Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Facebook

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Libanu 2015

Napisał: Marcin Malik

Liban 2015 – relacja z wyprawy

Moja trasa: Bejrut, Jeita Grotto, Jounieh, Harissa, Byblos, Tyre, Sidon, Góry Chouf (Beiteddine, zamek Moussa, Deir al-Qamar, Barouk, Rezerwat Drzew Cedrowych), Jezzine, Mleeta, Tripoli (Al-Mina), Dolina Qadisha – (Bcharre i okolice), Dolina Bekaa – (Baalbek, Anjar, Zalhe).

Wstęp

Zanim przyjechałem do Libanu dużo słyszałem o tym małym i bardzo ciekawym kraju i dlatego chciałem go poznać na własną rękę. Z opowiadań podróżników jasno wynika, że Liban jest bardzo atrakcyjnym i także bezpiecznym krajem, choć media sterowane przez złych Żydów dają nam jasno do zrozumienia że wyjazd do Libanu grozi zdrowiu i życiu. Brytyjskie MSZ narysowało nawet komiczną mapę Libanu na której tereny północne i wschodnie są w kolorze czerwonym, czyli jak dobrze zrozumiałem gdzie strzelają bez ostrzeżenia. Z czystej ciekawości zwiedziłem wszystkie „czerwone tereny” zakreślone przez brytyjskie MSZ, i było tak miło że zostałem aż 16 dni.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050327.jpg

Lebanon; bloki betonowe na drodze w Bejrucie.

Podczas swojej podróży kąpałem się w Morzu Śródziemnym, widziałem piękne rzymskie ruiny, malownicze doliny i piękne kościoły, jadłem arabskie słodycze, byłem w starych arabskich miastach a dwa razy byłem nawet przesłuchiwany i sprawdzany przez Hezbollah. W Libanie było bardzo dużo broni na każdym kroku, dużo żółnierzy, betonowe blokady dróg, wozy opancerzone, wielkie armaty, kilometry drutu kolczastego oraz bazy wojskowe na plażach i pod mostami, zarówno w Bejrucie jak i w innych miastach. Mimo, to uważam że Liban jest krajem bezpiecznym dla turystów a sami Libańczycy nie są nastawieni wrogo. Byłem co prawda zatrzymywany i przesłuchiwany przez Hezbollah oraz w niektórych miastach, zwłaszcza w bliskiej odleglości od Izraela ktoś mi powiedział abym skasował niektóre strategiczne zdjęcia, ale należy to potraktować jako formalność a nie jako realne zagrożenie.

Europejskie media i brytyjskie MSZ to moim zdaniem przyszłoroczni laureaci Oscara za horror który nigdy się nie zdażył. Namawiam zatem wszystkich podróżników aby nie ufali naszym mediom i pojechali do Libanu, tym bardziej że kraj ten posiada także piękną przyrodę oraz naszą wspaniałą chrześcijańską historię i kulturę.

Mój reportaż piszę w taki sposób aby był on przewodnikiem turystycznym, który każdy podróżnik będzie mógł wydrukować i zabrać ze sobą do Libanu.

Bejrut

Wprowadzenie

Na lotnisku w Bejrucie odprawa poszła całkiem gładko, choć widać było że nie przepadają tam za Izraelem. Zanim żołnierz dał mi darmową wizę do paszportu, najpierw zapytał dwa razy podniesionym głosem czy byłem w Izraelu. Wylądowałem o 2 rano, także nie mogłem jechać do hotelu o tej porze. Pokręciłem się więc trochę po lotnisku, postarałem się przespać, lecz w końco okazało się to niemożliwe i nudne, dlatego postawnowiłem dostać się do centrum. Taksówkarze chcieli ode mnie $25, dlatego sam wyszedłem z lotniska do głównej drogi i zatrzymałem prywatny samochód, który podwiół mnie do hotelu za 7000 lirów libańskich. Wysiadłem w nocy, w ciemnej pustej ulicy, działającej na wyobraźnię. Gdy zapukałem do drzwi o 4.20 rano, szef hostelu był wkurzony i zapytał mnie czy on nie zasługuje na to aby spać. Jednak potem pozwolił mi abym położył się na sofie na drugim piętrze. Gdy już zawitał nowy dzień i szef był w lepszym humorze a ja wziąłem prysznic, zapłaciłem i poszedłem do pokoju. Był to najtańszy z możliwych, hostel Talal, za $16 za noc, który znajdował się 500m od centrum, 10 minut taksówką od lotniska i około 10 minut spacerem od dzielnicy Gemmayzeh.

Mieszkałem przy stacji autobusowej Charles Helou, w centrum miasta, który serwował kilka kierunków w Libanie, choć nie wszyskie. Dworzec Charles Helou mieścił się pod mostem, był brudny i szaro-bury lecz w 4h dostałem się Tripoli. Do wielu innych kierunków dostawałem się z dalszych stacji, takich jak Cola i Dora. Generalnie należy przyjąć zasadę, że dworzec Charles Helou obsługuje kierunki na północ od Bejrutu, a dworzec Cola obsługuje kierunki na południe od Bejrutu. Po kilku dniach poruszania się po Bejrucie doszedłem do wniosku, że najlepsze są taksówki, a jeśli przemieszczałem się małymi busami, to tylko po zmroku, gdyż w dzień, w ruchu ulicznym oraz na zasadzie że każdy mógł wściąść i wysiąść kiedy chciał, szybciej było iść niż jechać. Poza tym, w Bejrucie są dwa rodzaje taksówek: pierwsze to dzielone taksówki po 1000 lirów od pasażera, lecz wtedy nie zawsze dostajemy się dokładnie w miejsce przeznaczenia; a drugi rodzaj to service taxi, czyli nasza prywatna taksówka, która wiezie nas tam gdzie chcemy. Radzę wypatrywać w Bejrucie taksówkę pomalowaną na flage Libanu, także od wewnątrz. Jest to spora atrakcja a ja miałem na tyle szczęścia, że nia jechałem – za 4000 lirów.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050178.jpg

Liban; Bejrut – drut kolczasty i zasieki betonowe towarzyszyły mi przez całą podróż.

Przez pierwszych kilka dni chciałem zwiedzić Bejrut lecz ważne jest aby powiedzieć, że po Libanie należy podróżować inaczej niż po innych krajach. Otóż Liban jest bardzo małym krajem, dlatego Bejrut był moją bazą przez wiele dni, z której organizowałem wycieczki do innych miejsc w kraju. Jeśli ktoś ma tylko tydzień w Libanie, to radzę aby wynajął hotel w Bejrucie i codziennie tylko organizował wycieczki gdyż w ten sposób można zobaczyć wiele miejsc. Z perspektywy turysty Bejrut należy podzielić na kilka dzielnic, mimo że moim zdaniem nie wszystkie są interesujące. W niektórych dzielnicach są zabytki a w innych są tylko sklepy i centra handlowe, także Bejrutu nie należy oceniać tylko na podstawie zabytków i konketnych miejsc zainteresowań ale poprzez prymat całego miasta, które jest bardzo ciekawe. Dzielnice w Bejrucie to: Centrum (zwane Downtown), Achrafieh, Hamra, Gemmayze oraz bardzo przyjemny Corniche. Poza tym jest wiele interesujących obiektów, takie jak muzea, meczety, kościoły i uniwersytety. Ja w swoim reportażu napiszę o najważniejszych miejscach aby nie przepisywać przewodników, oraz także po to aby przedstawić moją własną wizję Bejrutu.

Dla mnie osobiście atrakcyjne były także muzułmańskie knajpy gdzie do póżna Arabowie wypiekali libańską pizzę, podobały mi się też herbaciarnie w ciemnych ulicach, kawa nad ranem w bardzo nieturystycznych miejscach oraz militarny aspekt Bejrutu. Niestety w 2015 roku nie wszędzie mogłem wejść, gdyż część obiektów była ogrodzona betonowymi zasiekami i drutem kolczastym a żołnierze uzbrojeni w karabiny maszynowe nie zawsze wyglądali na zadowolonych gdy robiłem zdjęcia pewnych obiektów. Widziałem, że nawet gdy militarna policja nic nie mówiła, to i tak żołnierze oglądali mnie jak telewizję, sugerując że w Libanie przyjezdnym nie ufają. Pod niektórymi mostami widziałem także wozy opancerzone i wyrzutnie rakiet, pewnie na wypadek izraelskich myśliwców. Poza tym dało się wyczuć nerwową atmosferę i nie chodzi tylko o miasto przerobione na strefę wojenną, ale także z powodu haseł na zasiekach betonowych. Przeczytałem na nich między innymi: „Może kochać swój kraj, jednocześnie nie kochając swojego rządu”, natomiast obok były zdjęcia zabitych partyzantów. W ten właśnie sposób zwiedzałem Bejrut.

Downtown

Gdy wyszedłem z hostelu najpierw na ulicy zobaczyłem kilku żołnierzych czających z karabinami maszynowymi w betonowych budkach, a następnie zobaczyłem wielką reklamę przedstawiająca libańskiego polityka. Wkrótce jednak dotarłem do ogromnego meczetu, który rozmiar dominował tą część miasta. Był nim meczet Muhammad Al-Amine, zbudowany w 2005 roku, zwany także „niebieskim meczetem”, z uwagi na niebieska kopułę, choć moim zdaniem Libańczycy chcą mieć meczet na miarę Niebieskiego Meczetu w Stambule, i stąd jest ta nazwa. W środku natomiast można podziwiać muzułmańskie kaligrafie na żołtym, pomarańczowym, czasem też niebieskim tle, wykonane przez mistrzów cierpliwości. Jest to obiekt, który na pewno jest warto zobaczyć, a jeśli nawet ktoś nie chce go widzieć to i tak na pewno zobaczy, gdyż same jego minarety mają 65 metrów wysokości, a nawet gdy zapada ciemna noc, także go widać gdyż jest podświetlany. Meczet Al-Amine został sfinansowany przez byłego premiera Libanu Rafiqa Hariri. Tuż za meczetem znajduje się też mauzoleum byłego premiera Libanu, który jak na ironię, został wysadzony w powietrze w 2005 roku w Walentynki. Jak przypuszczam, tak właśnie wygląda święto zakochanych w islamie. Przed meczetem Al-Amine nie do przeoczenia jest także Plac Męczenników, na którym stoi pomnik trojga ludzi upamiętniających libańskich nacjonalistów zamordowanych przez Osmanów w latach 1915-1916. Dziś jednak plac ten jest używany przez media jako centrum walk politicznych i brutalnych rewolucji i ciągle się zmienia. Gdy ja byłem w Bejrucie w 2015 roku, Plac Męczenników był zaniedbany, pełen gruzu i śmieci, lecz sądzę, że gdy pojadę tam następnym razem, będzie to piękny park z palmami i fontanną oraz trasą dookoła przypominającą Piccadilly Circus. Ja bym tak zrobił.
Miejmy też nadzieję, że za kilka lat archeolohowie odkopią z gruzów Rzymskie Łaźnie, i że będą one otwarte dla turystów. Namawiam podróżników aby pytali czy są otwarte.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050272.jpg

Liban – Parlament Libanu oraz Wieża Zegarowa.

W Bejrucie nie da się nie zauważyć rywalizujących ze sobą dwóch religii: islamu i chrześcijaństwa. Obok meczetu Al-amine stoi 19-wieczna Katedra św. Jerzego Maronita. Jego wieża, z dużym podświetlanym krzyżem ma 72 metry wysokości, a cała katedra przeszła niedawno poważny remont. Zarówno kościół, jak i meczet są charakterystycznymi cechami centrum miasta Bejrutu, które wciąż jest odbudowywane po wojnie domowej i znajdują się w pobliżu linii frontu, która dzieliła chrześcijański wschodni Bejrut od muzułmańskiego zachodniego Bejrutu w czasie konfliktu. Podróżując po Libanie wiele razy się przekonałem, że z powodów politycznych religia oraz tożsamość religijna są niezwykle ważne.

Następnie poszedłem do Nemjeh Place, gdzie znajdował się między innymi Parlament Libanu oraz Wieża Zegarowa, zbudowana przez Osmanów w 1897 roku. Poza tym jest okolica dobrych restauracji oraz atrakcyjnych ulic, choć całość była niestety ogrodzona drutem kolczastym i uzbrojonym wojskiem. Kilka wcześniej podobno nie można tam było nawet wejść, lecz gdy ja tam byłem, turyści mieli wolny wstęp, lecz z uwagi na zamachy bombowe nie miejscowi. Na uwagę zasługuje także grecki kościół św. Georga, ukończony w 1772 roku. Zaraz koło Nemjeh Place stoi budynek Grand Serail, będący oficjalną siedzibą premiera Libanu. Niestety poruszanie choćby w bliskiej odległości od tego obiektu było niemozliwe gdyż był on oddzielony drutem kolczastym i zasiekami betonowymi i uzbrojonym wojskiem. Szkoda, dlatego że jest to bardzo atrakcyjny budynek, lecz cóż, tak już jest w Libanie.

Oprócz tego w dzielnicy Downtown są bazary, ciemne ulice z rozwalonymi budynkami, które ciągle nie zostały odbudowane po wojnie domowej, jest też kino w nowoczesnym budynku i ogromny bazar – Beirut Souks. Nie jest to jednak tradycyjny muzułmański bazar, który widziałem w Stambule, w Teheranie czy w Kashan. W Bejrucie jest to komercja za ogromne pieniądze, ze sklepami najdroższych firm. Zamiast arabskich przypraw i słodyczy i zamiast dywanów, tutaj jest biżuteria, perfumym torebki i stroje najdroższych firm zachodnich, a ci, którzy mają pieniądze, mogą ubrać swoje kobiety w krótkie spódnic i wysokie buty i iść na imprezę na wysokim piętrze w centrum Bejrutu. Na próżno szukać tu tradycji i definitywnie nie jest to teren dla podróżników na budżecie. Wnikliwi są w stanie w tej dzielnicy dotrzeć do wielu innych obiektów i miejsc zainteresowań.

Gemmayze

Gemmayze to w zasadzie jedna długa ulica o nazwie Gouraud, znajdująca się niedaleko Placu Męczenników. Jest to część Bejrutu gdzie znajduje się wiele knajp, restauracji oraz życie nocne, lecz to akurat zostaje szybko wypierane przez Downtown, które ma o wiele więcej atrakcji. Według mnie ważny jest sposób dostania się do Gemmayze, i uważam że należy do zrobić tylko po schodach św. Nicholasa. Schody te są długie, pomalowane na wiele kolorów i ozdobione w grafiti, choć po drodze można też podziwiać pranie wywieszone przez mieszkańców oraz liczne rośliny w doniczkach. Dwa razy do roku na 125 schodach odbywają się festiwale oraz wystawy sztuki. Poza tym według mnie, w Gemmayze można zjeść i iść do knajpy, ale to wszystko.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050096.jpg

Liban; Bejrut – sztuka uliczna.

Achrafieh

Achrafieh jest większą dzielnicą gdyż zaczyna się od ulicy Damaszek na zachodzie, następnie do wschodniego brzego rzeki Bejrut, a na południu do Muzeum Narodowego. W Achrafieh, w okolicach schodów św.Nicholasa znajduje się bardzo ładny biały budynek z krętymi schodami i rzeźbami w ogrodzie. Ten chyba najładniejszy obiekt w całym Bejrucie to Muzeum Sursock, który jest miejscowym pomnikiem pieniądza zbudowanym w 1912 roku, i który akurat był zamknięty gdy ja tam byłem. Niestety ale ja mogłem podziwiać ten obiekt tylko z zewnątrz. Polecam także grecki Kościół św. Nicholasa, który znajduje się na szczycie 125 schodów św.Nicholasa, z czerwoną kopułą na szczycie. Ja większość czasu spędziłem w Ogrodach św. Nicholasa po drugiej stronie, gdzie znajdują się posągi greckich bogów oraz zaniedbany niebieski basen. Jest miła przerwa od zwiedzania z widokiem na kościół, choć nie byłem zafascynowany tym ogrodem. Zanim wszedłem, najpierw musiałem pokazać zawartość plecaka, w razie gdybym jednak był terrorystą. Tego dnia mój czas już się kończył, dlatego chciałem koniecznie zobaczyć choć jeszcze jeden wazny obiekt.

Co prawda niedaleko było Libańskie Muzeum Prehistorii ale wolałem wziąć taksówkę i pojechać do Muzeum Narodowego Libanu. Za jedyne 5000 lirów zoabczyłem dwa piętra libańskiej historii pod jednym dachem. Muzeum to posiada kolekcje w około 100 000 obiektów, z których większość to zabytki i średniowieczne znaleziska z wykopalisk prowadzonych przez Dyrekcję Generalną Starożytności. Muzeum w Bejrucie eksponowanych jest około 1300 artefaktów, począwszy od czasów prehistorycznych do średniowiecznego okresu mameluków. Na parterze znajdowały się ogromne rzeźby, sarkofagi i mozaiki przedstawiające Greków i Rzymian. Jeden z sarkofagów przedstawia Achillesa a najbardziej wartościowa mozaika przedstawia 7 mędrców, w tym Sokratesa. Muzeum Libanu w Bejrucie posiada artefakty począwszy od epoki brązu, poprzez okres grecki, rzymski, Bizancjum i podbój Arabów, a wiele przedmiotw które się tu znalazły pochodzą między innymi z rzymskich ruin Baalbek i Byblos. Być może zabrzmi to nieprawdopodobnie ale pomimo ciężaru historii najbardziej w pamięci pozostała mi idealnie okrągła pupa jednej zwiedzającej.
Z powodu wojny domowej muzuem to było zmuszone zawieśić działalność w 1975 roku, a następnie zaczęło długie i bardzo kosztowne prace restauracyjne, dzięki czemu zostało ponownie otwarte w 1979.

Poszedłem jeszcze do knajpy po drodze a potem wróciłem busem do Downtown, skąd poszedłem do hostelu.

Hamra

Następnego dnia pojechałem do dzielnicy Hamra, gdzie nie ma absolutnie nic do zwiedzania. Hamra to dzielnica średniej klasy hoteli, restauracji i sklepów wszelkiego rodzaju, a główna ulica Hamra Street jest zawsze pełna kupujących, przechodniów i klientów restauracji. Na wystawach tego w większości muzułmańskiego kraju można na przykład zobaczyć skąpą bieliznę dla kobiet, natomiast ja przyjeżdżałem tu czasem wieczorem aby pochodzić bocznymi ulicami wymagającymi remontu, aby sfotografować najlepsze wraki które wciąż jeździły, oraz korzystałem też z internetu. Innym słowy, większość ludzi przyjeżdża do Hamry aby się upić, zjeść i zrobić zakupy.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050338.jpg

Liban; Bejrut – w dzielnicy Hamra ze stylowym samochodem.

W dzielnicy Hamra są dwa miejsca, które mogę polecić. Pierwszym jest Ogród Sanayeh, z dużą okragłą fontanną, ładnie przystrzyżonym trawnikiem oraz drzewami dającmi błogosławiony cień. Tutaj na prawde odpocząłem od upału, napiłem się herbaty i zjadłem kukurydzę w spokoju. Wszystkim podróżnikom polecam to miejsce. Niemal obok ogrodów znajduje się prawdziwa gwiazda tej dzielnicy, czyli Amerykański Uniwersytet w Bejrucie. Jest to ogromny obiekt zbudowany w stylu europejskim, z własnym kortem tenisowym oraz wieloma budynkami i terenem zielonym, który został otwarty w 1866 roku i stanowi prestiżową placówkę szkolnictwa wyższego w Libanie. Uniwersytet ten naucza wszystkich przedmiotów w języku angielskim. Amerykański Uniwersystet w Bejrucie mieści się na 61 akrach, ma 74 budynki oraz nawet własną plażę. Poza tym, uniwersytet jest położony na górze, jest pokryty zielenią i ma piękny widok na Morze Śródziemne. Polecam podróżnikom aby pochodzili po tym miejscu przez około godzinę lub dwie gdyż sama obecnośc tam jest bardzo odprężająca, a dla mnie było o tyke ciekawie że odbyłem rozmowy ze studentami. Najdłużej rozmawiałem z młodą muzułmanką w krótkiej spódnicy, która była mną bardz zainteresowana, lecz natychmiast uciekła gdy pojawili się młodzi mężczyźni. Potem schodząc w stronę wybrzeża, zostałem zaczepiony przez wielu studentów, którzy byli bardzo męczący gdyż zadawali mi wiele pytań. Opuściłem uniwersytet z drugiej strony i w ten sposób znalazłem się w Corniche.

Corniche

Corniche to moje ulubione miejsce w Bejrucie. Jest to 8km deptak nad Morzem Śródziemnym, który jest wspaniałym miejscem na wypoczynek o każdej porze dnia i wieczora. Wzdłuż Corniche są posadzone palmy a sam deptak jest zawsze pełen biegaczy, wrotkarzy, sprzedawców kukurydzy, lodów i libańskiego chleba z sezamem (ka’ik). Są także kobiet biegające w obcisłych strojach oraz te zawinięte w czarne prześcieradła. Ja spacerowałem po Corniche wiele razy, aż do ostatniego dnia mojego pobytu w Bejrucie, a potem gdy tam jeszcze wracałem. Bardzo mi się też podobało miejsce gdzie mężczyźni pływali oraz skakali ze skał. Ja też skakałem i pływałem razem z nimi, co było nie tylko frajdą ale także ulgą w gorącym klimacie Libanu. Oprócz tego na Corniche spotykają się całe rodziny na pikniki, wędkarze i polscy turyści, jak ja. Także ze społecznego punktu widzenia jest to wspaniałe miejsce.

Jest jednak kilka miejsc w Corniche, które chciałbym wymienić, mimo że ciągle uważam, że sam 8km deptak z palmami i miejsce do pływania są najlepsze. Niedaleko hotelu Riviera stoi latarnia Manara, którą wojsko Izraela oszczędziło, gdyż Żydzi chcieli tylko „zgasić” światło. Dalej jest park rozrywki Beirut Luna Park, który jest popularny wśród rodzin z dziećmi. Przyznaję, że przyjemnie można spędzić czas na wszystkich karuzelach lecz mnie to nie zachwyciło. Najlepsze z całego parku były samochody, którymi można się było rozbijać. Mimo to ciągle wolałem skakać do morza ze skał. Na samym końcu Corniche jest jednak ogromna atrakcja geologiczna, czyli wysokie na 60 metrów Gołębie skały, które są pamiątką po trzęsięniu ziemi. Dziś jest to bardzo romantyczne miejsce, z restauracjami z widokien skały. Aby zobaczyć skały z poziomu morza, można zejść 100m na dół po wydeptanej drodze a następnie można też zapłacić $20 za rejs łódką dookoła skał. Szkoda, że byłem tam tylko raz gdyż było to wyjątkowo piękne miejsce.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050365.jpg

Liban; Bejrut – latający Arab w dzielnicy Corniche.

Inne ciekawe rzeczy, które przytrafiły mi się w Bejrucie

Będąc w Bejrucie miałem kilka ciekawych przygód oraz zaobserwowałem parę ciekawych rzeczy. Każdy podróżnik ma swoje prywatne obserwacje, którymi należy się dzielić aby lepiej poznać kraj oraz także podróżników napotkanych na drodze.

Gdy byłem w Bejrucie, Libańczycy po raz kolejny zorganizowali awanturę antyrządową, tym razem w pobliżu Placu Męczenników. Rzucali kamieniami i petardami w policję, jednocześnie powiewając libańskimi flagami. Policja natomiast była bardzo cierpliwa i długo tolerowała tą awanturę. Wozy opancerzone stały spokojnie i przyjmowały kamienie, lecz po pewnym czasie policjanci czuli się już tym tak zmęczeni, że najpierw wystrzelili gaz a potem weszli z pałami i zaczęli rozganiać towarzystwo. To była niezła akcja, a wiem to dobrze dlatego że byłem w tym tłumie, słyszałem ich okrzyki wojenne i widziałem jak rzucali kamieniami. Mnie na szczęście nikt nie ruszył, co oznacza że Liban jest krajem bezpiecznym dla turystów. Policja jednak potem mnie okrążyła i zadawała pytania ale szybko mnie puścili. Może dlatego, że byłem z niemiecką koleżanką, która wyglądała bardzo pokojowo.
Kiedyś już byłem na politycznej manifestacji, lecz w Daka, w Bangladeszu, i też nikt mnie nie ruszył, dlatego że zobaczyli Białego z aparatem fotograficznym, więc uznali że to nie była moja sprawa. Po wszystkim poszedłem na arabską pizzę do ciemnej ulicy, gdzie przykurzone, spocone Araby wypiekały miejscowe przysmaki i uśmiechały się do mnie jak głupi do sera.

Co do kobiety z Niemiec, z którą się spotkałem parę razy, to niestety okazała się głupsza niż myślałem. Właśnie wróciła z rocznego pobytu w Pakistanie gdzie uczyła niemieckiego, i tak była nafaszerowana muzułmańską kulturą, że nawet raz powiedziała: „Oby Allah dał pokój Libanowi”. Pomyślałem, „jak Niemcy mają przetrwać, skoro ich głupie kobiety wzywają Allaha o pomoc”. Tragedia. Niemka miała już swoje lata, właśnie zerwała ze swoim niemieckim chłopakiem i mówiła, że nie planowała mieć dzieci. No cóż, powiedziałem że Arabowie i Turcy w Niemczech mają po dwie i nawet trzy żony i oni będą mieli tak ogromny przyrost naturalny, że usunie Niemców z Niemiec. Nic nie odpowiedziała. Potem dołączył do nas jeszcze jeden Niemiec, z którym potem pojechałem na wycieczkę, dlatego powiedziałem żartobliwie głupiej Niemce że teraz ma okazję ratować Niemcy i może dać się zapłodnić Niemcowi, a jeśli nie jemu, to przynajmniej może pomóc ratować biały gatunek i zrobić to ze mną. Ona jednak paliła szhishę i zrobiła się czerwona ze wstydu. To jednak nie wszystko, dlatego że Niemiec miał kobietę z Rumunii i planował z nią rodzinę. No cóż, marne szanse widzę dla Niemców, ale Anglicy są tacy sami.

Gdy wróciłem pewnego wieczora do hostelu, okazało się że repecjonista, chyba z zemsty dlatego że go obudziłem w nocy, wsadził mi murzyna do pokoju. Szkoda, że nie widziałem swoje własnej reakcji ale zanim otworzyłęm pokój miałem jeszcze dobry humor. Nagle patrzę, murzyn! Natychmiast pobiegłem do recepcji i powiedział szefowi żeby mi wyjął czarnego z pokoju, na co on odparł że wie że mu stopy śmierdzą ale nie miał go gdzie wsadzić. Odparłem, że smród jego stóp mie nie przeszkadza dlatego że sam smierdzę jak stary kozioł. Problem jest w tym, że nie przepadam za murzynami. Recepjonista odparł na to, że ma pokój bez murzynów na innym piętrze ale będzie mnie to kosztowało o $2 więcej za noc. Oczywiście zgodziłem się.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050187.jpg

Liban; Bejrut.

Po zmianie pokoju było już wesoło. Tym razem dzieliłem pokój z chłopakiem z Chile oraz z Arabem z Jordanii, który przyjechał do Libanu aby poślubić drugą kobietę. Arab z Jordanii potrafił opowiadać ciekawe historie a tak potrafił wciskać kit, że aż inspirował. Najpierw próbował przekonać mnie na temat wyższości islamu nad chrześcijaństwem ale szybko się poddał, dlatego że miał w pokoju dwóch katolików i postanowił że zmieni opowieść. Opowiadał o tym, że ma ładną żonę w Ammanie oraz małego synka, a do Libanu przyjechał aby poślubić młodą dziewczynę z Syrii. Mówił, że gdyby mógł to miałby jeszcze trzecią żonę ale na razie pracuje nad drugą. Jordańczyk chwalił się, że ma dobre życie, dlatego że on ma dobrą pracę i swoje mieszkanie a jego pierwsza żona ma też swoje mieszkanie i też ma pracę, co oznacza, że są idelane warunki do poślubienia drugiej kobiety. Młoda dziewczyna z Syrii, którą poznałem potem była bardzo ładna, jak na Arabkę, a mojemu Jordańczykowi aż ślina leciała z pyska na jej widok. Niestety żalił nam się trochę, że na przyjazd jej oraz jej rodziców do Libanu, oraz na ich całe utrzymanie już wydał $5000, i to jeszcze nie był koniec kosztów, gdyż musiał ich zabrać do Jordanii na ślub i wesele. Pytałem go czy pierwsza żona się zgodziła, na co odparł że nie ale nie musi się zgodzić, dlatego że w islamie kobiety nie mają nic do gadania. Na prawdę, poznanie go było wielką przyjemnością.
Podsumowując jednak, tak właśnie bawił się Arab z brązowymi dupami, a miał ochotę na więcej.

Potem dzieliłem pokój z syryjskim imigrantem, który był lekarzem i także bardzio porządnym człowiekiem. Odbyliśmy razem wiele powaznych rozmów, także o moich poglądach politycznych, i co dziwne, powiedział że się ze mną zgodził. W Europie byłbym okrzyknięty nazistą, ale jemu powiedziałem dokładnie to co myślę, a powiedziałem że Żydzi niszczą kraje arabskie poprzez wojny a Europę niszczą poprzez masową nie-białą imigrację, mieszanie się ras i promocję zboczeń. Syryjski lekarz powiedział, że zgadza się ze mną, ale także że jest zdziwiony że usłyszał to ode mnie, dlatego że gdy rozmawiał z innymi Europejczykami czy Amerykanami, to byli nawini jak małer dzieci, gdyż każdy z nich wierzył w żydowskie kłamstwa. Powiedział też, że tak długo jak żydzi rządzą Europą i Ameryką, świat nidgy nie będzie bezpieczny. Piliśmy razem herbatę i rozmawialiśmy, także o jego pracy w Arabii Saudyjskiej. Powiedział, że gdy pracował w szpitalu w Arabii Saudyjskiej, to kobiety zaczepiały jego. Zwłaszcza te z zakrytymi twarzami miały na niego największą ochotę i według niego, te które są najbardziej zakryte, potem są najlepsze w związku i najlepiej traktują mężczyznę.

Podróże wzbogacają, i to nie tylko z powodu zobaczonych zabytków ale także dzięki ludziom, których poznaję. Zdaję sobie sprawę, że moi wrogowie polityczni chcą mnie widzieć tylko w mundurze SS, ale to nie prawda. Ja nie chcę wojen, nie chcę kolonializmu i wyzysku. Ja tylko chcę etniczno-kulturowej równowagi.

Będąc w Bejrucie jeszcze wiele razy odwiedzałem te same miejsca. Byłem w dzielnicy Hamra na posiłkach i na internecie oraz skakałem ze skał do morza w Corniche. Często też włóczyłem się po nieturystycznych dzielnicach, które okazały się bardzo ciekawe. Widziałem zniszczone domy oraz mury z dziurami po kulach. Myślę jednak, że jeśli Liban nie będzie prowokowany przez Izrael oraz Hezbollah i chrześcijanie podadzą sobie rękę dla dobra kraju, to Liban może być bardzo przyjemnym krajem dla turystów gdyż ma do tego wspaniałe warunki.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050482.jpg

Liban – ten Arab upiekł mi dobry chleb.

Zainteresowanym polecam też wycieczkę do Yarze, aby zobaczyć wielki pomnik o nazwie „Nadzieja na Pokój”, który został zbudowany dla upamiętnienia wojny domowej w Libanie w latach 1975-1990. Pomnik ten składa się z czołgów i wozów bojowych ustawionych jeden nad drugim. Ja nie pojechałem tam aby go specjalnie zobaczyć lecz widziałem go stojąc na trasie w korku

Wycieczka jednodniowa do Jeita Grotto, Jounieh i Harissa

Po porannej herbacie oraz pokojowym pożegnaniu Arabów w moim pokoju, poszedłem na dworzec Charles Helou, skąd wziąłem autobus jadący do Tripoli. Ja jednak wysiadłem o wiele wcześniej a kierowca był na tyle miły, że wysadził mnie na drodze przy zjeździe na jaskinie Jeita. Zresztą jest znak na drodze, że trzeba skręcić w prawo a poza tym w miejscu tym stoi most. Za dojazd do mostu zapłąciłem 2000 lirów, następnie podjechałem trochę autostopem i zapłaciłem kolejne 2000 lirów za service taxi do wejścia do jaskiń.

Jaskinie Jeita to jedna z największych atrakcji Libanu poza Bejrutem. Znajdują się tam wspaniałe jaskinie wodne oraz bogactwo geologiczne w postaci formacji skalnych, wapiennych ścian, stalaktytów i stalagmitów. Jeita Groto to system dwóch oddzielnych lecz połączonych ze sobą jaskiń o łącznej długości około 9km. Największym punktem programu jest tam króki rejs łódką wewnątrz jaskini po turkusowej wodzie, oraz przy umiejętnym wykorzystaniu świateł. Tak długo jak turyści potrafią się zachować, jest to piękne i spokojne doświadczenie, które daje też przyjemny chłód. Na zewnątrz natomiast są piękne górskie widoki, rzeka Pies oraz kolejka linowa. Oprócz tego są także sklepy z pamiątkami oraz interesujące rzeźby, które mi przypominały Posejdona, mimo że ktoś może mieć inne skojarzenia. Niestety wewnątrz jaskiń kategorycznie nie można robić zdjęć, ale ja i tak zrobiłem.
Jeita Groto znajduje się około 20km od Bejrutu i jest tak bardzo popularnym miejscem, że każdego roku jest odwiedzane przez ponad 250.000 turystów. Za bilet zapłaciłem 18.000 lirów.

Z Jeita Groto pojechałem do głównej drogi na Tripoli (czyli tam skąd przyjechałem) a potem zatrzymałem autobus i za jedyny 1.000 lirów pojechałem kolejne 2km do Jounieh.

Jounieh to małe nadmorskie miasto z górskimi widokami, oraz libańska stolica życia nocnego. Gdy wjechałem do Jounieh, miesteczko to skłądające się w zasadzie z jednej długiej ulicy nie wyglądało źle. Najpierw zobaczyłem boisko do piłki nożnej a potem usiadłem w knajpie na dobry arabski posiłek. Wkrótce jednak zobaczyłem Amsterdam Super Night Club, który był barem ze striptiem oraz tak zwanym „salonem masażu”. Idąc wzdłuż ulicy widziałem wiele takich barów, co tłumaczy dlaczego Jounieh jest tak bardzo popularne wśród saudyjskich turystów. Tuż po zawieszeniu broni w 1975 roku, do Jounieh zaczęli się zjeżdżać chrześcijanie, i miasto to szybko stawało się centrum rozrywki. Znjaduje się tu wiele luksusowych hoteli, restauracji, burdeli oraz Casino Du Liban, gdzie bogaci Saudowie bawią się do rana.

Na końcu głównej ulicy w Jounieh znajduje się kolejka linowa „telefrique”, którą za jedyne 5.500 lirów w jedną stronę wjechałem na sczyt góry, do kościoła w miejscowości Harissa. Harissa składa się z dwóch wsi położonych na wysokości 550m n.p.m, około 27km of Bejrutu. Ze szczytu góry są ładne widoki na Jounieh i Morze Śródziemne, jeśli nie ma mgły, lecz Harissa znalazła się na mapie turystycznej z powodu Matki Bożej Libanu, która jest jedną z najważniejszych świątyń honorujących Maryję Pannę i na pewno jest najważniejszym ośrodkiem chrześcijańskim w Libanie, od 1904 roku, gdy została zbudowana. Na kaplicy, po której nożna wejść aż na samą górę, stoi ogromny 15-tonowy posąg Matki Bożej, który ma 8.5m wysokości i średnicę 5m. Matka Boża Libanu w Harissa ma wyciągnięte dłonie w kierunku Bejrutu i przyciąga miliony wiernych chrześcijan z całego świata. Papież Jan Paweł II odwiedził Matkę Bożą Libanu w 1997 roku, natomiast jego wielebność, szanowny dobrodziej Marcin Malik był tu w 2015. Cały obiekt bardzo mi się podobał i oczywiście polecam, nie tylko chrześcijanom ale także żydom i muzułmanom, aby stali się trochę lepsi.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050879.jpg

Widok ze szczytu Harissa, gdzie znajduje się Matka Boska Libanu, na Jounieh oraz Morze Śródziemne.

Moja droga powrotna z Harissa też była przyjemna. Najpierw schodziłem po głownej drodze piechotą i zatzrymałem się przy Katedrze św. Pawła, a potem pojechałem autostopem do Jounieh. Następnie jeszcze raz zaprosiłem się na mała przekąskę w libańskiej knajpie, a potem z głównej drogi za jedyne 2000 lirów wróciłem do Bejrutu, na dworzec Charles Helou.

Tego samego wieczora w Bejruce nie nudziłem się ani trochę. Naajpierw pojeździłem libańską taksówką ostro wchodzącą w zakręty, potem byłem na ulicznej rozróbie, a na samym końcu poszedłem ze znajomą Niemką na arabską pizzę. Z głębi serca polecam wszystkie miejsca, które omówiłem w tym rozdziale.

Jedniodniowa wycieczka do Byblos

Kolejnego dnia pojechałem do Byblos, także z dworca Charles Helou, gdyż jest to kierunek na północ od Bejrutu. Na dworcu jednak spotkałem bardzo miłą Rosjankę, która tam mi zawróciła w głowie, że pojechałem z nią aż do Tripoli. Potem musiałem wrócić na południe, do Byblos, lecz nie zajęło mi to długo. Odległości w Libanie są bardzo małe i często poruszałem się tylko wzdłuż wybrzeża. Z Bejrutu do Byblos jest tylko niecałe 40km, które zajmuje 30 minut. Do Byblos można się także dostać z dworca Cola, który parkuje w centrum miasteczka, jednak ja wolałem wziąć autobus jadący do Tripoli i wysiąść po drodze.

Byblos (po arabsku Jbail) jest jednym z najładniejszych małych miast w Libanie, z uroczym portem, restauracjami rybnymi oraz ładnymi zachodami słońca. W Byblos jest także przyjemny bazar z pamiątkami, który moim zdaniem jest znacznie lepszy niż ten w Bejrucie, gdyż jest bardziej tradycyjny i łatwiejszy do nawigacji. Byblos jest zamieszkane nieprzerwanie przynajmniej od 7000 lat, a różne cywilizacje zostawiły tu swoje ślady, które oprócz uroku samego miasta, także powinny wystarczyć jako powód do spędzenia tu choć jednego dnia. Po kolei były to okres: fenicki, grecki, rzymski oraz okres Krzyżowców. Ciekawostką jest, że w okresie fenickim wymyślono alfabet, który stał się podstawą alfabetu używanego przez nas dzisiaj, a następnie antyczni Grecy nazwali go „byblos”. Całe miasto zostało zakwalifikowane do bogactw kultury światowej UNESCO, gdyż znajdują się między innymi takie obiekty jak rzymskie ruiny przy plaży, Zamek Krzyżowców, wiele ruin przy plaży, kościół Krzyżowców św. Jana-Marka oraz meczet Sultan Abdul Majid z XII wieku, który został odnowiony w XVII wieku przez osmańskiego sułtana. W Byblos podobało mi się bardzo, że rzymskie ruiny, antyczne kolumny, kościoły oraz fundamenty dawnych obiektów zbudowanych wiele tysięcy lat temu znajdowały się przy plaży, wśród palm. Na każdym kroku w Byblos są piękne widoki oraz historia, i choć większość turystów odwiedza Byblos tylko na jeden dzień, to ja zwłaszcza rodzinom radzę tu jednak spędzić choć jedną noc. Dziś Byblos jest chrześcijańskim miastem.

Będąc na bazarze w Byblos radzę zwrócić uwagę na sklepy, gdyż niektóre kryją w sobie prawdziwe skarby. Byłem na przykład w sklepie, gdzie na płaskich skałach były odbite szkielety ryb. Poza tym obwiązkowo polecam kolację w restauracji rybnej z widokiem na piękny port.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050505.jpg

Piękne Byblos, z ruinami starego miasta oraz widokiem na morze.

Tego dnia, w Byblos, spotkała mnie też miła niespodzianka dlatego że miejscowa kobieta zaprosiła mnie na herbatę do ładnej restauracji. Byłem szczerze zdziwony, dlatego że to raczej mężczyzna powinien zaprosić kobietę. Ona jednak chciała tylko porozmawiać, jakby była ciekawa mojej opowieści, tego gdzie byłem, co widziałem i co sądzę o Libanie. Oczywiście rozmawialiśmy też o polityce imigracyjnej w Europie, i ona jako chrześcijanka stwierdziła że Europa podcina sobie żyły a Niemcy biorąc miliony muzułmanów będą wkrótce bardzo tego żałować. Cieszyłem się, że mogłem odbyć tak trzeźwą rozmowę z kobietą, która na przykład z Angielką byłaby pewnie niemożliwa, bez oskarżenia mnie o „rasizm” czy „ksenofobię”. Tego dnia spotkałem dwie kobiety, które były dla mnie miłe. Co za ulga, zwłaszcza po wielu bezsensownych rozmowach z natchnionymi żydowskimi kłamstwami Angielkami, do poziomu ich własnego ludobójstwa.

Do Bejrutu wróciłem z głównej drogi w około pół godziny. Można też próbować zatrzymać każdy samochód jadący na południe.

Wycieczka jednodniowa do Tyre i Sidon – (oraz krótka historia południowego Libanu)

Tego dnia chciałem zobaczyć dwa ważne miejsca na południe od Bejrutu. Najpierw pojechałem na stację Cola, którym dostałem się na stację autobusową w Sidon. Moja podróż trwała niecałą godzinę gdyż odległość między tymi dwoma miastami to tylko około 45km, a najwięcej czasu straciłem w korkach Bejrutu. Za bilet zapłaciłem 5000 lirów. Na stacji w Sidon napiłem się herbaty i zobaczyłem całą kolekcję gratów na dworcu, lecz wkrótce wsiadłem do następnego autobusu, jadącego do Tyre. Sidon też chciałem zobaczyć ale pomyślałem, że zacznę zwiedzanie od dalszego miasta od Bejrutu. Z Sidon do Tyre jest niecałe 40km, które tym razem pokonałem w 45 minut. Na tym odcinku mojej drogi widziałem wiele baz wojskowych, bloków betonowych z flagami Libanu, dużo drutu kolczastego oraz także pola bananowe. Zrozumiałem, że odcinek pomiędzy Sidon a Tyre był „delikatną strefą”, jak ja to nazywam, a jeszcze kilka lat wcześniej Tyre w ogóle nie było dostępne dla turystów z powodu bliskiej odległości od Izraela oraz faktu, że Izrael okupował południowy Liban przez 22 lata. W Tyre natomiast była wielka baza wojskowa Izraela a ludzie tam mieszkający dobrze pamiętają terror związany z tymi czasami, z nalotami Izraela włącznie. Nie mówię, że muzułmanie są święci ale Izrael też nie nigdy nie był, i w tym wypadku to Izrael napadł na Liban, natomiast Hezbollah się bronił. Najpierw Izrael okupował i terroryzował Liban przez 22 lata od 1978 do roku 2000, a następnie rozpętał wojnę z Hezbollahem na terytorium Libanu w 2006 roku. Izrael zabił wówczas 1200 Libańczyków i ranił ponad 4400, zostawiając za sobą także ogromne zniszczenia infrastruktury, co spowodowało że południowy Liban był zamknięty nie tylko dla turystów ale także dla Libańczyków. Moim zdaniem najbardziej komiczne w tym wszystkim były jednak pokojowe siły ONZ stacjonujące w tym regionie w 2011 i złożone z 35 krajów. Ja osobiście żołnierzy ONZ statystami, gdyż nie zrobili absolutnie nic aby zakończyć agresję Izraela na Liban. Do dziś południowy Liban jest uzbrojony po zęby oraz przepełniony agentami wywiadu, i moim zdaniem jest to strefa wojenna gotowa na odparcie ponownego ataku Izraela. W południowym Libanie, a zwłaszcza w Tyre naeży uważać jak się robi zdjęcia. Raz, zupełnie niewinnie sfotografowałem meczet, i natychmiast podszedł do mnie uzbrojony żółnierz i powiedział abym usunął to zdjęcie bo będzie problem. Odparłem, że to tylko meczet, a on powiedział że to także baza wojskowa. Południowy Liban kryje wiele niespodzianek.

Do Tyre pojechałem głównie po to aby zobaczyć dwa kompleksy atrakcyjnych ruin rzymskich: Al-Mina i Al-Bass. Nie jestem archeologiem czy historykiem sztuki, dlatego wyrażę moją własną opinię.

Al-Mina, zwana także Al-Medina, lub po prostu „rzymskie ruiny” dla większości miejscowych i turystów, to maloniwczo położone ryiny fenickiego miasta, założonego około 800 roku p.n.e. Do dziś jednak archeologie uważają, że Al-Mina było miastem syryjskim oraz greckim gdyż zachowała się architektura oraz przedmioty charakterystyczne dla obu cywilizacji. Kiedyś stało tutaj miasto będące fenickim centrum handlowym, natomiast do dziś zachowały się głównie rzędy wysokich kolumn oraz ruiny drogi, prowadzące do wybrzeża Morza Śródziemnego. Z Al-mina archeologowie zdołali wydobyć wiele mozaik oraz dzbanów i przedmiotów codziennego użytku. Dla mnie pobyt tutaj był pięknym doświadczeniem nie tylko ze względu na historię, ale także ze względu na palmy oraz fale rozbijające się o brzeg.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050685.jpg

Liban; Corniche w Tyre.

Następnie poszedłem przez miasto do drugich ruin, czyli Al-Bass. Al-Bass to znacznie większy kompleks ruin niż Al-mina, a także lepiej zachowany. Znaleziska archeologiczne sugerują, że to duże rzymskie miasto pochodzi z II-IV wieku. W Al-Bass znajduje się necropolis, czyli cmentarz z antycznymi sarkofagami ozdobionymi płaskorzeźbą oraz marmurami, oraz także kaplica z VI wieku z marmurowa podłogą. Najbardziej podobały mi się jednak okazałe łuki triumfalne, najprawdopodobniej zbudowane w II wieku przez cesarza Hadriana. W Al-Bass jest znacznie więcej do zobaczenia niż w Al-Mina, gdyż tutaj są całe obiekty, rzędy ścian z łukami oraz marmurowe drogi.
Uważam, że całość powinna być lepiej przygotowana na turystów i obydwa obiekty powinny być odrestaurowane, lecz ciągle są to bardzo atrakcyjne ruiny w bardzo „delikatnej strefie” Libanu. Około 6km od Tyre znajduje się też rzymski hipodrom z II wieku, który jest w stanie pomieścić 30.000 widzów.

Po zobaczeniu Rzymskich Ruin poszedłem na bazar warzywny aby mieć lepszy kontakt z ludźmi, a następnie spacerowałem po Corniche, czyli po nadmorskim deptaku. Usiadłem też na coś zimnego do picia pod palmami. Ludzie byli mną bardzo zaineterosowani i czasem też podjrzliwi, gdyż nie często widzą turystów w tej części Libanu. Poza tym, otoczenie działało na wyobraźnię. Widziałem sklepy propagandowe promujące duchowego przywódcę Iranu – Ali Chameiniego oraz flagi Hezbollahu, wozy opancerzone ONZ i niestety też biedę i dużo śmieci w bocznych ulicach. Poszedłem też na targ rybny do portu Ture, lecz ludzie zareagowali dziwnie na mój widok, jakby coś niedobrego wisiało w powietrzu. W Tyre dało się zauważyć, że ludzie od razu wyczuwają obcych i że z powodu długoletniej wojny, jest to miasto stojące w Tyle za resztą Libanu. Gdybym miał podsumować Tyre w jednym zdaniu, to powiedziałbym że jest to: ‘Baza szyickiego Hezbollahu nad morzem, wśród rzymskich ruin’. Tyre to bardzo dobre doświadczenie, którego raczej nie polecam na miesiąc miodowy.

Wkrótce wsiadłem do małego busa blisko portu i po przebyciu około 40km znalezłem się w Sidon, po około pół godzinnej jeździe. Jadąc w stronę Bejrutu było mniej kontroli. Sidon jest trzecim największym miastem w Libanie, leżącym około 45km od Bejrutu, co w praktyce oznacza, że i tak jest małe a wszystkie miejsca zainteresowania znajdują się niedaleko siebie. Sidon jest przyjemnym, fenickim miastem portowym na południu Libanu, które jest atrakcyjne dla turystów z powodu ładnego portu, zabytkowych ulic oraz sławnego w całym Libanie zamku na wodzie. Sidon ma wiele atrakcyjnych obiektów i bardziej zrelaksowany styl życia niż Bejrut, lecz tutuaj także jest bieda i boczne ulice pełne śmieci, a ludzie do dziś czują tragiczne skutki okupacji izraelskiej oraz wojny pomiędzy Izraelem a Hezbollahem w 2006 roku. Izrael był do tego stopnia „miły”, że zostawił Libanowi prezent w postaci min przeciwpiechotnych, z powodu których od czasu skończenia wojny zginęło 30 Libańczyków a około 200 zostało rannych. Z jednej stron Sidon ma ładny port z targiem rybnym, dobre restauracje oraz interesujący zamek na wodzie, lecz ludzie Sidon zostali ciężko doświadczeni przez Izrael i te wspomnienia są wciąż żywe.

Najsławniejszą atrakcją Sidon jest Zamek Krzyżowców zbudowany na morzu w 1228 roku, znany w Libanie jako Qala al-Bahr. Pomio że Krzyżowcy zbudowali go na wyspie 80 metrów od brzegu, Arabowie byli tak mili, że połączyli go ze stałym lądem za pomocą nasypu. Zamek składa się z dwóch częśći oraz głównego dziedzińca, a także z dwóch głównych wież, z których jest ładny widok na morze i port rybny. Widać było, że zamek był umacniany przez Rzymian lecz z drugiej strony widać też, że przedstawiciele „religii pokoju” nacierając brutalnie na zamek zniszczyli go w wielu częściach. Poza tym Osmanie zbudowali też w zamku meczet, co widać po kaminnej kopule na zachodniej wieży. Moim zdaniemm nawet jeśli ktoś jest w Sidon tylko przejazdem i bardzo mu się śpieszy, to uważam że koniecznie powinien wysiąść aby zobaczyć ten zamek. Na pewno nie będzie zawiedziony. Za wejście zapłaciłem 4.000 lirów a w miesiącach zimowych zamykają o 4.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050737.jpg

Liban; Zamek Krzyżowców w Sidon, oraz Krzyżowiec, który przetrwał do dziś.

Drugim ważnym zabytkiem Sidon, już na stałym lądzie, jest caravanserai o nazwie Khan al-Franj. Obiekt ten to XVII wieczne centrum handlowe zbudowane w tradycyjny muzułmański sposób. Jest to dwupoziomy bazar zbudowany na kwadratowym terenie, otoczony tradycyjnymi łukami i komnatami. Komnaty na parterze służyły jako magazyny do przechowywania towarów oraz stajnie, natomiast komnaty na drugim piętrze służyły jako pokoje dla kupców. W XIX wieku był tutaj konsulat francuski, natomiast dziś Khan al-Franj jest centrum turystycznym oraz flagową atrakcją Sidon, często też używanyą dla różnych imprez. (Mieszkałem w podobnym hotelu w Iranie, lecz tam była też fontanna po środku). Wejście bezpłatne.

W Sidon nie brakuje też antycznych meczetów, które uważam że każdy chrześcijański podróżnik powienien zobaczyć z uwagi na historię. Pierwszy to Wielki Meczet Omara, zbuodwany w 1291 roku, i który oryginalnie był kościołem św. Jana. W Srodku znajduje się ciekawa architektura a na zewnątrz kopuła i minaret. Niestety obiekt ten był zniszczony przez „mających szacunek do historii” Żydów, dlatego w latach 80-tych został całkowicie odnowiony. Do meczetu Omara można dostać z bazaru. Innym meczetem jest najstarszy w Sidon, meczet Bab al-Saray, zbudowany w 1201 roku. Posiada on szereg masywnych filarów oraz łuków, i moim zdaniem meczet ten jest wartościowym pokazem średniowiecznej architektury.

Poza tym, w Sidon bardzo mi się też podobał targ rybny, gdzie poszedłem aby zobaczyć połów, choć dla tych, którzy chcą zobaczyć rybaków przypływających z połowem oraz sprzedających ryby, radzę przyjść rano. Drugim miejscem, które było piękne nie tylko ze względu na architekturę, ale także kontakt z ludźmi, był oczywiście bazar. Widziałem tam sprzedawców arabskich słodyczy, kowali wyrabiających naczynia oraz stolarzy budujących meble. Były tu także flagi palestyńskie dlatego że cały naród libański jest bardzo polityczny i nienawidzi Izraela. Czy możemy się dziwić? Ludzie byli bardzo ciekawi i dlatego mieli do mnie dużo pytań. Ja bazar uważam za bardzo dobre miejsce do poznania miasta i jego ludzi. Można siedzieć tu godzinami pijąc herbatę, jedząc falafel w bułce oraz obserwować ludzi. Poza tym, radzę iśc do fabryki mydła, choć ja już ssobie darowałem gdyż byłem w Nablus w Palestynie i czułem takiej potrzeby.

Po zmroku wróciłem ostatnim busem do Bejrutu. Tym osobom, które mają więcej czasu na południowy Liban, radzę też spędzić czas na plaży, pochodzić po polach cytrynowych, spędzić więcej czasu z ludźmi na bazarach oraz pojechać do zamku Beaufort, około godziny drogi od Sidon, przez miasteczko Nebatiye. Jeśli przyjadę do Libanu jeszcze raz, to na pewno spędze w tej części więcej czasu, mimo że w jeden dzień i tak widziałem wszystkie zabytki. Liban jest bardzo małym krajem malych odległości i prostych dróg wzdłuż morza, także w tym kraju można zobaczyć wiele w małym czasie.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050800.jpg

Liban; na bazarze w Sidon. Wolna Palestyna wciąż żyje w sercach wielu ludzi.

Wycieczka w góry Chouf

Liban to nie tylko jedna trasa wzdłuż Morza Śródziemnego. To także malownicze góry i doliny znajdujące się niedaleko od Bejrutu, w stronę Syrii, które także polecam. Jedną z wielu atrakcji małego Libanu są Góry Chouf, gdzie oprócz pięknych widoków, roślinności i jaskiń, znajdują się też antyczne pałace oraz kościoły zbudowane na zboczach gór. Góry Chouf znajdują się tylko okoo 40km od Bejrutu, oraz w moim przypadku tylko 1h jazdy ze stacji Cola, i jest to piękny region Libanu, który zachował swoją kulturową, etniczną i geograficzną tożsamość. Oprócz gór i pałaców można tu spędzić czas w towarzystwie mniejszości chrześcijańskiej i druze, zobaczyć drzewa cedrowe oraz spróbować miejscowych jabłek, oliwek i winogron. W górach Chouf znajduje się około 20 małych wsi, spośród których jest kilka godnych szczególnej uwagi.

Poprzez połączenie autobusu i autostopu najpierw dostałem się do Pałacu Beiteddine, zbudowany przez najlepszych architektów i rzemieślmników z Włoch i Damaszku. Pałac Beiteddine został zbudowany z tak ogromnym zaangażowaniem do najmniejszych detali, że budowa zajęła aż 30 lat, od 1788 do 1818. W roku 1840 Beiteddine był siedzibą Osmanów, natomiast podczas okupacji francuskiej złużył jako eleganckie biuro kolonizatorów w pięknych plenerach. Główne wejście prowadzi do dziedzińca o wymiarach 107m x 45m, a dookoła niego są budynki o wyszukanej architekturze, z balkonami, fontannami oraz z drogimi meblami zrobionymi z drzewa cedrowego. Poza tym widziałem też arabską kaligrafię, marmurowe podłogi oraz mozaiki na zewnętrznych ścianach. Nie brakuje też zadbanych ogrodów oraz kamiennych przejść zakończonych filarami i łukami. Cały pałac jest przyjemnym miejscem do zobaczenia. Bilet kosztuje 7.500 lirów, choć radzę spróbować kupić tańszy bilet za 5.000 lirów.

Następnie pojechałem autostopem wyżej wgóry, i krętą drogą dostałem się do zamku Moussa, który był wizją jednego człowieka i pochłonął 60 lat pracy aby go ukończyć. Zamek Moussa jest stylizowany na średniowieczny; ma wieże, armaty, drewniane mosty oraz fosę. Zamek Moussa posiada też ekspozycje z życia ludzi w średniowieczu, pokazujące codzienne zajęcia, takie jak wyrób jedwabiu czy zbieranie winogron. Za historią zamku kryje się smutna ale też wzruszająca historia, gdyż pomysłodawca, architekt oraz budowniczy zamku Moussa Abdel Karim al-Maamari marzył o posiadaniu własnego zamku już jako 14 letni chłopiec. Moussa był znany w szkole jako marzyciel, przez co był bity przez nauczyciela oraz wyśmiewany przez kolegów, lecz nigdy się nie poddał i w końcu, w 2005 roku ukończył swój własny zamek na swojej własnej ziemi. Moim zdaniem, zamke Moussa to dobry dodatek do podróży gdzie zwiedzający nie będzie się nudził, lecz widać, że obiekt ten jest stylizowany na średniowieczny, i to chociażby ze względu na to że jest obłożony imitacją kamiennych kafli. Wejście kosztuje 10.000 lirów.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050997.jpg

Liban; góry Chouf – przed Pałacem Beiteddine.

Następnie pojechałem kolejnym autostopem jeszcze wyżej w góry, i po 2km od zammku Moussa, dostałem się do osmańskiego miasteczka Deir al-Qamar. Pomiędzy 16 a 18 wiekiem Deir al-Qamar było stolicą Emiratu Libanu, natomiast dziś jest to zabytkowe miasteczko położone 800m n.p.m, z uwagi na swoje kamienne domki z czerwonymi dachówkami oraz budowlami z XV i XVII wieku. Pomimo, że do dziś w Deir al-Qamar możemy zobaczyć zabytkowy meczet, synagogę i kościół, to dziś jest miasto chrześcijańskie. Zwiedznie należy zacząć od dziedzińca Dany Chamoun, z efektowną fontanna. ”jest to centrum miasteczka oraz popularne miejsce spotkań i imprez. Na zachód od fontanny znajduje się meczet Fakhreddine Mann, zbudowany w 1493 roku. Na uwagę zasługuje tu przede wszystkim minaret o oścmiu bokach oraz wersety Koranu na ścianie meczetu. Za meczetem znajduje się bazar z kilkoma sklepami oraz Silk Khan, z charaterystycznymi łukami, zbudowany w 1595 roku, a po jego wschodniej części stoi także Pałac Fakhreddine, zbudowany w tym samym stylu w 1620 roku. Inne abytki, które znajdują się w Deir al-Qamar to Youssef Chehab Serail z XVIII wieku oraz zaraz za nim kościół Sadet al-Telle z XV wieku. Jest to wciąż działający kościół gdzie na uwagę zasługują przede wszystkim łuki przed głównym wejściem oraz wieża dzwonnicza z Maryją Panną na szczycie. Deir al-Qamar jest więc małym miasteczkiem ale pomimo tego jest dużo do zobaczenia. Poza tym, nie chcę aby moi czytelnicy pomyśleli że w Deir al-Qamar są tylko zimne zabytki i zani żywej duszy. Tutaj także toczy się życie, można zjeść obiad i zostać na noc. Noce są zimne, dlatego radzę się ciepło ubrać.

Z Deir al-Qamar pojechałem dwoma autostopami do Barouk, pod samą bramę Cedrowego Rezerwatu Przyrody, aby zobaczyć drzewa, które znajdują się na fladze Libanu. Było już ciemno i nie miałem załatwionego hotelu, dlatego rozłożyłem namiot przed wejściem do rezerwatu i położyłem się spać, lecz było tak zimno że nie mogłem zasnąć. Zszedłem więc 150m na dół do restauracji aby napić się herbaty i opisywać moje wspomnienia z podróży. Przyznam też, że nie byłem przygotowany do nocy w namiocie gdyż nie miałem maty, a im jestem starszy tym jestem bardziej wygodny. Wiał wiatr i padał deszcz i była to ciężka noc na wysokości około 1000 metrów n.p.m. W dodatku było tak zimno i wietrznie że zasnąłem na dobre dopiero o 8 nad ranem i obudziłem się o 11, gdyż wtedy dopiero wyszło słońce i było ciepło.

(Ostatnim razem spałem w namiocie w Iranie, pod Kaluts, i akurat w czasie burzy. Tym razem nie było tak dramatycznie ale mogło być trochę cieplej.) Gdy tylko się obudziłem i wstałem z twardej drogi, od razu zwinąłem namiot i poszedłem kupić bilet za 7.000 lirów, oraz wszedłem na teren parku. Niestety od wejścia do drzew cedrowych było jeszcze 6km pod górę, dlatego dostałem się tam dwoma autostopami. Na terenie parku jest wiele szlaków gdzie można zobaczyć cedry lecz ja zrobiłem ten najważniejszy. Czułem się już zmęczony ciągłym transportem, zimną nocą w namiocie a teraz jeszcze wspinaczką. Cedrowy Rezerwat Przyrody znajduje się na terenie 2.762 hektarów, na wysokości od 1000m -1200m n.p.m i jest to wysiłek, dlatego ludzie przyjeżdżają tu w grupach samochodami z Bejrutu. Jest to dystans około 52km na południowy wschód od stolicy Libanu. Same drzewa były oczywiście piękne, i uważam że każdy kto podróżuje po Libanie powinien je zobaczyć przynamniej w jednym parku.

Do dziś po głowie chodzi mi też jedno zdanie, które usłyszałem od kierownika Cedrowego Rezerwatu Przyrody, lecz nie mam możliwości sprawdzić czy jest to prawda. Otóż zapytałem go dlaczego drzewa cedrowe w Libanie są tylko w rezerwatach na dużych wysokościach? Myślałem, że gdy przyjadę do Libanu, to drzewa cedrowe będą rosły także na trasach w górach przy drogach i spodziewałem się, że ludzie będą próbowali je też sadzić w Bejrucie. Powiedziałem, że jak na kraj gdzie drzewo cedrowe jest jego symbolem, to na razie nie widziałem ani jednego cedru. Dlaczego jest ich tak mało? Odpowiedział, że kiedyś było dużo cedrów w Libanie, ale Francuzi prawie wszystkie ukradli. Zdanie to pozwoliło mi też zrozumieć, co Libańczycy myślą o Francuzach.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060070.jpg

Liban; Góry Chouf – drzewo cedrowe, symbol Libanu.

Przygoda w transporcie z Barouk do Bejrutu

(Opowieść drogi w czasie której zobaczyłem: Baakline, nieużywane strategiczne lotnisko gdzie Rosjanie zrzucali broń, Moukhtara, bazy wojskowe, Jezzine, ciekawa rozmowa o Izraelu i Iranie.)

Po latach podróży do wielu krajów, zauważyłem że autostop jest dla mnie niezwykle ważny gdyż pozwala mi na zobaczenie miejsc o których istnieniu nawet nie wiedziałem i w towarzystwie ludzi, którzy czasem są bardzo interesujący i zmieniają moje spojrzenie na wiele rzeczy. W Libanie nie było inaczej. Od bramy parku najpierw ktoś mnie podzwiózł do szaro-burego miasteczka Barouk, gdzie zjadłem kebaba. Stamtąd kolejny autostop zawiózł mnie kilka kilometrów do miasteczka Beiteddine, skąd jechałem kolejnymi samochodami. Wiedziałem tylko, że byłem w Libanie w górach Chouf, oraz mniej więcej około 40km od Bejrutu. Raz trafił mi się też bardzo wesoły Libańczyk, który mówił mi że bardzo lubi turystów i lubi obwozić turystów po kraju, gdyż za każdym razem mają mu coś ciekawego do powiedzenia. Także na pokładzie 35-letniego samochodu odbyłem wycieczkę krajoznawczą. Mój prywatny Libańczyk zawiózł mnie nawet do małej wsi na szczycie góry gdzie znajdowało się nieużywane lotnisko, na które Rosjanie zrzucali kiedyś broń. Następnie zjechaliśmy na dół, jadąc przez małe miaso Baaklen, a potem nasza trasa wiodła przez puste kręte drogi, i poprzez małe miasteczko Moukhtara gdzie zoabczyłem stary zamek. Zaraz za Moukhtara mój kierowca wysadził mnie przy bazie wojskowej, co oznaczało że znowu przypomniałem sobie o prawdziwej naturze Libanu. Zobaczyłem karabiny maszynowe, bloki betonowe i drut kolczasty, który myślę że powinien zacząć też widnieć na fladze Libanu – tyle tu go jest. Żołnierze mieli oczywiście kilka pytań ale szybko mnie puścili, widząc że nadjeżdżał kolejny autostop. Zresztą nie chcieli abym patrzył na ich sprzęt.

Tym razem zostałem zawieziony do Jezzine, czyli do małego miasta nad wielkim klifem, w pobliżu którego znajdują się szlaki górskie, wodospady, jeziora i piękne widoki. Jezzine jest jednym z głównych ośrodków turystycznych w południowym Libanie, głównie z powodu ładnych widoków i pięknej natury, ale także z uwagi na ciekawą architekturę i bogate rękodzieło. Jezzine jesy dziś głównie misatem chrześcijańskim i dlatego posiada kilka zabytkowych kościołów, takich jak: Saydet el-Yanbou z końca XVIII wieku, oraz kościół św Antoniego i kościół św. Józefa z XIX wieku. Mimo to jednak Jezzine jest nazywane „Miastem Wodospadów” i radzę zostać tu dłużej niż tylko jeden dzień, aby poznać piękno regionu. W Jezzine zostałem cały dzień chodząc po okolicy, a późnym popołudniem poszedłem na festiwal polityczny gdzie zrobiłem sobie zdjęcia z wesołymi dziewczynami.
Jezzine znajduje się tylko 40km od Bejrutu oraz 22km od Sidon, co oznacza że nawet osoby nie podróżujące po górach Chouf mogą i tak wybrać się tutaj na jednodniową wycieczkę.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060138.jpg

Miło powitanie przez słodką kotkę.

Moja droga z Jezzine do Bejrutu też była ciekawa. Gdy wyszedłem za Jezzine, przez jakiś czas jeszcze spacerowałem aby patrzeć na klif oraz góry, lecz wkrótce i tu miałem szczęście, gdyż pojawił się samochód, który zabrał mnie do Bejrutu. Tym razem kierowcą był starszy człowiek, który rozmawiał ze mną o polityce. Powiedział, że według niego to Żydzi rządzą światem, natomiast Arabowie są niczym i nie mają żadnego znaczenia. Powiedział też, że jego zdaniem Izrael i Iran to tajni sojusznicy, którzy tylko udają wrogów aby śmiać się z głupich Arabów, po to aby ich potem wykorzystać. Ciekawa historia.

Wycieczka do Muzeum Wojny w Mleeta

Tym razem podróżowałem z kolegą z Niemiec, którego też interesował temat wojny przeciwko żydom. Najpierw pojechaliśmy do miasta Sidon a następnie udaliśmy się następnym autobusem na południowy wschód. Kierowca wysadził nas gdzieś na drodze, skąd poszliśmy do miasteczka Habbouch. Po dojściu do Habbouch natychmiast zauważyliśmy plakaty szyickich przywódców oraz poparcie dla prezydenta Syrii, Baszara al-Asada. Niedługo potem zostaliśmy w niemiły sposób zaczepieni przez jednego Araba, gdyż nie podobało mu się, że robiliśmy zdjęcia. Jednak po małej szarpaninie podszedł do nas ktoś bardziej cywilizowany i powiedział, że to miasteczko oraz cała okolica są kontrolowane przez Hezbollah. Poszliśmy więc razem do pizzerii, gdzie zajrzał nam głęboko w oczy, zobaczył nasze paszporty, zrobił nam zdjęcia, zadała szereg pytań oraz także obejrzał zdjęcia w naszym aparacie. Potem naradzali się między sobą i gdy uznali że nie było powodów do podejrzeń, żołnierz Hezbollahu dał nam spokój i zamówiliśmy po herbacie. Powiedzieliśmy mu prawdę, że jechaliśmy zobaczyć muzeum wojny – Mleeta. Zresztą jadąc do muzeum, trzeba przejechać przez Habbouch i zobaczyć szyickie transparenty na rondzie, które są zaznaczone po angielsku, jako „interesujące dla turystów”. Nie powinna być to więc dla Hezbollahu niespodzianka. Mną Hezbollah nie był za bardzo zainteresowany, dlatego że jestem Polakiem a o Polsce oni nic nie wiedzą. Byli natomiast bardzo podnieceni Niemcem i po tym jak nas sprawdzili, odbyli z nim przyjacielską rozmowę. Niemiec mi potem powiedział, że jego kraj jest bardzo popularny w krajach muzułmańskich, gdyż wszyscy chcą tam jechać, na co odparłem że cieszę się, że jestem z czarnej dziury o nazwie Polska.
Następnie jechaliśmy autostopem przez około 6km, aż dostaliśmy się na samą górę, do bramy muzeum.

Muzeum Mleeta zostało otwarte 25 maja 2010 roku, w 10 rocznicę rocznicę wymarszu wojsk Izraela z południowego Libanu, oraz ku pamięci zwycięskiej walki Hezbollahu nad syjonistycznym Izraelem, na górze gdzie toczyły się zaciekłe walki. Zobaczyć można tam dużo broni maszynowej, ciężką artylerię, okopy, drut kolczasty, rakiety, figury żółnierzy nadających polecenia przez telefon, oraz izraelski czołg Merkava, który Hezbollah przejął podczas walk. Czołg Merkava jest położony w miejscu upozorowanym na linię ognia, z kilkoma wrakami obok, i co ważne, izraelski czołg ma lufę zawiniętą w kokardę a dookoła leżą izraelskie kule i hełmy, na znak że Hezbollah nie chce wojny i że Izrael upadł. Jest także film pokazujący historię okupacji Palestyny bez narracji żydowskiej, oraz przemówienie lidera Hezbollahu Hassana Nasrallaha na temat izraelskiego terroryzmu, i tego że Hezbollah nie będzie tolerował żydowskiej okupacji. Dla mnie atrakcją był tunel w skale, gdzie znajdowała się kuchnia, karabiny i sprzęt łączności, gdzie turysta mógł się poczuć jak wojownik Hezbollahu. Wychodząc ze tunelu byłem otoczony rakietami, workami z piaskiem i drutem kolczastym, co także daje poczucie realizmu. Zresztą muzuem Mleeta to doskonałe miejsce dla całej rodziny, gdyż można też zobaczyć plakaty pokazujące izraelską broń oraz zdjęcia elektrowni atomowej Izraela na pustyni Negev. Dzieci natomiast mogą bawić się działami przeciwlotniczymi, podnosząc je i obniżając w celu zniszczenia nieprzyjacielskich samolotów. Na samym końcu poszedłem na szczyt góry, z której Hezbollah bronił się przed izraelską inwazją i gdzie dziś są flagi Hezbollahu, nie Izraela. Zwróciłem też dużą uwagę na cytaty przywódców Izraela, którzy sami przyznali „że armia Izraela, która dotychczas była uważana za niezniszczalną, była zmuszona się wycofać po raz pierwszy w historii. Hezbollah udowodnił, że są Arabami innego rodzaju”. Podejrzewam, że gdyby Izrael wygrał tą walkę, to dziś ta część Libanu byłaby drugimi Wzgórzami Golan, które Ameryka natychmiast uznałaby jako „historyczną ojczyznę żydów” – ale tą spekulację zostawiam już specjalistom.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060248.jpg

Liban; muszę sobie kupić taką armatę gdy zostanę brytyjskim politykiem. Tak właśnie rozumiem “demokrację”.

Muzeum Mleeta jest odwiedzane przez około 300.000 ludzi rocznie i nadal się rozwija. Za kilka lat ma tam powstać miasto ze zjeżdżalniami i basenami oraz kolejką linową. Polecam też oficjalną stronę muzeum https://mleeta.com/mleeta/eng/. Mi muzeum to bardzo się podobało i uważam je za obowiązkowy przystanek podróży po Libanie. W drodze powrotnej zostaliśmy podwiezieni przez członków Hezbollahu do głównej drogi, następnie kolejnym autostopem do Sidon, a stamtąd za 3000 lirów wróciiśmy do Bejrutu. Ja i mój niemiecki kolega odbyliśmy też interesującą rozmowę, gdyż w drodze powrotnej rozmawialiśmy o żydowskich zbrodniach przeciwko ludzkości, oraz o rozwiązaniu ostatecznym dla żydów które się jednak nie ziściło. Po woli Niemiec otwierał się na temat ogromnych krzywd, które żydzi wyrządzili Niemcom i o których nie można w Niemczech nawet mówić. Potem jednak zakończyliśmy rozmowę dowcipami o Auschwitz i od razu poprawiły nam się humory.

Tripoli

Tripoli jest „północną stolicą„ Libanu, oraz tradycyjnym miastem arabskim, gdzie zachowało się najwięcej antycznej architetury z okresu Mamluków, po Kairze. Jest tu także robiąca wrażenie cytadela, tradycyjny bazar, łaźnie i atrakcyjny port z palmami al-Mina. Tripoli jednak, choć jest bardzo atrakcyjne dla podróżników, jest owiane propagandą strachu, co sprawiło że tylko 2% wszystkich turystów podróżującacych po Libanie decyduje się na wyjazd to Tripoli. Zachodnie media zadbały o to aby ludzi mieszkających w Tripoli przedstawić jako terrorystów, choć z drugiej strony nikt nie tłumaczy że to Izrael okupował Liban, a latarnia morska nie ma światła, dlatego że lotnictwo Izraela je na zawsze „zgasiło”. Ocenę tego, kto tu jest terrorystą zostawiam moim czytelnikom. Ja tylko dodam aby się nie bać Tripoli i koniecznie tam jechać. Do Tripoli dostałem się z dworca Charles Helou z Bejrutu i jazda trwała tylko 1,5h i kosztowała mnie 8.000 lirów. Dystan pomiędzy Tripoli a Bejrutem to tylko 85km.

Gdy wyszedłem na stacji autobusowej, najpierw zobaczyłem piękną Arabkę w kasie biletowej, która uśmiechała się do mnie jak gorąca kotka rozpalona na libańskim słońcu. Ładny uśmiech, niezły tyłek, po prostu dobra kocica. Wkrótce jednak podszedł do mnie Arab śmierdzący potem, który wybudził mnie ze snu na jawie głośnym: „w czym mogę pomóc”, na co ja odpowiedziałem że jestem turystą z Polski i jadę do hotelu Haddad, który wcześniej zamówiłem. Arab był da mnie tak miły, że wziął mnie na motorower i zawiózł niedaleko hotelu, i nie chciał nawet ode mnie pieniędzy. Gdy wysiadłem, szybko zrozumiałem że Tripoli będzie dla mnie pięknym doświadczeniem oraz atrakcyjnym szokiem kulturowym w muzułmańskim mieście. Ludzie nie byli przyzwyczajeni do widoku turysty i reagowali nerwowo gdy wyciągałem aparat, a do tego czułem się jak mało spotykane zwierze w zoo. Było jednak miło. Jedni pili herbatę i kawę na ulicy, mając za sobą flagę Libanu, a inni sprzedawali rzeczy na ulicznych stoiskach. Tak jak to już jest w arabskim kraju, cała ulica jest bazarem i zawsze jest blisko do meczetu. Hotel Haddad byył najtańszy w mieście, gdyż zapłaciłem tylko $10 za duży pokój, a do tego miałem też prysznic i herabatę od czasu do czasu. Mieszkałem niedaleko małego parku oraz wieży zegarowej.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060317.jpg

Liban; Sprzedawca chleba w Tripoli.

Jako miasto o tak dużym znaczeniu historycznym, Tripoli ma wiele interesujących obiektów. Są tutaj antyczne meczety, łaźnie, muzułmańskie szkoły, tradycyjne bazary z charakterystycznymi łukami i muzułmańską kaligrafią, jest też wielka cytadela, port z wesołym miasteczkiem na wyspie – i nie zapominajmy też o ludziach, którzy stanowią bardzo interesujący obraz rzeczywistości. Tripoli wymaga czasu, a sam bazar jest doskonałym miejscem do poznania charakteru miasta. W Tripoli można kupić złoto, próbować świeżo wyciskanych soków oraz jedzenia od ulicznych sprzedawców, a pod koniec dnia iść do odprężającej łaźni. Są tu też wozy opancerzone, drut kolczasty, bloki betonowe i ludzie, którym nie podobało się, że robiłem zdjęcia niektórych obiektów. Daję się więc wyczuć nerwową sytuację.

Najbardziej znanym oraz dominującym obiektem jest Cytadela Raymond de Saint-Gilles, która zajmuje 10.000m². Cytadelata, została zbudowana przez Krzyżowców w XII wieku, po tym jak Raymond Saint-Gilles wjechał do Tripoli w 1102 roku. Przez następne 180 lat forteca ta zbudowana na Wzgórzu Pielgrzymów (nazwana tak przez Krzyżowców) była dobrym punktem obserwacyjnym oraz obronnym. Niestety wszystko ma swój koniec, dlatego, że Krzyżowcy sprawowali władzę nad Tripoli, do czasu aż dynastia Mamluków nie podbiła zamku i zniszyła go w 1289. Dziś forteca ta ta jest zniszczona lecz ciągle w wystarczająco dobrym stanie aby była warta wycieczki, i jest ona połączeniem wielu stylów, w tym także osmańskiego, gdyż Osmanie odbili Tripoli Mamlukom. Na przykład brama główna została zbudowana przez Osmanów, a most za nią przez Krzyżowców. Poza tym z fotrecy widać dobrze Stare Miasto, rzekę Abu Ali…..i wozy opancerzone oraz bloki betonowe. Sama wspinaczka do zamku też mi sprawiła przyjemność, gdyż najpierw szedłem tam przez Stare Miasto oraz bazar, gdzie kupiłem między innymi winogrona i orzechy w miodzie, a potem szedłem wyżej, poprzez szare ulice, wraki samochodów i osiedla mieszkalne utrzymane właśnie w tym klimacie.

Następnie zobaczyłem kilka meczetów i medres (szkół) na Starym Mieście. Najpierw zobaczyłem Wielki Meczet, znany także jako Jami al-Kabir, ukończony w 1315 roku. Meczet ten jest połączeniem stylu Mamluków oraz Krzyżowców, gdyż z obiektem tym związana jest smutna historia dla chrześcijaństwa. Wielki Meczet został zbudowany na gruzach Katedry św.Marii. Nawet minaret został przerobiony z wieży dzwonniczej. Obok Wielkiego meczetu znajduje się muzułmańska szkoła Al-Qartawiyat Madrasa, która jest atrakcyjnie ozdobionym obiektem, gdyż posiada ładne filary, beżowe i czarne ściany oraz staranie udekorowane wejścia za pomocą płaskorzeźb. Wewnątrz znajduje się natomiast sala z owalnnym dachem w kształcie gniazda pszczół. Obiekt ten pochodzi z XIV wieku i historycy podejrzewają, że także mógł być zbudowany na gruzach kościoła. Poza centrum Starego Miasta polecam też mniejsze meczety, na które każdy turysta wcześnie czy później się natknie. Zresztą są znaki dla turystów, pokazujące gdzie znajdują się dane obiekty. Można iść do madrasy Al-Muallaqu, zbudowanego w XVI wieku. Meczet ten ma ładny ogród i znajduje się na drugim piętrze budynku, dzięki czemu nazywany jest „wiszącym meczetem”. Innymi obiektami, które polecam jest też madrasa Al-Tuwashiyat, z 1471 roku, która częściowo jest także mauzoleum, i tak jak w poprzednim meczecie, także i tu ma skały ułożone kolorami na przemian; biały i czarny. Także, jeśli ktoś lubi mozaiki, duże kopuły w kształcie cebuli, minarery i duże przestrzenie, to polecam połączenie medresy i meczetu, a jest nim Burtasiya z XIV wieku.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060343.jpg

Liban, ulica w Tripoli.

Tripoli ma także kilka antycznych łaźni, które są czynne i są w stanie wprawić nawet najbardziej strudzonego podróżnika w dobry humor. W każdej z nich można zobaczyć dywany, osmańskie lampiony oraz wiele atrakcyjnych przedmiotów, cieszących oczy podróżników. Ja poszedłem do łaźni Hammam al-Abed, gdzie za 35.000 lirów (około $20) miałem zimny i ciepły prysznic, mydlenie całego ciała, masaż na marmurowej posadzce oraz skrobanie skóry ostrą szczotką. Na koniec oczywiście jeszcze raz zostałem potraktowany kubłem zimnej wody, lecz było bardzo przyjemnie, a najbardziej podobało mi się gdy miałem bardzo bliskie spotkanie z podłogą i masażysta masował mi plecy i nogi. Łaźnia al-Abed została zbudowana w XVII wieku i do dziś zachowuje swój tradycyjny charkter. Ma ona sufity połączone sklepieniami a w kopułach są otwory, dzięki czemu do środka dostaje się słońce oraz możliwy jest przepływ powietrza. Na samym końcu Arabowie zawinęli mnie w białe ręczniki, w tym jeden na głowie oraz dostałem libańską herbatę z miętą. Było wspaniale i uważam, że wizyta w libańskiej łaźni to obowiązek każdego podróżnika. Niestety nie masowała słodka kicia z dużymi piersiami ale tłusty, łysy imigrant z Syrii z włosami na plecach, któremu oczywiście dałem potem napiwek. UWAGA! Należy koniecznie dać napiwek. Przynajmniej $2. Łaźnia al-Abed jest otwarta tylko dla mężczyzn.
Późnym popołudniem tego samego dnia poszedłem poza centrum Tripoli, aby zobaczyć meczet Taynal, zbudowany przez Mamluków w 1336 roku. Zajęło mi trochę czasu zanim go znalazłem ale uważam, że należy go zobaczyć, gdyż jest on zbudowany w tradycjny dla Mamluków sposób, jest otoczony dużym ogrodem i palmami, ma duże zielone kopuły oraz atrakcyjną robotę z kamienia i arabską kaligrafię. (Niestety i ten meczet został zbudowany na gruzach kościoła.) Sam mój spacer do meczetu Taynal też być ciekawy, gdyż szedłem przez rzędy sklepów i warsztatów samochodowych, gdzie ludzie bardzo się na mnie gapili, a na paru drzwiach widziałem flagi Niemiec. No cóż, „połowa” Arabów już jest w Niemczech, a Mercedes ma swoją renomę.

Następnego dnia zwiedzałem już mniej. Tego dnia moim planem było spędzenie czasu z ludźmi na bazarze oraz pojechanie do portu. Ludzie na bazarze byli mną bardzo zainteresowani, i widziałem że od razu mieli temat do rozmowy między sobą. Najpopularniejszym europejskim krajem dla Arabów są oczywiście Niemcy, dlatego wszyscy myśli że też byłem z Niemiec, Gdy powiedziałem, że byłem z Polski, nie wszyscy nawet wiedzieli gdzie był ten kraj. Kilku Arabów podeszło do mnie mowiąc coś po niemiecku, inni że mają rodziny w Niemczech, a jeden przyszedł mi się specjalnie pochwalić, że „dziś rano 200 chłopów pojechało do Niemiec”. Powiedziałem, że jak tak dalej pójdzie, to będziemy mieli tam kolejny Arabistan, co ich oczywiście rozśmieszyło, mimo że ten sam tekst w Anglii mógłby być uznany za „rasizm i ksenofobię”. Piłem soki ze świeżo wyciskanych owoćów, byłem na kawie w ulicznym klubie seniora, oraz kupiłem kilka drobiazgów. Najwięcej czasu spędziłem jednak na rozmowie z ludźmi, którzy byli urodzonymi biznesmenami. Kobiety też mnie obserwowały, tylko że dyskretnie. Na bazarze w Tripoli są jednak miejsca, które podróżnicy powinni znaleźć. Są to zabytkowe, zabudowane miejsca z filarami i kamiennymi łukami na bazarze, określane jako khan i souk, i które dziś także tętnią życiem i gdzie odbywa się handel. Jednym z nich jest Khan al-Askar z XIV wieku, który został zbudowany jako baza dla żółnierzy. Innym jest Khan al-Khayyatin, tak zwany „khan krawców, zbudowany w XIV wieku. Kolejnym miejscem, także zbudowanym w XIV wieku jest Souk al-Haraj, gdzie można kupić rzeczy potrzebne do domu, takie jak poduszki i materace, i gdzie można zobaczyć także pozostałości architektur Rzymian i Krzyżowców. Na początku mojego artykułu o Tripoli powiedziałem, że miasto to kryje w sobie wiele historii, i tak jest, lecz w przypadku bazaru trzeba znaleźć te obiekty w labiryncie rzeczy mniej i bardziej użytecznych. Na szczęście każdy sprzedawca bułek i drewnianych łyżek wie gdzie one są, także dotarcie tam nie jest niemożliwe. Bazar był też znakomitym miejscem do poznania ludzi, zobaczenia ich przy pracy oraz dowiedzenia się co myślą na pewne tematy.

Po południu wsiadłem do 40-letniego samochodu i czując się jak w czarno-białym filmie pojechałem do portu, zwanego Al-Mina. W porcie jest zawsze bardzo miło. Tutaj już nie szukałem zabytków, tylko spacerowałem przy brzegu, patrzyłem na łódki unoszące się na wodzie i zjadłem coś słodkiego u ulicznego sprzedawcy. Port to bardzo odprężające miejsce. Będąc w porcie, zainteresowani mogą zobaczyć Wieżę Lwa, która jest budowlą obronną zbudowaną przez Mamluków w XV wieku, oraz mogą popłynąć na Wyspy Palmowe będące rezerwatem przyrody, położone około 5.5km od brzegu. Ci którzy chcą popłynąć na wyspę, powinni pojechać do portu rano i odnaleźć właściciela łódki, który nas tam zawiezie, choć czasem to on odnajdzie turystę. Ja poszedłem tylko po moście na małą wyspę, gdzie znajdował się teren zielony. Oprócz tego jest też galeria sztuki Beit al-Fann, lecz tego dnia było zamknięte. W porcie zostałem do zmroku a potem wróciłem taksówkę pod wieżę zegarową w Tripoli, skąd najpierw poszedłem do arabskiej cukierni, a potem do hotelu Haddad. Pamiętam, że Arabka, która tam pracowała bała się usiąść blisko mnie, gdyż według opinii chłopców które jeździły tam na rowerach, miała srogiego męża.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060433.jpg

Liban; Wielki Meczet w Tripoli.

Mojego ostatniego dnia jeszcze raz poszedłem zobaczyć Wielki Meczet oraz kupiłem świeże soki, które są specjalnością Tripoli. Przyznam, że choć wczesniej się tego nie spodziewałem, to Tripoli okazało się jednym z najlepszych doświadczeń mojej podróży po Libanie.

Transport z Tripoli do Bcharre

1.5h za 5.000 lirów. Ostatnia część podróży była najlepsza z uwagi na górskie widoki.

Dolina Qadisha

Dolina Qadisha to jeden z najbardziej malowniczych obszarów Libanu, który rozciąga się na około 50km. Qadisha jest obszarem górskim, z jaskiniami, wodospadami, oraz z drzewami cedrowymi w wyższych partiach gór. Dolina Qadisha to dziki teren z wielona szlakami górskimi, który nadaje się do odwiedzenia o każdej porze roku, choć wiosna i lato są najbardziej malownicze, gdy góry i doliny pokrywają kwiaty. Dolina Qadisha jest zamieszkana przez chrześcijan, którzy zaczęli tu masowo napływać gdy tereny dziesiejszego Libanu były najeżdżane przez Arabów od VII wieku. Wwówczas chrześcijanie znaleźli bezpieczeństwo w bardziej niedostępnych terenach. Jaskinie i kościoły, które zbudowali w górach, wewnątrz wąwozu dały imm schronienie przez muzułmańskimi najeźdźcami. Gdy UNESCO włączyło Dolinę Qadisha do bogactw kultury światowej w 1998 roku, powiedziało że „Qadisha jest jednym z najważniejszych wczesnych osad chrześcijańskich na świecie”.

Ja będąc w Dolnie Qadisha miałem swoją bazę w górskim miasteczku Bcharre, i stamtąd wybierałem się na piesze wycieczki po pięknym wąwozie, pełnym roślin, jaskiń i kościołów.

Bcharre i okolice; dzień I

Bcharre to małe górskie miasteczko zamieszkane przez chrześcijan, które zajmuje pewnie najbardziej malownicze miejsce w Libanie. Leży ono na wysokości około 1500m n.p.m. i ma populację około 13.000. Bcharre jest otoczone przez ośnieżone szczyty, jaskinie, piękne kościoły i drzewa cedrowe, a w samym miasteczku znajdują się czerwone dachówki na domach oraz winogrona w ogrodach. Dla mnie Bcharre było bardzo atrakcyjną bazą, z której jeździłem do różnych miejsc w Dolinie Qadisha, i innym podróżnikom także radzę aby koniecznie zatrzymali się właśnie tutaj. Zostałem w hotelu Tiger House za $10. W Bcharre nie sposób się zgubić ale jeśli komuś się to zdarzy, to niech jako punkt orientacyjny wyznaczy sobie wysoki kościół st. Saba, który góruje nad miastem. Tam też znajdują się busy do Tripoli, Sidon i Bejrutu, oraz banki, sklepy i restauracje.

Mojego pierwszego dnia w dolinie nie robiłem zbyt wiele. Pojechałem tylko do jaskini o nazwie Qadisha Grotto, pięknie ulokowanej w skałach oraz z wodą w środku. Do Qadisha Grotto dostałem się dwoma autostopami z Bcharre, w tym raz jechałem na ciężarówce, na cegłach. Po zejściu z cegieł szedłem przez jakiś czas polną górską drogą, a następie, po uregulowaniu rachunku za wejście na 5.000 lirów byłem wpuszczony do środka. Qadisha Grotto odkryto dopiero w 1903 roku, i od tamtej pory, jest popularnym kierunkiem turystycznym. Jaskinia ta jest mniejsza niż Jeita Groto lecz tutaj można robić zdjęcia w środku w widok z zewnątrz jest wspaniały. Dotychczas przemierzono 778m jaskini, z czego tylko mała część jest otwarta dla turystów. Mimo to jednak prace nad nią nadal trwają i być może niedługo będzie można wejść głębiej. W środku płynał rwący strumień wody oraz po jednej stronie znajdowała się bezpieczna droga. W Qadisha Grotto należy też zwrócić uwagę na stalaktydy i stalagmity, lecz mi najbardziej podobała się sama atmosfera tego miejsca, podobały mi się piekne widok oraz to, że mogłem się napić przez jaskinią w knajpie, słuchając szumu wody. Samo wejście do Qadisha Grotto potraktowałem natomiast jak dopełnienie mojej przygody. Niedaleko znajduje się także Rezerwat Drzew Cedrowych Tannourine, lecz ja tam nie wchodziłem gdyż kilka dni wczesniej byłem w Rezerwacie Cedrów w Barouk. Mimo to jednak, szkoda że nie poszedłem. Z jednej strony czułem się zmęczony podróżą i nie czułem się zbyt dobrze, a z drugiej strony dopiero po wyjździe z Bcharre zrozumiałem swój błąd.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060539.jpg

Liban; widok na Bcharre.

Po powrocie z jaskini chodziłem po Bcharre, kupiłem winogrona i byłem na kebabie. Czułem się jednak tak zmęczony, że zasnąłem szybko w knajpie a potem szybko zasnąłem w hotelu.

Bcharre i okolice; dzień II – Wyprawa górska do jaskiń i kościołów

Górskie miasteczko Bcharre oraz widoki z niego to jedna rzecz, lecz do doliny Qadisha turyści przyjeżdżają aby zjechać w dół wąwozu i spacerować szlakiem górskim pomiędzy kościołami. Tego dnia wstałem wcześnie rano, gdyż chciałem zobaczyć Dolinę Qadisha oraz jest monastery, i radzę przyszłym podróżnikom aby poświęclili na to cały dzień. Z Bcharre dostałem się autostopem do zjazdu, gdzie znajdowała się ubita droga w dół doliny, i wiedziałem że udaję się na wielokilometrową wyprawę w dół doliny po piękne widoki i przygodę. Zazwyczaj szedłem sam, lecz czasem pomagał mi autostop.

Najpierw zobaczyłem kościół Maronitów Deir Mar Elisha, o którym pierwsze dowody pisane pochodzą z XIV wieku, natomniast libańscy księża zakonu maronickiego używają tego obiektu jako kościoła od 1695 roku. Kościół ten mieści także muzeum oraz mnóstwo przedmiotów ukazujących historię tego miejsca. Kościół Elisha jest bardzo pomysłówo zbudowany na ścianie góry, co sprawia jakby był on częścią geologii doliny Qadisha, i przez to jest jedną z najbardziej spektakularnych budowli regionu.
Następnie szedłem dalej górską ścieżką, i przez cały czas mojej wyprawy miałem malownicze widoki na góry, drzewa iglaste, czerwoną ziemię, skały oraz jaskinie. Był to wspaniały, piękny dzień, który dodatkowo był interesujący ze względu na kościoły zbudowane na zboczach gór. Wkrótce dotarłem do monastyry Deir Qannoubin, która także jest wbudowana w skalną ścianę i stanowi część krajobrazu. Deir Qannoubin jest najstarszą ze wszystki monastyr w Qadisha, gdyż pochodzi z czasów bizantyjskich, najprawdopodobniej z IV wieku. Monastyra ta była siedzibą patriarchów maronickich w latach 1440-1790 i posiada interesujące malowidło przedstawiające Koronację Dziewicy obserwowaną przez patriarchów.

Następnie zaczęła się najpiękniejsza część mojej wyprawy, w stronę monastyry Hawqa. Miałem dookoła otwarte przestrzenie, górski szlak ozdobiony drzewami iglastymi i wystającymi skałami, aż dotarłem do monastyry Hawqa, wbudowanej w jaskinię. Tutaj poświęciłem więcej czasu na eksplorację, na obserwację przyrody oraz także napełniłem butelkę wodą. Sadyet Hawqa to mała kaplica zbudowwana na ścianie klifu, która pochodzi z końca XIII wieku. Mi osobiście kościół ten bardzo się podobał gdyż z daleka widać tylko jaskinię, i dopiero podchodząc bliżej widać kościół, dodatkowo schowany za drzewami. Zmęczonym podróżnikom przyda się informacja, że Sadyet Hawqa znajduje się 4.5km od Deir Qannoubin, po dzikiej drodze, natomiast z Hawqa do Bcharre jest 6.5km, i niestety miejscami jest to droga pod górę.

Następnie udałem się w drogę powrotną, i najpierw szedłem piechotą w upale, a potem miałem na tyle szczęścia, że złapałem autostop do głównej drogi. Nie chciałem jednak jeszcze wracać do Bcharre, dlatego podjąłem jeszcze jeden wysiłek aby zobaczyć więcej. Przez pomyłkę pojechałem do wsi Bqaa Kafra, gdzie mężczyzna którego tam spotkałem był szczęślliwy że byłem Polakiem, gdyż miał przy sobie zdjęcie Jana Pawła II. Powiedziałem, że oczywiście było mi miło i podziękowałem, ale też doradziłem mu że ja raczej papieżem nie zostanę. Z tej wsi zjechałem kolejnym autostopem do głównej drogi, a następnie jadąc w kierunku przeciwnym do Bcharre wysiadłem przy zjeździe na monastyrę św Simona, czyli Deir Mar Semaan. Monastyra ta, zbudowana na klifie została zbudowana w 112 roku i była poodbno siedzibą św. Simona. Można tam zobaczyć pozostałości fresków, lecz uważam że nawet jeśli ktoś nie lubi kościołów to i tak powinien tu przyjść ze względu na wspaniałe, rozległe widoki na dolinę. Wieczorem wróciłem austopem do Bcharre i byłem tak wykończony, że od razu zasnąłem.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060676.jpg

Liban; piękno naturalne Doliny Qadisha.

Bcharre i okolice; dzień III – Wyprawa górska do jaskiń i kościołów

Mojego trzeciego dnia w Dolinie Qadisha pojechałem do muzeum sławnego malarza Khalila Gibrana, które jest bardzo interesujące gdyż przedstawia jego wiele obrazów i szkiców, choć można się też dowiedzieć faktów z jego życia. Muzeum to bardziej przypomina mały dom na wzgórzu niż muzeum i jest ono w bardzo dobrym stanie. W kościele obok znajduje się jego grób. Wejście kosztuje 5.000 lirów.

Następnie paroma autostopami pojechałem w dół doliny, do monastyry Deir Mar Antonios Qozhaya, zbudowanej w XII wieku. Ta monastyra jest największa spośród wszystkich i także, częściowo jest wbudowana w klif. Kościół ten działa do dziś gdyż regularnie odbywają się tam msze, a poza tym, w środku znajduje się wiele przedmiotów o znaczeniu historycznym, w tym pierwsza arabska prasa drukarska z XVI wieku, którą księża używają do dziś podczas niektórych mszy. Obok kościoła jest także „jaskinia nawiedzonych”, gdzie znajdują się łańcuchy, które wiele stuleci przedtem były używane do krępowania chorych umysłowo i nawiedzonych przez diabła. W mojej ocenie kościół ten był atrakcyjny i ładnie komponował się w górskie otoczenie, jednak dostanie się do niego nie było tak przygodowe jak w przypadku poprzednich, gdyż dojazd był bardzo łatwy, po asfaltowej drodze. Moja droga powrotna do Bcharre była bardzo miła, gdyż podwiózł mnie dziadek swoją starą Hondą z 1982 roku, która ledwo jeździła. Był to bardzo miły człowiek, a że samochód jechał bardzo wolno, lepiej zobaczyłem okolicę.

Gdybym miała podsumować Dolinę Qadisha tylko w kilku słowach, to powiedziałbym że naprawdę warto.

Transport z Bcharre do Bejrutu

Do Bejrutu dostałem się w 2h za jedyne 7.000 lirów. Dystans to około 110km.

Cieszyłem się, że wróciłem do Bejrutu, tym bardziej że musiałem zarezerwować lot do Ammanu. Poza tym spędziłem czas na rozmowie z Syryjczykami na temat wojny w ich kraju, oraz opisywałem swoje wspomnienia. Powiedzieli, że zdziwlili się, że ktoś z Europy może mieć tak trzeźwe i racjonalne spojrzenie na sytuację gdyż wszyscy Europejczycy z którymi wcześniej rozmawiali nie mieli rozumu. Powiedziałem, że to dlatego że ja jestem z Polski i znam prawdę o zbrodniach żydów, natomiast w Europie zachodniej to są już stracone pokolenia wyprane przez pro-żydowską propagandę powyżej możliwość naprawy.

Droga z Bejrutu do Baalbek

Nad ranem miałem małe opóżnienie gdyż zepsuła mi się kłódka od szafy w pokoju i recepjonista musiał ją przepiłować. Potem szybko musiałem się spakować i nareszcie opuściłem hostel. Najpierw pojechałem na dworzec Cola, skąd pojechałem do miejscowości Chtaura, i dopiero stamtąd do Baalbek. Dodam że Chtaura pojawiło się na mapie tylko dlatego, że leży na rozstaju dróg, lecz nie ma sensu tam zostawać ani chwili.

Bejrut Cola – Chtaura, 1,5h, 5.000 lirów
Chtaura – Baalbek, 1h, 3.000 lirów

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060147.jpg

Liban; zdjęcie podróżnika przygodowego.

Dolina Bekaa

Dolina Bekaa to obszar Libanu wzdłuż granicy z Syrią, która miejscami leży na wysokości 1000m n.p.m. Dla turystów Bekaa jest znana z powodu ruin dawnych cywilizacji, takich jak Baalbek i Anjar, oraz z powodu sławnych winiarni i pięknych naturlanie terenów. Dolina Bekaa , rozciągająca się na powierzchni 120km długościi 16km szerokości, w czasach Imperium Rzymskiego stanowiła podstawę rolną regionu, i do dziś nic się nie zmieło, gdyż 40% ziem rolnych Libanu znajduje się właśnie tutaj. Dolina Bekaa jest więc obszarem roliczym o łagodnym klimacie gdzie można spróbować dobrego wina i zobaczyć pasące się owce, z bogatą historią.

Z drugiej strony Dolina Bekka znana jest także jako region kontrolowany przez Hezbollah, który bardzo ucierpiał podczas wojny z Izraelem w 2006 roku, gdyż przynajmniej 20% wszystkich domów zostało zniszczonych. Do roku 2005 w regionie tym znajdowała się też baza wojska Syrii. Do dziś Dolina Bekaa jest biednym i zaniedbanym regionym, który z punktu widzenia turystyki jest bardzo ciekawy i na tak małym terenie jest dużo do zobaczenia. Dodam też, że oficjalnie w dolinie rośnie wiele warzyw i owoców, w tym oliwki i winogrona, jednak Dolina Bekaa jest także libańskim centrum produkcji marichuany.

Baalbek

Baalbek to małe miasteczko kontrolowane przez Hezbollah, gdzie znajdują się największe i najlepiej zachowane ruiny rzymskie w Libanie. Wjazd nie należał do miłych gdyż były oczywiście blokady dróg, takie jak bloki betonowe, druty kolczaste i dużo broni, a przed wejściem do miasta wszyscy musieli wyjść z autobusu i byli przeszukiwani. W autobusie poznałem Palestyńczyka, który poprowadził mnie do wejścia do ruin, i jak powiedział: ‘Hezbollah lubi tylko dlatego że walczy z Izraelem, lecz poza tym ma ich dość’. W miasteczku dało się wyczuć napiętą atmosferę i ludzie byli też nerwowi. Wszędzie było widać plakaty przedstawiające szyickich duchownych, w tym przywódcy Hezbollahu Hassana Nasrallaha oraz męczenników, którzy zginęli w walce z Izraelem. Gdy zrobiłem zdjęcie meczetu ogrodzonego drutem kolczastym, ktoś zatrzymał samochód aby na mnie pokrzyczeć, choć teraz i tak jest lepiej gyż Baalbek można spokojnie odwiedzić. Kiedyś była tu wojna oraz przetrzymywano w Baalbek zakładników z Zachodu. Pomyślałem, że szkoda że tak właśnie jest, gdyż Baalbek jest ładnym miasteczkiem i ma bardzo dużo do zaoferowania. Byłoby milej gdyby zwariowani Arabowie mogli polecieć na księżyc.

Niedaleko centrum znajdowały się ruiny antycznego miasta Heliopolis, zbudowane na cześć Jupitera, Wenus i Merkurego. Do dziś Baalbek jest jednym z największych i najlepiej zachowanych rzymskich ruin na świecie, dzięku czemu UNESCO zakwalifikowało ten obiekt to dziedzctwa kultury światowej w 1984 roku, z komentarzem, że: „Baalbek, ze swoimi ogromnymi budowlami jest jednym z najznakomitszych przykładów imperialnej architektury Rzymu”. Heliopolis („Miasto Słońca) było budowane od około 60 roku, za czasów Juliusza Cezara, a następnie budowę kontynuował Augustus. Gdy wszedłem przez ceremonialne wejście zbudowane w III wieku, zobaczyłem Sześciokątny Plac oraz kolumny dookoła, których oryginalnie było aż 30. Plac ten pełnił rolę eleganckiej poczekalni gdzie pielgrzymi przygotowywali się do wejścia na następny, świętszy plac. Sześciokątny plac był wielokrotnie przebudowywany, i tak na przykład w V wieku był on przerobiony na kościół a parę wieków potem na muzułmańską fortecę. Następnie wszedłem na ogromny Wielki (Ofiarny) Dziedziniec, który był budowany w II wieku i który zajmuje teren 134m na 112m. Jest to ogromne miejsce gdzie w przed-chrześcijańskich czasach imperium pilegrzymi przychodzili patrzeć na ofiary ze zwierząt oraz statuty pogańskich bogów. Kiedyś, na 84 kolumnach ustawionych dookoła placy leżał także dach z drzewa cedrowego oraz mozaiki na podłodze, lecz do dziś zachowały się tylko niektóre kolumny oraz kwadratowe głazy stanowiące podstawę. Na końcu placu znajduje się główny obiekt, czyli Świątynia Jupitera, leżąca na platformie 7m nad ziemią oraz z 6 kolumnami, mimo że orygnalnie było ich 54. Za czasów cesarza Augustusa była to budowla o wielkim splendorze, z pięknymi rzeźbami, materiałami, mozaikami, basenami na placu, lecz dziś są tylko ruiny. W takich chwilach czasem przychodzi mi do głowy, jak będzie wyglądała Warszawa w XXX wieku? Przed Świątynią Jupitera radzę koniecznie zwrócić uwagę na wielkie kamienie z głowami lwów, co moim zdaniem jest znakomitym przykładem rzymskiego rzemiosła i powinno zostać symbolem Baalbek. Po drugiej stronie placu znajduje się mniejszy obiekt, Świątynia Bacchusa, zbudowana w II wieku. Przeznaczenie tej świątyni nie jest do końca jasne, gdyż istnieją opinie, że była ona poświęcona rzymskiemu bogowi wina, a inni uważają że była poświęcona Wenus. Ta świątynia jest lepiej zachowana gdyż ma nie tylko filary ale także całe ściany, interesujące łuki oraz płaskorzeźby na kamiennym dachu przy filarach. Na sanym końcu poszedłem też do Muzeum Baalbek, gdzie znajdowały się artefakty i sarkofagi z II i III wieku, piękne rzeźby, zdjęcia makiet Baalnek podczas swojej świetności (z dachami i wszystkimi kolumnami), oraz są też pokazane techniki używane do budowy świątyń. Muzeum Baalbek znajduje się w tunelach pod Świątynią Jupitera. Gdy wychodziłem, na ogrodzonym terenie widziałem jeszcze Świątynię Wenus, która jest o wiele mniejsza niż poprzednie świątynie i gdzie w 2015 roku ciągle trwały prace restauracyjne.
Na Heliapolis należy poświęcić przynajmniej 2h, choć lepiej 3h. Uważam, że jest to piękny obiekt, który stanowi obowiązkowy punkt programu każdego podróżnika. Poza obiektem zawsze stoją sprzedawcy pamiątek, i mają bardzo ciekawe rzeczy.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060918.jpg

Liban – rzymskie ruiny w Baalbek. Dodatkową atrakcją tego miejsca jest opieka Hezbollahu.

Po drugiej stronie głównej ulicy, około 1km od Heliapolis znajduje się kolejna, bardzo oryginalna atrakcja Baalbek. Na wzgórzu Szejka Abdullaha jest największy wyciosany kamień na świecie, o masie 1000 ton i rozmiarze 21.2 x 4.8 x 4.2m. Obliczono, że kamień ten jest tak wielki i ciężki, że potrzebaby było 40.000 mężczyzn aby go przesunąć. Kamień ten był wyciosany tysiące lat temu, jak materiał do budowy Świątyni Jupitera, lecz nigdy nie został użyty, i jeszcze do niedawna, bo w latach 90-tych leżał pod stertą śmieci. Dla potomności ocalił go niejaki Pan al-Afi, który zdobył się na tą jednoosobową misję. Według legendy kamień ten jest także zwany „kamieniem ciężarnych kobiet”, gdyż kobiety które go dotkną podobno będą bardziej płodne.

Zanim wyjechałem z Baalbek miałem wesołą sytuację. Otóż wszedłem do knajpy z kebabami, zapominając że całe miasteczko jest kontrolowane przez Hezbollah. Gdy wszedłem, od razu zobaczyłem Arabów z karabinami maszynowymi oraz zdałem sobie sprawę, że wszyscy się na mnie gapili w wielkiej ciszy, w podejrzliwy sposób. W pewne chwili przerwałem ich zdziwnienie i powiedziałem jedyne co mi pezyszło do głowy, czyli „kebab?”. Wówczas tłustła Arabka popatrzyła na uzbrojony Hezbollah a ci przytaknęli głowami i wkrótce dostałem kebaba do ręki i butelkę coli. Był syf, były automaty i wielu Arabów. Zjadłem, zapłaciłem, podziękowałem, wyszedłem na drogę, zatrzymałem pierwszy lepszy autostop i już więcej mnie nie widzieli. Żegnaj Baalbek.

Transport z Baalbek do Anjar

Baalbek – Chtaura, 45 minut, 3.000 lirów.

Chtaura – Anjar, 20 minut, 1.000 llirów.

Anjar

Anjar to małe miasteczko oddalone o niecałe 10km od Syrii, które jest prawie w całości zamieszkane przez Ormian. Na turystycznej mapie świata Anjar znalazło się z powodu ruin starego miasta Umayadów, zbudowanego na początku VIII wieku, niedaleko rzeki Litani, około 58km od Bejrutu. Anjar zostało założone przez władcę o długim i trudnym imieniu Calif Walid ibn ‘Abd al-Malak w latach 705-715, a jego nazwa pochodzi od frazy „ayn al-jaar”, co oznacza „wodę ze skały”. Jest to nawiązanie do strumyków spływających z pobliskich gór. Dziś ruiny Anjar stanowią pamiątkę po cywilizacji Umayadów, a ich antyczne miasto to, w latach swojej świetności było centrum handlowym na skrzyżowaniu dwóch szlaków: od Bejrutu do Damaszku, oraz od Doliny Bekaa do Tiberiade. Poza tym Anjar miało strategiczne położenie handlowe w kierunku Peninsuli Arabskiej. Niestety Anjar nigdy nie zostało rozbudowane do końca, gdyż miało silnych wrogów, i z tego powodu jego złoty czas trwał tylko 30 lat. Tu gdzie dziś stoją ruiny, pozostałości eleganckich łuków oraz rzymskie kolumny, było niegdyś 600 sklepów, meczet, łaźnie i dwa pałace. Według archeologów, style Anjar były pomieszane gdyż znaleziono tu cechy architektury bizantyjskiej, wczesno muzułmańskiej i rzymskiej. Anjar było warownym miastem otoczonym przez mury oraz 40 wież zajmujących teren 385m na 350m. Na terenie tym znajdują się ruiny wielu obiektów, lecz moim zdaniem na największą uwagę zasługują przede wszystkim pałace z robiącymi wrażenie łukami, oraz sposób ułożenia głazów biorąc pod uwagę kolory.

Anjar było o wiele mniejsze niż Baalbek i polecam tu zostać około 1,5h. Tyle wystarczy. Nie należy się tu spodziewać tak okazałych obiektów jak na Akropolu, lecz wizyta w Anjar jest tego warta gdyż było to dla mnie coś nowego.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1050920.jpg

Liban; ozdoba ulicy. Z taką armatą mógłbym osiągnąć wielki sukces w Partii Demokratycznej.

Niestety hotele w Anjar są astronomicznie drogie, dlatego poszedłem na kolację do knajpy Shams, a potem zastanawiałem się co dalej zrobię. Podano mi jednak paskudną szałarmę z sosem czosnkowym, po której poczułem się bardzo źle i byłem chory. Wcześniej myślałem, że jeśli nie uda mi się znaleźć hotelu, to będę spał w namiocie w ruinach Anjar, lecz czułem się tak bardzo źle, że potrzebowałem pokoju. Także, ruiny były bardzoo ciekawe, ale Anjar opuszczałem w kiepskim stanie.

Droga z Anjar do Zahle

Odległości w Libanie są bardzo małe, lecz mimo to przemieszczanie się słabym transportem oraz w upale, zajmuje czas i też męczy. Postanowiłem więc pojechać do Zahle gdyż jest to centrum Doliny Bekaa, gdzie znajdują się lepsze hotele oraz cywilizacja. Najpierw pojechałem autostopem z okolic ruin do głównej drogi, a potem udało mi się zatrzymać kolejny autostop, czyli 35-letniego Mercedesa, który zawiózł mnie do Chtaura. Sama jazda była na tyle ciekawa, że nie miałem gwarancji, że dojadę na miejsce, gdyż Mercedes ledwo jechał i bardzo dymił. Artouch to mała, smutna dziura, którą z radością zostawiłem za sobą, lecz tam także było coś dobrego, i był to oczywiście kolejny autostop, który zawiózł mnie do Zahle. Miałem tu pokój w hotelu Troubulsi za $30, mimo że cena wywoławcza była $50. Zahle jest niestety droższe niż Bejrut czy Tripoli, lecz w tamtym momencie mogłem zapłacić więcej gdyż byłem w bardzo słabej formie.Całą noc byłem chory, lecz myślę że wykończył mnie upał oraz tłusta szałarma.

Zahle

Nad ranem ciągle czułem się źle lecz na szczęście naprzeciwko był szpital, gdzie mnie przyjęli i zaopiekowali się mną. Dostałem receptę na antybiotyki. Zahle to bardzo przyjemne małe miasto, które znakomicie spełnia funkcję bazy po podróży po Dolinie Bekaa, do miejsc takich jak Baalbek, Anjar oraz do winiarni dookoła Zahle.

Transport z Zahle do Bejrutu

Niestety ta podróż nie była przyjemna. Kierowca zatrzymywał się co chwilę gdyż miała za mało pasażerów, i dlatego próbował wziąć ode mnie więcej pieniędzy. Według jego opinii byłem boggaty gdyż „każdy biały rodzi się w złotych butach”. Gdy już zrozumiał, że nie wyłudzi ode mnie ani jednego pensa więcej, był tak bezczelny że chciał moje słuchawki. Odpowiedziałem mu więc, żeby się odpierdolił, i gdy w końcu dotarliśmy do Bejrutu, rozstaliśmy się w średniej przyjaźni. Myślę, że dołączę tego kierowcę do „grona moich oddanych przyjaciół”. Gdziekolwiek nie jadę, wszędzie mnie bardzo lubią.

Ostatni dzień w Bejrucie i droga na lotnisko

Wróciłem do hostelu Talal, gdzie odpocząłem i brałem antybiotyki. Miałem dwa pokoje do wyboru: jeden z syryjskimi lekarzami za $17, a drugi z murzynem za $14. Murzyna nie byłem w stanie znieść, dlatego wolałem zapłacić dodatkowe $3 i zamieszkałem z Syryjczykami, i spędziłem z nimi czas na rozmowie o wojnie w Syrii i o żydach. Było bardzo miło. Poszedłem też na mój ostatni spacer po Bejrucie, aby jeszcze raz zobaczyć Stare Miasto, wybrzeże Corniche, oraz bloki betonowe i drut kolczasty. Wieczór spędziłem w knajpie, gdzie spoceni, przykurzeni Arabowie piekli pizzę.

Następnego dnia rano pojechałem autobusem na lotnisko za jedyne 1000 lirów. Kontrola emigracyjna była bezproblemowa. Ciągle byłem chory lecz zdązyłem na lot i wkrótce wyleciałem do Ammanu.

https://www.kompas.travel.pl/wp-content/uploads/2016/11/P1060189.jpg

Bohaterski Hezbollah zmusza syjonistycznych terrorystów do opuszczenia Libanu.

Podsumowanie Libanu

Liban to bardzo mały kraj, gddzie jest wiele do zobaczenia, i dlatego przestrzegam przyszłych podróżników że 1 tydzień lub nawet 2 to stanowczo za krótko. Na tak małym terenie jest piękno naturalne, góry, morze, rzymskie ruiny oraz specyficzne, militarne usposobienie Libanu. Jedzenie jest dobre, transport działa nieźle, a ludzie choć są podejrzliwi to jednak nie stanowili dla mnie zagrożenia. Liban jest też jedynym krajem w świecie arabskim bez pustyni i z uwago na 40% populację chrześcijan jest zróżnicowany pod kątem kulturowym oraz różni się na tle innych krajów regionu.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan