Tak płynęliśmy przez jakiś czas, rozmawiając i podziwiając otoczenie. Zacumowaliśmy na jednej z wysp gdzie po spacerze na samą górę, dotarliśmy do jaskini Pałacowego Nieba, w której mogłem podziwiać jej malownicze wnętrze i z przed której był piękny widok na zatokę. Zaraz po wyjściu na brzeg przywitały mnie dzieci, które na siłę chciały mi sprzedać owoce lecz udało mi się, gdyż powiedziałem, że biali za mną mają pieniądze a ja już nie mam nic. Wyspa jak i cały krajobraz zatoki były bardzo malownicze lecz jak dotąd największą przyjemność sprawił mi sam rejs. Mogłem po prostu leżeć pod żaglami i pomimo, że sam statek lata świetności miał już raczej za sobą, to przecież nie o to tutaj chodziło. Liczył się piękny krajobraz i wszystko to co udało mi się zobaczyć. Zatoka Halong jest nie tylko miejscem przeznaczonym dla turystyki. Żyje tutaj wielu Wietnamczyków, dla których okolica ta jest miejscem pracy. Znajdują się tutaj pływające sklepy i wioski rybackie.

Płynąc statkiem, wielokrotnie widziałem jak Wietnamczycy zaczepiają swe małe łódki do naszego statku i próbują sprzedać turystom owoce oraz ryby i kraby. Rejs był wielką przygodą i dał mi dobrą możliwość także na obserwację życia wietnamskich rybaków w swych spiczastych czapkach, z łódkami pełnymi ryb. Gdy już zaczęło się ściemniać, dopłynąłem do wyspy Cat Ba na której miałem spędzić noc. Przed samą wyspą znajduje się duża wioska na wodzie gdzie z pokolenia na pokolenie ludzie żyją w ten sposób i nie chcą zejść na stały ląd. Przewodnik powiedział, że rząd wietnamski nawet zaproponował im ziemię na której mieliby się osiedlić lecz chęć mieszkania na wodzie jest dla nich silniejsza. Wyspa Cat Ba jest dawnym portem rybackim, który dziś jest głośnym turystycznym miejscem i najczęściej służy jako noclegownia dla turystów po Zatoce Halong. Było to miejsce gdzie mogłem się przede wszystkim wyspać gdyż sama wyspa nie ma zbyt dużo do zaoferowania. Miło spędziłem kolację gdyż rozmawiałem z podróżnikami z całej Europy, którzy mówili gdzie do tej pory byli i niektórzy już tylko podróżują i uwielbiają żyć w ten sposób. Myślę, że podróżnicy są jak kolekcjonerzy znaczków, tylko że zbierają wspomnienia z widzianych przez siebie krajów. Po kolacji wyszedłem zwiedzać wyspę lecz dużo ciekawych rzeczy nie zobaczyłem i aby było raźniej wziąłem ze sobą dziewczynę z Singapuru, która akurat dzieliła ze mną pokój. Poszliśmy gdzie było największe skupisko ludzi i choć nikt nie mówił po angielsku dobrze się bawiłem gdyż rozegrałem partię bilarda z kilkoma dobrymi graczami i spróbowałem miejscowych przysmaków. W drodze powrotnej do hotelu okazało się, że wyspa Cat Ba jest pełna burdeli o oficjalnej nazwie“salon masażu” lub czasem nawet i bez nazwy. Gdy szedłem przez wąską ulicę, dziewczyny próbowały mi wkładać ręce w spodnie i ciągnęły do burdelu. Widać, że mieli zastój w interesie bo “bum bum za 20 USD” zmieniło się na “bum bum za 10 USD”. Wyrwałem się jednak i wróciłem do hotelu do którego musiałem się dobijać gdyż był solidnie zamknięty na noc. Koleżanka z Singapuru była zszokowana i potem nie odezwała się do mnie już nawet jednym słowem, jakby to była moja. Następnego dnia wsiadłem do tej samej łodzi co wcześniej i około popołudnia moja wyprawa po Zatoce Halong dobiegała końca. Na stałym lądzie zgubiłem niestety wycieczkę lecz na szczęście zabrałem się z inną, która wzięła mnie na obiad to tej samej restauracji gdzie byli ludzie z mojej wycieczki. Kosztowało mnie to tylko trochę nerwów lecz wszystko skończyło się dobrze. Kupiłem jeszcze spiczasty kapelusz od rolników z pól ryżowych a następnie po kilku godzinach byłem już w Hanoi. Podsumowując Zatokę Halong, chcę powiedzieć, że jest to definitywnie urocze miejsce i gdy byłem tam, miałem wrażenie jakbym chciał tu jeszcze przyjechać. Na początku powiedziałem, że dobre jest wykupienie wycieczki z biura i nadal tak uważam gdyż jest to najlepszy, najtańszy i najmniej stresujący sposób na zwiedzanie Zatoki Halong lecz niestety nic nie jest doskonałe. Choć ogólnie wycieczka była udana widziałem,że przewodnikowi nie zależało abym zobaczył to za co zapłaciłem ale tylko na jego własnym czasie. Gdy chciałem zrobić zdjęcie w jaskini, akurat zgasili światło a gdy chciałem sfotografować pływające wioski przy wyspie Cat Ba, było już za ciemno. Tak czy inaczej było pięknie lecz jeżeli czas pozwala polecam wycieczkę trzydniową lub dłuższą. Jest po prostu więcej czasu na podziwianie otoczenia.

Wyścig na lotnisko

Gdy byłem już w Hanoi, w wielkim pośpiechu dotarłem do swojego hotelu skąd tylko zabrałem swoją wielką walizkę a potem wrzuciłem ją na mały motorower gdzie we dwójkę i z wielką walizką dotarliśmy do stacji autobusowej. Musiałem jak najszybciej dostać się na lotnisko gdyż miałem odlecieć za około godzinę. Niestety oddalone ono było o około 20km a ja bardzo źle stałem z czasem. Mój autobus nadal nie odjeżdżał i ktoś mi poradził abym wziął taksówkę bo na pewno przegapię lot. Jadąc więc taksówką i przez cały czas na sygnale, wymijając wszystkich po drodze, dotarłem na lotnisko w chwili gdy zamykali bramkę. Tak w wielkim stresie i pośpiechu zdążyłem na lot-tym razem do Hong Kongu.

Podsumowanie

Moja podróż po Wietnamie była pięknym, pouczającym doświadczeniem. Mimo, że nie spędziłem tu zbyt dużo czasu, miałem okazję zobaczyć pozostałości po smutnej historii tego kraju oraz widziałem jedne z najciekawszych naturalnie miejsc północy i południa a także zabytki pozostawione po przodkach. W tym ruchliwym i głośnym kraju motorowerów najbardziej podobały mi się uroki natury choć ludzie także byli dla mnie mili. Specyficzny nastrój Wietnamu sprawiał, że jest to kraj z którego nie chce się wyjeżdżać. Tutaj czas płynie wolniej a każdy nowy dzień jest powodem do radości. Jak we wszystkich krajach w regionie, w ciągu kilku godzin można dotrzeć z głośnego, ciekawego miasta na tropikalną plażę. Było pięknie.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan