Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Kirgistanu 2010

Napisał: Marcin Malik

Kirgistan 2010 – relacja z wyprawy   

Przebieg podróży: Korday, Biszkek, Ala Arcza, Toplye Kluczi, O jeziorze Issyk-Köl, Cholpon-Ata, Karakol, Wyprawa do Altyn Araszan, wyprawa konna do wykogórskiego jeziora Ala-Köl, Jeti-Oghüz, Tamga, Sarymbulak, jezioro Song-Köl, opis narodowych gier Kirgistanu, Naryn (szyrdaki), Koczkor, zielone wzgórza Sarlasas, Biszkek, Bazar Korgon, Arslanbob, Jalal-Abad, Osz, czym jest Trasa Pamirska, Sary Tasz, Bor Döbo i transport do granicy z Tadżykistanem. Oprócz tego reportaż ten zawiera także wiele “relacji z drogi” i kilka ciekawych informacji praktycznych i innych opisów.

Opis podróży po Trasie Pamirskiej w odcinku tadżyckim w moim reportażu po Tadżykistanie.

Biszkek i okolice

Korday

Do Kirgistanu dostałem się przez granicę lądową z Kazachstanem mieszczącą się w Korday. Przejście to jest dobrze zorganizowane i niestresujące. Po przybiciu pieczątki na moją wizę wsiadłem do busika i za parę marnych som (waluta Kirgistanu) dostałem się do Biszkek.

Biszkek                                                                                          

(Plac Ala-Too, Muzeum i Pomnik Lenina, Muzeum Frunze, Park Panfilova i Dubovy, propaganda prosowiecka, Erkindik, problem z policją, plov-chwała kulinarna Kirgistanu, szaszłyki baranie, Pomnik ku czci II Wojny Światowej)

Po dojechaniu do stolicy czułem się dość niepewnie gdyż parę miesięcy temu była tu wojna domowa na tle etnicznym. Był to jak do tej pory największy problem pomiędzy Kirgizami a Uzbekami. Tym bardziej się denerwowałem gdyż za kilka dni miała tu przylecieć Monika czyli moja droga towarzyszka podróży, którą przeprowadziłem wcześniej przez wiele innych krajów. Miała ona przyjechać po dwóch dniach od mojego przyjazdu, dlatego najpierw załatwiłem tani hostel, rozeznałem się w terenie i planowałem dokładnie dalszą podróż. Pierwsze dwa dni minęły mi szybko. Spacerowałem po placu Ala-Too, jadłem szaszłyki baranie, byłem przy pomniku Lenina a potem odebrałem Monikę z lotniska. Wyszła przestraszona jak zwykle i najpierw spytała czy jest już bezpiecznie. Przytuliłem ją więc, załatwiłem autostop pod sam hostel i kupiłem jej obiad a następnego dnia zaczęliśmy zwiedzanie Biszkek. (Na marginesie jest tak, że zazwyczaj odbieram Monikę na lotnisku gdzieś na końcu świata, czasem w krajach o których istnieniu wcześniej nie wiedziała.) Zapowiadała się więc kolejna, piękna przygoda.

Mieszkalśmy w centrum, zaraz przy niemieckiej ambasadzie dlatego najpierw poszliśmy zobaczyć plac Ala-Too, gdyż był tylko 10 minut spacerem od nas.

Jak na kraj posowiecki przystało plac ten do 1991 roku nazywał się placem Lenina. Pomnik tego towarzysza znajdował się też w samym centrum placu lecz w 2003 roku „stracił na popularności” i przeniesiono go w dalsze miejsce. Plac Ala-Too to wielka masa betonu, która ciągle błyszczy się jak tani marmur. Oprócz tego w centralnym punkcie jest wielki pomnik Erkindik czyli kobiety symbolizującej wolność, w ręku trzymającą wierzchołek jurty na tle słońca. Innymi słowy jest to motyw z flagi Kirgistanu. Oprócz tego plac Ala-Too jest miejscem spotkań całych rodzin, panien na wydaniu, sprzedawców i fotografów. Koło Erkindik jest też wysoki maszt z flagą Kirgistanu a obok warta, która stoi nieruchomo przez wiele godzin. Na placu tym posadzono też niedawno kwiaty oraz jest kilka fontann. Nie oczekujmy tu jednak zabytków na miarę Rzymu. Są to prostokątne doły pełne betonu z kranami ułożonymi w różne strony. Za pomnikiem Erkindik znajduje się wielkie i niestety nie dające się nie zauważyć Państwowe Muzeum Historii czyli do całkiem niedawna Muzeum Lenina. Jest to ogromna posowiecka bryła ze ścianami pewnie tak grubymi, że nadawałaby się na schron. W środku oczekiwałem, że dowiem się czegoś na temat historii Kirgistanu jak sama nazwa wskazuje. Jednak w głównej mierze była to „świątynia ku uwielbieniu Lenina” z propagandą tak ciężką do strawienia i naiwną zarazem, że zabrakło mi słów. Z drugiej jednak strony muzeum to, to wspaniałe doświadczenie. W środku znalazłem posągi Lenina w różnych pozycjach lecz zwłaszcza w tej gdy przemawiał on do narodu radzieckiego a ludzie ze wszystkich klas społecznych byli w niego wpatrzeni jakby objawił im się Jezus Chrystus. Jest także wielu malunków na ścianach i tak np:Nazistowskie Niemcy są przedstawione jako groźny, czarny niedźwiedź a amerykański prezydent nosi czaszkę, będąc jednocześnie koło bomby. Od razu wiadomo którą historię to muzeum opowiada gdyż Rosja jest przedstawiona jako piękna kobieta trzymająca w ręku białego gołębia pokoju. Jest tu pokazane wyraźnie jak Rosja edukuje ludzi i walczy o światowy pokój. Brednie, brednie, lecz ładnie podane. Jest także wyraźna fotografia młodego, uśmiechniętego Stalina. Na marginesie jest też tu kilka eksponatów Kirgiskich, takich jak jurta, dywany i stare zbroje lecz nie wiele.

Za muzeum znajduje się pomnik Lenina z ręką wyciąginętą ku narodowi oraz kilka płaskorzeźb także z jego udziałem. Po zachodniej stronie placu stoi wielki, rządowy budynek zwany Białym Domem. Dalej jest Park Panfilova czyli miejsce spotkań gdzie mieści się wesołe miasteczko z kilkoma rdzewiejącymi atrakcjami. Po stronie wschodniej placu Ala-Too, w pobliżu kina, znajduje się galeria obrazów na ulicy oraz Park Dubovy ze statuetką Erkindik.

Erkindik – symbol Kirgistanu.

Ogólne wrażenia placu Ala-Too i najblizszego otoczenia to: miło, że zobaczyliśmy coś nowego i na pewno każdy turysta to zobaczy lecz nie jest to na pewno największy atut tego kraju.

Następnego dnia w Biszkek, zaprosiłem Monikę na obiad. Zjedliśmy tu parę szaszłyków baranich i dobrych sałatek lecz obsługa była wolna i był to zdecydowanie serwis bez uśmiechu, co w republikach posowieckich jest typowe. Potem w drodze to domu towarowego Tsum, zatrzymała nas policja, przeszukała mój plecak i dokładnie wszystkie kieszenie. Zrobili to dlatego, że im się nudziło i byli ciekawi ile mamy pieniędzy. Na szczęście ja mam zawsze taką skrytkę, że nie znaleźli. Na koniec podali mi rękę i powiedzieli, że mają taką pracę. Oczywiście jest to nieprawda i jako żelazną regułę w podróżach po Azji Centralnej radzę po prostu unikać jakichkolwiek kontaktów z policją. Na pewno nie rozwiązują żadnych kłopotów a mogą wiele stworzyć.

Następnym miejscem, które odwiedziliśmy było Muzeum Frunze. Frunze to były działacz komunistyczny, którego imieniem było kiedyś nazwane Biszkek. W muzeum tym znajdują się zdjęcia ówczesnego przywódcy bolszewików, flagi, odznaczenia i zdjęcia z pracy i z rodziną. Był tu także obraz przedstawiający Frunze z Leninem. Myślę, że najciekawszy był tutaj umeblowany dom z początku XXw w którym Frunze mieszkał. Poza tym,  Mikhail Vasilevicz Frunze przetrwał śmierć Lenina i kilka niewyjaśnionych, pewnie wyreżyserowanych „wypadków” samochodowych. W 1925 roku na rozkaz Stalina musiał się poddać operacji żołądka, której już nie przeżył.

Spacerując dalej po Biszkek, jedząc co jakiś czas owoce, wstąpiliśmy do małej knajpy aby zjeść jeden z narodowych przysmaków Kirgistanu czyli plov. W skrócie jest to gotowany ryż z mięsem i marchewką choć zależnie od regionu i republiki jest wiele wariantów tego dania. Wiele z nich pływa w tłuszczu, także dobrze jest popić gorącą herbatą.

Innym ciekawym obiektem jest Pomnik ku czci II Wojny Światowej, który przypomina kształtem jurtę. Do tego jest wyłożony marmurem lub podobnym kamieniem, jest znicz oraz kilka pomników żołnierzy noszących broń. Obok znajduje się też cyrk w kształcie statku ufo, który lata świetności ma już wyraźnie za sobą.

Ostatnie dni naszego zwiedzania Biszkek spędziliśmy na szaszłykach, owocach, kolejnym spacerze po placu Ala-Too oraz długiej rozmowie z innymi podróżnikami.

Ala Arcza

(Kilka słów o miejscu, dostanie się tam samemu z Biszkek, piękno krajobrazu Ala-Archa, obiad i taniec z Kirgizami, noc w namiocie daleko od wszystkiego, powrót przez piękne plenery i drzemka przy rzece)

Moim zdaniem górski raj Ala-Archa jest najłatwiej osiągalnym i najpiękniejszym zakątkiem Kirgistanu w pobliżu Biszkek. Jest to górzysta kraina gdzie można siedzieć przy wodospadzie, chodzić po górach, przeskakiwać przez małe strumyki przecinające drogę czy wybrać się na bardziej ambitną wędrówkę do lodowca. Tak czy inaczej tutaj zazwyczaj zaczyna się pierwszy kontakt z kirgiską naturą, wewnątrz kanionu o tej samej nazwie.

Własnym transportem można się tam dostać szybko lecz mieszaniną lokalnych busików, czekaniem na nie oraz autostopem zajęło nam to około 1,5h-mimo, że brama parku znajduje się tylko 30km od miasta. Z ulicy Moskovskaya wziąłem busik do Osh Bazaar. Tutaj kupiliśmy arbuza i kilka inych przekąsek oraz wsiedliśmy do busika nr 365, który zawiózł nas do samej bramy parku (vorota zapoviednika). Po drodze kierowca musiał się napić z innymi kierowcami we wsi Kashka-Suu dlatego mieliśmy tu przymusową przerwę oraz interesującą rozmowę z miejscowymi. Spróbowaliśmy też przy okazji kilka lokalnych specjałów. W końcu dotarliśmy do bramy gdzie udało się nam przemknąć za darmo choć chcieli od nas wziąć za rozstawienie namiotu na noc. Powiedziałem więc, że będę spał pod drzewem bez namiotu i weszliśmy za jedyne 30 som od osoby. Od bramy próbowaliśmy złapać autostop lecz niestety mieliśmy pecha i musieliśmy iść całe 12km do ośrodka Alplager skąd zaczyna się bliższy kontakt z naturą. Cała okolica była piękna. Szliśmy wzdłuż rzeki aby potem usiąść na kamieniach i jeść nasze zapasy. Spotkaliśmy też turystów z Kirgistanu, którzy poczęstowali nas jedzeniem i chcieli z nami tańczyć więc wysłałem Monikę do tego zadania. Przeskakiwaliśmy przez małe strumyki przecinające kamienistą drogę i po prostu cieszyliśmy się bliskim kontaktem z naturą. Gdy zbliżała się późniejsza pora przeszliśmy przez drewniany, bujający się most nad rwącą rzeką a potem szliśmy przed siebie. Droga była interesująca gdyż przed nami widzieliśmy lodowiec a my mieliśmy koło siebie wielkie głazy, leżące nierównomiernie na drodze. Gdy zbliżał się zmrok rozstawiłem namiot, ubraliśmy się ciepło i poszliśmy spać. Spaliśmy jednak na wysokości około 2300m n.p.m. bez mat ani kołder i było tak zimno, że wstaliśmy już o piątej rano. Złożyłem swój mokry od rosy namiot i udaliśmy się w kierunku powrotnym. Szliśmy przez piękne, górskie plenery i czekaliśmy na wyjście słońca aby się trochę ogrzać. Tego dnia rzeka też trochę wylała z koryta i padał deszcz, w czego efekcie zalało trochę drogę i musieliśmy skakać w dal aby się nie zamoczyć jeszcze bardziej. Po dotarciu do Alplager poszliśmy do hotelu gdzie rozłożyliśmy swój prowiant i poprosiliśmy o czajnik gorącej wody. Nasypałem tam swojej herbaty a potem smarując pasztetem kirgiski chleb, zaczęliśmy dochodzić do siebie i stwierdziłem, że chcę wrócić do Ala-Archa. Około óśmej zrobiło się bardzo gorąco więc musieliśmy się trochę rozebrać. Założyliśmy swoje plecaki i ruszyliśmy w 12km drogę do bramy parku. Postarałem się jednak aby był to miły spacer. Często się zatrzymywaliśmy aby usiąść przy rzece. Napełniłem wodą nasze butelki, umyliśmy się w niej a pod koniec przespaliśmy się przy rwącym potoku. Był to piękny ranek. Po wyjściu z parku czekaliśmy na pustym przystanku i wbrew temu co pokazywał rozkład jazdy, w dość krótkim czasie przyjechała „marszrutka”. Po krótkiej podróży zatrzymaliśmy się na obiad gdyż kierowca zrobił sobie przerwę a potem wróciliśmy do Biszkek.

Tyoplye Kluchi

(Klika słów o pięknie naturalnym tego miejsca, dostanie się tam, nasze przygody)

Tyoplye Kluchi to tłumacząc na polski gorące źródła. 40km za Biszkek, po przeciwnej stronie od kanionu Ala-Archa znajduje się Alamedin Kanion. Ta piękna górska kraina nie jest objęta parkiem narodowym lecz warto tu przyjechać z powodu wspaniałych widoków. Z każdej strony są oczywiście góry a pozatem jurty i pasące się zwierzęta. Jest to więc tradycyjny kirgiski krajobraz.

Dotarcie na miejsce jest do pewnego stopnia nawet łatwe choć potem zależy od szczęścia jak to często w tym kraju bywa. Wzięliśmy busik nr 145 z Alamedin Bazaar i po około godzinie dotarliśmy do wsi Koy-Tash. Stąd trzeba albo iść 14km do Toplye Kluchi albo złapać autostop. Nam się udało gdyż ustawiłem przy drodze moją „blondinette” i po 10 minutach z pustej drogi zatrzymał się wysokiej klasy terenowy samochód z napędem na cztery koła. Była to młoda para, która oficjalnie nie mogła być razem gdyż rodzice się nie zgadzali na ich ślub. Ona była Kozaczką a on Ujgurem lecz mieszkali i urodzili się w Związku Radzieckim na terenie, który dziś jest Kirgistanem. Byli tak mili, że podwieźli nas do gorących źródeł lecz niestety były zamknięte z powodu remontu. Myślałem, że zostaniemy tam na noc lub rozłożę gdzieś namiot i tak zaśniemy. Monika nie była zachwycona tym pomysłem dlatego nasz kolega był nadzwyczaj miły. Zabrał nas do pobliskiej Tawerny Kaminov na pyszny obiad składający się z pieczonego barana i pieczonych ziemniaków. Tawerna ta była pięknie położona w górach, w taki sposób, że taras ze stołami znajdował się na moście nad wartką rzeką. To była wspaniała uczta lecz ciągle mało tego. Nasz przyjaciel wynajął luksusowy, drewniany domek i zaprosił wielu znajomych na miły wieczór. Rozmawaliśmy o Kirgistanie i Europie, ja im robiłem zdjęcia, jedliśmy drobne przekąski i cieszyliśmy się tym co było nam dane. W domku były dwa pokoje więc mogliśmy się przespać w jednym.

Nad ranem wyszliśmy aby podziwiać krajobrazy. Siedzieliśmy nad rzeką, chodziliśmy po górach i robiliśmy zdjęcia koniom, baranom i jurtom na tle malowniczej panoramy Kirgistanu. Na koniec nasz przyjaciel zawiózł nas aż do Biszkek do naszego hostelu. Podziękowaliśmy serdecznie a po powrocie do Anglii przesłałem mu wiele zdjęć. Okolice kanionu Alamedin serdecznie polecam. Jak cała reszta Kirgistanu, także i ten zakątek jest wyjątkowo piękny.

Rejon jeziora Issyk-Köl

Kilka słów o jeziorze Issyk-Köl

Jezioro to jest chlubą narodową Kirgistanu i zarazem drugim największym jeziorem górskim na świecie (po jeziorze Titicaca na granicy Peru i Boliwii). Jest ono czyste jak łza, nigdy nie zamarza i przez cały czas wpływa do niego około 50 źródeł wody z lodowców dookoła niego. Innymi słowy jezioro to jest ogromną dziurą w ziemi do której wpływa mnóstwo rzek lecz żadna nie wypływa. Ma ono średnicę około 170km na 70km. Miejscowi mówią, że woda jest ciepła ale pewnie tylko dlatego, że nie byli np. na Sri Lance.

Dostanie się do jeziora z Biszkek jest bardzo łatwe. Generalnie są tylko dwie drogi: brzegiem północnym i południowym.

Cholpon-Ata

(Opis jeziora i miasteczka, muzeum, petroglyfy, dobre jedzenie)

Cholpon-Ata jest jest jednym z najbardziej popularnych miejscowości nad  jeziorem Issyk-Köl a całe miasteczko jest bardzo dobrze przygotowane na turystów. W zasadzie każdy dom ma pokoje do wynajęcia i jest mnóstwo tanich knajp w okolicy jeziora gdzie można najeść się do woli.

Gdy tylko wysiedliśmy z busika od razu nas zapytano czy mamy gdzie spędzić noc. Poszliśmy więc z jedną panią, która zaprowadziła nas do domu gościnnego. Było jak za darmo bo za trzy noce i za wie osoby zapłaciłem tylko $24 a dom znajdował się 5 minut spacerem od jeziora. Cały następny dzień spędziliśmy oczywiście nad wodą. Monika wygrzewała się lecz nie chciała się kąpać gdyż to z nazwy ciepłe jezioro było dość zimne. Ja natomiast kąpałem się wiele razy choć przyznam, że lepiej jest wchodzisz szybko. Tego dnia można też było wsiąść na wielbłąda a plażowi sprzedawcy roznosili pierożki różnego rodzaju lody. W ten sposób spędziliśmy tu trzy dni. Spaliśmy nad jeziorem i jedliśmy na pobliskiej ulicy gdzie było można przebierać w menu. Wszystko było dość tanie i dobre. W międzyczasie jednak miałem już dość lenistwa i dlatego chciałem poszliśmy do lokalnego muzeum i na interesujący spacer do petroglyfów.

Muzeum Issyk-Köl było poświęcone jezioru oczywiście lecz także archeologii i etnografii tego regionu. Przy wejściu znajdowała się mapa jeziora a dalej były kamienie grobowe, biżuteria, kilka petroglyfów oraz obrazy i szyrdaki (narodowe kyrgyskie dywany).

Najciekawszą rzeczą tego regionu były jednak petroglyfy znajdujące się ponad 2km od miasteczka na północ. Jako przewodników mieliśmy tu dwóch lokalnych chłopców, którzy wskazali nam nie tylko drogę ale także piękny widok z góry na Issyk-Köl. Petroglyfy to inaczej głazy z wygrawerowanymi malunkami na nich. Jeden z nich przedstawiał jelenia a inne np. irbisy. Większość z nich pochodziła z XIIIw p.n.e. do około Iw n.e. Oprócz tego były też tutaj rzeźbione kamienie grobowe z wyciosanymi twarzami ludzi. Na polu gdzie znajdowały się kamienie był też mały strumyk a cała okolica składała się na kolejny uroczy krajobraz, z jeziorem Issyk-Köl.

Cholpon-Ata to bardzo przyjemne miejsce i dobre na odpoczynek przed ciężkimi wyprawami w okolicach Karakol. Zdecydowanie polecam choć z drugiej strony nie radzę tu używać internetu gdyż jest nieporównywalnie drogi w stosunku do Biszkek czy Karakol.

Karakol

(Opis miasta, jego zabytkó, naszego hotelu, Kazan Kebab)

Karakol jest jednym z większych miast Kirgistanu co oznacza, że składa się w zasadzie tylko z kilku ulic. Znajduje się tutaj ciekawa architektura z przełomu XIX i XX wieku choć niewątpliwie miasto to jest zwłaszcza punktem wypadowym na wyprawy w góry. Miasto Karakol jest także centrum administracyjnym prowincji Issyk-Köl.

Gdy dotarliśmy do Karakol nie byłem zachwycony. Za 60 som dotarliśmy do centrum, po drodze mijając posowieckie bloki z płyt oraz rondo, które nie widziało farby od dawna. Rozładowaliśmy swoje bagaże w hotelu Neofit gdzie chciano mnie skasować 800 som za dwie osoby w jednym pokoju lecz zapłaciłem tylko 500som i byli szczęśliwi. Hotel Neofit był dobrze zorganizowany, dlatego że miał czyste pokoje i czystą pościel, prysznice z gorącą wodą i centralną lokalizację.

Najpierw poszliśmy do informacji turystycznej aby pomogli nam w zorganizowaniu wyprawy i pomimo że udzielili mi kilku rad, jak zwykle wszystko zorganizowałem sam. Następnie zobaczyliśmy chiński meczet, który wyglądem przypomina buddyjską monasterę lecz jest on rzeczywiście meczetem. Ukończony został w 1910 roku, następnie został zamknięty przez Bolszewików w latach 30-tych a potem znowu stał się obiektem sakralnym. Moim zdaniem będąc w Karakol nie zaszkodzi zobaczyć tego meczetu gdyż jest blisko i jest to kolejny ciekawy obiekt,  lecz po wizycie w Uzbekistanie czy w Tybecie na pewno nas nie zachwyci.

Poza tym w Karakol znajduje się wiele kolonialnych budynków, które ponad wiek temu należały głównie do rosyjskich intelektualistów. W takim budynku znajduje się np. lokalne muzeum, biuro radia i telewizjii oraz szkoła pedagogiczna. Nie wszystkie są niestety w dobrym stanie ale myślę, że wiele ulic wciąż oddaje styl i charakter tamtych czasów. Ciekawa była także zbudowana z drewna Katedra Świętej Trójcy, która także ma przykrą historię związaną z Bolszewikami. Mimo, że prace restauracyjne nad tym bardzo nastrojowym miejscem były przeprowadzane kilka razy, to mimo to widać że cerkiew ta potrzebuje jeszcze poważnych inwestycji. Katedra ta była jedną z moich ulubionych obiektów w Karakol. Po zwiedzaniu i zrobieniu zakupów poszliśmy do pobliskiej restauracji i z chęcią tu doradzę, że jeśli ktoś zabawi w Karakol to koniecznie powinien spróbować potrawy o nazwie „Kazan kebab”. Są to drobno pokrojone i wspaniale przyprawione kawałki wołowiny z ryżem i sałatką. Zwłaszcza przed wyprawą w góry radzę zjeść całą porcję a potem odpocząć. My jednak poszliśmy zobaczyć jeszcze jedno miejsce, które niestety miało charakter sowiecki. Był to Park Puszkina gdzie przyroda była mniej niż mierna lecz po wejściu przez dziurę w płocie, na piedestale stał spory czołg oraz zbiorowy grób armii czerwonej.

Nad ranem następnego dnia poszliśmy na miejscowy bazar aby zaopatrzyć się na wyprawę w góry. W międzyczasie zrobiliśmy pranie w hotelu Neofit oraz zostawiliśmy zbędny bagaż na przechowanie na parę dni. Potem wracaliśmy jeszcze do Karakol aby odpocząć po wyprawie, zjeść Kazan kebab i wyruszyć na inną wyprawę.

(Dolina Karakol) – Wyprawa do Altyn Araszan

(Czym jest Altyn Araszan, przebieg wyprawy do Altyn Araszan, dom Valentina, dieta z grzybów, piękno przyrody)

Wyprawa do Altyn Araszan jest jedną z najbardziej popularnych wypraw z Karakol. Zdecydowanym atutem Araszanu jest jego malownicza, górska sceneria choć znajdują się też tu gorące źródła, będące czymś w rodzaju nagrody po trudach dotarcia na miejsce. Altyn Araszan leży na wysokości 3000m n.p.m. ze szczytem Pik Palatka (4260m n.p.m.) widocznym przy dobrej pogodzie. Poza tym jest tu czyste powietrze, czysta, wartka rzeka i stada baranów pasące się na zielonych pastwiskach. Podobno Araszan, który objęty jest terenem rezerwatu przyrody, jest także domem dla 20 irbisów. Zobaczenie ich jednak to szansa jak jeden do miliona.

Większość turystów dostaje się tylko do schroniska w Altyn Araszan a potem wraca do Karakol. My jednak poszliśmy o duży krok na przód gdyż wyruszyliśmy także do jeziora Ala-Köl (szczyt widokowy na wysokości 3860m n.p.m.) Najmniej osób robi pełną pentlę i wraca do Karakol przez obóz Sirota. Jak zwykle w tych warunkach trzeba mieć dobrą pogodę, dobrego i trzeźwego przewodnika oraz dobrego konia, lub po prostu mocne nogi i kręgosłup.

Moim zdaniem odcinek Karakol→Altyn Araszan można zrobić samemu co biura podróży oczywiście odradzają. Z Karakol swoim jeepem (pod warunkiem, że nie jest w naprawie) może zawieść Was Valentin, czyli człowiek, który cały sezon spędza w Altyn Araszan. Przyjemność ta to około $25, choć ja uważam że transport w tym miejscu wiele odbiera przygodzie.

Po wyjściu z hotelu Neofit stanęliśmy na drodze gdzie zatrzymałem busik nr 358 jadący do Sanatorium Ak-Suu lub inaczej do Kurortu Ak-Suu. Monika miała miejsce siedzące i była ściśnięta pomiędzy kaczki a kubeł jabłek, natomiast ja stojąc miałem dobry widok na okolicę. Po około 10min dotarliśmy do rozstaju dróg, przy wejściu do doliny. To miejsce nazywało się kurortem lecz tylko z samej nazwy.

Od tego momentu czekało nas 16km górskim szlakiem. Raz było łatwo, innym razem bardziej stromo lecz po jakimś czasie zrobiło się już bardzo ciężko. Nieśliśmy swoje plecaki, których mieliśmy już dość choć czasem przechodzili turyści, którzy mieli dwa razy większe. Oczywiście sceneria tego miejsca była coraz piękniejsza wraz z posuwaniem się naprzód. Otaczały nas góry, obok płynęła wartka rzeka i pasły się barany. Droga była bardzo nierówna i kręta, wystawały z niej kamienie i gdzieniegdzie poprzecinana była strumykami. Od czasu do czasu siadaliśmy przy rzece, pod drzewami i mieliśmy przerwy na posiłek. Było to dobre także dlatego gdyż arbuz, który dźwigaliśmy był ciężki i zjadanie go sprawiało, że było nam lżej. Tego dnia trafiła nam się jednak fatalna pogoda gdyż bardzo padało i w końcowych fazach marszu byliśmy cali przemoczeni i mieliśmy wszystkiego dość. Do tego przez ostatnich kilka kilometrów droga robiła się coraz bardziej stroma lecz tego dnia także brudna, mokra i śliska. W końcu po około sześciu godzinach, przed naszymi oczami ukazała się piękna dolina z kilkoma domkami. Miałem tylko nadzieję, że ktoś nas przyjmie gdyż zwłaszcza tego dnia nie chciało mi się rozstawiać namiotu w deszczu. Na szczęście Valentin „dostał cynk” z biura w Karakol i wiedział, że dwoje turystów chce pokonać pieszo tę trasę właśnie tego dnia. Weszliśmy do jego chatki, usiedliśmy przy piecu a potem z wolna zaczęliśmy się rozbierać i rozwieszać pranie przy kominku. Byliśmy wykończeni lecz zwłaszcza Monika. Dość szybko dostaliśmy też plov lecz zimny i dlatego bolał mnie potem brzuch. Zasnęliśmy w salonie na półkach przerobionych na łóżka gdyż wszystkie pokoje były zajęte. Nie przeszkadzało nam, że ludzie rozmawiali koło nas, grali w szachy i w karty. Po prostu poszliśmy spać.

Nazajutrz wstaliśmy uśmiechnięci gdyż byliśmy susi, choć ciągle nie  wypoczęci. Ciągle czuliśmy nasz 16km marsz po górę poprzedniego dnia. Dostaliśmy śniadanie składające sie głównie z makaronu i kilku grzybków gdyż Valentin dawał jeść raczej tanio. Dieta tutaj opierała się na makaronie lub ryżu a do tego też na grzybach. Było ich tu zawsze pod dostatkiem i to zwłaszcza po deszczu. Poza tym Valentin lubił zbierać. Częścią jego domu było także przeciekające w czasie deszczu konserwatorium gdzie stał hamak i można było spać na platformie pod  szybami. Byliśmy w pięknej, zielonej dolinie, po obu stronach pasły się owce i barany, przed nami w zagrodzie były konie, obok czysta rzeka i Pik Palatka chowający się za mgłą. Usiedliśmy razem przy rzece i cieszyliśmy się przyrodą.

Wyprawa do wysokogórskiego jeziora Ala-Köl (3530m n.p.m.)

(Opis piękna mojej wyprawy, wspaniałego jeziora, jazdy konnej, wspinaczki i powrotu do Altyn Araszan i do Karakol, gorące źródła)

Wiem, że tego dnia być może powinniśmy byli zostać w Altyn Araszan i odpocząć lecz akurat trafiła się grupa Rosjan mieszkających w Biszkek, którzy chcieli się wybrać na konną wyprawę do jeziora Ala-Köl. Oczywiście dołączyliśmy się do niej i byłem szczęśliwy, że to także zrobię choć nie obyło się bez komplikacji. Ciężko było nam załatwić przewodnika gdyż nikomu kto miał konie nie chciało się wstać z powodu przepicia. Po naszych staraniach w końcu wyruszyliśmy po dwóch godzinach. Drugim problemem była tu moja dzielna „podróżniczka przygodowa”, która bała się koni oraz narzekała na bóle nóg i pleców. Nie było jednak czasu aby się tym przejmować. Wyruszyliśmy w kolejną wspaniałą przygodę.

Wsiedliśmy na konie i ruszyliśmy w drogę. Najpierw przeszliśmy przez rzekę a potem wspinaliśmy się przez jakiś czas. Konie dawały sobie świetnie radę lecz były trochę leniwe i uparte. Przez cały czas mieliśmy piękne widoki na góry, zielone pastwiska, rzekę i ogólnie była to wspaniała przygoda. W niektórych miejscach zatrzymywaliśmy się też na posiłek z naszą wesołą kompanią. Jedliśmy miejscowy chleb (lepioszka) oraz kiełbasę i ogórki. Po kilku godzinach zaczynały nas jednak boleć tyłki i mieliśmy już trochę dość gdyż wędrówka w jedną stronę miała nam zająć tylko cztery godziny a zajęła sześć. Wszystko dlatego, że przyroda była tak piękna, że porzebowaliśmy więcej czasu aby się nią nacieszyć. W końcu dotarliśmy do miejsca gdzie było za stromo aby konie mogły się wspinać dlatego my musieliśmy. Wchodziliśmy na górę o wysokości około 200m i często musieliśmy wdrapywać się na czworakach gdyż było tak stromo i ślisko. Jedna partia była pokryta żwirem, z którego było łatwo się zturlać a inna była przykryta wiecznym śniegiem. Po około 30 minutach udało nam się wejść na szczyt choć pierwsza była Monika. Widok z góry był oczywiście cudowny. Z jednej strony widziałem góry i szeroką dolinę, przeciętą przez rzekę a z drugiej miałem lodowce i krystalicznie czyste, błękitne jezioro Ala-Köl.

W tamtej chwili czułem, że wszystkie ciężkie chwile związane z tą wyprawą były właśnie po to aby stanąć na tej górze i mieć ten widok.

JezioroAla-Köl i wyprawa do niego była jednym z najbardziej udanych i fascynujących doświadczeń górskich mojego życia. Innym tego rodzaju przeżyciem było zmierzanie pod Mount Everest.

Droga powrotna do Altyn Araszan była trudna gdyż mieliśmy opóźnienie i przez trzy godziny szliśmy po ciemku. Konie były zmęczone i leniwe a jeden kulał i musiałem go prowadzić. Raz schodziłem na koniu ze stromej góry bardzo powoli a innym razem weszliśmy w podmokły teren i kolega na innym koniu musiał zajść mojego od tyłu, który przestraszony galopem wbiegł pod górę. Monika miała już dość gdyż była ciemna noc, bała się i było jej zimno. Oczywiście otrzymałem małą wiązankę wulgaryzmów z jej strony, lecz następnego dnia, gdy już się wyspała i najadła, uznała że była to piękna wyprawa. Poza tym pierwsza dotarła na szczyt.

Ważną częścią tej wyprawy były także gorące źródła do których poszliśmy o drugiej w nocy pomimo zmęczenia. Było to fantastyczne doświadczenie bez którego moim zdaniem nie należy nawet opuszczać Altyn Araszan. Było ciepło, przyjemnie i mogliśmy się zrelaksować. Następnie rozgrzani, zeszliśmy do rzeki ślizgając się po błocie. Położyłem się w niej gdyż wtedy było mi na tyle ciepło, że jeszcze nie czułem jej zimna. Wrócliśmy wszyscy przez dolinę około czwartej nad ranem mając do dypozycji tylko światło z telefonu.

Późnym rankiem następnego dnia wyruszyliśmy w drogę powrotną do Karakol. Oznaczało to ponowne 16km pieszo lecz tym razem poszło nam szybciej gdyż było z górki. Jak zwykle mieliśmy piękne widoki i tym razem już nie padało. Po dotarciu do Kurortu Ak-Suu złapałem autostop, co oznaczało że do Karakol dojechaliśmy ściśnięci w osiem osób w jednym samochodzie.

Jeti – Oghüz

(Perła kirgiskiej natury z czerwonego piaskowca)

Po powrocie do Karakol wróciliśmy do naszego hotelu by po prostu odpocząć. Cały dzień minął nam na spaniu i jedzeniu gdyż byliśmy tak wykończeni. Nie chciałem jednak jeszcze opuszczać Karakol gdyż około 25km na zachód od miasta leżało Jeti-Oghüz czyli piękne formacje skalne z czerwonego piaskowca. Dotarliśmy tam taksówką z bazaru nieopodal hotelu Neofit. Miejscem, które mnie interesowało było Jeti-Oghüz Sanatorium gdyż tam właśnie były czerwonego klify. Jeden z nich to Rozbite Serce a inny komplet skał to Siedem Byków. Każde z nich ma oczywiście swoją legendę. Widoki były tu cudowne i też zupełnie inne niż dotychczas widziałem. Spośród zielonych pastwisk kóz i małych gospodarstw wyrastały wielkie, piękne, czerowne klify o kształtach jak opisałem powyżej. Wielu turystow jedynie robi zdjęcia z dołu lecz ja wspiąłem się na sam szczyt aby dotknąć byków. Niestety bardzo się to nie spodobało Monice, która była bardzo leniwa i nie chciała wchodzić na kolejną górę choć z drugiej strony nie chciała też zostać sama. Na szczęście okoliczne psy tak na nią ujadały (i słusznie zresztą), że w końcu zaczęła wchodzić. Wejście to nie było trudne. Monika przez cały czas narzekała bo czuła jeszcze trudy poprzedniej wędrówki lecz zauważyłem, że im było wyżej tym narzekała mniej gdyż widoki były tak piękne. Punktem kulminacyjnym było dostanie się na szczyt aby dotknąć „byka” z czerwonego piaskowca oraz obserwacja „byków” i całej okolicy z góry. Następnie zeszliśmy na dół i spędziliśmy czas nad rzeką oraz wśród wiejskich zagród, koni i baranów. Po prostu delektowaliśmy się malowniczym widokiem i ciszą. Potem po wizycie w lokalnym barze i zjedzeniu mante (centralno-azjatyckie pierożki z baranim mięsem) poszliśmy do Rozbitego Serca. Spędziliśmy tu kilka godzin siedząc przy rzece, na tle czerownych skał i na rozmowie z kirgiską rodziną wewnątrz jurty. Monika chciała wrócić do centrum wsi gdyż tego dnia o szóstej wieczorem była dzielona taksówka lecz ja pomyślałem, że będzie lepiej jeśli sobie darujemy zorganizowany transport i wrócimy do Karakol polegając na szczęściu. Szliśmy więc około pół godziny asfaltową szosą. Ja byłem szczęśliwy a Monika się martwiła bo jest w tym bardzo dobra. W końcu zatrzymałem autostop i dojechaliśmy do głównej drogi gdzie spędziliśmy czas ze sprzedawcami miodu. Stamtąd złapałem kolejny autostop i szczęśliwie wróciliśmy do Karakol po kolejnym pięknym dniu.

Jeti-Oghüz moim zdaniem jest koniecznością dla tych, którzy akurat są w Karakol. Ominięcie tego miejsca to bardzo poważna strata niepowtarzalnych wrażeń.

Droga z Karakol do Tamgi

(……oraz jak trafić na odpowiedni „dworzec” w Karakol. Bez poniższych wskazówek może być to bardzo irytujące)

Bardzo ważną rzeczą jest aby pamiętać, że w Karakol są dwa dworce lub raczej miejsca gdzie parkują busiki. Są to dworzec „północny” i „południowy” a nazwę tą zawdzięczają temu, którym brzegiem jeziora Issyk-Köl się poruszają. Tamga leży na południowy brzegu jeziora więc aby dostać się na odpowiedni dworzec w Karakol, należy po wyjściu z hotelu Neofit (ulica biegnąca do Parku Puszkina) skręcić w lewą stronę i dojść do tragicznie wyglądającej stacji benzynowej. To jest właśnie dworzec.

Jazda do Tamgi minęła spokojnie i miałem ładne widoki. Trwało to ponad 3h.

Tamga

Tamga według mnie jest pięknym przystankiem nad jeziorem Issyk-Köl i zarazem wspaniałym odpoczynkiem przed dość wymagającym Kirgistanem Centralnym.

Gdy tylko wysiedliśmy na pustej drodze ukazała się przed nami błękitna panorama jeziora a po drugiej stronie były skały i droga pod górę. Miejscowe dzieci zaprowadziły nas do hotelu w pobliżu stacji benzynowej lecz było tu bardzo drogo. Poszliśmy więc w okolicę mostu gdzie rosyjska rodzina wynajmowała pokoje. Mieliśmy tutaj ładne lokum w sadzie owocowym i było nam tak dobrze, że zostaliśmy trzy noce a mieliśmy zostać tylko jedną. Leżeliśmy na plaży, „puszczaliśmy kaczki” do wody i zrywaliśmy morele z drzew. Było wspaniale. Czułem po raz kolejny bliski kontakt z naturą, tym bardziej że na plaży pasły się krowy.

Nie było tu nigdy problemu z autostopem dlatego kilka razy jeźdźiliśmy pod górę do głównego miasta, na posiłki i zrobienie zapasów.

Tamga była miłym, leniwym i spokojnym odpoczynkiem po górskich trudach.

Kirgistan Centralny

Jazda do Jeziora Song-Köl                                                                     

(Podróż przez piękny Kirgistan, niezawodny autostop, tragiczna osada Sarymbulak, jazda 40-letnim Moskwiczem pod górę, stada jaków, kolejny autostop, dotarcie na miejsce za pomocą kilku wraków i cierpliwości)

Jak zwykle to bywa podczas moich podróży i tym razem stanęliśmy na pustej drodze w oczekiwaniu na autostop. Już po kilku minutach podjechała stara i mocno sfatygowana Toyota. Wrzuciliśmy nasze bagaże i odjechaliśmy lecz po kilku minutach dosiadł się do nas Amerykanin (Peter), którego też zgarnęliśmy z pustej drogi. Podróż minęła nam bardzo miło. Przez cały czas podziwialiśmy malownicze plenery i nawiązaliśmy dobry kontakt z naszym nowym kompanem. Przez cały czas jak zawsze w Kirgistanie jechaliśmy pomiędzy górami, malowniczymi dolinami, jeziorami i rzekami. Widoki były zdumiewająco piękne.

Po jakimś czasie nasz kierowca wyrzucił nas gdzieś na rozstaju dróg gdyż jechał w innym kierunku, dlatego zatrzymałem inny samochód. Zauważyłem, że w Kirgistanie wielu kierowców często staje na widok turysty gdyż jest to dla nich opłata za benzynę. Z reguły nie starają się wyciągnąć wielkich sum. Biorą tyle ile za „marszrutkę” za ten sam dystans a komfort i szybkość jazdy jest o wiele lepsza. Tak jak wcześniej widoki były wspaniałe. Niestety i ten kierowca musiał zboczyć z naszej trasy i dlatego wyrzucił nas we wsi Sarymbulak.

Po namyśle uznałem, że Sarymbulak to mimo wszystko jednak nie wieś. Jest to tylko bardzo dziurawa droga o którą potykają się osły i na których psują się resory w kirgiskich samochodach. Po jednej stronie stoją długie, drewniane baraki, które kiedyś mogły być wagonami choć nie jestem tego pewien. Przed nimi stoją kobiety z grillowanymi rybami, napojami i z „kurtem” czyli ze zlepionymi kulkami z kobylego mleka. Po drugej stronie jest (uwaga luksus!!!) murowany dom gdzie znajduje się restauracja. Weszliśmy tu w trójkę zwracając na siebie uwagę wszystkich ludzi i wnet podano nam grube menu. Zawierało ono bogaty spis potraw lecz tego dnia był tylko gulasz barani, jajka i herbata. Tyle nam wystarczyło do szczęścia biorąc pod uwagę, że Kirgistan nie jest krajem dla tych, którzy lubią grymasić. Dobra też była sutuacja z „toaletą”. Gdy ktoś chciał skorzystać, wnet jak spod ziemi wyrastał mały chłopiec, który zaprowadził mnie i pokazał obmurowane dziury w ziemi-za jedyne 2 somy!

Po „wystawnym” obiedzie i „wspaniałej toalecie” przyszedł czas na załatwienie transportu. Długo miałem problem z uzgodnienem ceny z kilkoma kierowcami gdyż z natury nie jestem wyrywny. W końcu podjechał 40-letni Moskwicz, który był na prawdę tani choć nie gwarantował, że dojedziemy na miejsce. Gdy ruszył widziałem, że osły stojące z tyłu aż zakasłały od smogu, lecz ważne że byliśmy w drodze. Wspinaliśmy się pod górę i widoki były oczywiście coraz piękniejsze lecz nasz Moswicz przeżywał ciężkie chwile. Co jakiś czas stawaliśmy aby go ochładzać i znowu ruszaliśmy. W końcu jednak dał za wygraną. Wysiedliśmy więc i na nasze szczęście za nami jechały nowe samochody terenowe z napędem na cztery koła. Zatrzymały się bez problemu i od tej pory już jechaliśmy bez przeszkód. Całe szczęście, że nas zabrali bo zaczął padać siarczysty deszcz i wiać silny wiatr. Parę razy zatrzymywaliśmy się też aby oglądać stada jaków i rośliny, których wcześniej nie widziałem.

W końcu dotarliśmy nad jezioro Song-Köl. Zaznaczam jednak, że ja opisałem tutaj tylko swoją, opartą na przypadkach drogę do tego jeziora. Dróg do Song-Köl jest wiele, bardziej lub mniej testującą cierpliwość i siłę charakteru.

Jezioro Song-Köl (3016m n.p.m.)

(Opis terenu, narodowy festiwal kirgiskiej kultury, narodowe gry Kirgistanu, które odbywały się tego dnia)

Jezioro Song-Köl to jedno z najbardziej uroczych miejsc w Centralnym Kirgistanie. Znajdują się tu otwarte, zielone pastwiska i wspaniały krajobraz. W sezonie jest tutaj wiele jurt i turyści są mile widziani co pomaga lokalnym rodzinom. Organizowane są tu też festiwale dla turystów podczas których można zapoznać się z miejscową kulturą i wziąć udział w narodowych grach Kirgistanu. (Opisałem dokładnie w ciekawostkach pod tym samym tytułem). Samo jezioro jest dobrym miejscem do łowienia ryb choć jak słyszałem od miejscowego, nie ma tu już tyle ryb co kiedyś.

Po dojechaniu na miejsce zostaliśmy w pierwszej jurcie, tam zjedliśmy kolację i spaliśmy. Ja już wcześniej spałem w jurtach w Mongolii lecz dla Moniki był to pierwszy raz. Na kolację dostaliśmy naturalny jogurt, dżem, chleb i ziemniaki z sosem. Będąc tak wysoko było niestety zimno i wietrznie dlatego gospodyni dała nam wiele kołder. Moim zdaniem była tu też swoista tragedia. Gdy spytałem dlaczego obcięli uszy psu i dwóm osłom, odparli, że po to aby lepiej słyszały. No cóż…..byłem tu dla piękna naturalnego i pewnych rzeczy nie byłem w stanie zmienić a gdybym mógł to pewnie najpierw zrobiłbym to w swoim kraju.

Następnego dnia pojechaliśmy rano na kirgiski festiwal. W wielkiej jurcie znajdowały się stoły zastawione głównie słodyczami, choć dali nam też trochę barana i zupę-też baranią. Pogoda była okrutna lecz mimo to wszyscy się bawili. Był tu między innymi pokaz rozstawiania jurty oraz pokaz załadowywania złożonej jurty na wielbłąda. Poza tym jezioro Song-Köl było tym miejscem gdzie na prawdę nauczyłem się galopować na koniu i nawet przeskakiwać przez małe strumyki. Padał siarczysty deszcz i było zimno lecz bawiłem się cudownie. Wziąłem też udział w końskich wyścigach i niestety przegrałem gdyż miałem zbyt późny start.

To co przeżyłem nad jeziorem Song-Köl jest dla mnie niezapomniane. Szkoda tylko, że dostanie się tu jest tak wielkim wyzwaniem, choć jest to przecież nieodłączna część każdej wyprawy po Azji Centralnej.

Narodowe gry Kirgistanu, które odbywały się tego dnia:

Podróżując po Azji Centralnej zwróciłem uwagę na gry w Kirgistanie, które są bardzo specyficzne i ściśle związane z kirgiską kulturą. Dobrze się bawiłem próbując kilku z nich lecz są one trudne gdyż wszystkie są związane z dobrą umiejętnością jazdy konnej.

Pierwsza gra nazywa się Ulak-Tartysh, która jest połączeniem polo i rugby choć „sprzęt jest bardziej zróżnicowany. Są dwie drużyny a zawodnicy próbują sobie wyrwać martwą kozę, która ma obciętą głowę i nogi do kolan. Zwłoki kozy mają być doprowadzone do oznakowanego krwią kozy celu. Z punktu obserwatora wygląda to interesująco gdy grupa mężczyzn na koniach walczy o zwłoki kozy bez głowy. Z nieoficjalnych źródeł dowiedziałem się, że wygrana drużyna zjada kozę.

Inną interesującą grą jest Kyz Kuumai. Polega to na tym, że mężczyzna na koniu goni dziewczynę (także na koniu) i próbuje ją pocałować w galopie. Jeśli pocałuje-wygrywa. Jeśli mu się nie uda, dziewczyna może gonić jego.

Ciekawe było także Tyin Emmei czyli podniesienie monet z ziemi w pełnym galopie. Dziś jednak monety zastąpiły banknoty.

Jest także Oodarysh czyli najprościej mówiąc zapasy na koniach. Wygrywa ten kto zrzuci przeciwnika z konia.

Jest także wiele wyścigów konnych na różne dystanse w których sam brałem udział. Gdy byłem na jednym z festiwali zorganizowanym przy chłodnym i wietrznym jeziorze Song-Köl, był także pokaz rozkładania jurty oraz pakowanie jego szkieletu na wielbłąda.

Omówiłem tylko niektóre z kirgiskich gier lecz generalnie, aby być w nich dobrym należy świetnie jeździć na koniu, być silnym i nie znać strachu. Bardziej zainteresowanym polecam mój artykuł pt. “Narodowe gry Kirgistanu“.

Jazda z Jeziora Song-Köl do Koczkor

(Po raz kolejny piękno Kirgistanu, udany transport, niezdecydowanie miłej kobiety-kierowcy)

Nasz dalszy transport był oparty na szczęściu i tym razem udało nam się wyjątkowo. Całą trasę przejechaliśmy z parą z Europy, która pracowała w Kirgistanie choć były też ciężkie chwile. Kierowcą była bardzo miła i pomocna kobieta lecz do ostatniej chwili też bardzo niezdecydowana gdzie mieliśmy jechać i w której wiosce mieliśmy spać. Ja nie miałem tu niestety nic do gadania bo jej samochód w tej części kraju był pewnie jedynym środkiem transportu. Raz zajechaliśmy do jednej wioski gdzie mieliśmy spędzić noc lecz warunki jej nie odpowiadały. Muszę jednak przyznać, że razem zaliczyliśmy piękne plenery Kirgistanu. Gdy zjeżdżaliśmy z jeziora Song-Köl, poruszaliśmy się po malowniczej serpentynie a w dole widziałem malownicze doliny pełne baranów, koni i jurt. Nawet jazda zwykłą drogą była wspaniała gdyż górska sceneria w połączeniu z rwącą rzeką i dziećmi na osłach dawały bardzo szczególne wspomnienia.

Ostatecznie mieliśmy zapłacić jakieś pieniądze za transport lecz „ugościli” nas. Zaliczyliśmy razem noc w miastach Naryn a potem Koczkor gdzie się rozstaliśmy.

Naryn

(Opis miasta, nocnej awantury i szyrdaków)

Naryn jest jednym z większych miast w Kirgistanie, które nie zrobiło na mnie dobrego wrażenia. Krótko mówiąc jest to rząd posowieckich, odrapanych bloków z płyt a po środku leży asfaltowa droga z mnóstwem dziur. Dostaliśmy się tam wieczorem i jak zwykle załatwiłem pokój w najtańszym miejscu z możliwych. Przespaliśmy się za grosze w hotelu Kerme-Too lecz nie zasnęliśmy od razu. Łobuzy tak hałasowały i wybijały okna przed naszym pokojem, że w końcu zgarnęła ich policja. Jak wcześniej wspomniałem było tanio i wtedy zrozumiałem dlaczego.

Jednak nawet w takiej szczurzej norze jak Naryn jest coś dobrego. Jest to punkt wypadowy do jeziora Song-Köl oraz Tash Rabat caravanserai a transport można zorganizować w biurze turystycznym CBT. W tym samym biurze znajduje się też najwolniejszy internet na świecie (może poza tym w Uzbekistanie) oraz sklep z wyrobami narodowymi. Tutaj polecam czapki, kapcie, szaliki oraz przede wszystkim szyrdaki czyli narodowe dywany kirgiskie z koziej wełny. Kupiłem jeden bo bardzo okazyjnej cenie. Zaznaczam też, że jeśli ktoś chce kupić szyrdak to nie radzę kupować w Biszkek gdyż ceny są tam tak wygórowane, że przy płaceniu leci krew z nosa. Poza tym wszystkie szyrdaki są i tak sprowadzane z miast Naryn i Koczkor.

Koczkor

(Opis miasta, fabryka szyrdaków, gulasz)

W przeciwieństwie do Naryna Koczkor jest przyjemnym miastem, otoczonym górami i małymi domkami. Nasz kierowca podwiózł nas pod CBT gdzie skierowano nas do prywatnego gospodarza, u którego zatrzymaliśmy się na parę nocy. Koczkor ma bardzo przyjemny i dobrze zaopatrzony bazar, sklepy i knajpy. Do tego CBT załatwia wycieczki w najbliższe okolice a czas spędzony tutaj minął nam bardzo przyjemnie. W domu u gospodarza był piękny sad, z którego ja i Monika wyjedliśmy trochę moreli i jabłek a pani domu przygotowała nam prysznic z ruskiej bani. Do tego w Koczkor znajduje się lokalna fabryka szyrdaków  mieszcząca się w prywatnym domu gdzie także można kupić z pierwszej ręki. Wybór był bardzo bogaty a miejsce to polecam szczególnie ze względu na bliższe poznanie kirgiskiej sztuki.

Był tu też powtarzający się niestety choć wesoły element naszego pobytu. Poszliśmy do knajpy gdzie dostaliśmy grube menu. Okazało się jednak, że tego dnia był tylko gulasz. Po paru minutach wszyscy ludzie w knajpie jedli to samo danie. Zabawne było też w jaki sposób klienci zamawiają a kelnerka mówi, że tego akurat nie ma. Nie ma też tego i tego i tamtego niestety też nie. W końcu ze zmieszanym uśmiechem oświadcza, że dziś poleca gulasz. Zgadnijcie co zamówiliśmy………

Sarlasas (zielone wzgórza)

(Opis piękna rejonu, czy hodowla kóz się opłaca?, posiłek i rozmowa z kirgiską rodziną)

Jedną z piękniejszych wycieczek było pojechanie do zielonych wzgórz Sarlasas, które znajduje się około 53km za Koczkor. Transport zorganizowany w to miejsce nie istnieje dlatego wziąłem samochód z CBT. Można jeszcze porozmawiać z kierowcami na głównej ulicy lecz nie zawsze daje to dobry efekt. Do Sarlasas jechaliśmy około godziny i widoki były oczywiście piękne. Z czasem zboczyliśmy z głównej drogi i jechaliśmy poprzez polany w pięknej dolinie. Przekraczaliśmy rzeki samochodem i raz nawet tak, że zalało podwozie i musieliśmy czekać aż kierowca naprawi. Po dojechaniu na miejsce zarzymaliśmy się u typowej kirgiskiej rodziny pasterskiej. Mieli oni stado kóz i konie na których potem jeździliśmy. Mieszkali w przyczepie kempingowej, która była kiedyś wagonem a obok stała jeszcze jurta.

Długo rozmawialiśmy o tym jak się żyje w Europie i w Kirgistanie oraz o tym czy hodowla kóz się opłaca. Oczywiście w Kirgistanie jest to najbardziej popłatne zajęcie, zaraz po pracy w rządzie. Gospodarz powiedział, że problem z pięniędzmi pojawia się gdy trzeba wydać syna lub córkę za żonę. Wtedy jedynym rozwiązaniem jest sprzedanie części stada, które potem i tak się rozmnoży. Poczęstowali nas jogurtem i dżemem własnej roboty oraz lepioszką czyli okrągłym chlebem wypiekanym w ich piecu.

Potem jeździliśmy na koniach, spacerowaliśmy wśród stad zwierząt i podziwialiśmy widoki zielonych wzgórz oraz ośnierzonych szczytów.

Sarlasas było kolejną bardzo udaną wycieczką.

Powrót do Biszkek i pożegnanie mojej towarzyszki podróży

Do Biszkek wróciliśmy dzieloną taksówką z Koczkor. Podróż minęła bardzo szybko i dobrze. Widoki były jak zwykle piękne.

W Biszkek musiałem się już niestety pożegnać z moją towarzyszką podróży dla której elementy tej wyprawy okazały się bardzo ciężkie i która sprawiła trochę kłopotu. Dzień ten minął nam na sprawach organizacyjnych. Pojechaliśmy na Osz Bazaar aby kupić walizkę oraz do sklepu towarowego Tsum po pamiątki. Następnie odwiozłem ją na lotnisko Manas i odfrunęła. Podziękowała mi za przeprowadzenie ją przez kolejny ciekawy, przygodowy kraj lecz z drugiej strony miała już dość.

Wieczorem odbyłem ciekawą dyskusję z innymi podróżnikami na temat Trasy Pamirskiej i Tadżykistanu gdyż był to mój kolejny cel.

Kirgistan południowy

W czasie gdy zmierzałem na południe kraju w Kirgistanie było jeszcze uczucie niepewności co do bezpieczeństwa w Dolinie Fergana. Parę miesięcy wcześniej nastąpiła tu wojna domowa na tle etnicznym. Po raz drugi w okresie 10 lat Kirgizowie i Uzbekowie zaczęli walczyć co skończyło się wielką tragedią zwłaszcza w takich miastach jak Özgon, Jalal-Abad i Osz. Do dwóch ostatnich byłem właśnie w drodze ciągle nie mając pewności co do bezpieczeństwa. Kirgistan południowy jest też bardziej konserwatywny i często jest określanym mianem „innego kraju” przez Kirgizów z północy. Jest zwłaszcza kilka różnic obyczajowych pomiędzy płn. a płd.

Poniżej będę omawiał wszystkie miejsca, które odwiedziłem podczas tej części mojej wyprawy, oraz plenery które na odcinku Biszkek-Osz mają wiele do zaoferowania. W tej części wyprawy opiszę też moją podróż przez kirgiski odcinek Trasy Pamirskiej.

Droga z Biszkek do Osz

(Tör-Ashuu (3586m n.p.m.), Ala-Bel (3184m n.p.m.), rezerwuar Toktogul, Bazar Korgon, droga do Arslanbob)

Gdy dostałem się do dworca w Biszkek powiedziano mi, że autobusów nie ma i dlatego jedyną formą transportu była dzielona taksówka. Miejsce kosztowało mnie 1000 som. Musiałem oczywiście czekać dwie godziny na komplet pasażerów lecz w końcu odjechaliśmy.

Droga ta jest warta pokonania ze względu na piękne widoki. Oczywiście po drodze są zielone pastwiska i jurty lecz na uwagę zasługuje przede wszystkim „wspinanie się” samochodem, prawie jak po płaskiej ścianie. Ważną częścią tej podróży jest przejście Tör-Ashuu (3586m n.p.m.), które jest najwyższą częścią wyprawy. W tym miejscu przejeżdżałem przez kilka długich tuneli, z których największy miał długość 2,6km. Następnym wysokim punktem podróży jest przejście Ala-Bel (3184m n.p.m.). Potem były zielone pastwiska, jurty i oczywiście szybka rzeka lecz także stoiska z kumysem i miodem na drodze. W tych okolicach zajechaliśmy do knajpy gdzie na świeżym powietrzu i siedząc przy niskich stołach, zjedliśmy kurczaka z cebulą i zieloną herbatą. Otoczenie było piękne. Kolejnym ciekawym punktem naszej jazdy był rezerwuar Toktogul czyli ogromny, malowniczo położony zbiornik wodny. Następnie zaczęliśmy się trochę wspinać i jechaliśmy koło pięknej, zielonej rzeki, położej w kanionie. Myślę, że to był właśnie najpiękniejszy element podróży, tym bardziej że jechałem długą serpentyną i mogłem oglądać rzekę i otoczenie z wielu punktów. Wkrótce potem dotarliśmy do przedmieść Bazar Korgon gdzie kierowca był na tyle miły, że znalazł mi tani i przyjemny hotel.

Nie jechałem bezpośrednio do Osz gdyż miałem kilka miejsc do odwiedzenia po drodze.

Z Bazar Korgon przyczepił się do mnie pijak o złotym sercu, który wsadził mnie do małego Tico, kupił mi sok na drogę i posłał do Arlslanbob (za transport zapłaciłem 80 som). Droga tam była oczywiście piękna jak zwykle się to dzieje w Kirgistanie. Widziałem drewniane, wiszące mosty nad wyschłym korytem rzeki, moje ukochane osiołki oraz domki zbudowane ze skał.

Arslanbob

(Opis piękna miasteczka i jego miłych ludzi)

Jest to urocza, górska osada płynąca z ogromego lasu orzechowego (60 tys hektarów). Każdego roku zbiory orzechów osiągają 150 000 ton oraz 5000 ton jabłek, śliwek i pistacji. Według mnie Arslanbob to niewiarygodnie malownicze miejsce, dobre na wędrówki nie tylko po lesie ale także do wodospadów. Sama obecność tutaj jest oazą spokoju i  ukojeniem dla duszy.Warto jeszcze dodać, że miasteczko to jest w większości zamieszkałe przez Uzbeków.

Gdy tylko podjechałem na główny rynek podszedł do mnie pracownik z CBT, który zabrał mnie do biura i zapytał jakie mam plany. Wskazał mi też zakwaterowanie w pobliżu po czym zaprowadził mnie do uzbeckiej rodziny gdzie miałem nocleg i posiłki. Ogólnie byli to bardzo mili ludzie i spędziłem z nimi miło czas.

Zrobiłem tutaj dwie wycieczki. Pierwszą był mój spacer do 80m wodospadu. Szedłem przez główną ulicę, pomiędzy domkami i gdy byłem już prawie przy końcu zostałem zaproszony na herbatę przez uzbecką rodzinę. Było oczywiście bardzo miło. Siedziałem na świeżym powietrzu i cieszyłem się widokami a na koniec dali mi jeszcze kumys. Potem zaczęła się bardziej interesująca część spaceru gdyż szedłem niedaleko rzeki o bardzo szybkim nurcie. Przeskakiwałem z kamienia na kamień aż dotarłem do miejsca gdzie musiałem się wspinać. Była to najcięższa część gdyż szedłem po małych kamieniach i niestety ślizgałem się i czepiałem krzaków. Na szczycie czekał na mnie piękny widok. Widziałem 80m wodospad a z drugiej strony całą okolicę. W tym miejscu do drzew były poprzywiązywane kawałki materiału, które swoim pochodzeniem dotyczą czasów przed islamskich. Było pięknie-nic dodać, nic ująć.

W drodze powrotnej miałem drobny problem gdyż szedłem po niewłaściwej stronie rzeki i aby przedostać się na drugą stronę musiałem zdjąć buty. Woda była lodowata i na tyle głęboka, że zamoczyłem też sobie spodnie w czego efekcie zostałem wyśmiany przez lokalne dzieci. Gdy doszedłem do domu, najpierw się przebrałem a potem poszedłem do centrum. Tam zobaczyłem grobowiec Arslan Bab-Ata, po którym miasteczko Arslanbob zostało nazwane. Byłem tu też na obiedzie w taniej knajpie i z mało wyszukanym jedzeniem lecz z ładnym widokiem na rzekę.

Druga wycieczka była także interesująca. Krętymi uliczkami pod górę i w towarzystwie 84-latka pokonującego tę trasę codziennie, po około 40 minutach dotarliśmy do stoisk z pamiątkami. Koło tego miejsca ukazał się mały, 23m wodospad do którego też potem zszedłem. Poszedłem też dalej gdzie w towarzystwie dwóch osłów przedostałem się przez kolejną rzekę i ukazał się przede mną las orzechowy.

Myślałem, że to już będzie koniec moich wrażeń z tego miejsca lecz myliłem się. Gdy dotarłem wieczorem do centrum Arslanbob spotkałem 92-letniego dziadka, który zaprosił mnie do siebie. Usiadłem z jego rodziną na tarasie gdzie piliśmy zieloną herbatę i rozmawialiśmy o codziennym życiu. Byli bardzo mili. Dali mi posiłek, jabłka i chcieli abym u nich nawet spędził noc. Wszystko oczywiście z dobroci serca. Był też (moim zdaniem) moment tragiczny gdy dziadek pokazywał mi swoje medale z Leninem i z napisem Związek Radziecki. Miał też legitymację wojskową z tym samym napisem, którą z dumą ściskał w rękach.

Był to biedny, stary, oszukany człowiek, któremu pozostały tylko wspomnienia. Przykre………….

Potem wróciłem do domu gdzie miałem kwaterę. Porozmawiałem jeszcze z gospodarzem, zostałem poczęstowany jogurtem domowej roboty i poszedłem spać.

Arslanbob będę zawsze wspominał jako spokojne, ciche miejsce o wielkim uroku naturalnym i miłych ludziach.

Transport do Jalal-Abad

(Siedem osób w Deawoo Tico i dwa kozły na dachu)

Moja podróż była bardzo przygodowa lecz nieco ciasna. Zgodnie z tekstem zaraz pod tytułem jechaliśmy w wielkim ścisku aż do Bazaru Korgan. Tam mogłem już odetchnąć gdyż wziąłem dzieloną taksówkę i po około dwóch godzinach dotarłem do Jalal-Abad. Wciąż nie byłem pewien czy jest na pewno bezpiecznie lecz nie miałem wyboru. Chciałem przejechać Trasę Pamirską zaczynając ją z Osz.

Jalal-Abad

(Opis miasta po wojnie, sanatorium)

Gdy dojeżdżałem do miasta widziałem gruzy po wojnie. Kierowca, który był Kirgizem śmiał się, że te najbardziej popalone i ległe w gruzach to domy Uzbeków. Widoki nie były przyjemne choć kierowca zapewniał, że jest już bezpiecznie. Po wyjściu z samochodu najpierw poszedłem na internet a potem w kierunku hotelu Möl-Möl. Był on dość tani lecz czysty i przyzwoity, bardzo blisko centrum Jalal-Abad. Tam pani w recepcji przestrzegła mnie aby nie wychodzić po zmroku gdyż czasem strzelają. Właściwie to co może należeć do zainteresowań turysty, znajduje się bardzo blisko siebie. Mam tu na myśli kilka parków z wieloma ciekawymi rzeźbami. Niestety jedną rzeźbą, której nie chciałem już widzieć a i tak  zobaczyłem to kolejny pomnik Lenina.

Moim zdaniem najlepszą rzeczą do robienia w Jalalabad jest pojechanie do sanatorium, które znajduje się około 10 minut jazdy dzieloną taksówką pod górę. Jest to ośrodek położony wysoko w parku, na terenie którego jest sanatorium, studnia leczniczej wody pitnej oraz kolejny pomnik Lenina. Tak czy inaczej za rozgrzanie mnie w wodzie o temperaturze 40°C  oraz za pół godzinny masaż gorącymi kamieniami i nie tylko, zapłaciłem około £3,5. (Kirgistan to jednak kraj fantastycznych cen). Potem spacerowałem po parku i poszedłem napić się wody leczniczej. Na koniec usiadłem na drewnianym łóżku w parku (czajhana), napiłem się zielonej herbaty i przekąsiłem małe co nieco. Był to kolejny bardzo udany dzień „pana magistra” (co prawda jestem nim ale w tym momencie chciałem z tego zażartować). Wieczorem w hotelu Möl-Möl udałem się do restauracji na wspaniały posiłek. Był to „kurynnyj rulet” za jedyne 120 som (około £1,8) z kaszą gryczaną i surówką. Zwłaszcza po jedzeniu baranów przez prawie miesiąc było to dobre kulinarne doświadczenie za kolejną, absurdalnie niską cenę.

Jalalabad klasyfikuję jako miłe miejsce do odwiedzenia w drodze do Osz. Dwie najlepsze rzeczy to sanatorium i „kurynnyj rulet”.

Osz

(Opis miasta po wojnie, załatwienie transportu na kirgiską część Trasy Pamirskiej)

Moje pierwsze chwile po wjechaniu do Osz były szokujące. Jalal-Abad był zniszczony lecz Osz wyglądało jak po bombardowaniu. Wiele długich ulic było doszczętnie zniszczonych z gruzami zamiecionymi równo na pobocze. Za gruzami stały tylko popalone szkielety domów. Przy wjeździe przez główne rondo widziałem, że zwłaszcza jedno miejsce było obstawione uzbrojoną policją. Kierowca powiedział mi, że to dlatego, że tam mieszkają Uzbekowie. Czułem, że tego dnia nie chciałem się kręcić po mieście co jednak nie wyszło, gdyż musiałem załatwić transport. Najpierw poszedłem do knajpy na śniadanie, z której miałem bardzo dobry widok na sławny Tron Solomona. Jest to wysoka skała z wieloma innymi obiektami i muzeami na niej, którą widać z wielu części Osz i która jest najciekawszą turystyczną atrakcją. W tym momencie nie myślałem jednak o tym aby się wspinać na kolejną górę i aby zobaczyć kolejny meczet. Poszedłem na bardzo żywiołowy Bazar Jayma, który jest świetnym miejscem na zakupy i w którego okolicach radzę kupić gotówkę-zarówno kirgiską jak i tadżycką (choć ta na tym etapie nie jest jeszcze niezbędna). Za Bazarem Jayma znajdują się postoje taksówkowe, także z samochodami z napędem na cztery koła, czyli przygotowanymi na Trasę Pamirską. Targowanie się przebiegło dośc łatwo gdyż na tym etapie mojej podróży mówiłem już lepiej po rosyjsku. Na początku myśleli, że jestem z Ameryki dlatego cena za podwiezienie do Sary Tasz kosztowałyby mnie 5000 som. Gdy zacząłem mówić łamanym rosyjskm i przedstawiłem się jako Polak chcieli 2000 lecz w końcu zapłaciłem 1000. Myślę, że i tak podwójnie przepłaciłem lecz trudno. Byłem w tym momencie zaobsorbowany przejechaniem Trasy Pamirskiej i to było dla mnie najważnejsze. Wyjazd z Osz przebiegał bardzo ślamazarnie gdyż musieliśmy odebrać ludzi, którzy zamówili transport na mieście. Oznaczało to, że musieliśmy krążyć między gruzami domów a potem czekać aż zapakują swoje wszystkie bagaże.

W końcu opuściliśmy Osz a ja odjechałem z myślami o kolejnej wielkiej przygodzie.

Trasa Pamirska

(Czym jest Trasa Pamirska, historia i ogólne informacje o Trasie Pamirskiej, walory turystyczne, o podróżniku Marco Polo i jego doświadczeniach z podróży po tym rejonie)

Zanim przejdę do opowiadania moich przygód z tak niewątpliwie bardzo szczególnego miejsca dla wszystkich podróżników, chciałbym najpierw wyjaśnić czym w ogóle jest Trasa Pamirska.

Trasa Pamirska, będąca odcinikiem pomiędzy Osz (Kirgistan) a Khorog (Tadżykistan) ma długość 728 km. Droga ta istniejąca także pod nazwą M41 została zbudowana przez sowieckich inżynierów wojskowych w latach 1931-1934 w celu ułatwienia transportu wojska i broni w ten bardzo odległy zakątek Imperium Rosyjskiego. Niestety dziś jest to także jeden z głównych szlaków narkotykowych i ruch na drodze jest niewielki. Zazwyczaj jest to kilka chińskich ciężarówek, które jadą z towarem z/do Kaszgaru. Odcinek pamirski był także jedną z wielu części transportowych na Jedwabnym Szlaku.

Trasa Pamirska jest także rejonem bardzo atrakcyjnym turystycznie gdyż droga przebiega przez malowniczą, górską scenerię na ponad czterech tysiącach metrów n.p.m. Widoki są wspaniałe gdyż dookoła występują obszary pustynne, góry, jeziora, gorące źródła, lodowce, widoki przypominające wyżynę tybetańską oraz małe wioski pamirskie z ich gościnnymi mieszkańcami. Sama droga jest bardzo niekompletna z powodu trzęsień ziemi, erozji, zapadania się ziemi i lawin. Asfalt w niektórych miejscach już nie istnieje a w innych jest wyrwany wraz z powierzchnią ziemi, co daje oczywiście dodatkowe wrażenia z podróży. W niższych odcinkach trasy (odcinek od Jelandy do Khorog) elewacja się  obniża więc przyroda także się zmienia i nadal jest pięknie. Widać wówczas wartką rzekę, ogromne skały po bokach, roslinność oraz więcej wiosek i ludzi. Na terenie tym znajdują się też dwa siedmiotysięczniki o raczej tragicznych nazwach: są to Pik Lenin (7134m n.p.m.) Pik Kommunizma (7495m n.p.m.).

Trasa Pamirska była znana już wiele stuleci wstecz gdyż podróżował tędy znany podróżnik wenecki Marco Polo. W swym „Opisaniu Świata” pisał, że przez 12 dni non-stop jechał przez płaskowyż o nazwie Pamier gdzie widział tylko puste przetrzenie bez żadnej roslinności i nawet latających ptaków. Pisał, że ogień nie dawał mu tyle ciepła i światła ile oczekiwał z powodu wielkiego zimna.

Trasa Pamirska to ciągle wielkie wyzwanie dla podróżników i równie wielka przygoda do której trzeba być dobrze przygotowanym. Ja do jej przemierzania podszedłem dość niepoważnie choć wszystko mi się i tak udało. Bez wątpienia największym problemem jest tu transport, który zaliczany jest do luksusu. Można stać wiele dni z zamarzniętym palcem na pustej drodze. Należy też wziąć jedzenie, namiot i wszystko co nam się przyda. Równie dobrze cały ten ekwipunek może się okazać niepotrzebny bo wiele zależy od transportu.

W rejonie automicznym Górski Badachszan (Tadżykistan) znajduje się także piękna Dolina Wachanu, o której opowiem w moim reportażu o tym właśnie kraju.

Moja podróż przez kirgiską część Trasy Pamirskiej

Podróż z Osz do Sary Tasz

Mój pierwszy etap podróży po Trasie Pamirskiej przebiegł ciekawie i dość zabawnie. Do towarzystwa miałem Kirgizów jadących do Duszanbe przez Karamyk, dlatego mieliśmy się rozstać w Sary Tasz. Po drodze droga nie była najlepsza lecz składało się to na część moich wrażeń. W okolicy wsi Gulcza zatrzymaliśmy się na mały posiłek oraz dodatkową wymianę pieniędzy w miejscowym barze. Tutaj niestety kurs jest słabszy niż w Osz a przeterminowane snickersy droższe. Pod koniec naszej jazdy przejeżdżaliśmy przez wzniesienie Taldyk (3615m n.p.m.) a potem nareszcie dojechaliśmy do Sary Tasz.

Sary Tasz (3600m n.p.m.)

(Kilka faktów o tym szczególnym miasteczku i moje doświadczenia)

Sary Tasz jest bardzo popularnym miejscem spotkań kierowców ciężarówek z powodu bardzo dogodnego położenia tego miasteczka. Znajduje się ono na skrzyżowaniu dwóch głównych kierunków. Jeden to trasa z Osz (Kirgistan) do Murgab (Tadżykistan) będących częścią Trasy Pamirskiej (M41) a druga droga biegnie z Kaszgaru (Chiny-prowincja Syngiang Ujgur), przez przejście graniczne Irkesztam, prosto aż do Duszanbe (Tadżykistan). Właśnie dlatego w Sary Tasz jest kilka domów gościnnych a wielu hodowców bydła także zaprasza do domu za niewielką opłatą. Ruch przez Sary Tasz ożywił się po otworzeniu drogi transportowej na granicy Irkesztam co ma także pozytywny wpływ na turystykę. Z powodu dużej wysokości i przez to chłodnym klimacie, nie ma tu mowy o rolnictwie dlatego popularna jest tu praca na granicy oraz przy wypasaniu bydła. Sary Tasz cieszy się też złą sławą. Właśnie z powodu położenia jest to dogodne miejsce dla szmuglerów opium i haszyszu z Afganistanu przez Tadżykistan, do Kirgistanu.

Po dojechaniu do Sary Tasz kierowca od razu załatwił mi miejsce w hotelu najgorszej klasy z wychodkiem. Zresztą po wyglądzie miasteczka było łatwo zrozumieć, że podstawy podstaw wszelkich wygód były temu miejscu obce. Ponieważ mówiłem po rosyjsku zapłaciłem tylko 150 som a Kanadyjka, którą tu spotkałem aż 600 som. Marny posiłek był wliczony lecz potem i tak zrobiłem zapasy na drogę w lokalnym sklepiku.

Sary Tasz moim zdaniem to mała, nieciekawa dziura otoczona górami gdzie nie ma co robić, właśnie oprócz chodzenia po nich. Są tylko dwie ulice na której częściej widziałem krowy niż samochody, domy są w fatalnym stanie a ludzie bardzo biedni. Wieczorem robiło się tak ciemno i zimno, że można było tylko iść spać. Na szczęście gospodyni gwarantowała elektryczność, chleb, herbatę i jacze masło. Będąc tutaj zdawałem sobie sprawę, że byłem na pustkowiu, w ostatniej osadzie ludzkiej w promieniu około 100km. Zaznaczam też, że kolejna osada w Karakul (Tadżykistan) miała być jeszcze mniejsza, odosobniona i biedniejsza. Czułem, że moja wspaniała przygoda dopiero się zaczyna.

Droga z Sary Tasz do granicy w Bor Döbo

(Pustka na drodze, wesoły finał mojej podróży do granicy)

Gdy stanąłem rano na pustej drodze w Sary Tasz, oczywiście nie było żadnego transportu. Jeden miejscowy chciał mnie podwieźć do granicy ale za 1000 som, więc odmówiłem. Nie mając więc wyboru „udałem się na spacer” przez kolejny odcinek Trasy Pamirskiej licząc na szczęście. Szedłem około dwóch godzin przez pustą szosę i po jakimś czasie zacząłem zadawać sobie pytanie czy nie warto było zapłacić 1000 som. Był to dla mnie czas wielkich przemyśleń nad powodzeniem tej wyprawy oraz rozmów z niewidzialnymi ludźmi, których pewnie chciałem wtedy zobaczyć. Po jakimś czasie na horyzoncie pokazała się 40-letnia Wołga, która niestety jechała w przeciwnym kierunku. Gdy samochód się zatrzymał, zobaczyłem pijanego kierowcę oraz jeszcze bardziej pijanego pasażera z rzadkim uzębieniem a z tyłu siedziały ich zmarznięte i przykurzone dzieciaki. Zaproponowali, że mogą mnie podwieźć do granicy za 500 som i choć próbowałem się targować nic z tego nie wyszło. Muszę przyznać, że drogę do granicy miałem bardzo wesołą. Z radia leciały miłosne hity z lat 80-tych a wszyscy tańczyli na siedząco. Atmosfera ta mnie trochę podbudowała i dała energię do dalszej wyprawy, a wszystko za jedyne 500 som.

Bor Döbo

(Opis kirgizkiej granicy i jazda do granicy tadżyckiej)

Bor Döbo jest jedną z najwyżej położonych i jedną z najpiękniej zlokalizowanych granic na świecie gdyż rozciąga się stąd i z jej okolic malowniczy widok na Pamir.

Mój przypadkowy kierowca wysadził mnie przy granicy, po czym zrobiłem im pamiątkowe zdjęcie i ruszyłem do furtki. Tam strażnik obejrzał dokładnie mój paszport i zadał wiele pytań patrząc mi wnikliwie w oczy, po czym odesłał do swojego dowódcy. Tutaj rozmawiałem z kilkoma żołnierzami, którzy byli na tyle mili, że pozwolili mi usiąść i poczęstowali mnie herbatą. Spędziliśmy czas na rozmowie o tym co mi się podoba w ich kraju i o moich domniemanych, kosmicznych zarobkach. Niestety każdy jest tu zawsze bardzo ciekawy ile zarabiam a ja muszę jak najgrzeczniej wybrnąć z tej sytuacji.

Dowódca grupy i jednocześnie ten, który wbija pieczątki miał bardzo dużo czasu dlatego musiałem grzecznie czekać około pół godziny aż mi zwróci paszport. Moje czekanie się jednak opłaciło gdyż w tym samym miejscu spotkałem Japończyków, którzy jechali swoim opłaconym samochodem z napędem na cztery koła. Miałem szczęście gdyż załapałem się na darmowy przejazd do tadżyckiej granicy, która od kirgizkiej jest około 20km. Tak na prawdę chciałem z nimi pojechać dalej lecz na razie darowałem sobie poruszanie tego tematu. Moje chwile na „ziemi niczyjej” (jak się to tu nazywa) minęły mi bardzo miło. Wspomnę, że dystans 20km nieformalnej “ziemi niczyjej” i tak należy do Kirgistanu a granice obu krajów są po prostu położone w takiej odległości od siebie. (Sięgam w tej chwili pamięcią do granicy pomiędzy Chrl-Tybet a Nepalem) Widoki na Pamir był zachwycająco piękny a zaraz przed kolejną granicą zatrzymaliśmy się na posiłek na świeżym powietrzu. Jedliśmy chleb z jogurtem z kirgizką rodziną i w towarzystwie małych jaków. Najważnejsza dla mnie była jednak sama obecność tutaj, wśród tak pięknej przyrody. Pamir był cudowny.

Podsumowanie Kirgistanu

Kirgistan był wspaniałą przygodą polegającą przede wszystkim na bliskim kontakcie z naturą. Piękno tego kraju postarałem się ukazać jak najlepiej w mojej bogatej galerii choć oczywiście żadne zdjęcia nie oddadzą podróży po nim. W kraju pokrytym w 94% przez góry jest wiele wyzwań a ja będąc tu prawie miesiąc dopełniłem kilka z nich. Jezioro Issyk-Köl było piękne choć mi najbardziej podobała się wyprawa do Altyn-Araszan a potem konna wyprawa do wysokogórskiego jeziora Ala-Köl. Świetnie się też bawiłem jeżdżąc konno nad jeziorem Song- Köl, choć przyznam że w Kirgistanie nawet samo przejechanie przez tej kraj bez większego celu już daje możliwość pięknych widoków. Kirgistan obejmuje także część Trasy Pamirskiej co jest kolejnym atutem tego pięknego kraju. Malowniczych pejzarzy jest tutaj mnóstwo i ciężko byłoby je wszystkie wymienić. Z uwagi na transport i górzysty teren uważam, że miesiąc jest wystarczający na zobaczenie Kirgistanu, nie wliczając w to oczywiście ambitnych wypraw górskich.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY
1 Komentarz
  1. Odpowiedz

    Przygoda

    12 marca 2013

    Niezły zawodnik z Ciebie. Widze, że doświadczenie podróżnicze masz spore. Od wczoraj mam już bilet do Biszkeku. Planując moją wyprawę czytałem Twoją relację z mapą w łapie.

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan