Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Birmy (Myanmar) 2011

Napisał: Marcin Malik

Wyprawa do Birmy (Myanmar) 2011 – relacja z podróży

Przebieg podróży: Yangon, Bago, Kinpun (Złota Skała), Bago, Mandalay, Hsipaw, Pyin Oo Lwin, Mandalay, Nyang U, Bagan, Mt Popa, Kalaw, Inle lake, Yangon, Shwedaung i Budda w okularach, Pyay, Yangon.

Polecam także opis mojej wycieczki wizowej do Birmy z 2011 roku, do miasteczka Tachileik w stanie Shan)

Oprócz dokładnego opisu wymienionych miejsc, reportaż ten zawiera także wiele porad praktycznych, osobistych odczuć, ciekawostek i opisów z drogi.

Dlaczego znowu Myanmar (Birma)

(Opis przemian w ciągu ostatnich 7 lat)

O kiedy ostatni raz byłem w Birmie minęło już 7 lat i od tego czasu zawsze chciałem wrócić. Chciałem koniecznie zrobić lepsze zdjęcia niż wcześniej choć przede wszystkim moim planem było jak najlepsze poznanie tego pięknego kraju. „Kraina Złotych Pagód” od kiedy tylko została otwarta dla turystów, co roku przyciągała coraz więcej gości. Złote pagody są tym co przyciąga do tego kraju lecz odniosłem wrażenie, że powodów jest znacznie więcej. Ciekawa buddyjska kultura, piękne widoki, mili ludzie oraz pewien dreszczyk emocji spowodowany niestabilizacją w kraju ogarniętym reżimem.

(Z drugiej jednak strony według mnie osobiście cały świat jest ogarnięty reżimem do pewnego stopnia. W Birmie jest to prześladowanie ludzi niepodporządkowanych armii a w Europie jest to reżim między innymi oparty na poprawności politycznej, choć więcej i dokładniej na ten temat w rozdziale Od Autora.

Wszystkie te rzeczy sprawiają, że Birma jest krajem z jednej strony bardzo atrakcyjnym turystycznie a z drugiej towarzyszy jej coś co można nazwać wyprawą z dreszczykiem. Mimo, że na co dzień jest bardzo bezpiecznie, od mojego ostatniego pobytu tutaj nastąpiła rzeź mnichów w Yangon, bojowniczka o wolność Aung San Suu Kyi wygrała wybory i zwolniono ją z aresztu domowego. Zorganizowano pierwsze wolne wybory, choć ja demokrację traktuję tylko jak pusty termin  z podręcznika. Także, 6 maja 2008 roku w Birmę uderzył potężny cyklon NARGIS, który zniszczył sporą część kraju i część świątyń a straty ludzkie były oszacowane na 22 tys osób.

Innym istotnym zdarzeniem była ponowna zmiana flagi obowiązującej od 1974-2010 roku choć w hostorii Birmy były ich sporo. Junta wojskowa zamieniła też wiele nazw miast choć najbardziej istotne jest, że Yangon straciło pozycję stolicy kraju na rzecz mniej znanego miasta Nay Pyi Taw. Obecnie nowa stolica jest uświetniana i ma już nawet swoją pierwszą atrakcję turystyczną czyli złotą pagodę oczywiście. Powodem do tego była lepsza lokalizacja, więcej przestrzeni wokół nowej stolicy oraz fakt, że Yangon leży na wybrzeżu i według nich jest bardziej narażone na atak. Czy są to brednie, tą decyzję zostawiam specjalistom. Szkoda tylko, że podczas tylu zmian żadna nie miała na celu poprawy życia w tym bardzo biednym kraju.

Jak widać w ciągu siedmiu lat sporo się tu wydarzyło a są to tylko te rzeczy o których zwykli obywatele mają prawo wiedzieć gdyż birmańskie diamenty skutecznie zamykają usta amerykańskim mediom.

Nie mniej jednak, Birma to piękny, bardzo ciekawy, bardzo biedny kraj trzeciego świata i o tym właśnie chcę opowiedzieć w swoim repotażu. Zamierzam przedstawić Birmę w taki sposób aby przyszłym podróżnikom było łatwiej, dając także wiele wskazówek praktycznych.

Przylot

(Widok na złote pagody, granica, droga do Sule Pagoda, bieda, małe krzesełka)

Po kilkunastu godzinach lotu i nocy spędzonej na lotnisku w Bangkoku w końcu dotarłem do Yangon. Byłem szczęśliwy gdyż w końcu udało mi się tu wrócić a czekałem na to aż 7 lat. Już z samolotu widziałem zielony kraj pełen złotych pagód. Przejście graniczne poszło gładko i nie kupowałem lokalnej waluty na lotnisku aby nie płacić rządowego/zbójeckiego kursu. Po wyjściu z bagażem zapłaciłem magiczną sumę $8 i pojechałem do Sule Pagoda gdzie znajduje się wiele tanich hosteli. W drodze do centrum widziałem palmy, ludzi trzymających się jadących ciężarówek na zewnątrz, napis „Myanmar, złoty kraj” oraz bardzo dużo biedy.

Do dziś używane są tu samochody przystosowane do ruchu lewostronnego, podczas gdy w Birmie obowiązuję ruch prawostronny. Jest to moim zdaniem niebezpieczne ale Japończycy pozbywają się w ten sposób swoich starych gratów a rząd Myanmar nie chce ruchu lewostronnego aby zerwać z byłym kolonializmem brytyjskim. Widać tu, że bezpieczeństwo niestety nie współgra z ideologią choć w Birmie nikt wybredny nie jest.

Yangon (Rangoon)-wprowadzenie i dzień pierwszy

Kierowca wysadził mnie w oficjalnym centrum Yangon czyli w pobliżu Sule Pagoda. Poszedłem do taniego hostelu Mahabandoola gdzie za obskurny pokój zapłaciłem $4 za noc. Było tu jednak łóżko, wiatrak oraz prysznic dlatego po doprowadzeniu się do siebie musiałem się przespać kilka godzin.

Wieczorem wyszedłem na herbatę zmlekiem do jedenej z wielu knajp rozstawionych na ulicy. Za marne 200 kyat czyli praktycznie za darmo pierwszy raz patrzyłem na Birmę wypoczętymi oczami i coraz bardziej mi się podobało. Tego samego dnia spacerowałem jeszcze po centrum Yangon, przysiadałem na herbatę na małych krzesełkach na ulicy i robiłem pierwsze zdjęcia. Omijałem stragany z jedzeniem i  wszelkim towarem z Chin, a ludzie najczęściej reagowali uśmiechem na mój widok. Zauważyłem też, że od 2004 roku w Birmie powstało dużo misji chrześcijańskich. Oprócz wspaniałych złotych pagód i mnichów widziałem kilka kościołów i sióstr zakonnych. Brudne, ubogie ulice i ich biedni mieszkańcy tworzyli typowy dla Birmy charakter. Oprócz tego była typowa zabudowa brytyjska i budynki z rusztowaniami z bambusa, a wszystko w tle palm i w gorącym, tropikalnym klimacie. Tego dnia spacerowałem tylko kilka godzin lecz po paru minutach marszu byłem już zlany potem. Słońce tego dnia było bardzo męczące i dlatego wiele razy przysiadałem na małych, plastikowych krzesełkach na zieloną herbatę.

W porównaniu z przed siedmiu laty nie wiele się zmieniło. Widziałem jeden odnowiony budynek koło Sule Pagody lecz bieda pozostała ta sama. Wieczorem, z zapasem świeżych owoców, wróciłem do swojego upiornego hostelu z widokiem na śmietnik aby pozbierać myśli mojego pierwszego dnia w Birmie.

Cechy charakterystyczne dla Birmy (oprócz złotych pagód)

Wielu mężczyzn nie nosiło spodni ale swoje tradycyjne longi czyli kraciaste materiały wiązane wokół bioder. Do tego zawsze nosili zwykłe koszule i klapki. Zauważyłem, że najczęściej tylko wojskowi nosili spodnie gdyż tutaj są one przyznawane z racji munduru. W tym klimacie jednak noszenie tego rodzaju chusty zamiast spodni nie jest głupim pomysłem gdyż na pewno zapewniają one lepszą wentylację niż spodnie.

Kobiety natomiast malują swoje twarze i twarze dzieci jasną farbą zwaną tannaka. Jest to birmańska tradycja i stary ludowy kosmetyk, który przygotowuje się z kory drzew.Powiedziano mi, że jest to nie tylko kosmetyk ale także pachnidło i krem odbijający światło słoneczne.

Inną rzeczą, której nie da się nie zauważyć są naiwne komedie w autobusach. Za pierwszym razem jest to nowe więc turyści też oglądają ale potem stają się one denerwujące. Ponadto nie mają żadnego związku z tym jak w Birmie jest na prawdę gdyż pokazują bogactwo a Birmańczycy na filmach są bielsi niż w rzeczywistości. Myślę, że filmy te mają ten sam charakter co Bollywood w Indiach i są także chętnie oglądane w Pakistanie.

Yangon(Rangoon) – zwiedzanie miasta

(Dokładny opis ogólnego wrażenia miasta oraz najciekawszych zabytków w Yangon)

Następnego dnia rano wstałem podekscytowany gdyż nareszcie miałem zobaczyć świątynię Shwedagon Paya oraz znacznie więcej. Zszedłem po długich schodach swojego hostelu najniższej klasy i usiadłem po drzewem z wielkimi korzeniami gdzie były rozstawione stoliki. Napiłem się tutaj herbaty ze skondensowanym mlekiem za jedyne 200 kyat oraz miałem ciastko na śniadanie za 250. W międzyczasie obserwowałem przechodzących mnichów oraz wiele ofiar birmańskiej nędzy. Przeszedłem przez ulicę i po chwili dotarłem do pierwszego obiektu czyli Sule Paya Pagoda. Świątynia Sule mieści się na rondzie w centrum miasta i jest też odnośnikiem co do wszelkich odległości. Jeśli się kiedykolwiek zgubicie radzę dostać się do Sule Pagoda  a stamtąd jest mnóstwo autobusów, które jadą we wszystie kierunki. Z ciężkim sercem zapłaciłem całe $2 i dostałem się do środka. Przy wejściu był ołtarz z obliczem Buddy i innych świętych, a dalej widniały małe złote stupy i figurki Buddy. Jest to bardzo mała świątynia i moim zdaniem nie specjalna w porównaniu z absolutnym fenomenem Birmy i całej Azji, czyli Shwedagon Paya Pagoda. Świątynia Sule zazwyczaj będzie pierwszą do której uda się turysta i dlatego mimo wszystko jest to dobre, pierwsze doświadczenie. Można tu spotkać kilku mnichów, zobaczyć ludzi składających dary Buddzie i jest się w samym centrum Yangon (Rangoon). Dookoła Sule Pagoda są ulokowane sklepy gdzie można między innymi użyć bardzo wolnego internetu oraz kupić telefon komórkowy.

Po wyjściu z Sule poszedłem na chińskie bułeczki z kurczakiem gotowane na parze i pokręciłem się po centrum. Przed sobą miałem kościół św.Emmanuela a po lewej urząd miasta Yangon. Gdy byłem tu ostatnio (2004 rok) był on pomalowany na żółto lecz zarośnięty brudem, więc wpadał mocno w czerń. Teraz ma on kolor jasno fioletowy co jest trochę szokujące. Po drugiej stronie był Park Mahabandoola gdzie znajdował się zadbany teren zielony oraz w centralnym miejscu wysoki pomnik i cztery birmańsie lwy. Jest to miłe i zaciszne dla odmiany miejsce z którego jest widok na pobliskie obiekty, w tym na Sąd Najwyższy z czerwonej cegły, zbudowany przez Brytyjczyków. Niestety nie pozwolono mi wejść do środka dlatego przy napoju z trzciny cukrowej na głośnej ulicy, patrzyłem na kopletny chaos Yangon i atracyjnie wyglądający budynek sądu. Koło mnie oczywiście usiadł bezdomny, który pomógł mi dopić napój.

Myślałem, że tego dnia będę miał siłę na zwiedzanie lecz po paru godzinach byłem bardzo zmęczony. Upał, hałas i wilgoć sprawiły, że musiałem wrócić do hostelu aby wziąć prysznic. Zrozumiałem, że chociażby ze względu na klimat nie będzie mi tu łatwo. Po przerwie, po kolejnej herbacie na małych krzesełku, kupiłem owoce na jednym z wielu straganów i ruszyłem w drogę. Potem szedłem ulicą Mahabandoola i właściwie nie miałem konkretnego celu. Myślę, że najbardziej wartościowa była dla mnie obserwacja ludzi i ich wielu straganów gdzie można było kupić przeróżną tandetę oraz „smażone zagadki” na czarnym oleju. Nie wiedziałem z czego je robili i nie widziałem w pobliżu toalety, dlatego jadłem głównie owoce. Ruch był jak zwykle ogromny i było głośno, dlatego spokój dawały obskurne i zaśmiecone boczne ulice gdzie też były rozstawione herbaciarnie z małymi krzesełkami i stolikami. W ciągu moich wielu przerw na herbatę dotarło do mnie, że Yangon jest w fatalnym stanie. Wiele budynków wyglądało jak po wybuchu bombowym a kilka nie miało nawet przednich ścian. W taki właśnie sposób spędziłem swój drugi dzień w Yangon, dzień pełen wrażeń, dobrych doświadczeń, wielu herbat i świeżych owoców. Tego dnia jak i wiele razy później zauważyłem, że w Birmie bardzo popularne są swastyki i to nie tylko buddyjskie. Na wielu koszulkach widziałem swastyki i inne znaki wręcz relamujące narodowy sozjalizm. Znaki tego typu można też spotkać na motorach, hełmach i jako ozdoby w sklepach. Myślę, że Birmańczycy tak na prawdę tego nie rozumieją i każdą swastykę traktują jako związaną z buddyzmem. Byłem też w indyjskiej dzielnicy gdzie znajdowała się świątynia hinduistyczna (kovil), ogromny ceglany budynek w fatalnym stanie oraz kościół katolicki. Wszystkie te interesujące miejsca miały swój wyjątkowy klimat. Zawsze towarzyszyły im palmy, tropikalny upał, prymitywne stragany na drodze, 50-letnie, obskurne autobusy wchodzące w zakręt z piskiem opon oraz wielka nędza. Takie właśnie jest Yangon. Po dniu pełnym wrażeń, po ryżu z kurczakiem i po herbatach wróciłem do swojego bardzo taniego hostelu z torbą mango i winogron.

Następnego dnia rano po herbatce pod drzewem za 200 kyat, najpierw udałem się do wieżowca bardzo blisko Sule Pagoda czyli Sakura Tower. Na samym jej szczycie znajduje się restauracja, która jest punktem obserwacyjnym na Yangon. Widać stąd rzekę, Sule Pagoda, odrapane budynki wymagające remontu oraz oczywiście pagodę Shwedagon. Potem, nareszcie udałem się w kierunku Shwedagon Paya Pagoda. Mogłem wziąć autobus ale zdecydowałem, że pójdę na spacer aby lepiej zobaczyć miasto. Mijałem brudne stragany z jedzeniem, odsmażane banany i potrawy zagadki w wielkim ruchu przepełnionego miasta, lecz także leniwych ludzi, uciekających przed upałem w cień. Po około godzinie dotarłem do ulicy, z której widać było pagodę Shwedagon lecz najpierw skręciłem w prawo aby zobaczyć Maha Wizaya Pagoda. Jest to bardzo przyjemny obiekt ze stawem przed wejściem i mieszkającymi w nich żółwiami. Potem jest efektowne, złote wejście oraz para ogromnych lwów ustawionych po obu jego stronach. Następnie, na marmurowym,ogromnym placu ustawiona jest wielka, złota stupa lecz ta ma cztery wejścia do środka. Wewnątrz znajduje się główna sala i okrągły korytaż gdzie zazwyczaj można spotkać modlących się ludzi. Moim zdaniem godne polecenia są tu malunki na ścianach przedstawiające drogę Buddy do osiągnięcia doskonałości duchowej. Po wyjściu ze stupy przeszedłem dookoła placu, bogatego w inne ciekawe budynki na styl orientalnych pałaców i posągi birmańskich lwów. Cały kompleks świątynny Maha Wizaya bardzo polecam i uważam, że jest on pięknie zbudowany. Ogromna, złota stupa, malunki, staw z żółwiami i palmy w tle zachwycą każdego turystę. Niestety Maha Wizaya Pagoda traci na bardzo bliskiej odległości ze świątynią Shwedagon i dlatego wielu turystów, którzy mają tylko jeden dzień na Yangon (Rangoon) omija  ją. Przy wyjściu jeszcze raz oglądałem żółwie, podziwiałem wspaniały widok ogromnych lwów na tle złotej stupy, a potem udałem się do wspaniałej pagody Shwedagon.

Shwedagon Paya Pagoda to symbol religijny oraz najwspanialszy symbol tożsamości narodowej Birmy. Jednocześnie jest to także najświętszy obiekt w Myanmar, który według danych historycznych powstał około 2500 lat temu (588 rok p.n.e.) choć niektórzy historycy uważają, że Shwedagon mogła być zbudowana przed smiercią samego Buddy w 543 roku p.n.e. Shwedagon jest więc najstarszą antyczną pagodą w Birmie i na świecie i dlatego jest bardzo popularnym miejscem pielgrzymek wiernych oraz wizyt turystów. Według przypuszczeń archeologów pagoda Shwedagon został przebudowana między VI a X wiekiem a następnie jeszcze raz w XIV wieku gdyż była w fatalnym stanie. W tamtych czasach Shwedagon mierzyła tylko 18m wysokości i dopiero w XVIII wieku osiągneła aktualną wysokość 99 metrów. Pagoda Shwedagon osadzona jest na górze i trzeba iść na jej teren po długich schodach. Najwyższym punktem i zarazem symbolem miasta jest wysoka, 99 metrowa stupa, która wznosi się widocznie ponad panoramę miasta. Jak mi wiadomo, dzwonowaty kształt świątyni nawiązuje do wpływów kultury Cejlonu i jest pokryty 8688 drogocennymi, złotymi płytkami co osiąga masę 60 ton czystego złota. Na dodatek całość jest zdobiona szlachetnymi kamieniami, takimi jak diamenty, rubiny, szafiry i inne a na jej szczycie znajduje się wielki diament. W środku stupy znajdują się inne drogocenne przedmioty, które według legendy podchodzą od samego Buddy a na zewnątrz świątyni lecz na terenie obiektu znajduje się wiele mniejszych świątyń, pomników Buddy, siedzącego lwa oraz miejsc do nabożeństwa. Cały kompleks świątynny jest także wspaniałym miejscem do poznania miejscowych ludzi, którzy zawsze bardzo chętnie chcą oprowadzić po całym obiekcie i opowiedzieć szereg legend za drobną opłatą. Jest to też najlepsze miejsce w Yangon aby spotkać mnichów tam mieszkających i zrobić sobie z nimi kilka ciekawych zdjęć.

Już z początku ulicy widać było gigantyczną, złotą stupę „pilnowaną” przez dwa ogromne lwy. Gdy podchodziłem do niej z pagody Maha Wizaya miałem bardzo dobry widok i czułem, że miałem zobaczyć coś wspaniałego. Byłem w tym miejscu dokładnie siedem lat temu lecz za każdym razem jest to przeżycie. Wszedłem po pierwszych schodach i po przekroczeniu wielkiej bramy wszedłem do środka gdzie znajdowały się sklepy z figurkami i malunkami Buddy oraz innymi buddyjskimi symbolami. Sprzedawane były to także kwiaty lotosu dlatego ja też kupiłem jeden aby ofiarować go Buddzie. Potem zapłaciłem $5 za wejście, nakleili mi naklejkę na koszulkę i przede mną ukazało się bogactwo figur buddyjskich świętych, wiele małych kaplic oraz ogromna, złota stupa Shwedagon. Na tym ogromnym obiekcie spędziłem wiele godzin, krążąc wokół stupy, podziwiając wyszukane rzeźby świętych i starając się nawiązać kontakt z mnichami oraz ludźmi, którzy przybyli się pomodlić. Dookoła ogromnej, złotej stupy było wiele efektownych pałaców z czerwonymi, zdobionymi dachami oraz wiele palm pomiędzy nimi. Był tu też leżący Budda oraz wiele jego złotych pomników w pozycji siedzącej. Oprócz kaplic i samej złotej stupy ciekawa była też obserwacja ludzi krążących z kwiatami lotosu i modlących się dotykając czołami podłogi. Piętro niżej też było ciekawie gdyż znajdowało się tam miejsce gdzie mieszkali i robili pranie mieszkający w Shwedagon mnisi. Tutaj nie było już tłumu a jedynie palmy i bananowce. Usiadłem więc z kokosem w ręku i patrzyłem na proste czyności wykonywane przez mnichów w wieku około 7-8 lat. Ci byli przyzwyczajeni do turystów, sami szukali kontaktu i chcieli oglądać moje zdjęcia.

Do kompleksu świątynnego Shwedagon przychodziłem jeszcze wiele razy. Byłem tu na przykład po zmroku gdy główna stupa oraz teren dookoła niej był ładnie oświetlony. Shwedagon Paya Pagoda to na pewno niezapomniane doświadczenie, do którego ja polecam wracać wiele razy. Za pagodą znajduję się też staw, który jest przyjemnym i cichym miejscem spotkań mnichów. Wziąłem stąd taksówkę i wróciłem do Sule Pagoda, w okolice mojego hostelu. Potem po obiedzie udałem się w stronę Strand Road leżącej nad rzeką Yangon, gdzie znajduje się kilka ważnych urzędów miasta, w tym poczta główna. Strand Road zajmuje na pewno bardzo specjalne miejsce gdyż leży nad rzeką choć z drugiej strony radzę nie oczekiwać tu ładnej promenady. Po jednej stronie ulicy jest rzeka Yangon, sterta śmieci i zardzewiałe statki a po drugiej budynki, które swą świetność mają już dawno za sobą. Parę pokolonialnych budynków, które tu wymienię to Zarząd Portowy Myanma (nie „Myanmar” jak mogłoby się wydawać) oraz niedaleko stamtąd biura Śródlądowego Transportu Wodnego. Przeszedłem kawałek, potem usiadłem na małych krzesełkach na herbatę a następnie wziąłem rykszę rowerową i dojechałem do kolejnego pięknego obiektu. Dotarłem przed świątynię Botatung Paya, która jest dość efektowna i stanowi bez wątpliwości najbardziej atrakcyjny obiekt nad rzeką. Jest to ładna świątynia z dużą, złotą stupą po środku, kilkoma kaplicami, rzeźbami oraz mniejszymi stupami po wszystkich jej stronach. Wejście kosztowało tylko $2, przed obiektem była wielka, betonowa brama a dookoła świątyni roziągał swe ciało ogromny wąż. Bardzo mi się też podobał staw z żółwiami na terenie obiektu. Przez jego środek biegł most z ozdobionym, czerwono-złotym zadaszeniem a na jego końcu kolejna kaplica. Dookoła świętego drzewa bodhi było także wiele rzeźb Buddy pokrytych przez wielką kobrę i motyw ten powtarzał się jeszcze kila razy. Na terenie świątyni Botatung był też drugi plac gdzie znajdował się pomnik dużego, złotego Buddy. Tutaj także byli modlący się ludzie, przynoszący dary, w tym kwiaty lotosu. Na zewnątrz można było przede wszystkim kupić dary do świątyni w postaci owoców i rożnego rodzaju kwiatów. Były też naszyjniki z pięknie pachnących kwiatów, które wierni kupowali i zostawiali na szyi Buddy. Ogólnie rzecz biorąc był to ciekawy rytuał, efektowne miejsce i oczywiście staw z żółwiami bardzo relaksował. Po wyjściu na miasto było już ciemno ale ciągłe głośno. Wróciłem więc do hostelu rykszą rowerową.

Mojego ostatniego dnia w Yangon pojechałem miejskim autobusem do świątyni Chaukhtatgyi Paya zbudowanej w 1907 roku, gdzie znajduje się ogromny, leżący Budda. Świątynia ta jest często porównywana do podobnej w Bago lecz ten kto widział obie zdaje sobie sprawę z zasadniczych różnic. Leżący Budda w Chaukhtatgyi Paya ma długość 72 metrów i jest dłuższy niż ten w Wat Pho w Bangkoku. Budda ten leży pod metalowym dachem i patrzy na swoich wiernych  z dołu. Jest on pomalowany na kremowo, ma wyraziste czerwone usta, długie uszy i oczy z niebieskim efektem. Bardzo znaczące są tu jego stopy na których wyryte są znaki mające swe znaczenie. Dokoła świątyni znajdują się domy mnichów gdzie mieszkają bez najmniejszego luksusu. Są to jedynie proste, zarośnięte brudem i pokryte bananowcami boksy, z garnkami i praniem rozwieszonym na zewnątrz. Jest to ciekawe osiedle do zobaczenia gdzie można nawiązać kontakt z miejscowymi lecz należy omijać spiące na środku drogi psy. Sam Budda w Chaukhtatgyi Paya był piękny choć nie podobało mi się tu to, że przez środek biegły żelazne filary. Niestety zdjęcia nie wychodzą tu dobrze, gdyż trzeba albo bardzo manewrować aparatem albo fotografować filary na pierwszym planie.

Poza tym byłem też w ładnym parku z jeziorem po środku oraz w zoo. Zoo w Yangon to całkiem przyjemne i spokojne miejsce. Tu także jest staw, dużo małp, kopytne oraz moje ulubione, czyli węże. Poprosiłem opiekuna gadów aby dał mi się pobawić z pytonem tygrysim a ten był tak miły, że wyjął go z terrarium i dął mi do rąk. Zoo zdecydowanie polecam jako przyjemny odpoczynek od zwiedzania świątyń i hałasu miasta. Następnego dnia rano bez żalu w sercu opuściłem swój tani hostel i pewnie najgorszy pokój w Yangon (choć założę się, że są gdzieś gorsze) i udałem się do następnego celu podróży.

Transport do Bago

(W tym opis parszywego dworca w Aung Mingalar, sprzedawców wszystkiego oraz pięknej drog, bogatej w typowe dla Birmy krajobrazy)

Spod Sule Pagoda w Yangon wsiadłem do autobusu nr 43 i po około godzinie dotarłem do parszywej dziury z rzędem rdzewiejących, brudnych autobusów pod gołym niebem. Była to stacja przesiadkowa w Aung Mingalar. Kupiłem tu bilet i wszedłem do jednej z wielu przyjemnych na swój własny sposób knajp. Przyznam, że miejsce to było wspaniałe pod kątem obserwacji ludzi radzących sobie z chaosem i próbujących zarobić. Byli tu między innymi sprzedawcy rambutanów noszący swoje  wielkie tace na głowach, sprzedawcy bananów oraz udek z kurczaka na bambsowym kiju. W samym autobusie sprzedawali cudowne maście i szampony a przez okno wciskali kukurydzę i małe ptaszki nabite na patyk. Były też zalężone kacze jaja i inne obrzydlistwa. W końcu autobus ruszył z miejsca zabarwiając powietrze na czarno, a ja  znowu gnałem do przodu. W drodze widziałem kilka pagód, mnichów, prymitywne wsie z bambusa pokryte palmowymi liśćmi i zaprzęgi bawołów orających pola ryżowe. Co jakiś czas na tej trasie wsiadali sprzedawcy przekąsek, lepionego ryżu i tandetnych zabawek. Po około dwóch godzinach, wpadając w doły na drodze dotarłem do Bago.

Bago (Pegu)

(Opis głównych obiektów i ogólne wrażenie miasteczka-część I)

Bago jest małym, brudnym miastem w drodze do centralnej Birmy. Oprócz biedy i śmieci unoszonych na wietrze są jednak rzeczy warte polecenia. W Bago znajduje się kilka bardzo efektownych świątyń a przy tym można doświadczyć życia wiejskiego w Myanmar. Byłem tutaj dwa razy, w drodze do i ze Złotej Skały.

Gdy dojechałem na zabłocony plac z bogactwem dziur, otoczony barakami z dwóch stron i rozwalającymi się gratami, dotarło do mnie że jestem w Bago, czyli wedle niektórych przewodników w „świecie Buddy”. Od razu po tym jak wypadłem z autobusu podszedł do mnie bardzo uprzejmy, biedny człowiek, który zaproponował, że mnie obwiezie na swoim motorowerze po najciekawszych obiektach w Bago. Wycieczka moja trwała cały dzień i kosztowała 5000 kyat. Do tego w pierwszym obiekcie kupiłem bilet za $10, który otwierał mi drzwi do wszystkich obiektów turystycznych na terenie miasteczka. Najpierw mój kierowca zawiózł mnie do największej pagody w mieście czyli do Shwemawdaw Paya. Tę pagodę widać prawie z każdej części Bago gdyż ta ogromna, złota stupa jest o 14 metrów wyższa niż Shwedagon Paya w Yangon. Przy wejściu stoją dwa ogromne lwy, a potem po kupieniu biletu oraz pocztówek od najbardziej potrzebujących trzeba wejść po długich schodach aby dostać się na szczyt. Tutaj stoi ogromna, złota stupa i rzeźbiona ze wszystkich stron. Na jej krawędzi stoją także małe lwy oraz kaplice z podobizną Buddy a w innych częściach obiektu małe pałace z czerownymi i złotymi dachami, kaplice, święte drzewo oraz jeszcze raz Budda. Chodząc dookoła pagody widziałem wielu mnichów oraz innych ludzi składających dary Buddzie choć największe wrażenie robi tu gigantyczna, złota pagoda. Potem pojechaliśmy do Kha Khat Wain Kyaung czyli monastery, która jest najciekawszym z doświadczeń jeśli chodzi o spotkania z mnichami. Właśnie to miejsce polecam najbardziej aby zobaczyć jak mnisi się modlą, studiują, jedzą i piorą swoje szaty. Wielu jest wstydliwych ale zawsze reagują pozytywnie na widok turystów. Sama monastera jest oczywiście ciekawym miejscem ale z uwagi na obecność np. 600 mnichów nie jest ona zaciszna. Tutaj także znajdują się pomniki z obliczem Buddy choć w tym wypadku radzę usiąść przy filarach monastery i czekać na dobre zdjęcie mnichów. Monasterę tę polecam jako dobre doświadczenie kulturowe.

Następnie przejeżdżając przez wielką, złotą bramę dojechaliśmy na wielki teren zielony gdzie znajdował się Pałac Kanbawzathadi oraz muzeum, który był niegdyś domem XVI wiecznego króla Taungoo. Złoty Pałac Kanbawzathadi to efektowna budowla składająca się z trzech frontalnych części, z czego środkowa jest najwyższa i najstaranniej zdobiona. W środku znajdują się między innymi pomnik Buddy i sala tronowa choć także wiele innych komnat gdzie król spędzał swój czas. Wewnątrz wszystko jest utrzymane w kolorze czerwonym a dach podtrzymywany jest przez czerwone filary. Z kamiennego tarasu w tym obiekcie widać palmy, muzeum, oraz drzewo o rozległych korzeniach, ładnie wkomponowane w brzeg stawu. Złoty Pałac jest na pewno efektownym obiektem lecz myślę, że jest zbyt pusty a w środku nie ma prawie nic oprócz gołych ścian i filarów. Obok znajduje się Pszczela Sala Tronowa czyli także ładny lecz mniejszy, złoty obiekt. Sama nazwa wskazuje na salę tronową lecz nie wiem dlaczego pszczelą. Tak jak z budynkiem opisywanym wcześniej, tutaj także są zdobione, czerwono złote filary, płaskorzeźby w kształcie ptaków ozdobnych i oczywiście sala tronowa. Obiekt ten na pewno polecam.

Następnie pojechaliśmy na lokalny bazar, który był najciekawszym miejscem do obserwacji ludzi. Idąc poprzez kałuże i omijając błoto robiłem zdjęcia ludzi i ich starganów. Były tu głównie owoce lecz także ryby i mięso. Bogactwo pomarańczy, ananasów, kokosów, bananów wiszących na sznurkach i warzyw wszelkiego rodzaju. Widziałem, że ludzie szukali ze mną kontatu i często pozowali też do zdjęć choć najbardziej wstydliwe były kobiety. Uważam, że wizyta na bazarze jest koniecznością. Jeśli ktoś nie ma czasu, doradzam aby ominął jedną świątynię i jednak poszedł na bazar gdyż jest to jeden z najbardziej realistycznych obrazów danego kraju. Z torbą owoców usiadłem na motorze i jadąc przez drewniany most dojechaliśmy do wizytówki Bago, czyli do Shwethalyaung. Znajduje się tutaj ogromny posąg 55 metrowego leżącego Buddy pod gołym niebem. Budda ten robi wrażenie gdyż jest on na prawdę wielki. Jest większy niż leżący Budda w Wat Pho w Bangoku, ma zdobione stopy, długie uszy, i miłą, wręcz dziecinną twarz. Na tym samym terenie znajduje się też staw pełen wodnych roślin i żyjących w nim żółwi co wygląda bardzo efektownie. Po jego środku jest też pomost a na jego końcu znajduje się pomnik Buddy siedzącego na splotach kobry, która chroni go jego płaszczem przed deszczem (wg legendy). Cały obiekt Shwethalyaung to moim zdaniem konieczność podczas wizyty w Bago. Leżący Budda jest niezwykle efektowny. Dodatkowo przed wejściem na teren świątynny zbudowana jest duża, złota brama oraz dwa ogromne lwy po każdej z jej stron.

Zaraz przed Shwethalyaung znajduje się też inna, mniejsza budowla i w nienajlepszym stanie o nazwie Maha Kalyani Sima. Ta świątynia przedstawia cztery duże posągi Buddy z rozłożonymi rękami, stojącego na kwiecie lotosu i trzymającego swój złoty płaszcz. Przy każdej z nich znajduje się też swastyka jako symbol szczęścia-podaję link do artykułu Swastyka na szczescie. Obok, w ogrodzie pod drzewami jest także wiele rzeźb siedzącego, medytującego Buddy.To miejsce miało najlepszy nastrój gdyż Buddy są zbudowane pod drzewami w bardzo zacisznym miejscu

Dalej są jeszcze dwie interesujące pagody. Jedną z nich jest duża, biała Mahazedi Paya z której szczytu można obserwować otoczenie. Dodam, że wejść na tę pagodę mogą tylko mężczyźni. W pobliżu jest także Shwegugale Paya gdzie znajduje się tunel z 64 pomnikami Buddy. Na sam koniec pojechałem przez bazar do Świątyni Węża gdzie sama pagoda była niezbyt efektowna ale znajdowała się na wsi,  poza Bago. Nie brakowało tu mnichów oraz nędzarzy proszących o drobne lecz najciekawszy był tu ogromny pyton tygrysi, którym opiekowali się tu mnisi. Głaskałem go i dałem mały datek aby dołożyć do jego posiłku. Jak w każdym miejscu kultu tutaj także znajdowały się rzeźby i malowidła Buddy choć w centrum uwagi znajdował się oczywiście wielki pyton. Świątynia węża była jedną z moich ulubionych gdyż sam mam kilka sporych dusicieli w domu i już trochę za nimi tęskniłem. Po wyjściu usiadłem w chatce zbudowanej z grubych patyków pokrytej strzechą. Piłem herbatę otoczony pagodami i patrzyłem na spokojną, birmańską wieś. W drodze na „dworzec” zatrzymywałem się jeszcze wiele razy aby czasem pograć z dziećmi w piłkę a innym tylko po to aby lepiej się przyjrzeć prymitywnym chatkom oraz ludziom przy ich codziennych pracach. Czułem, że cofnąłem się w czasie conajmniej o 100 lat-może nie biorąc pod uwagę telefonu komórkowego, który miałem w kieszeni. Cała wieś była otoczona przez palmy a w pobliżu był też staw i kolejna złota pagoda na górze. Wydawało się, że ludzie ci choć przecież nic nie mieli byli szczęśliwi. Wieczorem wróciłem na dworzec i wsiadłem do autobusu jadącego do Kinpun.

Jak dotąd Bago było pełne wrażeń i pełne nowych doświadczeń. Tym razem nikt nie poprosił mnie już abym adoptował jego synka i wziął do Polski, po to aby mu dać lepsze życie. Nędza nadal tu jest lecz tym razem nie miałem w Bago tak tragicznej sytuacji jak w 2004 roku.

(Reportaż ten piszę chronolicznie dlatego mój powrót do Bago jest opisany po przygodach w Kyaitkiyo)

Transport z Bago do Kinpun i Złotej Skały Kyaitkiyo

Do składu wraków w Bago podjechał kolejny wrak, który wchodząc w zakręt z wielkim piskiem zatrzymał się w jednym z dołów. W tym momencie myślałem, że przewróci się na bok lecz poradził sobie po tym jak „wypadli” z niego ludzie. Droga do Kinpun trwała 3h czyli trzy razy za długo. Po drodze przejeżdżaliśmy przez parę mało ciekawych dziur i jechaliśmy pomiędzy polami ryżowymi oraz orającymi je bawołami. Gdy wydawało się, że już byłem na miejscu, jednak została jeszcze godzina a do Kinpun dotarłem o zmroku w wielkich strugach deszczu. Za tę trasę zapłaciłem 7000 kyat gdyż musiałem zapłacić za miejsce z Yangon. W drodze powrotnej z Kinpun do Bago zapłaciłem już tylko 4000 kyat choć chcieli 5000. Cena jak zwykle do uzgodnienia.

Kinpun

(opis miasteczka, 11km od Szczytu Kyaitkiyo i Złotej Skały)

Późnym wieczorem, w strugach deszczu dotarłem do Kinpun-bazy wypadowej na Złotą Skałę. Spod autobusu odebrał mnie mnich z wielkim parasolem i zaprowadził do hotelu. Była to właściwie mała dziura ze ścianami z płyt gdzie elektryczność była jak na lekarstwo. W każdym razie zapłaciłem tylko $5 ze śniadaniem i miałem dostęp do zimnej wody. Ogródek był tu bardzo ładny gdyż na palmach osadzone były orchidee w łupinach orzechów kokosowych. Gdy siedziałem przy śniadaniu po raz kolejny zdałem sobie sprawę jakie to szczęście, że jestem z Polski. Popijając herbatę wśród orchidei i pocąc się w upale i wilgoci, widziałem biedne birmańskie dzieci rozlewające beton pod schody. Niestety we wszystkich krajach trzeciego świata tak własnie jest.

Kinpun to mała wioska, którą ja dzielę na dwie części. Jedna to ta gdzie znajdują się tanie hostele, główny rynek, stacja autobusowa oraz sklepy z suszonymi owocami. Druga część jest bardziej spokojna i przyjemniejsza. Jest tutaj plac gdzie odbywają się walki kogutów, kilka drzew z pięknymi konarami, lokalne smażalnie bananów i potraw zagadek pod palmą oraz wąska rzeka. Dalej są drewniane domki pokryte strzechą, wydeptana droga na której sprzedawane są warzywa i owoce prosto z sadów gospodarzy oraz knajpa gdzie cała wioska zbiera się na oglądanie telewizji. Wstępowałem tu wiele razy na herbatę oraz aby pokroić mango. Zielona herbata jest za darmo! Kinpun to bardzo przyjemna i spokojna osada, która ciągle zachowuje swoją autentyczność a świat dowiedział się o niej dzięki sąsiedztwu świętej pagody na Złotej Skale Kyaiktiyo.

W porównaniu z 2004 rokiem gdy byłem tu poraz ostatni, niestety z punktu widzenia podróżnika parę rzeczy zmieniło się na gorsze. Jest teraz więcej betonu i niestety będzie go przybywało. Gdy przyjechałem do Kinpun w 2004 roku przede mną ukazała się tylko ubita ziemia z kilkoma domkami z dykty i ze świnią biegającą na podwórku a przywitały mnie wtedy dzieci z banami po dolarze za wiązkę.

W Każdym razie Kinpun to ciągle miła osada, która jest najlepszą bazą noclegową na Złotą Skałę. Można tu także dobrze i tanio zjeść. Raz gdy miałem gest zaprosiłem się na obiad za całe $2. Dostałem smażony ryż z kurczakiem i warzywami oraz sałatkę z orzechami i liśćmi herbaty.

(Jest też wieś Kyaiktiyo oddalona o 24km od Złotej Skały lecz tu nie ma sensu stawać. Radzę jechać wprost do Kinpun).

Wyprawa na Szczyt Kyaiktiyo do pagody na Złotej Skale

(Przebieg wyprawy, trudne warunki klimatyczne, magia kompleksu świątynnego Kyaiktiyo)

Kilka minut spacerem od domu gościnnego jest miejsce gdzie ciężarówki z deskami na przyczepie odjeżdżają w kierunku szczytu. Teoretycznie jest rozkład jazdy lecz w praktyce jest to czysta fikcja. Ciężarówki odjeżdżają gdy są pełne i tak samo w drogę powrotną. Miałem szczęście gdyż czekałem tylko 1,5h na ciężarówkę, która „miała odjechać za 5 minut”. Droga na górę była przyjemna i szybka.Musiałem się tylko dobrze trzymać gdyż zakręty były ostre i jechaliśmy z różną prędkością po nierównym terenie i często gwałtownie hamowaliśmy. Po krótkim czasie dotarliśmy do Sapporo, czyli do bazy w połowie drogi gdzie ciężarówki miały swój ostatni przystanek.Dystans 11 km pokonaliśmy w około pół godziny, po drodze mając widok na bananowce i parę wodospadów. Od czasu do czasu zdarzały się osady ludzkie z bambusa, pokryte liśćmi z palm oraz mosty. Była akurat pora deszczowa dlatego czasem kropił deszcz a w wyższych partiach gór unosiła się mgła. Stąd już musiałem iść na piechotę. W porze deszczowej wiele bambusowych knajp na krawędziach góry było zamkniętych i nie było tak dużo ludzi jak w sezonie. Tego dnia połączenie gorącego klimatu i wysokiej wilgotności powodowało, że stawałem kilka razy na herbatę. Bliżej wejścia na teren świątynny było więcej sklepów z pamiątkami, tak jak zawsze osadzonych na krawędziach gór i zbudowanych z tego co można znaleźć dookoła. To właśnie lubię, naturę a nie beton i plastik. W sklepach tych mieszkały całe rodziny. Mężczyźni starali się coś sprzedać a kobiety karmiły piersią. W kilku z nich można było kupić między innymi czaszkę małpy, zęby tygrysa i oczywiście obrazki z pagodą na Złotej Skale. Zaraz przed wejściem musiałem zapłacić $6 choć Birmańczycy wchodzili za darmo (od 2004 roku zdrożało o $1), potem zdjąłem buty i wszedłem na teren świątynny. Wejścia „pilnowały” ogromne dwa lwy a po przekroczeniu bramy było mnóstwo ozdób i motywów religijnych. Niespodzianką nie były tu oczywiście posągi Buddy, dary dla niego złożone głównie z kokosów i bananów oraz obecność mnichów. Na zawsze w pamięci pozostanie mi zwłaszcza jedno miejsce, gdzie kobiety nie miała prawa wchodzić gdyż naruszyłoby to świętość tego miejsca.Punktem najważniejszym i powodem dla którego każdego roku ściągają masy pielgrzymów i turystów jest oczywiście pagoda na Złotej Skale osadzona na krawędzi klifu, która podobno zaprzecza prawom grawitacji. Jak z każdym miejscem tego typu, także i z tym związania jest pewna legenda. Otóż skała ta jest oblepiona złotymi płatkami a optycznie sprawia wrażenie jakby miała się obsunąć w przepaść. Legenda jednak mówi, że nie ma takiej możliwości gdyż położony jest pod nią włos samego Buddy, dzięki czemu zachowuje ona perfekcyjną równowagę.

Z samego szczytu był także piękny widok na góry, rzędy małych białych pagód i na drewniane domki. Gdy zmierzałem do wyjścia zaczął padać deszcz lecz tym razem pora monsunowa na poważnie dała znać o sobie. Błyskawicznie pojawiła się gęsta mgła i musiałem się schować pod drzewem. Gdy na chwilę się rozpogodziło zszedłem do Sapporo i usiadłem w knajpie na herbatę gdzie okoliczny tłum oglądał głupie amerykańskie filmy o zabijaniu. Chciałem wrócić do Kinpun lecz nikt nie wiedział kiedy będzie następna ciężarówka na dół. W końcu po godzinie straciłem cierpliwość i wyruszyłem w 11km drogę. Miałem jednak wielkiego pecha bo gdy tylko wyruszyłem rozpadało się na dobre i padało przez wiele godzin. Po drodze stawałem kilka razy aby robić zdjęcia oraz na herbatę w domkach zbudowanych z palm. Na początku mojej drogi trasy starałem się zakrywać płaszczem przeciwdeszczowym. Gdy ten kompletnie przemókł urwałem wielki liść bananowy i starałem się aby chociaż nie padało mi na głowę. Po jakimś czasie zdałem sobie jednak sprawę, że nie ma to sensu i twardo szedłem w ulewę. Byłem zmęczony i mokry i na prawdę nie chciało mi się już iść dalej lecz nie mogłem się po prostu położyć na szosie i umrzeć. W międzyczasie przejechały też dwie ciężarówki lecz żaden z tych dupków nie zatrzymał się aby mnie podwieźć. Na ostatnim kilometrze miałem szczęście gdyż miejscowy na motorze podwiózł mnie do Kinpun. Tego dnia byłem wykończony i jeszcze przez całą noc czułem jakby siarczysty deszcz pluł mi w pysk. Spędziłem więc jeszcze jedną, ostatnią noc w Kinpun. Wziąłem zimny prysznic i chętnie bym też poszedł spać ale najpierw musiałem rozłożyć do wysuszenia moje czeki podróżne i pieniądze. Byłem wykończony.

Złota Skała to wspaniała, piękna przygoda, którą tym razem pokonałem podczas trudnych warunków klimatycznych. Cały kompleks świątynny bardzo mi się podobał i uważam, że sama legenda też jest ciekawa. Zdecydowanie pięknu tej wycieczki dodaje sama droga na górę, skąd są wspaniałe widoki i można spędzić czas z miejscowymi ludźmi przy filiżance herbaty.

Droga powrotna z Kinpun do Bago

Autobusem za 4000 kyat jechałem 3h do Bago. Trasa minęła lekko i przyjemnie. Na pokład wsiadali obwoźni sprzedawcy owoców i glillowanych kurczaków na bambusach a także innych przekąsek. Za oknem były głównie pola ryżowe, prymitywne wioski i od czasu do czasu, małe złote pagody.

Powrót do Bago

(Pagoda Kyaik Pun Paya, bliższy kontakt z miejscowymi i więcej doświadczeń z realnym życiem w Birmie)

Jak wspomniałem na samym początku w Bago byłem dwa razy. Za drugim razem musiałem tu wrócić z Kinpun aby po 6h w Bago wziąć autobus do Mandalay. Pomyślałem, że skoro miałem 6h to zrobię z nich użytek. Z radością opuściłem jeden z najbardziej tragicznych dworców w mojej podróżniczej karierze (może oprócz tego w Bangladeszu) i poszedłem do świątyni Kyaik Pun Paya znajdującej sie kilka km od Bago. Od dworca był to jednak spory kawałek dlatego za drobną płatą 200 kyat zostałem podwieziony na motorowerze. Gdy wjechałem na duże pole, przede mną ukazało się oblicze ogromnego, siedzącego Buddy z mniejszymi stupami po bokach. W wejściu nawiązałem kontakt z kobietami od których kupiłem bilet ze zniżką. Dały mi też stare banknoty z napisem „Bank of Burma” a ja kupiłem od nich małą pamiątkę. Świątynia  Kyaik Pun Paya zbudowana w XV wiekuto wyjatkowy, ogromny „świat Buddy”. Wejście prowadzi przez rząd złotych stup a potem po „hello”miłym Paniom przy wejściu oraz po porcji mango i papai wszedłem po schodach na główny plac. Tutaj zbudowany jest 27m posąg poczwórnego, siedzącego Buddy z czego każdy siedzi plecami do siebie. Wrażenie jest niezapomniane i mimo że z każdej strony Budda wygląda tak samo zawsze jest wyjątkowy. Dookoła są inne kaplice i rzeźby lecz w porównaniu z czterema Buddami nie zwracają na siebie takiej uwagi. Definitywnie polecam Kyaik Pun Paya a kilku kilometrowa odległość od Bago nie powinna nikogo zrazić. W drodze powrotnej miałem interesujące lecz smutne spotkanie, które dużo mówi o Myanmar. Szedłem z młodą dziewczyną, która łamanym angielskim opowiadała o tym, że jest sierotą praktycznie od zawsze. Ojciec był alkoholikiem i ją bił dlatego ciotka dla jej dobra wydała ją za mąż w wieku 16 lat. Podrużując po krajach rozwijających się historii tego rodzaju widziałem i słyszałem bardzo wiele, choć z drugiej strony w bogatych krajach takich jak Polska czy Anglia też nie jest kolorowo.

Po zobaczeniu wszystkich obiektów w Bago miałem jeszcze 5h do odjazdu mojego autobusu nie wliczając w to spóźnienia. Poszedłem więc poszukać kontaktu z birmańskim narodem i dlatego pokręciłem się po bocznych ulicach. Spacerowałem przez wydeptane ścieżki, po obu stronach mając drewniane chatki pokryte strzechą i liśćmi palmowymi. Dzieci grały w piłkę i przedrzeźniały mnie a kobiety robiły pranie w rzece i grillowały banany. Byłem też jeszcze raz na bazarze oraz w częściach miasta gdzie znajdowała się zrujnowana, pokolonialna architektura. Usiadłem też w knajpie na herbatę i tak na małych platikowych krzesełkach, siedząc koło mnichów spędziłem około godziny. Byłem też na miejscowym meczu w siatkówkę gdzie z poświęceniem grała reprezentacja Bago. Gdziekolwiek nie poszedłem wzbudzałem zainteresowanie. Młode kobiety patrzyły na mnie ukradkiem odwracając się gdy chciałem im zrobić zdjęcie a inni po prostu patrzyli na mnie i komentowali. Byłem też w brudnej knajpie na obiedzie gdzie za dolara podali mi pyszne danie. Dostałem smażony ryż z warzywami i kurczakiem a przed sobą miałem plakat miss Birmy. Wpaniale! Szkoda tylko, że obok usiadł rykszarz, który za dużo mówił i już od dawna nie mył zębów. No cóż….

Gdy zbliżał się czas mojego odjazdu wróciłem rykszą rowerową na tragiczny lecz jakże realistyczny dworzec autobusowy. Spotkałem tu także swojego nowego towarzysza podróży z Francji z którym potem już razem przemierzałem Birmę. Po paru godzinnym opóźnieniu przyjechał autobus pierwszej klasy i w końcu odjechałem do Mandalay.

Bago to na pewno wielka atrakcja turystyczna, którą polecam także tym podróżnikom, którzy nie mają zbyt wiele czasu. Bago leży tylko 80km na północ od Yangon, można tu tanio zjeść i przespać się a atrakcje turystyczne w postaci świątyń i życia wiejskiego gwarantują, że nie można się nudzić. W przewodniku jest napisane, że Bago to dobra przerwa w podróży pomiędzy Yangon a Złotą Skałą Kyaitkiyo lecz ja uważam, że można tu zostać przynajmniej 2 dni. W porównaniu sprzed siedmioma laty parę rzeczy zmieniło się. Zbudowali jeszcze jeden most więc teraz są już dwa a po drugie 7 lat temu główna droga była pokryta piachem i kamieniami, tak że każda przejeżdżająca ciężarówka powodowała kłęby pyłu i kaszel u przechodniów. Teraz Bago dorobiło się asfaltu. Jest jeszcze bardzo marny, ale wciąż jednak…..dworzec.

Podróż do Mandalay

Tym razem byłem bardzo mile zdziwony gdyżpodjechał przyzwoity, klimatyzowany autokar. Cena była niestety wysoka gdyż zapłaciłem $16/10h i niestety w Birmie działa to tak, że musiałem zapłacić za miejsce z Yangon do Mandalay. Na pokładzie dostałem też butelkę wody i ciasteczka. Tym razem nie było też wertepów gdyż jechaliśmy po nowej autostradzie łączacej Yangon z Mandalay. Nad ranem około 5-tej dotarłem na miejsce.

Mandalay

(Przyjazd na dworzec, miasto powrotów, chińskie interesy, Pałac i Fort Mandalay, szkoła mnichów, monastera Shwe In Bin Kyaung, pomoc ludzi, wymiana waluty, Mahamuni Paya i Złoty Budda, bogata elita-ubogi naród i porównanie do Zachodu, Sandamani Paya, Mandalay Hill)

Mandalay to jedno z większych miast w Birmie gdzie warto się zatrzymać na kilka dni. Znajduje się kilka interesujących świątyń, pałac otoczony fosą, świątynia na szczycie góry oraz sławny na cały kraj Złoty Budda, w pagodzie Mahamuni Paya. Oprócz tego są dymiące samochody, chaotyczny ruch uliczny, wiele dobrych, chińskich knajp i bieda jak wszędzie. Mandalay jest na pewno żywym, dynamicznym miastem, w części z powodu chińskich inwestycji które zawładnęły Mandalay. Warto też wspomnieć, że ulice nie mają tutaj nazw lecz numery. Np. jest to skrzyżowanie 27-dmej i 83-ciej co często pomaga w znalezieniu właściwej ulicy. Oprócz tego Mandalay jest bardzo dobrą bazą wypadową do innych ciekawych miejsc w górach gdzie jest znacznie chłodniej bo w samym mieście jest bardzo gorąco.

Do Mandalay wracałem kilka razy. Raz w drodze na północ w kierunku Lashio a innym aby spędzić tu noc i pojechać do Bagan.

Na dworzec w Mandalay oddalony o 7km od centrum dotarłem z moim francuzkim kolegą około piętej rano. Tłum kierowców od razu rzucił się na nas aby zaoferować podwiezienie do miasta za duże pieniądze lecz po doświadczeniach w Indiach nauczyłem się to załatwiać spokojem. Usiedliśmy więc na herbatę a gdy emocje już ostygły wsiedliśmy to zbiorowej taksówki i dostaliśmy się do centrum za grosze. Załatwiłem tani hotel za $5 za pokój plus tylko $1 extra za dobre śniadanie na werandzie. Co prawda pokoje wyglądały jak cele więzienne a łazienka była brudna i miałem tylko zimną wodę ale z drugiej strony co za cena. Pierwszego dnia nie zwiedzałem za dużo. Byłem wykończony podróżą w autobusie lecz przede wszystkim upałem. Przespałem więc wiele godzin a wieczorem poszedłem na kolację do Chińczyka. Knajp na ulicy tego rodzaju jest wiele w Mandalay a ten Chińczyk specjalizował się w zupach, które były wspaniałe i kosztowały tylko 1000 kyat. Jak zawsze do tej pory będąc w Birmie zakończyłem dzień mango.

Następnego dnia, wynajeliśmy po rowerze za 1000 kyat od sztuki za cały dzień, zaopatrzyliśmy się w wodę i kapelusze i pojechaliśmy zwiedzać. Uważam też, że zwłaszcza w Mandalay aby być zadowolonym turystą należy najpierw wypożyczyć rower gdyż odległości są dość spore a od chodzenia upał tym bardziej może wykończyć. Najpierw pojechaliśmy dookoła fosy za którą mieścił się Pałac i Fort Mandalay. Wszystkie obiekty znajdujące się wewnątrz zostały otoczone murem tworzącym idealny kwadrat z czego każda ściana ma 2km. Jadąc na rowerze dookoła fosy widać także pokryte czerwonymi, spiczastymi dachami wieże obserwacyjne, które są typowym pokazem birmańskiej architektury. Do środka wjechałem przez bramę wschodnią czyli jedyną otwartą dla turystów i po zapłaceniu $10 miałem wstęp do głównych atrakcji turystycznych w Mandalay. Brama wschodnia jest biała tak jak reszta muru i także pokryta jest dachem podobnym do wież obserwacyjnych. Do tego jest pilnowana przez uzbrojonych żołnierzy a po do dostaniu się do środka turyści nie mogą jeździć wszystkimi drogami a jedynie dla nich wytyczonymi. Powodem tego są obecne tam jednostki wojskowe co nie przeszkadza w dostaniu się do pałacu. Przewodnik nie polecał tego miejsca lecz mi się podobało. Nawet bez oglądania zabytków można tu było pobyć z miejscowymi, zjeść mango, arbuzy i papaje za grosze, a zaraz koło pałacu była też knajpa pod gołym niebem gdzie podawali smażony ryż z kurczakiem i warzywami. Było to jedno z tych miejsc gdzie można było odpocząć i w cieniu drzewa zapomnieć o całym świecie. Obiad zwykle zajmuje mi około pół godziny lecz tu spędziłem aż dwie. Wracając jednak do tematu zabytków, pałac wewnątrz fortu to ostatni birmański pałac należący do ostatniej birmańskiej monarchii. Mimo że oryginalnie został zbudowany pomiędzy 1857 a 1859 rokiem, to w latach 90-tych XX wieku został zbudowany od nowa. Powodem był tu najazd i okradanie przez Brytyjczyków, zniszczenia spowodowane przez wojska indyjskie oraz zbombardowanie pałacu przez aliantów podczas II wojny światowej aby wykurzyć stamtąd Japończyków. Jedynie nieliczne obiekty stoją tu do dziś nienaruszone, łącznie z murem je otaczającym. Cała reszta jest niestety tylko kopią. Jeśli chodzi o same obiekty, to myślę że najbardziej szczególnym jest tu Pałac Królewski Mandalay ( Mya Nan San Kyaw ), na której terenie znajduje się kilka innych budowli. Główne wejście składa się z wysokiej, spiczastej bramy a charakterystyczną cechą innych są kilkupoziomowe dachy ze złotymi zakończeniami. Niestety wszystkie te obiekty są kopiami gdyż podczas II wojny światowej Japończycy wykorzystali ten obszar jako swój garizon i dlatego alianci doszczętnie go zbombardowali. Jednym z bardzo niewielu obiektów, które ocalały jest wysoka wieża obserwacyjna, z której są dobre widoki na cały kompleks pałacowy. Podsumowując uważam cały fort, mury dookoła oraz ogromną, 8km fosę za prawdziwy symbol Mandalay. Więcej o historii tego miejsca opowie lokalne muzeum a głodnym polecam wiele lokalnych knajp i stoisk z owocami pod liściem bananowym.

Potem jeździłem rowerem po mieście i szukając właściwych numerów ulic stałem się częścią otaczającego mnie chaosu. Po niedługim czasie dotarłem do szkoły mnichów gdzie mieszkali, odprawiali modły, robili pranie nad rzeką itd. Byłem świadkiem tych wszystkich czynności a z wieloma nawiązałem kontakt. Myślę, że charakterystyczną cześcią tej budowli jest wieża zegarowa przypominająca Big Bena choć dla mnie najciekawsze były same doświadczenia związane z mnichami. Przez godzinę uczestniczyłem w ich życiu i codziennych czynnościach. Niestety gdy „Big Ben” zaczął bić wszyscy pobiegli na modły i dlatego ja też odjechałem. Potocznie cały ten rejon był „rejonem mnichów”co gwarantuje niezapomniane wrażenia kulturowe. Było dużo młodych lecz dla mnie najciekawsi są bardzo młodzi chłopcy z ogolonymi głowami i w pomarańczowych szatach oraz starzy i pomarszczeni, często bez zębów. Mnisi na Sri Lance mówili mi, że byddyjski mnich powinien żyć bez pożądania niczego oraz bez nałogow lecz niestety zdarzyło mi się zobaczyć mnicha z papierosem, co świadczy o tym że nie wszyscy są tak głębocy. W cześniej w Tybecie i Tajlandii widziałem mnichów z dobrymi telefonami komórkowymi co też stawia ich trochę inaczej w moich oczach. Cały ten teren znajduje się z dala od turystycznego szlaku dlatego jest tym bardziej ciekawiej gdyż można nacieszyć sie realizmem; czyli biedą, brudem, żebraniem (także przez młodych mnichów) oraz codziennym horrorem świata rozwijającego się. Niedaleko od szkoły mnichów (zaraz przed drewnianym/niepewnym mostem) znajduję się piękna, drewniana monastera Shwe In Bin Kyaung zbudowana w 1895 roku, która jest najwspanialszym przykładem XIX wiecznego rzeźbiarstwa. Podejścia wykonane są z kamienia lecz cała resza jest drewniana. Budowla ta, która niegdyś była pałacem jest bardzo mała lecz można tu spędzić dużo czasu na podziwianiu sztuki. Wszystkie części dachów, ściany, drzwi oraz większość elementów obfituje w piękne płaskorzeźby.

Gdy wracałem na rowerze przez miasto zastała nas noc i niestety zgubiłem się na trochę. Na szczęście ludzie mnie pokierowali, akurat prosto do chińskiej knajpy, gdzie serwowali dobre zupy. Stamtąd już kawałek dalej znajdował się mój tani hostel. Myślałem, że to już będzie koniec mojego dnia i po prostu pójdę spać lecz wcześniej wymieniłem walutę. Zamieniłem $150 na kyaty i szkoda, że nie zrobiłem tego w Yangon gdyż tam kurs jest zawsze najlepszy. Niestety facet wymieniający pieniądze już nie miał więcej aby wymienić Francuzowi więc ja mu sprzedałem wartość $50. W Birmie trzeba przyjąć, że czarny rynek jest jedynym dobrym źródłem wymiany gdyż banki nie dość że płacą o połowę mniej to jeszcze zadają pytania i dają ból głowy.

Następnego dnia rano wyjechaliśmy na swoich rowerach parę kilometrów na południe od centrum. W drodze zaliczyliśmy kilka małych świątyń gdzie oczywiście nie brakowało pięknych lwów oraz białych i złotych stup. Wszystkie były piękne i wszystkie oferowały odpoczynek od bezlistosnego słońca. Zdecydowanym celem naszej wycieczki była sławna w całej Birmie świątynia Mahamuni Paya. Cały kompleks świątynny składał się z trzech, połączonych ze sobą obiektów oraz licznych pracowni artystycznych. Jadąc do głównej bramy po lewej stronie znajdował się staw otoczony białymi i złotymi stupami oraz wysoka wieża zegarowa ze złotymi, rzeźbionymi zakończeniami. To miejsce było zdecydowanie najbardziej zaciszne a w stawie pływały ryby i żółwie, które można było karmić. W centrum uwagi było główne wejście, które prowadziło przez korytarz pełen sklepów. Zanim się dostałem do samej kaplicy, spędziłem tu sporo czasu gdyż za $1 udało mi się np. kupić ręcznie wyrabiany grzebień z drzewa sandałowego. Poza tym było wiele oblicz Buddy, ręcznie malowane szkatuły i pudełka. Sama świątynia nie była zbyt piękna. Odniosłem wrażenie, że był to zwykły dach podtrzymywany przez rząd filarów a dookoła leżeli biedni. Jednak na końcu korytarza znajdowała się kaplica oraz najsławniejszy i jeden z najświętszych obiektów religijnych Birmy. Był to Złoty Budda, ważący aż 6 ton i pokryty ponad 15cm warstwą złotych płatków. Pochodzi on jak się przypuszcza z I wieku. Przed Buddą było wielu modlących się, a niektórzy (w tym ja) wchodzili na ołtarz aby go dotknąć. Zanim to się jednak stało policjanci założyli mi sarong gdyż w krótkich spodenkach mógłbym zlekceważyć Buddę. Oczywiśce było to wyjątkowe wrażenie gdyż stałem koło najświętszego symbolu Myanmar pokrytego 15cm warstwą złota. Niedaleko znajdowały się też zdjęcia militarnego lidera Birmy, generała Than Shwe, modlącego się przed obliczem tego właśnie Buddy, co miało wskazywać na jedność z narodem. Ciekawe było tu to, że generał i wszyscy jego pomocnicy w mundurach byli obwieszeni złotem a naród birmański często żyje w nędzy. Do chwili zastanowienia zmusza też fakt, że wiele z dóbr kulturowych i religijnych  jest pokrytych złotem i szlachetnymi kamieniami, podczas gdy nie raz widziałem birmańskie dzieci biegające głodne, brudne i pokryte szmatami. Z drugiej strony w zachodnim świecie istota problemu jest dokładnie taka sama choć kontrasty nie są aż tak ekstremalne. Dalej znajdują się też pracownie gdzie na miejscu rzeźbione są posągi Buddy oraz ładne meble. Tutaj otoczenie nie jest już tak kolorowe lecz nie ważne gdyż można zobaczyć ciekawą sztukę i napić się soku z trzciny cukrowej lub kokosa. Muszę też przyznać, że podziwiam cierpliwość artystów, zwłaszcza przy wykończeniach najdrobniejszych elementów. To co robią ci ludzie to bardzo powolny, ciężki i żmudny proces a owoce ich pracy są piękne. Po stronie przeciwnej od pracowni i minięciu kaplicy ze Złotym Buddą dotarłem do marmurowego placu otoczonego zielenią, na którym stał dość efektowny budynek w birmańskim stylu. Na środku placu stała też kolumna z czterema lwami, które dla mnie wyglądały dokładnie tak samo jak symbol Indii-Ashok Pillar. Kawałek dalej znajdował się bazar gdzie usiadłem na jakiś czas, obserwowałem ludzi, jadłem tanie mango i skusiłem się na smażone koniki polne. Po wszystkim, stając w mniejszych świątyniach po drodze, dotarłem do okolic fortu Mandalay gdzie mieszkałem. Tu poszliśmy na obiad wewnąrz fortu a potem zdrzemnąłem się na parę godzin gdyż słońce nie dawało mi spokoju. Mandalay jest wyjątkowo gorące a słońce bardzo niebezpieczne!!!

Po drzemce i kolejnym mango na orzeźwienie dotarliśmy do Sandamani Paya. Zaparkowałem swój rower przed wejściem z piskiem dawno nieoliwionych hamulców, przez co obudziłem śpiących przed świątynią ludzi. Następnie przy wejściu mieliśmy do czynienia z natrętnym mnichem, który chciał nas oprowadzić za drobną opłatą. Myślę, że Sandamani Paya najprościej można opisać jako kilka rzędów białych stup choć znajduje się tu nieco więcej. W pukncie centralnym znajduje się wysoka i masywna złota pagoda oraz największy żelazny Budda ważący ponad 18,5 tony. Dookoła natomiast jest las białych stup ze złotymi zakończeniami, które są geometrycznie ułożone i stanowią cechę charakterystyczną tego obiektu.

Inną podobną do niej świątynią w pobliżu jest Kuthodaw Paya. Wcześniej opisywałem także drewnianą świątynię Shwe In Bin Kyaung. W pobliżu Sandamani znajduje się podobna do niej Shwenandaw Kyaung, która także jest drewniana i też obfituje w ciekawe rzeźby. Myślę jednak, że w tej okolicy najbardziej godnym polecenia i jednocześnie jednym z symboli miasta jest Mandalay Hill. Wejście jest tu niezwykle efektowne gdyż stoją tu dwa ogromne, białe lwy. Wspinaczka jest w miarę przyjemna lecz niestety trzeba iść na bosaka. Po drodze też nie można się nudzić gdyż jest wiele sklepów z pamiątkami wszelkiego rodzaju. Moża tu kupić obrazki za 1000 kyat lub nawet trzy za 2000 kyat oraz dużego i ciężkiego Buddę blisko szczytu. W trakcie wspinaczki niektóre ze schodów mogą być wyzwaniem gdyż są wysokie i bardzo wąskie. Przyznam też, że szedłem dość długo i wydawało się, że nie było widać końca. Po drodze oprócz sklepów i pracowni rzeźbiarskich były też świątynie ze stupami i kaplicami z Buddą w środku. Gdy sądziłem, że jestem już blisko szczytu, okazywało się, że docierałem tylko do kolejnej świątyni z ogromnym Buddą lub rzędem stup. Ze szczytu natomiast był bardzo dobry widok na wzgórza Shan, rzekę Ayeyarwady, pałac z fortem otoczony fosą i inną część Mandalay z podświetlonymi, złotymi pagodami. Mandalay Hill to definitywnie jeden z większych atutów miasta, który gorąco polecam. Z punktu atrakcyjności zabytków i historii nie zapiera on dechu w piersiach lecz jest to miła wspinaczka po piękne widoki, a po drodze można kupić pamiątki lub po prostu popatrzeć na ciekawe przedmioty.

Po zejściu na dół odebrałem swój rower gdzie za pilnowanie zapłaciłem 100 kyat, napiliśmy się z Francuzem po kokosie i znowu pojechaliśmy do Chińczyka na zupę.

Tego wieczora poszliśmy też zobaczyć Mandalay nocą, spacerując jedną z ulic. Usiedliśmy przy świątyni hinduistycznej na napój z trzciny cukrowej i indyjskie słodycze. Wszystko co tego wieczora widziałem to ogromna nędza birmańskiego narodu, fura śmieci i mimo wszystko nie poddających się, miłych ludzi. Mandalay było wspaniałym doświadczeniem.

Jak wspominałem wcześniej, do Mandalay wracałem gdyż miałem inne ciekawe miejsca do zobaczenia dalej na północy.

Transport do Hsipaw

(Lokalny transport przepełniony towarem, który dawał w kość)

Tym razem znowu miałem przyjemność jechać lokalnym autobusem co oznacza, że na luksus nie ma co liczyć. Najpierw o 5 rano zawieźli mnie na bagażniku na dworzec autobusowy a potem zobaczyłem pięknego wraka, którym jechaliśmy około pięciu godzin. Siedzenia były jedno przy drugim i nie rozkładały się a pod nogami miałem pudła z warzywami gdyż ludzie i wszelki towar jadą razem. W końcu było tak niewygodnie, że położyłem się w przejściu na drewnianych pudłach z kapustą. Ciągle nie było wygodnie i podskakiwałem od czasu do czasu ale przynajmniej mogłem się wyprostować. Dla Francuza nie był to jednak problem gdyż właśnie przyjechał z Indonezji i mówił, że tam jechał przez dwa dni i całą noc o wiele gorszym autobusem, po bardzo dziurawych drogach i mając kolana pod brodą, gdyż towaru było jeszcze więcej. Opowiadał, że był zgięty w chiński paragraf i dojście do siebie zajęło mu sporo czasu. Zatem transport do Hsipaw wcale nie był taki zły. No cóż…Viva France!

Hsipaw

(Opis górskiego miasteczka, Małe Bagan i gościnni mnisi, Monastera Bambusowego Buddy, wyprawa do wodospadu, wzgórze 5 i 9 Budd)

Hsipaw to spokojna, górska osada ładnie położona na tle wzgórz Shan. Dostanie się do Hsipaw nie zawsze jest przyjemne ale wieś sama w sobie bardzo. Podróżnicy, którzy mają więcej czasu na Birmę, chętnie tu przyjeżdżają aby z dala od hałasu i upału Mandalay wypocząć przez kilka dni. Mimo, że w zasadzie nie ma tu nic do roboty to jest to tak spokojne i ładne miejsce, że można tu spędzić wiele dni. Hsipaw to także dobre miejsce do trekkingu i dlatego właściciel każdego hostelu chętnie zorganizuje turystom wycieczkę po okolicy oraz typowych birmańskich wsiach.

Po przyjeździe autobus pozbył się nas w okolicy głównego bazaru a potem od razu poszliśmy na obiad. Tak samo jak wcześniej w Mandalay, także i tutaj są chińskie knajpy. Wstąpiliśmy więc na smażony ryż z warzywami i kurczakiem do jednej z wielu raczej czystych jak na Birmę knajp. Tam za jedyne 1000 kyat mieliśmy prawdziwą ucztę choć Franzuc wziął jeszcze deser. Potem znaleźliśmy hotel gdzie za pokój zapłaciłem jedyne $5 plus $1 za śniadanie. Byłem szczęśliwy. Piękna okolica i wspaniała nawet jak dla mnie cena.

Następnego dnia pojechaliśmy na wycieczkę rowerową lecz zanim opuściliśmy Hsipaw najpierw pojechaliśmy na lokalny bazar aby zaopatrzyć się w mango na cały dzień. Następnie przemierzając pola ryżowe patrzyliśmy na prymitywne chatki z bambusa pokryte strzechą lub liścmi z palm. Do tego byli oczywiście ludzie orzący pola za pomocą bawoła oraz roześmiane i ciekawe na nasz widok dzieci. Po niedługim czasie, jadąc po bardzo nierównej kamienistej drodze dotarliśmy do Małego Bagan czyli rzędu klikusetletnich, białych stup. Nie były one oczywiście tak imponujące jak samo Bagan ale ciężar historii z okresu Shan oraz same stupy sprawiały, ż nie był to zmarnowany czas. Jedna stupa była zbudowana w taki sposób, że drzewo było w jej środku i konary wyrastały z góry. Do tego była piękna pogoda oraz monastera gdzie mnisi pozwolili nam odpocząć i poczęstowali nas zieloną herbatą i durianem. Przed chwilą pochwaliłem pogodę lecz schronienie u mnichów było także ucieczką przed rzęzistym deszczem, który skończył się tak szybko jak zaczął. Następnie pojechaliśmy do blisko położonej, Monastery Bambusowego Buddy (Maha Nanda Kantha), która nie była atrakcyjna wizulanie ale znajdował się tam 150 letni lakierowany Budda, zbudowany w pełni z bambusa. Na terenie świątyni mieszkali mnisi, którzy dawali wskazówki co do kierunków ale tylko językiem gestów. Na tym samym terenie znajdował się także uroczy staw pokryty liliami wodnymi i kwiatami lotosu, który dodawał temu miejscu piękna. Do tego przez środek stawu biegł most a na jego końcu była jeszcze jedna kaplica z Buddą. Podobało mi się tu też to, że od czasu do czasu kwiaty lotosu poruszały się gdyż przepływały pod nimi ryby i żółwie. Stałem wtedy na pomoście, patrzyłem na stupy Małego Bagan oraz wspaniałą, otaczającą mnie roślinność. Banany na drzewach nie były jeszcze dojrzałe lecz Francuzowi po kilku próbach udało się strącić papaję z drzewa. Było pięknie!!! W drodze powrotnej robiło się już ciemno i zaczęło padać na dobre. Poszedłem więc na kolację lecz tym razem była to tylka zupa na jednym ze straganów na drodze a potem skorzystałem z najwolniejszego internetu na świecie, który na poważnie przetestował moją cierpliwość.

Mojego drugiego dnia chciałem aby było bardziej dziko dlatego po porannym deszczu i wizycie w świątyni buddyjskiej udaliśmy się na wyprawę do wodospadu kilka kilometrów za Hsipaw. Dopóki jechaliśmy drogą pokrytą asfaltem było łatwo lecz z chwilą gdy skręciliśmy w niekończące się pola ryżowe, jechaliśmy po kamienistej drodze przerywanej gęstym błotem. Tutaj zaczynało być ciężej choć jak zwykle pięknie i przygodowo. Mijaliśmy po drodze zarośnięty cmentarz oraz bawole, drewnane powozy. Wkońcu skierowaliśmy się w dolinę i tu nie dość, że droga była  wąska to jeszcze była pełna dziur i kolein. Musieliśmy prowadzić nasze rowery lecz gdy zaczął padać deszcz byliśmy już w wodzie po kostki dlatego zostawiliśmy je u gospodarzy w zagrodzie. Pomimo ogromnej ulewy, wielu rolników w słomianych, spiczastych kapeluszach nadal zmuszało swoje bawoły do orania pół ryżowych przy pomocy prostych drewnianych pługów. Brnęliśmy w deszczu do przodu, dlatego że wychodziliśmy z założenia, że bawołom mimo wszystko jest ciężej. Po drodze mijaliśmy też prymitywne osady ludzkie. Były to drewniane domki na wysokich balach a dookoła i pod nimi były pola ryżowe i kąpiące się w nich bawoły. Zwłaszcza w porze monsunowej kolor łodyg ryżowych miał wyrazisty zielony kolor, które prezentowały się wychodząc z delikatnej mgły. Następnie po wspinaczce dotarliśmy do malowniczego wodospadu gdzie stanęliśmy na chwilę aby podziwiać widok z góry na malowniczą okolicę. W drodze powrotnej zanurzyłem się w naturalnym basenie ukrytym pomiędzy rozległymi konarami drzew do którego wpadał wodospad. Nie zawracałem też sobie głowy z rozbieranem się gdyż i tak byłem cały mokry. Potem zmierzaliśmy do Hsipaw lecz była to długa droga w deszczu i ciemności. Parę razy wpadłem też w błoto co jeszcze bardziej dodału smaku mojej wyprawie. Po wepchaniu roweru pod górę, jedynie przy świetle księżyca dotarliśmy do Hsipaw. Dyrektor hotelu zaniemówił na nasz widok lecz poprosił abyśmy zdjęli buty przed wejściem. Po prysznicu w zimnej wodzie doszedłem do siebie lecz moja koszula była do wyrzucenia. Myślę jednak, że wyprawa do wodospadu, pomimu deszczu była bardzo udana i polecam ją podróżnikom, którzy mają w sobie zmysł lepszej przygody i chcą zaoszczędzić $10-$15 dziennie na opłatach trekingowych. Tras tego typu jest wiele.

Następnego dnia poszedłem do świątyń na Wzgórzu 5 Budd oraz na Wzgórze 9 Budd. Podnóże góry znajduje się około pół godziny spacerem w drodze na Lashio, zaraz po przekroczeniu mostu na lewo. Na szczycie znajduje się stupa, pomniki Buddy oraz mała świątynia z mieszkającym tam mnichem. Jest to odosobnione, spokojne miejsce gdzie rozciagają się widoki na całe Hsipaw i okolicę. Po powrocie mieliśmy juz opuścić Hsipaw ale nie było miejsca w autobusie dlatego zostaliśmy jeszcze jedną noc. Mogłem się lepiej przygotować do wyjazdu ale widocznie chciałem tu zostać dłużej. Ostatniego dnia byłem na bazarze gdzie ludzie wpatrywali się trochę we mie i gdzie zrobiłem dobry interes na kupnie mango. Byłem też w świątyni a wieczorem poszedłem do indyjskiej knajpy na czapati z bananami. Był to spokojny, leniwy dzień w ładnych okolicznościach przyrody.

Transport z Hsipaw do Pyin Oo Lwin

Nawet bezbolesny. Po niecałych trzech godzinach w lokalnym autobusie dotarłem na miejsce.

Pyin Oo Lwin (Maymyo)

(Pokolonialne górskie miasteczko, brytyjska architektura, przyjemny bazar, bieda, Narodowy Ogród Botaniczny Kandawgyi)

Pyin Oo Lwin znane jest jako „mała Brytania” i pomimo, że jest to bardzo przyjemne miasteczko, od Brytanii różni się ono znacznie. Pyin Oo Lwin leży poniżej wzgórz Shan i rzeczywiście zostało założone przez brytyjskiego generała. Do dziś znajduje się tu pokolonialna architektura, w tym Purcell Tower czyli miejscowy Big Ben oraz robiące bardzo dobre wrażenie dorożki konne. Jest tu także bardzo dużo biedy i pracujących dzieci, jak wszędzie w Birmie. Poza tym Pyin Oo Lwin ma tę wielką zaletę, że jest tu znacznie chłodniej niż w Mandalay co jest ogromną ulgą. Z tego właśnie powodu za czasów brytyjskich, w najgorętszych miesiącach miasteczko to było popularnym kurortem wypoczynkowym.

Po wyjściu z autobusu udaliśmy się na poszukiwanie hotelu. Większość niestety nie ma licencji na przyjmowanie obcokrajowców dlatego wzięliśmy Dream Hotel, który nie był wymarzony lecz kosztował tylko $5. Biorąc pod uwagę mój marny budżet bardzo mi się podobał pokój z kratami i syfem dookoła lecz jak to zwykle bywa, najlepsza była toaleta. Wilgotne, czarne i nawet jeszcze miejscami białe ściany ozdobione były przez pajęczyny a tynk ledwo co się trzymał. Przez wiele lat mojej podróżniczej kariery przywykłem do warunków tego rodzaju. Ciągle było też lepiej niż w Indiach i Bangladeszu a do tego miły Pan odkręcił mi nawet kran z gorącą wodą co było kolejnym wspaniałym doświadczeniem. Cały ten „luksus” w hotelu „marzenie” za jedyne $5!

W Pyin Oo Lwin spędziłem aż dwa dni i było bardzo przyjemnie. Na rowerach odwiedziliśmy między innymi bazar warzywno-owocowy gdzie krawcy szyli na maszynach do szycia na korbę i pedały. U nas są już takie tylko w muzeach lecz w Birmie ciągle ich używają. Bazar był bardzo kolorowym, wesołym i towarzyskim miejscem. Nawiązałem tu bardzo dobry kontakt z ludźmi, kupiłem zapasy owoców i samosę z chilli, która była wyborna, choć oczywiście wyrabiana bez zachowania jakichkolwiek zasad higieny. Niestety było także bardzo tragiczne miejsce pełne ubogich ludzi, którzy rozkładali owoce z własnych sadów na gazetach pomiędzy dziurami w asfalcie a błotem. Zawsze gdy padał deszcz a zdarzało się to często, zatrzymywaliśmy się w kawiarniach na herbatę oraz na bardzo dobry obiad za 1 dolara gdzie obsługiwali nas niestety mali chłopcy. Zawsze wieczorem wychodziłem ze swojej nory zwanej Dream Hotel do knajpy na przeciwko na herbatę i ciasteczko po okazyjniej cenie. Dla mnie Pyin Oo Lwin to interesujące doświadczenie warte przystanku każdego podróżnika lecz dla miejscowych nie jest tak kolorowo.

Myślę, że bez wątpienia największa atrakcją miasteczka jest Narodowy Ogród Botaniczny Kandawgyi gdzie niestety wejście dla turysty kosztuje aż $5. Mój znajomy Francuz i ja na zmianę długo prawiliśmy komplementy paniom w kasie lecz niestety tym razem się nie udało. Musiałem zapłacić. Ogród Kandawgyi zajmuje 176 hektarów i jest bardzo przyjemnym miejscem do odpoczyku. W środku znajduje się duży akwen wodny z ptactwem żyjącym na jego terenie oraz złota pagoda na wyspie, po środku. Ogród ten to przede wszystkim bogactwo roślin na tle jeziora choć jest też małe zoo, wolno żyjące gibony i sarny, muzeum skamieniałego drzewa i salon motyli z wieloma ogromnymi gatunkami. Park ten można oglądać z góry, z wysokiej wieży zbudowanej w chińskim stylu.

Pyin Oo Lwin bardzo polecam. Jest to przyjemny przystanek w drodze powrotnej z Hsipaw.

Powrót do Mandalay i droga do Bagan

(Nędza, pociąg z horroru, tragizm Birmańczyków i wielki trud mojej podróży)

Z Pyin Oo Lwin niedaleko wieży zegarowej były dzielone taksówki do Mandalay skąd po dwóch godzinach dotarłem na miejsce. Ostatniego dnia w Mandalay chodziłem po mieście, byłem na obiedzie w niezłej knajpie i piłem dużo soków gdyż było tak gorąco. Przez cały czas widziałem bardzo dużo biedy lecz największą koło dworca kolejowego. Ludzie mieszkali tu pod materiałem zarzuconym na drzewa aby nie kapało im na głowy i aby chronić się przed słońcem. W tym samym miejscu mieli legowiska oraz garnki a dzieci biegały nago po brudnej ulicy. To byli ci bogatsi nędzarze bo najbiedniejsi leżeli na betonie z dziećmi, w upale. Dworzec też był obrazem nędzy z przewijającymi się barami i muzyką w tle. Za bilet zapłaciłem tylko $4 czyli 10 razy więcej niż Birmańczycy. To tylko tłumaczy jak bardzo biednym krajem jest Birma. Sam pociąg był jeszcze gorszy niż zazwyczaj w Indiach i Bangladeszu. Drewniane siedzenia i syf a sam pociąg był jak cela na żelaznych kołach. Myślę, że pociągi i dworce w Birmie to wspaniała oprawa do kolejnego horroru pt „The nightmare on Elm street”, tylko że ten horror towarzyszy tu ludziom na co dzień. Ja i Francuz jechaliśmy z nędznymi z najnędzniejszych do Bagan a wagon poruszał się na boki w taki sposób jakby miał się wykoleić. Ludzie byli mili gdyż częstowali nas mango lecz trud podróży dawał o sobie znać. W końcu rozłożyłem ręcznik na brudnej podłodze i starałem się zasnąć. Pomogło mi to chociaż na jakiś czas lecz chamska policja, która także składała się z żebraków tylko że w mundurach, obudziła mnie szturchnięciem stopą. Z Mandalay wyjechaliśmy o 9 wieczorem a do dworca w Bagan dojechaliśmy wykończeni około 5 nad ranem. Tego rodzaju makabrycznych nocy w transporcie przeżyłem już kilka w swej podróżniczej karierze. Zazwyczaj są to Indie i Bangladesz choć Birma to także jedna wielka tragedia.

Bagan (Pagan) i Nyaung U

(Dokładny opis czym jest Bagan, opis najciekawszych świątyń,  przyjazd oraz jak tanio i gdzie.)

Przyjazd

Gdy wyszedłem z dworca Bagan, zobaczyłem, że był on zbudowany na wzór antycznej świątyni. Do tego był ranek i dopiero wschodziło słońce co dawało jeszcze lepszy efekt. Przed sobą miałem więc duży, zdobiony obiekt na tle czerwonego nieba. Niestety kierowcy chcieli wziąć ode mnie aż 1000 kyat za podwiezienie do Nyaung U co było stanowczo za dużo. 1000 kyat to i tak jedynie £1 ale w tamtym momencie nie myślałem w ten sposób. Podszedłem z podróżującym ze mną Francuzem do głównej drogi i tam zapłaciliśmy tylko 300 kyat za dwie osoby. W otwartym pick-upie był rozłożony koc dlatego było wygodnie. Zaraz przez wjazdem na Obszar Archeologiczny musieliśmy jednak stanąć i zapłacić za bilet po $10 co uprawniało mnie do wstępu na wszystkie antyczne obiekty. Parę minut potem dojechaliśmy do Nyaung U.

Baza noclegowa

Starożytne Bagan jest jednym z najbardziej popularnych miejsc w Birmie i w całej Azji. Nie dziwi więc fakt, że rząd stara się zbić na nim jak największy interes. Tak na przykład; spanie w dobrym hotelu w Starym Bagan jest raczej dla bogatych na zorganizowanych wycieczkach lub samotnych podróżników z grubymi portfelami a  Nowe Bagan to miejsce gdzie jest dużo średniej klasy hoteli dla średnio rozrzutnych. Ulubioną opcją dla biednych czyli dla mnie jest tu Nyaung U. Jest to najtańsza baza noclegowa blisko świątyń gdzie także tanio karmią.

Czym jest antyczne Bagan i sposób jego zwiedzania

Bez względu na to czy jest to Nowe czy Stare Bagan, Myinkaba czy Nyaung U, razem jest to piękny antyczny obszar, który konkuruje o miano najbardziej efektownych świątyń z Angkor Wat w Kambodży. Na 42km2 znajduje się około 4400 ogromnych i mniejszych świątyń, z których wiele tak samo jak Angkor Wat pochodzi sprzed 800 lat. Świątynie te są pozostałościami po buddyjskich dynastiach, które dawno już przeminęły lecz na szczęście ich kulturowy dorobek pozostał i ściąga rzesze turystów każdego roku. Z miejscem tym jest związane oczywiście dużo historii i legend, jedne świątynie są bardzo małymi stupami, inne mają kaplice z posągami Buddy w środku a te najbardziej okazałe mają nawet po 1000 lat i można się długo wspinać na ich szczyt aby podziwać widoki. Do tego można tu obserwować życie wiejskie, muły zaprzęgnięte do wozu i wspaniałe rzeźby. W Bagan jest wiele rodzajów świątyń a w nich także wiele sprzedawców pamiątek co zajmuje jeszcze więcej czasu i nasuwa myśl o tym aby zostać dzień dłużej.

Myślę że na całe Bagan, nie śpiesząc się potrzeba trzech dni i należy koniecznie wypożyczyć rower aby zwiedzać w swoim własnym tempie. Nie znam też nikogo kto by zobaczył wszystkie 4400 świątyń, dlatego uważam że dobrym sposobem na zwiedzenie/przemierzerzenie całego obszaru jest wybranie sobie najbardziej efektownych świątyń na mapie a oprócz tego radzę się zatrzymywać w miejscach, które uważamy za interesujące. Ja zatrzymywalem się co chwilę gdyż świątynie same w sobie to nie wszystko. Liczą się też świątynie na tle wspaniałych krajobrazów, roślinności, czarnej lub czerwonej ziemi i zwierząt hodowlanych. Wszystkie te rzeczy są świetnym tematem do zdjęć lecz to wymaga czasu. Do tego przez cały czas, nawet w porze deszczowej, towarzyszył nam tropikalny upał, co też nie jest łatwe.

W swoim reportażu opiszę dokładniej tylko niektóre świątynie gdyż 4400 nie jestem w stanie. Chodzi mi tu raczej o pokazanie ogólnego wrażenia Bagan jako całości niż tylko opisu każdej świątyni z osobna.

Nyaung U

Ja i mój towarzysz podróży w drodze oszczędności dzieliliśmy pokój. Jak zwykle kierowaliśmy się ceną i tym razem trafił nam się pokój za $6 „od łuba”z klimatyzacją i prysznicem. Zanim jednak zaczęliśmy zwiedzać najpierw każdy z nas musiał się przespać po wykańczającej, nocnej podróży (opis powyżej). Około popołudnia wyszliśmy na podsmażany ryż oraz na zwiedzanie Nayung U. Znajduje się tu wiele hoteli, tanich barów, bazar, sklepów z pamiątkami i wypożyczalnia rowerów co jest bardzo dogodne. Jak wspomniałem wyżej Nyaung U to opcja dla biednych. Co do bogactwa historycznego najpierw zobaczyliśmy przed sobą wielkie drzewa a dookoła niego kilka ceglanych, zniszczonych stup o średniej wielkości. Na terenie tym bawiły się miejscowe dzieci, dorośli robili grilla a obok pasły się krowy. Czułem, że był to wstęp do pięknego Bagan. Obok znajdowała się najbardziej efektowna świątynia w Nyaung U czyli Shwezigon Paya. Oczywiście jak zawsze przed birmańską świątynią znajdowały się tu dwa lwy a następnie w korytarzu bazar z pamiątkami i plejada ubogich. Potem wszedłem na główny plac gdzie w centralnym punkcie znajdowała się ogromna, złota stupa w kształcie dzwona będącego pierwowzorem birmańskich pagód. Dookoła jest też wiele innych interesujących ozdób i figurek oraz biedne dzieci i sprzedawcy mango. Na terenie świątyni Shwezigon spędziłem tego dnia aż trzy godziny, dlatego że jest to także bardzo miłe miejsce towarzyskie. Robiłem zdjęcia złotego dzwona i inych obiektów oraz spędziłem czas z miejscowymi na uczcie złożonej z mango. Kobiety karmiły mnie owocami a ja robiłem im zdjęcia w moim kapeluszu na tle złotej pagody. Miałem tu też lekcję mocnego targowania na bazarze. Cała reszta świątyń w Nyaung U nie była tak imponująca. Gdyby ktoś miał dodatkowe pieniądze do wydania, polecam także wycieczkę łodzią aby zobaczyć trzy inne świątynie, z których jedna ma około 1000 lat.

Nyaung U było moją bazą dlatego codziennie tu wracałem aby wziąć nowy rower. Stąd także odjeżdżałem i miałem zorganizowany transport do Mt Popa.

Obszar centralny

Moim zdaniem część Bagan gdzie znajdują się najlepsze świątynie, które oferują najlepsze widoki i najlepsze wchody i zachody słońca. Jest to też dobre miejsce do kupowania pamiątek od obwoźnych sprzedawców lub napicia się soku pod słomianą chatką.

Wypożyczyliśmy rowery i w upale jechaliśmy poprzez polną, czerowoną drogę. Jak zwykle miałem konkretny cel ale zatrzymywałem się co chwila aby zrobić zdjęcia na pozór tylko niespecjalnym 1000 letnim świątyniom na tle pustych krajobrazów. Dodatkowym efektem były tu efektowne kaktusy, pasące się krowy, oraz pustka, spokój i cisza. Wiele razy docierałem też do małych świątyń gdzie pomiędzy nimi spała pilnująca porządku kobieta, mieszkająca w chatce pod strzechą i śpiąca na materacu z bambusa. Mi osobiście podobał się każdy zakątek tej wyprawy lecz gwoździem programu jest tu między innymi świątynia Buledi. Jest to wysoka, czerwona świątynia na którą można wejść po stromych schodach i zatrzymywać się na dowolnej kondygnacji.

Inną ogromną budowlą jest tu Dhammayangyi Pahto czyli widoczna prawie zewsząd wielka bryła o masywnych ścianach. Została ona zbudowana w 1165 roku a jej wielką zaletą jest, że można wejść do środka. Także spacerując poprzez korytarze docieramy do kaplic z posągami Buddy, które znajdują się na końcu.

W centralnym obszarze znajduje się też jedna z najładniejszych, wielkich świątyń czyli zbudowana pomiędzy 1170 a 1300 rokiem Sulamani Pahto. Ta świątynia właśnie była jedną z moich ulubionych. Wejściem do niej jest położona wśród roślinności masywna, ceglana brama o wyszukanym kształcie a potem idąc poprzez stoiska z obrazami i rzeźbami mamy przed sobą obiekt główny. Jest to składająca się z kilku kondygnacji masywna budowla, zakończona złotym, rzeźbionym szpicem. Można wchodzić na tę świątynię po schodach a na każdym z pięter jest taras zakończony złotymi stupami. W środku znajduje się też duży posąg Buddy. Ciężar historii, masywność tej budowli oraz dorożki konne w połączeniu z otaczającą roślinnością dają interesujący efekt. Na zewnątrz jest też barek pod strzechą co zwłaszcza w tym upale jest błogosławieństwem .

Obok znajduje się Thabeik Hmauk czyli bardzo podobna do Sulamani Phato lecz mniejsza, bardzo ładna świątynia. Można się wspinać.

Tę część Bagan należy zwiedzać uważniej niż pozostałe i radzę się nie śpieszyć. Tym bardziej, że jazda rowerem po błocie i koleinach także jest wielką przygodą.

Stare Bagan

Niedaleko Buledi znajduje się That Byin Nyu Pahto czyli moim zdaniem najbardziej efektowny obiekt w tej części Bagan. Jest to ogromna i niezwykle masywna świątynia o białym kolorze i złotym szpicem na czubku. Ma ona ponad 66m długości i została zbudowana w 1144 roku. Ten najwyższy w całym Bagan obiekt byłby wspaniałym miejscem widokowym lecz niestety nie można się na niego wspinać. Polecam tu obrazy malowane przez miejscowych artystów oraz kosze wyrabiane z wilkliny przed świątynią.

Jedną z ładniejszych świątyń w tym miejscu jest moim zdaniem Shwegugyi zbudowana w 1131 roku. Cechą charakterystyczną są tu piękne płaskorzeźby i freski oraz duży posąg Buddy w centralnej kaplicy. Ten obiekt nie jest tak ogromny w porówaniu z innymi lecz można wejść do środka tej „Wielkiej Złotej Jaskini” (inna nazwa) aby podziwiać jej wnętrze. Od zewnątrz na krawędziach i samym szczycie zbudowane są stupy.

Inną ciekawą świątynią w tej sekcji jest Nathlaung Kyaung. Jest to jedyna hinduistyczna świątynia w Bagan zbudowana pomiędzy 931-964 rokiem. Gdy Bagan powstawało ludzie byli wyznawcami hinduizmu i stąd właśnie ta świątynia. W środku znajduje się kilka interesujących płaskorzeźb.

Robiąca ogromne wrażenie, biorąc pod uwagę rozmiar i wielki złoty szpic na szczycie, jest Gawdapalin Paya. Została ona zbudowana w XII wieku, ma 60m wysokości a w środku znajduje się duży posąg Buddy i parę innych kaplic z Buddą. Przed wejściem znajdują się dwa białe lwy a zaraz potem jest bazar z pamiątkami. Następnie przechodząc przez ogród wypełniony zielenią wchodzi się do głównej świątyni.

Poza tym w Starym Bagan znajduje się wiele innych ciekawych obiektów, muzeum archeologiczne i wart zaoszczędzenia $5 Złoty Pałac, w którym znajduje się muzeum.

Obszar Północny

W tej sekcji także znajduje się wiele pięknych świątyń lecz ja opiszę tylko jedną choć dokładniej niż zwykle. Świątynią, której nie trzeba specjalnie przedstawiać gdyż jest to absolutny hit nawet w bogactwie hostorii Bagan, jest Ananda Paya. Została ona ukończona w 1105 roku i ma 55m wysokości. Ta ogromna, masywna świątynia stoi na dużym terenie gdzie znajaduje się duży postój dorożek a pod ogromnym drzewem z rozległymi korzeniami, można się napić napoju z trzciny cukrowej. Samo wejście jest bardzo masywne i po tym jak przechodzimy koło dziewczyn oferujących pocztówki dostajemy się do korytarza pełnego sklepów z pamiątkami. Potem jest już duży plac gdzie przed sobą dobrze widać białą, masywną budowlę ze stupami po bokach i rzeźbionym, złotym czubem na szczycie. Na placu polecam przyjrzenie się rzeźbom Buddy i lwów lecz także wyrytych wejść do świątyni, dzwona, małego pałacu oraz roslinności. Punktem centralnym są cztery duże posągi stojącego Buddy o złotym kolorze, z czego każdy patrzy w inną część świata. To jest właśnie powód dla którego co roku do Ananda Pahto ściąga wielu piegrzymów, nie tylko turystów. Dookoła czterech Budd jest korytarz gdzie znajduje się 80 małych kaplic opowiadających życie Buddy, od dnia narodzin aż do przejścia w stan nirvany.

Ananada Paya jest najbardziej efektownym obiektem w tej części choć nie znaczy to, że je to jedyna świątynia godna polecenia. Dookoła znajdują się też inne, także piękne.

W pobliżu Myinkaba

Na tym terenie także znajduje sie bogactwo wielu świątyń. Jedną z lepiej znanych i oferujących dobre widoki jest Mingalazedi zbudowana w 1274 roku. Na pierwszy rzut oka nie jest ona tak piękna jak np Ananada Paya gdyż ogólnie rzecz biorąc Mingalazabedi to gromna ceglana świątynia z dzwonowatym zakończeniem. Są tu jednak schody po których można się wspiąć i kilka ciekawych płakorzeźb. Dotarcie do niej jest przygodą samą w sobie gdyż polna droga prowadzi przez koleiny, kaktusy i niespodziewane zakręty.

Polecam także świątynię Gubyaukgyi. Z zewnatrz nie zaliczam jej do najciekawszej ale za to od wewnątrz jest piękna. Są tu piekne freski oraz zadbany, kolorowy posąg Buddy.

Podsumowanie Bagan

Bagan to niewątpliwie jedno z najpiękniejszych doświadczeń w Birmie. Zobaczyłem o wiele więcej świątyń niż opisałem a większości w których byłem niestety nie znam nazw gdyż było ich tyle, że przywiązywałem wagę tylko do najefektowniejszych. Poza tym uwagę zajmują także miejscowi ludzie i ich wyroby, a także krajobrazy, zwięrzęta i widoki ze szczytów świątyń. Bagan to coś znacznie więcej niż tylko konkretne budowle. Jest to rozległy obszar, który jest chaotycznie porozrzucany po polach i to ile zobaczymy zależy tylko od naszej inwencji.

Bagan dołączam do innych antycznych miejsc tego typu, które widziałem wcześniej. Są nimi np: Angkor Wat w Kambodży, Wielki Chiński Mur w Chinach, Polonnaruwa i Anuradhapura na Sri Lance, Khajuraho w Indiach, Ayutthaya i Sukhotai w Tajlandii oraz wiele innych. Każde z tych miejsc jest bardzo wyjątkowe.

Wycieczka do Mt Popa

Dostanie się Mt Popa nie jest problemem. Raz dziennie wcześnie rano odjeżdża pick-up, który odbiera pasażerów spod hotelu. W teorii po 2h lecz w praktyce po prawie 3h, jadąc po wyboistej drodze dojeżdżamy do Mt Popa. Na zobaczenie całego  miasteczka są tylko 2h, które w zasadzie wystarczą gdyż duzo do zobaczenia tu nie ma. Rozmowa z kierowcą na temat zostania dodatkowej godziny nie ma sensu gdyż „on nie zamierza czekać!”. Przyjemność ta kosztowała 3000 kyat od osoby w jedną stronę.

Mt Popa to wąską górą o wyskości 737m na której szczycie zbudowana jest monastera. Przed wejściem stoją dwa duże, białe słonie a potem czeka nas 20 minutowa wspinaczka bo niezbyt wymagających schodach. Myślę, że problemem zaczynają tu być małpy, ktore sikają gdzie popadnie a wchodzić trzeba na bosaka. Monastera Mahagiri na szczycie jest godna podziwu ze względu na to, że została tak wysoko zbudowana lecz sama w sobie nie jest aż tak atrakcyjna. Znajduje się tu kilka złotych stup pomiędzy którymi ziewają małpy oraz posągów świętych na których są poprzyczepiane birmańskie banknoty-podczas gdy birmański naród ledwo ma na miskę ryżu. Piękne są tu jednak widoki na całą okolicę, w tym na Bagan przy dobrej pogodzie. Mt Popa jest bardzo małe lecz też bardzo przyjemne. Znajduje się tu parę miejsc widokowych na kolorowe domy, rzeźbę tygrysa, palmy i oczywiście Mt Popa. Odniosłem wrażenie, że dziś jest to miasteczko bardzo komercyjne o czym świadczy zatrzęsienie knajp na tak małym terenie, podczas gdy turystów jest niewielu.

Wycieczkę do Mt Popa polecam tylko po spędzeniu przynajmniej całych trzech dni w Bagan.

Tansport z Nuayng U do Kalaw

Tutaj nie miałem wyboru dlatego musiałem wziąć lokalny autobus o 3 nad ranem. Na szczęście pick-up odebrał nas spod hotelu lecz to była jedyna dogodność tej podróży.

Autobus był fatalny (może miał ze 40 lat), jechaliśmy po wyboistych drogach i strasznie trzęsło. W końcu po 10h dotarliśmy do Kalaw.

Kalaw  

(Opis popularnej stacji górskiej i wyprawy do dżunglii, bambus jako roślina „ratująca” życie w odosobnionych warunkach życia)

Kalaw to popularna stacja górska pomiędzy Bagan a Inle, którą mimo wszystko podróżnicy zbyt często omijają. Przypuszczam, że winą tu jest brak czasu, oraz fakt że większość podróżników wciąż lubi zaliczać główne miejsca (Bagan, Inle, Mandalay) niż eksplorować dany kraj głębiej.

Kalaw leży na płaskowyżu Shan na wysokości 1320m i jest punktem wypadowym na wszystkie wycieczi trekkingowe w głąb dżungli. Kalaw to także przyjemny bazar, główna droga pełna dziur, parę knajp i tanich hoteli, niezła świątynia, bieda, brak w dostawie prądu i najwolniejszy internet na świecie. Zaraz po wysiadce z autobusu podeszli do nas miejscowi oferując tanie hotele. Tu mieliśmy ogromne szczęście gdyż znalazłem pokój ze śniadaniem za jedyne $3 za noc. Wspaniała cena i przyjemne (jak na mój przedział finansowy) lokum.

Wybraliśmy się na wyprawę do dżunglii, która zajęła dwa dni i jedną noc. Najpierw poszliśmy z przewodnikiem na bazar aby kupić trochę owoców i kurczaka a potem udaliśmy się w drogę. Po wyjściu z miasteczka i przejściu przez tory przemieszczaliśmy się pod górę po czerwonej ziemi. Ze wszystkich stron byliśmy otoczeni przez roslinność a od czasu do czasu napotkaliśmy na miejscowych dźwigających chrust. W wyższych partiach naszej wyprawy przechodziliśmy przez pola ryżowe oraz rolników, którzy orali je przy pomocy bawołów i prymitywnych, drewnianych pługów. Zdjęcie mnie orającego pole i stojącego za bawołem było tu obowiązkowe. Przewodnik tłumaczył nam czym są dane rośliny oraz pokazał rożnice pomiędzy gatunkami ryżu. Powiedział, że jest zwykły ryż, klejony i bardzo klejony. Jest też specjalna odmiana, która rośnie tylko na większej wysokości, a wszystko to umiał stwierdzić nie tylko na podstawie samego ziarnka ryżu ale już na roślinach wyrastających z pola. Przez cały czas były oczywiście piękne widoki i zwłaszcza te z góry na rozległe pola ryżowe i bananowce były najpiękniejsze. Przewodnik przygotował dla nas jedzenie a od czasu do czasu napotykaliśmy też na małe, prymitywne wioski z których zawsze wybiegały do nas roześmiane dzieci. Wieczorem dotarliśmy do wioski, która była w całości zbudowana z bambusa. Wszystkie domy, mosty, zagrody i budki dla zwierząt były bambusowe. Schody np.  były wykopane w ziemi co też jest ekologicznym rozwiązaniem. Mieszkaliśmy w jednym z takich domków i spaliśmy na podłodze a na kolację jedliśmy kawałki kurczaka, zwykły ryż oraz super zlepiony ryż z bananami, który jest miejscowym przysmakiem. Cała ta wyprawa była piekną przygodą na łonie natury, która dała mi wgląd w wiejskie życie w Birmie oraz w jego uroki i trudności. Byliśmy też na położonym w górach dworcu kolejowym, który był prawdziwym pokazem biedy oraz tego jak ludzie dobrze sobie radzą w taki warunkach. Zaopatrzyliśmy się tu w owoce, których wcześniej nie jadłem i zobaczyłem uśmiech na twarzach miejscowych gdy Biały, „bogaty” płacił.

Trek w okolicach Kalaw daje lepszy obraz Birmy i dlatego gorąco go polecam. Niestety po skończonej wyprawie miałem ostrą awanturę z szefem biura gdyż kazał sobie płacić podwójnie po tym jak wcześniej ustaliliśmy cenę. Oczywiście nie tylko nie dostał tych pieniędzy ale też przyszedł przeprosić, bo bał się że go zamkną. O ile pamiętam umówiliśmy się na 8000 kyat za każdy dzień.

Ostatniego dnia przed wyjazdem poszliśmy z Franzucem do knajpy przy drodze i było to dość smutne doświadczenie. Młodzi ludzie zebrali się dookoła nas, usiedli przy stole i opowiadali o tym jak im się źle żyje, i o tym że nie ma żadnych perspektyw. Mówili, że spędzają życie na paleniu trawy bo chociaż tyle mają przyjemności z życia.

Ciekawa rozmowa o Birmie z przewodnikiem z Kalaw

(Reżim, „pusta” mapa Myanmar)

Gdy byłem w Birmie w 2004 roku raz na jakiś czas miejscowi w wielkim strachu opowiadali o prawdziwej Birmie. Mówili o reżimie i braku jakiejkolwiek wolności. Tym razem siedząc w dżungli przewodnik zadałem przewodnikowi kilka pytań. Np. dlaczego Myanmar (Birma) jest jedynym krajem w Azji pł-wsch gdzie nie działają obce telefony komórkowe a mjescowe nie mają roamingu. Dlatego, że rząd boi się szpiegów i nie chce aby ludzie kontaktowali się ze światem zewnętrznym. Z tego samego powodu wiele portali internetowych też jest zablokowanych choć internet w Birmie jest tak wolny, że żadko kto miałby do niego cierpliwość.

Myślę, że najciekawszą sprawą była jednak turystyczna mapa Birmy, która zawsze jest w przewodniku. Na mapach tych zawsze są pokazane drogi i miasta lecz tylko do pewnego momentu. Wiekszość kraju jest nie tylko niedostępna dla turystów ale też zamiast śladów jakichkolwiek miast i dróg są tylko puste miejsca. Wygląda to tak jakby większość Birmy ogarnęła nicość gdzie nie ma ani ludzi, ani zwierząt ani roślin. Przewodnik powiedział, że są to obszary wojskowe gdzie zwykłym ludzion nie można jeździć a turyści nawet nie mają prawa wiedzieć o istnieniu tych miejsc. Wspomniałem też coś o obozach koncentracyjnych i o tym gdzie są ulokowane. Przewodnik powiedzał, że pewnie są one rozmieszczone na północy kraju, która na mapie właściwie nie istnieją oraz blisko granicy z Tajlandią. Tutaj powodem są częste ucieczki Birmańczyków do Tajlandii przez birmańską dżunglę, i tym którym się nie udało trzeba gdzieś ulokować. Z tego właśnie powodu nie ma przejścia lądowego pomiędzy Birmą a Tajlandią.

Transport do Inle

Ta droga upłynęła nawet łatwo. Lokalnym autobusem 3h a potem pick-upem ze skrzyżowania 20 minut do Inle.

Inle lake

Jezioro Inle i jego okolice są pięknym terenem, który jest w ścisłej czołówce najczęściej odwiedzanych miejsc w Birmie. Oprócz samego jeziora oczywiście jest to także teren pełen świątyń oraz chatek na palach wystających z jeziora gdzie znajdują się między innymi fabryki srebra, cygar i wielu innych. Inle to obszar gdzie pływałem łódką  pomiędzy polami warzywnymi docierając do dalekich wiosek. Inle to też wspaniały sposób na obserwacje w jak bliski sposób ludzie są związani z jeziorem.

Jest to wspaniała, radosna i pouczająca przygoda, której szczegóły opowiem poniżej.

Zanim dotarłem do miasteczka Nyaugshwe najpierw musiałem zapłacić $5 za wtęp na teren Inle. Nyaungshwe to miasteczko nad jeziorem Inle gdzie znajdują się tanie hotele, gdzie można kupić bilety autobusowe, zorganizować wycieczkę po jeziorze i wiele innych. Nyaugshwe to także bardzo przyjemne miasteczko gdzie znajduje się tani bazar z mango i pamiątkami oraz kilka starych świątyń z mieszkającymi w nich mnichami. Znalazłem tu tani pokój za jedyne $5 ze śniadaniem. Mój pierwszy dzień spędziłem w okolicach miasteczka. Byliśmy z moim towarzyszem podróży na smażonym ryżu z warzywami i kurczakiem za jedyne 1000kyat (ponad $1) a potem wzięliśmy rowery i jeździliśmy po Nyaugshwe. Byliśmy między innymi na bazarze gdzie bardzo przyjemnie spędziliśmy czas z miłymi paniami, które nakarmiły nas mango. Kupiłem tu też pamiątkę w postaci tradycyjnego, birmańskiego lwa. W samym miasteczku znajduje się kilka interesujących świątyń, których nie omieszkaliśmy zobaczyć. Mi osobiście najbardziej podobały się stare stupy otoczone przez krzaki i drzewa, które już się rozwalały. Obok stały nowe, pięknie dopracowane lecz nie były tak nastrojowe jak 1000-letnie wraki obok. Po drugiej stronie ulicy znajdowała się świątynia Yadana Man Aung Paya, otoczona białym murem, z efektownym wejściem i dużą złotą pagodą po środku. W główej części jest oczywiście parę posągów Buddy i kilka interesujących malunków na ścianach. Niestety padał deszcz dlatego warunki do robienia zdjęć były bardzo słabe. Potem pojechaliśmy nad jezioro gdzie widzieliśmy jak w porcie towar wszelkiego rodzaju jest załadowywany na długie i wąskie łódki, do granic ich możliwości. Przy okazji port to bardzo dobre miejsce aby zaplanować całodniowy rejs po jeziorze oraz spróbować lokalnych, nie zawsze świeżych przysmaków. Przejeżdżając przez most zobaczyłem, że spośród pól ryżowych wyrastają nowe hotele. Oznacza to, że Birma bardzo się rozwija, a przynajmniej w tych miejscach gdzie są turyści. Często napotykaliśmy na dzieci wracające ze szkoły oraz na miejscowych próbujących sprzedać nam rejs po jeziorze lub przynajmniej naleśnika z bananami. Jadąc dalej, po jednej stronie mając jezioro a po drugiej stocznie i sklepy dotarłem do bardzo rozległego pola ryżowego. Piękny widok roziągał się na wieleset metrów a słońce sprawiało, że łodygi ryżowe miały ostry zielony kolor. Jak często tu to bywa, ludzie robili pranie w strumyku a dzieci kąpały się obok. (Coż za sielanka w porównaniu z krajami rozwiniętymi, gdzie istnieje pełno zakazów na każdą okazję a każda możliwa rzecz jest opodatkowana do granic możliwości). Na końcu pola, za małym drewnianym mostem znajdowała się pewnie najbardziej efektowna świątynia w okolicach Nyaugshwe. Niestety nie znam nazwy lecz był to duży siedzący Budda a dookoła niego stało kilka rzędów stup oraz biały mur z bogactwem rzeźb. Całość była pomalowana na biało ze złotymi elementami. Za świątynią znajdował się jeszcze staw z liliami wodnymi oraz kwiatami lotosu i pływającymi w nim rybami. Uważam, że cały ten obiekt, położony blisko ogromnych pól ryżowych był bardzo godny uwagi. Jest to także jedna z niewielu świątyń tutaj, która nie jest zaniedbana.

Na koniec tego dnia byłem jeszcze na grilowanej, pysznie przyprawionej rybie za jedyne 1000 kyat (ponad $1) a potem usiadłem na balkonie hotelowym i słuchałem deszczu o zmroku.

Następnego dnia wstałem po 7 rano gdyż ja i mój kolega z Francji wybraliśmy się na całodniową wycieczkę łódką po jeziorze Inle. Zapłaciłem za tę przyjemność aż 9000 kyat czyli około $11 ale było to tego warte.

Najpierw popłynęliśmy do najdalszego zakątka jeziora czyli do Theung Tho. Jest to miejsce wspaniale oddające charakter Inle. Z głównego nurtu rzeki po około godzinie skręcliśmy w gęste zarośla aż dopłynęliśmy do składowiska łódek. Znajduje się tutaj typowy dla Birmy bazar pod drzewami gdzie można kupić przede wszystkim warzywa i owoce choć było też mięso oblegane przez muchy oraz muły zaprzęgnięte do drewnianych wozów. Theung Tho to także świetne miejsce do obserwacji życia wiejskiego, chatek pokrytych strzechą oraz sposobu w jaki ludzie radzą sobie żyjąc w bliskim kontakcie z jeziorem. Ludzie przyjeżdżali tu na zakupy choć bardziej adekwatne będzie tutaj powiedzenie, że przyjeżdżają uzupełniać zapasy. Ładowali gromne worki towaru do granic wyporności łodzi i płynęli do swoich chatek na palach, które są osiągalne tylko drogą wodną. W Theung Tho była też interesująca monastera lecz trzeba się było trochę napracować aby do niej dotrzeć. Po długich schodach wchodziliśmy na sam szczyt gdzie moim zdaniem najpiękniejsze były tu stare, białe stupy oraz widok z góry na malowniczą okolicę.

Potem popłynęliśmy do In Paw Khone czyli drewnianej chatki na balach gdzie znajdowała się fabryka jedwabiu.  Na dwóch piętrach znajdowała się pracownia gdzie kobiety wyrabiały materiały w sposób jak to robiono na początku XX wieku. Praca ta jest bardzo żmudna gdyż wszystko od początku aż do końca jest wyrabiane ręcznie i potrzeba pełnej koncentracji. Można tu było też kupić wyrabiane na miejscu spodnie, koszule, obrusy i inne rzeczy. Sama fabryka leżała w pięknych plenerach a z tarasu wykonanego głównie z bambusa można było patrzeć na inne domy na balach, roślinność, przepływające łódki, oraz tym razem, nawet na fryzjera na małej wyspie, który obcinał włosy chłopcu. Było pięknie i cicho.

Następnie popłynęliśmy do Nam Pan czyli takiego samego domku na balach, pokrytego strzechą i ścianami przeplatanymi bambusem, lecz tu znajdowała się fabryka cygar. Można tu było kupić cygara i nawet całe komplety lecz ja nie palę więc tylko Francuz zrobił zakupy. Ciekawa dla mnie była tu obserwacja starych kobiet, które zwijały liście z tabaką w środku i sklejały je za pomocą rzywicy.

Potem popłynęliśmy na obiad do restauracji z widokiem na pagodę Phaung Daw Oo. Obiad był dobry lecz cena podwójna w stosunku do Nyaugshwe. Widoki z tarasu też były piękne gdyż jedliśmy nad rzeką pod przepływającymi łódkami. Monastera była zbudowana w tradycyjnym birmańskim stylu z kilkukondygnacyjnym, czerwonym dachem. Leżała ona na marmurowym placu a w środku znajdował się posąg wielkiego Buddy i kilka interesujących malunków z jego życia i osiągnięcia doskonałości duchowej. Obiekt sam w sobie był bardzo ładny lecz też bardzo nowy i dlatego moim zdaniem nie miał dla mnie takiej wartości jak kilkuwiekowe świątynie i stupy. Zaraz koło tego miejsca znajdowała się też fabryka srebra gdzie dziewczyna tam pracująca pokazała nam cały proces topienia stali i przerabiania go na dowolne kształty. Wydawało się to proste, lecz myślę że największej cierpliwości wymagało wykonanie łańcuszka.

Wkrótce potem dotarliśmy też do ludzi z plemienia Karen gdzie kobiety tradycyjnie noszą metalowe obręcze na szyjach. Wyglądało się to bardzo dziwnie lecz dla nich było to zupełnie normalne. Odniosłem też wrażenie, że obręcze te kobiety zakładają tylko dla turystów aby mogli poczuć, że odkryli coś nowego i aby mogli zrobić zdjęcie. W ich bambusowej chatce znajdował się sklep gdzie młode dziewczyny wyrabiały materiały z jedwabiu choć można było też kupić wiele innych pamiątek.

Bazar na rzece Ywama był tego dnia zamknięty dlatego popłynęliśmy do In Dein. Jest to miejsce oddalone od jeziora i dlatego trzeba się do niego dostać kanałem. In Dein to mała osada na skraju Inle gdzie nie wszyscy turyści docierają ze względu na na napięty program i dystans od jeziora. Wizyta tu jest jednak warta czasu spędzonego w łodzi gdyż jest to bardzo mała osada z ładnymi widokami choć niestety bardzo komercyjna. Zaraz po wyjściu z łódki na bambusowy, chwiejący się pomost widać pracownię rzeźbiarską a potem kilka salonów obrazów pod strzechą. Przyznam, że ta część też jest zajmująca lecz punktem programu jest tu świątynia na górze gdzie znajdują się bogate w rzeźby, stare stupy. Wiele z nich już się rozwala i ginie w roslinności lecz taki jest właśnie ich urok. Obok są budowane nowe, z betonu i te niestety nie oddają już nastroju, w czego efekcie In Dein traci na ciężarze historii. Świątynia In Dein to miejsce bardzo zaciszne, wręcz osamotnione. Gdyby nie deszcz i czekający na mnie wioślarz, mógłbym tu godzinami wpatrywać się w rzeźby i inne formacje na starych stupach. Na pamiątkę wziąłem sobie papayę prosto z drzewa, którą potem podzieliłem się z Francuzem.

Następnie popłynęliśmy zobaczyć Nha Phe Kyaung czyli Świątynię Skaczącego Kota. Swiątynia sama w sobie jest dość zaniedbana lecz to nie ważne gdyż tradycyjnie w Inle, jest to obiekt zbudowany na drewnianych balach choć tym razem pokrywa go dykta a nie strzecha. Świątynia ta stała się popularna ze względu na to, że mieszkający tam mnisi, pewnie z nudów nauczyli koty skakać przez metalową obręcz. Stąd właśne nazwa.

Naszym ostatnim miejscem do zobaczenia były położone zaraz obok, pola warzywne i owocowe na jeziorze. Wyglądało to w taki sposób, że na przykład pole pomidorów było osadzone na długim i wąskim obszarze ziemi do którego podpływała kobieta na łódce i zrywała te, które już dojrzały. Długich i wąskich pól tego rodzaju ułożonych pomiędzy domkami było mnóstwo. Niektóre leżały wśród lilii wodnych a inne stanowiły pomost pomiędzy domkami lecz zawsze było to ładnie wyglądające i ekologiczne rozwiązanie.

Wieczorem po dniu pełnym wrażeń dotarliśmy na brzeg w Nyaugshwe. Był to jeden z moich najlepszych dni w Birmie i pewnie podczas całej tej wyprawy.

Ostatniego dnia w Inle wypożyczyliśmy rowery i pojechaliśmy wzdłuż drogi jak najdalej przed siebie. Był to kolejny spokojny dzień gdzie słońce przeplatało się z deszczem. Jechaliśmy po wyboistej drodze, pomiędzy kałużami i polami ryżowymi. Siadaliśmy też w bambusowych chatach bez frontalnej ściany aby napić się herbaty i starać się nawiązać kontakt z ludźmi. Byliśmy też w małej, prymitywnej lecz też uroczej wiosce-Kan Hlaywa. Oprócz tego widzieliśmy jak kobiety robiły pranie w kanałach, rolnicy prowadzili bawoły, dzieci wracały ze szkoły (czasem po troje na jednym rowerze), a wszystko na tle pięknych plenerów, pól ryżowych i nie zakłoconej ciszy.

To był już koniec mojego magicznego czasu nad jeziorem Inle.

Transport z Inle do Yangon

Inle opuszczałem w wielkim deszczu chodząc po kostki w kałużach. Prawie w ostatniej chwili zabrał nas pick-up do skrzyżowania a stamtąd po około pół godziny czekania podjechał nasz autobus. Naszą jazdę zaczęliśmy o 3 po południu a w Yangon byliśmy na 6 rano, wliczając w to przesiadkę w parszywym dworcu Aung Mingalar. Tej nocy zasnąłem lecz było zimno gdyż klimatyzacja była włączona do oporu. To doświadczenie nie było przyjemne.

Powrót do Yangon i wyjazd do Pyay

Do Yangon wróciliśmy tylko na chwilę. Potrzebowaliśmy użyć internetu, kupić loty do Tajlandii i wziąć prysznic. Pomógł nam tu szef najtańszego a co za tym idzie najlepszego dla nas hotelu w mieście, gdyż rzuciliśmy u niego bagaże na kilka godzin i wzięliśmy prysznic.

Wyjazd do Pyay był do końca niepewny lecz w końcu doszedł do skutku dzięki mojemu uporowi. Droga tam była łatwa gdyż autobus był pusty lecz jak zwykle w birmańskich autobusach męczył mnie troche telewizor i lokalne komedie.

Najpierw jechaliśmy na dworzec 45 minut spod Sule Pagoda a potem 6,5h do Pyay.

Pyay

(Opis miasteczka, taniego hotelu i świątyni)

Pyay jest małym miasteczkiem nad rzeką Ayeyarwady. Wysiedliśmy na stacji autobusowej gdzie były rozstawione grille rybne oraz smażalnie bananowych naleśników pod gołym niebem. Po małej i jakże taniej uczcie rykszarz zawiózł nas kilka kilometrów do hotelu specjalnie na dla nas. Był to hotel za $3 za noc, który był całkiem niezły jak na nasz marny budżet. Był zimny prysznic i na moje życzenie wkręcili w końcu żarówkę. Jednak gdy zabrakło prądu wyszliśmy na herbatę do pobliskiej knajpy. W Pyay nie ma dużo turystów i dlatego wszyscy się na nas gapili. Najpierw w hotelu a potem w knajpie. Nawet przestali oglądać telewizję gdyż patrzyli jak pijemy herbatę. Tego dnia poszedłem wcześnie spać.

Następnego dnia przeszliśmy przez rząd sklepów zaniedbanego, brudnego miasteczka. Porozmawiałem trochę z ludźmi, byłem na rondzie gdzie stał pomnik  Aung Sana na koniu oraz udałem się w kierunku świątyni Shwesandaw Paya. Jest ona wyższa o 1 metr niż Shwedagon Paya w Yangon, stoi na górze i pochodzi podobno z 589 roku p.n.e. Droga do świątyni była bardzo interesująca gdyż szedłem bocznymi ulicami i widziałem między innymi bezrobotnych rykszarzy starających się przespać na pokładzie swego wehikułu oraz bezdomnego, grillującego banany. Innym ciekawym widokiem była bambusowa chatka pokryta strzechą oraz śpiącą przed nim wielka świnia. Przed wejściem do świątyni stały dwa ogromne lwy a na górze był oczywiście standart, czyli wysoka złota pagoda oraz kilka kaplic z Buddą w środku. Całe to miejsce oraz ludzie się tam modlący byli bardzo egzotyczni lecz nie było tam nic czego już bym wcześniej nie widział. Nieco innymi rzeczami był tu na przykład pomost, który był bardzo dobrym punktem obserwacyjnym na miasto oraz na rzekę Ayeyarwady. Nie do przeoczenia była też jedna z atrakcji miasta czyli Sehtatgyi Paya-ogromny, 10-cio piętrowy, siedzący Budda. Spędziłem tu także miło czas nad rzeką gdzie miejscowi brali kąpiel a potem byłem też na dobrym obiedzie i na bazarze kwiatowym. Każde z tych miejsc jest dobre do fotografowania ludzi.

Droga powrotna do Yangon nie obyła się bez przygód. Najpierw szliśmy na piechotę przez mroczne ulice pełne zdewastowanych domów a potem dotarliśmy za miasteczko gdzie ludzie mieszkali w drewnianych domkach pod strzechą. Na podwórkach leżały bawoły a oni leżeli na bambusowych łóżkach i reagowali z uśmiechem na nasz widok. Po jakimś czasie zdałem sobie sprawę, że zgubiliśmy się  dlatego wróciliśmy do małej świątyni nad rzeką aby spytać o drogę na dworzec. Rykszarze byli tak znudzeni życiem, że nie chciało im się rozmawiać choć na szczęście znalazł się ktoś kto nam pomógł. W trójkę pędziliśmy na motorze wśród tumanów kurzu, czasem podskakując z jednej dziury w kolejną. Następnie po wizycie w syfiastej herbaciarni z widokiem na inny syf, o 10 wieczorem wyjechaliśmy do Yangon. Na miejscu byliśmy na 4.30 rano.

Shwedaung i Budda w okularach

Powodem dla którego przyjechałem do Pyay była moja wycieczka poza Pyay do Shwedaung. Około 14km za miasteczkiem znajduje się świątynia Shwemyetman Paya a w niej jedyny w Birmie Budda w okularach. W świątyni tej znajduje się kilka malunków, historia powstania tego wyjątkowego Buddy oraz figury mnichów z dzbanami do zbierania darów. Poza tym miło spędziłem tu czas. Był akurat kolejny słoneczny dzień podczas którego czekałem na deszcz jak na zbawienie. Położyłem się więc w knajpie na drewnianej ławie, przy wiatraku a moją siestę przerywałem mango oraz obserwacją kobiet mnichów. Był to kolejny piękny, ciekawy dzień z serii moich podróży.

Dostać się do Shwedaung jest bardzo łatwo. Wystarczy wziąć pick-up lub autobus jadący w stronę Yangon i wysiąść po 14km. Kierowca wysadził mnie na głównej drodze, przy znaku kierującym do świątyni a potem musiałem dojść około 200 metrów.

Wycieczkę do Pyay i Shwedaung należy traktować jako miły dodatek do wyprawy, nie jako jeden z obowiązkowych celów. Polecam tym, którzy mają czas oraz znajdą sobie zajęcie podczas jazdy autobusem.

Ostatni dzień w Yangon i transport na lotnisko

(Gdzie robić zakupy przed wyjazdem, higiena na ulicy)

Ostatni dzień w każdym kraju jest zazwyczaj smutny, gdyż czuję że zostawiam za sobą moją piękną przygodę. Tym razem nie było źle gdyż przede mną była wielka wyprawa po Tajlandii, lecz czułem że Birmy nie chciałem jeszcze opuszczać. Ostatniego dnia w Yangon zostawiłem mój plecak w tanim hostelu i poszedłem kupić prezenty na Bogyoke Aung San Market gdzie można kupić pamiątkowe koszulki, obrazy, magnesy na lodówki i wszelkiego rodzaju inne pamiątki. Jest to też bardzo dobre miejsce na wymianę waluty. Byłem na obiedzie w okolicznej knajpie gdzie Pani serwująca ryż w warzywami zlitowała się nade mną i powachlowała mnie trochę gdyż było tak gorąco. Potem szedłem ulicami Yangon zatrzymując się przy stoiskach z owocami oraz napiłem się soku z trzciny cukrowej, którą wyciskali na miejscu. Przez parę godzin chodziłem po zniszczonych ulicach Yangon. Potykałem się o wystające chodniki i omijałem psy leżące na środku. Widziałem budynki, które albo były spalone albo wyglądające jakby były wysadzone w powietrze, gdyż ich stan był tak tragiczny. Przed odebraniem plecaka usiadłem na herbatę pod drzewem na jednej z tego rodzaju ulic. Wśród przepoconych, brudnych biedaków, obnośnych sprzedawców bananów i całego tragizmu tego kraju żegnałem się w ten sposób z Birmą. Muszę też przyznać, że w Birmie przywiązuje się jednak wagę do higieny. Na jednym z dziurawych murów pękła rura i leciała z niej woda, dlatego kobieta polewająca herbatę myła w niej kubki swym brudnym palcem. Po tych pieknych chwilach kierowałem się do hostelu po mój plecak.

Na lotnisko można się dostać autobusami lecz byłem z Francuzem dlatego razem zapłaciliśmy 5000 kyat i dotarliśmy na miejsce w przeciągu 20 minut. Tutaj po zapłaceniu podatku odjazdowego w wysokości $5 bez problemu dostałem pieczątkę wyjazdową.

Dodam przy okazji, że na lotnisku w Yangon wcale nie jest drogo więc tam też się opłaca kupić jakąś pamiątkę. Wybór jest spory.

Podsumowanie Myanmar (Birmy)

Moja druga z kolei wyprawa po Birmie przebiegła bardzo pomyślnie i poza kilkoma ciężkimi doświadczeniami związanymi z transportem było wspaniale. Była to piękna, pouczająca przygoda w kraju złotych pagód choć Birma ma oczywiście o wiele więcej do zaoferowania. Najbardziej podobały mi się Bagan i Inle choć każde z miejsc, które zobaczyłem będę bardzo miło wspominał. Paradoksem jest to, że z jednej strony można tu zobaczyć woły orzące pole ręcznym pługiem i jeździć po koszmarnych drogach a z drugiej strony spośród nędzy miejscowych ludzi wyłaniają się świątynie obciekające złotem i szlachetnymi kamieniami. Sami Birmańczycy choć są ubodzy wydają się zawsze weseli na widok turysty. Zawsze było pełno uśmiechniętych ludzi witających mnie w nowym miejscu i chętnych do rozmowy. Myślę, że poza tym w Birmie jest też pewnego rodzaju magia. Każda świątynia oraz każda wspinaczka na szczyt góry aby złożyć tam hołd Buddzie zawsze jest owiany 1000 letnią legendą. W Birmie można zapomnieć, że mamy już XXI wiek i przenieść się choć na chwilę do świata baśni.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan