Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Laosu 2004

Napisał: Marcin Malik

Laos 2004 – relacja z wyprawy

O wiele pełniejszy, dokładniejszy i bardziej obszerny opis wyprawy po Laosie znajduje się w wyprawie Laos 2011.

Przebieg podróży: Huay Xai-podróż łodzią superszybką po rzece Mekong-Luang Prabang-Vang Vieng-Vientiane-Kraina tysiąca wysp-Voen Kham.

Szybka łódź do Luang Prabang

(Granica w Huay Xai, niesamowite wrażenia z podróży łodzią superszybką po Mekongu)

Wskoczyłem do łódki na brzegu rzeki Mekong w Tajlandii i po kilku minutach dostałem się do Laosu. Dotarłem do przejścia granicznego w Huay Xai czyli małego miasteczka, które stanowi punkt wypadowy do miejsc zainteresowań turystów. Szybko i bezproblemowo załatwiono moje sprawy imigracyjne a następnie poszedłem na moje pierwsze laotańskie śniadanie podczas którego zacząłem planować co dalej. Postanowiłem, że wezmę łódź i popłynę do byłej stolicy Laosu a zarazem jednego z piękniejszych miejsc czyli Luang Prabang. Będąc na północy kraju gdzie Mekong ma swój spływ, podróż łodzią jest wielką atrakcją oraz możliwością zobaczenia piękna naturalnego i sposobu w jaki żyją miejscowi ludzie. Miałem dwie opcje do wyboru. Mogłem wziąć łódź wolną czyli taką gdzie podróż zajęłaby mi dwa dni lub łódź szybką gdzie pokonanie tej samej trasy zajmuje tylko osiem godzin, wliczając w to obiad w drewnianej knajpce na wodzie. Wiedziałem, że jeśli chcę lepiej poznać otoczenie to lepsza będzie łódź wolna lecz moja niecierpliwość, temperament i zamiłowanie do wielkiej szybkości sprawiły, że wziąłem łódź szybką która jak potem okazało się była super szybka. Było to raczej wąskie czółno gdzie mieściły się cztery osoby a z tyłu był silnik o bardzo dużej mocy. Tragarze zapakowali nasze bagaże do czółna, dali nam kaski na głowy i ruszyliśmy. Szczęściarze mieli zatyczki do uszu, które były bardzo potrzebne gdyż silnik generował ogromny hałas. Jazda była super przygodą lecz była też bardzo niebezpieczna. Przypominała ona raczej wyścig ślizgaczy wodnych gdyż niedaleko nas płynęła druga łódka z czterema innymi turystami i czasem bardzo ryzykownie wchodziliśmy w zakręt.

Nie był to jednak tylko wyścig. Po drodze obserwowałem przyrodę oraz ludzi mieszkających nad Mekongiem w swych prymitywnych, drewnianych chatkach osadzonych na długich, drewnianych balach i pokrytych strzechą z liści palmowych. Dzieci kąpiące się w rzece zawsze nam machały i krzyczały do nas. Koło nich były też bawoły tarzające się w błocie lub wchodzące do wody, przez które musieliśmy zwalniać aby się z nimi nie zderzyć. Nasz kierowca używał swojej łodzi nie tylko do wożenia turystów ale też do handlu. Prowadził handel wymienny z ludźmi z wiosek żyjącymi nad rzeką. Dowoził ubrania i narzędzia ale widziałem, że raz załadował na nasze czółno wielką rybę aby potem ja sprzedać w niższej partii rzeki. Wszystko działo się na tle pięknych, górskich widoków porośniętych dżunglą i wspomnianymi już wcześniej chatkami. Cała oprawa mojej dotychczasowej podróży była piękna. Po około czterech godzinach wyścigu dopłynęliśmy do małej chatki na wodzie gdzie mieściła się bardzo skromna jadłodajnia z bardzo dobrym jedzeniem. Następnie odbiliśmy od ściany chatki i ruszyliśmy w dalszą drogę. Tym razem z takim impetem, że aż głowy odskoczyły nam do tyłu. Po kolejnych czterech godzinach dotarliśmy do Luang Prabang.

Luang Prabang

(Nocny bazar, świątynie, piękne wodospady, wioska cofnięta w czasie, laotański masaż)

Na brzegu czekali na nas młodzi chłopcy, którzy wzięli moją ciężką walizkę na plecy i pobiegli z nią pod górę. Tam z kolei czekały na nas busiki, które zabrały nas wszystkich do hoteli. Zatrzymałem się w bardzo ładnym, czystym i bardzo tanim pokoju ze śniadaniem, prowadzonym przez Chińczyków. Nie trudno było to zauważyć gdyż charakterystyczne, czerwone lampiony były pod każdą częścią sufitu. Najważniejsze było, że w końcu mogłem odpocząć po całodniowym rajdzie po rzece Mekong. Od czasu gdy jestem w Laosie podróżuje z chłopakiem z Niemiec dzięki czemu jest mi raźniej. Pozwala to także na wzajemne robienie zdjęć oraz na przykład na dzielenie kosztów transportu i hotelu choć i tak jest niewiarygodnie tanio. Laos jest bardzo tani.

Mimo, że byłem zmęczony wyszedłem tego samego wieczora do centrum Luang Prabang aby zorientować się gdzie jestem. Dotarłem na wielki nocny bazar gdzie handel kwitł w najlepsze. Żywo zachęcali mnie do kupna ich płócien, obrazów i wielu innych rzeczy.

Luang Prabang jest byłą stolicą Laosu i jedną z największych atrakcji turystycznych. Znajduje się tutaj wiele świątyń i klasztorów z mieszkającymi w nich mnichami, ale także piękno naturalne w postaci wodospadów i jaskiń, po które tutaj przyjechałem. Podczas mojego drugiego dnia pobytu zobaczyłem, że główna ulica tego małego miasteczka jest bardzo spokojną, zaspaną osadą, pełną kolonialnej architektury, restauracji i wypożyczalni motorowerów oraz tuk tuk oferujących wycieczki za miasto. Ja i mój niemiecki kolega pojechaliśmy więc do wodospadów Kuang Si znajdujących się około 20 mil za miastem. Droga tam była trudna gdyż jechaliśmy przez dżunglę po wertepach ale piękne plenery zrekompensowały ten trud. Wodospad ten jest jednym z najbardziej spektakularnych widoków. Jest wielki a w jego niższych partiach są naturalne baseny z błękitną wodą oraz mniejszymi wodospadami. Wszystkie wodospady oraz przepiękne, malownicze baseny stanowią jedną całość. Aby dostać się na szczyt musiałem wchodzić pod górę przez około pół godziny lecz był to bardzo miły spacer gdyż przechodziłem przez dżunglę a co jakiś czas widziałem wcześniej wspomniane baseny z mniejszymi wodospadami. Gdy dotarłem na szczyt, zobaczyłem że wodospad był na prawdę imponujący, wysoki na przynajmniej pięć pięter i położony w dżungli. Woda wpadała wprost do niewielkiego zbiornika skąd spadała niżej a ja mogłem wszystko dokładnie obserwować gdyż byłem na moście osadzonym w niższej części wodospadu. Podjąłem się także wejścia na najwyższy jego punkt, boczną, bardzo krętą drogą i po niedługim czasie dostałem się na szczyt. Był to trudny i męczący spacer ale miałem jeszcze lepszy widok na całą dżunglę i szereg wodospadów. W drodze na dół zatrzymywałem się przed uroczymi, małymi basenami z lśniącą, błękitną wodą i kąpałem się w nich. Woda była zimna lecz w monsunowym, ciepłym klimacie Laosu nie było aż tak bardzo tego czuć. Wchodziłem też na drzewa aby uczepić sie liny dla rozpędu i w ten sposób wskoczyć do wody. Laotańska przyroda była rzeczywiście piękna a ja bawiłem się bardzo dobrze. Niedaleko znajdował się także ośrodek gdzie trzymano czarne, azjatyckie niedźwiedzie. Pozwolono mi na wejście do ich klatki gdzie kupiłem banany i mogłem je nakarmić.

Mimo, że czarne niedźwiedzie azjatyckie są jednymi z najmniejszych, i tak są bardzo silne i mogą być niebezpieczne, zwłaszcza gdy wyczują jedzenie. Mam na myśli to, że choć nie były agresywne i nie atakowały, to chwytając banany, chwytały mnie bardzo mocno za ręce zębami oraz drapały swoimi wielkimi, ostrymi pazurami. Na szczęście za mną stał opiekun misiów, który w razie potrzeby traktował je gumową rurką i misie puszczały. Gdy banany skończyły się, niedźwiadki od razu wspięły się na korony drzew gdyż ten gatunek większość dnia i nocy spędza właśnie tam. Obok znajdowała się też klatka z tygrysem, która była zbudowana w taki sposób, że kawałek dżungli był otoczony grubą siatką. Przez środek płynął strumyk, w środku było oczywiście wiele zarośli a sama klatka była osadzona pod kątem. Tygrysa widziałem tylko przez chwilę i choć starałem się go zobaczyć znowu, nie udało mi się gdyż jest on mistrzem kamuflażu. Po wyjściu z obiektu poszedłem jeszcze zjeść miskę ryżu z warzywami, pod strzechą utkaną z palm. Jak na razie wszystko w Laosie zrobione jest w tak prosty i tak dobry sposób. Podczas posiłku zauważyłem, że nasz kierowca grał w karty z innymi kierowcami a mój towarzysz podróży powiedział mi, że czytał, że w Laosie wielu mężczyzn jest hazardzistami i zwyczaj ten przybył z sąsiednich Chin. Bardzo miło spędziłem tutaj czas lecz w planach mieliśmy też zobaczenie innych miejsc. Pojechaliśmy do wioski Ban Phanom oddalonej od reszty cywilizacji i mieszkającej u wejścia do dżungli. Ludzie tam mieszkający byli etniczną mniejszością pochodzącą z południowych Chin i od lat żyli odseparowani. Jak dotąd cały Laos jest cofnięty w czasie lecz ta wioska jest cofnięta o wiele stuleci. Ludzie ci mieszkali w podmurowanych szałasach bez elektryczności a wodę czerpali ze studni i pewnie z pobliskiej rzeki. Gdy poszedłem w głąb wioski, zobaczyłem jak stary mężczyzna w swoim szałasie rozpuszczał smalec w zardzewiałym, brudnym garnku. Dzieci biegały na bosaka a kobiety trzymały niemowlaki na rękach karmiąc je piersią. Cała wioska choć była pouczającym przeżyciem choć widać było, że była nastawiona na turystów. Gdy tylko wysiadłem z tuk tuk, od razu dopadły mnie dzieci chcąc mi sprzedać swoje płótna, serwetki i obrusy i za wszystko chciały abym im płacił dolarami. Nic dziwnego gdyż laotańska waluta-“kip” jest bardzo nędzna. Wioska była bardzo miłym przeżyciem lecz zostałem pożegnany raczej bez owacji gdyż niczego nie kupiłem.

Gdy wieczorem poszedłem na kolację do ładnej i znowu, bardzo taniej restauracji, zobaczyłem, że życie tutaj dopiero rozkręcało się. Na ulicach zaczęto dopiero rozkładać stragany gdyż nocny bazar jest tutaj bardzo popularny wśród turystów. Widziałem też, że lokalni żebracy także mają tu niezły interes. Jeden wyszedł ze swojej budki i wyglądał jakby się dopiero obudził, po czym obszedł restauracje i od każdego coś dostał a następnie zamknął się w swojej budce i chyba znowu poszedł spać.

Następnego dnia kręciłem się po mieście i widziałem kilka ciekawych świątyń ale jakoś wtedy nie przywiązywałem do tego uwagi choć wiedziałem, że powinienem był. Były one nieco podobne do tych w Tajlandii lecz różniły się zwłaszcza dachami. Myślałem, że zrobię to następnego dnia co jak potem się okazało nie było mi dane. Znowu pojechałem za miasto aby zobaczyć wodospad, tym razem był to Tad Se. Ten wodospad nie jest tak znany i jest inny niż Kuang Si. Jest też o wiele mniejszy. Nie składa się z głównego wielkiego spływu ale z kilku schodów gdzie woda spływa dużym strumieniem do basenu o błękitnej wodzie, która z kolei wpada do rzeki. Był to oczywiście piękny, niezapomniany widok. Najbardziej zapadł mi w pamięci piękny błękit opadającej wody oraz liście wielkością przekraczające duże zwierzę, takie jak na przykład ja sam. Dostałem się tam tuk tuk a następnie wziąłem czółno, którym popłynęliśmy do wodospadów. Ten obiekt także znajdował się nieopodal wioski co dało mi kolejną możliwość na zobaczenie wiejskiego życia w Laosie. Tutaj jednak domy były murowane i była elektryczność.

Chciałem jeszcze iść na laotański masaż lecz jak dowiedziałem się od jednego turysty jest on zupełnie inny niż twardy masaż tajski i z pewnych względów zrezygnowałem. Masaż laotański polega na bardzo delikatnym głaskaniu całego ciała i mam na myśli całego. Od palców u nóg aż do głowy przy bardzo dokładnym wymasowaniu tyłka oraz wewnętrznej części ud w najwyższych ich partiach. Nie zdawałem sobie wcześniej sprawy, że dokładnie wszystkie części ciała wymagają profesjonalnego masażu.

Vang Vieng

(Dobra zabawa nad rzeką Mekong, górska okolica, jaskinie, jedzenie, AK-47, subtelne prawo Laosu)

Następnego dnia wyjechałem z Luang Prabang i choć nie zobaczyłem wszystkiego czego chciałem, byłem szczęśliwy gdyż nasyciłem sie urokiem tego miejsca oraz zobaczyłem piękną przyrodę, która jest największym atutem Laosu. Zmierzałem na południe, tym razem do małego miasteczka Vang Vieng. Jechałem autobusem a nie łodzią i całą, pięciogodzinną podróż pokonywaliśmy przez malownicze góry. Widoki były ujmujące. Jechaliśmy górską, jednopasmową drogą, starym i bardzo zdezelowanym autobusem a wokół były piękne góry porośnięte dżunglą. Po wyjściu z autobusu słychać też było odgłosy ptaków. Po pięciu godzinach dojechaliśmy do Vang Vieng. Na początku nie wyglądało to jak nic szczególnego. Przed wejściem do osady czekali na nas umundurowani policjanci, którzy spisali numery paszportów wszystkich turystów. Następnie wziąłem swoją wielką walizkę i po drodze, na zmianę wyłożonej asfaltem i żwirem, dotarłem do osady. Na głównej ulicy (z resztą była tylko jedna) znajdowały się domy gościnne oraz bary i restauracje. Zatrzymałem się w bardzo ładnym pokoju z podwójnym łóżkiem i prysznicem za jedyne cztery dolary za noc. Vang Vieng jest bardzo małą, górską osadą, bardzo popularną wśród turystów. Leży ono nad rzeką Mekong gdzie bardzo popularne są spływy na oponach w dół rzeki oraz chodzenie po górach. Znajdują się też tutaj piękne jaskinie i wodospady lecz nie tak widowiskowe jak w Luang Prabang. Po zakwaterowaniu się wyszedłem za osadę. Szedłem polną drogą wzdłuż rzeki aż dotarłem do drewnianego, długiego mostu. Stąd widziałem dokładniej okolicę. Piękne góry, wspaniałą przyrodę a pode mną niespokojną rzekę. Przeszedłem na drugi brzeg i zatrzymałem się w drewnianej chatce gdzie zaciekawiła mnie małpa trzymana na łańcuchu. Wyciągnąłem do niej rękę a ona wskoczyła mi na plecy, pobiegała po mnie a następnie ukradła mi okulary i uciekła. Była na łańcuchu także zdołałem ją złapać i wyrwać moje okulary lecz do tej pory były już mocno pogryzione. Po zdarzeniu z małpą po prostu spacerowałem i cieszyłem się okolicą gdyż było ciepło a widoki piękne. Po południu poszedłem też nad rzekę gdzie zobaczyłem turystów na oponach samochodowych płynących z prądem i z piwem Lao Beer w ręku. W wielu miejscach na skałach były wodospady a na plaży stał stół gdzie pijani turyści z Lao Beer śmiali się i skakali z dość wysokiej skały do wody. Wszyscy bawiliśmy się bardzo dobrze w pięknych okolicznościach przyrody i w świecie bardzo niskich cen. Ja też skakałem do wody, pływałem, nasi Laotańczycy podawali coraz to nowe skrzynki Lao Beer lecz ktoś musiał stać na warcie gdyż małpa zerwała się z łańcucha i dobierała się do naszych ubrań. Po bardzo miło spędzonym dniu wróciłem do domku a następnie poszedłem do szewca. W końcu w Laosie naprawili mi klapki, które kupiłem w Tajlandii a, które uległy wypadkowi w Malezji. Długo na to musiałem czekać. Nadchodził zmrok dlatego poszedłem coś zjeść i natrafiłem na bardzo dobre miejsce. Byłem w knajpce gdzie położyli mnie na macie z grubą warstwą kołder a nade mną był bardzo niski stół. Gdy zamówiłem kolację, podszedł do mnie kelner i poprosił abym wybrał sobie film, który chcę oglądać. W tej bardzo leniwej pozycji jadłem i oglądałem film a następnie zasnąłem. Obudziłem się gdy było już po jedenastej i dlatego służby porządkowe wyganiały wszystkich do swoich kwater. Właściciele knajpy od razu wyłączyli światła i zgasili telewizor aby nie mieć kłopotów. W Laosie jest widocznie prawo, że po jedenastej wieczorem naród powinien iść spać i nie ma chodzenia po ulicach. Jest to tutaj traktowane bardzo poważnie. Gdy wyszedłem z knajpy, momentalnie zrobiło się bardzo cicho i nie było na ulicy nikogo oprócz sił porządkowych. Myślałem, że się przecisnę lecz złapali mnie. Wszyscy mieli kałasznikowy na ramionach i bardzo zdecydowanym głosem kazali mi iść spać. Grzecznie się zgodziłem, tym bardziej na widok AK-47.

Mówiąc o prawach, w Laosie jest też inne prawo, które warto znać a które może być łatwo zapomniane przez białych mężczyzn przybyłych tu z Tajlandii. Otóż jeśli turysta spędzi choć jedną noc z dziewczyną z Laosu, musi albo się z nią ożenić albo idzie do więzienia. Czytałem o przypadku jednego Anglika, który poznał tutaj dziewczynę a ona tego samego wieczora wzięła go do domu. Na miejscu, ojciec dziewczyny dał im pokój i nawet posłał dla nich łóżko. To jednak było czymś więcej niż tylko liberalizmem ojca gdyż nad ranem pojawiła się policja z pytaniem kiedy zamierzają się pobrać. Gdy Anglik się nie zgodził, został wzięty do więzienia gdzie wytrzymał aż dwa tygodnie po których musiał się zgodzić gdyż nie mógł zobaczyć nikogo ze swojej ambasady ani żadnego prawnika. Gdy wspominał o ambasadzie, laotańscy policjanci tylko śmiali się.

Ożenił więc się z nią a w podróż poślubną wziął ją do Tajlandii skąd uciekł pierwszym samolotem do Europy. Ta historia mówi o tym, że warto jest znać lokalne prawa, i że należy traktować je poważnie.

Następnego dnia w Vang Vieng pojechałem tuk tuk za miasteczko aby zobaczyć jaskinie oraz jeszcze więcej pięknej przyrody. Tutejsze jaskinie są jednymi z największych atrakcji turystycznych oraz swoistym fenomenem naturalnym. Pojechałem do jaskini Tham Hoy, która jest głęboka na siedem km. Przed wejściem czekały na mnie dzieci, które prowadziły mnie na miejsce a potem za nie wielką opłatą dostałem kask i latarkę, po czym mogłem wejść do środka. Nie wszedłem całych siedmiu km, wszedłem może na 50m-70m co i tak dało mi odczuć to miejsce. Byłem też w jaskini Tham Chang aby mieć porównanie ale nie było wielkiej różnicy. Obie jaskinie były ciemne i śliskie a droga była bardzo kręta i nierówna. W wielu miejscach na powierzchni stała woda i czasem też wolno spływała ze ścian. Czasem miałem dużo miejsca a czasem ledwo się przeciskałem. W niektórych miejscach były malowidła buddy. Ogólnie były to bardzo ciekawe miejsca gdzie można spędzić długie godziny lecz uważam, że nie przygotowałem się najlepiej do odwiedzenia jaskiń. Przede wszystkim byłem sam. Jak zwykle wszystkie swoje wycieczki organizuję sam lecz na przykładzie jaskiń doszedłem do wniosku, że tutaj lepiej jest mieć przewodnika. W Vang Vieng są organizowane jedno i dwudniowe wycieczki podczas których można zobaczyć więcej a także wpłynąć do jaskiń kajakiem i wypłynąć z drugiej strony, choć możliwości jest wiele. W okolicach Vang Vieng miałem także okazję zobaczyć laotańskie życie na wsi. Były to proste, drewniane zagrody gdzie biegały kurczaki i świnie a domy gospodarzy były osadzone na mocnych drewnianych balach, przy czym ściany i dachy zrobione były z zaplecionych liści. Uważam, że w tych warunkach jest to wręcz uniwersalnym rozwiązaniem, zarówno w porze suchej jak i deszczowej gdyż surowce naturalne zachowują swoją przewiewność i wodoodporność. Także budowanie domów na podwyższeniach jest bardzo dobrym rozwiązaniem gdyż Laos leży w klimacie zwrotnikowym monsunowym i podczas pory deszczowej rzeka często wylewa a nieliczne, dobre drogi są nieprzejezdne. Były także domy z dykt i blach ale te należą do gorszej kategorii. Cała wioska (jak zawsze w tym kraju) była położona bardzo malowniczo na tle gór. Niektóre skały wyrastały z ziemi będąc wąskimi w obwodzie i wysokimi na kilka pięter. Zauważyłem, że nawet bardziej niż świątynie, (których tutaj nie opisuję) i bardziej niż inne pozycje opisywane w przewodnikach, podoba mi się sama przyroda oraz życzliwość ludzi. Gdy jadę tuk tuk ludzie machają mi z pól ryżowych i śmieją się do mnie a gdy pierwszy raz kogoś widzę, witają mnie słowami “sa bai dee” czyli dzień dobry. Szczególnie w Vang Vieng, zawsze przy drodze za miastem, dzieci sprzedają swe wyroby i owoce. Ludzie bardzo często trzymają gwarki w klatkach i zawsze pozwalają mi na kontakt z nimi. Przypomnę, że gwarki to ptaki z rodziny szpakowatych, które bardzo dobrze naśladują mowę ludzką, potrafią nauczyć się do kilkuset słów oraz śpiewać i wygwizdywać melodie a do tego mają lepszą dykcję niż papugi. Tak na przykład, gdy wracałem z jaskiń czy byłem na bazarze i rozłupywałem sobie orzecha kokosowego, gwarki często gwizdały i mówiły “sa bai dee”. Magią tego miejsca są piękne krajobrazy, skromne chatki osadzone na balach i ludzie orzący swe pola ryżowe przy pomocy bawołów. Wszystko wygląda na tak bardzo nieskomplikowane a zarazem na tak miłe i odprężające. Moje pierwsze dni w tym kraju były dla mnie bardzo udane i pouczające.

Vientiane

(Ogólne wrażenie stolicy Laosu)

Następnego dnia rano opuściłem piękne Vang Vieng i udałem się w ponad trzy godzinną podróż do stolicy tego kraju czyli Vientiane. Mogłem się tam dostać komfortowo-klimatyzowanym autobusem dla turystów ale wybrałem najtańszą opcję. Jechałem w wielkim ścisku w tyle ciężarówki z obywatelami Laosu, ściśnięty jak sardynka. Po dojechaniu do przedmieść Vientiane wziąłem tuk tuk, która zawiozła mnie do najtańszego hostelu w mieście. Spałem na drewnianej, piętrowej pryczy a prysznic z zimną wodą i tylko zimną był na zewnątrz. Wystarczyło jednak na jedną noc. Przed przyjazdem tutaj dostałem kartkę do paszportu od ambasady laotańskiej, abym nie przyjeżdżał do Vientiane w określonych dniach gdyż odbywało się właśnie zgromadzenie narodów Południowo-Wschodniej Azji. Vientiane jest zawsze opisywane jako bardzo nieciekawe miejsce gdzie nie ma nic do zobaczenia lecz pomyślałem, że i tak wstąpię aby przekonać się. Jak mogłem się spodziewać po stolicy kraju rozwijającego się, Vientiane jest małym miastem gdzie mieszka około ćwierć miliona ludzi a wielu z nich to mnisi w swych pomarańczowych szatach. Wiele dróg nie jest nawet asfaltowanych, kilka budynków się rozwala a centrum bez problemu pokonałem pieszo. Jest jednak kilka rzeczy do zobaczenia a fakt, że Vientiane leży nad rzeką Mekong gdzie można przyjemnie wypocząć pijąc mleko z kokosa, dodaje ochoty aby zostać tu trochę dłużej. Można też tu bardzo dobrze i bardzo tanio zjeść. Ja dotychczas podróżując po Azji zazwyczaj jem większość posiłków ze zlepionym ryżem. Widziałem tu parę restauracji francuskich i jedną włoską. Cieszyłem się też gdy zobaczyłem internet. Widać, że nowoczesność dotarła także do Laosu. Miasto oferuje wiele świątyń ( “Wat” czyli monastera w Tajlandii i Laosie) lecz symbolem Vientiane jest Patuxay czyli Pomnik Zwycięstwa. Jak na ironię jest to budowla, która wykonana jest tak samo jak paryski Łuk Triumfalny i zadedykowana jest tym, którzy walczyli w wojnie o niepodległość przeciwko Francuzom. Znajduje się ona na wielkim placu i przy fontannie gdzie można spotkać wielu mnichów, których w Vientiane jest sporo. Patuxay jest dość szpetny, szary i wykonany z betonu choć można na niego wejść aby pooglądać okolicę. Następnym miejscem, które odwiedziłem było Talaat Sao czyli ranny bazar. Był to wielki bazar gdzie można było kupić wszystko od drobnych przekąsek i wachlarzy po elektronikę. Jak na duży bazar było to bardzo spokojne miejsce gdzie nikt mi niczego nie wciskał. Mogłem spokojnie spacerować i oglądać towary. Tutaj także byłem na posiłku. Zjadłem zupę z bawoła z makaronem i było bardzo dobra i jak zwykle tania. Potem chodziłem po mieście, zrobiłem sobie kilka zdjęć z mnichami i przed świątyniami. Wszedłem też do jednej z nich gdzie miałem okazję podziwiać rodzimą architekturę oraz porozmawiałem z mnichami. Zauważyłem jednak rzeczy, które charakteryzują ten kraj. Główna ulica w Vientiane była udekorowana flagami narodowymi oraz komunistycznymi, czyli z sierpem i młotem na czerwonym tle. Także na poczcie było napisane “urząd pocztowy” po francusku oraz sprzedawano bagietki co oprócz europejskich budynków jest silnym dowodem na francuski kolonializm. Poszedłem też obejrzeć nawet okazały Pałac Prezydencki czyli Ho Kham będący dawną rezydencją głównego gubernatora Indochin. Dość blisko bo tylko 20km od Vientiane znajduje się wioska Tha Na Leng, która jest przejściem granicznym z Tajlandią. Jest to dość szczególne miejsce gdyż oba kraje łączy “most przyjaźni”, który łączy także oba brzegi Mekongu. Wieczorem poszedłem w stronę hotelu gdzie było kilka sklepów z pamiątkami, zjadłem coś a następnie poszedłem nad rzekę gdzie usiadłem przy jednej ze świątyń i napiłem się mleka z kokosa. Było bardzo spokojnie jak na stolicę, siedziałem na trawie nad brzegiem Mekongu i obserwowałem zachód słońca. Vientiane jest bardzo spokojne i można się tu wyciszyć. Po zmroku ciągle spacerowałem po mieście i zobaczyłem, że na wydzielonym, oświetlonym terenie pod gołym niebem, kobiety w różnym wieku uprawiały aerobik. Podoba mi się to w ich kulturze, że nawet starsze osoby organizują się aby ćwiczyć. Ruszały się bardzo żywiołowo w rytm muzyki i robiły skłony. W Europie niestety jest inaczej, tam starsi ludzie siedzą w fotelach przed telewizorami.

Spacerując po Vientiane miałem interesujące spotkanie gdyż przejeżdżała bardzo ładna Laotanka na swoim motorowerze. Zatrzymała się i zaczęła ze mną rozmawiać. Następnie pozwoliła mi usiąść za nią i zrobiła mi wycieczkę objazdową po mieście. Pokazywała mi budynki i opowiadała o nich. Dobrze nam się razem jechało lecz niestety zatrzymała nas policja. Nie jechaliśmy zbyt szybko więc mogła to być zwyczajna kontrola lecz jak potem obserwowałem policjant zadawał jej pytania przez około pół godziny. Przypomniało mi się tu laotańskie prawo, czyli “śpisz z Laotanką więc się z nią ożeń”. Na szczęście udało się jej wytłumaczyć, że dopiero mnie poznała dlatego niedługo potem wsiedliśmy na motorower i odwiozła mnie na wieczorny bazar koło mojego hotelu. Zanim się rozstaliśmy opowiedziała mi historię mężczyzny, który sprzedawał czekoladowe naleśniki z bananami. Powiedziała, że może mnie to zainteresować gdyż da mi obraz tego jak żyją ludzie w jej kraju. Sprzedawca naleśników pochodził z małej wsi gdzie miał skromną chatkę i swoje pole ryżowe. On smaży naleśniki w stolicy a jego żona i córka pracują całe dnie na tym polu i ich życie jest bardzo ciężkie. Ten przykład miał mi pokazać realia życia w Laosie. Jedząc mojego czekoladowego naleśnika poszedłem jeszcze nad rzekę aby napić się mleka z kokosa i posiedzieć w ciszy, z tyłu mając piekną buddyjską świątynię. Późnym wieczorem wróciłem do hotelu lecz było już po jedenastej i nie chcieli mnie wpuścić. Wraz ze mną pod hotelem było pięciu Kanadyjczyków z którymi dzieliłem ten sam pokój. Po jedenastej nie można się szwendać po mieście lecz my złamaliśmy to prawo dlatego musieliśmy mocno bić w drzwi. Dopiero po pół godziny pukania szef hotelu otworzył z awanturą i pytał dlaczego my z Europy i Ameryki nigdy nie potrafimy się dostosować do laotańskich praw. To były mniej więcej moje wszystkie wrażenia i przygody ze stolicy tego pięknego kraju. Następnego dnia późnym popołudniem poszedłem na stację autobusową aby jechać do mojego następnego celu podróży. Ciekawe było, że stacja znajdowała się tylko pięć minut drogi od hotelu lecz rykszarze tuk tuk koniecznie chcieli mnie podwieźć. Zauważyłem, że nawet wtedy gdy byłem o kilka kroków od hotelu i tak chcieli mnie podwieźć. Wygląda na to, że myślą, że biali ludzie nie potrafią sami chodzić.

Kraina tysiąca wysp

(Podróż zardzewiałym autobusem na workach z ryżem przez Pakse i Champasak, piękno naturalne jednego z najpiękniejszych rejonów Azji Płd-Wsch)

Wsiadłem do autobusu jadącego do Pakse. Pakse jest mało interesującym miastem i stanowi jedynie ważne miejsce przesiadkowe. Podróż tam była dość trudna gdyż usiadłem koło bardzo miłej lecz bardzo grubej Amerykanki o imieniu Candice. Na dwóch wąskich fotelach zrobiło się tak ciasno, że aż poszedłem spać na podłogę autobusu. I tak miałem szczęście gdyż autobusami w Laosie przewozi się wszystko co jest się w stanie zmieścić dlatego tę noc przespałem na workach z ryżem. Po dojechaniu na miejsce, prawie natychmiast złapałem autostop i tym razem bardzo starym i ledwo już jadącym autobusem posuwałem się dalej na południe. Warto wspomnieć, że po drodze ominąłem dość ciekawy i często odwiedzany przez turystów Champasak. Zrobiłem to z powodu braku czasu oraz tego, że i tak zmierzałem do Kambodży aby zobaczyć Angkor Wat. Champasak jest natomiast pozostałością po imperium Kmerów, które zajmowały tereny dzisiejszej Kambodży i Laosu lecz najlepiej zachowane świątynie pozostały w Kambodży. Pomyślałem, że muszę z czegoś zrezygnować aby zobaczyć obiekty będące priorytetami. Po niedługiej jeździe, mój szczęśliwy autobus wysadził mnie i moją towarzyszkę podróży po środku pustej szosy a następnie już chyba ostatkiem sił ruszył dalej. Czekał nas tutaj krótki spacer w kierunku rzeki skąd wzieliśmy łódź na najbliższą wyspę-Don Khong. Mówiąc dokładniej dostałem się do pięknej krainy tysiąca wysp zwanej Si Phan Don. Jest to obszar na południu Laosu gdzie rzeka Mekong ma wiele rozgałęzień i właśnie w ten sposób powstało około czterech tysięcy uroczych wysp. Jest to piękny obszar gdzie można podglądać przyrodę a gwoździem programu jest obserwacja delfinów rzecznych. Większość wysp jest nie zamieszkanych i nie ma żadnych śladów pozostawionych przez człowieka co daje podróżnikom możliwość odkrycia nowych rzeczy. Obszar ten jest też bardzo dobrą okazją na zarobienie pieniędzy przez biednych ludzi Laosu, którzy chętnie zabierają turystów na wycieczki łodzią w celu poznania terenu oraz oczywiście na wytropienie delfinów rzecznych. Bez wątpienia jest to najbardziej malownicze i najpiękniejsze miejsce w Laosie oraz jedno z najpiękniejszych w całej Azji Południo-Wschodniej. Wyspa na której zatrzymałem się była najbardziej zaludniona , znajdowało się tam dużo domów gościnnych i restauracji oraz jak mi powiedziano, elektryczność działająca non-stop. Po środku znajdował się duży bazar a obok wielkie pole ryżowe.

Było bardzo miło i bardzo tanio. Na wyspie tej mieszkałem w jednym pokoju z moją grubą Amerykanką, która była dobrą towarzyszką podróży, była zabawna i zabierała mnie na pyszne naleśniki. Spędziłem kilka dni na całym obszarze lecz moją wyspę opuściłem już następnego dnia gdyż musiałem zmierzać do przodu. Popłynąłem więc małym lczółnem na południe i to dało mi szansę na szersze zobaczenie okolicy. Było ciekawie gdyż płynąłem między maleńkimi wysepkami oraz gęstwinami drzew wyrastającymi spod wody gdzie często tworzyły się wiry rzeczne. Zauważyłem też, że inni turyści wypożyczali swoje czółna i zaszywali się na noc na bezludnych wyspach w totalnej dziczy i tam rozkładali swoje namioty. Po prawie dwóch godzinach rejsu i oglądania przyrody dopłynąłem do bardzo małej wyspy na której było kilka chatek zbudowanych głównie z drewnianego szkieletu i plecionych liści palmowych. Garstka mieszkańców powitała mnie tradycyjnym “sa bai dee” a potem poszedłem wynająć swoją chatkę oraz na obiad, głównie składający się z ryżu. Było pięknie i bardzo spokojnie, to był wypoczynek oderwany od świata. Dodam jeszcze, że na większość wysp można dostać się jedynie łódkami a tylko niektóre są połączone mostami. Na tym właśnie polega piękno tej okolicy czyli minimalne zagospodarowanie, brak nowoczesności i przede wszystkim brak betonu. Jest tu tylko piękna natura oraz mili ludzie w swych skromnych chatkach. W miejscach takich jak to na prawdę więcej nie potrzeba. Następnego dnia znowu wsiadłem do łódki lecz tym razem popłynąłem na stały ląd. Kraina tysięcy jezior była już ostatnim miejscem mojego pobytu w Laosie.

W drodze do Kambodży

(Moja zwariowana podróż na dachu furgonetki, granica w dżungli)

Teraz już tylko zmierzałem do granicy z Kambodżą a moja droga tam była dość nietypowa. Wspomnę jeszcze, że tutaj zacząłem podróżować z dziewczyną z Irlandii, która była wyjątkowo niemiła gdyż nie przywykła do miejscowych warunków a przy tym przeżywała okres…no cóż. Moja jazda do granicy była bardzo wesoła i nietypowa gdyż jechałem na dachu małej furgonetki, prowadzonej przez mnicha z Kambodży i jego kolegi, mnicha z Laosu. Puścili głośno muzykę a ja stałem na dachu i trzymając się lin rybackich, tańczyłem i machałem ludziom na polach ryżowych. Oni też mi machali i śmiali się do mnie. Jazda była karkołomna i w skutkach mogła okazać się tragiczna lecz wtedy nie dbałem o to. Czułem się tak wolny i szczęśliwy, pędząc po wąskiej szosie wśród pól ryżowych na dachu starego grata. Wtedy po raz ostatni obserwowałem Laos, ludzi idących poboczem ze swymi bawołami oraz niekończące się pola ryżowe. Jednak i tu laotańska motoryzacja zawiodła mnie. Gdy prawie już dotarliśmy do granicy, samochód niestety zepsuł się i stamtąd musiałem iść w towarzystwie mojej koleżanki. Granicę przekraczaliśmy koło miasteczka Voen Kham i było to bardzo nietypowe przejście graniczne. Znajdowało się ono w dżungli gdzie stał drewniany barak a przed nim stała antena satelitarna i flaga Laosu. Po chwili z baraku wyszedł facet w krótkich spodenkach i podartej koszulce, w ręku trzymając koszyk pełen pieczątek. Wziął mój paszport i za dwa dolary łapówki podstemplował. Następnie ominęliśmy zardzewiały szlaban i przez dżunglę, po wyboistej drodze, wolno zmierzaliśmy do kambodżańskiej granicy. Po drodze widziałem też pokryte brudem i pnączami kamienne posągi, pierwszy z napisem “Laos” a po jakimś czasie pojawił się inny i też w kiepskim stanie, z napisem “Kambodża”. Po chwili zobaczyłem kolejny barak lecz tym razem z tarasem. W taki właśnie sposób dotarłem do Królestwa Kambodży.

Podsumowanie

Laos bardzo mi się podobał i cieszyłem się każdą spędzoną tu chwilą. Piękno naturalne jest zdecydowanie największym atutem tego kraju lecz także mili ludzie i dobra kuchnia. Jest tutaj wiele górskich, cichych osad, malowniczo położonych wśród wodospadów i palm oraz nad rzeką Mekong. Ciepły klimat i niska cena pozwala na absolutny relaks gdyż wydaje się, że czas zatrzymał się tu już dawno temu. Porównując Laos z Tajlandią, uważam że Tajlandia jest głośniejsza i o wiele bardziej ruchliwa natomiast Laos jest czymś w rodzaju błogiej sypialni gdzie można odpoczywać na łonie natury i korzystać z jej uroków.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan