Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Nepalu 2006

Napisał: Marcin Malik

Nepal 2006 – relacja z wyprawy

Przebieg podróży: Kodari-Barbharese-Kathmandu (Thamel, świątynia małp, zoo, Kathmandu-Plac Durbar, Patan-Plac Durbar, Monika i jej czerwone sari)-Królewski Park Narodowy Chitwan-Bhaktapur (Plac Durbar)-Kalachakra Mandala-Krajobraz-Gorkha-Pokhara i wyprawa na Sarangot-Tansen-Lumbini (miejsce narodzin Buddy)-Bhairawa.

Nepal – od Kodari do Kathmandu

Po ciężkiej lecz pięknej przeprawie przez Tybet dotarłem na subkontynent indyjski. Wszyscy podróżnicy, których spotkałem bardzo chwalili Nepal i mówili, że jest to jeden z najpiękniejszych krajów gdzie jest najlepsze jedzenie i najmilsi ludzie. Po szybkim i bezproblemowym wklejeniu wiz do naszych paszportów byliśmy „lżejsi” o 30 dolarów od osoby. Teraz moim planem było wynajęcie jeepa aby dostać się do Kathmandu, gdzie mieliśmy odpocząć po ciężkiej podróży po Tybecie. Targowałem się trochę lecz załatwiłem dość dobrą cenę nam i innym podróżnikom. Razem wynajęliśmy jeepa, który miał nas zawieźć do Kathmandu a po drodze mieliśmy piękne widoki. Oprócz piękna niższych partii Himalajów (niż wcześniej w Tybecie), widziałem ludzi mieszkających w drewnianych chatkach w górach, wodospady oraz bawiące się dzieci i stada kóz. Jechaliśmy w bardzo dobrych humorach i wydawało nam się, że nic złego nie może się zdarzyć lecz przez fatalny stan dróg mieliśmy wypadek. W naszym jeepie zepsuła się oś na której osadzone są koła a także podwozie. Pierwszy raz widziałem jak samochód po prostu usiadł na ziemi. Czuliśmy się bezradni ale musiałem jakoś dotrzeć na miejsce, tym bardziej że podróżowałem z kobietą a wkrótce miał zapaść zmrok. Wiedziałem, że za około 6km jest piękny ośrodek turystyczny nazwany “The last resort”. To było właśnie to czego potrzebowałem biorąc pod uwagę to, że nazwa bardzo dobrze pasowała do naszej sytuacji. Nie mogliśmy siedzieć na himalajskim pustkowiu dlatego poszliśmy po pomoc zostawiając z bagażami ludzi, z którymi podróżowaliśmy. Droga była trudna i długa i mieliśmy już dość tego spaceru oraz pełną świadomość, że wkrótce będzie się robiło ciemno. W końcu wyszło, że spędziliśmy tam noc choć jak na warunki nepalskie było bardzo drogo. W drodze powrotnej do naszego grata zobaczyliśmy naszych znajomych, którzy zostawili nasze bagaże z kierowcą co było bardzo ryzykowne. Gdy zobaczyłem ich idących bez naszych bagaży, pobiegłem aby je odzyskać i zobaczyłem jak kierowca zdejmuje je z dachu samochodu a obok kręciło się kilku podejrzanych typów. W drodze powrotnej do ośrodka a po zapadnięciu zmroku dzieci krzyczały”dawaj walizki”. Robiło się niebezpiecznie, było ciemno a przed nami była jeszcze długa droga. Nagle z ciemności wyłonił się kolejny grat przysłany przez naszych znajomych, który zawiózł nas na miejsce. W końcu czuliśmy się bezpiecznie! “The last resort”to piękny ośrodek turystyczny położony wysoko w górach, który oferował skakanie na linie w dół przepaści oraz pełno innych atrakcji. Jest on bardzo popularny w całym Nepalu.

Aby się do niego dostać trzeba było przejść przez ponad 100 metrowy most zawieszony na linach który znajdował się na wysokości około 200m nad przepaścią. Był stamtąd piękny widok na Himalaje, rzekę oraz wszystko dookoła. W tym właśnie ośrodku spełniły się odpowiedzi na nasze modlitwy. Zjedliśmy wspaniałą kolację, prawdziwe mięso z kurczaka, sałatkę i nawet deser. Mogliśmy jeść do syta gdyż był szwedzki stół i najedliśmy się na zapas. Także po tygodniu syfu i wielkiego smrodu oraz zimna wykąpaliśmy się bardzo dokładnie pod prysznicem z gorącą wodą co było cudownym doświadczeniem. Następnego dnia rano zjedliśmy równie duże i pyszne śniadanie oraz wzięliśmy prysznic jeszcze raz, na wszelki wypadek. Na zewnątrz było już ciepło i nie musieliśmy dygotać z zimna. Pomimo naszego pecha w pierwszych chwilach w Nepalu wszystko przebiegało dobrze. Następnego dnia rano, już świezi i najedzeni pojechaliśmy lokalnym autobusem do miasta Barbharese, oddalonego o 13km. Jechaliśmy przy nepalskiej muzyce, brzegiem błękitnej, rwącej rzeki oraz wysoko w górach. Siedzieliśmy na workach ryżu w przejściu gdyż w Nepalu autobusami przewozi się wszystko i jest zasada, że wszystko zawsze się mieści. Dlatego właśnie ludzie podróżują tu na dachach i są uczepieni poręczy na zewnątrz po obydwu stronach autobusu. Z Barbarhese natomiast wzięliśmy autobus do naszego miejsca przeznaczenia. Znowu było pełno towaru na i w autobusie oraz ludzi na dachu, którzy wyskakiwali ze ścian oraz z dachu gdy autobus zwalniał. Czasem wszyscy pomagali załadowywać wielkie worki towaru co jest rodzajem pracy zbiorowej, więc ja też pomagałem. Autobus znowu jechał na krawędzi przepaści skąd mogłem podziwiać wspaniały krajobraz a za każdym razem gdy autobus hamował słychać było pisk hamulców. Ten grat już się do niczego nie nadawał dlatego pokonanie 80km w tych warunkach zajęło nam aż 4 i pół godziny. Jednak widoki oraz to, że mogłem czasem wyskoczyć i kupić owoce, choć trochę zrekompensowały trudy jazdy. Nepalskie towarzystwo też było doborowe. Przez cały czas pamiętałem o tym, że w Nepalu jest kilkaset poważnych wypadków autobusowych rocznie. Nawet widziałem kilka rozbitych autobusów na drodze oraz jeden w przepaści, rozgnieciony o skały jak puszka po napoju. Jest to tutaj poważny problem. Po wielu godzinach ciekawej lecz długiej i ryzykownej jazdy, w końcu dojechaliśmy do Kathmandu.

Barbarhese

Jest to mała nepalska dziura, na którą trzeba natrafić w drodze z Kodari (granica z Tybetem) do Kathmandu. Znajdują się tu urocze plenery czyli góry, rwący potok i czyste powietrze. Pozatem można zrobić małe zakupy i skorzystać z toalety (czytaj; nasikać na mur). Radziłbym wysłać stąd pocztówkę. Na pewno nikt nie będzie miał pojęcia gdzie to jest.

Kathmandu – Thamel

Na początek powiem, że Kathmandu jest stolicą Nepalu i zarazem największym miastem w tym kraju. Właśnie w Kathmandu oraz jego okolicach znajduje się największe dziedzictwo kulturowe tego Nepalu w postaci licznych świątyń i Placów Durbar o których opowiem potem.

Po dotarciu do sławnego z wielu opowiadań Kathmandu wzieliśmy pokój w hotelu, który w porównaniu do innych był luksusem. Mieszkaliśmy w dzielnicy gdzie było dużo turystów czyli na Thamel. Jest tutaj mnóstwo hoteli od trzech do pięciu dolarów za noc za dwie osoby i to bardzo dobrze gdyż nie jestem zbyt wyrywny. Wszystkie są czyste, mają własną łazienkę i gorący prysznic. Jest tu też dużo restauracji, które są bajecznie tanie. Po mojej tybetańskiej wyprawie tutaj nie mogę powiedzieć, że tylko jadamy posiłki. Tutaj mamy prawdziwe uczty. Czasem jak Rzymianie-na leżąco (tak samo miałem w Vang Vieng w Laosie). W Kathmandu jest cudownie, ludzie są dobrze nastawieni do turystów, mówią po angielsku i nie są nachalni. Jest to kraj do którego zawsze jest miło uciec od Europy-podobnie jak np. Laos czy Tajlandia. Jest tu także dość ciepło, czujemy się zadbani i jemy dużo owoców. Bardzo ważnym atutem jest to, że jest bardzo tanio. Tanio jest praktycznie wszędzie gdyż mogę tu zjeść bardzo duży, wyśmienity obiad w restauracji za jednego funta. Kathmandu oprócz wybornej kuchni słynie także ze wspaniałej sztuki. Jest tu wielu malarzy i rzemieślników wyrabiających ozdobne płótna i dywany, rzeźby i biżuterie. Monika zamówiła szytą na zamówienie sari czyli tradycyjną nepalską i indyjską suknię a ja oczywiście kupuję wiele pamiątek oraz kolekcjonuję koszulki. Teraz nasze mieszkanie będzie wyglądało jak muzeum z pamiątkami z całego świata. Cały Thamel to wielkie turystyczne getto z wieloma sklepami z pamiątkami i restauracjami. Jest to także najlepsze miejsce w całym Kathmandu na kupienie lotu i zorganizowanie wycieczek przez profesjonalne biura lecz ja i tak zawsze wszystko organizuję sam.

Kathmandu – Swayambhunath (świątynia małp)

Pierwszym obiektem, który poszliśmy zwiedzać w nowym dla nas kraju była Swayambhunath czyli świątynia małp nazywana tak potocznie ze względu na mieszkające tam kolonie tych zwierząt. Świątynia ta jest najsławniejszą buddyjską budowlą w całym Nepalu. Odwiedzają ją nie tylko turyści ale przede wszystkim rodowici Tybetańczycy-zarówno ci mieszkający w północnym Nepalu jak i uciekinierzy z Tybetu. Pierwsze zapiski o tej świątyni pochodzą z XIII w lecz domniemywa się, za ma ona około 2000 lat. Nigdy nie zapomnę gdy podjechaliśmy pod Swayambhunath naszym małym samochodem. Ze wszystkich stron byliśmy otoczeni brudnymi ulicami, obok był bazar a przede mną stała kolorowa brama ze schodami i pomnikami Buddy w oddali. Już z ulicy dobiegał pisk małp, skaczących po drzewach i proszących o jedzenie. Przed wejściem kupiłem banany aby przyjemniej się zwiedzało. To święte miejsce zbudowane jest na wzgórzu oraz otoczone dżunglą, tylko że w mieście. Jest wiele wielkich posągów Buddy oraz świątynia która jest charakterystyczna tylko dla Nepalu. Ma ona kształt grzyba z którego wyrasta gruba wieża i na której namalowane są “oczy Buddy” a ze szczytu wieży rozpostarte są flagi modlitewne. Wchodząc po wysokich schodach, napotykając na stoiska z pamiątkami i karmiąc małpy dotarliśmy na sam szczyt. Tam musieliśmy wykupić bilet „białego człowieka” gdyż w Nepalu obcokrajowcy płacą nawet 20 razy więcej za wstępy niż Nepalczycy. Na szczycie góry znajdowały się świątynie o charakterystycznych czterospadzistych dachach skąd był piękny widok na Kathmandu. Całe otoczenie sprawiało przeniesienie się w czasie do około XVII wieku. Byliśmy otoczeni pięknymi świątyniami, figurkami buddy i innych świętych a ludzie praktykowali swoje obrzędy przy świecach. Było też wiele sklepów gdzie można było kupić piękne pamiątki oraz między innymi tybetańską muzykę i koszulki „wolny Tybet”. Wszystko to jednak nie byłoby tak urocze gdyby nie wszechobecne małpy. Skakały po drzewach, wrzeszczały i chodziły po świątyniach oraz wielkich rzeźbach. Zazwyczaj nie zbliżały się do ludzi gdyż nie miały w tym żadnego interesu lecz gdy trzymałem w ręku banana wyrastały jak spod ziemi. Skakały do bananów, siadały koło mnie a często nawet na mnie jadły w ten sposób. Gdy się z nimi droczyłem i nie chciałem im dać, wtedy szturchały mnie rękami gdyż były tak niecierpliwe. Zrobiłem z nimi wiele zdjęć i najciekawszym chyba było to gdy usiadłem z największym samcem na schodach w wielkim zamyśleniu (efekt był dość komiczny). Dodatkowym atutem świątyni małp były orły, których także było bardzo dużo i które albo całymi stadami siedziały na drzewach albo unosiły się w powietrzu jak latawce. Świątynia małp była fascynująca. Jest to piękny obiekt, który koniecznie musi znajdować się na liście każdego kto odwiedza Kathmandu.

Kathmandu – zoo

Następnego dnia pojechaliśmy do miejscowego zoo. Jest to już moja tradycja, że w każdym nowym kraju zawsze je odwiedzam. Było ładnie i ciekawie choć uważam, że najbardziej interesującym gatunkiem zwierząt byliśmy my sami gdyż wszyscy na nas patrzyli. Poza tym przed wejściem musieliśmy znowu zapłacić „cenę turysty”. Rzeczą, którą odróżniała to zoo od innych ogrodów to możliwość jazdy na słoniu, obecność gawiali gangesowych oraz nosorożca jednorożnego. Podobno zoo to posiada aż około 800 gatunków zwierząt, w tym wiele pięknych ptaków i gadów. Myślę, że jest to także dla mnie jedyna szansa aby zobaczyć gatunki żyjące w Himalajach i w Teraju. Widziałem także narodowego ptaka Nepalu czyli bażanta himalajskiego zwanym danphe, który widnieje także na jednym z banknotów. Na pocieszenie powiem, że ci którym nigdy nie będzie dane pojechać do Kathmandu i zobaczyć tego ptaka mogą udać się do warszawskiego zoo. Jest na pewno-sprawdziłem.

Ogólnie bardzo miło spędziliśmy tu czas.

Kathmandu – kolejne doświadczenia i spostrzeżenia

W Kathmandu starałem się także o indyjską wizę co jest dość długim procesem. Najpierw musiałem stać w długiej kolejce aby dali mi jeden formularz a potem przyjść za cztery dni aby dostać drugi formularz i paszport, po to aby mogli wkleić wizę. Cztery dni były potrzebne aby mogli sprawdzić mnie na policji w Polsce i w Anglii. Muszę jednak przyznać, że rząd indyjski jest bardzo miły dla Polaków. Jako jedyna nacja nie musieliśmy płacić za wizę i dostajemy jakie chcemy. Amerykanie i Rosjanie jak zwykle płacą podwójnie! Ja i Monika wzięliśmy wizy wielokrotnego wstępu na okres półroczny gdyż zamierzamy odwiedzić wszystkie graniczące z Indiami kraje. Myślę, że przygoda moja nabierze tutaj zupełnie nowych rumieńców. Jeśli chodzi o Kathmandu to mieszkamy w najlepszej dzielnicy lecz po wyjściu z niej widać, że jest to kraj bardzo ubogi. Drogi i lokalny transport są w fatalnym stanie i dość często na ulicach widać spacerujące krowy i kozy, które są już częścią ruchu ulicznego. Także co do wcześniej opisywanego przeze mnie transportu, ludzie lokalnymi autobusami przewożą kozy, kaczki oraz wszelki inwentarz. Jest to zdecydowanie bardzo niespotykany dla mnie widok co jeszcze bardziej sprawia, że pobyt tutaj jest tak bardzo egzotyczny. Oprócz tego ludzie w bardzo miły sposób próbują ze mną rozmawiać i zawsze się o wszystko targujemy z czego wynika wiele zabawnych sytuacji. Z tego co zdążyłem zaobserwować nie ma tutaj takiej nędzy jak w Tybecie lecz jest bardzo biednie. Widać to po tym w jakich warunkach ludzie mieszkają i jak są ubrani. Dzieci pracują sprzedając owoce i pamiątki (co jest identyczne też w Azji Płd Wsch-moja poprzednia wyprawa). Dziewczynki często nie są posyłane do szkół dlatego, że i tak wychodzą za mąż w wieku nawet 16 lat i też za tego kto im będzie wskazany przez ojca. Rodziny są w większości utrzymywane przez mężczyzn a edukacja tutaj też jest bardzo słaba gdyż w klasie jest do 80 osób.

Nauczyciele często piszą na tablicy nie zważając czy dzieci rozumieją czy nie. Właśnie przez biedę i przez samolubnych i chciwych ludzi u władzy, Nepal jest wciąż jednym z najbiedniejszych krajów na świecie. Opisywałem tutaj grupę polityczną zwaną Maoistami. Wydaje mi się, że ci komuniści są wszędzie. Widzę ich nawołujące do przemocy plakaty, często wrzeszczą na ulicach, noszą komunistyczne flagi (czerwone z sierpem i młotem-jak np. w Laosie), mają wymalowane twarze na czerwono i głośno wrzeszczą swoje slogany. Po dziesięciu latach krwawych walk rządu z Maoistami mają oni nareszcie swoje miejsce w rządzie. Wygląda to tak, że przez rząd który nie robi nic ludzie zostają jeszcze bardziej zatruci przez głupi motłoch. Maoiści są rządzeni przez jednego człowieka, który dyktuje nimi jak chce. Zastanawiam się czy ludzie rozumieją dlaczego chodzą z wymalowanymi twarzami i dlaczego wrzeszczą. Być może oni robią to dlatego, że tak im ktoś powiedział i w grupie czują się silniejsi. Turystom nic nie zagraża lecz kraj ten według mnie zmierza w złym kierunku. Sytuacja jest tu bardzo niepewna. Maoiści dostali swoje miejsce w rządzie wczoraj i gdyby nie to, bardzo prawdopodobne że wybuchłaby wojna domowa. Wiem, że w innych częściach kraju jedna kobieta została ukamienowana przez tłum a z powodu napiętej sytuacji politycznej niektóre części Nepalu były zamknięte dla turystów.

Z tego jak funkcjonuje Nepal, dowiedziałem się że tu nie płaci się podatków, nie ma żadnych świadczeń publicznych, każdy żyje sam sobie a rząd także sam dla siebie. Dla mnie jednak jest to wciąż bardzo atrakcyjny kraj gdyż poza pięknem naturalnym i kulturowym, ludzie traktują mnie bardzo dobrze i jest bardzo tanio. Miesięczne pensje w tym kraju osiągają prawdziwe dno gdyż jest to suma 10usd choć stawka przeciętnie sięga 20usd i więcej. W Kathmandu oraz ośrodkach turystycznych zarabia się najwięcej a ludzie pracują całe dnie do późna, siedem dni w tygodniu. Uważam, że mam wielkie szczęście, że mam polski paszport i że jestem biały. Jest to wielki dar od losu i każdy kto nie potrafi tego wykorzystać, uważam, że jest leniwy lub głupi. Podróżując po krajach rozwijających się widzę nędzę oraz warunki w jakich ludzie żyją. Jest to niewyobrażalne dla Europejczyków. Tu trzeba przyjechać i to zobaczyć. W Nepalu poznaję także bardzo nowe dla mnie zwyczaje. Otóż każdy kto nas zaczepia zawsze rozmawia tylko ze mną a nigdy z Moniką. Wszystkie sprawy są załatwiane ze mną a ją traktują jakby jej w ogóle nie było, chyba że spaceruje sama. Są tego dobre strony gdyż Monika ma przez to łatwiejsze życie. Zaobserwowałem także, że jeszcze nigdy nie widziałem kobiet i mężczyzn trzymających się za rękę lecz dwóch mężczyzn idących razem bardzo często. Nie znaczy to, że mają względem siebie skłonności lecz tylko tyle, że są przyjaciółmi lub kimś z rodziny. Wymaga trochę czasu aby to ogarnąć lecz taki jest tu zwyczaj. Jak wspomniałem wcześniej, główną religią w Nepalu jest hinduizm gdzie bogiem jest Lord Shiva, Vishnu czy człowiek słoń (Ganesha) a wiele osób ma tu namalowane czerwone kółka na czole. Jeden z religijnych plakatów przedstawiał mężczyznę o fioletowej skórze (Lord Shiva) z owiniętą kobrą dookoła szyi. Siedział on z kobietą trzymającą na rękach dziecko z głową słonia.

Podoba mi się w tej religii to, że węże są tu przestawiane jako święte i przyjazne zwierzęta czego niestety nie ma w religii katolickiej. Tak czy inaczej dla mnie hinduizm jest rodzajem pięknej, kolorowej bajki dla dzieci gdzie wszystkie postaci są niezwykle oryginalne i ciekawe. Chodząc po Kathmandu zawsze targuję się ze sprzedawcami owoców, czasem ktoś chce mi sprzedać pamiątki, często widzę pokrojone głowy świń i kozy na hakach a wszystko w wielkim smogu miasta. Całe to otoczenie ma swój oryginalny urok a atmosfera tego miejsca jest niezwykła. Jeśli mam już dosyć brudu i chaosu, wtedy zawsze mogę wrócić do hotelu w dzielnicy Thamel gdzie jest czysto, jest pyszne jedzenie z wielu stron świata a część tego miasta ożywa nocą. Zdaje też sobie sprawę z „ceny dla turysty” lecz nie zamierzam z tym walczyć i jeśli dam tym biednym ludziom parę rupii więcej nic mi się nie stanie. Poruszam się tu najczęściej albo pieszo albo małą taksówką co daje mi dobrą możliwość na zobaczenie miasta.

Kathmandu – Plac Durbar

Będąc w Kathmandu, nieopodal świątyni małp i rzeki Bishnumati, zobaczyłem bez wątpienia najważniejszy obiekt w mieście czyli Plac Durbar. Jest to rodzaj starego miasta na którym znajduję się stary rynek, bogactwo świątyń i stary pałac królewski Hanuman Doka noszącący imię Hanumana czyli małpiego boga. Spośród wielu interesujących budowli znajduje się tu także świątynia boga Shivy i Ganesha (boga słonia) a także rzeźby erotyczne i kolumna króla Pratap Malla. Wszystkie te obiekty i wiele innych są niezwykle interesujące i można tu spędzić parę godzin na oglądaniu, wchodzeniu do świątyń i obserwowaniu otoczenia. Place Durbar powstawały w XIV wieku choć ich rozkwit następował aż do wieku XX i są one najważniejszym dziedzictwem kulturowym Nepalu a także znajdują się na liście Unesco. Znajdują się one we wszystkich trzech antycznych miastach doliny Kathmandu czyli także Patan i Bhaktapur. Ten w Kathmandu jest jednak objętościowo największy. Na Placu Durbar jest wiele budowli z przepychem rzeźb, najczęściej wielu oblicz kobiet z dwudziestoma rękami oraz ze słoniami. W jednej świątyni aby dotrzeć na górę trzeba wejść po schodach mając po bokach właśnie wielkie posągi słoni. Wiele świątyń ma także kształt kwadratowych grzybów, gdzie jeden rośnie na drugim i najczęściej posiada cztery piętra składające się z imponujących dachów. W taki sposób jest mi najłatwiej opisać te budowle. Niegdyś żyli tu królowie a dziś jest to centrum kulturowe i wielka atrakcja turystyczna

Na rynkach są sprzedawcy owoców, sklepy z pamiątkami i oczywiście żebrzące dzieci. Turyści muszą płacić za wstęp a Nepalczycy nie, do czego zdążyłem się już przyzwyczaić. Bez wątpienia Plac Durbar był rodzajem miasta w mieście, które bardzo odróżniało się swoją piękną, starą architekturą od reszty zaniedbanego i brudnego Kathmandu. Dla mnie jest jednak bardzo ciekawie gdziekolwiek nie pójdę.

Patan – Plac Durbar

Kathmandu i Patan leżą bardzo blisko siebie i obydwa są właściwie częścią tego samego miasta, z tą tylko różnicą że leżą w innych dzielnicach. Aż do roku 1768 Kathmandu i Patan tworzyły osobne, niepodległe królestwa. Tutaj także znajduje się piękny Plac Durbar z bogactwem świątyń, rzeźb i charakterystycznych dla Nepalu budowli z czterospadzistymi dachami. Większość tutejszych zabytków powstała w XVII wieku i została zbudowana przez króla Malla a Plac Durbar w Patan także znajduje się na liście Unesco i wraz z bazarem Mangal tworzą jedną całość. Wszystkie piękne budowle tutaj były oczywiście zbudowane w takim samym stylu jak na Placu Durbar w Kathmandu, a te które warto wymienić w pierwszej kolejności to: Pałac Królewski, świątynia Taleju i świątynia Krishny. Znajduje się tu wiele imponujących rzeźb a na uwagę zasługuje także świątynia Bhimsen z lwem na szczycie oraz kolumna króla Yoga-Narendra Malla z XVIII wieku z jego figurką. Na jej szczycie natomiast siedzi ptak i jak legenda mówi, któregoś dnia on odfrunie. W Patan bardzo podobali mi się Sadhuhowie czyli „święci ludzie”, którzy dla mnie byli raczej zabawni i zawsze chcieli pieniądze za zdjęcia ze sobą. Byli oni ubrani w żółte lub pomarańczowe suknie, nie golili się i nie obcinali włosów od nawet 20 lat. Twarze mieli pomalowane na czerwono a ciała na biało choć ich pomysłowość była dość duża. Zdecydowanie na Placu Durbar w Patan to oni byli największą atrakcją, zwłaszcza po tym gdy widziałem już podobne miejsce w Kathmandu. Obydwoje bawiliśmy się tu wspaniale gdyż w towarzystwie „świętych ludzi” nie można być smutnym a przy okazji jest to kolejny dobry sposób na poznanie kultury tego pięknego kraju. Szkoda tyko, że za wejście do tego obiektu musieliśmy znowu zapłacić cenę „białego człowieka”. Wspomnę jeszcze, że Patan jest znakomitym miejscem na zrobienie zakupów gdyż zaraz koło Placu Durbar znajduje się bazar Mangal na którym jest wiele sklepów specjalizujących się w tradycyjnej nepalskiej sztuce. Uważam, że jest to jedno z najlepszych miejsc na kupienie figurek z brązu przedstawiających hinduistycznych bogów, interesujących płócien oraz rzeźb wykonanych z drewna. Oczywiście zakupy tego rodzaju można zrobić w każdym obiekcie turystycznym jednak tu można wytargować najlepszą cenę co na Thamel (gdzie mieszkaliśmy) byłoby trudne. Z Patan poszliśmy ulicami miasta aby obserwować otoczenie bez konkretnego celu, co także było miłym doświadczeniem. Po drodze widzieliśmy brudne bazary, głośny tłum, boisko do krykieta i pałac królewski.

Monika i jej czerwone sari

Jak wspomniałem wcześniej Monika zamówiła czerwone sari, szyte specjalnie na miarę a do tego kupiła (kolejne już) buty tak aby pasowały do sari. Gdy wybraliśmy się na Plac Durbar w Patan a potem na Stare miasto w Kathmandu Monika wystroiła się w swoją nową kreację. Oczywiście Stare Miasto jak i Patan były piękne a każda chwila spędzona tam była nowym doświadczeniem choć myślę że prawdziwym przebojem tego dnia była sama Monika, wystrojona w swoje piękne, czerwone sari. Przypomnę, że sari to tradycyjna nepalska i indyjska suknia z wieloma ozdobami, którą można szyć z wielu kolorowych materiałów-w tym z jedwabiu. Składa się ona z trzech głównych części czyli ze spodni, koszulki i długiego, ponad dwu metrowego płótna, które zakłada się w szczególny sposób, tak aby kobieta była przykryta a zarazem aby było podkreślone jej piękno. Noszą je tylko Nepalki i Hinduski dlatego gdy Monika pokazała się w niej publicznie wzbudziła wielki podziw w każdym miejscu w którym byliśmy. Wszyscy się za nią oglądali i mówili, że jest piękna. Nic dziwnego-zobaczyli ładną, białą kobietę o blond włosach w tradycyjnej dla ich kultury sukni. Nepalczykom sprawiło to ogromną radość a sama Monika była bardzo szczęśliwa. Chodziliśmy także ulicami gdzie ludzie sprzedawali warzywa i gdzie nic nadzwyczajnego się nie działo, lecz właśnie to samo w sobie miało tak piękny nastrój, że chcieliśmy tam być jak najdłużej. Byliśmy w kilku interesujących, hinduistycznych świątyniach gdzie zrobiliśmy wiele ciekawych zdjęć z nepalskimi dziećmi, w tle mając najciekawsze rzeźby, ludzi i palone świece. Odwiedziliśmy wiele magicznych zakątków i był to wspaniały dzień podczas którego Monika miała owację gdziekolwiek nie poszła. Wieczorem wziąłem taksówkę i pojechaliśmy do restauracji na Thamel, na kolejną wyborną kolację.

Dodam jeszcze, że ja choć zdecydowanie nie wzbudzałem owacji, także miałem swój udział w czerwonym sari Moniki. Najpierw zasponsorowałem połowę jej wartości a potem przez cały czas robiłem zdjęcia. Pomagałem też je włożyć na Monikę a na sam koniec pomagałem jej w rozebraniu się gdyż koszulka miała suwak dość wysoko.

Królewski Park Narodowy Chitwan

Po kilku pełnych wrażeń dniach w dolinie Kathmandu chciałem wyjechać poza miejską okolicę i dlatego wybrałem jeden z najlepszych parków narodowych w Nepalu a zarazem w całej Azji. Królewski Park Narodowy Chitwan jest obowiązkowym punktem podróży po Nepalu, tym bardziej że znajduje się tylko kilka godzin drogi od Kathmandu. Wizyta tutaj daje także szansę na zobaczenie jednorożnego nosorożca w warunkach naturalnych choć azjatyckie zwierzęta są tak nieśmiałe, że szanse na zobaczenie nosorożca, tygrysa, leoparda, gawiala czy czarnego niedźwiedzia wynoszą mniej niż 1%. Kiedyś polowano na te zwierzęta lecz dzisiaj są one pod ochroną a Park Chitwan oprócz Katmandu i Pokhary (którą opiszę potem) jest największą atrakcją w Nepalu.

Z dworca autobusowego w Kathmandu wzięliśmy bardzo stary i nieco opóźniony autobus a potem jadąc przez piękne Himalaje podziwialiśmy przyrodę. Jak to zawsze bywa w Nepalu, droga była ciężka i trochę nas wytrzęsło. Widzieliśmy też parę rozwalonych autobusów po drodze lecz nasz kierowca i tak nie zwalniał. Po pięciu godzinach ryzykownej jazdy po wąskiej drodze nad przepaścią, podziwiając góry nad nami i rzekę do której mieliśmy nadzieję nie wpaść, dotarliśmy do miasteczka Tadi Bazar skąd zawieziono nas pod sam Park Chitwan.

Mieszkaliśmy tu we wspaniałej rezydencji gdzie droga do głównej bramy była otoczona palmami a dookoła było dużo roślinności. Nieopodal była rzeka gdzie dzieci kąpały się a kobiety robiły pranie. Dookoła były natomiast pola, które rolnicy orali prostym pługiem za pomocą muła. Miejsce w którym mieszkaliśmy było piękną willą lecz ludzie żyjący poza naszym terenem mieszkali w prostych, drewnianych chatkach pokrytych strzechą. Była to wspaniała okazja aby zobaczyć jak wygląda wiejskie życie w Nepalu. Często potem chodziłem po okolicy aby spędzić czas ze zwykłymi ludźmi. W rezydencji gdzie mieszkaliśmy, mieliśmy ładny pokój tylko dla siebie a karmili nas też wspaniale. Jednak obsługa nie mieszkała w hotelu choć pokoje były puste. Oni mieszkali w obskurnym baraku na zewnątrz i spali na pryczach, które wyglądały jak czworaki dla niewolników. Tak samo było też w innych krajach, które wcześniej odwiedziłem. Na przykład w Kambodży gdy ja szedłem spać do hotelu, ludzie kładli się na leżakach na ulicy (jeśli je mieli)!

Następnego dnia zawieziono nas na teren dzikich zwierząt. Ja już wcześniej byłem na safari na słoniu w Tajlandii lecz dla Moniki był to pierwszy raz i dlatego była bardzo podekscytowana. Przed safari mogliśmy się do nich przytulić, pogłaskać je i pojeździć na nich, co było bardzo miłe. Kupiłem także kilka gałęzi bananów od miejscowych dzieci i razem nakarmiliśmy wszystkie słonie a potem także dawaliśmy im je podczas jazdy. Wsiedliśmy na słonice i pojechaliśmy wgłąb dżungli podpatrywać przyrodę. Nasza słonica chodziła parę godzin lecz nie udało nam się zobaczyć żadnego zwierzęcia. Najciekawszą chwilą tej wycieczki był moment, w którym nasza słonica przeprawiała się przez rzekę a my oczywiście siedząc na jej grzbiecie mieliśmy wodę kilka centymetrów pod sobą. W tej samej chwili przepłynął koło nas krokodyl lecz trzeba było być na prawdę czujnym aby go zobaczyć. Resztę dnia spędziliśmy karmiąc słonie, w towarzystwie miejscowych ludzi. Czasem wchodziliśmy też do ich domków pokrytych strzechą gdzie mogliśmy widzieć jak mieszkają, prowadzą gospodarstwo i doją kozy. Wieczorem pojechaliśmy jeszcze na bardzo śmieszne przedstawienie do lokalnego teatru gdzie miejscowa grupa etniczna zwana Tharus w bardzo ciekawy sposób połączyła taniec ze sztukami walki. Myślę, że punktem charakterystycznym imprezy był taniec podczas którego bardzo dynamicznie chłopcy okręcali się i uderzali silnie kijami na wiele sposobów. Potem już tylko siedzieliśmy nad rzeką, obserwując piękny krajobraz i pijąc mleko z kokosów. Następnego dnia wsiedliśmy do kanu, którym popłynęliśmy do dzikiej puszczy z nadzieją zobaczenia jednorożnego nosorożca. Szliśmy w ciszy, po woli za przewodnikiem tak aby nie wypłoszyć zwierząt. Spacer był ciekawy gdyż musieliśmy się często przedzierać przez niewydeptane ścieżki a po drodze udało nam się zobaczyć kilka dzikich zwierząt lecz nie te na które liczyliśmy. Na filmie przygodowym wygląda to na bardzo proste lecz na prawdę zwierzęta bardzo dobrze kamuflują się i nie jest łatwo je spotkać. Widzieliśmy kilka małp cicho kryjących się w koronach drzew a także kilka śladów wielkich zwierząt. Było to np. drzewo podrapane przez niedźwiedzia lecz nie niedźwiedź we własnej osobie. Muszę jednak przyznać, że gdy płynąłem kanu (rodzaj łodzi z jednego kawałka drzewa) była to przygoda gdyż zobaczyłem krokodyle w ich naturalnym środowisku płynące nieopodal lub wygrzewające się na słońcu. Raz nawet cicho podpłynęliśmy do jednego gawiala lecz nie pozwolił nam się zbyt zbliżyć. Ciekawa także była roślina, która po dotknięciu od razu składała liście. W drodze powrotnej do naszego domu byliśmy też świadkami tego jak ludzie wycinali cepami wysokie trawy i trzcinę.

Pewnie do produkcji rzeczy domowego użytku. Cała ta wyprawa była bardzo ciekawa choć jednorożnego nosorożca widziałem jak na razie tylko w zoo. Myślę, że na pewno jeszcze bardzo dużo zobaczę w parkach narodowych w Indiach. Smutnym doświadczeniem tego dnia była moja rozmowa z przewodnikami, którzy powiedzieli, że zarabiają tylko 10usd miesięcznie i nie mają żadnych perspektyw. Jeden z nich miał pozszywane buty gdyż nie było go stać na nowe. Mojego ostatniego dnia wstaliśmy już o szóstej rano aby obserwować ptaki i udało nam się zobaczyć kilka ciekawych gatunków, w tym także gatunki drapieżne. Park Chitwan będzie zawsze mi się kojarzył z kontaktem z naturą w tym pięknym kraju.

W drodze powrotnej do Kathmandu mieliśmy opóźnienie gdyż Maoiści zrobili manifestację blokując główną drogę. Stojąc na przystanku byliśmy znowu wielką atrakcją dla wszystkich ludzi dookoła gdyż byliśmy jedynymi białymi w okolicy. Gdy już jednak wsiedliśmy do autobusu wypchanym ludźmi i inwentarzem po brzegi pędziliśmy na złamanie karku. Będąc wysoko w górach kierowca wymijał na zakręcie i jechał tak, że wiele razy podskakiwaliśmy pod dach. Podskakiwali na pewno też ci ludzie, którzy jechali na dachu co przecież jest tradycją w Nepalu. Był to lokalny autobus więc mieliśmy do czynienia z kaczką biegającą po pokładzie oraz z kilkoma bardzo “fotogenicznymi” twarzami z brakiem uzębienia i dawno niegolonymi brodami. Jazda była bardzo niebezpieczna-tym bardziej, że jechaliśmy po zmroku. Myślę, że swoje i nasze szczęście kierowca pokładał w jednym ze swoich bogów i nawet kilka rozbitych autobusów po drodze nie zasugerowało mu aby zwolnić. Po pięciu godzinach dotarliśmy jednak szczęśliwie do Kathmandu.

Bhaktapur – Plac Durbar

Po wizycie w Parku Chitwan zamieszkaliśmy w tym samym hotelu co wcześniej a ja spokojnie mogłem planować dalszą część podróży po Nepalu. Miałem wtedy czas na kupienie pamiątek, załatwienie indyjskiej wizy i pójściu do fryzjera. Po powrocie do Kathmandu przeznaczyłem na to niezwykłe miasto jeszcze jeden dzień. Poszedłem na Plac Durbar gdzie znowu mogłem oglądać wspaniałe budowle z kilku wieków wstecz oraz charakterystyczny dla tego miejsca nastrój. Postanowiłem jednak, że odwiedzę oddalony o niecałą godzinę drogi od Kathmandu lecz leżący w tej samej dolinie-sławny i piękny Bhaktapur.

Bhaktapur został założony w IX wieku i był stolicą całej doliny Kathmandu między XIV a XVI wiekiem choć większość pięknych obiektów i rzeźb została wykonana pod koniec XVII wieku. Następnie Bhaktapur stracił na swoim znaczeniu po utraceniu suwerenności i stworzeniu państwa Nepal, którego stolicą zostało Kathmandu. Cały Bhaktapur został stworzony przez dynastię Malla i w takiej postaci przetrwał do dziś. Na przykład Place Durbar w Kathmandu i Patan zostały zmodernizowane natomiast Plac Durbar w Bhaktapur pozostał nienaruszony, podobnie jak styl życia. Poza tylko tą różnicą, że teraz jest to znakomite centrum turystyczne, dobre miejsce do handlu i znajduje się tu kilka dobrych restauracji i hoteli z widokiem na Plac Durbar. Bhaktapur jest też głównie zamieszkiwany przez społeczność hinduistyczną natomiast w Patan i Kathmandu są duże społeczności buddyjskie. Jako ciekawostkę dodam, że Bhaktapur nie tylko jest na liście Unesco ale został też doceniony przez Hollywood gdyż kręcono tu zdjęcia do „Małego Buddy” Bernarda Bertolucciego.

Dostanie się tutaj z Thamel w Kathmandu zajęło nam około godziny biorąc pod uwagę korki i fatalny stan dróg. Przed wejściem odbyłem rozmowę z młodymi Nepalczykami, którzy opowiedzieli mi o beznadziejności życia w ich kraju i braku perspektyw oraz, że Nepal jest piękny tylko dla bogaczy takich jak ja.

Następnie musiałem zapłacić bilet wstępu co okazało się bardzo nieprzyjemne gdyż wszyscy płacili po 50 rupii a ja jako biały człowiek i rzekomo ten bogaty, musiałem zapłacić aż 750 rupii. Oczywiście jest to tylko parę funtów ale mimo wszystko nie podobało mi się to. Sam Plac Durbar był piękny i rzeczywiście uderzał bogactwem swej architektury i sztuki. Przy nieszczęsnych kasach znajdowała się kolumna króla Malla a następnie na głównym dziedzińcu stało kilka pałaców i świątyń z charakterystycznymi dla tego kraju kwadratowymi, czterospadzistymi dachami. Spośród wielu pięknych obiektów na uwagę zasługuje przede wszystkim świątynia Nyatapola z XVIII wieku, która jest jednocześnie najwyższą (30m) i jest najlepszym przykładem sztuki architektonicznej i rzeźbiarskiej dynastii Malla. Ma ona tradycyjne, wcześniej opisane dachy a przy wejściu znajduje się między innymi dwóch kamiennych zapaśników, dwa lwy i dwa słonie. Większość czasu spędziłem tutaj na oglądaniu zabytków i robieniu zdjęć choć przyjemność sprawił mi także kontakt z ludźmi. Gdy kupowałem owoce zaraz podbiegły do mnie roześmiane dzieci a potem sprzedawca starych noży. Za każdym razem było to miłe doświadczenie. W Bhaktapur jest także wiele pracowni malarskich i oczywiście nie musiałem czekać zbyt długo na zaproszenie do jednej z nich. Sprzedawcy posadzili mnie na wygodnej kanapie, byli mili i chcieli mi wcisnąć interesujące lecz bardzo drogie obrazy. Ja jednak nigdy nie podejmuje takich decyzji pochopnie i jak się potem okazało, następnego dnia kupiłem o wiele taniej w Patan. Miałem do czynienia z ludźmi, którzy byli bardzo dobrze wyszkoleni w handlu, byli bardzo mili i bazowali na podstawowych emocjach ludzkich takich jak np. litość. Ja nie dałem się jednak nabrać i kupiłem to co chciałem gdzie indziej za może nawet pięć razy taniej. W krajach tego typu trzeba być bardzo silnym psychicznie i trzeba umieć powiedzieć “nie”. Często spotykam ludzi, którzy o coś proszą i w przemiły sposób próbują mnie nakłonić na jakąś dotację na szkołę lub dom dziecka. Jeszcze nigdy nie spotkałem tak miłych i tak bardzo sprytnych ludzi jak tu, lecz za każdym razem odmawiam gdyż po prostu nie jestem naiwny.

Po zmroku opuściliśmy to piękne miejsce i tym razem podróż na Thamel zajęła nam półtorej godziny gdyż korek był jeszcze gorszy a nasza mała, nepalska taksówka zepsuła się na chwilę. Reasumując jednak, wizytę w Bhaktapur zdecydowanie zaliczam do obowiązkowych turystycznie miejsc w dolinie Kathmandu.

Kalachakra Mandala

Pewnego dnia będąc w okolicy Placu Durbar w Patan, kupiłem obraz, który chciałem już mieć od dawna ale nigdy nie mogłem wytargować dobrej ceny. Obraz ten to “kalachakra mandala” zaprojektowana przez Dalaj Lamę na rzecz światowego pokoju i jest jednym z głównych doktryn filozofii tybetańskiej. Jest to bardzo skomplikowana, misterna robota, której szczegóły można często zobaczyć tylko pod szkłem powiększającym.Sam obraz ma charakter koła naśladującego koło życia i wiele symboli w środku, które składają się na całość, czyli na drogę człowieka ku doskonałości, stadiach w jego życiu oraz wartości w życiu ludzi i żywioły jakie panują na ziemi. Mandala odzwierciedla także kosmos, cały wszechświat i istoty w nim żyjące jako jedną całość. Mandalę można także rozumieć w inny sposób. Ukazuje ona cierpienie innych jako nasze własne i to, że będziemy je w stanie zrozumieć gdy weźmiemy ich część na siebie. To jest właśnie to czego nauczył się młody książę Siddhartha (przyszły Budda) gdy uciekł ze swojego pałacu. Według filozofii Tybetu kalachakra daje nam szansę na poznanie najwyższej prawdy, której nie jesteśmy w stanie objąć rozumem lecz za pomocą medytacji, nauki, jogi, modlitwy czy mantry. Możemy wtedy lepiej zrozumieć nas samych, otaczający nas kosmos i istoty ludzkie, które są jego częścią. Tak w kilku prostych słowach określiłbym podstawowe znaczenie tego obrazu choć aby zrozumieć go w pełni należy głębiej zainteresować się filozofią Tybetu. Jedynie patrząc na niego nie jest możliwe zrozumienie jego sensu. Wiele elementów obrazu jest pokrytych 24 karatowym złotem co daje ładny efekt, w szczególności gdy patrzę na niego pod kątem.

Krajobraz

Sposród wielu pamiątek opiszę jeszcze jedną, która ma wartość kulturową. Jest to obraz potocznie zwany krajobrazem. Jest wiele rozmiarów i w zależności od ceny krajobraz ujmuje więcej lub mniej lecz każdy z nich zawsze zawiera te same detale. Krajobraz symbolizuje bliskość mentalną i kulturową z Tybetem i na pierwszy rzut oka wygląda jak rysunek wykonany przez małe dziecko lecz ma on swój głębszy sens. Na samej górze zawsze jest pokazany Tybet czyli Pałac Potala i świątynia Jokhang symbolizujące kulturę, sztukę i filozofię Tybetu w świętym mieście Lhasa. Poniżej są Himalaje i Mont Everest a pod pasmem Himalajów namalowany jest Nepal. Tutaj widzimy Świątynię Małp i Place Durbar w Kathmandu, Patan i Bhaktapur z charakterystycznymi dachami z dynastii Malla. Poniżej jest rzeka i Park Narodowy Chitwan gdzie zawsze jest namalowanych kilka słoni i lwów. Po stronie zachodniej od Kathmandu widać miasto Pokhara ze swoim pasmem himalajskim Annapurna a na samym dole obrazu jest Lumbini czyli miejsce narodzin Buddy. Obraz ten stanowi miłą pamiątkę, zwłaszcza dla tych podróżników którzy byli i w Tybecie i w Nepalu.

Kalachakra Mandala zaprojektowana przez Dalaj Lamę na rzecz światowego pokoju.

Gorkha

Następnego dnia wyjechałem do miasteczka Gorkha oddalonego o pięć godzin na zachód. Przed samą jazdą kapłan hindu poświęcił nasz autobus i odmówił swoje pacierze na głos oraz miał specjalną farbę w której maczał swój brudny palec wskazujący i przystawiał kropki na czołach wszystkich podróżnych. Dotykał autobusu, kierownicy i kierowcy. Mi i Monice dał po kwiatku zanurzonym w świętej farbie a potem ukłonił się. Na prawdę, za każdym razem przeżywam tutaj coś nowego. Nepal jest wspaniałym doświadczeniem! Wielkim koszmarem niestety była tutaj dworcowa toaleta. Myślałem, że po toaletach w Chinach wszystkie inne będą już lepsze ale poza tymi w Nepalu. Smród był nie do opisania lecz nie to było gwoździem programu. Pierwszy raz w swej podróżniczej karierze widziałem muszlę klozetową gdzie poziom gówna był na równi z deską klozetową tworząc idealnie płaską powierzchnię.

Jak zwykle opuściliśmy Kathmandu z opóźnieniem gdyż załadowanie całego inwentarza i wszelkiego towaru zajęło trochę czasu. Następnie z wolna zaczęliśmy opuszczać Kathmandu. Jazda znowu była bardzo trudna i czasochłonna choć kierowca tym razem był spokojniejszy. W końcu po wielu godzinach niewygodnej jazdy dotarliśmy do Gorkha lecz niestety nie obyło się bez wypadku. Gorkha jest położone na górze i aby rozbujać naszego grata kierowca musiał przyśpieszyć. Jednak z naprzeciwka jechał inny grat i ani nasz ani tamten kierowca nie chciał ustąpić. W rezultacie obydwoje zahamowali w ostatniej chwili i ludzie siedzący na dachach pospadali a jeden chłopak rozbił sobie głowę. Tak czy naszej bezpiecznie dojechaliśmy do Gorkha gdzie wzięliśmy bardzo ładny i tani pokój z prysznicem a z tarasu mieliśmy piękny widok na górzystą okolicę. Samo miasteczko było zapuszczone i mało interesujące. Po obu stronach jedynej ulicy znajdowały się sklepy a na szczycie wzgórza dworzec autobusowy i bazar gdzie warto było spróbować słodkich mandarynek. Następnego dnia zaplanowałem kilkugodzinną wspinaczkę po bardzo wysokich schodach gdzie znajdował się pałac znany jako Gorkha Durbar. Wspinaczka była ciekawa lecz nieco męcząca. Zatrzymywaliśmy się kilka razy rozmawiając z ludźmi, którzy nas spotykali po drodze oraz obserwowaliśmy ich wiejskie życie w wyższych partiach gór. Im byliśmy wyżej tym widok był piękniejszy i tym lepiej było widać jak dobrze ludzie radzą sobie w tych trudnych warunkach. Były części mieszkalne, miejsce do robienia prania i gotowania, kozy biegały wolno i gryzły trawę a przed samym wejściem na szczyt było pole mandarynkowe. Po miłej lecz dość męczacej wspinaczce dotarliśmy do pałacu na samym szczycie góry. Przed wejściem musieliśmy zdjąć buty apotem mogliśmy podziwiać dwie dobrze zachowane świątynie-Kali i Gorakhnath. Do tej drugiej niestety mogli wchodzić tylko wyznawcy hinduizmu. Nie był to jednak problem gdyż nie sam pałac i świątynie były najciekawsze i nie po to tu wchodziliśmy. Najlepszy ze wszystkiego był sam spacer na górę i kontakt z ludźmi a potem piękny widok na ośnieżone szczyty Himalajów. Nawet po mojej wyprawie przez Tybet i po zobaczeniu Mont Everestu ten widok był nadzwyczajny. Stałem na terenie kilkusetniego zamku, przede mną były palmy i głęboka, wielka dolina a w oddali ośnieżone Himalaje. Czułem się bardzo dobrze, spędziłem tam trochę czasu po prostu obserwując góry i robiąc zdjęcia a potem zeszliśmy na dół. Jak zwykle było wesoło gdyż zawsze mieliśmy towarzystwo a na samym dole kupiłem jeszcze trochę mandarynek. Tego wieczora, zmęczeni lecz po dobrej nepalskiej kolacji szybko poszliśmy spać. Po spędzeniu w Gorkha jednego dnia, nazajutrz o 6 rano wzięliśmy autobus do największego po Kathmandu miasta w Nepalu, czyli Pokhara. Zaznaczę tutaj, że zaraz po wyjechaniu z Gorkha nasz kierowca jechał tak szybko, że z dachu samochodu jadącego na przeciwko znowu spadły dwie osoby. Jazda jest tutaj bardzo niebezpieczna lecz nie mamy wyboru. Musimy się jakoś przemieszczać aby dopełnić mojej wyprawy.

Gorkha było warte długiej i męczącej jazdy a widok na Himalaje był niepowtarzalny. Każdemu kto podróżuje po Nepalu gorąco polecam.

(Ważne jest też aby odróżniać miasto Gorkha od Gurkha czyli nepalskich żołnierzy wcielanych do armii indyjskiej i brytyjskiej).

Pokhara i wyprawa na Sarangot

Tym razem, po dwu godzinnej jeździe dotarliśmy do drugiego największego miasta w Nepalu czyli Pokhara. Jest to bardzo znaczące turystycznie miasteczko w tym kraju ze względu na piękną, czystą okolicę nad jeziorem lecz przede wszystkim ze względu na wyprawy do pasma Himalajów zwanego Annapurna.
Martwiłem się, że będę musiał szukać hotelu w nowym miejscu lecz jak zwykle w Nepalu to miejscowi znaleźli nas. Zapakowali nas oraz nasze ogromne bagaże do małej taksówki oraz zawieźli do hotelu w turystycznej dzielnicy na jeziorem za jedyne 3usd za pokój. Wszystko układało się świetnie. Pierwszego dnia zobaczyliśmy miasteczko, które było bardzo dobrze zorganizowane na przyjazd turystów. Wszędzie były biura oferujące wyprawy, księgarnie, restauracje oraz sklepy i wypożyczalnie ze sprzętem do wypraw. My jednak poszliśmy nad jezioro gdzie wypożyczyłem łódkę i gdzie po prostu mogliśmy zrelaksować się, patrząc na góry i unoszące się wysoko lotnie. Nie dla wszystkich było tu jednak tak kolorowo. W drodze do hotelu zaczepiła nas Tybetanka, która chciała nam sprzedać swoje hafty i mówiła o smutnym życiu w Tybecie i o dość dużej imigracji tybetańskiej w Nepalu.

Zacząłem także planować naszą wycieczkę w góry, w taki sposób abyśmy nie płacili dużo gdyż jest tu bardzo wiele drogich agencji turystycznych, które oferują wszystko co byśmy chcieli za bardzo wygórowaną cenę. Jak wcześniej wspomniałem Pokhara jest popularnym miejscem ze powodu wypraw w Himalaje na odcinek, który nazywa się Annapurna. Jest to pasmo Himalajów, które bardzo dobrze widać (oczywiście przy dobrej pogodzie) już z Pokhary. Gdy pytałem agentów podróży o jakąkolwiek wycieczkę, razem z przewodnikiem, tragarzami i pozwoleniami wydalibyśmy conajmniej 100usd. Zaplanowałem więc dwudniową wycieczkę dla nas dwojga gdzie nie musieliśmy płacić nic oprócz własnych kosztów utrzymania się a i tak mieliśmy piękny widok na Annapurnę. Pomyślałem wtedy, że nie będziemy przesadzać z wydawaniem pieniędzy jeśli mogę to wszystko zaplanować sam-zwłaszcza, że spędziliśmy dwa tygodnie w pięknym Tybecie gdzie byliśmy także pod Mont Everestem na wysokości 5250m npm. Rozmawiając z innymi podróżnikami odniosłem wrażenie, że dla wielu dwu tygodniowy trek przez Himalaje był czymś w rodzaju religii. Bez względu na to czy byli przygotowani fizycznie czy nie i tak chcieli to zrobić. Widziałem już wcześniej w Tybecie jak wielu ludzi żałowało swojej decyzji zapadając na chorobę wysokościową i odwodnienie. Tym razem postanowiłem, że pójdziemy na dwudniową wyprawę w Himalaje na szczyt Sarangot (1700m pm) skąd i tak mieliśmy mieć piękny widok na Annapurnę. W tym celu musiałem najpierw dostać się do świątyni Bindebasini na rozdrożu a stamtąd iść prosto w górę. Mówiono mi, że droga ta zajmie nam najwyżej dwie godziny lecz wyprawa ta okazała się o wiele dłuższa, żmudna i bardzo męcząca. Po drodze przyczepił się też do nas bardzo ugrzeczniony przewodnik, który przeprowadził nas przez trudniejszą część góry za jedynego funta. Przez cały czas sztucznie uśmiechał się, nosił nasze bagaże, strzepywał mi brud z koszulki i wciskał naiwne opowieści o bogu. Po jakimś czasie miałem go dość i powiedziałem, że nie wierzę w boga, zapłaciłem i rozstaliśmy się. Miał także zmiany w zachowaniu i śmierdziało od niego alkoholem.

W dalszej drodze pod górę, przedzierając się przez wąskie alejki oraz idąc po schodach ułożonych z kamieni, spotykaliśmy na swojej drodze ludzi mieszkających w wyższych partiach gór. Mieszkali oni w glinianych chatkach pokrytych strzechą i sprzedawali napoje oraz własne wyroby takie jak: szale, czapki i wszelkiego rodzaju ozdoby. Wiele razy zatrzymywaliśmy się aby odpocząć, poprzytulać małe kozy i napić się-tym bardziej, że słońce było wykańczające. Nie zdawaliśmy sobie wcześniej sprawy, że będzie tak ciężko, tym bardziej że mieliśmy małe plecaki. Spotkaliśmy też dziewczynkę, która mówiła, że musiała codziennie chodzić wiele kilometrów do szkoły do Pokhary choć czasem też brała autobus. Tym razem jednak niosła wielki dzban na plecach aby przynieść wodę dla całej rodziny. Dałem jej kilka mandarynek, które wcześniej kupiłem w Gorkha i ruszyliśmy w dalszą drogę aby zdążyć przed zmrokiem. Gdy nareszcie po pięciu godzinach marszu dotarliśmy na szczyt, byliśmy bardzo zmęczeni ale też odetchnęliśmy z ulgą, że nasza wspinaczka dobiegła końca. Zatrzymaliśmy się w ładnym hotelu na szczycie i prawie od razu poszliśmy spać. Tym razem mieliśmy szczęście gdyż w pokoju znajdował się luksus w postaci prysznica z gorącą wodą. Ten wielki wysiłek oraz brak jedzenia sprawiły, że miałem gorączkę-z której na szczęście szybko wyleczyłem się. Następnego dnia rano weszliśmy na punkt widokowy Sarangot. Widok na Annapurnę był piękny. Ogromne, białe szczyty ośnieżonych gór dumnie wznosiły się nad doliną oraz niższą partią Himalajów. Najwyższe szczyty Annapurny sięgały od prawie 7000 do ponad 8000m npm. Spędziliśmy tam trochę czasu ciesząc się otoczeniem, oddychając nieskazitelnie czystym powietrzem i robiąc zdjęcia. Widok był cudowny i wart naszej wspinaczki. Dodam jeszcze, że na samym punkcie widokowym była baza wojskowa i zakazy fotografowania. Była to bardzo miła i bardzo oszczędna wycieczka, która pozwoliła nam na poznanie tego odcinka Himalajów. Zawsze chciałem je zobaczyć nie tylko ze strony tybetańskiej ale także z nepalskiej co teraz już mi się udało. Widok był tak wspaniały, że po obiedzie tego samego dnia jeszcze raz weszliśmy na punkt obserwacyjny Sarangot aby jeszcze raz nacieszyć się pięknym widokiem Annapurny. Potem w ostatniej chwili zdążyliśmy na autobus i wróciliśmy do Pokhary. Także i tym razem na pokładzie “wspaniałego” autobusu siedziała przede mną koza a na desce rozdzielczej przed kierowcą był przywiązany żywy kogut. Autobus zawiózł nas tym razem nie do części turystycznej ale do części gdzie mieszkali Nepalczycy. Tutaj Pokhara wyglądała inaczej-było biednie, brudno a krowy znowu chodziły po ulicach. Było też o wiele taniej. Tak czy inaczej realizm ten bardzo mi się podobał. Zjedliśmy tu obiad, poszliśmy na internet i kupiliśmy kilka niezbędnych rzeczy takich jak np. pasta do zębów i majtki gdyż czasem bardziej się opłaca kupić nowe niż ciągle prać.

Będąc w Pokhara, tego samego dnia wieczorem kupiłem jeszcze siatkę przeciw komarom oraz pierwszy raz podczas tej wyprawy wziąłem tabletki przeciwko malarii. Już kiedyś je brałem będąc w Kambodży, Laosie i Indonezji. Tym razem zbliżam się do Indii, czyli do kraju wielkiego ryzyka zarażenia się malarią i wolałem nie ryzykować. Tabletki te miałem już zacząć brać w Tybecie (tydzień przed wjazdem do Nepalu) lecz Nepal jest krajem bardzo niskiego ryzyka dlatego postanowiłem nie faszerować się bez sensu.

Do Tybetu i moich wrażeń z Mount Everestu nawiązuj moja Wyprawa Do Tybetu 2006

Tansen

Następnego dnia rano zmierzając nadal na południe zatrzymaliśmy się na noc w osadzie Tansen-czyli jednej z popularnych stacji górskich i niestety jednej z gorszych dziur na jakie mogliśmy natrafić. Droga tam była długa i uciążliwa a kierowca tym razem jechał aż za wolno. Pod koniec jazdy jechałem na dachu autobusu aby mieć także i to doświadczenie w Nepalu. (Nie był to dla mnie pierwszy raz. Kiedyś jechałem już na stojąco na dachu w Laosie, w drodze do granicy z Kambodżą). Gdy autobus wysadził nas na wyjątkowo nieatrakcyjnym parkingu, widać było że byliśmy prawdziwą atrakcją dnia gdyż wszyscy się na nas gapili. „Biali przyjechali do miasta”-pomyślałem. Zamieszkaliśmy w hotelu, który przeznaczyłbym już tylko do spalenia choć innych i tak nie było. Dostaliśmy pokój z brudnymi pryczami, ściany były szaro-czarne z brudu a toaleta była istnym koszmarem. Gdy poszedłem do restauracji kelner powiedział że dzisiaj podają tylko herbatę, tosty i jajka, po czym podał mi grube menu i bardzo poważnie zapytał co chciałbym zjeść. Spróbowałem w drugiej restauracji gdzie zjedliśmy lecz jedzenie okazało się straszne. Byli tam kelnerzy, którzy bardzo słabo mówili po angielsku i choć byli bardzo uprzejmi mieli paskudne jedzenie. Gdy wszedłem do ich kuchni był jeszcze większy syf niż w knajpie i na wszelki wypadek wolałem nie wspominać o tym Monice. Wynikła z tego zabawna sytuacja polegająca na określonym przeze mnie sposobie zadawania pytań. Wcześniej stosowałem to już będąc w Birmie a sposób ten jest bardzo prosty. Otóż wszyscy są uprzejmi, wszyscy śmieją się i wszyscy zawsze przytakują mi z wielkim przekonaniem w głosie i gestykulacji. Zadałem więc pytanie: czy kurczak jest z kością? Wszyscy wesoło odpowiedzieli “tak”. Potem zapytałem czy ten sam kurczak jest bez kości i wszyscy znowu odpowiedzieli, że tak. Ostatnie pytanie sprawiło im duży problem. Otóż, w jaki sposób podają kurczaka? Męczyli się nad odpowiedzią bardzo długo i rozmawiali między sobą po cichu aby uzgodnić ostateczną wersję. Tak jest ze wszystkim, po jakimś czasie nie jest już to śmieszne. Przełknąłem więc to co mi dali i poszedłem do naszego strasznego pokoju. Monika załamała się tego wieczora i powiedziała, że ona raczej nie nadaje się na wyprawy do krajów rozwijających się i chce już wrócić do swego luksusu w Polsce. Postanowiłem jednak żeby nie poddawać się i wynieść coś dobrego z tego miejsca. Tansen jest miasteczkiem górskim położonym 4300m npm a głównymi atrakcjami są między innymi piękne widoki na Himalaje, sielska atmosfera i bezproblemowi ludzie. Zabrałem więc Monikę na spacer i po pierwszych niezachęcających doświadczeniach zrobiło się bardzo miło gdyż im wchodziliśmy wyżej tym widoki były piękniejsze. Po jakimś czasie usiedliśmy przy drzewie i po prostu obserwowaliśmy szczyty Himalajów-także Annapurnę, które wcześniej widzieliśmy z Sarangot.

Nawet krótki spacer w Tansen nie jest łatwy gdyż tu można iść tylko pod górę lub z góry. W Tansen jest także kilka świątyń i pałac lecz niestety wszystkie te piękne zabytki zostały zniszczone podczas ataku Maoistów w styczniu 2006 roku. Poszliśmy też na miejscowy festyn gdzie grałem z dziećmi w piłkę i spędziliśmy trochę czasu z miejscowymi oraz ich tragiczną rzeczywistością. Najważniejsze, że czuliśmy się tu dobrze i bezpiecznie, tylko że warunki były beznadziejne. Osady tego typu udowadniają, że Nepal jest bardzo biednym krajem bardzo biednych ludzi i nie można mieć do nich pretensji, że jest jak jest.

Następnego ranka pożegnaliśmy Tansen nie oglądając się za siebie i ruszyliśmy w dalszą drogę. Wioskę tę będę zawsze wspominał jako odprężające miejsce o pięknych widokach lecz uważam, że wszyscy którzy czytają mój reportaż i wybierają się do Tansen, nie powinni raczej liczyć na luksus.

Lumbini

Tym razem zmierzaliśmy do naszego ostatniego przystanku przed Indiami, czyli do świętego miasta Lumbini w Zachodnim Teraju gdzie urodził się Budda. Z tego powodu jest to częste miejsce pielgrzymek buddystów.Przypomnę, że Budda urodził się jako książę Siddharta, który poprzez swoją drogę duchową stał się Buddą.

Jazda była znowu dłuższa i trudniejsza niż myślałem ale po drodze mogliśmy oglądać piękne góry oraz bananowce rosnące przy drodze. Mogłem także jeszcze raz zobaczyć nepalską wieś. Głównie były to bardzo prymitywne zabudowania ze słomy i bambusów a wokół bawiły się brudne, na wpół rozebrane dzieci a zaraz koło nich siedziały kozy i bawoły. Gdy dojechaliśmy na miejsce spodziewałem się czegoś więcej po tak sławnym miejscu lecz jak często to bywa, przeliczyłem się. Autobus zatrzymał się co prawda na asfaltowej drodze lecz pierwsze kontury nowej osady zobaczyłem po tym jak opadł pierwszy kurz. Rykszarze rowerowi stojący obok wskazali mi ulicę gdzie był dom gościnny lecz i tak nie miałbym kłopotu ze znalezieniem go, bo w Lumbini była tylko jedna ulica. Na szczęście tutaj warunki mieszkaniowe były o niebo lepsze niż wcześniej w Tansen. Mieliśmy tani, podwójny pokój z prysznicem i ciepłą wodą co jest rzadkością w tej części świata.

W Lumbini spędziliśmy tylko jeden dzień gdyż tyle wystarczyło na to małe, zaniedbane miejsce. Rzeczą godną uwagi są tutaj świątynie z każdej części Azji. Była świątynia z Tajlandii, Birmy, Kambodży, Chin, Tybetu, Wietnamu, Korei itd. Monika była podekscytowana lecz dla mnie była to tylko bardzo miła powtórka mojej poprzedniej wyprawy gdyż we wszystkich tych krajach i wielu innych już byłem. Miejscem, które ja chciałem zobaczyć było miejsce narodzin Buddy. Znajdowało się ono w świątyni i było zaznaczone jako miejsce jego dokładnego narodzenia. Poza tym świątynie związane z samym Buddą to Ashok Pillar oraz świątynia Maya Devi zbudowana na cześć matki Buddy. Obydwie pochodzą z około II wieku. Aby zobaczyć wszystkie obiekty zatrudniłem rykszarza rowerowego i powoli obwiózł nas po wszystkich świątyniach. Oprócz świątyń związanych z Buddą najbardziej podobała mi się tajska i tybetańska, z wielką kalachakrą mandalą na suficie. Miałem też tu okazję potrzymać kobrę na rękach co sprawiło, że zacząłem trochę tęsknić za moimi wężami w domu. Smutne było to, że rykszarze i wszyscy mieszkańcy Lumbini byli żałośnie biedni i mieszkali w drewnianych domkach pokrytych słomą, natomiast świątynie były pięknym pomnikiem pieniądza. Zawsze z równo przystrzyżonymi trawnikami, ładnie pomalowane i wypieszczone do przesady, choć niektóre z obiektów były jeszcze nie dokończone. Przez cały czas miałem też za sobą dzieci żebrzące o cokolwiek mogły.

Nasza wycieczka była bardzo miła i bardzo nam się to wszystko podobało, tym bardziej że wzięliśmy rykszarza, który nas wszędzie woził. W międzyczasie poszliśmy też do restauracji pod strzechą aby po wyjęciu włosa zjeść zupę a potem poszedłem do herbaciarni zbudowanej z gliny i wszystkim biedakom tam siedzącym zaparzyłem herbaty. Na pewno mieli ubaw widząc jak obsługuje ich biały mężczyzna, w ich oczach milioner. W drodze do domu znowu widziałem autobus z ludźmi na dachu a potem już tylko zawiesiłem swoją siatkę przeciw komarom nad łóżkiem i poszliśmy spać.

Lumbini było miłym doświadczeniem a świątynie ze wszystkich stron Azji były piękne. Jak zwykle jednak, największą dla mnie wartość mieli ludzie których tam spotkałem oraz sposób w jaki żyli.

Bhairawa – granica z Indiami

Następnego dnia rano pojechaliśmy do blisko położonej (22km) granicy z Indiami a podczas drogi mogliśmy ostatni raz pożegnać się z Nepalem. Dość szybko dojechaliśmy do granicy, przesiadając się parę razy i ugniatając w małym jeepie jak sardynki. Tutaj też zjedliśmy swój pierwszy, wyborny indyjski posiłek a ludzie w knajpie gratulowali mi takiej kobiety jak Monika. Bhairawa jest bardzo chaotyczną, wiecznie przeludnioną i brudną dziurą lecz jedzenie jest tu dobre.

Następnie po pamiątkowym zdjęciu przed flagą Nepalu i po dostaniu pieczątek wyjazdowych, przeszliśmy około 20m i byliśmy już w Indiach.

Podsumowanie Nepalu

Gdybym miał podsumować Nepal to opisałbym go jako bardzo biedny kraj gdzie są bardzo mili ludzie, piękna przyroda i wielka egzotyka. Nie mogę powiedzieć na temat Nepalu nic złego oprócz niebezpiecznego transportu oraz brudu, co w krajach tego regionu jest oczywiste. Przed przyjechaniem tutaj radziłbym się jednak zapoznać z obecną sytuacją polityczną gdyż Nepal jest wciąż bardzo niestabilny. Tak czy inaczej ludzie są zawsze nastawieni pokojowo i witają turystów z uśmiechem. Wspominam teraz jak przemierzałem Nepal po stromych zboczach Himalajów, trzęsąc się na twardych, drewnianych siedzeniach w autobusie starszym od samego Buddy. Wspominam Place Durbar i to gdy jeździłem na słoniu oraz gdy małpa kradła mi banany z plecaka i gdy koło mnie przepłynął krokodyl. Wszystkie te trudy podróży są zarazem fascynującą przygodą gdzie szok kulturowy dodaje smaku przygodzie. Nepal był jedyny w swym rodzaju.

Koniec monarchii w Nepalu

Krótko po tym jak opuściłem Nepal, król Gyanendra został zdetronizowany a wszystkie jego pałace i cały majątek są teraz własnością państwa i są administrowane przez rząd. Przez setki lat nepalscy królowie byli uważani za wcielenie boga Vishnu, lecz po despotycznych rządach Gyanendry, wyraźnie stracił on swoją boskość w oczach swego narodu i teraz jest zwykłym cywilem. Gdyby abdykował rok wcześniej mógłby ocalić tron dla swego wnuka, a teraz Nepal nie będzie miał już w ogóle króla, ani dobrego ani złego.

Moim zdaniem jest to ogromny błąd gdyż można było króla zatrzymać pod warunkiem ograniczenia jego rządów do czynności reprezentacyjnych, a teraz Nepal przestanie być już „Królestwem Nepalu” i będzie rządzony przez hieny rządne władzy po szyldem „Republika Nepalu”. Może wcale przez to nie być lepiej.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan