Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Laosu 2011

Napisał: Marcin Malik

Wyprawa do Laosu 2011 – relacja z podróży

Przebieg podróży: Houai Xai, Luang Namtha i wyprawa do dżungli Nam Ha, rejs po Mekongu z Huay Xai poprzez Pak Beng do Luang Pra Bang, wioska Hmong, wodospady Tad Se i Kuang Si, Vang Vieng i okoliczne jaskinie, Vientiane, jaskinia Kong Lo, Savvanakhet, Pakse, Tad Lo, Champasak oraz Si Phan Don- “kraina 4000 wysp” (Don Khong, Don Det, Don Khone, Ban Nagasang oraz  wodospad Don Papheng. Przeprawa do Kambodży w celu obserwacji delfinów Irrawaddy jest opisana tutaj).

Oprócz dokładnego opisu wymienionych miejsc, reportaż ten zawiera także wiele porad praktycznych, osobistych odczuć na temat Laosu, ciekawostek i opisów z drogi.

Rzeczy charakterystyczne dla Laosu

♦ starsze osoby mówią po francusku i do dziś bardzo popularne są bagietki, sprzedawane w każdym miasteczku. Poza pokolonialną architekturą Francuzi tyle zostawili dobrego w Laosie.

♦ to niestety „tragiczne” wiadomości ale według prawa laotańskiego obcokrajowcy nie mogą spać z  Laotankami. Jeśli jednak do tego dojdzie obcokrajowiec idzie do więzienia dopóki się z nią nie ożeni. Radzę więc uważać na bardzo miłe, niczego nie oczekujące w zamian dziewczyny. Dla otuchy dodam, że wiele Laotanek jest nawet ładnych.

Laos północny

Przeprawa z Tajlandii do Laosu

W miasteczku Chiang Khong po stronie tajskiej wsiadłem do łódki i połynąłem na drugą stronę rzeki Mekong do Laosu. Myślę, że dla tych, którzy nie są na wycieczce wizowej (Bangkok-Vientiane) ten sposób przekraczania laotańskiej granicy jest najlepszy gdyż umożliwia najlepszą moim zdaniem trasę wyprawy po Laosie (płn-płd). Po około 10 minutach dobiłem do brzegu w Huay Xai. Przyjemność ta kosztowała mnie tylko 40 bhat.

Huay Xai i proces wizowy

Po dobiciu do brzegu najpierw musiałem zapłacić za wizę. Wesoła kompania w biurze granicznym wkleiła mi naklejkę do paszportu za jedyne $30 i oficjalnie byłem już w Laosie.

Huay Xai to niegdyś jedno z głównych miejsc przerzutu narkotyków lecz dziś jest to przyjemne miasteczko graniczne, z którego miejscowi zrobili nieszkodliwy interes. Każdy dom na głównej ulicy został już przerobiony na hotele, bary i restauracje gdzie można kupić bilety w dalszą drogę. Huay Xai gwarantuje, że turysta z wielką łatwością załatwi wszystkie formalności. Najtańszy pokój i to nawet w przyzwoitym hotelu znalazłem za 40000 Kip co jest tu normą, choć można taniej. Posiłek to około 15000 Kip. Oprócz relaksacyjnego nastroju miasteczka, jedzenia, picia i siedzenia nad Mekongiem, polecam także piekną świątynię Jom Khao Manilat, która pochodzi z 1880 roku i zbudowana jest na szczycie góry. Do świątyni tej prowadzą wysokie schody zaczynające się głowami smoków a ich „ciała” wiodą aż do samej góry. Wat Jom Khao Manilat stanowi typową architekturę w stylu Shan z efektownymi dachami oraz malunkami Buddy i wielu innych atrakcyjnych ozdób. Świątynia ta jest wspaniałym punktem widokowym na Mekong oraz sąsiednią Tajlandię, choć można tu też spotkać mnichów czasem szukających kontaktu. Zakochanym parom natomiast polecam to miejsce jako romantyczne gniazdko do obserwacji pięknych zachodów słońca. Huay Xai jest też zazwyczaj pierwszym miejscem gdzie turyści próbują Beer Lao czyli chluby narodowej Laosu. Piwo to zrobiło furrorę w całej Azji płd-wsch.

Huai Xai jest także wspaniałą bazą wypadową do Luang Namtha (80000 Kip 3,5h) oraz stąd wypływają także łodzie do Luang Pra Bang (2-dniowy rejs 950 Bhat). Do Huai Xay wróciłem jeszcze po powrocie z północnej dżunglii. Oprócz tego miasteczko to jest też dobrą bazą wypadową na Gibbon Experience, jednak ta przygoda jest dla osób z wyższym budżetem.

Transport do Luang Namtha

Minibus miał być podstawiony pod hotel lecz kierowca o mnie zapomniał dlatego z Panią u której kupiłem bilet dogoniliśmy ich jej samochodem. Podróż wiodła przez ładne widoki na bananowce, pola ryżowe oraz wystające z nich drewniane chatki. Oprócz tego dużo było prymitywnych wsi z drewna, bambusa i pokrytych strzechą z dziećmi biegającymi za świnkami. Moja deszczowa podróż poprzez piękne krajobrazy zajęła mi 3,5h i kosztowała 80000 Kip. Po dotarciu na dworzec koło Luang Namtha, pick-upem dostałem się do miasteczka pod sam hotel za 10000 Kip.

Luang Namtha

(Dokładny opis miasteczka)

Luang Namtha leży w bliskim sąsiedztwie Chin i Birmy a podczas wojny amerykańsko-wietnamskiej było ciężko bombardowany przez wjska amerykańskie. Dziś jednak na szczęście jest to bardzo popularne miasteczko wśród turystów, znane jako centrum trekkingu po dżunglii Nam Ha NPA i dolinie Namtha. Oprócz tego region ten oferuje też wizyty w prymitywnych wioskach daleko w dżunglii, spływ rzeką na tratwie i kanu oraz wspaniałe widoki i piękną przygodę. Przewodnik mówił też o dużych zwierzętach żyjących w dżungli lecz ja byłem tam całe dwa dni i widziałem tylko mrówki. Opis mojej wyprawy do dżunglii w następnym rozdziale.

Po dojechaniu do miasteczka zamieszkałem w najtańszym lecz przyzwoitym domu gościnnym. Był to Sinsavanh gdzie pokój kosztował tylko 30000 Kip. Jest to przyjemne i zaciszne miejsce blisko głównej ulicy gdzie już w holu wiszą plakaty z podobiznami Lenina, Stalina, Marxa i Engelsa. Poza tym wszystko było w porządku.

Luang Namtha jest bardzo małym, przyjemnym miasteczkiem gdzie znajdują się dwa przyjemne bazary. Jeden z nich znajduje się na głównej ulicy i jest to główne miejsce spotkań wieczorami gdzie można zjeść dobrą zupę za jedyne 10000 Kip oraz grillowane kaczki i wiele innych. Zaraz obok znajduje się bank z kantorem wymiany walut oraz wiele przyjemnych knajp i biur trekkingowych oferujących wyprawy do dżungli. Trochę dalej znajduje się inny, o wiele większy bazar gdzie cała wieś zaopatruje się w podstawowe rzeczy do życia. Podróżników powinny tu interesować jedzenie na drogę, które i tak kupuje przewodnik, owoce, klapki, latarki i płaszcze przeciwdeszczowe. Za 18000 Kip można kupić taki, który na pewno nie przemoknie. Innym towarem wartym uwagi były np.wielkie świńskie uszy oraz bawole rogi i kopyta.

Pomimo, że Luang Namtha jest traktowane jako jedynie baza wypadowa do dżungli, można tu spędzić miłe chwile nie nokautując budżetu.

Wyprawa do dżungli w okolicach Luang Namtha

(Opis pięknej, morderczej przygody w laotańskiej dżungli, przeprawy przez rzekę w ubraniu, komary i pijawki, slizgawki na błocie, prymitywne wioski, gotowanie w bambusie i wiele innych )

O biurach podróży, sposobach ich działania i naszych oczekiwaniach

W Luang Namtha jest wiele biur podróży oferujących praktycznie to samo choć za różne ceny dlatego przed podjęciem decyzji należy się dobrze zorientować. W teorii powinno zawsze być ograniczenie co do ilości uczestników wyprawy aby nie miało to zgubnego wpływu na przyrodę. Ponadto agent wypraw powinien bez skrępowania powiedzieć jaki procent naszych pieniędzy idzie bezpośrednio do ludzi żyjących w dżunglii a jaki procent na konserwację przyrody. Jednym z najbardziej uznanych biur trekkingowych w całym Laosie jest Green Discovery choć nie chcę konkretnie ich polecać, dlatego że inne firmy robią to też dobrze i taniej. Pamiętać też trzeba, że nawet najlepsze biura nie zatrudniają kwalifikowanych przewodników gdyż nie ma takiej potrzeby. Każdy miejscowy orzący pole ryżowe chętnie wejźmie swojego psa na spacer po dżungli jeśli biuro wytłumaczy mu gdzie ma nas oprowadzić. Tak to właśnie wygląda i działa to świetnie. Pamiętać też trzeba, że większa liczba uczestników minimalizuje koszty.

Wybór mojej wyprawy

Ja do towarzystwa miałem tylko kolegę z Japonii i dlatego razem wybraliśmy wyprawę na dwa dni i jedną noc za 460000 Kip na spółkę. Była to wyczerpująca, trudna i deszczowa wyprawa, która sprawiała wielką satysfakcję lecz dawała bardzo w kość. Po drodze mieliśmy między innymi takie atrakcje jak: wizyty w prymitywnych wioskach ukrytych daleko w dżunglii, przemoknięcie do suchej nitki podczas laotańsiego monsunu, kilkakrotne lądowanie twarzą w błocie, naturalne zjeżdżalnie na błocie i desperackie łapanie drzew, noc w szałasie z bambusa, posiłki na liściu bananowym, gotowanie kolacji w bambusie oraz wyrób kubków i innych narzędzi, także z bambusa. Co za frajda!!!

Dzień I

Około 8.30 rano tuk tuk zabrało nas spod biura i najpierw pojechaliśmy na bazar aby przewodnik mógł kupić jedzenie dla nas na dwa dni. Był to czas dobrze spożytkowany dlatego, że spędziłem czas z ludźmi i robiłem im zdjęcia. Były tu stragany z przedmiotami domowego użytku, owocami, mięsem z bawoła oraz jeden z najciekawszych czyli rybny. Potem jechaliśmy około 20 minut za Luang Namtha aż dojechaliśmy do małej wioski na skraju drogi. Była to typowa osada składająca się z drewnianych domków pokrytych ścianami z bambusa i strzechą. Wioska ta była jakich w Laosie i w tej części świata wiele. Brudne, wesołe dzieci biegały po podwórku ganiając świnki i siebie nawzajem a kobiety karmiły piersią. Oprócz tego w małej stodole mieli parę jeżozwierzy. Wioska ta leżała nad rzeką, była porośnięta bananowcami i stanowiła początek naszej ciekawej przygody. Po przejściu drewnianego, chwiejącego się mostu zaczęliśmy wędrówkę.

Nasz pierwszy dzień był najcięższy gdyż szliśmy 10 km przez dziewiczą dżunglę i to głównie pod górę. Do tego przez cały czas dokuczał nam upał oraz duża wilgotność powietrza, przez co nawet bez monsunowego deszczu i tak byliśmy mokrzy i zmęczeni. Zaczęło się bardzo ostro gdyż zanim teren się wyrównał najpierw około 2 km musieliśmy iść tylko po górę.

Po około dwóch godzinach marszu jeden z przewodników uznał, że jest mu za ciężko dlatego obciął z drzewa liść bananowy i postanowił, że przyszedł czas na obiad. Na liśc zostały po kolei rzucone: solona ryba, zlepiony ryż, jakaś trawa z chilli oraz posiekany bambus z czosnkiem. Zwłaszcza bambus był znakomity. Po obiedzie zwróciliśmy liść naturze, zerwaliśmy po kilka bananów i ruszyliśmy znowu pod górę.

Miejscami było takie błoto, że zapadaliśmy się w nim aż po kostki a gdy zaczął padać silny, monsunowy deszcz, mogliśmy tylko stać i moknąć. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że nie jesteśmy w dżungli sami. Zawsze towarzyszyły nam komary oraz pijawki, które usuwaliśmy za pomocą zapalniczek. Deszcz pojawiał się często, zawsze był silny i nie trwał długo lecz powodował, że było bardzo ślisko. Wiele razy przy wchodzeniu i schodzeniu z góry lądowaliśmy cali w błocie. Czasem tworzyły się takie zjeżdżalnie, że jechaliśmy na plecach spory kawałek desperacko łapiąc wystających drzew. Może to oczywiście wyglądać ja dobra zabawa ale lepiej jest się zatrzymać gdyż nie wiemy jak ta zjeżdżalania się kończy. Czasem może czekać na nas kamień a czasem przepaść. Możliwości jest wiele i nie należy oczekiwać lekkiego lądowania. Przewodnik od czasu do czasu karczował rośliny przed nami abyśmy byli w stanie przejść choć czasem musieliśmy schodzić z najwygodniejszego szlaku aby uniknąć spotkania z gniazdem pszczół. Tak ogólnie rzecz biorąc wyglądał cały dzień naszego marszu. Pod koniec, zaraz przed wejściem do szałasu, musieliśmy jeszcze przeprawić się przez rzekę lecz darowaliśmy sobie rozbieranie się czy nawet zdejmowanie butów. Po prostu wszedłem tak jak stałem gdyż po całym dniu byliśmy w tak tragicznym stanie, że jakakolwiek troska nie miała już sensu. Moje ubranie i tak zamieniło się w gnój z pijawkami tu i tam dlatego przejście przez zimną rzekę trochę mnie orzeźwiło. Gdy dotarliśmy do obozu odetchnąłem z ulgą i z przyjemnością usiadłem. Tej nocy spaliśmy w szałasie zbudowanym w całości z bambusa i pokrytymi liśćmi palmowymi i bananowymi. Przewodnicy rozpalili ogień, rozłożyli maty i rozwiesili siatki przeciwko komarom. Po chwili zaczęli też przygotowywać posiłek składający się z ryżu, warzyw, kurczaka i zupy. Piękno całej operacji polegało na tym, że wszystie te potrawy ugotowali wewnątrz bambusa na ogniu. Gdy było już gotowe, wykarczowali wysoką trawę i nagle pojawił się bambusowy stół i dwie ławy, ciągle trzymające się razem.

Tej nocy spaliśmy przy szumie rzeki pod gwiazdami, gdzieś w laotańskiej dżungli. Położyłem się spać o 7 wieczorem a obudzili mnie o dopiero 7 rano-byłem tak wykończony.

Dzień I I

Wstaliśmy o 7.30 rano. Gdy przewodnicy przygotowywali śniadanie w bambusie ja przedostałem się po raz drugi przez wartką rzekę i poszedłem do wodospadu, który znajdował się zaledwie kilka metrów za rzeką. Pomimo, że był on blisko dostanie się do niego nie było łatwe gdyż musiałem iść po ostrych kamieniach a na drodze stało też wiele drzew i innych roślin do pokonania. Wodospad był piękny i leżał w bardzo odosobnionym mjescu pośród zieleni. Wykorzystałem go aby wziąć szybki, zimny prysznic a potem bardzo ostrożnie wróciłem na moją stronę rzeki. Zaraz po śniadaniu wyruszyliśmy w drogę i znowu zaczęło się ciężko gdyż około godziny szliśmy pod górę, przedzierając się przez gąszcz gęstych roślin. W międzyczasie parę razy omijaliśmy gniazda pszczół, karczowaliśmy rośliny w najcięższych jej partiach i oczywiście nie obyło się bez deszczu i ślizganiu się na błocie. Po około trzech godzinach marszu dotarliśmy do rzeki, przez którą musieliśmy się przeprawić dlatego znowu wykorzystaliśmy to na kąpiel. Nie było łatwo gdyż prąd był bardzo silny i znosił daleko, choć z drugiej strony to było właśnie częścią naszej pięknej przygody. Poza tym nie musieliśmy się już martwić o komary a jedynie o pijawki. Ostrożnie przenieśliśmy cały sprzęt przez wartką rzekę, założyłem na siebie moje mokre ubranie oraz buty, zaraz po wylaniu z nich wody. Następnie szliśmy około godziny po górę a po dostaniu się na szczyt mieliśmy piękny widok na pola ryżowe, bambusowe chatki z nich wystające i pasące się bawoły. Szliśmy przez pola a potem uważnie stawiając następne kroki aby nie upaść na śliskiej nawierzchni posuwaliśmy się do przodu. Kilka razy upadaliśmy lecz na szczęście obok rosły bananowce, które pomagały utrzymywać równowagę. Niedługo potem dotarliśmy do bardzo prymitywnej wioski, która była najlepsza pod kątem szoku kulturowego podczas tej wyprawy. Wioska ta składała się z kilku drewnianych chatek pokrytych strzechą i  otoczona polami ryżowymi a po podwórku biegały kurczaki i łaciate świnie. Wioska ta była pięknym pokazem życia z dala od cywilizacji, której przecierz szukałem w Laosie. Gospodarz wioski zaprosił mnie do chatki gdzie siedziała cała rodzina. Wszystkie pokolenia mieszkały razem pod jednym dachem, w domku bez podłogi, okien ani sufitu. Podano nam gotowanego bambusa z lepkim ryżem a potem zadawaliśmy pytania gospodarzowi poprzez przewodnika. Pytaliśmy głównie o to jak im się tu żyje na co odparli, że bardzo dobrze. Zrobiłem tu też dużo ciekawych zdjęć ujmując cały realizm otoczenia. Uważam, że wizyta w takich miejscach podczas podróży po Laosie jest konieczna aby mieć lepszy wizerunek kraju.

Potem zeszliśmy kawałek w dół lecz także po śliskim błocie a następnie znowu przeprawiliśmy się przez rzekę w całym ubraniu. Zaczynałem być już zmęczony upałem i wysoką wilgotnością powietrza choć dzień drugi i tak był łatwiejszy. Mimo, że było więcej przepraw przez rzekę mniej szliśmy pod górę. W kolejnej części naszego marszu znowu musieliśmy przechodzić przez rzekę lecz tym razem przez  niepewny, bambusowy most, który zawalił się a ja wpadłem do wody. Prąd poniósł mnie przez mały kawałek, dlatego że przewodnik rzucił mi kij bambusowy, który złapałem na czas. Następnie po ostatnim pagórku, który zmęczył nas bardziej niż największa góra po raz kolejny dotarliśmy nad rzekę oraz nad długi wiszący most z bambusa. Ten most jednak wisiał wysoko nad wodą i był pewniejszy gdyż jego konstrucja opierał się na żelaznych linach. Szliśmy wolno przez cały czas bujając się lecz tym razem obyło się bez wypadków. Po drugiej stronie znajdowała się wioska lecz ta była przy drodze i choć nadal bardzo prymitywna była w lepszym stanie niż poprzednia. To był już koniec naszego marszu, który był o wiele cięższy niż trek w Birmie około 2 miesiące wcześniej. Usiedliśmy przy drodze w cieniu bananowców, po czym kupiłem przewodnikom po BeerLao. Niedługo potem podjechał pick-up, który zabrał nas do Luang Namtha.

Podsumowanie wyprawy do dżungli

Trekking w laotańskiej dżungli daje wspaniały obraz tego czym na prawdę jest Laos. Uważam, że dla pełni doświadczenia naszej podróży jest to niezbędne. Jest ciężko lecz zmęczenie przechodzi a potem liczą się tylko nasze doświadczenia i wspomnienia.

Wycieczka do Muang Sing

Muang Sing leżące około 60km od Luang Namtha jest rzadziej odwiedzane przez turystów gdyż to podupadłe miasteczko stanowi jeszcze większe zejście z turystycznego szlaku. Muang Sing to kolejna pięknie położona wioska gdzie także są organizowane wycieczki do dżunglii, a fakt że jest ono tylko około 40 km od granicy z Chinami przynosi dochód lokalnym Laotańczykom. W Muang Sing jest kilka domów gościnnych i agencji trekkingowych, zaniedbana świątynia oraz brudna ulica i bazar, który podczas pory deszczowej jest pokryty błotem. Myślę, że miasteczko to ciągle jest bardziej autentyczne niż miejsca będące na wytartym szlaku. Smażony ryż z kurczakiem w miejscowej knajpie można zjeść za 15000 Kip.

Wycieczka do Muang Sing zajęła nam cały dzień. Razem z kolegą z Japonii wypożyczyliśmy motorowery i nie zważając na to, że nie mam prawa jazdy wyruszyliśmy w drogę. W Luang Namtha wypożyczenie motoroweru kosztuje 45000 Kip. Wydostanie się z miasteczka nie było jednak łatwe gdyż przerwano dostawę elektryczności i dlatego stacje benzynowe nie działały. Kupiliśmy więc benzynę od wypożyczalni motorowerów (1 litr 11000 Kip) i w końcu ruszyliśmy w drogę. Często stawaliśmy aby podziwiać najpiękniejsze widoki (głównie pola ryżowe) oraz najciekawsze, prymitywne wioski. Za każdym razem byli też ludzie, którzy czasem pozowali do zdjęć. Dzieci robiły sobie z nas żarty lecz myślę, że głównie była to ciekawość. Po drodze było też wiele interesujących miejsc i spotkań, takich jak np. korek uliczny spowodowany przez stado bawołów oraz biedni wieśniacy dźwigający chrust na plecach. Zwłaszcza w oddalonych od cywilizacji miejsc ludzie nie mają oporów przed wyciąganiem rąk po pieniądze, a słowo „money” weszło już chyba na stałe do laotańskiego słownika. Bliżej Muang Sing było więcej drewianych domków i tradycyjnych laotańskich osad oraz przez całą naszą podróż pola ryżowe. W drodze powrotnej stanęliśmy też przy wejściu do wodospadu Nam Keo Noi. Kupiliśmy bilety za 5000 Kip a potem idąc 780 metrów poprzez piekną przyrodę dotarliśmy do wodospadu. W międzyczasie padał deszcz lecz wodospad i widoki dookoła i tak były piękne. W drodze powrotnej deszcz padał już przez cały czas dlatego do Luang Namtha wróciłem po zmroku kompletnie przemoczony. Moja wycieczka była na pewno piękna i warta każdej chwili lecz polecam ją tym, którzy mają trochę więcej czasu. Po powrocie po raz kolejny rozłożyłem rzeczy do suszenia i na szczęście ciągle miałem nowe ubrania, które kupiłem okazyjnie w Tajlandii kilka dni temu.

Winston Churchill wyszedł na spacer.

Dookoła Luang Namtha pełno jest małych wiosek oraz ładnych widoków. Tym, którzy nie mają czasu i ochoty jechać do Muang Sing polecam wypożyczyć rower i po prostu pojechać za miasteczko aby spędzić czas w którejś z wiosek lub nad rzeką. Na pewno będą to dobre doświadczenia!

Powrót z Luang Namtha do Huay Xai

(Piękne plenery i dobra obserwacja ludzi)

Tak jak wcześniej zapłaciłem 80000 Kip lecz tym razem musiałem się trochę potargować. Jazda trwała 3,5h i wiodła przez pola ryżowe i drewniane wioski, zbudowane na ich skraju lub na granicy pomiędzy drogą a przepaścią. Świetne doświadczenie nie tylko jeśli chodzi o plenery ale także z powodu obserwacji ludzi. Częściowo ich życie jest pozbawione prywatności gdyż każdy przejezdżający samochód widzi co robią. Tak np. widziałem jak stare pokolenie siedziało na bambusowym balkonie dłubiąc w nosie i jak młode dziewczyny robiły pranie przy drodze. Jedna była do tego stopnia nieskrępowana, że gdy stanęliśmy na chwilę, ona zdjęła matki spod długiej sukni i zaczęła je namaczać. Pełny relaks w Laosie!

Rejs po Mekongu od Huay Xai do Luang Prabang

Rejs po Mekongu to niezwykle popularna atrakcja turystyczna w Laosie, którą realizuje większość turystów. Na pokonanie tej trasy łodzią są dwa sposoby: łódź wolna i łódź szybka. Gdy byłem tutaj w 2004 roku podróżowałem łodzią szybką, której dokładny opis znajduje się tutaj. W roku 2011 chciałem spróbować czegoś nowego i dlatego za jedyne 950 bhat z wliczonym transportem do portu, odbyłem relaksujący rejs po Mekongu. Trwa on dwa dni z przesiadką we wsi Pak Beng na noc i gwarantuje bardzo spokojne, relaksujące „aż do bólu” doświadczenie. Niecierpliwym proponuję łódź szybką choć obie wersje mają swoje niezapomniane uroki, co oznacza że Laos trzeba odwiedzić przynajmniej dwa razy. Sam rejs jest oczywiście piękny i bardzo odprężający. Widziałem drewniane chatki na brzegu, zbudowane na wysokich balach i pokryte strzechą. Oprócz tego dzieci i bawoły kąpały się blisko siebie a dorośli łowili ryby ze swoich maleńkich łódek. Co jakiś czas stawaliśmy na brzegu aby wziąć pasażerów z okolicznych wsi, dzięki czemu można było lepiej obserwować życie w maleńkich wioskach. Sam Mekong różnił się zależnie od odcinka. Czasem był spokojny i płynęliśmy bez przeszkód a innym razem wystawały z niego skały i były bardzo silne prądy i wiry. Na naszej dużej łodzi było mnóstwo miejsca dzięki czemu zawsze było można pochodzić. Była też toaleta oraz drogi bar z kawą, zupami i oczywiście Beer Lao, który niezawodnie podtrzymywał dobry humor na łodzi. Radzę jednak koniecznie wziąć ze sobą prowiant na drogę gdyż na łodzi nie ma konkretnego jedzenia.

Pierwszego dnia z Huay Xai do Pak Beng płynąłem 6h a drugiego dnia z Pak Beng do Luang Prabang 7h. W tą stronę płynie się szybciej gdyż płyniemy z prądem lecz ten sam rejs w odwrotną stronę zająłby około 10-11h dziennie.

Noc w Pak Beng

Pak Beng to obowiązkowy przystanek na jedną noc podczas rejsu łodzią wolną. Zaraz po zacumowaniu do brzegu czekało wiele osób oferujacych tanie noclegi, które wymagały jednak targowania się. Pięć minut spacerem od Mekongu znalazłem piękny pokój z prywatną łazienką za jedyne 30000 Kip. W Pak Beng spędziłem tylko jeden wieczór lecz zdecydowanie wystarczyło. Wioska ta ma do zaoferowania ładne widoki na Mekong oraz wiele restauracji. Tego wieczora usiadłem w paru knajpach z widokiem na rzekę i obserwowałem przyrodę. Istotnym wydarzeniem była chodząca za mną seksowna dziewczyna, która chciała abym wydał pieniądze u niej w barzeoraz chcieli mi też sprzedać narkotyki co jest tu niestety częstym zjawiskiem.

Odniosłem wrażenie, że wszyscy mieszkańcy Pak Beng są znudzeni tym miejscem gdzie znajduje się tylko jedna ulica i narzekają, że każdy zostaje tu tylko jedną noc. Dlatego właśnie interes jest kiepski gdyż ludzie zostają bardzo krótko a każdy mieszkaniec ma knajpę lub sklep.

Luang Prabang

Luang Prabang to była stolica Laosu oraz „perła orientu”, ładnie położona nad rzeką Mekong i Nam Khan, pełna historii i buddyjskich świątyń. Znajduje się tu także pokolonialna architektura, można dobrze zjeść, zafundować sobie masaż oraz zorganizować wycieczki do dwóch wspaniałych wodospadów, choć opcji wycieczkowych jest o wiele więcej. Jak w wielu miejscach w Laosie także i tutaj można popływać tratwą, kajakiem lub udać się w górską przygodę. Luang Prabang jest bez wątpienia najbardziej popularnym i najczęściej odwiedzanym miejscem w Laosie.

Do Luang Prabang dotarłem około piątej po południu i po krótkim czasie znalazłem bardzo dobry i całkiem tani pokój-30000 Kip. Mieszkałem w domu gościnnym, który był prowadzony przez starsze małżeństwo mówiące po francusku. Tak już jest w Laosie, że starsi mówią tym właśnie językiem a do dziś bardzo popularne są też bagietki.

Tego samego wieczora poszedłem tylko na nocny bazar Hmong, którego nie sposób tu nie zobaczyć. Namioty zaczynają być rozstawiane na środku ulicy już po czwartej a zwijają go około 11-tej. Nocny bazar to najlepszy sposób w LP na zobaczenie laotańskiej sztuki. Po zapadnięciu zmroku, przy blasku świateł, można się targować o ciekawe płaskorzeźby, figurki, obrazy, serwisy do herbaty, naszyjniki, pałeczki i pewnie każdą możliwą pamiątkę. Jeśli turyści robią zakupy to tu jest największy wybór a cena zależy od wytrwałości. Obok jest też wiele stoisk z jedzeniem. Po bardzo okazyjnej cenie można kupić bagietkę (10000 Kip), sok ze świeżych owoców (5000 Kip) oraz absolutny hit wieczoru czyli grillowaną rybę nadziewaną delikatnymi łodygami bambusa (20000 Kip). Możliwości kulinarnych jest oczywiście wiele.

Następnego dnia poszedłem zwiedzać świątynie oraz zatrzymując się na sok i owoce przemierzyłem całe Luang Prabang. Byłem też nad rzeką oraz robiłem dużo zdjęć mnichom.

Tego dnia widziałem wiele świątyń i poniżej zamierzam opisać większość z nich:

Pierwszą, którą widziałem była świątynia Phu Si do której trzeba było się wspinać gdyż znajdowała się ona na szczycie góry. Zaraz po wejściu na pierwszą kontygnację znajduje się mała kaplica z ładnymi lecz wyblakłymi od ciężaru czasu freskami i z dużym pomnikiem Buddy. Na następnym poziomie można podziwiać piękną przyrodę, a w tym między innymi kilkusetletnie drzewo otoczone murem na kszałt kwiatu lotosu. Miejsce to stanowi też bardzo dobry punkt widokowy na piękny komples świątynno muzealny Haw Kam. Po kupieniu biletu za 20000 Kip wejście po schodach na górę prowadzi poprzez szereg rozgałęzionych drzew. Wspinaczka zajmuje tylko około 15 minut lecz upał i wilgotność powodują, że nawet po przejściu małego kawałka pot leje się strumieniami. Na samym szczycie świątynia jest bardzo mała lecz także bardzo przyjemna. Jest ona pokryta złotym, ostrym zakończeniem a w środku znajdują się pomniki Buddy oraz kwiaty, świece i inne dary dookoła niego. Jednak najlepszą rzeczą do polecenia tutaj są panoramiczne widoki na rzekę oraz całą okolicę. Dobrym efektem jest też to, że ze szczytu widać lądujące samoloty ze stosunkowo niewielkiej odległości.

Zchodząc z góry przed sobą miałem Pałac Królewski i Muzeum znany także jako Haw Kam. Ten pochądzący z 1904 obiekt jest bez wątpienia największą atrakcją turystyczą w Luang Prabang. Dwa główne obiekty będące na jego terytorium bardzo się od siebie różnią gdyż jeden jest z budowany w stylu laotańskim a drugi w europejskim. Jest też trzeci budynek najbliżej pomnika lecz ten blednie w porównaniu z pałacem i świątynią. Widocznym z daleka pierwszym obiektem jest pałac zbudowany w charakterystyczny orientalny sposób dlatego dla turystów ten jest najbardziej efektowny. Myślę, że najlepiej z powodu piękna swego wykończenia najlepiej można go porównać do jednego z obiektów w świątyni Wat Phra Keo w Bangkoku. Także tutaj można podziwiać dachy w tym samym stylu oraz złote i rzeźbione ściany. Różnicę stanowią tu smoki wzdłuż wejścia, które są także charakterystyczne dla stylu północno tajskiego. Następnie idąc aleją palm docieramy do muzeum, ozdobione wysokim, złotym szpicem. W środku znajdują się wspaniałe przedmioty religijne, a w tym rzeźby z Indii, Laosu i Kambodży. Samo muzeum jest małe lecz posiada w swych zbiorach bardzo dużo pięknych, cennych i rzadkich eksponatów. Przyjemność ta kosztuje 30000 Kip i jest to warte tej ceny.

Potem szedłem główną ulicą miasteczka, robiłem zdjęcia mnichom i podziękowałem natrętnym dzieciom, które wciskały mi bransoletki do rąk. Po niedługim czasie dotarłem do świątyni Wat Xieng Thong czyli jednej z najbardziej efektownych w Laosie i do tego stopnia dobrze znanej, że została uwieczniona na banknocie 20000 Kip. Zbudowaną ją w 1560 roku i charakteryzuje się typową architekturą dla Luang Prabang ze zdobionymi kolumnami i płaskorzeźbami. Świątynia Wat Xieng Tong leży pomiędzy rzekami Mekong i Nam Khan.

Potem poszedłem nad rzekę Nam Khan gdzie usiadłem i robiłem zdjęcia przyrodzie. Ciekawe jest, że zaraz po drugiej stronie rzeki jednego z najlepiej zadbanych miast w Laosie zobaczyłem swoisty „powrót do korzeni”. Po drugiej stronie brzegu mieszkało parę rodzin w tradycyjnej bambusowej chatce przykrytej strzechą. Obok rosły bananowce i drzewa mango a przy wejściu do dżungli biegały świnki. Gospodarz miał także małe czółno do połowy ryb a na brzegu wisiały sieci. Zrozumiałem, że pomimo nie zawsze fortunnego rozwoju świata, w Laosie ciągle mogę liczyć na widok sprzed setek lat. Potem szedłem w zdłuż rzeki lecz niestety rozpadało się na dobre. Na szczęście usiadłem w jednej z knajp i za magiczną sumę $1,5 podano mi pyszny naleśnik z bananami oraz koktajl z mango. Jedzenie było bardzo dobre ale właśnie też cena jest kolejną rzeczą tutaj, która pozwala na bezstresowe podróżowanie. Obok znajdowała się świątynia Wat Wisunalat (Wat  Visoun), która została zbudowana w 1513 roku i jest dziś najstarszą działającą świątynią w Luang Prabang. Tutaj także znajduje się otoczona palmami świątynia o typowej architekturze Luang Prabang lecz to miejsce jest inne ze względu na kamienne stupy. Jest także drzewo bodhi otoczone murem i przykryte modlitewnymi flagami lecz największą uwagę przyciąga ogromna, kamienna pagoda, z okrągłym szczytem i kwadratowa u podstawy. Wewnątrz świątyni znajduje się oczywiście wiele posągów Buddy oraz wiele innych religijnych przedmiotów, nawet z XV i XVI wieku. Cały obiekt ma swój specyficzny nastrój. Jest to bardzo zaciszne miejsce gdzie można spotkać mnichów oraz kupić drobne pamiątki. Samo chodzenie po Wat Wisunalat jest za darmo lecz wejście do świątyni kosztuje 5000 Kip.

Potem chodziłem po najdalszych zakątkach miasta siadając na herbatę co jakiś czas i oglądając dzbany i inne wyroby z wilkiny. Natrafiłem też na bazar Phosy lecz jak dla mnie był on zbyt nowy i dlatego nie interesujący dla turystów. W międzyczasie zaliczyłem parę innych świątyń po drodze lecz tą, którą zapamiętałem najlepiej była Wat Manorom. Na ten obiekt natrafiłem zupełnie przypadkiem i było to bardzo dobre doświadczenie pod względem kontaktu z mnichami, którzy starali się ze mną rozmawiać i poczęstowali mnie bananami. Oprócz tego jest to typowa świątynia buddyjska jak opisywałem wcześniej ze złotymi płaskorzeźbami i kolorowymi malunkami na ścianach. Miłe miejsce.

Gdy wróciłem do centrum, bazar Hmong był już otwarty dlatego po obowiązkowym soku z mango kupiłem kilka pamiątek. Czas leci tu szybko gdyż jest bardzo przyjemnie i godzinami można tu wybierać obrazy, rzeźby i wiele innych. Zakończyłem ten dzień grillowaną rybą co też było wspaniałe. Następnego dnia zrobiłem sobie wycieczkę za Luang Prabang a dzień później wyjechałem. Czas tutaj należy do najlepiej spędzonych pośród całej mojej podróży i koniecznie namawiam do jego odwiedzenia.

Dla tych, którzy nie mają dość pomników Buddy, rejsu łodzią czy jaskiń w okolicach Vang Vieng, polecam tu także krótką wycieczkę łodzią do jaskini Wat Tham Xieng Maen!

Wodospady Kuang Si, Tad Se i wioska Hmong

Jest jedna wycieczka za Luang Prabang, którą koniecznie trzeba zrealizować. Są to dwa fenomeny natury czyli wodospady Kuang Si i Tad Se oraz po drodze warto też wstąpić do wioski Hmong. Z głównej ulicy można wykupić tą wycieczkę z biura lecz wtedy kosztuje to drożej, widzi się mniej i jest się poganianym jak stado krów. Najlepszą opcją jest umówienie ceny z taksówkarzami lecz jechanie samemu jest też bardzo drogie. Na szczęście do podziału kosztów miałem dwóch Czechów dzięki czemu zapłaciliśmy tylko po 85000 Kip od osoby. Wycieczkę tą odbyłem już w 2004 roku lecz jak miało się potem okazać, przez 7 lat sporo się zmieniło.

Najpierw jechaliśmy w stronę wodospadu Kuang Si i po krótkim czasie dało się zauważyć, że jechaliśmy po asfalcie. Siedem lat temu był tylko piach i wystające kamienie, co sprawiało że droga była znacznie ciekawsza. Po drodze jednak widoki były cały czas te same. Widzieliśmy pola ryżowe oraz tradycyjne laotańskie domki z drewna i pokryte strzechą choć było już też wiele domków murowanych. Wiem, że z puntu widzenia Laotańczyka jest to bez wątpienia poprawa choć dla podróżnika takiego jak ja odbiera to trochę ze starego, dobrego realizmu.

Naszym pierwszym przystankiem była wioska Hmong, która jest typowym przykładem laotańskiego „oderwania się od świata” choć z drugiej strony nie jest to moim zdaniem do końca prawdą. Wioska Hmong znajduje się na bezpośredniej drodze do Tat Kuang Si czyli jednego z większych atrakcji turystycznych w okolicach Luang Prabang i choć nadal zachowuje swój realizm, w stosunku do tego gdy byłem tu 7 lat wcześniej mam parę wątpliwości. Generalnie jest to wspaniałe doświadczenie czym jest Laos, gdyż bardzo ubogo odziani ludzie mieszkają tu w drewnianych i bambusowych domkach pokrytych strzechą. Gdy tylko wszedłem na teren wioski biedne dzieci podbiegły do mnie aby sprzedać mi paski na nadgarstki i chciały pieniądze za robienie im zdjęć, a dorośli mieli stragan z ręcznie zdobionymi materiałami. Dziewczynki w wieku około 7 lat nosiły młodsze dzieci na rękach i przez cały czas chodziły za mną aby cośmi sprzedać. Brudne, pewnie głodne i z „gilem” pod nosem emanowały nędzą, która uderzała do świadomości. Wioska ta była położona wśród ciekawej roślinności, takiej jak bananowce, drzewa mango i wiele innych. Dostrzegłem tu jeszcze, że w ich chatkach nie było podłóg a jedynie goła ziemia choć z drugiej strony krokiem w XXI wiek był beton rozlany na głównej drodze oraz koło niektórych domów. Czy była elektryczność tego nie wiem choć wątpie.

Kolejnym i zarazem głównym punktem tego dnia był wspaniały wodospad Tat Kuang Si. Położony około 32 km od Luang Prabang, Kuang Si jest wspaniałym kompleksem piętrzących się wodospadów i turkusowych, naturalnych basenów. Całość znajduje się w pięknym, czystym i bogatym w roślinność parku gdzie wielki wodospad znajduje się na samym szczycie szlaku. Miejsce to jest o tyle wspaniałe, że w basenach można pływać, czasami walcząc z silnym prądem rzeki. Pod niektórymi wodospadami można sobie zrobić przyjemny masaż a w wielu zacisznych miejscach po prostu siedzieć zanurzonym w błękitnej lub zielonej wodzie i relaksować się pięknem przyrody. Największy wodospad jest niestety zbyt niebezpieczny aby się pod nim kąpać ale gwarantuje on wspaniały widok. Absolutnym hitem tego miejsca jest skakanie z drzewa za pomocą wiszącej liny wprost do zimnej wody, blisko wodospadu. Na samym dole jest także ogrodzony teren z czarnymi niedźwiedziami, które zostały uratowane od kłusowników.

W porównaniu sprzed siedmioma laty kilka rzeczy się zmieniło i to niestety nie zawsze na lepsze. Przede wszystkim wtedy wejście było za darmo a teraz kosztue 20000 Kip. Poza tym kiedyś było ciszej i było mniej ludzi. Dziś na dole jest całe mnóstwo knajp i sklepów z pamiątkami a w 2004 roku była jedna knajpa pod strzechą i nic poza tym. Już od samego przyjazdu było czuć, że jesteśmy sami w dżunglii. Teraz wodospady Kuang Si to interes.

Potem pojechaliśmy do wodospadów Tad Se i to także było piękne przeżycie. Po dostaniu się do wioski nad rzeką musieliśmy zapłacić po 10000 Kip za łódkę do ujścia wodospadu. Przypłynęliśmy dość późno dlatego mieliśmy szczęście gdyż kasjer poszedł już do domu i dlatego zaoszczędziłem 15000 Kip za wejście. Tad Se jest zupełnie inny niż Kuang Si choć także jest to seria wielu wodospadów. Położony jest on w dżunglii a woda spływa po skałach, omijając wyrastające pomiędzy nimi drzewa. Skały są tu naturalnymi zjeżdżalniami a siedząc na nich i pozwalając aby spływająca woda uderzała we mnie, miałem darmowe bicze wodne. Z tego miejsca schodzi się do jedynego bezpiecznego na pływanie miejsca czyli do wielkiego basenu o płaskim dnie. Woda jest nieco zimna lecz bardzo przyjemna  a pływanie jak najbardziej polecam. Tutaj także się zmieniło i cena za wstęp nie jest jedyną rzeczą. Można np. pojeździć na słoniach oraz przemieszczać się na linach umieszczonych nad wodospadami. Do tego jest bardzo dużo bambusowych pomostów dzięki jest bardzo dobry widok na każdą część tego wspaniałego żywiołu.

Choć przemierzyłem większość Azji i widziałem wiele wodospadów, Tad Se i Kuang Si były najpiękniejsze. Tutaj można czuć się na prawdę szczęśliwym i bez problemu spędzić całe dnie.

Wieczorem wróciliśmy do Luang Prabang na kolejną grillowaną rybę nadziewaną bambusem.

Droga z Luang Prabang do Vang Vieng

(Opis nie tylko trasy i  przyrody ale też sposobu w jaki wodospad zaopatrywał wieś w wodę)

Pojechałem minibusem za 115 000 Kip i choć podróż miała zająć tylko 6.5h, zajęła 8.5. Do tego po dojechaniu na dworzec w VV zapłaciłem kolejne 10000 Kip za dojechanie do miasteczka.

Podczas jazdy miałem piękne widoki na góry oraz prymitywne wioski z bambusa i na ludzi mieszkających koło drogi. Laotańczycy mieszkający w drewnianych domkach na zboczach gór robili pranie i uśmiechali się do nas a  kobiety brały prysznic przy drodze. Mam tu na myśli, że gdy woda spływała z gór, na dole był ułożony szeroki kij bambusowy podzielony wzdłuż na pół a przez jego środek wpadała woda z wodospadu, która w ten sposób zapatrywała całą wieś w wodę po sieci kijów bambusowych.

Vang Vieng

Opis miasteczka

Vang Vieng to bardzo polularny przystanek dla podróżników. Znajduje się tu mnóstwo tanich domów gościnnych, knajp gdzie można jeść na leżąco i oglądać filmy oraz bardzo drogi internet. Samo miasteczko Vang Vieng moim zdaniem nie ma nic wspólnego z Laosem i jest to najbardziej komercyjne miejsce jakie tu widziałem. W restauracjach są łóżka pokryte materacami i poduchami oraz duże telewizory gdzie najpopopularniejsi są „Przyjaciele” i wiele innych amerykańskich filmów. Są tu oczywiście biura gdzie można kupić bilet autobusowy w dowolnym kierunku mimo że sprzedaje je też każdy hotel. Vang Vieng to wielki teren budowy gdzie zaczyna się już robić tłoczno a hoteli mimo wszystko przybywa. Ważne jest też aby wybrać właściwą stronę VV gdyż w niektórych miejscach impreza trwa całą noc. Zamieszkałem nad rzeką w Sunset Guest House za jedyne 30000 Kip lecz zamiast tej nory polecam Lao Villa na przeciwko gdzie za jedyne 50000 Kip jest pokój, salon oraz śniadanie i herbata do oporu. W sumie VV to perfekcyjne miejsce na odpoczynek gdzie można dobrze zjeść, poleniuchować, nacieszyć się dobrymi naleśnikami i mieć wspaniały masaż, grillowane rybki na kijach bambusowych i wiele innych. Polecam też rozegranie mecza w siatkówkę lub bilarda z miejscowymi Laotańczykami. Poza. Dla podróżników jednak ważniejsze powinno być to co znajduje się poza miasteczkiem.

W Vang Vieng byłem w 2004 roku i wtedy o wiele bardziej mi się podobało. Autobus wysadził mnie na pustej drodze, a potem idąc przez piach i żwir dotarłem do małej, opustoszałej wioski. To też były piękne czasy a reportaż na ten temat można przeczytaj tutaj.

Dlaczego Van Vieng?

Vang Vieng lub raczej to co jest za nim to jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Laosie. Dopiero po wyjeździe z miasteczka możemy nacieszyć się górami, chodzeniem pomiędzy polami ryżowymi oraz skakaniem do Mekongu z bambusowych platform. Przede wszystkim jednak, wyjątkowo piękne są tu jaskinie, które polecam do dokładnej eksploracji. Każda z nich jest bardzo inna i wszystkie oferują niezapomniane przeżycia. Eksploracja jaskiń była właśnie moim ulubionym zajęciem choć bardzo popularny jest tu też „tubing” czyli spływ na dętce. O tubingu ja osobiście mam złe zdanie lecz o tym potem.

Jaskinie w okolicach Vang Vieng – dzień I

Pierwszego dnia miałem gest, dla samego siebie oczywiście i dlatego za całe 45000 Kip wypożyczyłem motorower aby zobaczyć okolicę. Najpierw pojechałem do jaskini Tham Jang, która jest bardzo popularna i dobrze przygotowana dla turystów. Jaskinia ta znajduje się na terenie parku (bilet 2000 Kip) gdzie przy wejściu należy zostawić pojazd a potem idąc przez park docieramy do rzeki. Tutaj jest wiszący most oraz piękne widoki na okolicę. Następnie po minięciu sprzedawców owoców czeka nas smutne doświadczenie czyli opłata w wysokości 15000 Kip za wejście. Ja udałem, że nie mam i udałem też, że mam potworny ból zęba aż w końcu wpuścili mnie za darmo. Poza tym uważam, że w tym wypadku płacenie byłoby w bardzo złym tonie. Następnie po wysokich schodach wszedłem na sam szczyt góry gdzie znajdowało się wejście do jaskini. W środku czekała na mnie piękna przygoda gdyż najpierw dostałem się do części głównej jaskini gdzie sufity było pokryte masywnymi stalaktytami z których ciekły krople wody a z podłóg wystawały stalagmity. W niektórych miejscach, zwłaszcza tam, gdzie była mała odległość pomiędzy podłogą a sufitem były też stalagnaty. Szczególnie to miejsce było bardzo dobrze oświetlone lecz było też wiele innych, najczęściej wąskich korytarzy, które prowadziły do innych, ciekawych zakamarków. Nie wiem jak dokładnie głęboka jest ta jaskinia lecz wiele dróg było nieoświetlonych w ogóle i dlatego radzę zabrać ze sobą dobrą latarkę. Jaskinia Tham Jang była najłatwiejsza ze wszystkich i uważam, że powinno się ją zobaczyć jako pierwszą.Wówczas ma się dobre porównanie co do stopnia trudności. Na zewnątrz, z góry można podziwiać panoramiczne widoki na okolicę.

Potem dojechałem do głównej drogi i po przejechaniu mostu Namsong (różne opłaty zależnie od pojazdu) po jego obu stronach zobaczyłem malowniczy krajobraz na rzekę, góry, wioskę oraz ludzi łowiących ryby za pomocą chińskich sieci. Następnie po przekroczeniu małej wioski dotarłem do szerokiej, polnej drogi, leżącej po środku pięknych gór i rozległych pól ryżowych. Zwłaszcza w pore deszczowej łodygi ryżowe miały wyrazisty, zielony kolor a unosząca się delikatna mgła sprawiała, że był to piękny dzień. Piękny niestety nie oznacza łatwy gdyż wraz z pojawieniem się deszczu moj dzień był wyjątkowo uciążliwy choć sposobem jest na to dobry chumor. Jechałem moim motorowerem poprzez głębokie kałuże czasami gubiąc w nich klapki oraz zmokłem do suchej nitki. Parę razy też utknąłem i nie mogłem wyjechać. W wielkich strugach deszczu dojechałem więc do wejścia pierwszej jaskini, czyli Tham Khan. Nie jest to zbyt popularna jaskinia i uważam, że jest to ogromny błąd gdyż gwarantuje ona niezapomniane przeżycia. Samo dotarcie do niej jest bardzo przygodowe gdyż najpierw trzeba iść przez strumyk, który regularnie wylewa podczas pory deszczowej a w pewnej części naszej trasy widzimy, że rzeka tworzy serię małych wodospadów pod którymi można się kąpać. Jest to idealny etap naszego marszu po to aby zanurzyć się w zimnej wodzie oraz skorzystać z darmowych i naturalnych biczy wodnych oraz jacuzzi. Gdy ja tu byłem bardzo padało ale nie miało to znaczenia, dlatego że i tak jest wspaniale. Jaskinia sama w sobie jest bardzo dzika i kompletnie nieprzygotowana na łatwą turystyką, tak jak to było w jaskini Tham Jang. Tutaj były aż trzy wejścia z czego do każdej trzeba było schodzić po skałach na dół a potem przeciskać się przez małe szczeliny aby wejść do środka. W jednej z nich jest figurka Buddy choć w tym przypadku nie był on ważny. Jaskinia Tham Khan to piękna przygoda dla tych, którzy lubią na nią zapracować a sama droga do niej też jest godna polecenia. W drodze powrotnej już bardzo padało i znowu wiele razy miałem problem z przejechaniem przez najwięsze kałuże. Byłem już przemoczony i bardzo brudny choć dzień jeszcze się nie skończył. Nie chciałem więc wracać do pokoju. Zatrzymałem swój motorower po śródku pól ryżowych, rozebrałem się do slipek i wszedłem w ich głąb. Nawet tak prosty spacer okazał się wyzwaniem gdyż siarczysty deszcz sprawił, że ziemia była bardzo śliska. Przez to właśnie kilka razy wpadłem do głębokich dołów pełnych wody oraz w błoto. Było mi to już oczywiście obojętne i cieszyłem się wolnością i przygodą, o którą tak ciężko na co dzień w mieście. Godzinami chodziłem po polach ryżowych i siedziałem w dołach wypełnionych wodą. Gdy dotarłem do rzeki i przeszedłem na drugi brzeg zobaczyłem przed sobą gęste chaszcze. W strugach deszczu i ślizgając się po błocie dotarłem do jaskini Tham Phaem Jinally, o której istnieniu mało kto wie. Ta jaskinia może być niebezpieczna bez przewodnika dlatego wszedłem tylko kawałek. Najpierw trzeba było opuścić się na dół a potem poprzez cienkie zakamarki dochodzi się do stojącej wody. Jest to ciekawe doświadczenie lecz radzę najpierw popytać biuro turystyczne w Vang Vieng gdyż w tym miejscu znajdują się aż trzy jaskinie a w porze deszczowej dostęp do nich może być zupełnie zalany. Ja jeszcze miałem szczęście choć najprzyjemniej będę zawsze wspominał moją przeprawę przez doły i pola ryżowe. Potem oddałem już mój motor i wróciłem do pokoju. Dojście do siebie zabrało mi trochę czasu a ubrania zamieniły się w gnój. Zaliczam jednak ten dzień to bardzo przygodowych.

Jaskinie w okolicach Vang Vieng, Błękitna Laguna i wspaniały masaż – dzień II

Następnego dnia przestało już padać i w końcu wyszło słońce. Wcześnie rano wybrałem się na kolejny dzień zwiedzania okolicy choć tym razem w drodze oszczędności wypożyczyłem rower (10000 Kip za cały dzień). Znowu przejechałem przez most Namsong a następnie omijając głębokie kałuże jechałem poprzez góry i pola ryżowe. Tym razem też było ciężko gdyż woda czasem pokrywała całą drogę a pod jej lustrem leżały kamienie i glina, w którą zapadał się rower a ja razem z nim. Tym razem najpierw dotarłem do jaskini Tham Puthong (10000 Kip, 5km od mostu). Jaskinia ta jest położona prawie na szczycie góry dlatego musiałem się do niej wspinać. Mimo to drogi na górę nie zaliczam do ciężkich gdyż trasa była przygotowana a kamienie zostały ułożone w taki sposób, że formowały schody. Jaskinia sama w sobie była mała i płytka lecz dość efektowna z powodu skał wystających z każdej możliwej strony. Po zejściu na dół poszedłem na drugą stronę drogi gdzie znajdowała się rzeka, pola ryzowe i góry oczywiście oraz chatka na balach pod którą można coś zjeść. Spędziłem tu wiele godzin na pływaniu w Mekongu oraz na skakaniu z bambusowej skoczni. Prąd był wyjątkowo silny i dlatego po wskoczeniu momentalnie znosi człowieka w dół rzeki. Zabawa polega na tym, że po wskoczeniu do rzeki trzeba się łapać konarów drzew oraz specjalnie przygotowanych sznurków zakończonych bambusami.Wspaniała zabawa!!! Potem już na spokojnie, ułożyłem się w dole pomiędzy polami ryżowymi i patrzyłem na piękny krajobraz.

Następnie wsiadłem na rower i jadąc wolno po wielkich dołach cieszyłem się górami, polami ryżowymi i moim pięknym dniem. Na odcinku tym znajduje się też wiele wiosek dlatego w jednej z nich zjadłem obiad. Po drodze widziałem między innymi dzieci grające w piłkę oraz kąpiące się w Mekongu podczas gdy kobiety robiły pranie koło nich, ludzi przy pracy i zalane domy. Tym razem dojechałem około 10km od mostu do jaskini Tham Poukam czyli jednej z najbardziej efektownych i najczęściej polecanych przez przewodniki. Do tej także musiałem się wspinać i po dotarciu na górę zrozumiałem, że była najlepsza dotychczas. Była ona ogromna, z wieloma przejściami, wystającymi ostrymi skałami i stojącą wodą. Po środku znajdował się też  posąg leżącego Buddy z pomarańczowym dachem oraz świecami a przez ogromne wejście do jaskini wpadały smugi światła. Cała jaskinia była też niezwykle zacisznym  miejscem i myślę, że jedynym dźwiękiem był tu mój oddech i spadające krople wody. Jaskinia Tham Poukham to wyjątkowo piękne doświadczenie. Na zewnątrz można też wypożyczyć latarkę od dozorców, po tym jak ich się dobudzi. Wejście kosztuje 10000 Kip i myślę, że zanim skończycie czytać ten reportaż zdrożeje jeszcze o 100%. Teren jaskini Tam Poukham ma jednak o wiele więcej do zaoferowania niż tylko sama, cudowna jaskinia. Znajduje się tu także spokojnie przepływający Mekong, który jest wyśmienitym kąpieliskiem i ma dumną nazwę „Błękitna Laguna”. W porze suchej woda jest rzeczywiście turkusowa i tak czysta, że dno widać nawet na 3 metry wgłąb. Ja byłem tutaj w porze deszczowej podczas której woda jest szara choć pływanie i tak jest bardzo przyjemne. Na domiar tego można skakać z drzewa z wysokości 1m oraz około 5m. Jak widać cały obiekt oferuje szereg atrakcji. Jest tu bardzo przyjemnie.

Potem wróciłem na moim kiepskim rowerze poprzez wyboistą drogę, która oferowała wspaniałe widoki. Tak samo jak wcześniej często się zatrzymywałem aby podziwiać naturę i dopiero po zmroku wróciłem do Vang Vieng. Zaraz przed mostem widziałem też jak miejscowi łowili ryby za pomocą chińskich sieci co jest tu bardzo popularne. Przed oddaniem roweru zjadłem jeszcze pyszną zupę u lokalnej gospodyni za jedyne 10000 Kip i udałem się na wieczorne ćwiczenia.

Wieczorem chciałem się trochę zrelaksować w miłej atmosferze i dlatego wybrałem się na masaż. Po ponad dwumiesięcznym pobycie w Tajlandii przez jakiś czas wydawało mi się, żę będę miał już dość ale jednak masażu nigdy nie ma się dość. Był to masaż laotański z użyciem orzeźwiającego kremu i okazał się jednym z najlepszych jakie miałem. Masowała mnie młoda dziewczyna, która ważyła tylko około 40kg lecz miała bardzo silne ręce i palce. Była bardzo dobra w tym co robiła i dlatego świetnie się mną zajęła. Po wszystkim czułem się cudownie. Następnie po małej przechadzce oraz wieczornej filiżance herbaty udałem się na spoczynek.

Spływ na dętce po Mekongu (tubing) oraz relaks w Vang Vieng – dzień III

Następnego dnia chciałem w końcu spróbować czy jest „tubing”. Zawieźli mnie więc razem z kilkoma innymi turystami 3km za miasteczko. Potem wzięliśmy dętki od traktorów i poszliśmy nad rzekę a następnie łódką dostaliśmy się na drugi brzeg. Myślałem, że będzie to dobra zabawa i od razu zaczniemy spływ lecz tubing to wymarzona atrakcja dla alkoholików. Gdy dopłynęliśmy do brzegu wysiedliśmy w knajpie nad rzeką gdzie już na wejściu wlewali ludziom tekilę z butelki prosto do gardeł. Potem pijani Anglicy kierowali do baru gdzie zaczynało się chlanie. Nurt rzeki był silny i spływ mógł być udany lecz nikogo to nie wzruszało. Usiadłem więc z kubkiem wody i czekałem aż ktoś się ruszy lecz niestety nikt nie był zainteresowany spływem. Czekałem więc około 20 minut i było bez zmian, turyści pili wódkę i piwo, dętki leżały samotnie pod drzewem a ja byłem trzeźwy jak sędzia śledczy i czekałem na jakąś akcję. W końcu nie wytrzymałem czekać, dlatego wsiadłem na dętkę i popłynąłem, beż żalu zostawiając za sobą chwiejący się tłum. Cała trasa trwa tylko 3km i dlatego cały spływ do Vang Vieng zajął mi tylko pół godziny. Jednak pijakom zajmuje to cały dzień gdyż po drodze jest pełno knajp na rzeką z których barman rzuca linę i wciąga klienta na kolejne wiadro piwa….i tak ciągle. Następnie po przepłynięciu kilku metrów coraz bardziej pijanych uczestników tubingu barman puszcza z prądem rzeki, a po kilku minutach wyławia ich następny i znowu faszeruje alkoholem. Miejscowi natomiast są szczęśliwi gdyż zarabiają pieniędze, choć słusznie nie mają do turystów żadnego szacunku.

Ja natomiast nie piję w ogóle dlatego w pół godziny przy zmiennym prądzie rzeki dopłynąłem na sam koniec w świetnym stanie. Ludzie na końcu trasy nie mogli uwierzyć własnym oczom. Pytali skąd jestem, że tak szybko przypłynąłem i w dodatku zupełnie trzeźwy. Powiedziałem, że z Polski a oni tym bardziej nie mogli uwierzyć. Po wszystkim wziąłem swoją dętkę od traktora pod rękę i poszedłem oddać do wypożyczalni. Tubingiem byłem zawiedziony i uważam, że w Vang Vieng jest to najgorsza rzecz z możliwych, co jest sprzeczne z obowiązującą opinią.

Przyjemność ta kosztuje 55000 Kip plus 60000 Kip depozytu w razie zgubionej dętki. Co roku życie w rzece traci kilka osób a winę za to ponosi alkohol.

Tego samego dnia rozegrałem jeszcze mecza w siatkówkę z miejscowymi, kilka partyjek bilarda oraz byłem na laotańskich bagietkach i na masażu. Wieczorem znalazłem też zaciszne hamaki nad rzeką z których patrzyłem na okolicę i na wracających z tubingu turystów.

Wyprawa 16km za Vang Vieng do czterech pięknych jaskiń – dzień IV

Mojego ostatniego dnia w Vang Vieng pojechałem 16km za wioskę aby zobaczyć cztery piękne jaskinie i jak potem okazało się było to kolejna wspaniała przygoda. Jechałem wolno omijając dziury i błoto na drodze a w międzyczasie także się zatrzymywałem aby robić zdjęcia najpiękniejszych krajobrazów. Gdy jechałem w kierunku rzeki po głębokich kałużach i  kamieniach, zobaczyłem tylko rozwalony most oraz małą łódkę płynącą w moją stronę. Wsadziłem rower na pokład i za 10000 Kip miałem transport przez rzekę w obie strony. Koło brzegu było kilka drewnianych chatek pokrytych strzechą gdzie można było zjeść smażony ryż z warzywami lecz niestety nie mieli herbaty. Obok znajdowała się też pierwsza jaskinia czyli Tham Sang (jaskinia słonia)-wejście 5000 Kip,choć właściwie jest to jaskinia przekształcona w świątynie. Wewnątrz mieści się wielkie oblicze Buddy oraz ogromny odlew stopy Buddy. Na jednej ze ścian jest także skała wyryta na kształt słonia dzięki czemu jaskinia ta zawdzięcza swoją nazwę. Następnie idąc poprzez pola ryżowe oraz wioskę zbudowaną głównie z bambusa, dotarłem do wodnej jaskini. Jaskinia Wodna to wyjątkowa przygoda lecz tylko dla tych , którzy nie boją się wody i nie mają żadnych objawów klaustrofobii. Do bardzo wąskiej i niskiej jaskini wpłynąłem na dętce od traktora trzymając się sznura przyczepionego do skał. Miałem latarkę na głowie i wolno posuwałem się do przodu. Musiałem też uważać na skały i cienkie szczeliny aby nie rozwalić sobie głowy. W mojej osobistej ocenie jaskinia ta jest inna niż wszystkie i jest warta 10000 Kip za wejście. Tutaj można dowiedzieć się czegoś o sobie gdyż absolutna ciemność i skały wbijające się w człowieka to nie wszystko. Jest jeszcze szeroki strumień zimnej wody. Poza tym na zewnątrz jest drewniana chatka na balach gdzie podają jedzenie po przesadnych cenach.

Następnie przeskakując przez płoty z drutem kolczastym oraz grzęznąć kilka razy w błocie dotarłem do dwóch jaskiń koło siebie. Pierwszą z nich była Tham Loup do której musiałem iść krótko pod górę po bambusowych platformach a potem szedłem około 20 minut wgłąb. Było przyjemnie lecz Tham Loup najlepiej nazwałbym przygotowaniem do jaskini sąsiedniej. Obok znajdowała się jaskinia Tham Hoi i bez wątpienia jest to jedna z najlepszych jaskiń dotychczas. Przy wejściu znajdował się wielki posąg Buddy a za nim aż 16km ciemnej otchłani.. Po jakimś czasie natknąłem się na baseny wypełnione wodą, osadzone jak schody, jeden na drugim. Była to wspaniała przygoda gdyż już przez jakiś czas szedłem sam w ciemności i raz na jakiś czas wpadałem do wody a innym tłukłem sobie stopy o wystające skały. Spędziłem trochę czasu leżąc w wodzie a potem przepłynąłem przez zalaną drogę, przecisnąłem się przez wąską szczelinę i byłem już w następnej części korytarza. Niestety kilka razy źle wymierzyłem głębokość kolejnych basenów i z hukiem wpadłem do wody, dlatego trzeba uważać jak stawiać kroki. W jaskini Tham Hoi świetnie spędziłem czas i uważam, że jest to jedna z najlepszych jaskiń w pobliżu Vang Vieng. W tym wypadku polecam przewodnika.

Następnie dojechałem do brzegu, przedostałem się łódką na drugą stronę i wolno, oglądając przyrodę i będąc wśród ludzi dotarłem do Vang Vieng.

Transport z Vang Vieng do Vientiane

Minibusem spod hotelu dostałem się w 3,5h do centrum Vientiane. Droga minęła bardzo dobrze a przyjemność ta kosztowała mnie 55000 Kip.

Vientiane

(Dokładny opis obiektów i całego miasta)

Niestety wiele osób omija stolicę Laosu a inni przyjeżdżają tu tylko w ramach wycieczki wizowej po tajską wizę. Ja spędziłem tu 2,5 dnia i bardzo mi się podobało. Tym razem też o wiele więcej zobaczyłem niż gdy byłem tu w 2004 roku, w tym kilka zmian na lepsze.

Po przyjechaniu na miejsce szybko znalazłem hotel lecz było drogo. Za pierwszą noc trochę przepłaciłem gdyż zamieszkałem w dobrym hotelu ze śniadaniem za 70000 Kip a następną noc spędziłem w pokoju wieloosobowym za jedyne 25000 Kip za noc. Moża więc znaleźć okazję nie rujnując budżetu.

W Vientiane jest kilka rzeczy godnych polecenia a wielką pomocą jest to, że to niewielkie miasto i większość obiektów znajduje się obok siebie lub ewentulanie około 15 minut jazdy rykszą. Do tego Vientiane leży nad Mekongiem gdzie można się zrelaksować i dobrze zjeść.

Po wyjściu z hotelu najpierw spędziłem czas przy fontannie Nam Phou, która jest jednym z punktów orientacyjnych miasta i dookoła której znajduje się kilka europejskich, drogich restauracji. Jest to przyjemne miejsce lecz pięć minut tutaj w zupełności wystarczyło. Zazwyczaj jest bardzo gorąco dlatego albo trzeba się chować pod palmami albo szybko ruszyć w drogę. Potem idąc główna ulicą po prawej stronie miałem Pałac Prezydencki, który jest już tak zastawiony, że nie można nawet zrobić zdjęcia. Jest to pokolonialny budynek gdzie kiedyś mieszkali francuzcy panowie swych indochińskich posiadłości. Widać, że władze nie chcą go reklamować jako atrakcji turystycznej.

Idąc dalej prosto, po prawej stronie tuż za Pałacem Prezydenckim znajduje się obiekt wart uwagi, czyli świątynia Haw Pha Kaew. Budowla ta jest położona w ładnym ogrodzie ozdobionym palmami i jest typowym pokazem laotańskiej architektury. Niegdyś była ona osobistą świątynia króla Laosu a dziś służy bardziej jako muzeum z cennymi rzeźbami i innymi cennymi eksponatami. W XVII wieku świątynia ta przechowywała nawet Emeraldowego Buddę lecz po czasach wojny w Azji płd-wsch król Rama I zabrał go do Tajlandii. Dziś jest to ładne muzeum, które wg mnie stanowi najlepszy pokaz okazałych pomników Buddy oraz laotańskiej architektury z tradycyjnym dachem i smokami przy wejściu. Z jednej strony jest to miejsce, gdzie nie ma aż tyle do zobaczenia choć ja zostałem tu ponad godzinę gdyż jest miło, pięknie i zacisznie. Bilet kosztuje 5000 Kip.

Niemal na przeciwko, po drugiej stronie ulicy znajduje się kolejna warta wizyty, świątynia Wat Si Saket. Została ona zbudowana w 1818 roku i jest najstarszą w Vientiane.W środku znajdują się dwie części na które warto zwrócić uwagę. Na głównym placu jest świątynia z tradycyjnym dla laotańskiej architektury dachem, ozdobiona drzewkami w stylu bonsai, a wewnątrz jest ozdobiona ponad 2000 srebrnych i ceramicznych Budd. Granicę placu tworzy zadaszona brama pod którą jest około 300 pomników stojącego i siedzącego Buddy. Na zewnątrz jest jeszcze kilka innych obiektów lecz najpiękniej jest wewnątrz głównej bramy. Wejście kosztuje 2000 Kip.

Następnie idąc wzdłuż jednej z głównych ulic (w prostej linii od Pałacu Prezydenckiego) dotarłem do Patuxai czyli symbolu Vientiane, który niestety nie za bardzo się udał. Jest to moim zdaniem smutna ironia, że w Laosie, który był kolonią francuską powstał budynek na wzór łuku triumfalnego w Parużu. Na tablicy zawieszonej na Patuxai jest napisane, że pomnik ten powstał w 1962 roku na wzór sławnego paryskiego pomnika lecz nigdy nie został dokończony z powodu burzliwej historii Laosu. Z bliskiej odległości wygląda jeszcze bardziej brzydko, jak potwór z betonu. Dziś plac na którym stoi Patuxai jest miejscem spotkań ludzi i atrakcją turystyczną a stanowi on bardzo dobry punkt obserwacyjny. Za jedyne 3000 Kip można wejść na sam szczyt i podziwiać widoki z jego okien a na kilku piętrach są też sklepy z pamiątkami. Jest tu zawsze dużo fotografów, którzy chętnie zrobią zdjęcie za darmo na wypadek gdyby ktoś był sam. W drodze do Patuxai poszedłem też na pocztę, na której było napisane nie „post office” ale wciąż „le poste” oraz wstapiłem na chwilę na bazar Talad Sao. Jest to głowny bazar w Vientiane gdzie są pamiątki, lodówki, mnóstwo telefonów komórkowych oraz bazar owocowy i wiele innych. Doradzę tu oszczędnym, że okulary słoneczne są kilka razy droższe niż w Bankoku choć przy ostrym, laotańskim słońcu czasem trzeba kupić.

Następnego dnia zmieniłem hotel na trzy razy tańszy co od razu poprawiło mi humor a potem wziąłem autorykszę i pojechałem do pięknej świątyni Pha Tat Luang. Ten obiekt jest znany w całym Laosie oraz na pewno mignął przed oczami turystom wybierającym się do Laosu, tym bardziej, że widnieje on na kilku laotańskich banknotach. Pha Tat Luang to symbol  religijny i narodowy Laosu. Z powodu burzliwej historii kraju świątynia ta była budowana wiele razy, zaczynając od III wieku aż do lat 30-tych XX wieku. Dziś jest to ogromna złota pagoda otoczona wieloma złotymi stupami. Oprócz tegoznajduje się tu kilka kaplic z obliczem Buddy i jak mówi legenda znajduje się tu kość z klatki piersiowej Buddy z III w p.n.e. Dobrym sposobem na jej zwiedzenie jest przejście dookoła poruszając się pod dachem zbudowanym dookoła Pha Tat Luang. Wejście kosztuje jedyne 2000 Kip lecz należy pamiętać, że zamykają już o czwartej. Dookoła jest też parę innych ciekawych świątyń, które odwiedziłem choć na szczególną uwagę zasługuje tu pomnik jednego z antycznych przywódców Laosu otoczonego palmami, znajdującego się zaraz przed Pha Tat Luang. Oprócz tego jest też bardzo efektowna budowla wzorowana na tajskich pałacach, z profilowanymi, czerwonymi dachami i także otoczona egzotyczną roslinnością. Potem, zatrzymując się na pobliskim bazarze na małą przekąskę jeszcze raz dotarłem do Patuxai. Stamtąd poprzez obrośniętą mchem, kilkusetletnią stupę That Dam dotarłem nad rzekę. Właśnie brzeg Mekongu w Vientiane jest najlepszym przykładem na to jak Laos rusza do przodu. Gdy byłem tu 7 lat temu zobaczyłem tylko pustynię nad zarośniętym haszczami brzegiem i kilkoma sprzedawcami kokosów. Dziś jest tu prężna, nowa promenada z zadbaną roślinnością, okazałym pomnikiem i kobietami ćwiczącymi aerobik przy muzyce. Oprócz tego jest kilka sprzedawców owoców oraz sklepów z pamiątkami. Promenada ta to bardzo przyjemne miejsce, które bardzo polecam na wieczorne spacery. Patrząc też na nową chińską świątynię domyślam się kto zapłacił aby to miejsce wyglądało tak dobrze. Byłem tu też w indyjskiej restauracji o nazwie Nazim co było bardzo miłą odmianą od codziennego ryżu. Co prawda Aloo Gobi nie było takie jak podali mi w Khajuraho a czaj z masalą było bez masali lecz to nie ważne. Jedzenie było bardzo dobre, obsługa jak na Hindusów dobrze zorganizowana a obok miałem też niezłą komedię. „Bogatsi” Hindusi siedzący obok zwracali na siebie uwagę głośnym, łamanym angielskim o tym ile to nie mają pieniędzy i cała knajpa musiała widzieć, że mają zegarek i łańcuch w złotym kolorze. Do tego młode, wymalowane prostytutki przechadzały się po krawężniku udając modelki na wybiegu. Było tak wesoło, że zamówiłem jeszcze jeden naan.

Jak widać powyżej Vientiane to miasto warte przynajmniej dwóch dni i bardzo je polecam.

Xieng Khuan (Park Buddy)

Park Buddy to bardzo popularna wycieczka z Vientiane oddalona o 25km od miasta. Można się tam dostać prywatną rykszą lecz najtańszą wersją jest autobus nr 14 z dworca autobusowego koło bazaru Talad Sao. Zapłaciłem jedyne 6000 Kip. Autobus po drodze zatrzymuje się też na granicy laotańsko-tajskiej na sławnym moście przyjaźni. Jeśli ktoś ma akurat wizę do Tajlandii oraz wizę podwójnego wstępu do Laosu, to słyszałem, że miasteczko graniczne po stronie tajskiej oferuje „nie lada atrakcje”.

Xieng Khuan to pełna wyobraźni mała kraina buddyjskich i hinduistycznych bogów na jednym terenie, założona w 1958 roku. Są tu monumentalne, ogromne pomniki Buddy, Shivy, Vishnu i wielu innych w ciekawych pozycjach. Największymi z nich jest ogromny, leżący Budda oraz wielka głowa do której można wejść i wspiąć się na górę. Xieng Khuan to pomysł stworzony na podstawie wyobraźni i projektu jednego człowieka, który wymaga przynajmniej godziny zwiedzania. Oprócz tego park ten jest położony nad Mekongiem gdzie jest sklep z pamiątkami oraz knajpa nad samą rzeką.

Transport z Vientiane do Kong Lo

Autobus do Kong Lo odjeżdża z dworca południowego oddalony od centrum Vientiane o 9km. Bilet na dworcu kosztuje 80000 Kip a w Vientiane aż 120-140 Kip,  lecz ja zapłaciłem zapłaciłem tylko 100000 Kip dlatego, że kierowca obudził mnie o 9 rano, wniósł mój bagaż do samochodu i odwiózł mnie na miejsce. Myślę, że zrobiłem dobry interes.

To była jednak jedyna przyjemna część mojej podróży, dlatego że potem było już ciężko i nudno. Reklamowany czas jazdy do Kong Lo to 6h lecz mi zajęła ona 8,5h a w dodatku przez całą podróż grała muzyka z laotańskimi przebojami, których miałem już serdecznie dość. Na dostanie się do Kong Lo jest wiele sposobów, w tym z miasta Tha Khaek własnym motorowerem, lecz ja wybrałem i tak najszybszą i najtańszą wersję.

Laos centralny

Jaskinia i wioska Kong Lo

Po długiej i raczej rozczarowującej podróży dotarłem do ładnie położonej wioski Kong Lo. Dookoła były góry i pola ryżowe oraz drewnaine chatki na balach i pasące się bawoły. To był właśnie ten Laos, którego szukałem. Widać, że pobliska jaskinia jest tu tym dzięki czemu ta wioska żyje gdyż widziałem jeden bardzo dobry hotel a obok budowali inne. Noc ze śniadaniem we wsi Kong Lo kosztuje 60000 Kip lecz ja zamieszałem w badzo ładnym, podwójnym pokoju za jedyne 40 tys Kip. Tego samego wieczora tylko chodziłem po okolicy. Odwiedziłem pola ryżowe oraz robiłem zdjęcia tradycyjnym drewnianym domom na wysokich balach.

Następnego dnia wcześnie rano wybrałem się na spacer w kierunku jaskini, która leży około 1km od wioski. Niestety musiałem zapłacić 2000 Kip za wejście na teren parku, a potem droga wiodła przez las aż dostałem się do rzeki. Zobaczyłem tu zadaszony barak z operatorami silników łodek i wejście do jaskini. Widoki były bardzo ładne lecz niestety po raz kolejny zdałem sobie sprawę, że urodziłem się tylko po to aby płacić. Cennik kształtuje się następująco: 5000 Kip za bilet do jaskini od osoby plus 100000 Kip za łódź na którą mogą maksymalnie wejść cztery osoby. Gdybym miał trzech kompanów to zapłaciłbym tylko 35 tysięcy, a dlatego że byłem jak zwykle sam kosztowało mnie to 105000 Kip. Po dopełnieniu formalności wzięliśmy silnik, latarki i wsiedliśmy na małą drewnianą łódkę z małym silnikiem z tyłu. Jaskinia Kong Lo to prawdziwy fenomen wśród jaskiń. Jest to mroczna otchłań, która wprowadza nasze doświadczenia związane z jaskiniami na nieco inny pułap. W ciemnym tunelu o długości 7,5 km w całości pokrytym wodą trzeba mieć dobre światło aby zobaczyć stalagmity zwisające z sufitów oraz bogactwo innych ostrych skał i wewnętrznych grot. Po środku mieliśmy przystanek gdzie wysiedliśmy na suchy ląd i przeszliśmy wyznaczonym, oświetlonym szlakiem podziwiając wymyślne formacje skalne. Po dopłynięciu na druga stronę jaskini kąpałem się w rzece a potem jeszcze raz wróciliśmy przez długi i ciemny, 7,5 km tunel.

Jaskinia Kong Lo jest na pewno czymś bardzo wyjątkowym choć nie zgadzam się z przewodnikami, że jest najlepsza gdyż to jest rzecz gustu. Polecam także jaskinie w pobliżu wioski Vang Vieng, które opisałem wcześniej.

Transport z Kong Lo do Savannakhet

Ta podróż była wielką przygodą w trasporcie!!!

Z Kong Lo odjeżdża tylko jeden autobus dziennie i tylko o 7 rano. Oprócz tego jest jeszcze tuk tuk, który odjeżdża o 12, o 1 lub o której chce. Stanąłem więc na drodze i czekałem na tuk tuk, który raczył przyjechać około 1.30 i pojechałem 41km przez pola ryżowe do małej wioski Ban Na Hin (Ban Khoun Kham). Przy okazji, ta wioska to także dobry punkt prowadzący do granicy z Wietnamem. Stąd niestety, tego dnia nie było już transportu do Savannakhet dlatego miałem tyle szczęścia, że udało mi się wsiąść do tuk tuk jadącego do Ban Vieng Kham czyli wioski na głównej drodze nr 13, wzdłuż granicy z Tajlandią. Następnie wziąłem swój ciężki plecak i z głównej drogi udało mi się złapać tut tuk jadące na południe aby po około 2h dostać się na dworzec w Tha Khaek. Tutaj miałem szczęście gdyż właśnie podstawili autobus jadący do Pakse, który odjeżdżał za chwilę. Kupiłem więc bilet do Savannakhet za 30000 Kip i poszedłem kupić coś do jedzenia lecz gdy wróciłem autobus już odjechał. Nie tracąc ani chwili facet sprzedający bilety ruszył ze mną na  swoim motorowerze aby dogonić autobus. Mając swój wielki plecak z tyłu i kurczaka na bambusie w ręku było dość ciężko lecz po 10 minutach udało nam się. Na ciemnej, pustej drodze przy owacji laotańskiego narodu wsiadłem do autobusu i po około 2,5h dotarłem do Savannakhet.

Savannakhet

Savannakhet jest mało ciekawe lecz musiałem gdzieś zostać aby spędzić noc. Jedyne co rozsławia to miasto to fakt, że znaleziono tu wiele skamieniałości dinozaurów. Jest nawet mocno przereklamowane muzeum dinozaurów, które bez żalu można pominąć. Oprócz tego jeździłem cały dzień na rowerze i spędziłem miło czas nad Mekongiem, po drugiej stronie widząc Tajlandię. Poza tym odwiedziłem zaciszną i ładną światynię Wat Sainyaphum zbudowaną w 1542 roku. Znajduje się tu kilka ładnych obiektów oraz warsztat gdzie mnisi wykonują płaskorzeźby i obrazy. Myślę, że najbardziej istotnymi rzeczami podczas pobytu w Savannakhet jest właśnie ta świątynia oraz jazda na rowerze i ryba nad rzeką. Polecam też wielki pomnik dinozaura na rondzie przy wjeźdźie do miasta oraz typową, pokolonialną architekturę i duży kościół katolicki.

Jeśli chodzi o zaplecze hotelowe to można znaleźć pokój za 40000 Kip ale na początku trzeba się koniecznie targować gdyż słyszałem też ceny trzy razy wyższe. Odradzam też mieszkanie w hotelu Leena gdzie nieuczciwy właściciel chciał mnie oszukać na pieniądze. Restauracje są najczęściej opustoszałe dlatego często ceny są wysokie. Myślę, że jeden dzień tutaj to aż nadto.

Droga do Pakse

Z dworca w Savannakhet, parszywym autobusem za 40000 Kip dostałem się w ciągu 5h do Pakse. Kierowca był na tyle miły, że wysadził mnie w centrum gdyż dworzec W Pakse jest aż 8km dalej.

Laos południowy

Pakse

Pakse to na pierwszy rzut oka kolejna mroczna, brudna i nieciekawa dziura z ruchem ulicznym powodującym zapalenie płuc i szarymi budynkami. Jest to jednak bardzo dobra baza wypadowa do trzech głównych kierunków turystycznych w płd Laosie i do granicy z Tajlandią. Musiałem więc tu przyjechać kilka razy, tylko po to aby wziąć autobus w następne miejsce. Swoją drogą dworzec autobusowy jest tragiczny, pełen błota oraz biednych ludzi dłubiących w paznokciach u stóp. Dodam jeszcze, że dworzec ten a szczególnie rozkład odjazdów bardzo poważnie testuje cierpliwość co pewnie wyjdzie w kolejnych rozdziałach. Jeśli np autobus odjeżdża w teorii o 4-tej to spokojnie można przyjść na 5-tą i ciągle czekać. Poza tym w samym Pakse jest jedna jedyna rzecz, której nie można ominąć. Jest to salon masażu a najbardziej popularny to Clinic Keo Ou Done gdzie za jedyne 30000 Kip poczułem się jak młody król. Rodzajów masażu jest tu wiele i dlatego przy każdej przesiadce przez Pakse przyjeżdżałem tutaj na kolejny masaż. W Pakse jest też kilka ładnych świątyń i gdyby ktoś czuł niedosyt to też warto. Ponadto można zjeść rybę nad Mekongiem i znowu iść na masaż.

Jeśli chodzi o hotele to najtańszy jest Saibady 2, który bardzo często jest pełen. Drugi z kolei najtańszy hotel kosztuje 50000 Kip a dookoła jest też wiele kawiarni gdzie serwują bagietki oraz inne przysmaki.

Podsumowując, Pakse nie jest rarytasem dla podróżnika ale jako baza wypadowa w inne miejsca i oferująca dobre jedzenie i masaże wciąż jest całkiem dobrze.

Droga do Tad Lo

Do Tad Lo wyruszyłem z zarośniętego błotem dworca w Pakse. Po około dwóch godzinach wyrzucili mnie na głównej drodze a potem szedłem jeszcze 2km do miasteczka poprzez pola i drewnianki domki na palach rozsiane po całej okolicy.

Tad Lo

Tad Lo to bardzo przyjemne miejsce na łonie natury poza wytartym szlakiem turystycznym, które bardzo polecam szczególnie parom. Ja spędziłem tu tylko jeden cały dzień ale tylko dlatego, że byłem sam. Mając miłą towarzyszkę podróży można tu z powodzeniem zostać parę dni. Mieszkałem w bambusowej chatce nad rzeką nieopodal wodospadu i pasących się bawołów, za jedyne 20000 Kip a mój czas tutaj spędziłem w bardzo odprężający sposób. Poszedłem do kilku wodospadów, spędziłem czas w prymitywnych wioskach i kąpałem się w rzece podczas gdy kobiety ze wsi robiły pranie a ich mężowie paśli bawoły. Można też pojeździć na słoniu choć ja tu tego nie robiłem. Reasumując, pięknem Tad Lo jest jego piękna przyroda i cisza. Nie trzeba tu też robić niczego szczególnego. Wystarczy tu tylko być i relaksować się.

Transport z Tad Lo do Champasak

(Opis jednego z koszmarniejszych i ironicznych transportów podczas mojej podróży po Laosie)

Ten transport był nieco upiorny i wymagał sporo cierpliwości lecz w końcu udało mi się. Po wyjściu z chatki w Tad Lo miałem szczęście gdyż do głównej drogi podwiozła mnie kobieta na motorze. Stamtąd niemal od razu zabrał mnie ledwo już jadący autobus i za 30000 Kip podwiózł mnie do Pakse. Dotychczas miałem szczęście lecz od tej pory było ciężej gdyż na dworcu w Pakse miałem dobry test cierpliwości. Tego dnia autobusów do Champasak już nie było dlatego kupiłem bilet w stronę Si Phan Don. Autobus opóźnił się jednak o ponad 1,5h gdyż musieli na niego załadować worki z ryżem i nawet motorower a ja sterczałem w deszczu po kolana pokryty błotem. Gdy już w końcu wyjechaliśmy z dworca najpierw musieliśmy zaliczyć bałagan z wysypiskiem cegieł i kazali mi się ruszyć z siedzenia gdyż chłopcy na bosaka musieli załadować do środka 14 worków z cementem. Potem jeszcze raz zaliczyliśmy dworzec aby jednak zdjąć motorower z dachu i wreszcie za jedyne 20000 Kip ruszyliśmy w drogę. Już po około pół godziny wysadzili mnie gdzieś na głównej drodze i wtej chwili zacząłem się zastanawiać; co dalej? Wtem jak spod ziemi wyjechał facet na motorze ubrany w chełm Trzeciej Rzeszy i był na tyle miły, że podwiózł mnie 5km do brzegu Mekongu. Stąd chciwy właściciel rozpadającej się łódki za 20000 Kip przewiózł mnie na drugą stronę rzeki i oficjalnie byłem już w Champasak choć ciągle nie na miejscu. Założyłem więc swój plecak na plecy i poszedłem 2km przez ciemne pola ryżowe do hotelu, który był dla mnie  wystarczająco tani. W końcu, dotarłem!

Champasak i świątynia Wat Phu

Champasak to bardzo mała wioska w płd Laosie, która położona jest w dorzeczu Mekongu i wśród pól ryżowych. Jest to na pewno przyjemne miejsce gdzie można siedzieć nad rzeką lub obserwować życie miejscowych w ich drewnianych chatkach na balach. Oprócz tego jest tu kilka świątyń i tragiczne wesołe miasteczko choć swoją popularność Champasak zawdzięcza przede wszystkim z powodu bliskiej odległości do świątyni Wat Phu. Mieszkałem tu w całkiem przyjemnym pokoju za jedyne 20000 Kip z gekonami biegającymi po ścianach i z tarasem na którym podawali mi pyszną zupę.

Następnego dnia wcześnie rano wypożyczyłem rower za 10000 Kip i udałem się w kierunku ruin świątyni Wat Phu, która była oddalona od hotelu o 10km. Zrobiłem z tego całodniową przygodę i dlatego zatrzymywałem się często po drodze aby robić zdjęcia najlepszym krajobrazom. Głównie były to pasące się bawoły z wielkimi rogami na tle gór i pól ryżowych. Przejeżdżałem też często przez wioski gdzie mijescowi mieszkali w tradycyjnych drewnianych domkach na balach choć widziałem też już wiele domów murowanych. Dzieci wracały ze szkoły machając mi na drogę a ja wolno, po błocie i kałużach, po około 2h dojechałem do celu.

Leżąca w dolinie Mekongu świątynia Wat Phu jest według mnie najlepszym zabytkiem archeologicznym i na pewno jest warta zobaczenia. Cały kompleks świątynny jest rozrzucony po niewielkim terenie a główna świątynia znajduje się na szczycie góry do której wchodzi się po kamiennych schodach. Pierwszy obiekt był w tym miejscu już w V wieku choć dziesiejsze ruiny pochodzą z XI-XIII wieku. Wat Phu jest zespołem swiątyń khmerskich i dlatego odznacza się tym samym stylem jeśli chodzi o budowę i rzeźby. Choć zobaczenie tego miejsca jest na pewno godne polecenia to niedorównuje ona świątyniom Angkor Wat w Kambodży.

Za wejście zapłaciłem 30000 Kip a potem jadąc poprzez staw i ładną zieleń dotarłem do pierwszych, dwóch głównych obiektów. Są to ruiny pałaców leżące niedaleko jeziora a pomiędzy nimi jest droga, która prowadzi na górę. Następnie po stronie płd widzimy ruiny świątyni Nandin a potem zaczynają się kamienne, wysokie schody. Przy wspinaczce należy uważać gdyż schody też są częścią ruin i często są one zbyt wąskie aby postawić całą stopę. Tego dnia było gorąco jak często to bywa w Laosie dlatego nie śpieszyłem się. Często stawałem w niektórych odcinkach aby posiedzieć w cienu drzew i mieć piękny widok na okolicę. Na samym szczycie, zaraz przed klifem znajduje się sanktuarium czyli ruina przekształcona w świątynię, która jest do dziś najlepiej zachowana i jest najważniejszym punktem tej wycieczki. Do dziś bardzo dobrze zachowały się tu antyczne rzeźby Buddy oraz płaskorzeźby Krishny i Vishnu. W środku sanktuarium znajduje się też wielki posąg kamiennego Buddy przesłoniętego pomarańczowym materiałem a po jego bokach są mniejsze figurki oraz kwiaty. Obiekt ten do dziś jest często odwiedzany nie tylko przez turystów ale także przez wiernych, którzy przychodzą się tu modlić oraz zapalić świece i złożyć kwiaty przed obliczem Buddy. Oprócz tego można w tym miejscu iść także do małej jaskini oraz zobaczyć wyrytego słonia i krokodyla na wielkim kamieniu a koło sanktuarium są też ruiny biblioteki. Z samego szczytu polecam też wspaniały widok na okolicę..

W drodze powrotnej po kamiennych schodach, już na smaym dole, poszedłem jeszcze do muzeum gdzie zgromadzono najlepsze eksponaty zebrane na terenie Wat Phu.

Tak jak wcześniej wracałem do hotelu bardzo wolno, zatrzymując się w osadach ludzkich i przy najlepszych bawołach. Wjeżdżałem też specjalnie w głębokie kałuże co też było przyjemne a potem zaczął padać ciepły, tropikalny deszcz.

Transport z Champasak do Si Phan Don

( Kolejna mroczna historia o laotańskim transporcie orazo podejściu kierowców do swojej pracy, napisana z humorem)

Wcześnie rano stanąłem na zabłoconej drodze aż po chili przyjechało tuk tuk i zabrało mnie do Pakse. Podróż trwała tylko pół godziny (20000 Kip) czyli bardzo szybko a mój transport tam był niezbędny. Musiałem skorzystać z bankomatu i kupić bilet na południe a przy okazji zjadłem coś dobrego na miejscowym bazarze i skorzystałem z taniego internetu (5000 Kip/h). Przyznam, że Pakse w którym już byłem wielokrotnie jest wspaniałym miastem organizacyjnym (o tym powyżej w rozdziale o Pakse) lecz poza tym chciałem się tu też miło zrelaksować. Pojechałem więc do Kliniki Keo Ou Done gdzie najpierw wziąłem prysznic a potem miła dziewczyna zrobiła mi masaż olejny całego ciała za jedyne 40000 Kip. Byłem tu na prawdę bardzo szczęśliwy!!! Następnie musiałem niestety zjeść trochę nerwów gdyż na ulicy mieli problem ze zrozumieniem mnie. Na szczęście ktoś mnie w końcu zrozumiał i dlatego za 20000 Kip dostałem się rykszą do dworca południowego (8km). Tam czekał już na mnie autobus do Si Phan Don, który miał odjechać od 2 po południu lecz przecież byłem w Laosie więc mieliśmy opóźnienie. Po zapakowaniu wszelkiego towaru oraz po tym jak kierowca już wypalił całą paczkę papierosów i przestał pluć i drapać się, odjechaliśmy o 3.30. W międzyczasie padał deszcz, ja byłem znowu brudny i mokry i niestety wpadłem we wściekłość. Na samym dworcu nie jest jednak nudno gdyż znajduje się plejada twarzy, która wzbogaciła moja galerię „Najciekawsi ludzie, niezapomniane twarze”. Po około 2,5h dojechaliśmy do brzegu lecz dopiero po następnych 0,5h (kierowca: papieros, plucie, drapanie) wjechaliśmy na prom. Po zmroku dotarliśmy w końcu na wyspę Don Khong.

Si Phan Don (kraina 4000 jezior)

Jest to bardzo malowniczy obszar w Laosie gdzie Mekong ma swe najszersze koryto. Przyroda stworzyła tutaj archipelag tropikalnych wysp gdzie można się relaksować do woli na łonie natury i obserwować tradycyjne wiejskie życie. Wiele wysp jest niezamieszkanych więc jeśli ktoś bardzo chce można wynając łódź i oderwać się całkowicie od jakiejkolwiej cywilazji. Trzema głównymi wyspami są: Don Khong oraz bliźniacze wyspy Don Det i Don Khon. Dla turysty jednak nie tylko same wyspy są tu wielką atrakcją ale także kilka wodospadów znajdujących się na głównym lądzie. Jednym znich jest największy w Azji Płd-wsch pod względem szerokości spływu i na pewno dźwięku, czyli Khone Phapeng. Można też popłynąć do Kambodży aby obserwować delfiny Irrawady i popływać na kajakach i dętkach od traktora. Możliwości jest wiele a Si Phan Don jest bardzo dobrze przygotowane zarówno do przyjęcia turystów jak i odesłania ich w dalszą drogę, w każdym możliwym kierunku.

Don Khong

Don Khong to największa i najnudniejsza wyspa. Jeśli ktoś się śpieszy można ją ominąć. Dotarłem tu około 6 wieczorem a o 8 zrozumiałem, że miałem dość. W jedynym centrum turystycznym zwanym Muang Khong jest szereg kilku hoteli i restauracji, który przeszedłem w 5 minut a obok jest nieciekawa świątynia z wielkim Buddą. Poza tym miejscowi są dość chciwi gdyż biznes jest u nich beznadziejny. Reasumując Dhon Khong nie zrobiło mi krzywdy lecz nadaje się tylko na dom starców i tylko dla najbardziej flegmatycznych. Jest to dobre miejsce do przesiadki gdzie można zjeść, przespać się i ruszyć dalej. Za swój pokój zapłaciłem 30000 Kip choć chicieli 50.

Transport z wyspy Don Khong na wyspę Don Det

Najlepszym sposobem i jedynym, który ja polecam jest rejs łódką pomiędzy dwoma wyspami. Tego dnia miałem szczęście gdyż akurat było dużo turystów aby podzielić koszty łódki, czyli 200000 Kip na 4 osoby. Przez 1,5h płynęliśmy po Mekongu obserwując wiele mniejszych i większych wysp oraz częste wiry rzeczne. Był to przyjemny i relaksujący rejs.

Don Det

Don Det jest tą małą wyspą gdzie skoncentrowane jest życie turystyczne i towarzyskie. Właśnie tutaj jest najwięcej ładnych hoteli oraz parszywych nor położonych pięknie nad Mekongiem. Ja mieszkałem w pokoju za 20000 Kip i miałem prywatny taras z hamakiem na którym spędzałem wieczory. Jest tu też bardzo dużo agencji turystycznych, przystań dla łodzi, restauracji gdzie można się położyć po posiłku i przesadnie drogi internet. Tutaj właśnie pobiłem swój własny rekord w dziedzinie tanich pokoi w Laosie. Za bangalow z bambusa i otworem na okno zapłaciłem jedyne 15000 Kip. Widoki na zewnątrz były piękne a obok miałem też knajpę. Oprócz tego na wyspie Don Det wiele nie ma. W drodze na następną wyspę, wąskim, zabłoconym szlakiem dotarłem na otwarty teren gdzie znajdują się jedynie pola ryżowe, drewniane domki ze strzechą i oczywiście bawoły. Jest to bardzo cicha, spokojna okolica gdzie można być tylko samemu.

Tak właśnie wygląda Don Det; jest to baza noclegowa i żywieniowa w pięknych plenerach 4000 tysięcy wysp. Stąd też zawsze miałem transport gdziekolwiek nie chciałem się dostać.

Don Khon

Wyspy Don Det i Don Khone są położone tak blisko siebie, że pomiędzy nimi jest zbudowany solidny most. Na obydwu wyspach są pola ryżowe i bawoły lecz mimo to jest zasadnicza różnica. Don Det to tylko ładna baza hotelowa a na Don Khone znajdują się atrakcje, które turysta powinien zobaczyć. Z Don Khon można też wynająć łódź do Kambodży aby obserwować rzadkie delfiny rzeczne Irrawady. Właśnie za te wszystkie rzeczy jest opłata za przekroczenie mostu w wysokości 20000 Kip, która pokrywa wszystkie atrakcje na terenie wyspy. Zaraz po jego przekroczeniu jest stara lokomotywa oraz knajpa pod palmami. Następnie wydeptana polna droga prowadzi poprzez pola ryżowe, świątynię i domki na balach na drugą stronę wyspy a niedługo potem jest skręt w prawo do wodospadu Tat Somphamit. Przed wejściem miejscowa rodzina prowadzi małą restaurację pod strzechą gdzie miło spędziłem czas leżąc na hamaku i uciekając przed upałem. Potem przeszedłem przez małą wioskę, przez most oraz kąpiące się w rzece bawoły i chyląc głowę przed piękną roślinnością dotarłem do wodospadu. Wodospad Tat Somphamit nie jest wysoki lecz ma bardzo szerokie koryto, jest bardzo głośny i sprawia wrażenie jakby taranował drzewa rosnące na jego drodze. Cały obszar jest dość duży, są też ławki pod drzewami z widokiem na wodospad a z tyłu znajdują się stragany na których można kupić pamiątki. Drugim bardzo przyjemnym miejscem jest plaża na końcu wyspy gdzie odpływają łódki do Kambodży w celu obserwacji rzadkich delfinów Irrawaddy. Dla mnie było to bardzo przyjemne miejsce gdzie głaskałem świnie i bawoły, kąpałem się w Mekongu i zaopiekowałem się wężem. Miejscowi bali się go lecz ja wziąłem go na kij i zaniosłem w bezpieczne miejsce, z dala od ludzi. Tutaj było pięknie lecz dla mnie niezbyt wesoło gdyż zdałem sobie sprawę, że moja wyprawa dobiegała już końca. Innymi ciekawymi miejscami, które zobaczyłem na Don Khon były francuskie kanały oraz tory kolejowe. Oprócz tego zjadłem kolację u miejscowych a następnie po ciemku, poprzez pola ryżowe, wróciłem na wyspę Don Det.

Wycieczka jednodniowa do największego wodospadu w Azji płd-wsch

Agencje turystyczne oferują tą wycieczkę za spore pieniądze lecz ja pojechałem sam, we własnym tempie i było oczywiście pięknie. Z wyspy Don Det wypożyczyłem rower a następnie łodzią za 20000 Kip dostałem się do głównego lądu. Kapitan łodzi płynął szybko a widok na Mekong, małe wysepki po drodze i jego malowniczą okolicę były częścią mojej wspaniałej przygody. Najpierw dostałem się do jedynej osady po drugiej stronie o nazwie Ban Nagasang a potem po trasie średniej jakości i po raz kolejny przez pola ryżowe, jechałem na moim kiepskim rowerze 15km, wprost do wodospadu. Następnie przy wejściu musiałem zapłacić nieuczciwą cenę 20000 Kip podczas gdy miejscowi płacili tylko 5000 Kip. Wodospad Khone Phapheng jest największym w Azji płd-wsch pod względem koryta opadającej wody, tratującej wszystko co napotyka po drodze oraz pod względem dzwięku który on wytwarza. Jest to na prawdę ogromny żywioł, którego obserwacja wprawia w zastanowienie jak bezbronny jest człowiek. Na terenie parku jest także wiele sklepów z pamiątkami i restauracji oraz dwa tarasy widokowe.

W drodze powrotnej też bawiłem się świetnie. Jechałem na rowerze po pustej drodze i w pewnym momencie było tak gorąco, że wskoczyłem do kanału aby trochę popływać. Miejscowi też się tam kąpali i robili pranie więc pomyślałem, że po raz kolejny spędzę czas w bardzo przyjemny i orzeźwiający sposób. Koło mnie szybko zebrała się grupa dzieci robiących sobie żarty z Białego pływającego pomiędzy szuwarami. Potem z Ban Nagasang wziąłem łódź za 15000 Kip i po krótkim rejsie dotarłem na wyspę Don Det.

W ten właśnie sposób, nie śpiesząc się, jest najlepiej zorganizować tę wycieczkę samemu.

Transport do Bangkoku

W tym miejscu mojej podróży nie było mi do śmiechu gdyż po 4 miesiącach musiałem już wracać. Początkowo planowałem jechać stąd do Kambodży ale niestety musiałem to przełożyć na przyszły rok. Za ciężko wytargowane 260000 Kip plus 20 minut darmowego internetu wyruszyłem w drogę i oto była moja trasa: Don Det→łódź do Ban Nagasang→autobus do Pakse→autobus do granicy laotańsko-tajskiej w Vang Tao→z miasteczka granicznego Chong Mek po stronie tajskiej autobus do Ubon Ratchatani→autobus do Bangkoku. Podróż po stronie tajskiej nie była łatwa.

Podsumowanie Laosu

Laos bardzo mi się podobał i cieszyłem się każdą spędzoną tu chwilą. Piękno naturalne jest zdecydowanie największym atutem tego kraju lecz także mili ludzie i dobra kuchnia. Jest tutaj wiele górskich, cichych osad, malowniczo położonych nad Mekongiem, wśród wodospadów i palm. Ciepły klimat i ciągle jeszcze dość niskie ceny pozwalają na absolutny relaks, gdyż wydaje się że czas zatrzymał się tu już dawno temu. Oprócz uroków naturalnych Laosu polecam także dziedzictwo kulturowe kraju i pokolonialną architeturę, których najlepsze przykłady można znaleźć w Luang Prabang.

Beer Lao – duma Laosu.

Porównując Laos np. z Tajlandią, uważam że Tajlandia jest głośniejsza i o wiele bardziej ruchliwa, natomiast Laos jest czymś w rodzaju błogiej sypalni. Niestety w porównaniu z 2004 rokiem także Laos staje się w pewnych miejscach głóśniejszy i rozbudowany, choć nadal są to tylko enklawy turystyczne, które można ławo opuścić na poszukiwanie ciszy i drewnianych chatek na balach pokrytych strzechą.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan