Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Marcin Malik
Biały Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Rejestracja
Dzięki rejestracji otrzymasz możliwość komentowania, używania avatara i otrzymywania powiadomień o nowych wpisach na stronie. Aby się zarejestrować kliknij w ten link.
Osoby nie chcące się rejestrować mogą komentować jako goście bez dodatkowych funkcji.
Logowanie

Nie pamiętasz hasła?

Wyszukiwanie
Polityka prawdy
Wycieczki do Azji

“Pejs”book
Moje konto jest często blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów. Koszerna demokracja w akcji.
Miejsce na reklamę




Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i zawsze doceniałem piękno oraz wartości naszej wspaniałej, Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Kazachstanu 2010

Napisał: Marcin Malik

Kazachstan 2010 – relacja z wyprawy

Przebieg podróży: Almaty-Medeu-Chimbulak-Mała Almatinka-Wielka Almatinka i Wielkie Jezioro Almaty-farma ptaków drapieżnych Sunkar-Kapszagaj-Saty-Jeziora Kolsay-Kanion Czaryn-Szymkient-Sayram-Rezerwat Przyrody Aksu-Dzhabagly (oraz o tym jak nie dać się ograbić)-Turkistan-Aralsk-wyprawa nad Morze Aralskie-Lepsy-Jezioro Balhasz-Taldyqorghan- Ust-Kamenogorsk (Öskemen)- Semey (Semipalatinsk)-Astana- Jezioro Burabay (Borovoe)-Almaty-Droga do Kirgistanu. Oprócz tego, poniżej znajduje się też wiele „reportaży drogi”, które dobrze pokazują życie Kazachów w ich kraju oraz codzienne, czasem zabawne perypetie mojej podróży.

Przylot i pierwsze wrażenie Almaty

Po wielu godzinach lotu nareszcie dostałem się na lotnisko w Almaty, tym samym zaczynając moją wielka przygodę w Azji Centralnej. Po wyjściu z samolotu była mała rozróba między pijakami, potem dostałem stempel do paszportu i byłem oficjalnie w Kazachstanie. Na lotnisku nie dawali mi żyć taksówkarze, którzy namawiali mnie na podwiezienie do miasta za grubą gotówkę. Po długim targowaniu się dałem się lekko naciągnąć i jeździliśmy około pół godziny po mieście zanim znalazłem hotel, który byłby dla mnie dostatecznie tani. Z reguły wszystkie są za drogie dlatego po kilku próbach dotarłem do akademika studenckiego gdzie za £4 za noc spałem w pokoju z trzema innymi ludźmi. Obsługa była chamska, był syf i leciało z kranu. Na prysznic musiałem się wyczekać lecz to także się udało. Nic jednak nie było w stanie pobić tej ceny a lokalizacja była blisko centrum. Po odespaniu kilku godzin wyszedłem na miasto bez większego sensu. Chciałem tylko rozeznać się w terenie i zobaczyć jakie odniosę wrażenie. Almaty było pełne starych postkomunistycznych bloków, kilku parków powlekanych betonem i pomnikami oraz wieloma sklepami i knajpami gdzie można było nie drogo zjeść. Nie drogo oczywiście w porównaniu z Londynem i nawet z Warszawą lecz drożej niż się tego spodziewałem. Bardziej niż wyżej wymienione rzeczy od razu w oczy rzuciły mi się piękne Azjatki oraz Rosjanki. Zarówno jedne jak i drugie nie mają się czego powstydzić. Były chwile gdy czułem się jak na wybiegu modelek. Przed zmrokiem usiadłem w Parku Panfilova gdzie zobaczyłem katedrę Zenkova oraz mogłem cieszyć się obecnością w nowym kraju. Gdy było już ciemno wróciłem do mojego akademika. Najpierw tramwajem na gapę a potem piechotą przez ciemny park. Zapoznałem się z kazachskimi współlokatorami ucząc się przy okazji rosyjskiego i poszedłem spać.

Almaty                                                                                                  

(Opis miasta i miejsc atrakcyjnych turystycznie)

Almaty jest byłą stolicą Kazachstanu, największym miastem w tym kraju oraz centrum ekonomicznym. Jest to także jedno z największych osiągnięć byłego imperium rosyjskiego pod względem położenia samego miasta. Almaty leży u podnóży Tien Szan co oznacza, że z wielu jego części można obserwować ośnieżone szczyty. Po kilku dniach tutaj przekonałem się, że jest to bardzo żywiołowe miasto, dobrze zaopatrzone i pełne pięknych kobiet. Mimo, że byłem w Azji Centralnej można było się tu często poczuć jak w Europie.

Następnego dnia, po tym jak udało mi się wywalczyć miejsce pod prysznicem, poszedłem na zwiedzanie Almaty. Zacząłem od placu Respublika Alanghy gdzie główny punkt zajmuje pomnik będący symbolem Kazachstanu. Jest to Pomnik Niepodległości czyli wysoka kolumna na której znajduje się złoty mężczyzna stojący na leopardzie śnieżnym. W pobliżu znajduje się kilka tablic przedstawiających historię Kazachstanu a po drugiej stronie ulicy budynki rządowe i ośnieżone szczyty gór. Następnie idąc ulicą Dostyq po prawej stronie miałem Hotel Kazachstan czyli obiekt na tyle znany, że nawet widnieje na jednym z banknotów. Po tej samej stronie ulicy lecz nieco dalej doszedłem na wielki plac gdzie stał pomnika poety narodowego Abaya Kunanbaeva. Za wielkim trawnikiem na tym samym placu znajdował się Pałac Republiki czyli jeden z wielu obrzydliwych, wulgarnych, betonowych brył pozostawionych po Sowietach. Na szczęście za tym obiektem znajdowało się coś co było warte spędzenia większej ilości czasu. Była to kolejka linowa Kök-Töbe. Wjechałem więc na sam szczyt skąd miałem ładny widok na Almaty oraz otaczające miasto góry. Na szczycie znajdowało się wiele stoisk z narodowymi pamiątkami, kilka karuzel i strzelnica oraz knajpa gdzie można było zjeść dobrego szaszłyka. Można tu spędzić czas w ciszy i spokoju, siedząc na ławce i patrząc na góry. Jest to zdecydowanie dobra przerwa od miasta. Spacerując dalej po Almaty dotarłem do Akademii Nauk, która jest interesującym budynkiem pod kątem sowieckiej architektury. Nieopodal znajduje się ładny park z fontanną z którego jest dobry widok na Akademię. Dodam, że park ten jest popularnym miejscem spotkań rodzin i kobiet z dziećmi gdy ich mężowie są w pracy. Na uwagę w tym miejscu zasługuje tu także fontanna Wschodniego Kalendarza z chińskimi znakami zodiaku. Po około pół godziny w parku dotarłem do Coffeedelii czyli tak bardzo przereklamowanej przez Lonely Planet i nadzwyczaj drogiej cukierni serwującej przeciętne ciasta i napoje mleczne. Spodziewałem się czegoś więcej a dostałem rozmrażany sernik i wodę z sokiem truskawkowym. Reasumując, radzę zaoszczędzić pieniądze i iść na bazar. Idąc dalej dotarłem do Teatru Baletu i Opery imienia Abaya. Muszę przyznać, że ten obiekt mi się podobał. Jest to zadbany, neoklasyczny budynek otoczony zielenią i kilkoma rzeźbami. Wspaniałym dodatkiem była też obecność pięknych kobiet spacerujących nieopodal. Był tu też stary budynek parlamentu, w którym dziś znajduje się Kazachsko-Brytyjski Uniwersytet Techniczny. Jest to jedna z kilku ogromnych, posowieckich, betonowych brył choć na tyle wyszukanych, że przy wejściu znajdują się wysokie kolumny. Na przeciwko znajdował się park gdzie w centralnym punkcie stał pomnik bohaterów wojennych Mametova i Moldagulova. W czasach ZSRR stał tu pomnik Lenina lecz usunięto go po odzyskaniu niepodległości.

Zbliżał się wieczór dlatego kierowałem się w stronę mojego akademika. Po drodze niestety zgubiłem się lecz Rosjanie pomogli mi znaleźć odpowiedni kierunek. Byłem też w sklepie gdzie kupiłem ciastka i szubat czyli wielbłądzie mleko. W pokoju akurat była mała impreza podczas której mogłem wymienić się doświadczeniami z podróży. Po kilku herbatach i melonie dzień dobiegł końca.

Następnego dnia chciałem lepiej zwiedzić Almaty. Wstałem rano i wyruszyłem w drogę lecz nie zaczynałem od razu od miejsca gdzie skończyłem. Najpierw udałem się do Muzeum Narodowego, które znajduje się blisko od Respublika Alanghy na ulicy Dostyq. Mieści się ono w wielkim białym budynku z okrągłym, niebieskim dachem. W środku znajdują się ekspozycje od czasów ery brązu, poprzez czasy Czyngis Chana, aż po przekierowanie stolicy do Astany. Ciekawa była tutaj oryginalnej wielkości jurta, broń biała, narodowe kostiumy oraz oprzyżądowanie do koni i wielbłądów z przestrzeni wieków. Był także pomnik Złotego Człowieka widziany z bliska, ładna mapa Kazachstanu przy wejściu oraz sklep gdzie można było się pozbyć nadmiaru gotówki. Interesująca była też ekspozycja dotycząca antycznego miasta Turkistanu, do którego wybierałem się potem. Najbardziej jednak do myślenia zmusiła mnie wystawa o II wojnie światowej, która była propagandą pro-radziecką. Lenina i Stalina przedstawia się tu jak postaci pozytywne a Związek Radziecki jako wybawcę świata i przyjaciela Kazachstanu. Wtedy nie zdawałem sobie jeszcze sprawy, że cała Azja Centralna przedstawia sowietów w ten właśnie sposób. Zrozumiałem, że być może niepodległość jest tylko przykrywką do tego, że Moskwa nadal trzyma w garści swoje byłe republiki. Całe muzeum było bardzo ciekawe, tym bardziej że było moim pierszym podczas tej wyprawy.

Stamtąd pojechałem autobusem do Parku Panfilova w okolicach którego skończyłem zwiedzanie poprzedniego dnia. To miejsce zdecydowanie polecam, zwłaszcza w ładny słoneczny dzień. Gdy tylko wszedłem zobaczyłem zaprzęgi konne oraz wielką Katedrę Zenkova. Jest to interesująca cerkiew zaprojektowana w 1904 roku co oznacza, że pamięta ona jeszcze czasy carskie. Katedra Zenkova jest w kolorze żółtym i została zbudowana w całości z drewna choć na to nie wygląda. Park Panfilova natomiast to miłe miejsce na odpoczynek, porcję lodów i jazdę na rolkach, co jest tutaj bardzo popularne. Spacerując po Almaty zrozumiałem, że tak naprawdę zwłaszcza w tej części Kazachstanu można poczuć się jak w Rosji. Wszyscy mówią po rosyjsku i jest dużo etnicznych Rosjan a do tego nazwy ulic i placów to między innymi: Puszkina, Gorkiego, Lenina. W tej części świata czułem się też komfortowo gdyż nikt nie zwracał na mnie uwagi z powodu ogromnej ilości Rosjan. Wracając do zwiedzania Almaty, następnym miejscem był Park Gorkiego czyli największy obszar rekreacyjny w mieście. Znajdowało się tam między innymi zoo, akwen wodny z łódkami do wynajęcia, knajpy z jedzeniem oraz jak sama nazwa wskazuje, także i park. Reasumując jest to przyjemne miejsce, warte odwiedzenia i znajdujące się około pół godziny drogi od Parku Panfilova. Idąc dalej przez miasto robiłem zdjęcia ludziom i obiektom, zaczynałem być zmęczony ruchem ulicznym oraz „wpadały mi w oko” nie dające się nie zauważyć piękne kobiety. Po krótkim czasie dotarłem do Łaźni Arasan co było kolejnym interesującym doświadczeniem. Były prysznice, basen z lodowatą wodą oraz bardzo drogi masaż. Wszystko by było dobrze gdyby właśnie nie cena masażu, który odłożyłem na przyszły rok w Azji południowo-wschodniej. Łaźnie Arasan dają możliwość zrelaksowania się, gorącego prysznica pod wielkim ciśnieniem, następnie masażu, którego jest tutaj cały wachlarz a następnie wskoczenia do lodowatej wody. Popularne jest też poprawianie krążenia poprzez biczowanie się łopatkami z liści. Radzę przyjść w grupie aby było ciekawie lub z gotówką na masaż. Kolejnym miejscem i także jednym z moich ulubionych był Zielony Bazar czyli obszar gdzie można było kupić wszystko od owoców i warzyw po pasty do zębów i tanie kebaby. Niestety w Kazachstanie robią dziadostwo gdyż do kebabów wkładają frytki by je bardziej wypełnić, jednocześnie dając mniej mięsa. Tak czy inaczej jest to najlepsze miejsce na tanie zakupy i jedzenie dlatego często tu wracałem.

Nieopodal znajduje się także Centralny Meczet, największy w Kazachstanie izbudowany z białego marmuru. Nie jestem największym fanem meczetów więc nie byłem tu długo choć zabawne było tutaj to, że miejscowe dzieci chodziły za mną w kółko powtarzając „Amerykaniec”, jednocześnie wytykając mnie palcami. W drodze powrotnej zrobiłem sobie między innymi zdjęcie z policjantami w wielkich czapkach oraz wstąpiłem jeszcze raz na Zielony Bazar aby zjeść kebaba i zrobić zapasy na następny dzień. Almaty było moją bazą przez cały czas gdy byłem w Kazachstanie. Tutaj zostawiałem nadmiar bagażu gdy podróżowałem w odległe rejony kraju i tutaj zawsze wracałem aby zmyć z siebie brud, wyspać się i udać w kolejną wyprawę po tym kraju. Jest jeszcze jedno miejsce w Almaty o którym chcę opowiedzieć. Jest to popularny deptak blisko Zielonego Bazaru na którym znajduje się wystawa obrazów, najtańszy Internet oraz wielki dom towarowy Tsum. Radzę go odwiedzić nie tylko dla zakupów ale i dla doświadczenia. Gdy tylko wszedłem, na parterze, były lady z największą kolekcją telefonów komórkowych i innej elektroniki na świecie lecz nie to było tu ciekawe. Za ladami siedziały słodkie, skośnookie „kociaki” z długimi szponami, które udawały, że się znają na elektronice. Wyżej można kupić pamiątki narodowe, przymierzyć futrzane czapki i porozmawiać z kociakami na górze. Tak czy inaczej parter jest najlepszym doświadczeniem. Polecam.

Medeu, Chimbulak i Mała Almatinka                                     

(Pierwsza wyprawa w góry za Almaty)

Nadszedł czas abym wyruszył w góry za Almaty bo przecież na tym polega moja wyprawa. Tego dnia wstałem o 6 rano, zostawiłem sporą część bagażu w akademiku i wyruszyłem na swoją pierwszą przygodę za miasto. Najpierw miejskim autobusem nr 6 pojechałem w góry, do miasteczka Medeu. Można je bardzo łatwo poznać po torze łyżwiarskim. Chciałem się dostać wyżej lecz niestety nie było transportu ani innych turystów abym mógł z nimi podzielić koszty taksówki. W końcu po wytargowaniu ceny za jedną osobę pojechałem wyżej przejeżdżając przez miasteczko Chimbulak. Tutaj jest nawet hotel lecz niestety tak drogi, że przy płaceniu dostałbym pewnie krwotoku z nosa. Mój taksówkarz podwiózł mnie tak wysoko jak samochód był w stanie pojechać a potem ze swoim plecakiem i z zapasem żywności poszedłem wyżej. Szedłem przez piękne góry, mając przed sobą lodowiec i rwącą rzekę. Co jakiś czas przysiadałem na chwilę aby nacieszyć się pięknem przyrody lecz zdałem sobie sprawę, że nie było tak lekko jak opisywał przewodnik. Nie była to wspinaczka pod stromą skałę lecz nawet delikatne podejście w górach nieco męczy. Po kilku godzinach marszu dotarłem do wielkiej, pięknej doliny zwanej Małą Almatinką a stamtąd jeszcze 3km do Talgar Pass. Przy Małej Almatince poszedłem do domu ludzi mieszkających tam sezonowo po to aby nabrać gorącej wody i odgrzać jedzenie. Rozstawiłem namiot i spędziłem noc w okolicach Talgar Pass. Była to bardzo wietrzna i wyjątkowa zimna noc. Było tak zimno, że czułem jakby wiatr wiał od spodu i jakbym leżał na lodowisku lecz przetrwałem. Rano zerwałem się z ziemi bardzo szybko gdyż i tak nie mogłem spać, lecz ważne jest to że widziałem piękny wschód słońca nad kazachskimi górami.

Mój jedyny w swym rodzaju powrót do Almaty

Schodzić już było łatwiej. W drodze na dół miałem o tyle szczęścia, że miałem transport do Almaty i był to transport z klasą, co nie często mi się zdarza. Wsiadłem do samochodu gdzie cała blacha była z białej Czajki a silnik był od leksusa. W środku wszystko było wyłożone skórą i mahoniowym drewnem a całość była osadzona na terenowych kołach z napędem na cztery koła. W środku siedzieli Rosjanie palący kubańskie cygara, mieli na sobie złoto o wartości samej Czajki a do tego słuchaliśmy rosyjskiej muzyki rewolucyjnej. Nie wiem z kim tak na prawdę jechałem ale nie zadawałem pytań. Wysadzili mnie gdzie chciałem, ładnie podziękowałem i pożegnaliśmy się.

Wielka Almatinka i Wielkie Jezioro Almaty                                

(Ciężka wyprawa po piękne widoki oraz plan dostania się na miejsce)

Na zachód od Malej Almatinki leży dolina Wielka Almatinka oraz jej malownicza atrakcja czyli Wielkie Jezioro Almaty. Aby się tam dostać poprosiłem moich Rosjan z białej Czajki aby wysadzili mnie na ulicy Al-Farabi koło Furmanovej i stamtąd autobusem 63 jechałem cały czas prosto aż do skrzyżowania gdzie Al-Farabi przecina Navoi i Saina. Stamtąd mogłem wziąć autobus jadący pod górę lecz udało mi się wziąć tanią, dzieloną taksówkę. Dzięki temu ominęła mnie opłata za wejście do parku co bardzo miłe. Najpierw przejeżdżałem przez hydroelektrownię GES-1 a potem GES-2. Nabrałem wody ze strumyka i od tej pory zaczęła się moja mordercza wspinaczka w upale. Mogłem wybrać drogę na około lecz poszedłem stromą drogą, wzdłuż rurociągu. Dystans około 7km pokonałem w około 5 godzin i było to jedno z najbardziej męczących doświadczeń mojego życia. Nawet pokonanie tysięcy schodów na górze Sri Pada na Sri Lance było lżejsze. Byłem ledwo żywy i tym bardziej po dostaniu się do jeziora bardziej szczęśliwy.

Rzeczywiście Wielkie Jezioro Almaty były piękne. Turkusowy, lodowaty zbiornik, otoczony górami i drzewami oraz osadzony na wysokości 2500m n.p.m. zadziwiał swym pięknem. Gdy tu dotarłem był już wieczór i było zimno i wietrznie. Rozłożyłem swój namiot i zacząłem przygotowania do kolejnej nocy w górskich plenerach. Znowu była to noc bardzo zimna lecz liczyło się, że tu dotarłem i to zrobiłem. Wstałem po 5 rano gdyż nie mogłem już spać i obszedłem chociaż jedną część jeziora aby zrobić ciekawsze zdjęcia. Było nadzwyczaj pięknie i polecam tę wyprawę każdemu, tym bardziej, że jest ona łatwa do zorganizowania z powodu bliskiej odległości od Almaty (oraz od Kirgistanu na marginesie). Dodam jeszcze, że Wielkie Jezioro Almaty jest punktem startowym wielu wypraw górskich, w tym wyprawy do jeziora Issyk-Kul w Kirgistanie. Jednak gdy ja tu byłem granica w tym miejscu była zamknięta z powodu trudnej sytuacji w Kirgistanie. Droga powrotna była łatwiejsza i szybsza oraz bardziej przyjemna. Często zatrzymywałem się aby podziwiać przyrodę, napełniać butelkę wodą i patrzeć na przelatujące orły. Szkoda mi było jednak opuścić samo jezioro gdyż tyle wysiłku włożyłem w dostanie się do niego.

Farma ptaków drapieżnych Sunkar

Gorąco polecam to miejsce, które znajduje się pomiędzy Wielkim Jeziorem Almaty a Almaty. W drodze tam lub spowrotem radzę się tu zatrzymać choć polecam po piątej po południu gdyż wtedy organizowane są pokazy. Ja niestety wracałem z Jeziora Almaty rano a potem autostop trafił mi się dość szybko. Miałem i tak szczęście gdyż właściciel był na tyle miły, że pozwolił mi potrzymać na ręku orła i jastrzębia i opowiedział o nich. Zrobiłem tu wiele ciekawych zdjęć. Farma Sunkar to bardzo interesujący punkt mojej podróży.

Jezioro Kapszagaj i miasteczko Kapszagaj

O 6.30 rano zwlokłem się z łóżka mojego obrzydliwego hotelu i z chłopakiem z Kanady pojechałem na północ, do oddalonego o 1,5 jazdy autobusem Kapszagaj. Kapszagaj jest popularnym miejscem odpoczynku dla ciężko zapracowanych mieszkańców Almaty. Leży ono tylko 70km od miasta, jest tam jezioro i jest to na pewno przyjemne miejsce na weekend. Ze względu na ilość kilku kasyn jest to kazachskie Las Vegas, podobnie jak Burabay (na północ od Astany). Gdy dotarliśmy na plażę, tradycyjnie rozłożyłem namiot gdyż nie byłem pewien czy zostanę na noc. Był to miły dzień oraz jak dotąd najlżejszy gdyż nie musiałem się wspinać do jeziora przez wiele godzin. Z samochodów dobiegała muzyka a dziewczyny tańczyły w strojach kąpielowych. Można było przekąsić szaszłyki oraz słodkie bułeczki. Wykąpałem się w jeziorze i odpocząłem choć atrakcją dnia był zdecydowanie samochód, który ugrzązł na brzegu.

Około wieczora poszliśmy do miasteczka Kapszagaj. Było to przyzwoite miejsce z bazarem i knajpą z szaszłykami. Zamówiliśmy więc po jednym z kurczaka z cebulą a dziewczyny w krótkich spódnicach i ładnymi dekoltami serwowały drinki przy rosyjskiej muzyce. Była to piosenka w stylu: jestem z Rosji, jestem bardzo pijany i zaraz dostaniesz po pysku. Szaszłyk i oprawa całego miejsca urzekły mnie.

Następnie przechodząc przez bardzo nieciekawą część miasteczka dotarłem na dworzec. Zapłaciłem za autobus i szkoda bo bardzo nie lubię płacić, usiadłem na podłodze gdyż było to jedyne wolne miejsce i opuściłem wesołe Kapszagaj.

Droga do Saty

Po tym jak poprałem i w końcu wziąłem prysznic w swoim parszywym hostelu, wyruszyłem na kolejną piękną, interesującą i pozbawioną jakiegokolwiek luksusu wyprawę. Tym razem jechałem do małej wsi Saty, oddalonej o 6h jazdy od Almaty, która jest bazą wypadową do Jezior Kolsay. Jazda była pouczająca gdyż dała mi szansę na poznanie terenów poza Almaty. Jechaliśmy przez step, wejście do kanionu Czaryn i ogólnie rzec biorąc krajobraz był bardzo malowniczy. Po drodze zatrzymaliśmy się też w przydrożnej dziurze na szaszłyki z herbatą. Było miło, porozmawiałem po rosyjsku a szaszłyki baranie kosztowały 150 tenge od sztuki czyli prawie jak za darmo. Po 6h w końcu dotarliśmy do Saty. Pasażerowie opróżnili busika z ogromnych zakupów wliczając w to żywy inwentarz a ja wysiadłem na pustkowiu i byłem szczęśliwy.

Jeziora Kolsay                                                                                

(Moim zdaniem jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Kazachstanie)

Jeziora Kolsay to jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Kazachstanie i jedna z najciekawszych wycieczek z Almaty dla niezależnych podróżników. Lotem ptaka jest to tylko 110km od Almaty lecz po kazachskich drogach jest to aż 300km. Jeziora Kolsay leżą u podnóży gór Küngey-Alatau i stanowią początek wielu interesujących wypraw, wliczając w to wyprawę do jeziora Issyk-Köl w Kirgistanie. Wszystkie trzy jeziora Kolsay leżą na rzece Kolsay na wysokości od 1800 do 2850m n.p.m. Jest to jeden z najbardziej malowniczych obszarów piękna naturalnego Kazachstanu bez narażania się na wielkie koszty.

Po zrobieniu zapasów na parę dni stanąłem na pustej drodze we wsi Saty gdzie zobaczyłem tylko piękny krajobraz, meczet oraz kilka osłów. Dość szybko udało mi się złapać autostop i z młodymi chłopakami pojechałem na teren parku. Widoki były coraz piękniejsze. Widziałem stada dzikich koni na górskim tle, jurty, stada owiec i wiele innych. Widziałem też budkę wartowniczą gdzie strażnicy chcieli mnie skasować 1200 tenge (około $10) lecz schyliłem się i udało mi się wjechać za darmo. Kierowcy, w rytmie kazachskiego metalu podwieźli mnie na parking. Tutaj stanąłem na zboczu góry i rozciągnął się przede mną wspaniały widok. Były to góry pokryte częściowo drzewami, zielone jezioro, rzeka, jurty i cała reszta wspaniałej przyrody. Zszedłem na dół do pierwszego jeziora i po prostu delektowałem się widokiem. Czułem, że byłem w raju. Tym bardziej, że Kazachowie byli zainteresowani skąd przyjechałem do ich kraju i w prezencie dali mi kawałek pieczonego, pysznego barana; (ros. kazacki baran oczeń wkusny). Porozmawiałem trochę a potem poszedłem na spacer dookoła pierwszego jeziora gdzie na końcu spotkałem moich kierowców. Spędziłem z nimi trochę czasu na rozmowie o tym czy Borat jest śmieszny i czy uważam, że wszyscy Kazachowie wyglądają jak on. Musiałem zrobić poważną minę jednocześnie wyobrażając sobie Borata choć rozmowa i ich towarzystwo były bardzo udane. Następnie poszedłem nad drugie jezioro, z moim sporym plecakiem, śpiworem i namiotem. Po drodze widoki były oczywiście piękne lecz czułem, że miałem dość. Były momenty gdy musiałem balansować na stercie kamieni, raz teren był podmokły a innym razem musiałem się wspinać aby potem szybko zejść. Po prawie trzech godzinach żywiołowego marszu dotarłem na miejsce lecz czułem się wykończony. Drugie jezioro wydawało się spokojniejsze gdyż było tylko kilka osób, w pobliżu pasły się konie a cechą charakterystyczną była błoga cisza. Góry wznoszące się nad jeziorem odbijały się o lustro wody co dawało bardzo dobry efekt przy zdjęciach. Rozbiłem też swój namiot na polanie z bardzo długą trawą dlatego najpierw musiałem ją wygładzić.

Niedaleko była też rzeka z pitną wodą gdzie koczowali leśniczowie, którzy byli na tyle mili że pozwolili mi pojeździć na koniach. Zaprosili mnie też na herbatę i ryby wyłowione z drugiego jeziora. Czułem się tutaj jak wolny człowiek. Ktoś taki do kogo nie przychodzą rachunki i kto nie musi wstać wcześnie rano aby iść do pracy. Jednak jak na ironię i tak wstałem około szóstej rano bo nie mogłem wytrzymać z zimna w swoim namiocie. Podejrzewam, że byłem wtedy na wysokości około 2200m n.p.m. więc jest ciepło gdy świeci słońce a po zmroku robi się lodowato. W Kazachstanie doświadczałem tego już parę razy. Rano wystroiłem się w swoje niebieskie kalesony, dziurawy sweter i mocno sfatygowane buty. Zostawiłem swój namiot nad jeziorem i wyruszyłem wyżej w góry skąd mogłem się nacieszyć pięknym widokiem jeziora oraz pasących się koni. Po południu złożyłem swój brudny namiot i resztę łachów oraz tą samą drogą co wcześniej wróciłem nad pierwsze jezioro Kolsay a stamtąd znowu autostopem do wsi Saty.

Powrót do Saty i transport do kanionu Czaryn

Tym razem Saty wyglądało jeszcze puściej niż ostatnim razem i jak się potem dowiedziałem nie było mowy o jakimkolwiek transporcie, z czego Azja Centralna przecież słynie. Na jakiś czas moją bazą stał się sklep gdzie zrobiłem kolejne zapasy na drogę, zjadłem puszkę groszku zielonego i doprawiłem chlebem. Po tym jak poprosiłem trzeci raz o herbatę, pani ze sklepu była tak miła, że w końcu mi ją podała co mnie trochę rozgrzało po zimnej nocy. Czułem się bardzo zmęczony a na transport nie miałem co liczyć. Z drugiej jednak strony nie mogłem się poddawać. W końcu na mojej wizytówce jest napisane, że jestem „podróżnikiem i poszukiwaczem przygód” więc taki tytuł zobowiązuje. Szedłem więc pustą drogą, przecinaną przez patrolujące tę wieś osły. Ludzie wychodzili z zagród aby posłuchać moich opowieści, dali mi kilka jabłek na drogę a kilka mnie  przeżegnało życząc mi szczęścia. Gdy już myślałem, że spędzę noc w namiocie gdzieś na polu, jakby spod ziemi wyrósł terenowy Mitsubishi z napędem na cztery koła. Wskoczyłem więc do środka i poznałem bardzo miłą rosyjską parę. Byli zachwyceni moimi podróżami i widziałem, że chcieli mi pomóc. Pytali o to gdzie byłem i co widziałem i dziwili się, że nie boję się sam jeździć po bezkresnych stepach Kazachstanu. Musiałem wyglądać naprawdę bardzo marnie gdyż dali mi kiełbasę, pomidora, ogórka i pajdę chleba. Wódkę też mi chcieli dać ale ja przecież nie piję.

Po około 1,5h jazdy wysadzili mnie na drodze po środku stepu gdzie była tylko jedna rzecz. Była to tablica z napisem „Szarynskij Kanion 10km”. Ruski pokazał mi ręką, że to tam i tylko prosto i wyruszyłem sam w głąb stepu. 10km to podobno mało lecz idąc przez pustkowie każdy kilometr działał na wyobraźnię i nigdy nie ma się pewności czy idę we właściwym kierunku. Do tego po około pół godziny zapadł zmrok i musiałem rozbić namiot na stepie. Rano wstałem po pierwszej ciepłej nocy lecz kamienie pod plecami czułem jeszcze przez kilka godzin po bardzo ciężkiej pobódce . Przebudzenie miałem niezbyt efektowne lecz garstką wody doprowadziłem się w miarę do siebie, spakowałem swój dobytek i ruszyłem w drogę. Dodam, że moja noc była bardzo deszczowa i wietrzna dlatego musiałem raz wstać w nocy aby poprawić namiot, tyko po to aby mi nie padało na głowę.

Po około godzinie marszu zobaczyłem przed sobą kanion Czaryn. Dotarłem!!!

Kanion Czaryn

Kanion Czaryn jest jedną z największych atrakcji turystycznych w okolicach Almaty i wiele agencji turystycznych chciało mnie tu zabrać za pokaźną sumkę choć ja wolałem jak zwykle dostać się tu na własną rękę i zaoszczędzić. Kanion Czaryn nie jest tak wielki jak Wielki Kanion w Ameryce lecz jest wart odwiedzenia. Powstał on gdy rzeka Czaryn bardzo szybko spływała z Tian Shan i wyżłobiła kanion o głębokości 150-300m oraz ciekawe formacje skalne zwane Doliną Zamków.

Gdy się tu dostałem przede wszystkim byłem szczęśliwy że mi się udało, co było przygodą biorąc pod uwagę to w jaki sposób to zrobiłem. Potem zrobiłem bardzo dużo zdjęć, obszedłem jego sporą część i wszedłem do środka, co myślę że robi raczej niewielu. Zejście to oceniam jako trudne i średnio-trudne zależnie od odcinka. Było to zejście obfitujące w wiele niespodzianek i powrót też na pewno byłby wyczynem choć wybrałem inną drogę. Moja wyprawa wewnątrz kanionu była nieco dramatyczna gdyż zgubiłem się i zabrakło mi wody lecz musiałem zachować zimną krew. Były momenty gdy miałem już dość mojej podróży lecz w końcu udało mi się wydostać na powierzchnię. (Jeśli ktoś znajdzie się w mojej sytuacji radzę kierować się do wierz wartowniczych na szczycie kanionu). Po dotarciu na powierzchnię dostałem herbaty od strażników oraz miałem nawet transport do głównej drogi. Następnie dwoma środkami autostopu dotarłem do Almaty choć niestety za jeden samochód musiałem zapłacić. Dodam, że na tym odcinku autostop jest jedyną szansą na przemieszczanie się. Trzeba stać przy drodze i w końcu na pewno ktos się zatrzyma.

Natomiast co do kanionu Czaryn to był on oczywiście spektakularny. Zwłaszcza pierwsze wrażenie jest niezapomniane.

Dzień w Almaty i walka o bilet na pociąg

Wróciłem do mojej bazy czyli do najtańszego z możliwych i przytulnego z powodu brudu, hotelu w Almaty. Zjadłem w końcu gorący posiłek, wziąłem prysznic unikając podagry i wybrałem się na dworzec kolejowy aby kupić bilet. Nie było to jednak łatwe gdyż pani w okienku mnie bardzo ignorowała. Do tego wepchnął mi się milicjant a potem zepsuły się drukarki i razem czekałem około dwie godziny. Ludzie obok na widok mojej irytacji mówili „Welcome do Kazakhstan” i „Kazachstanowi daleko do Europy”. Tak czy inaczej, w końcu stałem się szczęśliwym posiadaczem biletu. W drodze do mojego akademika wstąpiłem jeszcze na Zielony Bazar na kebaba a potem opuściłem Almaty.

Podróż do miasta Szymkient                                                                

(Mój prywatny sponsor w pociągu)

Na stację dostałem się na pięć minut przed odjazdem, lecz ważne że zdążyłem. Aby dostać się na mój peron najpierw przechodziłem pod innymi pociągami co jest tu raczej normalne gdyż wielu innych pasażerów też tak robiło. Późnym wieczorem udałem się w 14h jazdę pociągiem do Szymkienta, miasta leżącego na zachód Almaty. Moja podróż nie była nudna, gdyż spotkałem chłopaka w wieku około 25lat, który mówił po angielsku i bardzo chciał mi pokazać, że ma pieniądze. Miał na imię Nurżan co oznacza w tłumaczeniu na polski „jasna dusza” i mówił, że zarabia aż $1000 dolarów miesięcznie. Jechał właśnie do rodziny do Aktau (nad morzem Kaspijskim),opowiadał trochę o sobie i o tym, że jedziemy nowymi pociągami gdyż były kupione niedawno od Chin. Zaprosił mnie też na wspaniałą kolację do wagonu restauracyjnego, z białymi obrusami i nienaganną obsługą. Mówił, że mogę zamówić co chcę gdyż pieniądze nie grały dla niego roli. Powiedział, że mogłem zamawiać co tylko chciałem bo on jest bardzo bogaty a ja wyglądam na biednego. Dla mnie jednak pieniądze grały rolę i to sporą lecz Nurżan miał gest. Był do tego stopnia miły, że pozwolił mi zadzwonić do Polski i mogłem rozmawiać ile chciałem. Pomyślałem, że potrzebuję kogoś takiego na co dzień lecz niestety zazwyczaj jest zupełnie inaczej. Po wszystkim porozmawiał ze mną trochę i poszedłem spać. Tak po prostu. Nigdy wcześniej mi się to nie zdarzyło choć ogólnie rzecz biorąc podróż do Szymkienta będę wspominał bardzo miło.

Szymkient

(Opis miasta)

Punktualnie o 10.59 dotarłem do miasta Szymkient. Słyszałem wcześniej straszne legendy o tym ile zapłacę tu za pokój lecz znowu mi się udało. Zaraz po wyjściu z pociągu zacząłem krzyczeć „kwartira” i z 3000 tenge utargowałem do 1000 tenge (około £4) za pokój dwuosobowy. Był też prysznic, toaleta na kucąco i głośne zapowiedzi wszystkich pociągów bez względu na porę dnia lub nocy. Zdarzało się, że w środku nocy słyszałem zgrzyt hamujących kół pociągu o tory lecz nic nie zdołało pobić ceny za pokój. Najpierw poszedłem do muzeum regionalnego gdzie przedstawiona była historia miasta, stroje ludowe i narzędzia z przestrzeni wieków. Mieściło się tu też „muzeum śmierci” czyli kolekcja zakurzonych, wypchanych zwierząt z miejscowego parku narodowego. Była tu także  propagandowa wystawa dotycząca Związku Radzieckiego. Mam na myśli plakaty propagandowe przedstawiające Lenina i Stalina w dobrym świetle a Nazistów oczywiście w złym. Były też zdjęcia z Gagarinem (choć jakoś nie jestem do końca przekonany czy był on w kosmosie) oraz kazachskie pieniądze z Leninem. Następnie przez kiepski lecz dumnie nazwany Park Centralny dostałem się do bazaru. Tam zostałem uroczyście powitany przez kilka starszych kobiet oraz dostałem w prezencie bułeczkę i kawałek melona. Na bazarze można było kupić części do maszyn różnego rodzaju, narzędzia, farby i wiele innych choć dla mnie wartościowa była przede wszystkim sama moja obecność tutaj. Kupiłem tu też klapki za około £3, które uwierały mnie przez kolejne dwa tygodnie.

Korzystając z tego, że byłem w kraju słynącym z szaszłyków wybrałem się oczywiście na obiad na szaszłyki a w mieście Szymkient można je kupić najtaniej. Zamówiłem więc dwa szaszłyki baranie z chlebem (lepioszka) oraz zieloną herbatę. Szef knajpy poczęstował zagranicznego gościa kwasem chlebowym z wyciągiem z pszenicy. Z jednej strony dobrą rzeczą jest tutaj, że bardzo rzadko ktoś mówi po angielsku dlatego musiałem dawać sobie radę po rosyjsku. Po obiedzie poszedłem do parku „Technopark” czyli miejsca z droższymi szaszłykami, które jest popularne wśród rodzin z dziećmi. Jest tutaj dużo karuzel, gier i zabaw.

Potem byłem też na jednym z głównych placów gdzie znajdował się meczet, przeszedłem wzdłuż kanału i spędziłem czas nad sztucznym stawem gdzie zawsze jest mnóstwo kąpiących się rodzin. W Szymkiencie spędziłem ponad dwa dni i serdecznie polecam. Jest tu co robić, jest tanio i jest to także dobra baza wypadowa do okolicznych miasteczek takich jak: Sayram, sławny Turkistan oraz rezerwat przyrody Aksu-Dzabagly. Dlatego właśnie Szymkient był przez jakiś czas moją bazą.

Sayram

(Opis zabytków antycznego miasta oraz jego ludzi i bazaru)

Jedną z wycieczek, którą zorganizowałem była wizyta w miasteczku Sayram leżącym 10km od Szymkient. Jest to mała wioska zamieszkana w całości przez Uzbeków i jedno z najstarszych osad ludzkich w Kazachstanie. Sayram ma około 3000 lat i było jedną z przystani handlowych na Jedwabnym Szlaku zanim Szymkient zaczął istnieć. Dlatego właśnie znajduje się tutaj wiele ciekawych zabytków, z których jeden pochodzi nawet z X wieku. Do Sayram dostałem się dzieloną taksówką z okolic basenu w Szymkiencie a podróż przebiegła bez problemu. Po drodze zabraliśmy kilka osób a po około pół godzinie kierowca wysadził mnie na przystanku centralnym wioski. Moją przygodę w Sayram rozpocząłem przywitaniem się z miejscowymi na dworcu oraz porcją lodów. Następnie zobaczyłem kilka zabytków z których kilka chciałbym opisać. Pierwszym obiektem był Minaret Kydra, prawdopodobnie z X wieku. Nie radzę oczekiwać cudów w tym miejscu lecz jest to miłe doświadczenie, które przynajmniej mnie skłoniło do chwili zadumy nad ciężarem czasu. Pomyślałem jak ja będę wyglądał za 1000 lat; pewnie nie najlepiej. Poza tym wszedłem na szczyt minaretu aby obserwować otaczające mnie pole sałaty oraz góry rezerwatu przyrody Aksu-Dzabagly. Następnym obiektem było XIII wieczne Mauzoleum Karashash-Ana. Był to obiekt z beżowej cegły z grobowcem w środku. Stamtąd przechodziłem przez mało interesujący Meczet Piątkowy aż doszedłem do Mauzoleum Mirali Bobo gdzie leży pochowany X wieczny islamski nauczyciel. Do tej pory wszystkie te obiekty były dla mnie interesujące a prawie każdy z nich leżał w ogrodzie. Nie do przeoczenia jest nowa brama miasta Sayram, którą na pewno wszyscy zobaczą wjeżdżając na przystanek centralny. Jednym z najbardziej interesujących było Mauzoleum Abd al Aziz-Baba, zbudowane z trzema kopułami. Także i to mieści się w ładnym ogrodzie i niestety w sąsiedztwie cmentarza. Zostałem tu zaproszony przez strażnika na zieloną herbatę, który wypytywał mnie o to po co przyjechałem do Kazachstanu. Szkoda, że musieliśmy szybko skończyć rozmowę gdyż przyszło kilka kobiet na modły w celu uniknięcia nieszczęścia. Innym obiektem, który już nie był atrakcyjny w porównaniu z innymi oraz trudny do znalezienia to Mauzoleum Maryam Ana z około XIV wieku. Interesującym doświadczeniem była także wizyta na miejscowym bazarze gdzie sprzedawano owoce, nasiona, mięso na hakach oblepione muchami oraz żywe kurczaki. Zaprosiłem się też na bardzo niewystawny obiad do bazarowej, brudnej knajpy. Zapłaciłem grosze a szaszłyki baranie i kwas chlebowy były pyszne. Po zobaczenu całego miasteczka wróciłem na dworzec skąd wziąłem dzieloną „marszrutkę” do miasta Szymkient.

Rezerwat Przyrody Aksu-Dzhabagly (oraz o tym jak nie dać się ograbić)

Zanim przejdę do opisu, wspomnę, że rezerwat ten jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej malowniczych miejsc w Kazachstanie. Ma on 1319m2, leży na granicy z Uzbekistanem i jest domem wielu gór i rozległych dolin. Punktem wypadowym do rezerwatu jest wieś Dzabangly, która znajduje się 70km od miasta Szymkient. Dostanie się tutaj było łatwe lecz miałem pewne kłopoty z dostaniem się do samego rezerwatu z powodu nieoczekiwanie wyższych płatności.

Gdy dojechałem do wsi spotkałem kilka osób oferujących mi nocleg za sumy znacznie przewyższające cenę mojego akademika w Almaty. Na szczęście miałem ze sobą namiot więc w razie gdyby miejscowi chcieli mnie oskubać nie miałem już tego problemu. Było też kilka firm oferujących spacery lub wyprawy na koniach do rezerwatu, lecz tylko za płatną przepustką oraz bogatym wachlarzem innych cen, który wyciskał mi łzy z oczu. Pomyślałem, że spróbuję szczęścia i pójdę 6km do bramy parku, dam kilka banknotów „w łapę” i mnie wpuszczą. Strażnicy byli na tyle trzeźwi, że zdołali mi wytłumaczyć, że potrzebuję przepustki i przewodnika oraz mogę też wziąć konia. Jednak oni nie mogą mnie wpuścić bo może mi się stać krzywda i jest to niezgodne z regułami. Wróciłem więc do wsi autostopem aby zaplanować wyprawę na następny dzień. Stanąłem przy oficjalnym biurze (zapowiednik) gdzie załatwia się wyprawy z pierwszej ręki lecz gdy tylko wysiadłem z samochodu, jak spod ziemi wyrósł agent podróży, który zawiózł mnie do siebie a potem przedstawił wygórowany kosztorys. Podziękowałem mu i wróciłem do biura zwanego zapowiednik. Jednak i tym razem przed bramą spotkałem prywatną agentkę. Była to Elmira, która uzgodniła ze mną dobrą cenę i zabrała do siebie abym zapłacił jej mężowi za wycieczkę, która miała być kolejnego dnia. Jej mąż był na tyle miły, że pozwolił mi rozłożyć namiot u siebie w ogrodzie za darmo. Kilka minut potem powiedział mi jednak, że jego żona uzgodniła ze mną za małą cenę i że musiałem się wynieść. Oznaczało to, że zapłaciłem im tylko za biuro (zapowiednik) lecz bez ich marży. Poszedłem więc tego samego wieczora do zapowiednika i umówiłem się na następny ranek na wycieczkę za bezpośrednią cenę gdyż oczywiste jest, że agenci musieli sami załatwiać wszystko też przez zapowiednik. Szkoda, że straciłem noc w ogrodzie ale trudno. Tego samego dnia zobaczyłem jeszcze muzeum przyrody w zapowiedniku lecz nieszczególnie polecam. Jest to muzeum „śmierci” z wypchanymi zwierzętami żyjącymi w tym rezerwacie. Następnie poszedłem poza wieś i rozbiłem namiot w górach przy rzece. We wsi byłoby to 5000 thenge a ja spędziłem kolejną noc za darmo. Psychicznie był to ciężki dzień lecz najważniejsze, że dałem sobie radę.

Następnego dnia rano miałem ciężką i twardą pobudkę po nocy spędzonej w namiocie na kamienistym podłożu. Ogarnąłem się, złożyłem namiot, nabrałem wody z rzeki i poszedłem do zapowiednika. Mimo, że wszystko miało trwać pięć minut, trwało ponad godzinę z powodu braku zorganizowania. Tak czy inaczej zapłaciłem za konia i przewodnika, zrobiłem małe zakupy w lokalnym sklepiku i w końcu pojechaliśmy do rezerwatu Aksu-Dzhabagly. Po drodze spotkałem też Anglików, którzy byli dla mnie mało przyjemni i zupełnie niepotrzebnie. Tego dnia przeszli około 18km gdyż prywatna firma skasowała ich tyle, że musieli zaoszczędzić na koniach.Gdyby byli dla mnie mili zaprowadziłbym ich do zapowiednika po super cenie.

Gdy tylko wsiadłem na konia ruszyliśmy w stronę rezerwatu. Przede mną było pole i góry w tle. Najpierw mijaliśmy pobliskie domki i jurtę, potem przechodziliśmy przez rzekę i szliśmy pod górę. Mijaliśmy rozległe doliny poodzielane strumykami, mieliśmy piękne widoki na ośnieżone szczyty i lodowce często przykryte mgłą. Były momenty gdy godzinami szliśmy przez dolinę po czym po wzniesieniu wchodziliśmy w następną. Innym razem szliśmy blisko przepaści mając rwącą rzekę nisko pod sobą. Ciekawe było też gdy spotkaliśmy innych turystów bez koni i pomagaliśmy im przedostać się przez rzekę aby nie zamoczyli butów. Rezerwat Aksu-Dzhabagly jest domem wielu zwierząt takich jak niedźwiedzie i wiele rodzajów kozic lecz jak mogłem podejrzewać zobaczyłem tylko mojego konia i orły. Generalnie moja wyprawa była podzielona na parę części. Najpierw od wsi Dzhabagly szliśmy 6km do bramy rezerwatu. Potem kolejne 6km do Kshi-Kaindy czyli górzystego terenu w pobliżu wodospadu na wysokości 1700m. Wodospad był ładny choć muszę przyznać, że ciekawsza była sama okolica, czyli góry i skały dookoła wodospadu. W tej okolicy daliśmy odpocząć koniom co było dobrym miejscem na odpoczynek dla nas i na posiłek. Potem, wolnym tempem, zatrzymując się na zdjęcia i rozmowy z koniem szliśmy kolejne 6km do Ulken-Kaindy. Miejsce to leży na samym końcu rozległej doliny u progu gór. Znajduje się tu chatka gdzie turyści zazwyczaj śpią przed wyprawą w dalsze części rezerwatu. Dla mnie był to jednak końcowy przystanek dlatego po filiżance herbaty i kolejnej rozmowie z koniem udaliśmy się w drogę powrotną. Tym razem szliśmy trochę szybciej choć ciągle miałem czas aby zachwycić sie otaczającymi mnie plenerami. W rezerwacie tym nauczyłem się też lepiej jeździć na koniu i kilka razy galopowałem. Było to przeżycie i muszę przyznać, że galop sprawiał jakbym płynął po ziemi razem z moim koniem. Najlepsza była część gdy skakałem przez strumyk i przez rów. Były to wspaniałe wrażenia co potem także przedyskutowałem z moim koniem. Wycieczka ta choć krótka bo trwała tylko jeden dzień sprawiła mi wiele radości i szczerze polecam. Najwięcej niestety płaci się za konia choć uważam, że bez niego nie byłoby takich wrażeń. Na koniec dałem mojemu przewodnikowi napiwek bo przez cały czas wspominał o bogactwie Polaków a potem unikając dalszych opłat poszedłem rozłożyć namiot za wieś. Niestety pasterze zaganiający bydło do wsi widzieli mnie więc tym razem moja anonimowość nie powiodła się. W środku nocy jakieś dzieci rzuciły w mój namiot suchymi odchodami, świecąc przy tym latarką i robiąc tyle hałasu, że okoliczne psy długo jeszcze potem szczekały. Nad ranem obudził mnie pasterz oraz jego owce. Wkrótce potem zawołał mnie mój przewodnik, który był na tyle miły, że zaprosił mnie na śniadanie do domu a potem odprowadził do autobusu. Był to też pierwszy raz gdy spróbowałem kumysu czyli mleka od kobyły. Nie jestem jednak fanem tego napoju; jest on zbyt cierpki i kwaśny.  Rezerwat przyrody Aksu-Dzhabagly serdecznie polecam i mam nadzieję, że mój reportaż pomoże w radzeniu sobie w przeciwnościami losu, które opisałem powyżej.

Opowieść drogi: Wieś Dzhabagly→Szymkient→Turkistan

Droga nie była zbyt przyjemna gdyż z tyłu małego autobusu siedziały dzieci, które wymiotowały przez całą drogę i po jakimś czasie zaczęło bardzo śmierdzieć. Po dostaniu się na dworzec w mieście Szymkient, kierowca wylał wiadro wody a ja zostałem powitany przez właściciela dworcowego sracza. Wskazał mi autobus jadący w moje miejsce zainteresowania, uścisnął mi rękę i byłem już w drodze.Gdy wysiadłem na dworcu z którego odjeżdżały autobysy do Turkistanu, szybko kupiłem bilet, przekąsiłem coś w lokalnej knajpie i ponownie byłem w drodze. Tę podróż odbyłem z dziewczyną, która chciała abym ją uczył angielskiego i miała przy sobie elektronicznego tłumacza. Następnie przespałem się na tylnych siedzeniach i po około dwóch godzinach dotarłem do Turkistanu.

Turkistan

(Opis wspaniałości antycznego miasta)

Lokalny dworzec i sąsiednie ulice przyprawiły mnie o mdłości lecz i tak nie były złe w porównaniu z wieloma miejscami w Indiach. Wsiadłem na gapę do lokalnego busika i ścisnięty jak sardynka dotarłem do ulicy, której chciałem. Hotele były tu niestety bardzo drogie lecz udało mi się znaleźć jeden za jedyne 1000 tenge i to bardzo blisko mauzoleów. Po ostatnich dwóch nocach przespanych na baranim pastwisku i po całym dniu w siodle, musiałem najpierw dojść do siebie. Najpierw przespałem się dwie godziny a potem wykąpałem się i poprałem. Poza tym gdy tylko wszedłem na teren hotelu, szefowa najpierw wskazała mi prysznic więc pewnie wyglądałem i pachniałem dość kiepsko. Hotel nie był najtańszy i najgorszy z możliwych lecz miał łóżko, prysznic, kibel (zasraną dziurę w podłodze) i wspaniałą lokalizację.

Turkistan jest jednym z napopularniejszych miejsc pielgrzymek religijnych w Azji Centralnej lecz także miastem zainteresowania turystów. Znajduje się tu między innymi wielkie mauzoleum z XIV wieku zbudowane przez Timura. W tamtych czasach Turkistan był porównywany ze wspaniałościami Samarkandy (Uzbekistan) a dziś pod względem antycznej architektury nie ma sobie równych. Można tu podziwiać wielkie mauzoleum ze wspaniałym wykonaniem kafelków na nim oraz w tym samym stylu ozdabianą kopułę i minarety. Jedna ściana odczuła ciężar czasu dlatego w tym miejscu prowadzone są prace restauracyjne. Główne obiekty, które warto wymienić to XV wieczne Mauzoleum Rabigha-Sultan Begum oraz główny obiekt czyli Mauzoleum Yasaui. Jest to główne centrum pielgrzymek gdzie w głównej komnacie znajduje się kopuła o średnicy 18m. Na podłodze natomiast stoi kazan czyli dwu tonowy, metalowy garnek, który jest podarkiem od Timura. Poza głównym holem są jeszcze 34 pokoje na dwóch piętrach. Mimo, że mauzoleum podobało mi się od środka to jest ciekawsze od zewnątrz. Mam tu na myśli wejście główne, błękitną kafelkowaną kopułę i misternie ozdobione kafelki na ścianach. Przyjemny jest też tu spacer po murach starego miasta skąd jest dobry widok na ten i inne obiekty. Obok znajduje się parę innych, małych meczetów, ogród różany oraz muzeum archeologiczno-etnograficzne na temat starego Turkistanu, starych strojów, monet, Timura oraz innych pamiątek z tamtego czasu, z Doliny Syr-Darya.

Mój stresujący lecz udany transport z Turkistanu do Aralska

Latem w Kazachstanie bilety pociągowe są drogie a kupienie ich graniczy z cudem. Często trzeba czekać tygodniami na co ja nie miałem czasu. Porozmawiałem więc z dyżurnym dworca (przepocony tłusty w brudnym mundurze) aby załatwił mi miejsce w pociągu. Ten wsadził mnie do wagonu a tam dyżurny pociągu (chudy pomarszczony z czarnymi zębami) zgodził się za małą łapówkę. Dałem każdemu po tysiąc tenge i dyżurny wskazał mi łóżko. Wszystko wyglądało pięknie lecz gdy pociąg ruszył okazało się, że  szefową dyżurnego była kobieta która zrobiła z tego wielki problem. Powiedziała, że mnie wysadzi na następnej stacji czyli miejsca wyludniałego po środku stepu. Wtrącił się tu chudy z czarnymi zębami, który powiedział, że jeśli mu dopłacę jeszcze 4 tysiące to dojadę do Aralska lecz gdy pokazałem mu środkowy palec zmienił wersję na 2 tysiące. Powiedziałem o tym jego szefowej na co on zareagował głupim uśmiechem i wywaleniem czarnym zębów na światło dzienne. Oddał mi wtedy 500 tenge a ja byłem na tyle bezczelny, że poprosiłem o kolejne 500 lecz Chudy już nie miał tej kasy bo przepuścił na używki. Gdy otworzyli drzwi na stacji gdzieś na stepie po prostu nie wysiadłem. Przestałem na siłę między wagonami około 0,5h, po czym zmienili front. Szefowa zaprosiła mnie do swojego pokoju na zieloną herbatę i kawał arbuza podczas gdy Chudy szorował wagon. Odbyliśmy rozmowę o życiu w Kazachstanie i w Europie oraz o zarobkach i cenach. Wieczorem wskazała mi moją pryczę i dała pościel a o 6 rano ubudziła klapsem w tyłek aby mi powiedzieć, że o 7 dojedziemy. Podziękowałem lecz ona odparła żebym nie dziękował tylko jej zapłacił. Wyszło tak, że jej pachołek z czarnymi zębami, który równo jej lizał tyłek przez całą drogę musiał jej za mnie dać 1000 tenge a ja jej jeszcze dałem 1000. Najpierw jednak musiałem przejść trzy wagony aby rozmienić 2000 bo wiedziałem, że gdy dam większy banknot to reszty już nie zobaczę. W końcu dotarłem do Aralska i byłem szczęśliwy gdyż nie przyszło mi to bez trudu. Jadąc pociągiem przez step widziałem w zasadzie tylko pustą przestrzeń. Czasami pojawiały się dzikie wielbłądy, muzułmańskie cmentarze oraz domy czyli tragiczne, nieotynkowane mury, bez elektryczności i z ogrodzeniami z patyków. Było to zupełnie coś innego niż Kazachstan dumnie reklamowany przez prezydenta Nazarbayeva.

Aralsk                                                                                            

(Odcięta od świata stepowa tragedia oraz wyjazd nad Morze Aralskie)

Po długiej i stresującej podróży wyskoczyłem z pociągu gdzieś na stepie,  mając za sobą płaski horyzont a z przodu tory i małą stację pociągową. Stacja nosiła dumną nazwę „Morze Aralskie” choć w roku 2010 najbliższy brzeg był o około 63km od miasteczka. Na stacji była wielka mozaika przedstawiająca rybaków z obfitym połowem, zaś w jednym rogu znajdowała się głowa Lenina pozdrawiająca swój naród. Gdy mozaika ta była tworzona Aralsk był wielkim portem rybnym nad Morzem Aralskim, który eksportował ryby do całego Związku Radzieckiego.

Będąc jeszcze na stacji zapytałem o bilet do Aktau nad Morze Kaspijskie lecz biletów nie było na wiele dni. Zapytałem też o bilet do Almaty lub dokądkolwiek, lecz jak się mogłem domyślić nie było absolutnie nic. Kobiety w okienkach śmiały się, że zostanę u nich na zawsze. Znalazł się też pracownik dworca, który chciał ode mnie pięniędze za udzielenie mi informacji o odjazdach, bo przecież Polacy są bardzo bogaci.

Gdy wyszedłem z dworca o nazwie „Morze Aralskie” najpierw zobaczyłem pomnik przedstawiający statek. Ogrodzenia domów były ozdobione w kotwice a na jednym z wielu placów miasta był pomnik rybaka z wielką rybą. Nie było tylko samego morza. Spacer do centrum miasteczka także obfitował we wrażenia gdyż czułem, że byłem w mieście gdzie „wampiry mówią dobranoc”. Szedłem piaszczystą drogą w tumanach kurzu, po obu stronach miałem stare, odrapane posowieckie bloki a koło mnie była dziurawa szosa. Ludzie wyglądali z drzwi i okien obserwując mnie i nie mówiąc ani słowa. Gdy w końcu dotarłem do miejsca, które pasowało mi na centrum, najpierw poszedłem do hotelu i jedyny jaki znalazłem do hotel Aral. Niemiła baba z recepcji powiedziała bardzo poważnie, że są tylko pokoju „lux” z widokiem na morze za 4000 tenge (około £16). Oczywiście cena była astronomicznie wysoka lecz skoro przestawiłem swą stopę przez ten śmietnik, poprosiłem ją aby mi pokazała widok na morze. Wtedy poklęła coś po kazachsku i powiedziała abym przyszedł gdy będę miał 4000 tenge. Za hotelem Aral znajdował się najlepszy dowód na tragedię jaka się tu wydarzyła. Zobaczyłem zagłębienie w ziemi oraz były brzeg. Zobaczyłem też zardzewiałe kutry rybackie a w oddali opuszczone i zardzewiałe fabryki przetwórstwa ryb. Ogólnie rzecz biorąc było to bardzo przygnębiające miejsce. Nowością w tym miejscu jest siłownia oraz mały basen znajdujący się pod dużą, białą kopułą. Poza tym, miejsce to odebrałem jako cmentarz. Tym bardziej, że pobliskie domy były w fatalnym stanie, a drogi to jedynie fura piachu, która unosi się za każdym samochodem.

Zamierzałem tu spędzić choć jedną noc choć muszę przyznać, że mi wystarczyło po godzinie. Miałem jednak problem gdyż nie chciałem płacić 4000 tenge za nocleg. Zacząłem więc pytać ludzi w domach i w knajpach czy jest u nich „gostinica”. W końcu wzięła mnie jedna pani choć nie na długo. Na początku pokazała mi swój dom i powiedziała gdzie mogłem spać. Przechodząc przez ochydny ogród dotarłem do miejsca gdzie wziąłem prysznic z ruskiej bani czyli z metalowej, wielkiej puszki z której leciała woda.Był to prysznic pokryty słomą i folią oraz otoczony dyktą. Nie chcę aby ktoś pomyślał, że były to luksusowe wakacje. Następnie ku mojemu zdziwieniu zostałem wyproszony gdyż pani domu zmieniła swój zamiar wobec mnie. Znowu więc byłem na parszywej drodze mając przed sobą hotel Aral za 4000 i wraki kutrów obok. Pomyślałem, że w razie desperacji po prostu rozbiję namiot na odludziu co podczas tej wyprawy było dość częste lecz na szczęście zostałem przygarnięty za jedyny 1000 tenge do domu, który był lepszy niż te w Indiach. To była jego jedyna zaleta. Na podwórku były wraki samochodów oraz kolekcja pustych butelek po piwie z kilku lat. Tak czy inaczej w końcu coś znalazłem i było tanio. Po tym zdarzeniu poszedłem w stronę centrum.

Moim pierwszym celem zainteresowania było Muzeum Historii Aralska, które było świetnym przypomnieniem tego jak kiedyś kwitł jeden z największych portów Azji. Znajdowały się tu stare fotografie i obrazy przedstawiające rybaków przy pracy oraz połowy w całej krasie. Zobaczyłem też brzeg Morza Aralskiego w Aralsku czyli około 200m od muzeum. Znajdowała się tu mapa pokazująca przebieg katastrofy czyli kurczenie się akwenu na przestrzeni lat. Innymi ciekawymi rekwizytami były ryby w formalinie wyłowione z Morza Aralskiego, w tym także z brzegu Aralska. Całe muzeum było według mnie tragiczne. Rozmawiałem o tym z ludźmi tam pracującymi, którzy pytali o to skąd jestem i byli zainteresowani moimi podróżami. Zostawiłem swój wpis w księdze i wyszedłem na pustą, piaszczystą ulicę. Przed sobą miałem wyludniałe, zrujnowane boisko oraz ogrodzenia z kotwicami. Spotkałem tu także starego człowieka, który mówił jak to było gdy za jego czasów łowił ryby w Aralsku a jego brat świętej pamięci pracował w fabryce przetwórstwa. Co za tragedia!!!

Kierowałem się w stronę placu gdzie najdował się bank i biura a obok pomnik rybaka z wielką rybą i mały park. Idąc dalej dotarłem na Stary Bazar. Znajdował się tam spory pomnik a z jego obu stron był bardzo chaotyczny i jednocześnie bardzo zrelaksowany bazar oraz stacja autokarowa skąd autobusy odjeżdżały to Turkistanu, Szymkientu i dalej do Almaty. Niestety nie istniał stamtąd transport do Aktau, nad Morze Kaspijskie, czym byłem wtedy bardziej zainteresowany. Wracając do opisu bazaru czułem, że miałem bogaty wybór w szczególności arbuzów choć także i innych rzeczy. Zaprosiłem się tu do „restauracji” na bardzo niskim poziomie za marne grosze. Za trzy jajka, chleb i herbatę zapłaciłem około 70 pensów co wspaniale poprawiło mi humor, gdyż do wyrywnych nie należę. Byłem tutaj świadkiem jak dobrze radzą sobie kobiety w Kazachstanie. Szefowa knajpy, która była raczej mała i krucha sama wypchnęła wielkiego pijaka aż trzy razy. Następnego dnia po południu uśmiechnęło się do mnie szczęście gdyż spotkałem Szwedów, którzy jechali właśnie nad Morze Aralskie. Zabrałem się z nimi za około £15 co mnie trochę zasmuciło lecz i tak było warto. Jechaliśmy przez pusty step i to dość szybko gdyż kierowca musiał trochę spuścić z ceny i nie miał czasu. Myślę, że żaden z nas nie był zainteresowany już w tym momencie widokami gdyż step już wcześniej widzieliśmy. Po około godzinie dotarliśmy nad Morze Aralskie. Oczywiście byłem zadowolony, że tu dotarłem lecz przyszłym podróżnikom nie radzę się tu spodziewać cudów. Największą zaletą Morza Aralskiego jest właśnie to, że jest Aralskim. Poza tym znajduje się tu spore jezioro, kilka wraków i step, choć ja miałem też okazję zobaczyć stado dzikich baktrianów. Jeśli ktoś ma własny rower to można tu przyjechać z Aralska, zjeść obiad w Zalynasz i rozbić namiot przed szuwarami, z ładnym widokiem na jezioro i zardzewiałe wraki. Po krótkim rejsie łódką oraz po dłuższej chwili zadumy na temat tragedi Morza Aralskiego wróciłem ze Szwedami do Aralska. Wycieczkę jak najbardziej polecam ale z kimś aby zaoszczędzić na kosztach. Ja zawsze podróżuję sam więc tym razem miałem szczęście.

Po powrocie do Aralska miałem już dość tego miejsca lecz nawet gdybym nie miał i tak musiałem zorganizować wyjazd. Pociągów nie było na wiele dni w żadnym kierunku więc jedyną opcją było danie łapówki konduktorowi co nie daje przecież gwarancji żebym pojechał a płaszczenie się przed kimś mi nie odpowiadało. Został więc tylko autobus. Ze Starego Bazaru odjeżdżało kilka lecz tylko do Turkistanu i tylko w poniedziałki i czwartki oraz tylko o 4 wieczorem. Oznaczało to oczywiście 4.30. Kupiłem więc arbuza na drogę, rozłożyłem śpiwór na podłodze i w towarzystwie tłustych, starszych pań ze złotymi zębami opuściłem Aralsk nie oglądając się za siebie. Podsumowując, Aralsk i wyprawę nad Morze Aralskie to jest to ciekawa  przygoda odcięta od świata oraz najlepsze miejsce do poznania największej tragedii ekologicznej Azji. Dostanie się tu i wydostanie może być trudne lecz warto przeżyć tą przygodę

(Do tematu tragedii Morza Aralskiego wrócę w moim reportażu o Uzbekistanie gdzie przemierzając pustynię Kyzylkum i daleki Karakalpakstan dotarłem do wsi Moynaq, leżącej na „bezkresnym” stepie..)

Reportaż drogi. Aralsk→Turkistan→Almaty                                 

(Moja podróż przez step oraz opis „życia w pociągu” i realiów Kazachstanu)

W Aralsku wsiadłem do autobusu jadącego do Turkistanu gdyż był to jedyny kierunek w jakim możliwa była jazda. Zapłaciłem 1500TG a podróż trwała od 4.30 wieczorem do 6 rano. Tylne siedzenia były usunięte a zamiast nich na podłodze były położone kołdry gdzie rozłożyłem dodatkowo swój śpiwór i wcisnąłem się pomiędzy stare, gruby kobiety. Myślałem, że po prostu zasnę lecz droga była bardzo słaba a grube obok strasznie chrapały. Był to więc dla mnie czas na przypomnienie sobie jak wygląda step. Gapiłem się na niego już od wielu tygodni więc znałem go świetnie a po tej podróży znałem go jeszcze lepiej. (Nie wiem czy wspomniałem już o długim, niekończącym się, płaskim stepie.) Po drodze coś się jednak zmieniało gdyż czasem widziałem stada dzikich wielbłądów oraz muzułmańskie cmentarze. Zarzymaliśmy się też na kolację w knajpie przy drodze gdzie miałem wybór pomiędzy samsą, pierogiem a naleśnikiem. Pożarłem więc naleśnika i ruszyliśmy w dalszą drogę przez step. Do Turkistanu dotarłem około 6 rano a pierwszy autobus do Almaty odjeżdżał za 12 godzin. Zatrzymałem więc loklany busik nr 2 i pojechałem sprawdzić jak kursują pociągi. Tutaj pierwszy raz od wielu dni miałem szczęście gdyż była godzina 6.45 rano a pierwszy pociąg do Almaty odjeżdżał o 7.28 i był bilet. Zapłaciłem za niego 2237TG lecz musiałem zapłacić 2300 gdyż w okienku sami sobie biorą napiwek. Miałem jeszcze pół godziny na gotowane jajka i herbatę (czaj) a potem przedzierając się przez tłum sprzedawców naleśników dotarłem do wagonu. Tutaj rosyjski konduktor powitał mnie bardzo chłodno a potem splunął i wskazał mi pryczę.

Tego dnia było wyjątkowo gorąco. Przez cały czas się lepiłem a ludzie w wagonie mlaskali, siorpali i trzaskali drzwiami. Współpasażerowie nawet poczęstowali mnie herbatą, ciastkami i arbuzem a ja opowiadałem im gdzie byłem i co jeszcze zamierzałem zobaczyć. Była to oczywiście bardzo długa opowieść bo zjeździłem już prawie całą Azję. Potem odbyliśmy dyskusję o ekonomii co nie było zbyt miłym tematem. Powiedzieli, że Oni zarabiają tylko po $170 dlatego nie mogą podróżować tak jak ja. Poza tym kredyt na mieszkanie w Almaty to około 20-25%. Dla porównania w Anglii to około 4-5%. Powiedziałem, że co do Polski to nie jestem pewien ale pewnie też bo to w miarę bogaty kraj. Skarżyłem się, że moja podróż pociągiem trwa wieczność bo aż 12h a Oni odparli, że ich podróż z Atyrau do Almaty trwa aż 72h. Kazachstan to ogromny kraj i niestety potrzeba aż trzech dni na przejechanie z jednego końca na drugi. Często podróż z pukntu A do B oznacz jazdę jak z Polski do Niemiec przez Węgry dlatego, że torów jest za mało. Czasem też tory biegną przez sąsiednie kraje dlatego radzę turystom dokładnie się dowiedzieć o trasę przed kupnem biletu.

Podczas jazdy zauważyłem, że pasażerowie są znakomicie przygotowani do pokonywania wielkich odległości. Kąpią się, przebierają, mają pidżamy, swoje talerze, sztućce i nawet czajniki do rozlewania herbaty.

Okolo 10 wieczorem konduktor (prowadnik) zgasił światło i wszyscy musieli iść spać. Pociąg dojechał do Almaty-2 o 2.45 rano lecz prowadnik obudził wszystkich o 1.45 aby pasażerowie mieli czas na złożenie pościeli i położenia ich na miejsce. Widać tu było, że naród kazachski jest bardzo zdyscyplinowany. Ładnie złożyli poszewki i pościel, ubrali się, umyli ząbki, uczesali i wyszli w spokoju. Wprost nie do wyobrażenia w porównaniu np. z londyńskim motłochem. Nie chciałem opuszczać dworca gdyż było jeszcze ciemno dlatego przespałem się na dworcu do 5.30 rano a potem kupiłem bilet na dalszą jazdę. Chciałem się dostać do Astany lecz biletów oczywiście nie było. Kupiłem więc bilet do Lepsy skąd miałem zamiar do dostać się nad jezioro Balhasz (Jedno z 4 najwięszych jezior Azji). Generalnie była to bardzo ciężka noc. Ledwo wyszedłem z dworca gdyż plastikowe siedzenia „utkwiły” mi w plecach. Miałem jednak szczęście gdyż udało mi się zatrzymać ciężarówkę z kazachskim wojskiem. Wyglądałem tak źle, że chyba im się mnie zrobiło szkoda bo podwieźli mnie gdzie chciałem. Gdy wszedłem do Akademika sprzątaczka wrzasnęła: „Malik wrócił”. Zapłaciłem 1000TG, odebrałem mój bagaż i zasnąłem. Ten etap mojej podróży zakończył się.

Moje dwa dni w Almaty

Były to bardzo spokojne dwa dni. Nie śpieszyłem się nigdzie i nie walczyłem z kupnem biletów, których i tak nie było. Był to czas, który spędziłem na spaniu, jedzeniu i praniu choć byłem też w parkach i na internecie. Poszedłem też na bazar aby poćwiczyć swój rosyjski. Odwiedziłem też parę sklepów z kazachską sztuką i poćwiczyłem w parku. Dzień ten zakończyłem arbuzem i melonem, które podzieliłem z lokatorami pokoju. Szczególnie te dwa owoce bardzo polecam. W gorącym, suchym klimacie bardzo dobrze gaszą pragnienie i są też bardzo tanie.

Następnego dnia znowu odpoczywałem i byłem na kazachskim obiedzie czyli na szaszłyku z cebulą. Miał być jeszcze kumyz ale darowałem sobie. Wieczorem udałem się na daleko położony dworzec Almaty-1. Taksówkarze chcieli 2000TG lecz zapłaciłem tylko 100TG. W tym celu dostałem się jakimkolwiek busikiem do Zielonego Bazaru a potem busikiem nr 71 do dworca. Po raz kolejny opuściłem Almaty lecz tylko na jakiś czas.

Podróż do Lepsy

Podróż pociągiem do Lepsy minęła mi bardzo miło. Poza tym znałem już rosyjski o wiele lepiej bo na znajomość angielskiego nie można tu liczyć. Z drugiej strony to jednak dobrze gdyż znam kolejny język. Towarzystwo tym razem też miałem bardzo miłe. Na przeciwko mnie siedziała śliczna Kozaczka, której patrzyłem głęboko w oczy i która robiła mi herbaty i częstowała melonem. Kozaczka była wyjątkowo „gorącą suczycą” o ładnej twarzy i oczach oraz wydatnych piersiach. Skutecznie podnosiła temperaturę w wagonie choć i tak już było gorąco. Kazachowie często wychodzili w miejsce gdzie był większy nawiew co i tak nie pomagało. Może zapamiętałbym więcej z tej podróży lecz przez Kozaczkę było to niemożliwe….

Lepsy i Jezioro Balhasz                                                           

(Darmowe posiłki, wyjątkowa gościnność, piękne czyste jezioro, ciągłe rozmowy o pieniądzach, ładne dziewczyny jako środek dopingujący i poważna oferta, że mogą mi je przysłać do Anglii)

Do Lepsy dojechałem o 8.13 rano i niestety nie zrobiło na mnie wrażenia. Ta mała, wyglądająca na opuszczoną dziura przywitała mnie całkowitym wyludnieniem i dworcem jakby przeszła przez niego zaraza. Na prawo od dworca był też rozpadający się kibel. Ludzie wystawili głowy z odjeżdżającego pociągu i pytali: „Co ty chcesz robić na takim pustkowiu?” lub patrzyli na mnie i mówili: „wariat”. Nie wiedzieli jednak, że ja kocham tego typu miejsca.

Dziwiło mnie, że Kazachowie nie przerobili tego miejsca w maszynę do robienia pieniędzy gdyż 15km stąd znajdowało się czwarte największe jezioro Azji czyli Balhasz. Gdyby to było w Chinach, Chińczycy już by z tego zrobili wielki biznes.

Za dworcem stał taksówkarz, który chciał mnie podwieźć do jeziora za 2500TG lecz wkrótce zrozumiał, że jestem za to za tani. Poszedłem więc w kierunku drogi i wylądowałem na pustej, podziurawionej szosie, gdzieś na stepie. Co jakiś czas przejeżdżały samochody lecz dopiero po przebytych dwóch kilometrach ktoś się zatrzymał. Całe szczęście bo akurat zerwała się wichura i zaczął padać rzęsisty deszcz. Po chwili dotarłem nad jezioro-piękne, czyste, turkusowe, wielkie. Wyglądało raczej jak morze niż jezioro gdyż było tak ogromne. Rozstawiłem namiot i popływałem. Najpierw woda była bardzo chłodna lecz potem już była do wytrzymania. Zauważyłem też, że ludzie byli bardzo przyjacielscy. Pomagali mi rozstawiać namiot, pytali skąd jestem i poczęstowali jedzeniem. Trochę mi było głupio lecz wciskali mi jajka, ogórki i pomidory na siłę. Gdy już zjadłem z nimi lub raczej ich objadłem, powiedzieli że zapraszają mnie na obiad. Wkrótce położyłem się spać lecz nie trwało to długo gdyż wiatr był tak silny, że oderwała się wierzchnia część namiotu. Gdy ją łapałem Rosjanin siedzący niedaleko pomagał mi ja zakładać. Zobaczył, że mówiłem kiepsko po rosyjsku i dobrze po angielsku i chyba mu się to spodobało. Zaprosił mnie na swoje legowisko gdzie było jeszcze około 10-ciu jego znajomych. Tam po standardowych pytaniach wszyscy bardzo się dziwili, że nie boję się sam podróżować po ich kraju, i że interesuje mnie Kazachstan. Wcześniej także, gdy podróżowałem pociągiem i łapałem autostop wszyscy się bardzo dziwili, że się nie boję. Powiedzieli więc, że jeśli zagram z nimi w karty to mnie nakarmią.Czułem się jak żebrak lecz nic nie mogłem poradzić, że wszyscy wciskali mi jedzenie. Poszliśmy więc do furgonetki i zaczęliśmy grać lecz nic z tego nie wyszło bo zasady gry były trudne do wytłumaczenia nawet po rosyjsku, którym ja posługiwałem się wtedy jeszcze w ograniczony sposób. Rozmiawialiśmy więc o pracy, średnich wypłatach i moich podróżach. Gdy powiedziałem w ilu krajach byłem, oczywiście byli pod wrażeniem lecz przede wszystkim myśleli, że jestem  milionerem. Nie zdawali sobie jednak sprawy w jakich warunkach ja podróżuję. Wpychali we mnie pierożki, szaszłyki, ogórki i kwas chlebowy. Wódkę i piwo też mi chcieli dać lecz ja przecież nie piję. Opowiadali, że w Kazachstanie pensje są marne lecz oni zarabiają „bardzo dobrze” bo „aż” $1000.

Po tej miłej rozmowie i kolejnym posiłku znowu naprawiłem namiot, popływałem, poszedłem na spacer brzegiem jeziora i poszedłem spać. Jednak i tym razem nie mogłem być sam gdyż ludzie, których poznałem rano obudzili mnie na obiad. Wprost nie mogłem w to uwierzyć, tym bardziej że jak się okazało miałem do towarzystwa dwa „ponęntne kociaki” w kostiumach kąpielowych oraz mężczyznę z napisem „Bogacz” na czapce. Czułem, że to będzie kolejne dobre doświadczenie i mam tu na myśli rozmowę podczas posiłku. Moje zdziwienie nie miało końca gdyż byłem tu sam, wyglądałem bardzo biednie i miałem przy sobie tylko marne grosze. Po krótkim spacerze usiedliśmy przy stole na świeżym powietrzu i było miło gdyż wiał delikatny wiatr i nie było zbyt gorąco. Ja i „bogacz” rozmawialiśmy oczywiście o pieniądzach i o tym ile on zarabia a dziewczyny słuchały, nakrywały stół, ładnie kręciły pupami i pokazywały mi zawartość dekoltu podając zupę baranią. Dostałem też natkę do zupy, chleb i nawet deser. Był to serwis z uśmiechem. W międzyczasie rozmawialiśmy o pieniądzach, interesach i moich podróżach. Dziewczyny koniecznie chciały sobie ze mną zrobić zdjęcie. Najpierw zrobiły swoim apartem a potem moim. Myślałem, że tylko staną koło mnie i ładnie się uśmiechną lecz one oparły się o mnie przyjmując pozycję”do kopulacji” i kładąc mi piersi na plecach. Myślę, że jestem raczej nieśmiały do kobiet lecz jak na ironię one zawsze się do mnie przymiliają. „Bogacz” nadal mnie wypytywał o pieniądze choć spytał też czy Rita (dobry tyłek, niezłe cycki)  mi się podoba. Odparłem, że jasne a on na to, że może mi ją przysłać do Anglii. Powiedziałem, że mam już stałą, kochaną kobietę choć jest astronomicznie droga w utrzymaniu. „Bogacz”odparł, że Rita będzie mnie kosztowała 10 razy mniej i spełni wszystkie moje życzenia. Naprawdę czułem się zaszczycony lecz gdy powiedziałem, że chyba zatrzymam moją drogą w utrzymaniu, Rita od razu zakryła cycki i homory też raczej opadły. Był to świetny moment na to aby się wywinąć z przyjęcia. Podziękowałem serdecznie i popiłem kwasem chlebowym a dziewczyny jeszcze zapraszały na wieczorne szaszłyki. Udałem się na wieczorny spacer brzegiem jeziora i myślałem o tym, że był to kolejny wspaniały dzień. Z drugiej jednak strony zrobiło mi się przykro bo ja zawsze staram się być wierny lecz gdzie bym nie pojechał wszędzie chcą mi się wcisnąć kobietę. Cóż, taki mój los……..

Wracając do tematu jeziora, było na prawdę piękne.

Transport z jeziora Balhasz do Ust-Kamenogorska                      

(Jazda sowiecką  furgonetką do miasta Taldyqorghan w towarzystwie pijanych Rosjan, bójka nie na żarty w nocnym autokarze do Ust-Kamenogorska, bazy wojskowe pozostawione przez wojska radzieckie, rozmowa z tubylcami, opisy płn. Kazachstanu)

Moje podróże są oparte na głupim szczęściu i tak się też stało i tym razem. Transport w Kazchstanie jest bardzo nieprzewidywalny więc chwyciłem się każdej szansy aby gnać przed siebie. Zabrałem się ze znajomymi z plaży, którzy mnie wcześniej nakarmili i wypytali o „moje miliony”. Do Lepsy (15km) od jeziora nie było nawet co jechać bo z tej wyglądającej na wymarłą dziurę, pociągi odjeżdżały w nocy a i tak nie było biletów. Zresztą nawet gdyby był choć jeden to i tak nie miałbym go od kogo kupić. Rosjanie, z którymi jechałem powiedzieli, że po zmroku w Lepsy jest mnóstwo łobuzów więc podwieźli mnie do Taldyqorghan czyli małego miasta 265km od Almaty i w kierunku płd-zach od Balhasz. Jechałem z armią pijaków jako jedyny nie pijący, starą sowiecką furgonetką o nazwie Gazelle. Moi dobroczyńcy mówili do mnie kompletnie pijani a ja bardzo grzecznie i z nienaganną cierpliwością udzielałem odpowiedzi. Kierowcą był Sasza, który miał tego dnia bardzo zły humor i strasznie przeklinał. Za mną siedzieli Pasza i Wania oraz ich rozśpiewane kobiety z chlebem, ogórkiem i kiełbasą w rękach. Jechałem poprzez step, po dziurawej drodze i po około 3h dotarliśmy do miasta. Najpierw odwieźliśmy wszystkich do domów a potem Sasza odwiózł mnie na dworzec. Wania i Pasza poszli ze mną kupić bilet i wsadzili mnie do autobusu jadącego do Ust-Kamenogorska, który odjeżdżał za 5 minut. Pożegnaliśmy się i odjechałem. Myślę, że Ci ludzie nie zdawali sobie sprawy jak bardzo mi pomogli. Nie dość, że mnie nakarmili to jeszcze podwieźli w bezpieczne miejsce. Miałem wielkie szczęście gdyż nieoczekiwanie spotkałem przyjaciół. Kilka minut po tym jak autobus odjechał, zaczęła się rozruba. Młodzi Kazachowie mieli problem i zaczęli się tak prać, że jeden zakrwawił siedzenie i podłogę, przez co musieliśmy stanąć aby mógł umyć twarz w rzece. Bójce tej pomógł oczywiście alkohol. Fotele były bardzo niewygodne i nie było dużo miejsca więc rozłożyłem śpiwór na podłodze i zasnąłem w przejściu. Ludzie byli trochę oburzeni lecz nie dbałem o to. Kładzenie się w przejściu podczas długich jazd autokarowych jest moim wypróbowanym sposobem na wygodną noc, podczas gdy inni „zginają się w chiński paragraf”. Rosjanin, który siedzał koło mnie był bardzo pomocny. Załatwił mi tabletkę od bólu zębów i pokazywał opuszczone bazy wojskowe pozostawione tu po rozpadzie Związku Radzieckiego. Oprócz tego był tylko step, nieliczne pagórki, konie, owce i żadnych ludzi. Taki jest właśnie Kazachstan, ogromny i wyludniały.

Gdy dojechaliśmy do Ust-Kamenogorska chłopak, który był prowodyrem bójki zapytał mnie bardzo chłodno czy mam bagaż w bagażniku na co odparłem, że nie. Następnie cały autobus wrzasnął do mnie przepitym głosem: „No, dawaj” i znalazłem się na ulicy nowego dla mnie miasta.

Ust-Kamenogorsk (Öskemen)                                                                       

(Adres najlepszego i natańszego hostelu w mieście,gdzie nie jeść,Park Kirova i muzea, Strelka)

Wysiadłem z autobusu na drodze i poszedłem do hotelu Irtysh, gorąco reklamowanego przez przewodnik. Cena za pokój wynosiła tutaj aż 6000TG i 4000TG po krótkim targowaniu się. Porozmawiałem więc trochę, dałem swój adres strony chłopakowi w recepcji i zadzwonił dla mnie do najtańszego hotelu w mieście. Była to „gostinica” Alians. Idąc z hotelu Irtysh i przechodząc przez most, patrząc na rzekę, dworzec autobusowy i głośne tramwaje, dotarłem na ulicę Abaya 20. Stał tam wysoki, ochydny budynek pomalowany na wściekły zielony. Tutaj właśnie był hostel Alians. Dostałem pokój tylko dla siebie za jedyne 1500TG i było to najlepsze miejsce dotychczas.Tego dnia musiałem odpocząć po podróży więc poszedłem tylko na kolację a potem spać. Mówiąc o jedzeniu, nie polecam kawiarni Teplica gdyż musiałem bardzo długo czekać.Co prawda zapłaciłem tylko około £2,5 lecz trzeba się uzbroić w cierpliwość.

Następnego dnia chciałem zobaczyć miasto. Życie kulturowe Ust-Kamenogorska skupia się wokół Parku Kirova gdzie znajdują się też ciekawe muzea. Sam park był bardzo zadbany, pełen kwiatów, ławek, przyciętych trawników i rzeźb. Po środku znajdował się oczywiście pomnik jednego z zasłużonych ZSRR czyli Kirova. Pierwszym muzeum jakie odwiedziłem było Muezum Historii Regionalnej. Jak to zwykle bywa w Kazachstanie, pierwszy pokój był poświęcony prezydentowi Nazarbaevowi. Były tam jego zdjęcia jeszcze z czasów sowieckich aż po dzisiejsze. Drugi  pokój był „komnatą śmierci” gdyż zawierał wypchane zwierzęta z tego regionu Kazachstanu. Były to przede wszystkim dziki, sarny, ptaki drapieżne, irbis, niedźwiedź oraz największa atrakcja muzeum czyli ogromny jeleń maralski. Na pierwszym piętrze znajdowała się kolekcja grobów sprzed wielu wieków oraz rzeźbionych kamieni, które miały przeznaczenie pogrzebowe. Całe muzeum gorąco polecam.

Potem, znowu przechodząc przez Park Kirova i pomnik Kirova z ręką pozdrawiającą naród, dotarłem do Muzeum Etnograficznego. Tutaj przy wejściu powitał mnie oczywiście portret prezydenta Nazarbaeva oraz wypchany orzeł obok. Dalsza część muzeum była bardziej interesująca. Były obrazy, głównie o przesłaniu chrześcijańskim, stroje, ozdoby, jurty charakterystyczne dla tego regionu, a także instrumenty muzyczne i dywany. Ekspozycja była ciekawa i także polecam.

Ostatnim muzeum w Parku Kirova była Rosyjska Wioska czyli skansen z przestrzeni XIX/XX wieku, składający się z kiku drewnianych domów, zawierający narzędzia i umeblowany na wzór tamtych czasów.

Następnie poszedłem na spacer brzegiem rzeki Irtysz i zatrzymałem się na chwilę przy pomniku upamiętniającym wojnę w Afganistanie (1979-89) a potem dotarłem do Strelki czyli ogromnego pomnika i grobów żołnierzy radzieckich poległych podczas II wojny światowej (1941-45). (Armia czerwona oraz Lenin i nawet Stalin są w Kazachstanie przedstawiani w nadzwyczaj dobrym świetle. Mówi mi to, że Rosja nadal trzyma „po”-sowieckie republiki mocno w garści.)

Wracając do tematu Strelka znajduje się na połączeniu rzek Irtysz i Ulba.

Następnie brzegiem rzeki Ulba dotarłem do ulicy Abaya, kupiłem bilet do Semey za jedyne 950TG i wkrótce opuściłem Ust-Kamenogorsk.

Jazda do Semey

Semey leży 200km od Ust-Kamenogorska, w dole rzeki Irtysz. Jazda z Ust-Kamenogorska trwała tam tylko 4h w radzieckim busiku Gazelle. Mimo to odczułem tą podróż gdyż droga była fatalna a w pewnym odcinku jej w ogóle nie było. Często wyskakiwałem pod sufit a do tego zatrzymała nas policja, tylko po to aby zdenerwować kierowcę i ściągnąć haracz. Po drodze zatrzymaliśmy się też na herbatę (czaj) za jedyne 30TG oraz pierożka z mięsem (mięsa jak na lekarstwo) za 50TG.

Semey (Semipalatinsk)                                                                             

(Muzea, pomnik ku ofiarom wybuchów jądrowych, propaganda uwielbienia Rosji jako „wybawiciela” Kazachstanu, pomniki Lenina)

Semipalatinsk jest znany ze względu na muzea czemu zawdzięcza nazwę „miasta poetów”. Za czasów swojego wygnania mieszkał tutaj rosyjski intelektualista Fiodor Dostojewski, dzięki któremu szybko rozwijała się wówczas kultura i sztuka wśród młodych Kazachów.

Innym ważnym nazwiskiem w tym mieście jest Abay Kunanbaev czyli poeta narodowy, na cześć którego ulice w Kazachstanie są nazywane jego imieniem.

Niestety Semey to nie tylko sztuka i kultura. Na stepie na zachód od miasta w latach 1949-1989 Związek Radziecki eksplodował około 460 bomb nuklearnych. Miejscowi wiedzieli kiedy tą następowało gdyż jak mówili „ziemia w mieście się trzęsła”. Wiąże się to z tragiczną historią promieniowania, które odbiło się tragicznie na miejscowej ludności.

Gdy wjeżdżałem do miasta nie wyglądało ono zachęcająco. Wszystko co miałem dookoła to komunistyczne bloki z płyt i otaczającą szarość. Wychodząc z busika poznałem dziewczynę, która mówiła po angielsku i która wskazała mi drogę do najtańszego hotelu w mieście. Po 15min od dworca autobusowego dotarłem do hotelu „Semey” gdzie miałem pokój tylko dla siebie za jedyne 1500TG. Zbliżał się wieczór dlatego tego dnia nie zwiedzałem. Poszedłem tylko na kolację gdzie kelnerka chciała mnie wykiwać, bo myślała że jestem Anglikiem, i że nie potrafię mówić po rosyjsku. Rachunek wyniósł aż 810TG podczas gdy ja doliczyłem się tylko 450TG. Spuściła głowę i odeszła. Pierwszy raz mi się to zdarzyło w Kazachstanie.

Następnego dnia zacząłem zwiedzanie i wprost nie mogłem uwierzyć jak tutaj kochają lub muszą kochać Związek Radziecki. Najpierw przeszedłem przez Skwer Pobedy (zwycięstwa) do którego wszedłem przez bramę „ozdobioną” w czerwoną, pięcioramienną gwiazdę i z napisem CCCP. W parku tym było kilka roślin lecz przede wszystkim w oczy rzucał się wielki czołg na pedestale oraz pomnik radzieckiego żołnierza z AK47. Miało to oczywiście znaczyć, że żołnierz radziecki umierał na wojnie za Kazachstan w walce z nazistami. Reasumując więc, Skwer Pobedy to wulgarna, komunistyczna masa betonu z propagandą uwielbienia Związku Radzieckiego. Tak czy inaczej było to dobre doświadczenie, które powiedziało mi jasno, że posowieckie republiki są „po”-sowieckie tylko z samej nazwy.

Potem dotarłem na ulicę Lenina gdzie znajdowała się jedna z największych atrakcji miasta czyli Muzeum Abaya. Znajdowało się tutaj wiele ciekawych eksponatów z czasów życia poety, jego fotografie, pomniki i książki z nim związane. Jednym z ciekawszych obiektów była ogromna jurta, która zrobiła na mnie wielkie wrażenie nawet po wizycie w Mongolii. Była to pięknie zdobiona, wielka jurta a w środku znajdowały się ręcznie robione, zdobione dywany oraz meble z czasów życia Abaya. W pobliżu jurty znajdowały się też przedmioty codziennego użytku na tle kazachskiego stepu. W innym pokoju, na ścianie byli namalowani wielcy poeci i filozofowie. Była oczywiście podobizna Abaya, lecz także Sokratesa, Goethego i Mickiewicza. Miałem tego dnia szczęście gdyż po muzeum oprowadziła mnie pani, która wyjaśniła mi wszystko po angielsku. Całe muzeum było bardzo ciekawe. Na pewno powinno znaleźć się na liście każdego, kto zawita w Semipalatinsku.

Nastepnie idąc szarymi i deszczowymi ulicami Semey, przechodząc przez bardzo stary budynek straży pożarnej z czerowną gwiazdą na szczycie, dotarłem do Muzeum Fiodora Dostojewskiego. Mieści się ono w starym domu, w którym kiedyś Dostojewski mieszkał razem ze swoją partnerką przez 2,5 roku. Muzeum było interesujące z powodu wielu mebli i przedmiotów z tamtego okresu, których używał Dostojewski. Było także wiele fotografii, które bardzo dobrze oddawały charakter tamtych czasów.  Ciekawa była tu sypialnia, pokój dziecinny oraz biurko, przy którym Dostojewski pracował.

Innym interesującym doświadczeniem było Muzeum Sztuki. Po wszystkich galeriach obrazów, które widziałem w swoim życiu na dwóch kontynentach i ponad 30 krajach, myślałem że tu nie zobaczę nic nowego. Myliłem się jednak. Ta galeria była badzo interesująca gdyż znajdowało się tu wiele pieknych obrazów namalowanych przez rosyjskich, kazachskich i europejskich malarzy. Były między innymi sceny z życia ludzi przy pracy na wsi, obraz przedstawiający XVI wieczną Wenecję i kilka pięknie namalowanych kobiet w kontekście walki nieba z piekłem. Na parterze znajdowała się galeria gdzie można było kupić obrazy choć było wiele innych interesujących rzeczy, w tym figurki Lenina. Następnie poszedłem przez most i przechodząc przez stragany sprzedawców szaszłyków dotarłem do Wyspy Polkowiczny aby zobaczyć wielki, 30m pomnik ku czci ofiar zabitych przez testy nuklearne. Pomnik ten nosi imię „Silniejszy niż śmierć” i przedstawia matkę zakrywającą dziecko, a nad nimi unosi się 30m grzyb nuklearny wyryty w czarnym kamieniu. Interesujące było także Muzeum Historii i Lokalnych Nauk, które jest podobno najstarszym muzeum w Kazachstanie. Spośród wielu ekspozycji najciekawszą była ta o próbach jądrowych prowadzonych koło Semey za czasów Chruszczowa. Były pokazane zdjęcia ludzi po promieniowaniu, z poparzeniami i zdjęcia dzieci z wadami wrodzonymi. Niektóre z fotografii były istnym horrorem, tym straszniejszym, że zdarzył się na prawdę. Inną jak na ironię ekspozycją była wystawa „chwalebnej” armii czerwonej oraz Lenina. Gdy spytałem w muzeum po co ten cyrk skoro przez nich było tyle ofiar reżimu i wybuchów nuklearnych, nic nie powiedzieli. Z innych wystaw w tym muzeum nie da się nie zauważyć małych dinozarów, które kiedyś żyły na terytorium dzisiejszego Kazachstanu.

Kilka razy zatrzymywałem się na czaj i pierożki i jak zwykle obługa była chamska i robiła łaskę, że obsługuje. Z drugiej strony jednak nie mogłem mieć im tego za złe. Komuna zrobiła im fatalną krzywdę.

Po całym dniu chodzenia dotarłem do swojego taniego hotelu. Wziąłem prysznic nie dając w łapę sprzątaczce za to, że raczyła otworzyć łazienkę a potem się zdrzemnąłem.   Moim ostatnim miejscem zainteresowania był zespół pomników, który mieścił się za hotelem. Były to dwa tuziny Leninów o różnych rozmiarach oraz dwa pomniki Marxa. Zrobiłem tu sobie wiele śmiesznych zdjęć w stylu: „ja i mój kumpel Lenin”, „czesanie Lenina” oraz „Lenin i jego klony”. Po tym jak w bardzo chłodny sposób pożegnałem się z towarzyszem „L”, wziąłem swój plecak i powędrowałem na dworzec autobusowy. Tam po kilku ścięciach z babami w kasie udało mi się kupić bilet do Astany. Przełknąłem jeszcze jakieś dziadostwo w dworcowej knajpie i odjechałem z bardzo ciekawego i pouczającego muszę przyznać-Semey.

Jazda do Astany

Podróż ta była ciężka i niewyspałem się. Tym razem nie rozłożyłem się w przejściu autobusu i jechałem zgięty „w chiński paragraf”. Przed samą Astaną autobus zepsuł się i musieliśmy wsiąść do innego, który zatrzymał nasz kierowca. Po 14h jazdy w końcu dostałem się do wspaniałej, nowej stolicy Kazachstanu-do Astany.

Astana                                                                                            

(Opis wspaniałego miasta, jego galerii, muzeów i nowoczesnej dzielnicy Nurzhol Bulvar)

Zanim przejdę do opisu tej fascynującej opowieści, najpierw chciałbym powiedzieć kilka słów o Astanie pod kątem ziszczonych marzeń prezydenta Nazarbaeva. Także, od dawna już marzeniem wiecznego prezydenta było przeniesienie stolicy z Almaty do Astany lecz żeby było to możliwe, najpierw miasto to musiało wyglądać jak nowoczesny pomnik pieniądza, którym dziś już jest. Znajduje się tu wiele nowoczesnych budowli ociekających milionami dolarów, rzeźb, parki rozrywki, pałac prezydencki przy którym Biały Dom wygląda jak stodoła oraz szczególnie jedna ulica, którą jest chlubą tego miasta. Wiele muzeów w Astanie zostało stworzonych na cześć prezydenta oraz tylko po to aby mógł on być jeszcze bardziej z siebie dumny. (Do szczegółów przejdę przy opisie każdego z obiektów). Warto wspomnieć, że choć Astana jest stolicą i jest bardzo nowym i nowoczesnym miastem, to mimo to życie kulturowe kraju, przeważająca liczba połączeń lotniczych oraz większość ambasad znajduje się wciąż w Almaty. Myślę, że na korzyść Astany nie wpływa tu także temperatura zimą, którą jest długa i spada do -30oC.

Jak na stolię przystało, Astana jest niestety najdroższym miastem w Kazachstanie co jest bardzo złą wiadomością dla tak biednego podróżnika jak ja. Hotele, jedzenie i transport są dwa razy droższe niż w Almaty lecz wtedy nie było to dla mnie aż tak ważne. Chciałem zobaczyć architektoniczne osiągnięcie Kazachstanu.

Gdy wyszedłem z dworca, najpierw rozprostowałem dobrze kości a potem wyruszyłem na poszukiwanie łóżka i jak zwykle kierowałem się ceną. Dotarłem do hotelu Astana mieszczącym się w zachodnim skrzydle stacji. Pokoje były czyste i było dość miło. Za noc w pokoju 4-osobowym zapłaciłem 2000TG co było dwa razy droższe niż akademik w Almaty. Porozmawiałem tu przez jakiś czas z moimi współlokatorami z Czeczenii a potem musiałem odpocząć po parszywej nocy w autobusie.

Następnie po małym obiadku wsiadłem do autobusu nr 25 i pojechałem zobaczyć choć część Astany. Wysiadłem przy Muzeum Kultury Prezydenta ale było zamknięte na remont. Tu akurat Kazachowie nie pomyśleli gdyż zamiast remontować zimą, gdy jest -30oC i nikt do Astany nie chce przyjechać, oni wzięli się za pracę w szczycie sezonu. Obiekt ten mieści się w starej Astanie i jest to duży biały budynek z niebieskim dachem. Po wyjściu na ulicę przypatrywałem się miastu i rozmawiałem z ludźmi. Widziałem, że było tu wiele nowych budynków a szare, posowieckie były upiększane aby stolica wyglądała jak najlepiej. Także miejskie autobusy wyglądały na nowe a konduktorzy nosili białe koszule. Dla porównania, Almaty nie było tak zadbane a konduktorki nosiły szorty i przepocone koszulki. Po około godzinnym spacerze dotarłem do Muzeum Prezydenta czyli do ogromnego budynku z wielką, niebieską kopułą. Niestety i to muzeum było zamknięte lecz na szczęście mogłem je zobaczyć następnego dnia. Spędziłem więc czas nieopodal muzeum gdyż znajdował się tu atrakcyjny plac z ogrodem, ładną fontanną i pomnikiem kazachskich wojowników. Był to czas wyciszenia od miasta kiedy mogłem odpocząć przy dźwieku wody, patrząc na okazałe muzeum. Nieopodal był jeszcze jeden plac, z trzema fontannami, ciekawą architekturą i placem zabaw dla dzieci. Było tu także bardzo eleganckie centrum handlowe więc po wejściu od razu zwróciłem na siebie uwagę gdyż po tak długim okresie w drodze i w kiepskich warunkach moje ubranie było bardzo sfatygowane. Wszedłem do eleganckiego sklepu z pamiątkami gdzie zrobiłem zdjęcia tarczom ze skóry i końskim ogonem, zapalniczkom z podobizną Lenina i wielu innym rzeczom. Jednak najbardziej atrakcyjna była tu ładna, młoda sprzedawczyni, z którą odbyłem miłą rozmowę o kazachskim seksie i której także zrobiłem kilka zdjęć. Dziewczyna powiedziała, że wszyscy obcokrajowcy, którzy wchodzą do jej sklepu robią jej zdjęcia i dodała ze szczerym usmiechem: ” u nas w Kazachstanie najpierw ślub a potem do łóżka”. Puściła mi oczko a ja podziękowałem i wyszedłem. Wkrótce nastał zmrok i po kolejnym spacerze wsiadłem do autobusu i pojechałem na dworzec. Tutaj zaprosiłem się na samsę z herbatą gdzie udzieliłem darmowej lekcji angielskiego, a potem  wróciłem do hotelu. Ta noc była raczej ciężka gdyż miałem w pokoju trzech panów, którzy chrapali jak niedżwiedzie przez kilka godzin i nie mogłem zasnąć. Do tego miałem okno wprost na peron dlatego słyszałem każdy pociąg i każdy komunikat. To był jednak luksus dla ubogich gdyż płaciłem jedyne 2000TG za noc co było niczym w porównaniu z 6000TG oferowanymi przez kobiety na dworcu.

Następnego dnia od wczesnych godzin rannych zacząłem zwiedzanie Astany. Tym razem chciałem zobaczyć piękno tego miasta po dwóch stronach rzeki. Znowu wsiadłem do autobusu nr 25 i pojechałem do Muzeum Prezydenta. Podczas jazdy miałem szczęście gdyż spotkałem kogoś kto mówił po angielsku, powitał mnie w Kazachstanie i jeszcze zapłacił za mój przejazd 60TG. Tym razem muzeum było otwarte. W środku znajdowało się wszystko co było związane z prezydentem Nazarbaevem. Było dużo jego zdjęć z czasów młodości oraz z głowami państw europejskich, Ameryki oraz z prezydentami Afganistanu i Izraela. Były tu także akcenty polskie gdyż widziałem fotografie na których Nazarbaev był z prezydentem Kwaśniewskim oraz z papieżem Janem Pawłem II. Znajdowały się tu także prezenty i odznaczenia od głów innych państw; z Polski był order orła białego. Poza tym mi najbardziej w pamięci utkwiła piękna, misternie wykonana rzeźba wykonana z kości słoniowej na którą składały się drzewa i życie na wsi. Zwłaszcza ten przedmiot był znakomitym dziełem sztuki. Były tu także zbroje, złocone siodło, fotografie Nazarbaeva z rodziną i gdy pracował na budowie gdy był młody.Wszystkie eksponaty były piękne a samo muzeum wyglądało jak pałac, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz. Z drugiej jednak strony odebrałem ten obiekt i jego zawartość jako „Muzeum Samouwielbienia Wiecznego Prezydenta Kazachstanu”.

Następnie spacerowałem po głównym placu gdzie patrzyłem na fontanny, wielki pomnik kazachskich wojowników i samo muzeum. Krótko potem wsiadłem do autobusu nr 31 i pojechałem tam gdzie byłem dnia poprzedniego, czyli w okolice zamkniętego Muzeum Kultury Prezydenta.  Pięć minut spacerem od muzeum znajdowało się wspaniałe Muzeum Sztuki. Nie sądziłem aby było to coś szczególnego, zwłaszcza po nadzwyczaj pięknej galerii sztuki w Semipalatińsku, lecz ta galeria była cudowna. W jednym pokoju prócz kilku figurek Stalina oraz zdjęć wspaniałej Astany, były także pokazane fotografie tego miasta podczas budowy. Był to czas gdy zaczęto upiększać stare, posowieckie bloki z płyt i zaczęto budować pomiędzy nimi wieżowce „ze szkła”. W drugim, wielkim pokoju znajdowały się obrazy przedstawiające radzieckich żołnierzy z orderami, radziecką młodzież idącą w rytm rewolucji i po raz kolejny obrazy propagandowe ukazujące „dobrych” Sowietów górujących nad złymi faszystami. Były tu także obrazy ukazujące ówczesną wieś, ludzi przy pracy oraz kilka pięknych kobiet. Całe muzeum odebrałem jako galerię pięknej sztuki z małą nutką pro-sowieckiej propagandy. Było ono na pewno warte zobaczenia i szczerze polecam.

Następnie poszedłem zobaczyć południowy brzeg Astany, który jest „istnym pomnikiem pieniądza” oraz jednocześnie ziszczeniem marzeń prezydenta Nazarbaeva. Jest to wielkie, robiące wrażenie osiągnięcie nowoczesnej architektury gdzie nawet herbata kosztuje 150TG. (Cena w Almaty to 30TG). Idąc przez podwórko z Muzeum Sztuki dotarłem na promenadę, z której widać bardzo dobrze niektóre z wysokich, szklanych wieżowców, pomnik wojownika na koniu (Abylaj Chana) oraz młode i ładne muzułmańskie kobiety spacerujące po promenadzie. Dodam, że tego rodzaju islam bardzo mi się podoba gdyż nosiły one szpilki, krótkie dopasowane spodnie i ładne dekolty. Tak czy inaczej widoki na promenadę i budynki dookoła robiły wrażenie, które nie były w żadnym razie podobne do Kazachstanu po którym podróżowałem od około miesiąca. Idąc promenadą przez most po jednej stronie miałem szklane wieżowce o różnych kolorach a po drugiej nowoczesny akvapark z basenami, zjeżdżalniami i płatną plażą (500TG). Na końcu mostu zrobiłem parę zdjęć przy dużym, chińskim kalendarzu i poszedłem prosto wgłąb parku. Było tu wesołe miasteczko z wieloma atrakcjami dla dzieci oraz kilka budek z jedzeniem, nawet nie drogich jak na Astanę. Szedłem około 1,5km i dotarłem do ulicy Kubay Batyr, przed którą znajdowała się mała góra z wysokim masztem i flagą Kazachstanu. Przed nią był pomnik upamiętniający ofiary sowieckiego reżimu, co muszę przyznać że bardzo mnie zdziwiło. Jak odważnie ze strony prezydenta Nazarbaeva-pomyślałem. Z jeden strony we wszystkich muzeach ich kochają a tu się okazało, że miłość ta nie jest aż tak gorąca. Sam pomnik był bardzo skromny i nie było to coś w rodzaju „ 100%  normy radzieckiego robotnika”, lecz małe, rzeźbione kamienie które były kiedyś używane w Kazachstanie przy ceremoniach pogrzebowych. Po lewej stronie od pomnika znajdował się cyrk, który miał identyczny kształ jak ufo. Wiem na pewno bo ufo też kiedyś widziałem. Był to wielki, szary spodek. Po prawej stronie znajdował się Duman czyli wielkie centrum handlowe. Obiekt ten był przepełniony wieloma mało interesującymi sklepami i rzeźbami. Znajdowały się tu kiczowate posągi wieży Eiffla i piramida lecz ciekawe było tutaj oceanarium z wieloma rybami, w tym z rekinami. Przeszedłem tu przez tunel o długości 70m i obserwowałem rekiny pływające nade mną. Przyjemność ta kosztowała mnie 1000TG i 100TG za robienie zdjęć. Dla mnie Duman był atrakcyjny tylko ze względu na oceanarium. Całą resztę odebrałem jako nieciekawą i bardzo drogą. Następnie szedłem około 1,5km ulicą Kabanbay Shatyr aż po prawej stronie drogi zobaczyłem chyba najodważniejszą architektonicznie budowlę w całym Kazachstanie. Był to bardzo ciekawy od wenwnątrz i z zewnątrz Khan Shatyr. Jest to odważna budowla o wysokości 150m, w kształcie namiotu i ze szpicem o góry. Zbudowana jest z materiału absorbującego ciepło co oznacza, że nawet gdy na zewnatrz jest -30oC wewnątrz będzie zawsze ciepło. W środku w centralnym punkcie znajduję się wyrzutnia, która szybko eksploduje ludzi do góry i spuszcza na dół. Oprócz tego wewnątrz budowli znajdują się ulice z eksluzywnymi sklepami, ogrodami, restauracjami, kinem, małym polem golfowym i nawet basenem z palmami i plażą, na której można pograć w siatkówkę. Znalazłem tu także kilka uroczych kobiet, które pozowały mi do zdjęć. Należy tu zwrócić uwagę, że budowla ta jak i wszystkie inne zostały zbudowane na pustym stepie a prezydent Nazarbaev ciągle ma wiele pomysłów w zanadrzu.

Po tym doświadczeniu kierowałem się na Nurzhol Bulvar czyli sławną ulicę w Astanie, która jest jednocześnie wizytówką nowoczesnego Kazachstanu. Przed sobą miałem ciekawą rzeźbę młodej pary, ogród oraz ogromny budynek KazMunayGaz. Jest to ciekawa budowla, która składa się z dwóch głównych bloków i pustym miejscem po środku, które stanowi przejście i daje możliwość oglądania panoramy „dzielnicy pieniądza”. Nastepnie zobaczyłem wiadukt z interesującą rzeźbą przedstawiającą dziewczynę podczas sprintu. Znajdowała się tu też fontanna, wiele innych rzeźb i szklany budynek z ostrym wierzchołkiem. Jednym z budynków o którym warto wspomnieć jest Transport and Communications Ministry. Po prawej stronie znajduje sięCentrum Islamskie czyli wielki meczet z czterema minaretami, który jest najciekawszy od wewnątrz. W jego głównym pokoju widać kształt kopuły ozdobionej w geometryczne figury, pomalowanej na wiele kolorów. Idąc dalej przez Nurzhol Bulvar miałem po obu stronach wieżowce i centra handlowe z których kilka było jeszcze w stanie budowy. Interesujące były tu ogrody oraz rzeźby z brązu i krzewów. Były to na przykład słonie choć także i wiele innych. Wspominam tu na przykład tarczę oraz coś na wzór pierścienia. Każdy z tych obiektów był ciekawy i dobrze wkomponowany w całość. Tego dnia była tu wystawa misiów na rzecz światowego pokoju. Był to spore, białe niedźwiedzie pomalowane na barwy i motywy krajów z których pochodzą. Był także jeden z Polski-sprawdziłem.

Spacerując dalej nie do ominięcia była wieża Bayterek czyli najpopularniejsza budowla w Kazachstanie, uwieczniona także na jednym z lokalnych banknotów. Jest to przeźroczysta budowla na której szczycie znajduję się szklany motyw ptasiego gniazda. Tak jak to odebrałem choć ktoś inny mógłby to inaczej sprecyzować. W każdym razie Bayterek ma swoje przesłanie w kazachskiej legendzie. Symbolizuje on mityczną opowieść o ptaku o imieniu Samruk, który złożył złote jajko zawierające tajemnice ludzkich pożądań i szczęścia na szczycie drzewa, poza ludzkim zasięgiem. Dziś jednak można się dostać na samą górę Bayterka, do miejsca podobnego do złotego jajka aby wsadzić swoją rękę w odlew ręki prezydenta Nazarbaeva. Ze szczytu jest dobry widok na cały Nurzhol Bulvar. Po wyjściu, idąc przez ogrody i mając dwa złote budynki po obu stronach, dotarłem do okazałego, pięknego Pałacu Prezydenta. Była to monumentalna budowa z niebieską kopułą i złotym szpicem na szczycie, otoczona ogrodami ze wszystkich stron. Imponujące wrażenie, tym bardziej, że w pobliżu były jeszcze inne ciekawe obiekty. Na koniec zrobiłem jeszcze jeden wysiłek aby dojść do Pałacu Pokoju i Harmonii, który jest domem dla Kongresu Świata i Tradycyjnych Religii.

Następnie wróciłem tą samą drogą, jeszcze raz zatrzymując się przy ciekawszych obiektach. Po długim spacerze wsiadłem do autobusu nr 25 i dojechałem do dworca kolejowego gdzie miałem swój tani pokój. Zapłaciłem kolejne 2000TG za łóżko i miałem szczęście gdyż tym razem nikt nie chrapał. Kupiłem jeszcze bilet powrotny do Almaty na pojutrze co kosztowało mnie aż 4550TG.

Astana była zdecydowanie dobrym doświadczeniem, które dodam do swojej kolekcji innych ciekawych miast.

Są osoby, które koncentrują się tylko i wyłącznie na kazachskim stepie i przemierzają ten wielki kraj na motorach. Rozumiem to lecz mimo wszystko radzę im zrobić wycieczkę przez step, tak aby dojechać do Nurzhol Bulvar nad ranem, spędzić tam cały dzień, iść do galerii sztuki i muzeum a wieczorem wyjechać za miasto i rozłożyć namioty na stepie. Będzie to na pewno interesujące doświadczenie dla podróżników, którzy nie specjalizują sie w miastach.

Jezioro Burabay (Borovoe)                                                            

(Wieś Burabay, opis piękna naturalnego tego miejsca, wspinaczka na skały, darmowa noc w zaroślach i rozmowa ze strażnikami)

Następnego dnia chciałem dojechać do miasteczka Burabay (250km od Astany na płn.), gdzie znajduje się piękne jezioro. Cała miejscowość jest zwana „kazachską Szwajcarią” choć nie ma tu gór. Są jedynie wyżyny, ładna roslinność, jezioro oraz interesujące formacje skalne. Niestety nie było już busika za 1500TG od siedzenia więc pojechałem dzieloną taksówką za 2000TG i po 2,5h byłem już na miejscu. Najpierw dotarłem do miasteczka Szczucińsk (szarego i nieciekawego) a po około pół godziny jazdy i przebytych 20km dotarłem do wsi Burabay (Borovoe). Ta mała wioska była przekształcona w spory ośrodek wczasowy gdzie było wiele drogich hoteli i drogich restauracji, z cenami nie na moją kieszeń. Widziałem tu wielu bogatych Rosjan i Kazachów w dobrych samochodach z napędem na cztery koła i z niezłymi kobietami, pewnie też z dobrym napędem. Kupiłem więc kilka pierożków i wodę i poszedłem nad jezioro. Rzeczywiście nie zawiodłem się. Zobaczyłem tu piękne jezioro otoczone drzewami i skałami, niezwyczajnie ułożonymi jedna na drugiej. Także przy wejściu do wody było wiele dużych, płaskich głazów na których wypoczywali ludzie. Najpierw chciałem rozbić namiot na terenie strzeżonego ośrodka gdzie było dużo miejsca ale nie pozwolili mi. Spędziłem więc cały dzień na niepilnowanym brzegu, przespałem się i popływałem. Był to leniwy, przyjemny dzień na łonie natury choć zastanawiałem się gdzie spędzę noc. Nie chciałem oczywiście płacić za nocleg, dlatego rozbiłem namiot w chaszczach, w odludnym miejscu. Wszystko przebiegało zgodnie z planem lecz do czasu gdy znalazło mnie dwóch strażników na koniach i zaczęli zadawać pytania. Rozmawialiśmy dość długo o życiu i wypłatach w Europie i Kazachstanie, o moich podróżach i jak zwykle o kobietach co rozluźniło trochę sytuację. Reasumując nie było problemu bo pozwolili mi zostać gdzie byłem lecz tak aby nikt nie widział. Tej nocy padał siarczysty deszcz więc nikt nie był zainteresowany spacerami. Udało mi się spedzić kolejną darmową noc na łonie natury, właśnie tak jak lubię.

Następnego dnia rano wstałem już o 7.30 aby wspiąć się na sam szczyt skał nieopodal jeziora. Nie żałowałem gdyż był stamtąd piękny widok i miałem okazję do zrobienia wielu zdjęć krajobrazów.

Czas, który tu spędziłem był piękny. Mimo, że wieś jest głośna, nadal można tu znaleźć wiele miejsc tylko dla siebie. Znajduje się też tutaj wiele ścieżek, które warto odbyć tylko po to aby podziwiać widoki. Koniecznie należy się też wspiąć na skały skąd są można obserwować wspaniały krajobraz.

Mój pechowy powrót do Astany

Tego dnia było ciężko wyjechać z Burabay, dlatego że nie było już rosyjskich busików Gazelle z tanimi miejscami do Astany za 1500TG. Były tylko cztery wolne miejsca w taksówce gdzie każde kosztowało 2500TG. Licząc więc na szczęście pojechałem lokalnym autobusem do Szczucińska za 140TG i miałem nadzieję, że stamtąd znajdę coś taniego. Po dostaniu się na dworzec okazało się, że był autobus do Astany za 20 minut i to za jedyne 1100TG. Czułem, że w tym monecie coś wygrałem lecz miałem wyjątkowego pecha gdyż autobus do Astany spóźniał się już o 1,5h a ja śpieszyłem się do Astany na pociąg do Almaty, za który już zapłaciłem 4550TG. Nie miałem więc wyboru. Zapłaciłem taksówkarzowi 2500TG i po dwóch godzinach dojechałem na dworzec w Astanie. Mój tani autobus pokonuje trasę do Astany w cztery godziny więc nawet gdyby przyjechał na dworzec po dwóch godzinach spóźnienia to ja i tak bym przegapił mój pociąg. Czasem po prostu plany nie wychodzą lecz najważniejsze, że zdążyłem na pociąg i spędziłem czas w kazachskiej Szwajcarii.

Jazda pociągiem do Almaty

Po mojej 10-dniowej wycieczce po północnym Kazachstanie podróż powrotna do Almaty minęła mi miło i spokojnie. Miałem też trochę czasu na dworcu w Astanie dlatego zdążyłem sfotografować lokomotywę z czerwoną, pięcioramienną gwiazdą z przodu. W przedziale miałem starszą panią oraz młodą dziewczynę, które częstowały mnie herbatą, ciastkami i nawet obiadem. Ja miałem im do zaoferowania tylko melona i trochę warzyw ale widziałem, że moje opowieści z wielu krajów sprawiły im przyjemność. Poza tym ćwiczyłem swój rosyjski co było przecież niezbędne w dalszej podróży. O 10 rano następnego dnia dotarłem do Almaty a pani z przedziału podwiozła mnie samochodem do mojego taniego akademika.

Droga do granicy z Kirgistanem

Mój ostatni dzień w Almaty i w Kazachstanie spędziłem najpierw na „doprowadzeniu się do siebie”, na ćwiczeniach i praniu. Poszedłem też zobaczyć parki, które już wcześniej widziałem po to aby pożegnać się z tym miastem i krajem.

Następnego dnia rano pojechałem autobusem nr 45 z ulicy Satpaeva do dworca Sayram. Tutaj stały busiki (marszrutki), które jechały do Biszkek (Kirgistan). Cała podróż trwała około 3h i minęła miło. Granica była bezproblemowa i wszystko odbyło się bezkomplikacji. Zamieniłem pieniądze, dostałem pieczątkę i byłem już w nowym kraju. Pożegnałem Kazachstan i powitałem Kirgistan!

Podsumowanie Kazachstanu

Podróż po Kazachstanie była fascynującą przygodą. Byłem nad pięknymi jeziorami, spałem na stepie, widziałem Morze Aralskie, podziwałem kanion Czaryn i chodziłem po górach. Myślę, że piękno naturalne jest tu największą zaletą i choć wiele osób nie uznałoby stepu za piękny, jest jednak pewnego rodzaju uczucie, które daje satysfakcję z pobytu w tak odosobnionych miejscach. Nigdy też nie miałem żadnego problemu z ludźmi a nawet wiele razy mi pomagali. Szaszłyki i wszelkiego rodzaju pierożki nie były złe a kilka miast też jest wart uwagi. Polecam tu przede wszystkim Almaty gdzie większośc osób na pewno wyląduje, potem antyczny Turkistan i oczywiście nowoczesną Astanę. Podróż pociągiem i samo kupno biletu to niełatwa rzecz ale jeśli ktoś ma czas i dobre towarzystwo, Kazachstan sprawi wiele przyjemności i będzie na pewno niezapomnianą przygodą. Myślę, że miesiąc spędzony w Kazachstanie to minimum aby objąć jego piękno.

 

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY
2 komentarze
  1. Odpowiedz

    ~Magda

    23 czerwca 2015

    Dzięki bardzo za tą relację z podróży do Kazachstanu. Szukam informacji na temat tego kraju ponieważ 16.07 ruszamy w naszą podróż tam właśnie. Nie mamy szans na zwiedzenie wszystkiego, ale chociaż małą część.Nasz znajomy mieszka w Kokczetaw no i nas zaprasza. Mamy nadzieję, że i nasza podróż będzie przygodą gdyż jedziemy…z dziećmi Niną (6lat) i Antkiem (4,5)… Pozdrawiamy zatem życząc samych dobrych podróży ? Magda

  2. Odpowiedz

    ~andrzej

    27 września 2015

    Wielka szkoda, że bedąc tak blisko (30 km. ) od Astany, nie odwiedziłeś AŁŻIR – miejsca koszmarnego obozu dla Kobiet w którym zginęły 176 POLKI
    AŁŻIR to pierwsze litery od rosyjskiej nazwy tego obozu ( Akmolinskij Lagier Zon Izmiennikow Rodiny ) Akmoliński Obóz Zon Zdrajców Ojczyzny.
    Obóz ten to podobóz kobiecy słynnego KARŁAGU czyli Obozu Karagandyjskiego.
    Wiezione w nim były Kobiety z 69 ciu Narodowości.

ZOSTAW KOMENTARZ

Informuj mnie o dyskusji w temacie "Wyprawa do Kazachstanu 2010" bez zostawiania komentarza, na e-mail:

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan