Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Polityka Prawdy

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupich selfie i polubieniach na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe. Uważam nawet, że nieużywanie smartfona jest dziś aktem rebelii przeciwko Wielkiemu Bratu, który chce nas coraz bardziej kontrolować poprzez atrakcyjne wizualnie lecz dla większości niezrozumiałe; coraz bardziej zaawansowane aplikacje.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Tajlandii 2004

Napisał: Marcin Malik

Tajlandia 2004 – relacja z wyprawy

Przebieg podróży: Bangkok – Bazar na rzece – Kanchanaburi – Hat Yai – Surat Thani – Ko Phangngnan – Chiang Mai – Chiang Kong.

Bangkok – moje pierwsze dni

(W tym reportażu: wrażenia z przylotu, Khao San Road, thai boxing, tajski masaż, tajska kuchnia, kilka świątyń, „ladyboys”, gorące Tajki)

Wylądowałem na lotnisku w Bangkoku wcześnie rano i byłem szczęśliwy. Nareszcie przyleciałem i nie mogłem doczekać się pierwszego zderzenia z Tajlandią. Po dotarciu do urzędu imigracyjnego zdałem sobie sprawę, że byłem tak podekscytowany, że zapomniałem o wyrobieniu wizy. Tutaj jednak nie było z tym problemu gdyż mogłem wyrobić ją na lotnisku co wiązało się niestety z długim oczekiwaniem oraz kosztem.

Gdy nareszcie wyszedłem z lotniska najpierw dopadła mnie armia sprzedawców luksusowych hoteli oraz taksówek lecz ja tego nie szukałem. Powiedziałem, że raczej skorzystam z taniej wersji na co oni uprzejmie wskazali mi autobus za 100 baht jadącego do Khao San Road czyli turystycznego getta w Bangkoku gdzie jest dużo hoteli różnej maści a zabawa, jedzenie lokalnych przysmaków i jeszcze raz zabawa trwają do późna. Wrzuciłem swój wielki bagaż do autobusu, następnie urocze i nieprzerwanie wpatrujące się w autobus pełen białych mężczyzn Tajki sprzedały wszystkim bilety, po czym ruszyliśmy w drogę. Jazda trwała około 40 minut podczas, której miałem okazję obserwować Bangkok. To szalone miasto od razu mi się spodobało choć jest bardzo zatłoczone i bardzo zanieczyszczone. Wszyscy na siebie trąbili a skutery prześcigały sie nawzajem, jednak najlepsze są tuk tuk czyli ryksze motorowe. Ulice były pełne ludzi, nie zbyt czyste a miejscowi kramarze sprzedawali swoje smażone jedzenie wszędzie gdzie było na to miejsce.

W wielu miejscach były też namalowane portrety króla oraz jego rodziny. Po niedługim czasie dojechałem do Khaosan Road i od razu mi się spodobało. Był ogromny ruch, mnóstwo straganów z jedzeniem, mnóstwo tuk tuk naganiających klientów a przy tym było bardzo gorąco. Wysiadłem na ulicy i miałem w planie znaleźć pokój lecz po chwili podszedł do mnie młody Taj pracujący dla hoteli i zaprowadził mnie do taniego i przytulnego miejsca. Po drodze przechodziliśmy też przez klub thai bokserski a bokserzy śmiali się bo mój agent hotelowy był pedałem i tak też się zachowywał. Bardzo miłe dziewczyny w recepcji dały mi klucz i sprawa była załatwiona. Jednak gdy prosiłem o pojedynczy pokój i tak dostałem podwójny gdyż tylko takie tu są. Dziewczyny powiedziały, że wkrótce zrozumiem dlaczego bo w Tajlandii raczej samotny nie będę. Dostałem dokładnie to czego szukałem czyli łóżko, cztery ściany i sufit oraz prysznic na zewnątrz. Rzuciłem walizkę i wybiegłem na zewnątrz. Przeszedłem przez okoliczne stragany gdzie na ulicy Tajowie smażyli swoje przysmaki oraz przez wąską uliczkę gdzie na ławkach i hamakach ludzie odpoczywali po śniadaniu na leżąco. Wielu o tej porze nie robiło nic gdyż było pewnie za gorąco. Zanim zacząłem zwiedzać, najpierw poszedłem do najbliższego klubu boksu tajskiego aby zapytać czy mogę z nimi trenować i kiedy jest najbliższy trening. Okazało się, że trening miał być za dwie godziny, także po długim locie z Europy i załatwieniu hotelu miałem niewiele czasu aby coś zjeść gdyż zamierzałem iść na pierwszy trening. Nie szedłem daleko gdyż nie było na to czasu. Zjadłem u pierwszego smażącego, którego zauważyłem w jednej z wąskich ulic. Z tego co zdążyłem zauważyć Tajowie nie często gotują, oni tylko smażą a jedzenie jest zawsze tak ostre, że nie tajski żołądek nie jest w stanie przyjąć tego jedzenia, dodatkowo biorąc pod uwagę tutejszy klimat. Na szczęście Tajowie są wyrozumiali i dla Europejczyków smażą łagodnie (jak na swój gust) choć dla mnie i tak było dość ostro.

Po niedługim czasie poszedłem na trening. Thai boxing czyli “muay thai” jest narodowym sportem tego kraju i jest uprawiany przez wiele osób. W wielu partiach kraju widać młodych chłopców trenujących kopnięcia na ulicy a dla wielu jest to jedyny sposób aby wybić się oraz utrzymać swoje rodziny. Tajowie chętnie zapraszają zagranicznych zawodników aby trenowali z nimi i jest to bardzo dobry sposób na zarobienie dodatkowych pieniędzy przez tych bardzo biednych ludzi. Zawsze jednak jest tak, że nikt do Tajlandii nie przyjeżdża aby trenować z Tajami ale aby się od nich uczyć gdyż oni są po prostu najlepsi i najtwardsi. U nich widać prawdziwego ducha walki, który w Europie nie jest tak mocny. Uważam, że jeśli w Europie ktoś jest mistrzem to w Tajlandii,(bez wcześniejszego treningu) na pewno mógłby się przeliczyć. Tutaj ten sport ma swoją duszę i widać to na ringu, na wyrazach twarzy oraz na muzyce temu towarzyszącej. Tutaj za każdym razem nie jest to tylko trening ale wydarzenie którego ludzie oczekują i które oglądają z pasją. Ja od wielu lat trenuje karate kyokushin, które jest uważane za najtwardsze lecz to czego miałem doświadczyć na ringu w Tajlandii dało mi zupełnie nowy obraz, w jaki sposób można trenować. Miejsce w którym ćwiczyłem było na powietrzu, pod dachem gdyż jest za gorąco aby zamykać się w pomieszczeniu.

Mieliśmy ring na środku, parę worków i luster oraz mocne głośniki z agresywną muzyką aby treningu dodać tempa. Zaczęło się dość zwyczajnie. Zrobiliśmy kilka skłonów, normalną rozgrzewkę a następnie kilka rund na worku i tarcze z instruktorem. Dookoła mnie byli ludzie z wielu części świata i wszyscy traktowaliśmy thai boxing bardzo poważnie. Po kilka rundach i wycisku poza ringiem nareszcie wszedłem na ring i przez prawie pół godziny ciężko pracowałem kopiąc w tarczę. Zauważyłem, że tutaj nie kopie się wysoko ani z obrotu gdyż thai boxing nie ma wyglądać ładnie czy filmowo. To jest fizycznie i kondycyjnie bardzo ciężki i bardzo twardy sport gdzie używa się tylko kilku technik. Są to kopnięcia pół okrężne na żebra i na nogi, kopnięcia proste i z kolana oraz ciosy pięściami i łokciami-i rzeczywiście tyle wystarczy. Gdy zrobiłem szpagat, kopnąłem wysoko i z obrotu, wszystkim się to podobało i Tajowie byli pod wrażeniem gdyż to wygląda widowiskowo i u nich nikt tak nie ćwiczy lecz ich na pozór proste techniki wystarczą aby pobić niejednego “akrobatę”. Po treningu byłem wykończony lecz szczęśliwy a adrenalina powodowała, że szło mi łatwiej. Cały czas grała muzyka, było gorąco, facet z poza ringu dawał mi wody z lodem w przerwach a Tajowie oraz turyści stali za ringiem i krzyczeli oraz robili zdjęcia.

Było bardzo ciężko i bardzo dobrze, bawiłem się wspaniale i miałem zamiar trenować codziennie. Dostałem bardzo dobrą pierwszą lekcję. Po treningu nareszcie poszedłem do hotelu aby się przespać. Wziąłem zimny prysznic gdyż tylko taki był a ciepły i tak byłby nie potrzebny gdyż było za gorąco. Wchodząc do hotelu Tajki z recepcji pytały czy mi się podobało i zaczęły się śmiać. Potem położyłem się na mojej pryczy i zasnąłem. Obudziłem się po zapadnięciu zmroku ale na Khao San Road życie dopiero się zaczynało. Gdy wchodziłem na tą gwarną i bardzo ruchliwą ulicę, najpierw miałem do czynienia z całym rzędem kierowców tuk tuk, którzy wciskali mi zdjęcia nagich dziewcząt w kąpieli, mówiąc przy tym “bardzo ładne, bardzo tanie, zawieźć cię?-za darmo”. To niestety była droga usługa a ja nie byłem zbyt wyrywny bo tutaj może się wiele zdarzyć. Tego wieczora byłem dość głodny ale jeszcze bardziej, ciekawy gdyż chciałem jak najwięcej spróbować. Po obydwu stronach ulicy były restauracje a na pierwszym piętrze dyskoteki i salony masażu. Ja nie wchodziłem do żadnej knajpy gdyż na ulicy zbyt dużo się działo. Byli sprzedawcy szaszłyków z małymi porcjami kurczaka w chilli oraz owoców morza. Spróbowałem wszystkiego po trochu lecz najwięcej zjadłem ośmiornic. Najzabawniej smażyli makarony na wielkich patelniach z dodatkiem warzyw gdyż podrzucali je do góry robiąc przy tym miny. Obok były zupy wszelkiego rodzaju i soki owocowe. Wszystko było bardzo barwne, bardzo dobre i śmiesznie tanie oraz zupełnie inne niż w Europie. Jedna kobieta sprzedawała skorpiony i przygotowywała na miejscu lecz zażyczyłem sobie czegoś innego. Zjadłem porcję smażonych robaków z dodatkiem cynamonu, choć nie jestem pewien co do cynamonu.

Robaki były bardzo dobre i smakowały jak bardzo delikatne mięso tylko, że strzelało mi pod zębami. Zupełnie jak pewien rodzaj płatków na mleku. Myślę, że spróbowałem czegoś z każdego straganu i za każdym razem byłem bardzo zadowolony, niezależnie od tego czy był to drobny kurczak, ośmiornica z makaronem, czy robaki. Na koniec popiłem mlekiem z kokosa, a jest ich tutaj wiele rodzajów i po prostu spacerowałem. Przez cały czas dobiegała zewsząd muzyka a ludzie bardzo dobrze się bawili i cały czas jedli. Na rogu Khao San Road była knajpa Gulliver czyli lokalna dyskoteka gdzie drinki lały się strumieniami a piękne i zawsze gorące Tajki przychodziły poznać chłopców z Europy. Niektóre także przychodziły zarobić ale tak czy inaczej było to bardzo wesołe miejsce. Po paru chwilach podeszła do mnie dziewczyna i zaczęła zadawać mi standardowe pytania czyli skąd jestem, jak mam na imię i jedno z najważniejszych czyli ile tu zamierzam zostać. Tak też bardzo szybko gdziekolwiek nie poszedłem ona szła za mną. Gdy wychodziłem do hotelu ona także poszła ze mną. Widać tak to tu wygląda, że dziewczyna podchodzi i sobie rezerwuje. Gdy wychodziłem z nią z knajpy, Holendrzy siedzący przy wyjściu życzyli mi miłej nocy i poklepali mnie po ramieniu. W recepcji hotelowej Tajki skasowały mnie za jeszcze jedną osobę i z bardzo szerokim uśmiechem pożyczyły mi miłego wieczoru. Czułem się świetnie, moja koleżanka wykapała mnie i położyła spać. Nie wzięła ani grosza. To był mój cały pierwszy dzień w Tajlandii i udał się wyśmienicie. Byłem na treningu, spróbowałem miejscowych przysmaków, nasyciłem się urokiem okolicy oraz poznałem bardzo przyjacielską koleżankę z nowego dla mnie kraju. Nad ranem Tajka obudziła mnie a następnie wyparowała zanim zdążyłem przetrzeć oczy. W drodze do łazienki zobaczyłem, że mój hotel to niezły plac zabaw. Koło mnie mieszkał stary Austriak około 80-tki a z jego pokoju wybiegła Tajka, którą on gonił po korytarzu klepiąc w tyłek. Ona tylko piszczała i śmiała się a stary miał uciechę. Niedługo potem poszedłem na Khao San Road aby kupić na śniadanie zlepiony ryż w kostce oraz znowu pochodzić po okolicy i zobaczyć cuda dnia dzisiejszego. Następnie poszedłem na boks tajski. Znowu była głośna muzyka i znowu wycisk. Widać, że chcieli mnie nauczyć gdyż tym razem nie było już tylko tarcz, tym razem dostałem też kilka razu po pysku. Zszedłem z ringu i znowu byłem szczęśliwy choć wykończony. Za każdym razem jest super. Dostrzegłem też smutną rzecz wokół tego klubu. Dziewczyna, która zajmowała się sprawami organizacyjnymi mieszkała w drewnianym baraku zamocowanym nad kasą a w ciągu dnia bokserzy nie mieli gdzie pójść dlatego odpoczywali na hamakach i ławkach nieopodal ringu. Żyli od treningu do treningu i jak mi ktoś powiedział, raz na jakiś czas jeździli za Bangkok do rodziców aby ich wspomóc. Gdy wracałem z treningu tą wąską, leniwą uliczką znowu uśmiechnęło się do mnie szczęście. Wyglądałem na prawdę źle, w samych spodenkach, brudny, spocony i z podbitym okiem ale dziewczyny wołały mnie do siebie a gdy do nich przychodziłem karmiły mnie owocami a potem cała ulica miała ubaw. Długo mi zajęło dojście do hotelu a Tajki w recepcji znowu ze mnie żartowały i pytały czy było ciężko na treningu. Tego popołudnia postanowiłem, żę pojadę też pozwiedzać. Zatrudniłem tuk tuk i wyjechaliśmy na ulice Bangkoku. Tuk tuk jest małe lecz bardzo szybkie i zawsze wymusza pierwszeństwo. Sama jazda była wielką przygodą i myślałem, że nie dojadę na miejsce. Bangkok o tej porze dnia był bardzo ruchliwy, wszyscy trąbili a moje i inne tuk tuk przeciskały się przez najmniejsze szpary z dużą szybkością. Zanim jednak dojechałem gdzie chciałem, mój kierowca zawiózł mnie do kilku drogich sklepów abym chociaż pokazał swoją twarz. Było to miłym doświadczeniem gdyż sklepy te były urządzone z przepychem i dawały wielki pokaz tajskiej sztuki. Były niestety bardzo drogie choć ja nie musiałem kupować. Ważne, że kierowca mnie tam zawiózł i dzięki temu zainkasował dużo więcej niż za mój kurs. Pojechaliśmy do dwóch takich sklepów aż wreszcie zawiózł mnie do świątyń buddyjskich (90% ludzi w Tajlandii wyznaje tą religię). Świątyń w całym Bangkoku jest dość dużo i wszystkie są piękne i warte obejrzenia. Ja chciałbym opisać kilka z nich.

Pierwszą do której pojechałem był Pałac Królewski i Świątynia Szmaragdowego Buddy ( Wat Phra Keo), czyli coś co powinno się znaleźć w planach każdego podróżnika przebywającego w Bangkoku. Na cały obiekt składa się wspaniały kompleks budynków założony przez króla Ramę I w 1782 roku a potem rozbudowywany przez kolejnych władców. Żadne inne świątynie w całej Tajlandii nie są tak piękne, tak przepełnione bogactwem i przepychem zabytków jak właśnie Pałac Królewski. Żadne inne świątynie nie są też tak ważne historycznie i nie mają takiego znaczenia jak to miejsce. Przy Pałacu Królewskim znajduje się też świątynia i statuetka szmaragdowego buddy czyli symbol króla i całego narodu. Wszystkie obiekty na terenie Pałacu są pięknie zbudowane, zachowujące swą charakterystyczną tajską architekturę i wszystkie są inne. Także wystrój każdej z nich w środku jest inny. Świątynie są zazwyczaj osadzone na wysokich filarach i pokryte misternie wykonanymi dachami z charakterystycznymi, złotymi, przeciągniętymi ku górze hakami. Inne są bardzo wysokie i zbudowane w rodzaju piętrzących się wież z wielkimi, także złotymi ostrzami a dodatkowo cały kompleks świątyń jest otoczony zdobionymi murami. W każdej ze świątyń znajduje sie wiele posągów buddy w różnych pozycjach oraz w różnym stadium zaawansowania duchowego. Byłem na przykład w świątyni gdzie było paręset posągów buddy przedstawiających go na drodze ku światłości. W środku można także spotkać mnichów, którzy bardzo chętnie dają się fotografować i witają cudzoziemców w Tajlandii. Spędziłem na terenie Pałacu parę godzin i byłem pod wielkim wrażeniem. Nigdy wcześniej nie widziałem tak pięknych osiągnięć architektoniczno-kulturowych cywilizacji tej części Azji. Jak do tej pory w Tajlandii bardzo mi się podobało i cieszyłem się każdą chwilą. Po wyjściu z obiektu szukałem mojego tuk tuk ale już odjechało. Często jest tak, że tuk tuk nie zależy już na moich pieniądzach bo dostanie o wiele więcej od sklepów do których zawozi turystów i zamiast czekać na mnie może wziąć kogoś innego. Nie było problemu, wziąłem inne tuk tuk, które zawiozło mnie na Khao San Road. Będąc już na miejscu, gdy zapadał zmrok, widziałem, że jak zwykle o tej porze zaczynała się zabawa. Przeszedłem główną ulicą pełną sklepów i straganów, po drodze oczywiście spróbowałem kilka drobnych szaszłyków i zjadłem coś czego nazwy nie znałem. Wszedłem w mniejsza uliczkę i tam znalazłem salon masażu. Właściwie to dziewczyny z salonu masażu znalazły mnie gdyż samotny biały mężczyzna jest zawsze potencjalnym klientem. Dziewczyny były niezwykle miłe, od razu wzięły mnie za rękę i zaczęły ze mną rozmawiać. Wpatrywały się we mnie tak jakby oglądały telewizję i karmiły mnie owocami, jednocześnie masując mi kark i dłonie. Wspomnę, że oficjalny masaż za opłatą jeszcze się nie zaczął. O masażu tajskim słyszałem bardzo dużo dobrego i pomyślałem, że właściwie miło by było spróbować. Gdy wszedłem do salonu, nie było to nic czego mógłbym się spodziewać. Wszedłem do środka a tam na podłodze były grubo rozłożone prześcieradła oraz wszechobecny zapach kadzideł. Położyłem się na jednej z nich a następnie starszy mężczyzna zaczął mnie masować. Na początek powiem, że masaż tajski może być dość bolesny gdyż polega on na rozluźnianiu stawów i mięśni poprzez wyginanie osoby masowanej w każdy, najczęściej niewygodny sposób. Po krótce jest to sposób orientalnej terapii oraz metoda uzdrawiania podczas której masażysta naciskając masowanego dokonuje cielesnej manipulacji krwiobiegu i kanałów energetycznych osoby masowanej. W masażu tym terapeuci używają więcej elementów własnego ciała niż w jakimkolwiek innym rodzaju leczniczej manipulacji. W tym celu do masażu używane są nie tylko dłonie i palce a także łokcie, kolana, przedramiona, pięty i inne części stóp. Masażysta najpierw natarł mnie tak mocno, że aż zrobiło mi się gorąco a potem złapał mnie za ręce od tyłu, zablokował mi kręgosłup piętą w dolnej partii i pociągnął wolno lecz silnie do tyłu a ja czułem jak mi strzelały kręgi. Czasem też pociągał z jednej strony, blokując łopatkę a czasem splatał mi nogi w kostkach i silnie kierował w stronę kręgosłupa, tak że znowu strzelały mi kości. To samo mi zrobił z wieloma innymi częściami ciała i czasem było to dość bolesne. Zdarzało się, że było przyjemnie ale masaż tajski był też bardzo nieprzewidywalny gdyż nie wiedziałem kiedy znowu mi coś strzeli. Często też wyginając mnie do tyłu tak mi przestawiał kark stopą, że też mi strzelał.

Gdy skończył, czułem się bardzo wypoczęty i energiczny choć myślałem, że będzie odwrotnie. Rozmawiałem też z tym panem i powiedziałem, że trenuję tu thai boxing a on powiedział, że też trenował gdy był młody i zaczął mi pokazywać ciosy łokciem z obrotu. Powiedział, że właściwie każdy na tej ulicy kiedyś trenował bo to jest ich kultura i sport, który kochają. Zapłaciłem, pożegnałem się i wyszedłem na kolację. Tym razem poszedłem do małej, miłej knajpki gdzie siadało się w środku a kucharze smażyli na zewnątrz. Jedzenie było wspaniałe, jak za każdym razem w Tajlandii. Ciężko mi tylko było ich przekonać aby w ogóle nie dodawali chilli. Każdy posiłek jest tutaj nową, pyszną przygodą. Robiło się już późno i szedłem w stronę hotelu lecz po drodze wstąpiłem jeszcze na chwilę do dyskoteki na rogu-Gulliver. Impreza była przednia jak zawsze lecz dziewczyny wyglądały dziwnie. Okazało się, że tego wieczora przyszło dużo “ladyboys” czyli transwestytów, mężczyzn przebranych za kobiety i z mocnym makijażem. Tajscy mężczyźni są raczej mali i chudzi więc łatwo im się przebrać za kobietę i wyglądać przekonująco. Niektórzy z nich wyglądają lepiej niż prawdziwe kobiety dlatego będąc w Tajlandii trzeba być bardzo uważnym i wiedzieć jak nie dać się nabrać. Do mnie podeszło kilka tego rodzaju kobiet i chciały abym je zabrał do hotelu-oczywiście za darmo. Niektóre miały głosy jak przez tubę i zbyt muskularne ręce lecz wiele było zrobionych perfekcyjnie. Jest jednak jedna rzecz, która je zdradzała czyli jabłko Adama. Jeśli ktoś nie jest pewien to radziłbym nie brać tego co od razu rzuci się człowiekowi na szyję oraz tych wysokich bo pomyłka może kosztować wieloletnie wizyty u psychologa. Byłem czujny i właśnie miałem wracać do pokoju gdy za mną usiadła dziewczyna, następnie powiedziała cześć i objęła mnie. Miałem tylko nadzieję, że nie był to pedał ale nie wyglądało na to. Posiedzieliśmy tak przez chwilę w zagadkowej ciszy aż w końcu ona zaczęła mnie wypytywać o to skąd jestem i tak dalej. Gdy zamykali knajpę i wszyscy musieli wyjść ona gwizdnęła na taksówkę i zabrała mnie do siebie do domu gdzie mieszkały także inne dziewczyny, których akurat nie było. Była tylko ona, jej siostra i ja. Moja koleżanka wzięła mnie najpierw pod prysznic i dokładnie wykąpała a jej siostra zrobiła coś do przekąszenia. Chwilę porozmawialiśmy ale nie za długo a potem wszyscy poszliśmy spać. Widzę, że tutejsze kobiety to jednak potrafią ładnie zadbać o zagranicznego gościa. Jestem tu krótko ale już widzę, że wszystko mi się bardzo podoba.

Tak spędziłem moich kilka pierwszych dni w Bangkoku i było na prawdę super choć zapowiadało się, że będzie coraz lepiej.

Bangkok – ciąg dalszy

(Więcej o thai boxingu, świątyniach, masażu, życiu w tym kraju i o tajskich sposobach uwodzenia białych mężczyzn)

Kilka następnych dni spędziłem głównie na trenowaniu thai boxingu i muszę przyznać, że szło mi coraz lepiej. Miałem coraz lepszą kondycję i uczyłem się nowej techniki gdyż ten sport różni się od karate. Robiliśmy dużo serii po pięć i dziesięć kopnięć na tarcze oraz uderzenia łokciami i kolanami. Na tym polega ten sport. Zawsze też ćwiczyłem zapasy z większym od siebie zawodnikiem gdyż w boksie tajskim można łapać. Były też luźne sparingi i choć ogólnie było bardzo ciężko to sprawiało mi to ogromną przyjemność i satysfakcję. Także bokserzy byli dla mnie mili i uczyli mnie wkładając w to swoje serce. Raz wieczorem gdy wychodziłem na Khaosan Road widzieli mnie i zaprosili do swojego stołu gdy właśnie jedli kolację. Mówili “Marcin, choć do nas, tajskie jedzenie jest bardzo dobre”. Rzeczywiście było bardzo dobre lecz bardzo ostre. Podali mi ryż z chilli i innymi ostrymi sosami a do tego kubek wody. Byli bardzo biedni, mieszkali w barakach lub spali na hamakach ale mimo to poczęstowali mnie. Ten właśnie gest z ich strony był dla mnie bardzo dobrym, miłym doświadczeniem. Pozwolił mi na poznanie Tajów jakimi są, jak żyją oraz ich nastawienie na przybyszów. Jest wielu turystów, którzy lądują na lotnisku, lecą na wspaniałą plażę do kurortu i tak na prawdę nie wiedzą nic o danym kraju i o jego ludziach. Ja w swoich podróżach specjalnie stronie od luksusu aby poznać dany kraj i jego ludzi jak najbardziej realistycznie. Tajlandię poznaję także przez thai boxing i to na własnej skórze. Uważam, że jest to dobra lekcja pokory gdyż mogę uczyć się od ludzi, którzy nie mają nic i którym nigdy nie było dane iść na studia lub zarabiać pieniędzy a są bardzo wartościowi.

Któregoś dnia wieczorem pojechałem też z bokserami do klubu karaoke na drugi koniec Bangkoku.

Było bardzo miło. Wjechaliśmy na ostanie piętro ogromnego wieżowca i wzięliśmy dla siebie cały pokój. Oni śpiewali po tajsku a ja po angielsku. Polskich piosenek nie było. Do tego wszyscy pili, ale bardzo ostrożnie, tak aby się nie upić i to też mi się bardzo podobało. Poznałem tutaj dziewczynę z Irlandii, która mieszkała w Tajlandii już od dawna i też trenowała thai boxing. Mówiła, że nie wyobraża sobie życia w Europie, teraz Tajlandia jest jej domem. Właściwie poznałem wielu ludzi z całej Europy ( także wiele kobiet), którzy mieszkali w Tajlandii i chcieli już tu zostać na zawsze. Byli też tacy, którzy przyjechali na dwa tygodnie a byli już od pięciu lat. Rozmawiałem z jednym Belgiem, który boksował ze mną i powiedział, że tu jest o wiele bardziej szczęśliwy niż w Belgii. Powiedział, że uczy angielskiego na prowincji gdzie jest zupełnie inaczej niż w bogatszej części Bangkoku. Tam jest biednie, ludzie żyją bez luksusów i pracują na polach ryżowych przez całe życie. Dzieci, które uczy angielskiego są na bardzo złym poziomie i może je uczyć tylko podstaw gdyż nie zrozumiałyby wyższego poziomu. Mimo, że on zarabia tutaj bardzo słabo, jest bardzo szczęśliwy i nie chce już wracać do Belgii. Tutaj uczy a dlatego, że nie stać nikogo na zapłacenie mu europejskiej pensji, dodatkowo uczą go thai boxingu i dostaje tyle ryżu z chilli ile tylko może zjeść. Raz w tygodniu bierze też dziewczynę na noc co w Tajlandii jest czymś normalnym nawet jeśli jest nauczycielem. Powiedział też, że uważa iż każda dziewczyna w tym kraju ma mentalność prostytutki. Ja jednak myślę, że nie jest tak do końca gdyż mam różnego rodzaju doświadczenia. (Tutaj rozwinę temat Tajek). Nie uważam aby wszystkie miały mentalność prostytutki, jest to zdanie samotnego Belga mieszkającego w Tajlandii, który zadaje się tylko z prostytutkami.

Na przykład dziewczyny z recepcji zawsze ze mną rozmawiają normalnie, nie tak jakby mi chciały wejść do łóżka. Zawsze mówią, że mają swoich mężczyzn za których chcą wyjść za mąż. Dziewczyny w sklepie fotograficznym gdzie śmialiśmy się wiele razy i wiele razy miło spędzaliśmy czas ale nigdy by mi nie pozwoliły na zbyt wiele. Jedną także zabrałem na kolację podczas, której mogłem dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy a sama kobieta była bardzo miła w rozmowie. Z drugiej jednak strony miałem do czynienia z wieloma młodymi kobietami, których zachowania były wręcz nieprawdopodobne. Często mi się zdarzało, że kobiety mnie sobie po prostu chciały wziąć i miały wiele strategii na złowienie mnie a im bardziej się starały zabawa była tym lepsza. Jedna na przykład miała manię, że wszyscy ją śledzą i dlatego chciała spędzić u mnie noc bo się bała a ja dobrodusznie jej na to pozwoliłem. Inna nie mówiła nic i po prostu ze mną poszła jakby nigdy nic. Gdy poszedłem wyrobić wizę do Laosu do najbliższego biura turystycznego, tego samego wieczora wziąłem na kolację dziewczynę tam pracującą a potem do siebie na noc. Będąc już u mnie zrobiła mi awanturę o nic i niestety musiałem ją wyrzucić. Pomimo to nie chciała pójść od razu, kopała w drzwi i chciała abym ją wpuścił. Pomyślałem, że po tym już nic mnie nie zdziwi lecz do czasu. Następnego dnia poszedłem do innego biura aby wyrobić wizę do Kambodży i ta urocza istota nie chciała iść na kolację. Ona po prostu doręczyła mi paszport osobiście, z gotową wizą i już została na noc. Po jakimś czasie mogłem już tak przebierać, że byłem tym zmęczony gdyż kobiety zaczęły mnie nachodzić w hotelu i na treningach. Przez to musiałem aż dwa razy zmieniać hotel. Pomijam już transwestytów, którzy próbowali mnie ciągle zagadywać i wmawiali mi, że są kobietami. Wynikło z tego wiele zabawnych sytuacji lecz jak potem sie okazało, pokaz “ladyboys” miałem dopiero mieć na południu Tajlandii, w drodze do Malezji. Były też smutne sytuacje gdy kobiety rozmawiały ze mną a potem mówiły, że chcą iść do mnie pokoju i tyle to kosztuje. Raz podeszła do mnie prostytutka i powiedziała, że ona w ten sposób utrzymuje rodzinę a także jej siostra i wiele koleżanek. To jest właśnie ta ciemna strona Tajlandii, która pokazuje realia tego kraju, tak inne od tych na pocztówkach z pięknymi plażami i świątyniami. Najzabawniejsza była “kolekcjonerka”. To była prawdziwa dziewczyna (nie transwestyta), która mieszkała długo w Australii i chwaliła się, że nie chce więcej Australijczyków bo tych już miała najwięcej. Teraz chciała zaliczyć wszystkich Europejczyków i była w siódmym niebie gdy powiedziałem jej, że jestem z Polski. Do całej kolekcji brakowało jej jeszcze kilku ale z tego co mówiła i tak szło jej całkiem nieźle. Wcześniej słyszałem o prostytucji w Tajlandii lecz żadna z tych dziewcząt nie brała ode mnie pieniędzy. Z drugiej jednak strony miło jest mieć tajskich znajomych. Raz na przykład byłem chory i jedna z moich koleżanek zaopiekowała się mną bardzo dobrze. Wzięła mnie do apteki gdzie kupiła dla mnie proszki a potem mi je dała w pokoju. Nawet nie wiedziałem co biorę ale nie miałem siły się nad tym zastanawiać. Znowu mnie wzięła pod prysznic, dokładnie namydliła a potem położyła spać. Gdy obudziła mnie rano byłem o wiele zdrowszy. Zauważyłem, że tutaj nie chodzi o pieniądze ale o kogoś bliskiego kto może im dać dobre życie a mężczyźni z bogatych krajów są bardzo często ich jedyną szansą na wyrwanie się z Tajlandii, z tego piekła które dla nas jest rajem. Często miałem wrażenie (inni turyści też), że wszystkie one chcą tylko jednego-abyśmy wsadzili je do samolotu lecącego do Europy lub Ameryki i za to byłyby w stanie zrobić wszystko. Przerażająca prawda! Moją koleżankę od kąpieli, tą która mnie wyleczyła wziąłem raz w drodze podziękowania na dobrą kolację. Było bardzo miło lecz zupa z owoców morza “tum yam kum” była tak ostra, że nie zjadłem prawie nic. To była zupa z owoców morza, które rzeczywiście tam były ale ja czułem tylko chilli.

Z tego co zauważyłem kobiety z Europy mają długą drogę do dorównania Tajkom. Wiele Europejek jest zbyt hałaśliwych, wulgarnych, często są zbyt grube, egoistyczne i pyskate. Tajki sprawiają wrażenie jakby żyły dla swoich mężczyzn, choć nie mam długiego doświadczenia.

Czuję, że jeszcze wiele mnie tu spotka niespodzianek…

Kolejnego dnia postanowiłem zobaczyć jeszcze kilka świątyń dlatego znowu zatrudniłem tuk tuk i pojechałem do obiektu gdzie było ich kilka na jednym terenie. Znowu odbyłem bardzo przygodową jazdę tuk tuk i znowu musiałem odwiedzić dwa drogie sklepy aż dotarłem do obiektu gdzie najpierw zobaczyłem ogromny, złoty posąg stojącego buddy a następnie poszedłem do Świątyni Leżącego Buddy (Wat Pho) z XVI wieku, która jest uznawana za jedną z największych najpiękniejszych. Jak sama nazwa wskazuje znajduje się tutaj wielki, bo aż 46m posąg wielkiego Buddy, który symbolizuje jego przejście w stan nirvany. Jest to rzeczywiście piękna świątynia gdzie mnisi spędzają czas na modłach i dbają o to święte miejsce. Zawsze jest też dużo świeżych kwiatów oraz kadzideł zapachowych, które dodają nastroju. Oprócz leżącego Buddy widziałem także viharn czyli budynek z posągiem Buddy, w którym bywa sam król. Są to spiczaste, wysokie konstrukcje, w których często grzebane są prochy zmarłych upamiętniających pierwszych królów z dynastii Chakri. Następnie poszedłem do Świątyni Złotego Buddy (Wat Traimit), która jak wszystkie tutejsze pałace są piękne i także ta ma swój nastrój. Na uwagę tutaj zasługuje wielki posąg złotego Buddy który został zrobiony z 5,5 tony czystego złota i został prawdopodobnie wykonany w XVIII wieku w byłem stolicy Tajlandii-Sukhothai. Dowiedziałem się, że dopiero w połowie XX wieku odkryto, że posąg ten przedstawia taką wartość. Kilka stuleci wcześniej posąg złotego Buddy został oblany cementem aby nie został skradziony podczas wojen z Birmą. Pod posągiem znajdują się prochy króla Ramy V. Tak jak we wszystkich innych świątyniach, także i tu był piękny nastrój. Znajdowały się świece, kadzidła oraz wiele innych ozdób. Cały kompleks pałaców i świątyń uderzał swym pięknem i bogactwem sztuki. Na całość nie składały się tylko opisane przeze mnie duże świątynie ale też mniejsze sakralne budynki, w których zawsze były posągi Buddy o wielu obliczach. Wszystkie też były zbudowane w bardzo charakterystycznym dla tego regionu stylu.

Po wyjściu z obiektu po prostu chodziłem po ulicach Bangkoku i obserwowałem ludzi oraz otoczenie. Obserwowałem tuk tuk i ulicznych sprzedawców. Usiadłem na chwilę i wybrałem coś do jedzenia na chybił trafił gdyż nie znałem tajskiego i nie mogłem się porozumieć. Gdy już prawie skończyłem, zaparkował koło mnie stary grat a z środka wyskoczył taksówkarz, który zaproponował mi, że zabierze mnie do pięknej świątyni za darmo. Oznaczało to oczywiście, że znowu musiałem najpierw odwiedzić kilka bardzo drogich sklepów ale zgodziłem się. W drodze rozmawialiśmy o Tajlandii, o monarchii oraz o poziomie życia w tym kraju. Powiedział, że nie jest tak słodko jak mi się wydaje, życie jest bardzo ciężkie dla Tajów. Tylko dla takich jak ja jest tutaj wspaniale. Powiedział, że żyjąc tutaj nie będzie nigdy mógł robić rzeczy, które robię na przykład ja. To była smutna rozmowa ale jeszcze raz oddająca realizm pięknej Tajlandii. Mój kierowca zawiózł mnie do Świątyni Marmurowej (Wat Benchamabophit). To było piękne doświadczenie i warte moich wcześniejszych wizyt w sklepach. Świątynia Marmurowa jest architektonicznie wspaniałą budowlą pochodzącą z XIX wieku a marmur do jej budowy sprowadzano specjalnie z Włoch. Przed wejściem stoją kamienne lwy a za nimi na filarach znajduje się wejście główne. Czerwone, zdobione drzwi stanowią środek złotej oprawy choć mi najbardziej podobały się dachy. Jak zawsze pięknie zdobione i profilowane ze złotymi zakończeniami skierowanymi ku górze. W środku znajdował się duży marmurowy plac gdzie dookoła mnie pod niewielkim zadaszeniem były posągi buddy przedstawiające go w różnych formach. Przez cały obiekt przepływała rzeka gdzie po jej dwóch stronach stały świątynie. Było pięknie a całe miejsce było bardzo zadbane i wykonane z wielkim kunsztem. Na rzece znajdowały się także zdobione mosty oraz osadzone na nich małe świątynie. W środku spotkałem też dzieci z którymi zrobiłem sobie kilka zdjęć i które się ze mnie ciągle śmiały. Po wyjściu ze świątyni zobaczyłem, że mój kierowca nadal na mnie czekał. Odwiózł mnie więc na Khao San Road a tam po przedarciu się przez ludzi, którzy chcieli mi sprzedać noc z Tajkami oraz przejażdżkę tuk tuk, poszedłem na bardzo dobrą kolację a następnie na masaż.

Tym razem nie masował mnie już mężczyzna, który masował mnie ostatnio ale młoda dziewczyna. Muszę powiedzieć, że prawdziwy i solidny masaż zrobił mi właśnie on bo dziewczyna robiła to przyjemnie lecz zbyt łagodnie aby był efekt. Tak czy inaczej było miło. Zauważyłem też, że czasem gdy wychodzę na główną ulicę niektórzy kupcy mówią że widzieli jak ćwiczyłem i jak miałem sparingi “z ich chłopcami”, którzy są bardzo dobrzy. Szanują mnie za to i dobrze się wtedy czuję. Tego wieczora wróciłem do hotelu sam aby się rozegrać partyjkę bilarda a potem iść spać. Odwiedziła mnie jednak koleżanka z jednego z biur turystycznych i długo rozmawialiśmy oraz miałem kolejny tego dnia dobry masaż. Moje życie w Bangkoku upływało mi bardzo dobrze i jak na razie spełniałem swoje wszystkie plany. Nadszedł jednak czas abym już stąd wyjechał gdyż kraj ten ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko Bangkok, w którym byłem do tej pory i gdzie wciąż bawiłem się bardzo dobrze.

Bazar na rzece – Damnoen saduak

Po wielu dniach spędzonych w Bangkoku wybrałem się dwie godziny samochodem za miasto aby zobaczyć jeden z bardziej popularnych kierunków turystycznych czyli bazar na rzece, który był dla mnie zupełnie nowym doświadczeniem. W drodze miałem okazję obserwować ludzi pracujących na polach ryżowych oraz tajską przyrodę czyli piękne krajobrazy oraz drzewa bananowe rosnące przy drogach. Po dojechaniu na miejsce najpierw przeszedłem przez bazar na stałym lądzie gdzie sprzedawcy pokazali mi jak robić miejscowe potrawy a potem wsiadłem do długiej i bardzo wąskiej łodzi, którą z wielką szybkością popłynąłem w kierunku bazaru na rzece. Płynąc przez wąski kanał widziałem ludzi mieszkających w drewnianych chatkach zbudowanych na drewnianych palach, wbitych w dno rzeki. Ludzie mieszkali w ten sposób, smażyli swoje jedzenie i robili pranie. Środkiem lokomocji były małe, wąskie, drewniane łódki przyczepione do pali. Udało mi się także zobaczyć wielkiego warana, który nie uciekał gdy zwolniliśmy. Wygrzewał się tylko na słońcu i czekał na ofiarę. Droga ta była bardzo dobrym sposobem na poznanie warunków życia lokalnej społeczności. Po piętnastu minutach szybkiej i ciekawej jazdy po wodzie dotarłem na bazar. Najpierw ogarnąłem wszystko wzrokiem i zobaczyłem, że miejsce to było dość głośne i przepełnione ludźmi oraz towarem. Po chwili wsiadłem na inną, bardzo wolną łódkę i wśród wielkiego tłoku innych łódek z których sprzedawano wszystko co możliwe oraz wśród sklepów na brzegu opłynąłem bazar dookoła. Z chatek stojących na palach, zanurzonych w wodzie sprzedawano kapelusze, jedzenie, owoce, przyprawy, wachlarze, klejący się ryż zawinięty w liście bananowe jako szybką przekąskę i wszelkiego rodzaju szaszłyki z mięsem niewiadomego dla mnie pochodzenia. Sprzedawcy na łódkach mieli trudniejsze zadanie gdyż wielu klientów oraz sprzedawców też pływało łódkami. Było to bardzo żywiołowe miejsce a handel tajskimi wyrobami kwitł w najlepsze. Gdy płynąłem jedną z tych łódek i gdy na przykład chciałem kokosa, pamiątek, mięsa z grilla czy jakiejś mikstury zawiniętej w liść bananowy po prostu musiałem krzyknąć lub gwizdnąć a stragan (łódka z towarem) przypływał do mnie. Nigdzie nie musiałem się ruszać gdyż zakupy robiłem z łodzi, kupując z innych łodzi. Jest to bardzo niezwykłe miejsce, tak że aż chce się kupować. Nie tyle dla towaru co dla samej przyjemności transakcji oraz sposobu w jaki sprzedawcy podpływali do mnie w pośpiechu, w swoich okrągłych, spiczastych czapkach z liści. Kupowałem więc mało lecz często i za każdym razem sprawiało mi to przyjemność. Dobrze, że znalazłem czas na robienie zdjęć gdyż każdy mi coś wciskał i miałem mnóstwo nowych wrażeń.

Po tej miłej wycieczce wróciłem do Bangkoku na wieczorny trening a następnie spotkałem się z koleżanką i wyszliśmy nad rzekę aby zobaczyć pokaz bogato oświetlonych barek królewskich. Większość z nich była w złotym kolorze i miała parudziesięciu wioślarzy a wszyscy byli ubrani w jednakowe mundury. Całe przedstawienie było bardzo widowiskowe, tym bardziej że towarzyszył mu pokaz sztucznych ogni. Następnie po kolejnej, pysznej tajskiej kolacji poszedłem spać gdyż następnego dnia czekała mnie następna wycieczka.

Kanchanaburi

(Most na rzece Kwai, kolej śmierci, muzeum, cmentarz poległych żołnierzy i jeńców, jazda na słoniu przez dżunglę, rejs tratwą po rzece Kwai)

Nazajutrz pojechałem z grupą ludzi do Kanchanaburi. Jest to bardzo popularny kierunek turystyczny niedaleko od granicy z Birmą. Kanchanaburi jest małym miastem, którego atutami jest piękna przyroda, dżungla, wszechobecne drzewa palmowe oraz pola uprawne mango, papai, tabaki i trzciny cukrowej. Cała miejscowość jest także otoczona górami. Kanchanaburi jest też dość smutnym miejscem przypominającym o tragicznej historii z czasów drugiej wojny światowej. Znajduje się tutaj słynny most na rzece Kwai znany też z filmu o tym samym tytule. Most został zbudowany w 1942 roku przez amerykańskich i brytyjskich jeńców wojennych znajdujących się w japońskiej niewoli. Most ma 4,5 km i był wiele razy bombardowany i odbudowywany. Japończycy planowali, że most ten oraz cała kolej w tym odcinku gdzie tory miały długość 425km będą zbudowane w pięć do sześciu lat lecz poświęcając około 100000 jeńców z Ameryki, Europy i wielu krajów Azji zbudowano całe przedsięwzięcie w zaledwie jeden rok. Myślę, że most jest wielkim przeżyciem zwłaszcza dla tych, którzy widzieli film. Co ciekawe film był oparty na powieści ocalałego jeńca z Kanchanaburi, który tak na prawdę nie był jeńcem. Wiele faktów zostało zmienionych lub przekoloryzowanych a zdjęcia do filmu nie były nawet kręcone w Tajlandii ale na Sri Lance. Mimo to reklamowane w Bangkoku i na świecie wycieczki na “most na rzece Kwai” ściągają wielu turystów. Gdy wszedłem na ten sławny most i spoglądając na góry Myanmar (Birma) oraz obserwując rzekę i cały most, widziałem wiszące mosty oraz ludzi mieszkających na brzegu rzeki w drewnianych chatkach na balach. Z mostu jest ładny widok na dżunglę, słychać śpiewające ptaki oraz skrzeczące papugi. Bardzo mi się podobało zwłaszcza, że obiekt ten ma ogromną wartość historyczną. Most jednak nie jest jedyną rzeczą, którą jest tu warto zobaczyć. Bardzo dobrze wspominam jazdę koleją śmierci przez przełęcz ziejącego ognia. Jest to kolej z czasów wojny, gdzie pociąg jedzie po torach osadzonych na żelaznym moście na rzeką i przy klifie, który musiał być dodatkowo żłobiony aby pociąg mógł się zmieścić w zakręt. Były to wyjątkowo trudne odcinki dla niewolniczej siły roboczej. Niektóre momenty jazdy tym pociągiem wydawały się jakbym jechał nad przepaścią i jakby za chwilę pociąg miał wypaść z torów. Pewnie dlatego kolej ta nazywa się koleją śmierci. Była to bardzo przygodowa jazda niezwykłym pociągiem obkupiona niestety tysiącami istnień ludzkich. Ta krótka podróż pozwoliła mi na szersze zobaczenie rzeki Kwai oraz tego jak żyją ludzie na jej brzegu w swych drewnianych domkach na balach. Niektóre z tych domków to także dobrze wyposażone hotele dla turystów. Przez cały czas podróżowałem z małżeństwem z Korei Płd przy czym ona miała 26 lat a on 47. Byli bardzo mili i nawet razem poszliśmy na obiad. Mężczyzna powiedział mi, że w Korei kobiety są piękne i pokazał mi też zdjęcie siostry swojej pięknej, młodej żony. Mówił, że są bardzo dobre w domu i przy dzieciach a przy tym posłuszne. Dał mi swój numer telefonu i powiedział, że gdy będę się wybierał do Korei niech zadzwonię bo siostra jego żony (jedna z lepszych jakie widziałem) szukała męża. Muszę więc koniecznie pojechać do Korei bo widzę, że także i ten kraj może być wyjątkowo piękny.

Po mojej przejażdżce pociągiem śmierci poszedłem do muzeum wojny. Było to smutne miejsce przedstawiające cierpienie jeńców budujących most na rzece Kwai. Był to zbiór figur, komentarzy i wyrywków z gazet z tamtego okresu opisujących budowę mostu. Najbardziej uderzające były jednak dowody tortur żołnierzy japońskich na jeńcach oraz ich katorga przy tej morderczej pracy.

Następnym i już ostatnim smutnym miejscem, które odwiedziłem był cmentarz Kanchanaburi. Były tam groby blisko 7000 młodych mężczyzn, którzy umarli daleko od domu pracując skazani na pewną śmierć przez Cesarstwo Japonii. Byli to młodzi ludzie a każdy kamień grobowy opowiadał inną historię straconego życia. Wielu nie miało nawet okazji aby być pochowanym z godnością gdyż większość poległych przy pracy zostało zakopanych pod fundamentami mostu i w jego okolicach. Będąc w Kanchanaburi pojechałem też do ośrodka hodowli słoni. Słonie te pracowały w dżungli przy wyrębie i przenoszeniu drzew lecz niektóre pracowały w turystyce. Były to bardzo miłe i towarzyskie olbrzymy. Zawsze dawały się głaskać a nawet obejmowały mnie trąbami. Kupiłem miskę pełną bananów i nakarmiłem je a następnie wsiadłem na bambusowe rusztowanie z którego wszedłem na słonia. Ze mną siedział także treser i tak w dwie osoby pojechaliśmy na grzbiecie słonia do dżungli. Przechodziliśmy przez strome urwiska, przez rzekę i pod słynnym mostem. Było bardzo miło, tym bardziej że siedziałem na jego karku i mogłem wszystko dobrze widzieć, obserwować ruchy słonia, jego manewry oraz otaczającą mnie piękną przyrodę. Treser pozwolił mi też potrzymać smycz abym sam mógł sterować słoniem. Było pięknie i każda chwila spędzona na słoniu była frajdą. Pod koniec jazdy znowu wróciłem na rusztowanie a potem kupiłem mu jeszcze kilka bananów. Smutnym doświadczeniem tutaj był sam treser. Był to bardzo biedny, młody chłopak, który nie miał nawet butów i co jakiś czas prosił mnie o napiwek. Dałem mu 20 bhat z czego był oczywiście bardzo zadowolony lecz po raz kolejny było widać prawdziwe oblicze tego kraju, czyli wielką biedę. Następnie Tajowie przeprowadzili mnie przez dżunglę gdzie miałem okazję podziwiać kilka ładnych wodospadów. Dość szybko przeszliśmy ten krótki odcinek, po czym wszedłem na drewniany, wiszący most a tam znowu spotkałem moich Koreańczyków. Razem weszliśmy na super szybką łódź i po kilku minutach szaleńczej jazdy dopłynęliśmy do miejsca skąd miałem wziąć tratwę. Pływanie tratwą w Kanchanaburi jest także dużą atrakcją i teraz wiem już dlaczego. Tratwa była przyczepiona długą linądo łodzi motorowej, która nas ciagnęła a ja wolno byłem unoszony przez rzekę, obserwowałem przyrodę i jeszcze raz chatki na balach, nad sobą mając coraz więcej wiszących mostów. Było pięknie. Byłem na tratwie na rzece Kwai i wolno zmierzałem na przód w kierunku zachodu słońca. Tratwa była z bambusa i dlatego nie była szczelna co dodawało smaku przygodzie. Gdy motorówka przede mną przyśpieszała, moja tratwa zanurzała się delikatnie pod wodę a ja starałem się przejść w suchsze miejsce. Chwile, które spędziłem w Kanchanaburi były wyjątkowe i bardzo dobrze spędziłem tu czas. Miałem okazję przeżyć te wszystkie przygody i zobaczyć inną, uroczą część Tajlandii. Na sam koniec mojego pobytu tutaj poszedłem jeszcze na miejscowy bazar aby kupić szklankę miejscowej herbaty, wsiadłem do busa i wróciłem do Bangkoku. Zdałem też sobie sprawę, że wiza w moim paszporcie już się kończyła i musiałem opuścić Tajlandię aby przy wjeździe powrotnym znowu dostać wizę na granicy. Musiałem więc wyjechać w ciągu najbliższych trzech dni aby potem wrócić i zobaczyć jeszcze kilka miejsc w tym pięknym kraju oraz kontynuować moje treningi. Kupiłem więc bilet autokarowy do Malezji na następny wieczór.

Tego dnia było już późno lecz wyszedłem jeszcze na chwilę na Khao San Road. Tym razem nie szedłem do restauracji ale jadłem na ulicy. To zawsze ma swój urok. Zacząłem od drobnych szaszłyków z owoców morza i kostek zlepionego ryżu w soku z mango a skończyłem jak zwykle na owocach. Jest z czego wybrać a dla wygody najczęściej wszystko jest nabite na patyk. Spotkałem też moją koleżankę a potem ona zabrała mnie do siebie. To miłe, pomyślałem, że tak daleko od domu mam się z kim spotkać i mogę porozmawiać z ludźmi z Tajlandii i z całego świata, którzy są zawsze weseli, mili dla mnie i tak samo jak ja zafascynowani wszystkim co nas otaczało. Oczywiście, że jest to bardzo biedny kraj biednych ludzi lecz mi żyje się tu bardzo dobrze. Mówiąc o ludziach z którymi obcuję na co dzień mam na myśli tych z którymi trenuję i jeżdżę na wycieczki, lokalnych sprzedawców oraz ładne i ciepłe kobiety, które spotykam na swojej drodze.

Moje kolejne doświadczenia

(Przekraczanie tajskich granic, miasteczko Hat Yai czyli parada transwestytów i podobne temu atrakcje, Surat Thani i piękno tajskich wysp, grillowana kałamarnica, podróż do Chiang Mai i przeprawa do Laosu)

W poniższym reportażu zamierzam opisać moje przygody z różnych części Tajlandii i będą one niestety poukładane nie po kolei gdyż do Tajlandii wiele razy wracałem i za każdym razem miałem nowe doświadczenia. Będę opisywał co mi się przydarzyło i co widziałem w drodze do i z Malezji oraz z Myanmar (Birma) i w drodze do Laosu.

Następnego dnia jak zwykle poszedłem na trening oraz jeszcze raz na rzekę a wieczorem zostawiłem większość swoich rzeczy w Bangkoku i wsiadłem do autokaru jadącego do Malezji. Choć jak dotąd Tajowie byli we wszystkim świetnie zorganizowani tym razem autokar spóźnił się. Podróż trwała całą noc i nie była najwygodniejsza gdyż musiałem siedzieć lecz nad ranem dotarłem do miasta Hat Yai. Jest to dość duże, lecz nieszczególne miasto, które jest bardzo ciężko ominąć w drodze do lub z Malezji. W Hat Yai byłem tylko około dwóch godzin. Akurat starczyło mi czasu na szybki prysznic w miejscowej łaźni oraz na spacer po mieście i zrealizowanie czeków podróżnych. Zaopatrzyłem się także w owoce na dalszą drogę a potem Tajowie wrzucili mnie do innego autokaru i pojechaliśmy do granicy. Hat Yai nie było dla mnie niczym straconym gdyż i tak będę wracał tą samą drogą dlatego zobaczę to miasto potem. Jechałem tutaj z parą Szkotów, których wizy skończyły się już trzy dni temu lecz nie był to żaden problem. W Tajlandii można wszystko za pieniądze dlatego jeśli turysta przekroczy termin ważności wizy, zarządzeniem tajskiego rządu jest, że za każdy dzień trzeba zapłacić 200 bhat więcej. Będąc już na granicy kupiłem jeszcze ryż z bananami zawiniętymi w liście bananowe a potem przeszedłem przez granicę i byłem już w Malezji.

Po powrocie z Malezji

Z wjazdem do Tajlandii z Malezji miałem spore kłopoty gdyż na wizę potrzebowałem 1000 bhat i nie miałem gotówki. Tajski urząd imigracyjny zawrócił mnie więc do Malezji i powiedzieli, że jeśli nie mam pieniędzy to mogę wrócić właśnie tam gdyż tam nie potrzebuję wizy. Wróciłem więc spacerkiem do Malezji i na szczęście w pierwszym budynku zaraz za granicą znajdował się bankomat. Tą samą drogą wróciłem więc do Tajlandii i po krótkim czasie wystawili mi wizę. Pokazało mi to, że choć Tajlandia jest piękna i ma tyle do zaoferowania to człowiek bez pieniędzy nie jest absolutnie nic wart i nawet nie chcą z nim rozmawiać. Mimo wszystko udało mi się lecz miałem jeszcze jeden problem. Granica była oddalona od najbliższego miasta czyli Hat Yai o około godzinę drogi lecz nie miałem jak się tam dostać. Musiałem więc łapać auto stop. Po wielu nieudanych próbach zabrał mnie kierowca ciężarówki i o dziwo nie chciał pieniędzy. Sam kierowca nie mówił w ogóle po angielsku lecz zrozumiał gdzie chciałem jechać. Był bardzo wesoły i trochę pijany a na domiar tego pięć minut po odjechaniu od granicy zatrzymał się w przydrożnej knajpie aby z innymi kierowcami zjeść i napić się. Był to bardzo miły lokal przy drodze składający się z szałasu gdzie znajdowała się kuchnia a na zewnątrz stały dwa stoły. Zamówiliśmy kilka kurczaków a kierowcy kilka piw i tak spędziliśmy pół godziny śmiejąc się i zgadując nawzajem o co nam chodziło. Wydaje mi się, że byłem swoistą atrakcją gdyż patrzyli na mnie, mówili do siebie a potem śmiali się i próbowali nawiązać kontakt. Po jakimś czasie wsiedliśmy do ciężarówki i kierowca wysadził mnie na szosie na skrzyżowaniu a stamtąd musiałem wziąć kolejny autostop, który jechał do Hat Yai. Po dotarciu na miejsce pomyślałem, że nie będę od razu wracał do Bangkoku ale spędzę tutaj noc i rozejrzę się trochę. Spacerowałem ulicą bazarów gdzie sprzedawano ptaszki w klatkach a także rybki akwariowe i całe wyposażenie. Dalej był targ owocowy i targ rybny. Było bardzo gwarno i dość brudno. Wszyscy byli zajęci targowaniem się lub patroszeniem ryb. Mimo, że był to tylko bazar, wszystko było inne niż w Europie. Nie tylko sami ludzie ale sposób w jaki ci ludzie układali swe stragany oraz przede wszystkim higiena. Sprzedawano owoce, które widziałem pierwszy raz w życiu czyli na przykład czerwone owoce smoki, różane jabłka przypominające kształtem raczej paprykę niż jabłka, wiele gatunków kokosów, duriany przypominające swym kształtem kulki o skórze jak maczuga z kolcami lecz w środku były bardzo delikatne, rambutany czyli kolejny zestaw niewielkich kulek pokryty włoskami i delikatniejszymi kolcami niż duriany-także słodkie wewnątrz. Były także bardziej dostępne w Europie owoce jak mango, gujawy czy arbuzy. Ciekawym owocem był także pomelo czyli tajska odmiana grapefruita. Jest on o wiele większy od znanych mi grapefruitów a także słodszy. Jest to też bardzo dobry owoc do dłuższego przechowywania bez lodówki gdyż jest pokryty bardzo grubą skórą, która chroni go przed wysychaniem. Spróbowałem wszystkiego po trochu i wszystkie owoce były bardzo dobre. Pokazuje to, że choć tajska kuchnia jest tak dobra i bogata w smaki i przyprawy, tak na prawdę przygodę z tajskim jedzeniem można zacząć od owoców.

Bardzo dużo jest tutaj stoisk gdzie sprzedawane są posiekane owoce w torebkach lub mango czy ananasy nadziane na patyk za kilka bhat. Jest to pyszny i bardzo zdrowy tajski “fast food”. Druga część bazaru była także bardzo ciekawa lecz inna. Sprzedawano głównie ryby pływające w plastikowych miskach. Wszystkie były inne niż do tej pory widziałem a wiele przypominało raczej węże niż ryby. Smutne było tu to, że na mięso sprzedawane też były żaby oraz żółwie, które ja tak bardzo lubię, lecz żywe a nie na talerzu. Tajlandia jest biednym krajem gdzie zjadane jest wszystko i rzadko kiedy coś się marnuje. Po mojej wizycie na bazarze wziąłem tuk tuk i pojechałem do jednego z najtańszych hoteli w całym Hat Yai. Podłoga była z betonu, w oknach były kraty a zamiast toalety dziura w podłodze oraz jeden kran służący zarówno do czyszczenia tyłka jak i do spłukiwania się wodą. Pokój był jednak duży i był na przeciwko szpitala co było dla mnie bardzo dogodne. Jadąc przez Malezję, na jednym z postojów wpadłem nogą w kanał i najprawdopodobniej złamałem sobie mały palec u nogi. Poszedłem więc do szpitala w Hat Yai gdzie zapewniono mi bardzo dobrą opiekę. Od razu mnie prześwietlili, dali witaminy i kompres a doktor powiedział, że palec jest tylko spuchnięty. Jak zwykle trochę przesadziłem. Po drzemce w hotelu, wieczorem udałem się do centrum gdzie kwitło życie towarzyskie i to był właśnie strzał w dziesiątkę. Przysiadłem się do kilku facetów z Malezji i zaczęliśmy rozmawiać. Było miło, jedliśmy szaszłyki warzywne i popijaliśmy herbatkę czaj przygotowywaną przez brodatego muzułmanina. Herbatka czaj jest zazwyczaj przygotowywana na subkontynencie indyjskim lecz także na południu Tajlandii oraz w niektórych częściach Malezji i jest oparta na skondensowanym mleku-przynajmniej tutejszy wariant. Wieczór dopiero się rozkręcał i różnego rodzaju stwory zaczęły wychodzić na ulicę. To był prawdziwy pokaz transwestytów ( “ladyboys”). Było ich dość sporo tego wieczora i wszyscy byli bardzo śmieszni. Chodzili przebrani za kobiety przez całą długość ulicy zachowując się jak modelki na wybiegu. Wszystkie ruchy mieli perfekcyjnie opracowane. Niektóre stawały przy mnie, patrzyły w oczy, zadzierały głowy do tyłu i znowu spacerowały jak modelki. Większość z nich wyglądała też jak prawdziwe kobiety, tak dobrze były ucharakteryzowane. Dopiero sprzedawca herbaty czaj powiedział mi, że to są mężczyźni. Siedzieliśmy dalej nie robiąc im nadziei lecz po jakimś czasie podeszły prawdziwe kobiety. Nie znały angielskiego także nie mogłem się dokładnie porozumieć ale okazało się, że są prostytutkami i chciały zarobić. Przysiadły się do nas i próbowały wkładać mi ręce w spodenki ale były tak paskudne, że nikt ich nie chciał. Czułem się trochę osaczony, z jednej strony one a z drugiej transwestyci. Dopiłem więc herbatę i poszedłem w stronę hotelu. Mijając sprzedawców ośmiornic oraz owoców natknąłem się jeszcze na jednego transwestytę, który chciał iść ze mną do pokoju za darmo i wmawiał, że jest kobietą. Na prawdę-pomyślałem, że w tym kraju już nie wiele mnie zdziwi. Bardzo się jednak myliłem.

Po chwili zaczepił mnie facet na ulicy, który powiedział że za jedyne 30 baht zabierze mnie do miłego lokalu tajskiej sztuki. Poszedłem więc z czystej ciekawości. Przy wejściu młoda dziewczyna wzięła mnie za rękę i wskazała mi kanapę najbliżej sceny. Po chwili zaczęli wchodzić aktorzy i okazało się, że był to pokaz porno na żywo. Uprawiali seks w najróżniejszych formach i z wieloma partnerami, zachowując przy tym jednak pełną koncentrację. Mężczyźni oblewali się gorącym woskiem ze świec a dziewczyny robiły im loda, choć mógłbym tu wyliczać w ich pomysłowości. Najlepsze były jednak występy solo w wykonaniu kobiet. Nie wiem jak to możliwe ale wkładały sobie paczkę żyletek do pochwy a na zewnątrz wystawał tylko sznurek. Podeszła do mnie i kazała mi wyciągnąć. Pociągnąłem więc za sznurek i bez ani jednego zadraśnięcia wyciągnąłem około 20-stu żyletek. Inna wkładała sobie trąbkę do pochwy i w ten sposób na niej grała. Był też seks na gwoździach oraz wiele innych karkołomnych wyczynów. Zrozumiałem wtedy dlaczego facet na ulicy powiedział, że jest to sztuką. Nie każdy tak przecież potrafi.

Gdy dotarłem do hotelu, dyrektor spytał mnie dlaczego zawsze wracam do hotelu sam i czy panie z Hat Yai aż tak bardzo mi się nie podobają. Zabrzmiało to tak jakby był zawiedziony. Odpowiedziałem, że jak na razie spotkałem tylko same pokraki oraz pedałów udających kobiety dlatego nie będę reklamował Hat Yai wśród znajomych.

Zacząłem też planować swoją wycieczkę na jedną z wysp położonych na południu Tajlandii. Pomyślałem że warto jest odwiedzić choć jedną z nich. Tym bardziej, że były po drodze do Bangkoku gdzie i tak musiałem wrócić. Tajskie wyspy to osobny, bajeczny rozdział mojej podróży po tym kraju. Są to wyspy o złotym piasku, przezroczystej wodzie, palmach i osadach dla turystów gdzie domki są zbudowane pod palmami. Najsławniejsze i najczęściej odwiedzane wyspy to Phuket, wyspy Pi Pi, Ko Tao, Ko Samui czy Ko Phangngan. Ja wybrałem się na tą ostatnią. Podążając na północ pojechałem na chwilę do miasteczka Surat Thani leżącego we wschodniej części półwyspu Malajskiego. Dla mnie było to tylko miejsce skąd wziąłem następny autobus aby dojechać do najbliższego portu gdzie wsiadłem na statek płynący na wyspy. Najpierw dopłynęliśmy do Ko Tao a potem jeszcze po godzinie rejsu dotarliśmy do Ko Phangngan gdzie wysiadłem. Wyspa ta jest gospodarzem imprez na plaży przy pełni księżyca dlatego jest najczęściej odwiedzana właśnie podczas pełni. Dotarłem tam późnym popołudniem a na brzegu czekały na mnie małe busiki z ławkami z tyłu zamiast obudowanych samochodów. Tuk tuk tutaj nie było gdyż nie zdałyby egzaminu w tak górzystym terenie. Ponieważ zapadał zmrok kierowca zabrał mnie i kilku innych ludzi do najbliższego ośrodka. Była to malowniczo położona osada na morzem pod palmami kokosowymi. Znajdowała się tam restauracja z barem i wszystko było wykonane tylko z naturalnych surowców dostępnych na wyspie. Mieszkałem w drewnianej chatce z której słyszałem fale rozbijające się o brzeg oraz kokosy spadające na ziemię. Poszedłem na spacer brzegiem morza i po prostu obserwowałem horyzont oraz wszystko to co mnie otaczało. Było pięknie…lecz wyjątkowo cicho jak na tak dobrze reklamowaną wyspę. Może to i dobrze, że akurat księżyc nie był w pełni bo inaczej na plaży byłby tłum a ludzie nie trzeźwieliby przez kilka dni. Po kilku godzinach wróciłem do swojej chatki i poszedłem spać. Moja chatka choć skromna była bardzo dobrze wyposażona. Miałem prysznic, łóżko oraz siatkę przeciw komarom. Nad ranem chciałem jednak zmienić miejsce. Poszedłem więc do głównej drogi i złapałem autostop, który zawiózł mnie do portu. Sam dokładnie nie wiedziałem gdzie chciałem jechać ale na szczęście kierowca dał mi pomysł. Z portu wziąłem więc jeepa, który przewiózł mnie przez górzyste tereny w inne miejsce wyspy skąd miałem wziąć łódź aby dostać się podobno w piękne lecz dostępne tylko łodzią miejsce. Jadąc przez wyspę zauważyłem, że noc była bardzo niespokojna. Sztorm rozwalił kilka dróg, zerwał druty wysokiego napięcia a kilka jeepów leżało rozbitych nisko w dolinach, pośród palm i drzew bananowych.

Gdy dotarłem do brzegu tam czekała na mnie mała łódka, która zabrała mnie na tą bardziej niedostępną część wyspy. Płynąłem między skałami a fale uderzały o łódkę, świeciło słońce a ja skakałem do ciepłego, przezroczystego morza. Po około pół godziny przyjemnego rejsu dotarliśmy do brzegu. Zamieszkałem w ośrodku zaraz nad morzem, który był cały zbudowany z palm. Każda jedna rzecz była wykonana tylko z palm oraz z ich liści. Mam tu na myśli stoły, schody i drzwi. Oprawy na żarówki były wykonane z orzechów kokosowych a dach z zaplecionych liści palmowych. Z tego samego materiału były też zrobione maty do spania oraz talerze. Wszystko było bardzo ekologiczne i to mi się właśnie podobało. O tym z resztą pisałem w swojej pracy magisterskiej czyli między innymi o ekoturystyce. Mieszkałem na pierwszym piętrze w wielkim pokoju gdzie zamiast łóżek były maty z liści palmowych a nad nimi zawieszone były siatki przeciwko komarom. To mi w zupełności wystarczało, tym bardziej, że było bardzo tanio i pięknie.

Na tej części wyspy było wiele chatek zbudowanych w ten sposób, czasem także z gliny. Zostałem tutaj dwa dni i nie robiłem zbyt dużo. Tylko pływałem w ciepłym morzu i jadłem owoce. Jednak byłem tutaj sam a gdy jestem sam nawet najpiękniejsze miejsca szybko się nudzą dlatego po dwóch dniach pobytu, tą samą drogą i też przez Surat Thani, mknąc przez piękny kraj pól ryżowych, wróciłem do Bangkoku. Tam znowu trenowałem thai boxing, mogłem wyżyć się na tarczach i przyjemnie zmęczyć. Jadłem miejscowe przysmaki oraz spotkałem się z koleżanką, która tak dobrze mnie wcześniej uleczyła. Przez cały czas napotykam na swojej drodze ludzi, którzy w jakiś sposób na mnie oddziaływują i pokazują mi ten kraj na wiele sposobów. Na przykład Irlandczyk z którym trenuję, przyjechał tu na dwa tygodnie a chce zostać przynajmniej dwa lata. Mówił, że zaoferowali mu dobrą pracę w Dublinie ale on woli uczyć angielskiego w Tajlandii za skromny pokój, lekcje thai boxingu i tyle ryżu ile jest w stanie zjeść. Tajlandia ma w sobie pewien czar, piękną oprawę i sposób życia, który nie pozwala na wyjechanie stąd bez żalu.

Będąc też na Khao San Road kupiłem bilet lotniczy do Myanmar (Birma) i poleciałem tam następnego dnia. Tego wieczora w Bangkoku spróbowałem też czegoś nowego. Zjadłem grillowaną kałamarnicę. Jest to kolejny tajski “ fast food” , który wygląda w taki sposób, że suszone kałamarnice są przyczepiane spinaczami do prania, do sznurków znajdujących się na wózku pchanym przez sprzedawcę. Gdy wybrałem określoną sztukę, wtedy sprzedawca, przecisnął kałamarnicę kilka razy między wałki aby była delikatniejsza a następnie wrzucił ją na grilla. Muszę przyznać, że kałamarnica była bardzo smaczna oraz jak wszystkie owoce morza także zdrowa. Każdemu podróżującemu po Tajlandii serdecznie polecam!

Nazajutrz pojechałem na lotnisko aby wsiąść do samolotu do Yangoon-stolicy Myanmar (Birmy).

Po powrocie z Myanmar

Po powrocie z Birmy na lotnisku w Bangkoku przeżyłem koszmar gdyż nie miałem pieniędzy na wizę i dlatego nie mogłem wejść na teren Tajlandii. Jednak widzę, że biali ludzie w takich miejscach to jak rodzina. Dostałem trochę pieniędzy na lotnisku od jednego Polaka a potem od Amerykanów i załatwiłem sprawę. Nie prosiłem o pieniądze, sami mi dali i też kiedyś dam gdy ktoś będzie w potrzebie. To był na prawdę wielki kłopot, chcieli odesłać mnie do Birmy, bez pieniędzy, bez niczego, za parę groszy których nie miałem, byłbym skończony! Przekonałem się tutaj już po raz drugi, że w Tajlandii bez pieniędzy nie jestem nic wart i nikt nawet nie chce ze mną rozmawiać. Popełniłem też błąd gdyż wziąłem do Birmy za mało pieniędzy. To był kraj cofnięty w czasie o kilka stuleci gdzie jedyną wartością były dolary amerykańskie, których ja już niestety nie miałem. Gdy w końcu wyszedłem poza lotnisko musiałem złapać autobus aby mnie zabrał do hotelu, oddalonego o 20 km. Oczywiście nie miałem pieniędzy, dlatego dostałem na bilet od jednego Belga, ale znowu sam mi dał gdy opowiedziałem mu swoją historię. Przygód w ostatnich czasach
miałem wiele, miłych i ponurych ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Nauczyłem się bardzo ważnej rzeczy, wręcz niezbędnej jeśli chcę kontynuować moje podróże po tego typu krajach. Zawsze trzeba mieć więcej pieniędzy niż potrzebuję gdyż różnie może być i miałem bardzo dobrą lekcję na końcu świata. Po dotarciu na Khao San Road najpierw poszedłem odebrać bagaż aby wyjąć moją kartę debetową i nareszcie wyjąłem gotówkę. Poczułem się uratowany. Znowu poszedłem zapłacić za najtańszy pokój w okolicy a następnie po posiłku, już na spokojnie poszedłem spać.

Rano poszedłem na ostatni trening i jak zwykle dałem z siebie wszystko. Nauczyłem się dużo i sprawiło mi to wielką frajdę. Bawiłem się w Tajlandii bardzo dobrze lecz musiałem kontynuować swoją podróż a moim kolejnym celem był Laos. Ostatniego dnia na Khao San Road poszedłem też z koleżanką na bazar aby coś zjeść i kupić narzutę na łóżko, czarną w złote słonie. Są one tutaj bardzo popularne. Natomiast moja inna koleżanka (z agencji turystycznej) wsadziła mnie wieczorem do autobusu jadącego do stolicy północy-Chiang Mai skąd czekała mnie dalsza podróż w kierunku granicy z Laosem. To był ostatni raz kiedy widziałem to wyjątkowe miejsce oraz ludzi, których tu poznałem. Zawsze chciałem wrócić ale jest przecież tyle miejsc do zobaczenia a świat jest tak ogromny. Podróży do Chiang Mai praktycznie nie poczułem gdyż jechałem całą noc i obudziłem się już na miejscu. Chiang Mai oraz tak zwany “złoty trójkąt” jest znanym kierunkiem turystycznym północnej Tajlandii. Region ten słynie między innymi z wypraw w góry oraz przemierzaniu dżungli na słoniach. Tym razem nie miałem jednak czasu na zobaczenie północy i spędziłem w Chiang Mai tylko jeden dzień, który poświęciłem na odświeżenie się i relaks po podróży. Rozegrałem partyjkę bilarda i poszedłem na miejscowy bazar warzywny a następnie ruszyłem w dalszą drogę. Przez cały czas jechaliśmy pod górę. Obserwowałem przyrodę oraz góry pól ryżowych które były ułożone jak tarasy-jeden na drugim. W tym celu rolnicy najpierw musieli wykopać równoległe do poziomu morza równiny, które były ułożone jak schody. Chudzi tajscy rolnicy w swoich okrągłych, spiczastych czapkach albo sadzili i nawadniali swoje poletka albo zbierali ryż. Jadąc przez kilka godzin mogłem sobie uświadomić jak ciężka jest to praca. Przez cały dzień ludzie ci muszą stać schyleni, na bosaka i po kostki w wodzie. Nic dziwnego, że gdy podczas postoju zamówiłem udko z kurczaka dla miejscowego psa, chudzi i spracowani Tajowie popatrzyli na mnie w bardzo chłodny sposób. Gdy po zmroku dojeżdżałem do miasteczka granicznego Chiang Khong leżącego nad rzeką Mekong, rolnicy dopiero schodzili z pola. Miło spędziłem mój ostatni dzień w Tajlandii. Miejscowe dzieci dały mi pojeździć na rowerze i byłem na koncercie karaoke pod gołym niebem. W hotelu gdzie spałem tej nocy, taras był skierowany na rzekę Mekong. Siedziałem więc w Tajlandii obserwując co działo się w Laosie po drugiej stronie rzeki. Nad ranem następnego dnia, poszedłem do odprawy imigracyjnej a następnie wsiadłem do jednej z wielu łódek czekających na brzegu i po kilku minutach byłem już w Laosie.

Podsumowanie

Tajlandia była wspaniałym doświadczeniem i bawiłem się cudownie. Trenowałem narodowy sport tego kraju, który dużo mnie nauczył oraz dzięki któremu mogłem poznać wielu Tajów takimi jacy są. Zobaczyłem piękne świątynie i orientalną sztukę. Ludzie a zwłaszcza kobiety były zawsze bardzo dobrze do mnie nastawione a kuchnia wręcz wyborna. Niezależnie czy był to gwarny Bangkok, jazda na słoniach w dżungli, pływanie tratwą czy rajska, tropikalna wyspa, za każdym razem było wspaniale. Jedyne czego mogę żałować to tylko to, że musiałem już wyjeżdżać ale tutaj czasu jest zawsze za mało.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan