Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Indii 2006/2007

Napisał: Marcin Malik

Indie 2006/2007 – relacja z wyprawy

Przebieg podróży: Sounali-Varanasi-Sarnath-Satna-Khajuraho-Orchha-Jhansi-Indore-Mandu-Udapuir-Jodhpur-Jaisalmer-Safari na wielbłądach na pustyni Thar-Ajmer-Puszkar-Agra (Taj Mahal)-Delhi-(Jak nie dać się “oskubać” po przyjeździe do Delhi)-Pathankot-McLeod Ganj-Dharamsala (siedziba Dalajlamy)-Amritsar (Złota Świątynia)-Attari-Kalkuta (Dom Umierających Matki Teresy)-Siliguri-Darjeeling-Jaigon-Bhubaneswar-Pipli-Konark (Świątynia Słońca)-Puri-Hyderabad-Hospet-Hampi-Bangalore-Chennai (Madras)-Madurai-Kanyakumari (Przylądek Komorin)-Trivandrum-Varkala-Kollam-Rejs po lagunach stanu Kerala-Allapuzha (Alleppey)-Kochi (Kochin)-Canacona-Palolem-Margao-Panaji (Panjim)-Anjuna-Stare Goa-Bombaj (Mumbaj)-Park Narodowy Sanjay Gandhi.

Z małym indyjskim biznesmenem, którego nie stać było na buty.

Uttar Pradesh

Sounali

Do Indii wjechałem w Sounali-na północy kraju, wjeżdżając z Nepalu. Moje pierwsze wrażenie o Indiach to: „kraina wielkiego syfu”. Urząd imigracyjny składał się z kilku starych, wesołych Hindusów, którzy pijąc herbatę czaj przy stole postawionym na ulicy, dali mi pieczątkę do paszportu i zaczęli się śmiać. To było jedno z tych przejść granicznych bez nadzoru gdzie nic nikogo nie obchodziło, było brudno, brak organizacji a dookoła chodziły święte krowy. Po odprawie poszedłem w stronę autobusu (o dworcu nie było mowy) jadącym w kierunku Varanasi-mojego pierwszego miejsca pobytu. Czekając na autobus wszyscy byli bardzo pomocni i mili a jeden sprzedawca nawet obłożył mi książkę. Wręcz od razu rzuciły się na mnie dzieci (jak głodne wilki na rannego jelenia) oferując mi ciasteczka, napoje, lody, herbatę i wszystko czego bym sobie zażyczył. Spytałem jednego chłopca czy chodzi do szkoły ale on powiedział że nie bo on jest biznesmenem. Szkoda tylko, że tak biednym, że nie stać go było nawet na buty.

W końcu autobus ruszył i jak mogłem przypuszczać był w fatalnym stanie a sama jazda była koszmarem. Nie można było zmrużyć oka podczas tej 10 godzinnej, nocnej jazdy gdyż droga była tak nierówna. Autobus podskakiwał wysoko w górę razem ze wszystkimi w środku. Kilka razy też się zatrzymywaliśmy na małą przekąskę i herbatę czaj choć woleliśmy jeść ostrożnie aby się nie zatruć.

Sounali było moim pierwszym kontaktem z Indiami lecz dało mi dobry obraz tragicznej rzeczywistości tego kraju. Mimo to było bardzo miło i bawiłem się dobrze choć po Monice widziałem, że podróżowanie z nią po Indiach nie będzie łatwe.

Varanasi i „święta” rzeka Ganges

Po dziesięciu godzinach dojechaliśmy do Varanasi na czwartą rano. Teraz musiałem się jakoś zorganizować w tym na pierwszy rzut oka opuszczonym mieście. Zanim zdążyłem zebrać myśli podszedł do nas autorykszarz i pojechaliśmy do wskazanego przeze mnie hostelu. Niestety był pełny dlatego zostawiłem wyczerpaną Monikę w bezpiecznym miejscu a ja i rykszarz poszliśmy coś znaleźć. Dla kogoś kto nigdy nie był w krajach podobnych do tego byłby to wielki psychiczny cios. Szliśmy małymi, bardzo ciemnymi alejkami, omijając po drodze leżące na ziemi bawoły oraz święte krowy, które były wszędzie. Omijaliśmy także zdechłe szczury (żywe też) oraz wielkie bawole gówna. Monika czuła się fatalnie i bardzo się bała. Widać było, że na poważnie chciała już wrócić do domu. Raz nadepnęła na zdechłego szczura i przeraźliwie zaczęła piszczeć a święte krowy, szczury, ja sam i oczywiście rykszarz bardzo przestraszyliśmy się pisku Moniki. Rykszarz odwrócił się wtedy do niej i otwierając swoją buzię pełną czarnych zębów, splunął tytoniem na ziemię i powiedział do Moniki bardzo grzecznie: “Madame, no co ty, takiej małej myszki się boisz?” Monika jednak miała dość i znowu piszczała na cały głos. W końcu znaleźliśmy bardzo miły (jak na Indie) hostel a ja wróciłem po Monikę i zabrałem ją w bezpieczne miejsce aby mogła gdzieś spędzić noc. Ja i rykszarz wzięliśmy bagaże, rykszarz ostrzegał Monikę przed gównem i płoszył szczury a ja z następnym wielkim bagażem przeganiałem święte krowy i bawoły. Nie było potrzeby aby je przeganiać ale przerażona do szpiku kości Monika tak chciała, więc byliśmy na tyle uprzejmi. Pomyślałem wtedy, że moja kochana niewdzięcznica nie potrafi docenić jak piękne wycieczki dla niej organizuje, ale cóż…

Warto wspomnieć, że pokój dostaliśmy na czwartym piętrze i musiałem pomóc Monice wejść aby potem rzucić ją na łóżko. Śmiesznym zdarzeniem było tu to, że mieliśmy ze sobą ogromne walizki, których nie chciało nam się wnosić i dlatego zapytałem o pokój na parterze. Wtedy duży i gruby recepcjonista gwizdnął i w przeciągu 10 sekund pojawił się mały, chudy Hindus z marnym wąsikiem-około 150 cm wzrostu i najwyżej ważył 50 kg. Wsadził nasze ciężkie walizki na głowę i szybko wbiegł na czwarte piętro a ja za nim wnosiłem Monikę.

Varanasi jest jednym z najstarszych miast na świecie i jest centrum kształcenia i nauki od ponad 2000 lat. Według hinduizmu jest to miasto boga Shivy i jest zarazem jednym z najświętszych miast w Indiach. Varanasi jest sławne ze względu na cel pielgrzymek gdzie wierni obmywają swoje grzechy w świętej rzece Ganges. Tutaj także palone są zwłoki na brzegu rzeki. Można obserwować jak ludzie kąpią się w swojej świętej rzece, która rzekomo ich oczyszcza. Varanasi jednak, tak samo jak Ganges są bardzo brudne. Jest tam mnóstwo ludzi, zanieczyszczeń, wszechobecnych świętych krów i bawołów oraz niespotykanej architektury i wierzeń ludzkich, sprawiających, że czułem się jak przeniesiony w czasie o setki lat. Jest to wielka kraina syfu gdzie trzeba przeganiać krowy i można potknąć się o ich odchody. Jadąc autorykszą trzeba też omijać krowy, które leżą na środku ulicy. Varanasi jest także miejscem gdzie palone są zwłoki nad świętą rzeką. Sprawia to, że miejsce to przypomina istne miasto śmierci gdyż zwłoki są noszone przez miasto przy okrzykach niosących. Rytuał ten trwa dzień i noc i zjeżdżają się ludzie z całego świata aby to zobaczyć. Można oglądać to widowisko zaraz z brzegu lub ze specjalnego balkonu co jest wielkim pokazem. Ludzie cały czas znoszą drewno na opał i oczywiście nowe trupy gdyż legenda mówi, że kto będzie spalony w Varanasi, pójdzie prosto do nieba.

Ludzie tu są bardzo mili lecz skrajna nędza sprawia, że są zawsze bardzo chętni do pomocy i zawsze chcą choćby najmniejszej zapłaty. Gdy wychodziłem na ulicę wszyscy mi chcieli coś sprzedać na siłę lub uścisnąć mi rękę aby drugą ręką coś mi wcisnąć. Jeśli chciałem na przykład wody, wtedy woda płynęła zewsząd. Bardzo szkoda mi było tych ludzi gdyż wielu nie było stać na buty i mieszkali na ulicy. Za zrobienie zdjęcia (do którego pchali się wszyscy) też chcieli chociaż kilku rupii. Jednak tym co tak bardzo różniło to miasto od innych, były wierzenia ludzkie w dobre życie po śmierci w zamian za dobre życie na ziemi („karma” w hinduizmie). Bardzo dużą rolę tutaj spełnia rzeka Ganges, w której kąpią się od świtu do zmierzchu i nad którą odprawiane są modły i święcenia. Widać było, że wiara była właśnie tą rzeczą, która trzymała ich przy życiu bo nic innego nie mieli. Raz byłem też na niezwykłym rytuale, zwanym “Puja”. Polega on na święceniu Ganges za pomocą odprawiania modłów i palenia odchodów świętych krów. Robi się to po to aby Ganges był jeszcze świętszy a kąpiący się tam byli jeszcze bardziej oczyszczeni. Samo widowisko na tle palonych ciał oraz przy przejęciu i śpiewie ludzi było wprost nieprawdopodobne. Badania naukowe nad rzeką Ganges udowodniły jednak, że jest ona tak brudna, że nie nadaje się do jakiegokolwiek użytku. Udowodniono, że styczność z tą wodą powoduje wiele nieuleczalnych chorób co nadal w niczym nie przeszkadza ludziom z Varanasi!

Varanasi – kąpiel w rzece Ganges.

Zauważyłem, że bardzo ważną cechą u Hindusów jest mówienie-“no problem”, dlatego, że dla nich nie ma żadnego problemu z niczym. Na przykład Monika kupiła butelkę coli, która po otwarciu była bardzo brudna. Gdy zwróciła na to uwagę, Hindus wytarł środek szyjki jeszcze brudniejszym paluchem i powiedział “no problem”. Tak jest ze wszystkim, nawet jeśli chodzi o życie człowieka gdyż warunków sanitarnych tu po prostu nie ma. Przynajmniej nie takich jakie my uważamy za warunki. Któregoś dnia w Varanasi ugryzł i udrapał mnie kot. Byłem wtedy w świątyni Vishvanath i spytałem kogoś gdzie jest lekarz lecz on odpowiedział “no problem”. Powiedział, że nic mi się nie stanie bo to jest święte miejsce i tu chorób nie ma a mówił to gdy słyszałem jak poniżej znowu nieśli czyjeś zwłoki do spalenia. Faktem jest jednak, że 30 tysięcy ludzi rocznie umiera w Indiach na wściekliznę, więc czy był tam bóg czy nie, nie mogłem ryzykować. Od razu poszedłem do szpitala aby dostać zastrzyk, lecz gdy zobaczyłem szpital oraz nieskończony syf który tam był, cofnęło mnie. Gdy w końcu znalazł się lekarz, zapisał mi receptę na zastrzyk przeciwko wściekliźnie a potem wszyscy chorzy (ci po ciężkich wypadkach też) poszli z jedynym białym człowiekiem (ze mną) po zastrzyk, igłę i opatrunek gdyż w szpitalu nic nie było. Muszę przyznać, że w Indiach nigdy też nie mogę być sam a Hindusi nie mają poczucia prywatności. Jeżeli rozmawiam na ulicy, od razu ustawia się dookoła mnie tłum a ludzie po prostu patrzą mi w oczy z otwartymi ustami i oglądają mnie jak telewizję. Tak jest w obliczu świętych krów i tłumu gapiów, na każdej cuchnącej, ciemnej i pogrążonej w chaosie ulicy. Monika miała dość Indii po pierwszym dniu i chciała wracać od razu. Gdy jedziemy rykszą ona co chwilę piszczy i to nawet głośniej niż klakson autorykszarza a swoim piskiem stawia wszystkich na nogi. Oczywiście rozumiem, że można się zaniepokoić gdy na naszą rykszę pędzi z naprzeciwka wielka ciężarówka (ledwo widoczna z powodu kurzu) ale zawsze wszystko kończy się dobrze. Według mnie jest tu bardzo egzotycznie i bardzo miło. Muszę tak myśleć aby psychicznie przygotować się na tak urocze kraje jak Pakistan czy Bangladesz. W Varanasi wiele godzin spędziłem chodząc po tym bardzo ciekawym lecz „uroczym inaczej” mieście. Każdy wyjazd na główna ulicę był przeżyciem. Zawsze musiałem przedostawać się przez tłum ludzi i święte krowy a co jakiś czas musiałem zejść z drogi gdyż znowu nieśli zmarłego nad rzekę Ganges. Zanim przyjechałem do Indii nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy, że na przykład posterunek policji lub poczta i cała ulica mogą wyglądać jakby właśnie nastąpiło bombardowanie, lecz wszystko było w porządku. Każdy kontakt z ludźmi, każda potrawa i targowanie się z rykszarzami nabrało dla mnie zupełnie nowego kolorytu. Wiele wieczorów spędziłem też na brzegu obserwując Ganges, kąpiących się ludzi i nieskończenie palone zwłoki, aby wieczorem omijając święte krowy dotrzeć do hotelu.

Sam hotel był dobrze zlokalizowany gdyż z tarasu gdzie jadłem mogłem obserwować miasto oraz palone zwłoki przez 24 godziny na dobę. Po jakimś czasie można się jednak do wszystkiego przyzwyczaić gdyż jak się okazało, woń palonych trupów nadaje nawet lokalnym potrawom szczególny smak. Ostrzegano mnie wcześniej aby uważać w Indiach na jedzenie lecz jak dotąd czułem się dobrze. Piłem herbatę czaj od ulicznych sprzedawców i jadłem lokalne potrawy. Raz też byliśmy w „niemieckiej piekarni” gdzie podawali dobry chleb naan lecz wciąż nie tak dobry jak w Kathmandu czy w Lhasa. Któregoś dnia o 5.30 rano obudziłem Monikę aby powiosłować po rzece Ganges i zobaczyć wschód słońca nad Varanasi. Już od rana schodzili się wierni, kapali się w rzece i przynosili drewno i nowe zwłoki. Wiosłowałem na zmianę z młodym chłopcem, który opowiadał nam o życiu tutaj a dla nas była to dobra szansa na zobaczenie jak miasto budzi się do życia. Ogólnie Varanasi przypadło mi do gustu lecz Monika niestety rozchorowała się i wtedy zaczynałem rozumieć, że być może wyprawa ta do dla niej zbyt wiele. Z tego co zdążyłem zauważyć ludzie w Varanasi mają poczucie humoru i są bardzo towarzyscy. Gdy spacerowałem z Moniką brzegiem Gangesu, zagrałem z miejscowymi chłopcami w krykieta. Gdy spytałem jedną panią dlaczego ugniatała krowie odchody gołymi rękami, odpowiedziała, że to czapati (rodzaj indyjskiego chleba). Tak na prawdę odchody te służyły do palenia zwłok. W Varanasi dowiedziałem się także, że wszystko jest możliwe. Otóż gdy chciałem wejść do jednej ze świątyń przeznaczonej tylko dla wyznawców hinduizmu, młody Hindus powiedział do mnie „no problem” bo za 500 rupii namaluje mi kółko na czole i mogę wejść. Ja jednak odmówiłem. Po pierwsze dlatego że nie jestem aż tak naiwny a po drugie, że stado małp na poważnie zainteresowało się moim plecakiem.

Po kilku dniach spędzonych w Varanasi pojechaliśmy szaloną rykszą na dworzec kolejowy aby dotrzeć do mojego kolejnego miejsca zainteresowania. Dworzec był oczywiście tragiczny gdyż oprócz wielkiego syfu, ludzie spali na podłodze koło świętych krów i wszyscy się na nas gapili. Zdążyłem jednak porozmawiać z kilkoma osobami. Był tu stragan z owocami i kilku sprzedawców herbaty czaj co w Indiach spotyka się na każdym kroku. Ludzie biegali na bosaka, ubrani w szmaty a inni spokojnie leżąc na brudnej ziemi czekali na pociąg. Sam dworzec przeraził Monikę bardzo lecz biedna doznała szoku gdy musiała wejść do pociągu. Wzięliśmy drugą klasę z twardymi łóżkami aby przyjemniej się podróżowało. Jednak wagon od środka wyglądał jak żelazna cela ze skazańcami w środku, gdzie wszyscy byli czarni i było bardzo gorąco. Gdy przepchnęliśmy się przez tłum, w tej samej chwili oczy całego wagonu były skupione na nas, nieprzerwanie i przez całą drogę. Monika z wielkim przerażeniem wyczyściła swoją pryczę i potem położyła się a ja pomyślałem, że to już raczej będzie koniec między nami. Oczywiście zanim zaczęła czyścić, najpierw musiałem zgonić z jej pryczy kilku brudnych, przepoconych Hindusów. Monika przeżywała wtedy bardzo ciężkie chwile gdyż nie mogła pogodzić się z odmiennością naszej wyprawy, choć ostrzegałem że tak właśnie będzie. Ja natomiast bawiłem się bardzo dobrze. Porozmawiałem z kilkoma obywatelami zwiedzanego przeze mnie kraju, zasięgnąłem porady na temat podróżowania tutaj a potem po prostu zasnąłem.

Ogromna bieda w Indiach.

Spędziłem w Varanasi kilka uroczych dni i doznałem wielkiego szoku kulturowego. Bez wątpienia miasto to oraz jego ludzie zrobiły na mnie oszałamiające wrażenie. Poza ogromną biedą, która w Indiach jest czymś normalnym, palone zwłoki nad rzeką Ganges, świątynie i miasto samo w sobie są czymś bez czego pobyt w Indiach nie może być zaliczony do udanych. Choć absolutnie nie należy się tu niczego bać, Varanasi bardzo działa na wyobraźnię i dla mojej towarzyszki podróży był to wielki szok.

Sarnath

Po paru dniach spędzonych w Varanasi, wytargowałem przystępną cenę za autorykszę i pojechaliśmy do oddalonego o 10km, małego miasteczka Sarnath. Jest to osada buddyjska gdzie jak legenda mówi, Budda wygłosił tu swoją przemowę zaraz przed tym jak doznał oświecenia. W drodze do Sarnath zatrzymywaliśmy się kilka razy gdyż nie zawsze mogliśmy na czas ominąć święte krowy a gdy zatrzymywaliśmy się i gdy już opadał kurz, wtedy ludzie często podchodzili do mnie, chcieli uścisnąć mi dłoń i pytali skąd jestem. Często mi się to zdarza w Indiach, że ludzie są bardzo mili i szukają kontaktu. Jedynie proces adaptacyjny do nowych warunków może zająć trochę czasu.

Sarnath bardzo różni się od Varanasi. Było o wiele cichsze i czystsze i polecam je jako miejsce w którym można odpocząć od gwaru i palonych zwłok. Znajduje się tu między innymi kilka ruin stup buddyjskich oraz ciekawe muzeum archeologiczne. Buddyjskie ruiny były ładnie położone w parku pod wysokimi drzewami. Jedna z większych to wysoka na 34m Dhanekh Stupa upamiętniająca pierwsze przemówienie Buddy w Sarnath. Niestety świetność jej już dawno minęła. Pochodzi ona z V wieku a niektóre jej fragmenty nawet z IIw p.n.e . Poza tym (jak pisałem w moim rozdziale o historii Indii) Sarnath było zniszczone przez muzułmańskich najeźdźców. Dopiero w XIX wieku brytyjscy archeologowie przywrócili trochę dawnej świetności tego małego miasta. Miejscem które zainteresowało mnie bardziej, była dość nowa świątynia (ukończona w 1931 roku) zwana Mulgandha Kuti Vihar. Przed wejściem musiałem jak zwykle zdjąć buty i zostawić kilka rupii przy odbiorze.

Gdy byłem w środku zobaczyłem, że świątynia była ciekawie zdobiona malunkami przedstawiającymi Buddę w jego drodze do światłości. Była to jedna z ciekawszych świątyń dotąd, ładnie zachowana i ciekawie zdobiona. Dodatkowym atutem świątyni i parku, było znajdujące się z tyłu ogrodzenie z jeleniami i ptakami choć był też basen z krokodylami. Cały park i kompleks świątynny oraz małe zoo sprawiały, że jak na razie Sarnath było bardzo ciekawe i odprężające. Niestety znowu musiałem zapłacić cenę „białego człowieka” ale nie chciałem już się denerwować. Po wyjściu z parku przeszliśmy przez ulicę pełną straganów z rzeczami bardzo zbędnymi lecz przyjemnymi dla oka gdyż tu mogłem zobaczyć jak żyją ludzie. Oczywiście wszyscy pragnęli kontaktu ze mną dlatego zagrałem z chłopcami w krykieta, kupiłem trochę bananów i dałem kilka rupii biednym, a tych jak zwykle nie brakowało. Byłem też w małym sklepie gdzie malarze malowali kalachakrę mandalę (mój reportaż o Nepalu) lecz tu była o wiele droższa niż w częściach Kathmandu czy Patan. Właściciel pracowni był potomkiem uciekinierów z Tybetu i mogłem z nim porozmawiać o mojej wyprawie do jego pięknego lecz tragicznego kraju. W drodze przez miasteczko nie mogłem przeoczyć muzeum archeologicznego gdzie musiałem się niestety pokłócić ze strażnikami gdyż nie pozwolili mi zabrać ze sobą aparatu i przez to nie mam żadnych zdjęć z tego ciekawego miejsca. Znajdowało się tu przede wszystkim dużo rzeźb z symbolami buddyjskimi z okresu powstania świątyń, które wcześniej zwiedzałem. Rzeczą wartą uwagi był też Ashoka Pillar, czyli kolumna z głowami czterech lwów. Dziś jest to godło narodowe Indii a ta kolumna w muzeum była kiedyś na wierzchołku jednej ze świątyń w Sarnath. Całe muzeum było bardzo ciekawe i znajdowało się w zadbanym ogrodzie. Mieliśmy czas i chciałem poświęcić na Sarnath cały dzień, tym bardziej że nasz atorykszarz i tak na nas czekał. Nie mogłem się oprzeć straganowi z herbatą czaj. Usiedliśmy na pniu drzewa i zamówiłem dwie filiżanki. Hindus z turbanem na głowie i owinięty w brudne łachy podał mi gliniane naczynie mlecznego napoju. Tym razem czaj wyszła mu jednak dość ostro gdyż chyba dodał za dużo masali-jedna z indyjskich przypraw. To było miłe doświadczenie. Siedziałem pod drzewem pijąc czaj i rozmawiałem z moją Moniką. Obydwoje byliśmy szczęśliwi i jak do tej pory Indie sprawiły mi dużą radość z powodu swej oryginalności i zrelaksowanego trybu życia. Następnie rozbiliśmy nasze gliniane naczynka, wsiedliśmy do rykszy i wróciliśmy do Varanasi. Muszę też przyznać, że pijalnia była dobrze zorganizowana gdyż jeden Hindus nalewał a drugi produkował gliniane naczynia jednorazowego użytku. Choć wszystko działało dobrze, widać było że w Sarnath nikomu się nie śpieszyło. Oto właśnie chodziło i na tym także polegał urok tego miejsca.

Ze świętymi krowami w Indiach.

Madhya Pradesh

Satna

Nad ranem, po ośmiogodzinnej jeździe pociągiem z Varanasi dojechaliśmy do małego miasteczka Satna gdzie mieliśmy wziąć autobus do Khajuraho. Zaraz po wyjściu ze stacji oraz wizycie w biurze podróży dla obcokrajowców (są takie tutaj) dopadli nas kierowcy rykszy i taksówek oferujących podwiezienie do Khajuraho. Byliśmy zmęczeni jazdą pociągiem i nie chcieliśmy już czekać kolejnych dwóch godzin na autobus i spędzić kolejnych pięciu godzin w drodze. W Satnie nie ma nic ciekawego i jest to jedynie miejsce przesiadkowe do Varanasi lub Khajuraho. Wytargowałem więc dobrą cenę za taksówkę i po dwóch godzinach jazdy gratem po wyboistej drodze, szczęśliwie dotarliśmy do Khajuraho. Tutaj okazało się, że Indie także dla mnie były ciężkie gdyż nawet w takich warunkach od razu zasnąłem. Po drodze mieliśmy też postój aby usiąść na chwilę w glinianej chatce pod strzechą i napić się herbaty czaj. Znowu było miło i ciekawie lecz bardzo biednie. Herbatę parzył stary Hindus a obsługiwały mnie jego bose dzieci.

Khajuraho

Khajuraho jest małą wsią, która jest jednym z ważniejszych przystanków turystycznych w Indiach ze względu na piękne świątynie z płaskorzeźbami kamasutry czyli indyjskiej sztuki miłości. Ściślej mówiąc są to płaskorzeźby przedstawiające pozycje seksualne w bogatych układach i po kilka osób. Większość świątyń została budowana przez około sto lat-od 950 do 1050 roku i są położone w zadbanym ogrodzie. Jest ich kilka a na ścianach, na zewnątrz i w środku jest wiele rzeźb kamasutry. Szkoda tylko, że tak niewiele się zachowało z ponad 80 zbudowanych na początku.

Do Khajuraho dojechaliśmy rano a nasz kierowca podwiózł nas pod sam hotel. Mieszkaliśmy w najlepszym miejscu dotąd gdyż mieliśmy ładny pokój z gorącym prysznicem co jest prawdziwym luksusem tutaj. Było pięknie gdyż zaraz po wyjściu z hotelu widzieliśmy jezioro oraz kąpiące się w nim bawoły, które przy indyjskiej muzyce, zachodzie słońca i specyficznej oprawie dawały poczuć prawdziwe Indie. Po krótkim odpoczynku i obiedzie składającym się głównie z tikka masala i czapati poszliśmy zwiedzać świątynie. Idąc ulicą nie mogliśmy być niezauważeni. Ludzie widząc nas od razu nas pokierowali w kierunku świątyń i mówili o cenie wstępu dla turysty co widać, że było dla nich przeżyciem. W drodze do świątyń nie mogliśmy się odgonić od bardzo pomocnych ludzi. Nawet gdy chciałem kupić baterie do aparatu miałem przewodnika. Tak tutaj jest, że jeśli ktoś się do mnie przyczepi to chce mi wszystko pokazać, wszystko powiedzieć, wszystko załatwić i być moim aniołem stróżem-za opłatą. Wychodzili z restauracji oferując jedzenie oraz rozkładali przede mną piękne, ręcznie robione dywany. Traktowali mnie wspaniale lecz myślę, że w krajach tego typu można się nabawić kompleksu wyższości.

Bieda w Indiach.

Odwiedziliśmy też parę sklepów z pamiątkami, porozmawiałem z kilkoma egzotycznie wyglądającymi ludźmi i nareszcie weszliśmy na teren świątyń. Cały kompleks znajdował się w starannie zadbanym ogrodzie co sprawiało, że zwiedzanie było jeszcze milsze i dlatego spędziliśmy tam kilka godzin. Świątynie te są wspaniałym przykładem architektury Indo-Arjańskiej lecz to właśnie rzeźby wykute na nich sprawiły, że Khajuraho stało się sławne. Było wiele rzeźb mitycznych zwierząt, bogów oraz wojowników lecz za każdym razem powtarzały się te same elementy: nagie kobiety uprawiające seks, czasem z wieloma partnerami i zawsze w wielu interesujących pozycjach. Myślę, że wielu mogłoby się z nich uczyć gdyż rzeźby oczarowywały pomysłowością. Powiedziałbym nawet, że niektóre figury były pokazem gimnastycznego seksu. Oprócz par i grup były też samotne figury bardzo skąpo ubranych kobiet, które dotykały się patrząc w górę. Całe to miejsce było na prawdę bardzo ciekawe i zastanawiające gdyż trzeba wziąć pod uwagę, że tak niezwykle liberalna sztuka powstała około 1000 lat temu. Niektóre świątynie i rzeźby, erotyczne były zniszczone przez czas lecz wiele było bardzo dobrze zachowanych. Same świątynie były poświęcone hinduistycznym bogom takim jak Vishnu, Shiva czy Surya. Większość była dość wysokich i masywnych. Wszystkie miały masywne, szerokie schody i masywne ściany i wszystkie miały piękne rzeźby, zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz. Na przykład świątynia Kandariya-Mahadev miała wysokość 31m i zawierała aż 872 rzeźby. Spędziliśmy tu większość dnia i do wielu świątyń wracaliśmy po parę razy. Bez wątpienia było to przeżycie jedyne w swym rodzaju. Dookoła Khajuraho znajdowały się też inne świątynie lecz nie tak dobrze zachowane i przez to o mniejszym znaczeniu dla kogoś kto nie jest historykiem sztuki lub archeologiem.

Chciałbym tu jednak powiedzieć, że kamasutra nie ma nic wspólnego z tym, jak na prawdę jest w Indiach w stosunkach między kobietą a mężczyzną. Tak jak wcześniej będąc w Nepalu, w Indiach kobieta także wychodzi wcześnie za mąż a większość małżeństw jest aranżowanych. Mężczyźni i kobiety nie chodzą za ręce dlatego za każdym razem gdy przytulam Monikę, sprawia to ogólne zaciekawienie i podniecenie. Na filmach indyjskich nigdy nie jest pokazane aby ktoś się całował. Przeważnie para jest blisko siebie i ewentualnie styka się nosami aby w ostatniej chwili odwrócić się. Myślę więc, że pomimo kamasutry i pięknych świątyń w Khajuraho, sprawy seksu w Indiach na pewno nie są tak liberalne jak przedstawiają to opisywane przeze mnie rzeźby.

Erotyczne rzeźby na świątyniach w Khajuraho.

Wieczorem poszliśmy na indyjską kolację i po raz kolejny spróbowałem czegoś nowego. Oprócz chleba czapati i naan podawanych na kilka sposobów spróbowałem aloo gobi czyli potrawki warzywnej głównie z kalafiora i ziemniaków oraz indyjskich przypraw. Mięsa w Indiach jem jak na razie bardzo mało gdyż większość potraw jest tu wegetariańskich.

Po nacieszeniu się Khajuraho i odwiedzeniu sklepu z pięknymi dywanami, poszliśmy na miejscowy dworzec autobusowy pod gołym niebem. Tu, po tym jak chłopak dwa razy mniejszy ode mnie wsadził nasze wielkie bagaże na dach, opuściliśmy to bardzo szczególne miejsce.

Moje obserwacje i doświadczenia

Po mojej tygodniowej dotychczas podróży po Indiach zaobserwowałem kilka ciekawych rzeczy. Otóż w Indiach wykształciło się wiele zawodów, których nie ma w Europie. Wyrabia się tu np. placki z odchodów świętych krów, które potem są palone. Jedna pani powiedziała do mnie żartem, że to chapati-rodzaj indyjskiego chleba. Jest tutaj także czyściciel uszu, pucybut oczywiście, człowiek wyrabiający talerze z liści bananowych, ktoś kto wyrabia gliniane filiżanki do picia czaj (indyjskiej mlecznej herbaty), oraz golibroda. Jest wiele zwyczajów, zawodów i tradycji w Indiach ale wszystkich jeszcze nie poznałem. Wiem jednak, że istnieje tu bardzo silny podział na klasy społeczne i gdy ktoś się przedstawia mówi też z jakiej rodziny pochodzi. Jeśli ktoś się na przykład urodził służącym to już przez całe życie tak będzie postrzegany i nigdy nie awansuje. Był przypadek, że młodzi chcieli się pobrać ale, że pochodzili z innych klas społecznych, rodzice nie zgodzili się. Uważam też, że posiadanie białego przyjaciela lub białego członka rodziny byłoby natychmiastowym podniesieniem statusu rodziny. W Indiach jest też zwyczaj jedzenia rękami. Wygląda to nieapetycznie gdyż mieszają ryż i chleb z sosami gołymi rękami a potem wszystko wkładają do ust i oblizują. Są jednak na tyle “higieniczni”, że do jedzenia używają tylko prawej ręki gdyż lewa służy im do podcierania tyłków. Wiem na pewno-pytałem. Uważam, że muszę pytać jak najwięcej aby nie popełnić błędów w reportażach. Uważam także, że Hindusi (jak dotąd) są bardzo zabawni. Gdy robię zdjęcie, wszyscy ustawiają się przed obiektywem gdyż wszyscy chcą być na zdjęciu. Potem chcą abym im pokazał zdjęcie i nigdy nie mogą zrozumieć, że mój aparat nie jest w stanie objąć wszystkich.

W Indiach takie zwierzęta jak krowa czy wąż są zwierzętami świętymi i nie można im nic zrobić lecz psa można kopnąć i jest to tu normalne. Myślę, że wszystkie psy w Indiach są bezdomne i nikt o nie nie dba. Nie jest to dziwne w kraju gdzie prawie 400mln ludzi żyje za mniej niż jednego dolara dziennie.

Indyjskie twarze to osobna, bardzo interesująca część mojej podróży.

Zauważyłem też, że bardzo ważną rolę tutaj pełni długopis. Gdziekolwiek nie idę, zawsze są biedni, którzy żebrzą o cokolwiek o jedzenia albo o parę groszy. Bardzo chętnie pozują do zdjęć i zwykle za drobną opłatą. Dzieci zawsze proszą o słodycze oraz o długopis. Jest to bardzo ważna rzecz, gdyż dobry długopis przypięty do koszuli mężczyzny świadczy o jego statusie.

Orchha – opis miasta

Po nacieszeniu się Khajuraho oraz bardzo ciekawymi rzeźbami, postanowiłem, że tym razem pojedziemy do Orchha-małej miejscowości oddalonej o sześć godzin na zachód, gdzie znajdują się 200set letnie zamki oraz świątynie, będące miejscem zjazdów wielu pielgrzymów z wielu części Indii.
Droga tam nie była łatwa co było do przewidzenia ale szczęśliwie dotarliśmy na miejsce.

W autobusie poznałem podróżnika z Niemiec, który w bardzo ciekawy sposób wyraził w jaki sposób widzi Indie. Powiedział on: “Pojechałem raz autobusem do nikąd i nic nie zobaczyłem, ale właśnie to, samo w sobie było wspaniałym doświadczeniem”.

Te słowa dały mi jeszcze więcej energii do poznawania tak odległych i nieprzewidywalnych kulturowo miejsc.
Do Orchha dojechałem późno wieczorem dlatego zdążyłem tylko zjeść kolację i znaleźć hotel. Tutaj za pokój wywalczyłem najlepszą stawkę lecz jak zwykle były to bardzo podstawowe, biedne warunki. W lokalnej knajpie jadłem w towarzystwie indyjskich pielgrzymów, którzy wyglądali dość dziwnie. Byli to starsi ludzie z brodami do klatki piersiowej, z warkoczami i wymalowanymi twarzami, ubrani na biało-pomarańczowo. Wielu jest tu takich a w Orchha jest to już część krajobrazu. Często grają oni na czymś podobnym do gitary oraz na fletach oraz śpią na ziemi przed świątyniami.

Niestety ale jedzenie uliczne w Indiach to ryzyko 4 dni w toalecie.

Jhansi – wyprawa po bilet

Pierwszego dnia w Orchha zobaczyliśmy mało, gdyż musieliśmy najpierw zorganizować transport do następnego miejsca. Pamiętam, gdy jeden podróżnik mi opowiadał, że raz utknął w małej dziurze na tydzień i nie mógł się wydostać. Po bilet kolejowy musiałem więc jechać do oddalonego o 20km Jhansi aby potem wrócić już z biletami do Orchha i spokojnie zacząć zwiedzanie. Jednak wydostanie się z Orchha było bardzo kosztowne, tak samo jak kupienie biletu z agencji podróży. Gdy Hindusi widzą białego człowieka myślą, że ma miliony i zapłaci ile chcą. Wzięliśmy więc lokalny autobus prawie za darmo, aby po krótkiej jeździe dotrzeć do Jhansi i dowiedzieć się, że godziny odjazdów były dla nas niemożliwe a pociąg i tak nie jechał gdzie chcieliśmy. Postanowiłem więc wziąć autobus sypialny, gdzie następnego dnia rano musieliśmy się jeszcze raz przesiąść (dwie godziny jazdy) do miejsca przeznaczenia. To była zdecydowanie najlepsza opcja gdyż kupienie biletu w Indiach było prawdziwą walką. Musiałem się przedrzeć przez tłum, wielki syf i hałas miasta Jhansi, brak organizacji i niedoinformowanie ludzi w kasach biletowych oraz świetnie poinformowanych i bardzo pomocnych lecz też bardzo podejrzanych koników, którzy byli mnie w stanie zabrać nawet w kosmos. Udało mi się jednak kupić dwa wymarzone bilety, wrócić równie tanio do Orchha i zacząć pierwsze zwiedzanie tego pięknego miejsca. Hurra!

Orchha – głównie pałace i świątynie

Następnego dnia rano zaczęliśmy zwiedzać Orchha. Jest to bardzo małe miasteczko, pięknie położone nad rzeką, składające się z kilku ulic, miłych knajp i bazaru. Odbywa się tu także doroczny festiwal, którego byłem świadkiem. Orchha jest bardzo atrakcyjne turystycznie, gdyż jest otoczone kilkusetletnimi pałacami i świątyniami. Pochodzą one głównie z XVII wieku i są wspaniałym przykładem architektury islamskiej. Poszliśmy do kilku z nich lecz zaczeliśmy od Jehangir Mahal. Zwłaszcza ten był wart zobaczenia gdyż był wielki i wysoki. Znajdowały się tu pięknie rzeźbione przejścia do licznych komnat a niektóre lepiej zachowane sufity były ciekawie zdobione. Zwiedzanie pałacu zajęło nam parę godzin gdyż tyle było do zobaczenia. Ze szczytu rozciągał się piękny widok na Orchha i okolicę czyli wielki zielony teren skąd było widać rzekę Betwa i liczne zamki i pałace. Jako ciekawostkę dodam, że bogactwo architektoniczne tego miejsca jest pozostałością po Orchha jako stolicy Rajput od pierwszej połowy XVI wieku. Po drodze spotykaliśmy miejscowych ludzi z którymi robiliśmy sobie zdjęcia i bardzo ciekawie spędziliśmy tu czas. Szczyty wież były pokryte kopułami a wszystkie okna i drzwi miały wysokie, ostre kształty u góry i szerokie u spodu. Cały zamek był także bardzo otwarty, pełen filarów i otwartych komnat z dużym dziedzińcem po środku. Całość była urocza lecz wszystko by było jeszcze ładniejsze gdyby zainwestowano tu trochę pieniędzy w odnowienie zamiast pozostawiania pustych ścian.

Innymi pałacami był Raj Mahal i Raj Praveen Mahal, które były mniejsze lecz także bardzo ciekawe. Obydwa były zniszczone lecz warte odwiedzenia. Szczególnie polecam tutaj łuki łączące ściany z pięknie malowanymi sufitami lub raczej to co po tych malunkach pozostało. Gdy weszliśmy do jednego z pałaców podszedł do nas młody chłopak, zaczął z nami rozmawiać i oprowadził nas po całym obiekcie, co poprawiło całe zwiedzanie. Myślę, że bez niego także nie poznałbym tego zamku tak dobrze. W prezencie dałem mu koszulkę z Polski. Ze wszystkich pałaców zawsze był piękny widok na całe Orchha. Zawsze była to bardzo barwna kraina gdzie nawet ze szczytu zamku dostrzec było można stoiska z kolorowymi, indyjskimi przyprawami. Na szczytach pałaców było dużo papug (aleksandretta obrożna zielona) oraz jeszcze piękniejszych, wiecznie latających nad Orchha sępów, które miały tam swoje gniazda. Pałace, zwłaszcza wieczorem wyglądały upiornie a sępy o rozpiętości skrzydeł do ponad dwóch metrów i zawsze „patrolujące” Orchha jeszcze bardziej poprawiały atmosferę. W tym czasie w Orchha był doroczny festiwal, na który przyjeżdżali pielgrzymi z wielu części Indii. Były to setki starszych mężczyzn, ubranych na biało-pomarańczowo, z długimi włosami i zaplecionymi warkoczami z brody. Mieli także wymalowane twarze na różne kolory, do tego spali na podłodze przed świątyniami, grali na różnych instrumentach i tańczyli na bosaka. W całym Orchha były głośniki, także było ich słychać do późna w nocy. Były to piękne, ludowe przedstawienia, które dla mnie były przede wszystkim tak bardzo odmienne od tego co poznałem do tej pory. Pomyślałem, że starsi ludzie w Europie nie są aż tak na luzie jak tutaj.

Choć w Orchha zdecydowanie poleciłbym przede wszystkim pałace, jest też tutaj kilka świątyń godnych uwagi. Pierwszą, której nie da się nie zauważyć jest świątynia Ram Raja. Ulokowana jest ona na głównym dziedzińcu, w różowym kolorze a gdy ja tu byłem, dookoła bawili się indyjscy pielgrzymi. Przed wejściem oczywiście zdjąłem buty oraz zostawiłem aparat gdyż nie można było fotografować. W środku nie powiem abym zobaczył coś nadzwyczajnego. Podobała mi się tu jednak obserwacja ludzi oraz widok z dachu na pałace Orchha. W słoneczny, piękny dzień wybraliśmy się także do świątyni Lakshmi Narayan. Musieliśmy tam iść około 1km aby pod koniec wejść pod górkę. Świątynia była mała i ciekawa z zewnątrz. Myślę, że najlepszym punktem tego spaceru było samo poznanie okolic Orchha i jego ludzi oraz ładny widok ze świątyni.

Od jakiegoś czasu jem tylko indyjskie jedzenie. Bardzo mi smakuje choć prawie w ogóle nie jem mięsa. Także dla bezpieczeństwa , choć na przykład Orchha jest uznawane za kolejne święte miasto i sprzedawanie mięsa jest tu zabronione. Głównie są to gotowane warzywa w wyszukanych indyjskich sosach oraz z bogactwem przypraw. Takie są właśnie Indie. Jest tutaj bogactwo kolorów i przypraw. Bardzo też mi smakują indyjskie chleby wypalane w specjalnych piecach. Niektóre z nich to: naan, rooti i chapati. Wszystkie są bardzo dobre, wszystkie są inne i zależnie od życzenia można dodać czosnku, sera lub innych specjałów. Ja maczam je czasem w sosach tikka masala lub korma choć jest też wiele innych.

Będąc w Orchha miałem też przykre spotkanie. Rozmawiałem z dziewczynką, która powiedziała, że jej ojciec zginął i miała tylko mamę a jej interes to leżak z marnymi pamiątkami. Powiedziała, że w Indiach nie ma na co liczyć od rządu i niczego nie jest on w stanie zaoferować. Trzeba płacić nawet za początkową część edukacji, dlatego bardzo dużo osób nie potrafi czytać i pisać. Ona też nigdy nie chodziła do szkoły ale nauczyła się czytać od matki a angielskiego od turystów. Nie potrafi jednak pisać, tylko mówić.

Orchha – spotkanie z kobrą

Interesującym doświadczeniem było spotkanie z moim ulubionym zwierzęciem, czyli z wężem. Zobaczyłem jak „zaklinacz” miał kobry w koszyku i grał na flecie. Kobry stały w pozycji grożącej i patrzyły na mnie a moja Monika była oczywiście przerażona. Widziałem jednak, że właściciel kobry brał je na ręce. Ja też je wziąłem (wcześniej w Nepalu), najpierw bardzo niepewnie, pomimo, że mam węże w domu. Te węże jednak nie duszą, te są śmiertelnie jadowite. Udało mi się wziąć je na ręce, okręcić dookoła szyi i wytrwać w tej pozycji kilka minut bez żadnego ukąszenia. Było to dla mnie bardzo miłe przeżycie i nawet nie bałem się. Byłem tylko ostrożny lecz tutaj nigdy nie jest się do końca pewnym. Mówiono mi, że te kobry miały wyjęte zęby, lecz zęby odrastają a jad jest przez cały czas produkowany. Kobry były spokojne i nie atakowały. Być może była to tajemnica “zaklinaczy”. Myślę jednak, że muszę pamiętać o tym, że tego typu zabawa może się kiedyś dla mnie skończyć śmiercią bo nigdy do końca nie wiadomo czy kobra ma wyjęte zęby, zaszyty pysk czy są spokojne i po prostu będę miał zawsze to szczęście. Czułem się zaniepokojony gdy mordka kobry była blisko mojego gardła i miejsc gdzie jestem najsilniej ukrwiony. Jest jeszcze pewna teoria, która mówi, że kobra tańczy gdy słyszy muzykę. Jest to oczywiście nieprawda, gdyż węże są głuche i nie są w stanie niczego usłyszeć. One tylko reagują na ruch fujarki i gdy grający tupie w ziemię, potrafią wyczuć drganie podłoża.

“Tańczące kobry” to wciąż wielka atrakcja w Indiach.

Choć było to dla mnie interesujące przeżycie i tak charakterystyczne kulturowo dla Indii, trzeba pamiętać, że wykorzystywanie jakichkolwiek zwierząt do tego typu pokazów oraz ich okaleczanie jest procederem do którego nie należy zachęcać. Obszerniejszy artykuł na ten temat znajduje się w artykule Zaklinacz Wezy.

Orchha – ostatni dzień

We wszystkich miastach gdzie są turyści (jak do tej pory) czuję się jak chiński miś panda. Mianowicie jestem rzadkim gatunkiem zwierzęcia, które dobrze je i, o którego bezpieczeństwo wszyscy dbają. Na przykład w Orchha szef hotelu zamknął hotel przed dziesiątą wieczorem aby nic mi się nie stało po zmroku i musiałem wołać go aby mi otworzył. Misie panda mają jednak lepiej gdyż nie muszą za nic płacić. Zauważyłem też, że ludziom tutaj wydaje się, że coś im się od nas należy. Zawsze wyciągają ręce, pokazują gdzie mamy pieniądze i domagają się choć kilku rupii. Czasem chodzą za mną i próbują szczęścia co jakiś czas.

Będąc tutaj widziałem też grupę turystów z Polski, którzy przyjechali na kilka godzin luksusowym autokarem. Pomyślałem, że szkoda mi ich gdyż nie będą w stanie nacieszyć się prawdziwymi Indiami. Oni tylko pójdą z polskim przewodnikiem zwiedzać pałac a potem wsiądą do swojego klimatyzowanego autokaru i za godzinę zapomną gdzie byli i co wiedzieli.

Ostatniego wieczora, gdy już zobaczyłem wszystko co chciałem, poszedłem na golenie do prawdziwego profesjonalisty gdzie bawiłem się wspaniale. Muszę przyznać, że nie zaciął mnie ani razu choć golił mnie brzytwą. Następnie zrobił mi masaż głowy i twarzy miętowymi maściami, które od razu postawiły mnie na nogi. Monika miała tylko masaż głowy i twarzy po których także czuła się lepiej. Jeśli chodzi o nasze fryzury to chyba zrobił z nas sobie żarty bo mnie ulizał a Monikę roztrzepał. Tak pięknie uczesani poszliśmy na wernisaż gdzie mogliśmy podziwiać obrazy miejscowych artystów. Większość podobała mi się a prowadzący salon oprowadzał nas i opowiadał o obrazach. Było bardzo miło.

Gdy nadszedł czas na opuszczenie Orchha chcieliśmy wziąć autorykszę lecz znowu gdy wszyscy zobaczyli białych ludzi, chcieli za dużo. Poszedłem więc dalej i złapałem rykszę z drogi co było tanie. Warto tu wspomnieć, że autoryksza choć mała, zawsze jest bardzo pakowna. Mieszczą się wszystkie bagaże oraz ludzie-jeden na drugim oraz w bagażniku. Ludzie są przyczepieni do czego się da i jadą nawet z boku na stojąco. Po krótkim czasie znowu dojechaliśmy do Jhansi gdzie czekał na nas sypialny autobus. Tym razem był on wygodny. Na dole były siedzenia a na górze pojedyncze i podwójne łóżka. Monika powiedziała, że jest moją żoną aby ludzie nie zadawali nam więcej pytań dlaczego śpimy razem. Cały czas się tak przedstawiamy aby zaoszczędzić sobie problemów i natrętności mężczyzn, którzy chcieliby od razu zadawać pytania.

Orchha bardzo mi się podobało. Ciekawe były wszystkie pałace i świątynie choć jak zwykle wielką przyjemność czerpałem z kontaktu z ludźmi. Mam tu na myśli brodatych pielgrzymów ubranych bardzo oryginalnie i z niecodziennym makijażem.

Przyjemnie też spędziłem czas nad rzeką w towarzystwie myjących się ludzi i kąpiących się bawołów a krążące nad osadą sępy dodawały uroku temu miejscu. Orchha było wspaniałym doświadczeniem.

Indore i inne syfiarnie

Następnego dnia rano po dość miłej (leżącej) lecz przerywanej wertepami jeździe dojechaliśmy do wielkiej syfiarni, czyli miasta Indore. Pierwszy raz jak dotąd widziałem takie dno. Piętrzące się śmieci i sterty papierów fruwały po ulicy a domy były w gorszym stanie niż widziałem dotąd choć przewinąłem się już przez dziadostwo wszelkiego rodzaju. Ludzie byli tak podekscytowani widokiem białych ludzi, że gdy szliśmy ulicą oni szli za nami i grupa ta przez cały czas powiększała się. W końcu gwizdnąłem na autorykszę i gdy udało nam się zapakować bagaże, rykszarz musiał trąbić aby tłum się rozstąpił gdyż byliśmy otoczeni ze wszystkich stron. Całe szczęście, że szybko wzięliśmy autobus do naszego kolejnego miejsca przeznaczenia. Droga z Indore była straszna a po drodze mogliśmy na przykład podziwiać wielkie, czarne, owłosione świnie rozgrzebujące kupę śmieci. Lokalny autobus pokonał odległość 100km w ponad cztery godziny gdyż droga była niemożliwa do normalnej jazdy. Zaliczyliśmy po drodze wszystkie okoliczne dziury gdzie byliśmy zawsze wielką atrakcją dla tubylców. Raz zatrzymaliśmy się w Dhar gdzie na dworcu autobusowym udało mi się kupić owoce na drogę lecz dojście do straganu zajęło mi dłużej niż zwykle gdyż święte krowy miały chyba rozwolnienie. Za każdym razem gdy stawaliśmy ładowano nowy towar na dach autobusu i do wewnątrz. Mam tu na myśli nie tylko worki z ryżem i całe łodygi bananów ale też trzodę chlewną. Jako, że byliśmy tam jedynymi białymi ludźmi, zawsze ustępowano nam miejsca, nawet gdy autobus był wypchany po brzegi. Jazda była też o tyle ciężka, że mieliśmy kierowcę, który wyglądał jakby nigdy w życiu nie był trzeźwy i trąbił na wszystko czy trzeba było czy nie. Tak już w Indiach jest, że kierowcy prawie przez cały czas jeżdżą z włączonym klaksonem, który wygrywa różne melodie oraz zawsze jest bardzo głośny i bardzo dokuczliwy.
W końcu, po czterech godzinach koszmarnej jazdy udało nam się dotrzeć do Mandu.

W drodze powrotnej z Mandu jechało się szybciej ale też były podskoki i trąbienie bez sensu. Mieliśmy też przesiadkę w Dhar gdzie weszliśmy do autobusu jako ostatni lecz i tak mieliśmy miejsca siedzące w zapchanym po brzegu autobusie bo gdy bileter zobaczył dwoje białych ludzi, wygonił Hindusów z siedzeń. Podróż autobusem była dość rozrywkowa lecz samo dotarcie do Indore było mało przyjemne choć raz już tam byliśmy i wiedzieliśmy czego się spodziewać. Gdy tylko wyskoczyliśmy z autobusu, wręcz natychmiast ustawiła się wielka widownia obserwująca każdy nasz ruch. Wziąłem bagaże i poszliśmy załatwić (i oczywiście wytargować) autorykszę do autobusu nocnego, który miał nas zabrać do Udapuir-pięknej miejscowości w stanie Rajasthan. Idąc wolno w stronę rykszy miałem wrażenie, że cała ulica czarnych ludzi (po zmroku) szła za nami. Do rykszy był mały kawałek lecz oni szli tak blisko, że prawie czułem ich oddechy. Gdy znaleźliśmy autorykszę wszyscy ustawili się w wielkim kole i po prostu mieli widowisko. Przy odjeździe z tego teatru żegnali nas brawami a dzieci jeszcze biegły kawałek za nami. Wydostanie się stamtąd było prawdziwą ulgą a dotarcie do przyzwoitego, sypialnego autobusu oraz opuszczenie wielkiej syfiarni-Indore, było jeszcze większą. (Być może Indore ma swoje zalety i ciekawe obiekty lecz nie czułem abym chciał tam zostać).

Podróżując po Indiach zdążyłem zauważyć jak ogromne są tutaj kontrasty. W miejscach gdzie są turyści ludzie są bardzo uprzejmi i dobrze wychowani oraz nie gapią się na nas jak na film, choć zawsze próbują nawiązać rozmowę. W miejscach gdzie nie ma turystów, jest tylko wielki brud oraz straszna bieda a ludzie zbiegają się z daleka aby nas sobie obejrzeć. Tak czy inaczej jest to spektakularnie piękny kraj gdzie każdy stan diametralnie się od siebie różni.

Mandu

Po wielu godzinach wyboistej jazdy dotarłem do małej wioski Mandu. Gdy zacząłem zbliżać się do miasteczka zaczęło robić się coraz ładniej. Mandu jest otoczone barwną doliną a w wielu miejscach do dziś stoją małe budowle pozostawione tu przez imperium afgańskie. Gdy autobus w końcu podjechał pod górę i zmierzał do kamiennych bram, zobaczyłem uroczy widok na całą okolicę i wtedy zaczynałem wierzyć, że cała trudna podróż nie poszła na marne. Mandu jest płaskowyżem gdzie można podziwiać najlepsze osiągnięcia architektoniczne byłego imperium afgańskiego w całych Indiach, które są ciągle zachowane na tyle dobrze aby można było sobie wyobrazić jak na prawdę niegdyś wyglądało to miasto. Mandu zostało założone w X wieku i było między innymi załączone przez Akbara do imperium Mogołów (moja część o historii Indii). Historia na subkontynencie indyjskim była bardzo ciekawa a Indie często zmieniały “właściciela”. Gdy spojrzymy na mapę Indii z początku XIV wieku, zobaczymy że wówczas całe Indie były zajęte przez wielkie imperium afgańskie. Stąd właśnie afgańskie świątynie i ruiny na obszarze Mandu, które w lepszym i gorszym stanie przetrwały do dziś. Zmierzając do połowy XIV stulecia imperium afgańskie było coraz mniejsze. W połowie XV wieku jedynie Indie północne były terytorium afgańskim a pod koniec już tylko mały kawałek na północy, który wraz z biegiem czasu zniknął całkowicie.

Rzeczywiście pierwszą rzeczą, którą zobaczyłem po dojechaniu, były wielkie afgańskie świątynie, pałace i ruiny z przełomu XIV i XV wieku. Jednak najpierw musiałem nam załatwić pokój na noc oraz chcieliśmy coś zjeść. Hotel Maharadża znalazłem szybko lecz zaraz po wejściu miałem ostre starcie z kierownikiem. Poszło nam oczywiście o cenę gdyż on nie chciał opuścić a ja nie chciałem ustąpić gdyż warunki nie były wspaniałe. W efekcie finalnym przeprosił mnie, że uniósł się ale i tak trzymał się swojej ceny. Był to najdroższy pokój dotychczas lecz w porównaniu z europejskimi cenami i tak tani.

Tego samego dnia poszliśmy zwiedzać świątynie i ruiny. Najpierw poszliśmy obejrzeć główny obiekt gdzie znajdowały się wielkie świątynie z kopułami charakterystycznymi dla tego rodzaju architektury. Był to mosk Jama Masjid zbudowany w 1454 roku, który jest najznakomitszą formą architektury afgańskiej w Indiach. Jest on zresztą nie do przeoczenia gdyż znajduje się w miejscu gdzie stoją wszystkie autobusy. Mosk był na pewno wart zobaczenia. Zwłaszcza charakterystyczne kopuły oraz filary dawały ciekawy efekt. Stojąc po środku, na dużym trawniku mogłem go widzieć w całej okazałości. Jama Masjid nie był jednak wysoki. W środku najbardziej podobały mi się łuki pod sufitami oraz zdobione schody, z miejscem do modlitw i zawsze przykrytym kopułą. Całość była bardzo wszechstronna a przejścia z jednego miejsca do drugiego były połączone kamienistymi szlakami po środku ogrodów. Cały obiekt był zadbany i dużo ludzi pracowało nad poprawą stanu zabytków. Najbardziej jednak zapamiętałem, że nie od razu po wejściu zaczęliśmy zwiedzać gdyż najpierw musieliśmy przejść sesję zdjęciową. Wszyscy do nas podchodzili, kłaniali się, podawali ręce i wręczali swoje dzieci do zdjęcia. Pytali o nasze imiona i skąd jesteśmy. Potem zawsze chcieli z nami mieć zdjęcia i prosili abyśmy ustawiali się z nimi na tle obiektów w różnych pozycjach. Robili nam też zdjęcia bez naszego pozwolenia a ludzie, którzy mieli kamery zamiast nagrywać afgańskie świątynie nagrywali nas. Także po wyjściu zauważyłem, że od czasu do czasu błyskały flesze skierowane w moją stronę podczas gdy inni ciągle nagrywali. Niektórzy przedstawiali się i chcieli mój kontakt w Anglii lub Polsce aby tam wyemigrować, co zdarza się dość często. Nie mogliśmy przejść w samotności gdyż wszyscy nam się kłaniali. Szkoda tylko, że znowu musiałem zapłacić za wstęp „cenę białego człowieka” czyli 20 razy więcej niż płacą Hindusi.

Kolejnym zabytkiem, który udało mi się zwiedzić był Grobowiec Hoshanga, stojący zaraz za moskiem Jama Masjid. Jest to bardzo ładny obiekt, cały zbudowany z białego marmuru i leżący w zadbanym ogrodzie. Na budynku tym także stoi charakterystyczna kopuła, która otoczona jest czterema małymi kopułami. W środku natomiast znajduje się grobowiec Szacha, który umarł w 1435 roku. Cały budynek był dość mały lecz ciekawy i myślę, że stanowił dobry początek na zwiedzanie sławnego Taj Mahal, który także jest budowlą muzułmańską, zbudowaną w tym samym stylu.

Na uwagę zasługują także ruiny stojące naprzeciwko Jama Masjid czyli Ashrafi Mahal. Niestety tutaj nie ma zbyt dużo do zobaczenia gdyż praktycznie z całego obiektu najlepiej zachowały się schody wiodące do pustej przestrzeni. Obiekt ten służył kiedyś jako islamska szkoła lecz projekt architektoniczny okazał się zbyt ambitny gdyż cały się zawalił. Mimo to jest to miłe miejsce do zobaczenia dlatego, że działa na wyobraźnię. Spacerując po Ashrafi Mahal starałem się sobie wyobrazić jak kiedyś wyglądał cały ten obiekt.

Tego wieczora już nie zwiedzałem. Zostaliśmy na głównym placu aby spędzić trochę czasu z miejscowymi ludźmi. Jak mogłem przypuszczać znowu byliśmy wielką atrakcją. Pamiętam, że gdy kupiłem indyjskie słodycze i po prostu usiedliśmy aby zjeść, grupa Hindusów przypatrywała się nam z otwartymi ustami z bardzo bliskiej odległości. Widać, że nasz widok był dla nich wielkim przeżyciem co wprawiło nas w zakłopotanie. Po jakimś czasie jednak można się do tego przyzwyczaić. W drodze do hotelu mieliśmy jeszcze kilka spotkań z przemiłymi Hindusami ale nie miałem już siły na dłuższe rozmowy.

Następnego dnia znowu wyruszyliśmy na poznawanie Mandu lecz tym razem chcieliśmy zobaczyć nowe obiekty i chcieliśmy nacieszyć się okolicą. Blisko naszego hotelu znajdował się jeden z najlepiej znanych obiektów czyli Jahaz Mahal. Tutaj za wejście trzeba było słono zapłacić lecz udało nam się przemknąć i narobić kilka zdjęć. Jest to pałac, który wygląda jak mur obronny z wyższymi kamiennymi wieżami. Po środku znajduje się jezioro wraz z dobrze zadbanym ogrodem. Widać było, że w każdym zwiedzanym przez nas miejsc przeprowadzane były roboty restauracyjne. Były także tworzone piękne ogrody i sztuczne stawy co dawało piękny efekt końcowy.

Mandu jest pełne ruin i pałaców porozrzucanych w promieniu wielu kilometrów i dlatego wybraliśmy się na spacer aby obejrzeć choć część z nich. Byliśmy na przykład w jednym gdzie do dzisiaj zachowały się tylko wysokie ściany zewnętrzne oraz kamienne schody a w środku znajdował się błękitny akwen wodny. Stąd było widać sporą część Mandu i był ładny widok na Jahaz Mahal. Poruszając się dalej dotarliśmy do jednej z kilku bram przez którą wjechaliśmy do Mandu. Tutaj spotkaliśmy samotną dziewczynkę pasącą kozy a stojąc na pagórku widzieliśmy całą dolinę z porozrzucanymi ruinami małych afgańskich pałaców. To był czas odpoczynku podczas którego usiedliśmy na chwilę aby nacieszyć się widokiem. Było bardzo spokojnie i cicho. Cieszyło mnie to proste, niczym nie zmącone życie. Nawet pomagałem łapać kozy, które nie trzymały się stada i trzymając je za uszy prowadziłem koło siebie. Na obiad udaliśmy się do małej knajpki przy drodze gdzie po raz kolejny podano nam warzywa z indyjskimi przyprawami. Przez cały czas w Mandu było bardzo cicho i spokojnie. Musiałem wyjechać po dwóch dniach gdyż chciałem zobaczyć inne miejsca lecz zauważyłem, że są turyści, którzy zaszywają się w takich małych wioskach na parę miesięcy i prowadzą np. życie pasterza lub piszą wiersze.
Z tego co zdążyłem zauważyć, w Indiach bardzo ważnym przemysłem jest przemysł turystyczny i dużo się w niego inwestuje. Nie tylko w obiekty ale także w ludzi. We wszystkich tych miejscach ludzie żyją z turystów i są uprzejmi aż do przesady. Czasem są być może zbyt nachalni ale też zależy gdzie. Uważam, że bardzo często zachowują się nienagannie i są bardzo dobrze zorganizowani i pomocni. To pokazuje, że Indie są bardzo dobrym miejscem do odwiedzenia i jak na razie nie potwierdzają moich obaw.

W Mandu byliśmy także przypadkiem na indyjskim weselu i było to zupełnie coś innego niż do tej pory widziałem. Pan młody jechał na koniu i był wystrojony w wielki kolorowy turban a jego żona wraz z druhnami szły koło niego w tradycyjnych strojach. Ponadto za nimi jechał pojazd z dużymi głośnikami i bardzo głośno grała muzyka a wielki korowód ludzi szedł przez ulicę głośno grając i tańcząc w bardzo chaotyczny i dziki sposób. Gdy zebrani zobaczyli dwoje białych ludzi, wrzucili nas do środka i nakłonili aby tańczyć razem z nimi. Gdy już nie chcieliśmy, brali nam ręce do góry i ruszali nami abyśmy zaczęli tańczyć i jeszcze raz wrzucili do środka, szeroko się przy tym uśmiechając. Po jakimś czasie udało nam się uwolnić z wesela ale na pewno byliśmy dużą atrakcją. W pobliżu znajdowała się kolorowa i bogato rzeźbiona świątynia Jain. Zbudowana była z marmuru i przedstawiała wiele figur zwierząt. Jedna z ciekawszych rzeźb przedstawiała niedźwiedzie i krokodyle odgryzające ramiona mężczyzny. Z tyłu znajdowało się kilka karuzeli i tam właśnie zostaliśmy zaskoczeni przez weselników.

Kolejnego dnia po południu sam wrzuciłem nasze bagaże na dach autobusu-wraka a potem wróciliśmy do Indore.

W Mandu spędziliśmy parę magicznych, spokojnych dni. Jest to bardzo dobre miejsce do odpoczynku a bardzo ciekawe świątynie afgańskie pozwalają na spokojną i powolną eksplorację całej osady. Ludzie są mili, jedzenie dobre a widoki piękne. Dla niektórych dodatkowym atutem może też być nieopisane zdziwienie niektórych Hindusów na widok turysty. Jedyną uciążliwą rzeczą jest sam przyjazd tutaj.

Dwie rasy, dwie cywilizacje, dwie kultury.

Rajasthan

Udapuir – białe miasto Rajasthanu

Następnego dnia rano dotarliśmy do Udaipur czyli białego miasta Rajhastanu. Wysiedliśmy z autobusu w nowej części miasta gdzie było gwarno i brudno dlatego od razu wsiedliśmy do rykszy i pojechaliśmy do ładnego domu gościnnego w starym mieście, gdzie wynająłem przyzwoity i bardzo tani pokój. Hotel był pięknie położony nad jeziorem Pichola, z widokiem na pałace zbudowane na jeziorze i pagórkach. Tym razem mieliśmy też gorącą wodę, co nie często się tu zdarza. Tego samego ranka zjedliśmy śniadanie na tarasie z widokiem na zabytkową panoramę Udapuir a następnie zorganizowałem transport do następnego miejsca. Po odespaniu kilku godzin nareszcie zaczęliśmy zwiedzać to piękne miasto. Udapuir jest jednym z piękniejszych i jak wielu uważa najbardziej romantycznym miastem stanu Rajasthan. Stara część miasta jest najbardziej bajkowa gdyż położona jest nad jeziorem Pichola z którego można wypożyczyć rower wodny i dopłynąć do białego pałacu. Udapuir może się także poszczycić największym pałacem w Rajasthanie, pięknie rzeźbionymi świątyniami i górzystym otoczeniem z jego białymi domami. Gdy tylko tu dojechałem, od razu wiedziałem, że miasteczko to będzie szczególne. Szczególne jest też dla Jamesa Bonda gdyż w Udapuir były kręcone sceny do „Ośmiorniczki” z Rogerem Moorem i chodząc po okolicy wszędzie są porozwieszane plakaty, że codziennie wieczorem jest wyświetlany ten film.

Po wyjściu z hostelu szliśmy przez cały czas do góry aby po krótkim czasie dotrzeć do sławnego pałacu. Dziedziniec oraz śliczny biały pałac były osadzone na górze. W środku było kilka muzeów a cały obiekt składał się z kilku części gdyż każda z nich została zbudowana przez innego maharadżę w innym okresie. Zwiedzać zaczęliśmy od strony północnej gdzie siedząc na głównym dziedzińcu mogliśmy podziwiać piękno pałacu oraz jego wielkość. Jak wcześniej wspomniałem jest on największy w Rajasthanie. Ma on długość 244m i wysokość 30,4m. Większość czasu spędziliśmy w środku przechodząc liczne, bogato zdobione komnaty. Tak na przykład byliśmy w części gdzie mogliśmy podziwiać piękne witraże i inne zdobione lustra. W innej części były mozaiki pawi-ulubionych ptaków stanu Rajasthan. Dalej był ładny ogród, malowidła ścienne i zdobione kafelki tworzące interesującą, wielką całość. Byliśmy także w części muzeum gdzie mogliśmy podziwiać miniatury pałacu i jego części. Zwłaszcza ta wystawa bardzo mi się podobała gdyż wszystkie pokoje pałacowe i często ludzie pracujący np. w kuchni byli bardzo dobrze pokazani w pomniejszeniu. Przejście tylko tej części zajęło nam trochę czasu gdyż wszystkie zabytki były bardzo oryginalne i zasługiwały na chwilę koncentracji.

Gdyby angielskie dzieci robiły pranie w rzece byłyby grzeczniejsze. Udapuir.

Pałac był o tyle piękny, że znajdowało się tam wiele balkonów i tarasów, dzięki czemu będąc w środku mieliśmy widok na miasto. Byliśmy także w muzeum broni oraz historii rodziny władców Udapuir i stanu Rajasthan. Znajdowały się tu między innymi rzeźby i obrazy przedstawiające władców tego regionu. Interesujące w nich były wąsy każdego z Maharadżów, zawsze długie i fantazyjnie zawinięte. W muzeum tym było widać, że maharadżowie mieli poczucie humoru gdyż jedna ekspozycja przedstawiała wesołą małpę trzymającą lampę. Widok z najwyższych tarasów pałacu był bardzo ciekawy, gdyż widziałem stąd inne pałace świecące się w oddali a także panoramę białego miasta Udapuir. Będąc na samej górze widać było także biały pałac zbudowany na jeziorze Pichola, który od jakiegoś czasu służy za ekskluzywny hotel. Pałac w Udapuir przeszliśmy dwa razy aby nacieszyć się jego widokiem i wiele razy obserwowaliśmy panoramę z jego szczytu oraz miło spędziliśmy czas w ogrodzie w wyższej jego części. Schodząc na dół natrafiliśmy na stadninę rasowych koni gdzie przysiadłem na chwilę aby popatrzeć na te piękne zwierzęta. Na terenie pałacu zobaczyłem też bardzo masywną drogę otoczoną grubym murem. Jak potem ktoś mi powiedział, były tu kiedyś organizowane wyścigi słoni. Gdy wychodziłem, przy samej bramie był bardzo drogi sklep z pamiątkami i właściciel oczywiście chciał mnie naciągnąć lecz jak potem okazało się, gdzie indziej było o wiele taniej.

Samo miasteczko Udapuir, a przynajmniej miejsce w którym mieszkałem było wielkim sklepem. Na wzgórzach były galerie obrazów, kawiarenki oraz sklepy z lokalnym rzemiosłem. Były zdobione obrusy, torby, biżuteria, rzeźby oraz ręcznie robione dywany z Kaszmiru. Sprzedający byli zawsze bardzo mili a towary tak wspaniale piękne, że nasze portfele same się otwierały. Byliśmy w wielu sklepach aby obejrzeć lokalną sztukę. Kupiliśmy wiele rzeczy, pomimo że nasze walizki i tak już były pełne, zamierzałem jeszcze dokupić. Wyroby są tu niepowtarzalne a ceny bardzo niskie w porównaniu z Europą. Niestety musiałem się opanować po kupieniu paru małych obrazów. Ważne jest jednak dla mnie aby mieć kilka pięknych rzeczy z każdego odwiedzanego przeze mnie kraju a Indie oferują ich dostatek. Będąc w jednym sklepie z obrazami jeden pan narysował na paznokciu Moniki słonia na szczęście, którego nosiła potem przez kilka dni. W innym sklepie Monika przebrała się w ładną czerwoną suknię i prawdopodobnie by kupiła ale przetłumaczyłem jej, że jest bardzo niepraktyczna. Ja natomiast kupiłem tu kilka małych obrazów słoni oraz jeden z panoramą Udapuir, przedstawiającą ludzi ze słoniem idących przez teren pałacu a w tle widać jezioro Pichola i biały pałac na wodzie. W Udapuir zauważyłem także cechę szczególną indyjskiego malarstwa. Otóż wszystkie postaci są zawsze malowane z profilu.

Będąc nad jeziorem wzięliśmy rower wodny i popłynęliśmy obejrzeć sławny pałac na wodzie zbudowany w 1754 roku, który dziś jest luksusowym hotelem. Cała wycieczka tylko we dwoje była odprężająca i niezwykle romantyczna lecz gdy zbliżyliśmy się zbyt blisko pałacu, kazano nam zawrócić. Być może wyglądaliśmy zbyt biednie. Gdy woda w jeziorze ma wysoki poziom można tu przypłynąć na obiad specjalną motorówką lecz zapłacić za tą przyjemność trzeba bardzo słono. Na jeziorze Pichola i wokół pałacu spędziliśmy ponad godzinę. Mieliśmy stąd dobry widok na inny pałac w oddali oraz na największy w Rajasthanie, który zwiedziliśmy przedtem. Płynąc brzegiem interesujące były także grube drzewa z lianami oraz biedni ludzie robiący pranie na brzegu.

Święte krowy to ciekawa tradycja w Indiach. Z katolickiego punktu widzenia, czy to nie wspaniałe wiadomości, że krowy też idą do nieba?

Będąc w Udapuir wyszliśmy też poza dzielnicę turystyczną i znowu zobaczyliśmy biedę. Otoczony byłem żebrzącymi dziećmi i ludźmi proszącymi o parę rupii. Usiadłem na brzegu rzeki aby obserwować otoczenie i ludzi śmiejących się do mnie. Myślę, że właśnie tutaj odnalazłem większy spokój niż wcześniej w pięknych plenerach. Podeszła tu do mnie święta krowa, położyła mi głowę na kolanach i chciała abym ją głaskał. Pomyślałem wtedy, że są to tak piękne zwierzęta a my je przerabiamy na steki, które ja też niestety lubię. Idąc przez ubogą część miasta doszliśmy do obskurnej knajpy nad rzeką lecz zostaliśmy obsłużeni z klasą. Kelner zabawiał nas rozmową i podał nasze ulubione danie czyli aloo gobi (opisane w reportażu o Khajuraho), ostre sosy których nazwy nie znałem, dal i tyle czapati ile mogliśmy zjeść. Popiliśmy oczywiście herbatą czaj. Gdy zapytaliśmy o toaletę, kelner zaprowadził nas na ulicę i pokazał mur za drzewem. Powiedział żeby się nie przejmować i robić swoje bo to są Indie a nie Polska. Zaliczając po drodze sklep gdzie rozkładano dla nas piękne dywany i gdzie Monika już nie wytrzymała i kupiła misternie malowaną szkatułę na biżuterię, dotarliśmy do świątyni Jagdish. Zostawiliśmy buty na dole a potem wchodząc po wysokich schodach i mijając figury dwóch słoni, przeszliśmy przez ozdobną bramę i dostaliśmy się do pięknie rzeźbionych świątyń. Jagdish jest najładniejszą świątynia w Udapuir i jest doskonałym przykładem architektury indo-arjańskiej. Została zbudowana w 1651 roku i poświęcono ją bogowi Vishnu. Na zewnątrz każdej ze świątyń znajdowało się bogactwo płaskorzeźb przedstawiające kobiety i słonie. Ciekawym dodatkiem była tu także obecność małp.

Nasz pobyt w pięknym Udapuir dobiegał już końca i tego samego dnia wieczorem wsiedliśmy do nocnego autobusu, którym mieliśmy dojechać do naszego kolejnego miejsca przeznaczenia. Udapuir było wspaniałym doświadczeniem. Wszystkie pałace, świątynie, sklepy i galerie sztuki sprawiły nam ogromną frajdę. Jest to spokojne miejsce gdzie można zrelaksować się na jeziorze, poczytać w jednej z licznych kawiarenek lub poddać się szałowi zakupów. Możliwości jest wiele.

Reportaż drogi – moje doświadczenia

Jeśli chodzi o moją dalszą podróż to tym razem wziąłem miejsce siedzące aby było trochę taniej a Monika jak zwykle miejsce leżące. Jazda była dla mnie trudna, gdyż nie byłem w stanie zasnąć i to był już chyba ostatni raz gdy podróżowałem w ten sposób. Ponadto moja „księżniczka na ziarnku grochu” i tak się nie wyspała gdyż stan indyjskich dróg stawia wiele do życzenia. Jest też jedna smutna rzecz, która pozostała mi w pamięci z tej podróży. Otóż w pierwszym reportażu o Indiach pisałem o wykorzystywaniu dzieci do pracy. Na jednym z postojów był chłopiec, który wszystkim usługiwał. Widzę to cały czas, gdyż w Indiach jest to notoryczny proceder. Zawsze gdy chodzę do restauracji lub na herbatę, zawsze pracują tam dzieci.

Ta babcia była wyjątkowo cwana.

Jodhpur – niebieskie miasto Rajasthanu

Około czwartej nad ranem dotarliśmy do Jodhpur czyli do niebieskiego miasta Rajasthanu. Wzięliśmy rykszę i pojechaliśmy szukać wolnego pokoju. Niestety wszyscy po zobaczeniu turystów chcieli zbyt dużo. Na szczęście poznaliśmy dwie kobiety z Holandii i Kanady, które były w tej samej sytuacji. Zależało nam aby wziąć jeden pokój w czwórkę, odespać parę godzin i wziąć prysznic. W końcu udało się. Autorykszarz zawiózł nas w przyjemne miejsce w starej części miasta gdzie wzięliśmy razem jeden pokój. Trzy kobiety położyły się na łóżku a ja na podłodze co było o wiele tańsze. Chce tu powiedzieć, że pomimo że Indie są o wiele tańsze od Europy zawsze muszę liczyć się z pieniędzmi, zwłaszcza gdy przemierzam świat przez pół roku.

Jodhpur jest sławne w Rajasthanie i całych Indiach ze względu na dwie rzeczy. Pierwszą i najważniejszą jest Meherangarh czyli największy fort obronny w całym Rajasthanie. Osadzony jest on na skałach i zbudowany na wzgórzu o wysokości 125 metrów. Jodhpur sprawia wrażenie jakby istniało właśnie dla tego fortu, który góruje nad całym miastem. Drugą charakterystyczną rzeczą są niebieskie domy, które najlepiej widać idąc w stronę fortu. Właśnie z tego powodu Jodhpur nosi nazwę niebieskiego miasta. Samo położenie miasta też jest ciekawe gdyż Jodhpur leży na obrzeżach wielkiej pustyni Thar, którą także mam w planach.

Po odespaniu trudów naszej podróży zjedliśmy śniadanie a potem poszliśmy zwiedzać. Właściciel domu powiedział nam, że Jodhpur jest „świętym” miastem (następnym z kolei w Indiach) i dlatego zabronione jest tutaj jedzenie mięsa. Nawet naleśnika dostaliśmy bez jajek. Najpierw poszliśmy na główny i jedyny rynek starego miasta gdzie była ładna wieża zegarowa przypominająca trochę Big Bena. Oczywiście było bardzo gwarno, chaotycznie i brudno lecz takie już są Indie. Zatrzymaliśmy się tam na jakiś czas w małej knajpce gdzie zjedliśmy obowiązkowo bezmięsny posiłek, porozmawialiśmy z bardzo zabawnymi Hindusami, którzy dla nas gotowali i napiliśmy się lassi-czyli indyjskiego napoju jogurtowego, który jest podawany w różnych smakach. Zagadaliśmy się z nimi trochę gdyż było tak miło a jedzenie tak dobre. Następnie przechodząc przez bazar Sardar, zjedliśmy pyszną, soczystą papaję, pogłaskałem kilka świętych krów i ruszyliśmy w stronę fortu. Najpierw jednak musieliśmy przedostać się przez brudny, przepełniony towarem lecz kolorowy i ciekawy bazar gdzie można było kupić wszystko od naczyń glinianych i przypraw, poprzez słodycze i owoce aż do biżuterii. Po wyjściu z bazaru kierowaliśmy się w stronę fortu lecz jak się potem okazało bazar był wszędzie gdzie nie poszliśmy gdyż zawsze coś nam chciano sprzedać. W drodze na górę zatrzymywaliśmy się parę razy aby porozmawiać z ludźmi i oczywiście odpowiedzieć na standardowe pytania dzieci, czyli jak mamy na imię i skąd jesteśmy. Następnie wskazywały nam one knajpy i próbowały sprzedać pamiątki. Raz też zostaliśmy zaproszeni do niebieskiego domu jednego pana , który bardzo chciał z nami porozmawiać. Niestety nie była to przyjacielska rozmowa ale próba zarobienia.

W środku przedstawił nam swojego syna, który chciał wyemigrować do Europy, biorąc pod uwagę też Polskę. Prosił o pomoc a potem wyjął 20 złotych i pytał ile jest to warte. Powiedział, że polską walutę miał od polskich turystów, którzy zapłacili w ten sposób za hennę, którą robi jego żona. Zaproponował też to samo Monice ale mój wrodzony zmysł oszczędności powstrzymał ją. Dla mnie całe zdarzenie było też dobrym przykładem życia rodzinnego gdzie mąż załatwia wszystkie sprawy a żona jest na posługi. Gdy mężczyzna wypowiedział słowo „henna”, jego żona wyrosła jak spod ziemi a gdy odmówiłem zniknęła na jedno machnięcie ręką. Podziękowałem za to spotkanie i poszliśmy dalej w górę aby po krótkim czasie dotrzeć do murów fortu. Był on rzeczywiście wielki i piękny a całość była osadzona na skałach. Także cegły z którego fort był zbudowany były wyłupane ze skał gdyż były dokładnie w takim samym kolorze. Wrażenie było imponujące gdyż cała, bardzo masywna budowla była osadzona na wysokich skałach i miała ciekawie rzeźbione balkony. Jak mogłem się spodziewać, w pobliżu fortu był sklep z pamiątkami oraz kilku sprzedawców najdroższych na świecie indyjskich przypraw. Z doświadczenia wiem, że te same przyprawy można kupić taniej na przykład w Londynie. Wejście było jak zwykle drogie ale nam udało się wejść za darmo na dziedziniec aby obejrzeć wszystko od środka. W środku fortu znajdowało się muzeum przedstawiające pamiątki po maharadżach takie jak np. zbroje, dywany i inne kosztowności. Nie weszliśmy jednak do środka z powodu bardzo wysokiej opłaty oraz niemożności oszukania strażników. Piszę w ten sposób gdyż mam na prawdę dosyć płacenia więcej niż inni i jeśli Hindusi są bezczelni i oszukują to ja też muszę taki być aby dać sobie radę. Na przykład jeśli Hindus płaci 10 rupii za wejście, każdy biały człowiek musi zapłacić aż 250 z czym oczywiście nie zgadzam się, tym bardziej że ja w ogóle bardzo nie lubię płacić. Do tego dochodzi opłata za przewodnika i za aparat oraz kamerę. Widać z tego, że turyści są tu jak kury znoszące złote jajka a rząd Indii chce sobie widocznie odbić w ten sposób czasy kolonialne gdy wiele bogactw zostało wywiezionych. Gdy było już za późno, pomyslałem że jednak mogłem zapłacić więcej i zobaczyć muzeum lecz cieszyłem się tym co zobaczyłem gdyż i tak było pięknie. Podróżując po Indiach widzę ogromną biedę i zastanawiam się czasem gdzie są wszystkie pieniądze pochodzące z turystyki skoro ludzie śpią i umierają na ulicach. Wracając jednak do fortu, spacerowałem po głównym dziedzińcu i cieszyłem się otoczeniem. Fort był pięknie rzeźbiony od środka a alejki prowadziły w miejsca gdzie zrobiliśmy ładne zdjęcia krajobrazów. Na terenie tym było wiele innych obiektów wyglądających jak małe pałace z wypukłymi dachami a dookoła rosła bujna roślinność. Cały fort robił ogromne wrażenie zwłaszcza z zewnątrz choć od strony dziedzińca też był piękny i wydawał się tak samo wielki. Z wejścia do fortu było widać pobliski pałac z białego marmuru zwany Jaswant Thada.

Dojście tam od fortu zajęło nam około 20 minut i pozwoliło na zobaczenie niebieskiego Jodhpur z innej perspektywy. Pałac ten został zbudowany w 1899 roku, osadzony był na pagórku a przed nim było małe jezioro. Przed wejściem musieliśmy zdjąć buty a potem obeszliśmy to ciche, spokojne miejsce. Każdy element pałacu, jego tarasy, ogrody, rzeźby i Hindus grający na flecie składały się na piękną atmosferę tego miejsca. Oprócz głównego obiektu jest wiele innych, mniejszych, osadzonych na różnych poziomach. Zwłaszcza przed zachodem słońca jest to bardzo spokojne, zaciszne miejsce z którego widać wysoko osadzony fort i miasto poniżej. W obydwu budowlach spędziliśmy bardzo miłe chwile i mogliśmy zrobić wiele zdjęć, także z wąsatym strażnikiem. Chcę dodać, że wszystkie te piękne budowle zostały zbudowane w Indiach przez maharadżów z powodów religijnych, obronnych lub miłosnych. Będąc na forcie i patrząc w dół zobaczyliśmy w dole ocean niebieskich domków co bardzo dobrze tłumaczyło dlaczego to małe miasto jest nazywane niebieskim. Schodząc w dół jeszcze raz rozmawialiśmy z ludźmi oraz wstąpiliśmy na obiad. Miejscowi mieli dużo hoteli, dużo ładnych pokoi i było widać, że całe miasto polegało na turystach. Przez cały czas towarzyszyły nam też dzieci, które żebrały o pieniądze, słodycze i długopisy. Widzieliśmy też, że niektóre z nich miały wady wzroku i postawy, które były do naprawienia lecz niestety nikt o to nie dbał. Tego typu obrazki widzę w Indiach cały czas a tam gdzie turystów nie ma jest jeszcze biedniej. Tego wieczora zrobiliśmy jeszcze zakupy na drogę i omijając święte krowy dotarliśmy na jeszcze jedną kolację. Niestety w Indiach większość Hindusów jest wegetarianami i dlatego też bardzo mizernie wyglądają. Są bardzo chudzi i wyglądają na niedokarmionych. Zwykle rzadko kiedy można dostać mięso a jeżeli jest, to też bardzo ograniczone ilości. Nie ma go też w karcie z powodów religijnych nawet jeśli podanie mięsa jest w niektórych miejscach możliwe. Głównie podaje się warzywa przygotowane na wiele sposobów. Na przykład nie można tu jeść wołowiny gdyż krowy są święte i ludzie w to głęboko wierzą. Tego wieczora zdołaliśmy jednak zjeść kurczaka i Monice od razu poprawił się humor. Myślę, że mam już ochotę na steka ale na to będę musiał chyba poczekać aż dojadę do Pakistanu.

Po kolacji pobiegliśmy do hotelu aby zabrać bagaże, zamówiliśmy autorykszę i pojechaliśmy na stację kolejową. Monika już raz przeżyła szok będąc w pociągu ale tym razem nie było tak strasznie choć ciągle bardzo brudno. Gdy weszliśmy do wagonu podszedł do nas mężczyzna, który dał nam wizytówkę swojego hotelu i powiedział, że jeśli chcemy da nam pokój bardzo tanio a jego brat za darmo nas odbierze ze stacji i zawiezie do hotelu. Zgodziłem się gdyż była to najlepsza dotąd oferta, która jak się potem okazało była strzałem w dziesiątkę. Tym razem jechaliśmy do Jaisalmer czyli złotego miasta Rajhastanu. Jak zwykle na dworcu, było wielu żebraków i niestety bosych, ubranych w łachmany dzieci.

Jak każdy odwiedzany przeze mnie zakątek świata, także Jodhpur był dla mnie miłym doświadczeniem. Jest to kolejne dobre miejsce na nacieszenie się Indiami i malowniczym Rajasthanem. Główny bazar i spacer w stronę fortu oferują dużo ciekawych atrakcji jeśli chodzi o widoki i kontakty z ludźmi.

Jaisalmer – złote miasto Rajasthanu

Jaisalmer jest położone na pustyni i oprócz miłej atmosfery i chęci poznania tego miejsca i jego pięknego fortu naszym zamiarem było też pojechanie na dwudniowe safari na wielbłądach na pustynię Thar. Jaisalmer jest starym miastem gdyż zostało założone w drugiej połowie XII wieku i miało strategiczną pozycję gdyż stanowiło bardzo dobry szlak handlowy pomiędzy Indiami a Azją Centralną. Szlak handlowy na wielbłądach z Jaisalmer wprowadził tu dobrobyt. Dziś jednak Jaisalmer jest bardzo interesującym miastem zbudowanym z piaskowca, z pięknym fortem i jest punktem wypadowym na bardzo popularne safari na wielbłądach na pustynię Thar.

Gdy pociąg zatrzymał się i wysiedliśmy ze stacji, brat naszego znajomego czekał na nas, zawiózł nas do hotelu i dał tani i dobry pokój tak jak obiecywał. Po raz kolejny nie potwierdziły się moje obawy opowiadane przez innych podróżników, że w Indiach czeka mnie samo oszustwo i nieszczęście. Uważam, że Hindusi bardzo dobrze i poważnie traktują turystów i są bardzo profesjonalni w tym co robią. Nie mniej jednak trzeba uważać i nie pić alkoholu gdyż wtedy jest się łatwym łupem dla złodziei. Uważam też, że kobiety najlepiej powinny jechać z mężem lub w grupie. Po dotarciu do hotelu byliśmy zmęczeni podróżą i najpierw musieliśmy wyspać się i wziąć ciepły prysznic, który tutaj na szczęście był.

Następnie zorganizowałem safari oraz plan dalszej podróży (gdyż to zawsze robię najpierw) oraz poszliśmy zobaczyć Jaisalmer. Miasto było małe, piękne i rzeczywiście złote gdyż wszystkie domy, świątynie, fort i hotele były zbudowane ze skał w kolorze piasku. Po śniadaniu podczas którego obserwowaliśmy gekony biegające po ścianach poszliśmy szybko obejrzeć miejscowe ozdoby, szczególnie piękne dywany z Kaszmiru, płótna i zdobione nakrywy na stoły. Za każdym razem zapraszano nas do środka, częstowano herbatą i rozkładano dywany. Nie wiem jak wszystko pomieszczę ale zamierzam tu zrobić dość duże zakupy. Szczególnie, że Rajasthan jest jednym z najlepiej zaopatrzonych i najtańszych na to stanów.

Będąc na dziedzińcu przed fortem mogliśmy spędzić trochę czasu z ludźmi. Przeszliśmy stragany z warzywami oraz ubranych w turbany i narodowe stroje Hindusów sprzedających pamiątki. Ludzie szukali z nami kontaktu i chętnie pozowali do zdjęć. Grali na instrumentach i nam też dawali pograć. Dzieci wyciągały ręce o drobne a psy przychodziły nas obwąchać. Otoczenie było bardzo ciekawe i wesołe dlatego obydwoje z Moniką bawiliśmy się bardzo dobrze. Po jakimś czasie przekroczyliśmy dużą bramą fortu w kolorze pustyni. Fort w Jaisalmer został zbudowany w 1156 roku i do dziś jest „żywym muzeum”. Mam tu na myśli, że zamieszkuje go około jednej czwartej populacji Jaisalmer. Na fort ten składają się małe, ładnie profilowane ulice, pałace, świątynie hinduistyczne ale też sklepy z pamiątkami i odzieżą oraz herbaciarnie. Wielką przyjemność sprawiło mi chodzenie po wąskich ulicach fortu i obserwowanie otoczenia. Ja rozmawiałem z ludźmi i przytulałem święte krowy, które ciągle się do mnie garnęły a Monikę na siłę musiałem wyciągać ze sklepów z ubraniami. Przed każdym takim sklepem siedział krawiec, który szył używając do tego starej maszyny do szycia na pedały.

Będąc wewnątrz fortu sprzedawca pocztówek zaprowadził nas na wysoki punkt z którego było widać piękną panoramę złotego miasta Jaisalmer oraz jezioro leżące nieopodal. Stąd także rozciągał się widok na pustynię Thar. Wewnątrz fortu zobaczyliśmy też pałac w którym znajdowało się kilka ciekawych rzeźb a także świątynie Jain z bardzo interesującymi rzeźbami. Uważam, że jeśli chodzi o pałac i świątynie, zdecydowanie najpiękniejsze były one z zewnątrz. Na wielu znajdowały się „haveli” czyli misternie rzeźbione budynki z piaskowca zbudowane przez bogatych kupców. Pomimo komercji w murach fortu nadal był to piękny, inny świat w którym można było przenieść się kilka stuleci wstecz. Nie był on tak ogromny jak ten w Jodhpur ale był inny i równie piękny.

Po opuszczeniu fortu poszliśmy do restauracji i jak mogliśmy się spodziewać, znowu nie było mięsa. Wzieliśmy więc warzywne specjały Indii z pysznymi sosami czyli aloo gobi i aloo matar z chlebem czapati. Siedząc na tarasie na pierwszym piętrze mieliśmy dobry widok na fort oraz na bazar dookoła. Następnie udaliśmy się w stronę jeziora Gadi Sagar, po drodze oglądając kilka ładnych świątyń (wszystkie w tym samym piaskowym kolorze) oraz innych budowli ładnie wkomponowanych w pustynne otoczenie. Spacer ten był także okazją do zobaczenia jak mieszkają ludzie dalej od fortu. Przechodziliśmy przez niekończący się bazar, kupowaliśmy owoce i widzieliśmy jak wielbłąd pracował przy transporcie warzyw i owoców. Wszystko działo się oczywiście w wielkim brudzie ale pustynna egzotyka tego miejsca sprawiała, że nie było to ważne. Zmierzając na południe Jaisalmer dotarliśmy do Gadi Sagar czyli jeziora otoczonego świątyniami. Niegdyś akwen ten stanowił zaopatrzenie w wodę dla całego miasta lecz dziś jest to odprężająca atrakcja turystyczna. Wypożyczyłem tu rower wodny na pół godziny a piękne było tu to, że z wody wystawały drzewa oraz drobno rzeźbione świątynie, także w złotym kolorze pustyni. Na początku tylko pływaliśmy ale potem po prostu obserwowaliśmy zachód słońca nad pustynnym Jaisalmer. Opłynęliśmy kilka świątyń dookoła a po wyjściu na stały ląd wszedłem do jeszcze jednej, ciekawie zdobionej świątyni poświęconej bogu Krishna.

Po dniu pełnym miłych wrażeń zdążyliśmy przed zmrokiem do hotelu gdzie mogliśmy się w spokoju przygotować do naszego safari. Wzięliśmy też ciepły prysznic co nie często jest w Indiach możliwe.

Safari na wielbłądach na pustyni Thar

Następnego dnia rano obudzono nas o siódmej rano i zabrano jeepem na pustynię. Po drodze obejrzeliśmy jeszcze jedną świątynie Jain w Lodhruva. Myślę, że była odnowiona gdyż wszystkie płaskorzeźby były doskonale zachowane. Jak zwykle cały obiekt był godny podziwu i także w kolorze pustyni. Prawdziwa przygoda zaczęła się jednak gdy widzieliśmy jak prowadzono dla nas wielbłądy. Dla Moniki był to pierwszy raz i była bardzo podekscytowana. Ja już wcześniej jeździłem na wielbłądach dwugarbnych na pustyni Gobi w Mongolii. Tym razem były to wielbłądy jednogarbne na pustyni Thar w Indiach. Ostatnim razem nie byłem też na safari, tylko na dwugodzinnej jeździe dlatego z radością wsiadłem po raz kolejny na wielbłąda. Tym razem nauczyłem się jak wiązać indyjskie turbany i dlatego przez cały czas mieliśmy je na głowach. Wsiadanie nie jest wcale łatwe jeśli robi się to pierwszy raz. Trzeba utrzymać równowagę gdyż gdy wielbłąd wstaje można polecieć do przodu. Byliśmy w karawanie kilku osób i podążaliśmy w głąb pustyni. Na początku jazda była przyjemna ale potem zaczęły nas boleć tyłki i wewnętrzne części ud.

Pomimo wszystko byliśmy bardzo zadowoleni a Monika była bardzo szczęśliwa gdyż był to jej pierwszy raz na wielbłądzim safari. Po około dwóch godzinach stanęliśmy pod drzewem, rozłożyliśmy koce na ziemi a nasi przewodnicy zdjęli siodła z wielbłądów oraz puścili je na pustynię aby mogły się nacieszyć wolnością i poobgryzać drzewa. Była to wolność do umiaru gdyż wielbłądy miały związane przednie kopyta. Następnie nasi przewodnicy rozpalili ogień i zaczęli nam przygotowywać tradycyjny indyjski posiłek czyli warzywa z różnymi przyprawami, chleb czapati oraz herbatę mleczną czaj. Po posiłku mieliśmy godzinną drzemkę a potem ruszyliśmy dalej w drogę. Przez cały czas bolały nas nogi ale i tak było na tyle ciekawie, że jakoś musieliśmy żyć z tą niewygodą. Mogliśmy sami prowadzić nasze wielbłądy, nauczyliśmy się je prowadzić do wodopoju oraz wydawać komendy aby wstawały i siadały. Nasza współpraca z nimi okazała się bardzo przyjemna i łatwa.Czułem, że pełne opanowanie ich wymagało tylko czasu choć już na początku były bardzo łagodne i posłuszne. Uważam też, że wielbłądy są bardzo śmieszne i pokraczne oraz robią komiczne miny gdyż przez cały czas coś żują, po czym przestają ze skrzywionymi mordami i wystającymi zębami. Przez cały dzień przemierzaliśmy pustynię Thar, która nie obfituje w żadne pagórki ani wiele wydm. Jest to płaska, sucha powierzchnia lecz egzotyczne otoczenie i nasze wielbłądy sprawiały, że cała wyprawa była bardzo ciekawa. Także obserwacja przewodników, tego jak są ubrani, jak przygotowują nam posiłki i w jaki sposób radzą sobie w tych warunkach były bardzo interesującym doświadczeniem. Po drodze przechodziliśmy przez wodopój oraz przez opuszczone wsie składające się z glinianych zagród a także stada kóz i ich biednych pasterzy w turbanach.

Wieczorem dotarliśmy do wydm piaskowych gdzie rozbiliśmy obóz i gdzie spaliśmy pod gołym niebem. Hindusi robili nam kolację a my poszliśmy na spacer po wydmach. Było bardzo miło i romantycznie. Było pięknie i piękne też zrobiliśmy zdjęcia. Zwłaszcza te gdy zachodziło a potem wschodziło słońce. Spaliśmy na wydmach a koce pożyczyliśmy od przewodników. Leżeliśmy na „piaszczystych górach” patrząc na gwiaździste niebo a od czasu do czasu popijaliśmy czaj i zajadaliśmy czapati. Koło nas spało siedem wielbłądów, które choć bardzo przyjacielskie, niestety cuchnęły i bardzo pierdziały całą noc. Gdy tylko zaczęło wstawać słońce obudziły nas swoim rykiem i pierdzeniem. Wcześniej już spałem na pustyni lecz była to Gobi w Mongolii i tam było inaczej. W Mongolii było bardzo zimno a tutaj w Indiach było ciepło i przyjemnie. Te dwie pustynie odróżniało jeszcze to, że na Gobi po zmroku było tak ciemno, że nie było widać nawet własnej ręki a na pustyni Thar w Indiach zawsze można było wyraźnie widzieć wszystkie kontury. Jedynym smutnym doświadczeniem była rozmowa z przewodnikami, którzy mówili że dostają tylko 1000 rupii miesięcznie czyli około 12 funtów. Wyglądali na bardzo biednych i wychudzonych gdyż żyli tylko na czapati i warzywach. Kolejnego dnia wstaliśmy około 6.30 rano aby zjeść śniadanie przygotowane przez naszych przewodników. Zrobiliśmy zdjęcia podczas wschodu słońca a następnie ruszyliśmy w drogę powrotną na naszych pięknych, śmierdzących wielbłądach. Gdy nasze safari skończyło się, obydwoje czuliśmy ból lecz byliśmy bardzo szczęśliwi. Około południa rozłożyliśmy koce na których zjedliśmy obiad a potem jeep nas odebrał i zawiózł do hotelu. Tam wzięliśmy prysznic i odpoczęliśmy kilka minut a następnie autorykszą pojechaliśmy do autobusu, który miał nas zawieźć do kolejnego miejsca przeznaczenia.

Następnie po naszym bardzo udanym pobycie w Jaisalmer i na safari oraz po wytargowaniu uczciwej ceny za banany z lokalnym sprzedawcą, wsiedliśmy do autobusu.

Myślę, że Jaisalmer oraz safari na pustyni Thar będą jednymi z moich ulubionych przeżyć w tym pięknym kraju. Złote miasto Rajasthanu oczarowało mnie swoim pięknem. Fort, jezioro i wspaniale rzeźbione świątynie to symbole tego nadzwyczajnego miasteczka. Natomiast pełni szczęścia dopełniło udane safari na wielbłądach.

Ajmer

Ajmer jest małym miastem gdzie są interesujące obiekty do zobaczenia lecz moje zainteresowanie skupiło się na Puszkar i dlatego zrezygnowałem ze zwiedzania tego miasta. Będę je natomiast zawsze kojarzył z bandą chciwych autorykszarzy i najbardziej meczącego targowania się.

Jechaliśmy autobusem sypialnym całą noc do Ajmer a stamtąd mieliśmy przesiąść się w rykszę do Puszkar. Jazda nie była zła choć Monika jak zwykle bardzo narzekała. Gdy dojechaliśmy na miejsce, tam już na nas czekali rykszarze, którzy oferowali bardzo wygórowane ceny za przewiezienie nas do Puszkar, oddalonego tylko o 11km. Usiedliśmy więc w knajpie na przeciwko a rykszarze wychodzili z siebie z nerwów i śmiali się na zmianę. Być może od dawna nie mieli klientów i chcieli nas maksymalnie naciągnąć. Dostanie się do Puszkar autobusem kosztowałoby najwyżej 20 rupii a autorykszarze chcieli 500. Do Ajmer dojechaliśmy o 4.30 rano a targowanie z rykszarzami trwało aż do szóstej. W końcu gdy opuścili już do maksimum, zażyczyłem sobie minibusa za tą samą cenę dlatego, że kurz mi przeszkadzał. To była oczywiście wymówka gdyż nie chciałem aby te hieny na mnie zarobiły. Po chwili przyjechał minibus, który zabrał mnie i Monikę bardzo wygodnie do wcześniej umówionego hotelu w Puszkar. Gdyby nie to, że byłem z wiecznie chorą i narzekającą Moniką, to dostałbym się tam prawie za darmo, ale kosztowałoby to więcej czasu i niewygody oraz przekleństw chciwych autorykszarzy na bardzo skąpych turystów. Poza tym nie byliśmy sami w tej sytuacji. Z nami siedziało kilka osób z Kanady i gdy zobaczyli nastawienie autorykszarzy byli bardziej uparci niż ja. W końcu wsadziłem Monikę do samochodu a następnie ją z niego wyjąłem, po czym wrzuciłem na brudną pryczę w naszym obskurnym pokoju. W tym momencie miałem już dość bycia niańką i pomyślałem że chyba lżej by mi było podróżować samemu.

To była nasza krótka i nieprzyjemna lecz pouczająca wizyta na przedmieściach Ajmer.

Pushkar

Po ciężkiej przeprawie z autorykszarzami w Ajmer, podjechaliśmy pod hotel w Puszkar i dostaliśmy bajecznie tani pokój ze wszystkim czego nam było potrzeba, czyli z łóżkiem i z gorącym prysznicem. Mimo że sam pokój był bardzo brudny to reszta mile nas zaskoczyła gdyż śniadanie jedliśmy na tarasie pokrytym trawą z którego był bardzo dobry widok na okolicę. Puszkar to bardzo małe miasteczko, gdzie jest ładny staw otoczony górami a wokół jeziora są świątynie, restauracje, hotele i ludzie kultywujący swoim obrzędom w bliskim otoczeniu małp. Całe miasteczko jest czymś w rodzaju oderwania się od rzeczywistości, gdzie jest dużo udziwnionych pielgrzymów (jak opisywałem w Orcha) oraz uliczek z przepychem małych restauracji i świętych krów. Zauważyłem tu, że dużo turystów ubierało się tak jak Hindusi (w tradycyjne stroje) oraz miało wymyślne fryzury i nader zrelaksowane spojrzenie na świat. Świadczą o tym ich ubiory i sposób zachowania się. Można tu było poczuć bardzo luźną atmosferę, wypić dobre lassi (napoje jogurtowe) i zjeść dobry naan z wieloma dodatkami na życzenie (indyjski chleb). Puszkar jest uznane za święte miejsce i jest celem pielgrzymek co daje bardzo dobrą okazję wielu oszustom. Centrum miasteczka znajduje się nad stawem gdzie ciemnotę starają się wcisnąć księża hinduistyczni, na siłę wkładający kwiaty do rąk. Następnie chcą namaścić czoło ofiary, opowiadają o bogu i oczywiście chcą co łaska choć wskazane co najmniej 500 rupii. Dodam, że większość mieszkańców Puszkar pewnie nie widziała 500 rupii od bardzo dawna lecz w imię religii trzeba wycisnąć jak najwięcej. „Księża” są bardzo nachalni i nie pomaga nawet mówienie, że ktoś nie wierzy w boga. Widziałem raz jak jeden turysta odepchnął naciągacza i wyrzucił kwiatki co dało chwilowy spokój. Gdy natomiast przechodziłem przez „święty” most ktoś mi kazał zdjąć buty lecz nie posłuchałem gdyż „świętość” każdego miejsca trochę już mnie irytowała. Legenda mówi, że nad tą wodą pojawił się kiedyś bóg Vishnu oraz, że porozrzucane są tutaj prochy Ghandiego. Jest też coś takiego jak paszport do Puszkar, czyli koralik założony na nadgarstek, który uprawnia do wejścia do świętych miejsc-także za opłatą. Podróżując po tym i innych krajach oraz biorąc pod uwagę inne religie lecz przede wszystkim nastawienie ludzi, uważam za bardzo możliwe, że istnienie boga oraz kultywowanie religijnych obrzędów jest największym oszustwem znanym ludzkości. W Puszkar także z powodu “świętości” całego miasta zabronione jest jedzenie mięsa, picie alkoholu oraz okazywanie czułości przez pary na ulicach. Jedyną zgagą Puszkar są oszuści, którzy sprzedają religię i mają wielu wiernych choć muszę przyznać, że dobrze pasują do otoczenia. Ja też spędziłem z nimi czas na rozmowie i także wciskali mi na siłę kwiatki do ręki za 500 rupii lecz nie zdołali mnie przekonać. Gdy spacerowaliśmy dookoła stawu i obserwowałem ludzi kąpiących się w ich świętym miejscu oraz całe, niecodzienne otoczenie, spotkałem bezdomnego medytującego wśród małp. Okazało się, że medytował za pieniądze bo gdy chciałem mu dać dwie rupie, odpowiedział że drobnych nie bierze i jeśli chcę to mogę mu przynieść co najmniej 1000 rupii. Zażartowałem więc, że pobiegnę szybko do banku i dam mu 1000 dolarów a on bardzo poważnie kiwnął głową. Czasem myślę, że już nic mnie nie zaskoczy ale jednak. Posiedziałem z nim przez jakiś czas aby zrobić kilka zdjęć i obejrzeć otoczenie oraz kupiłem orzeszki aby nakarmić stado małp. Było bardzo przyjemnie lecz Monika się trochę bała gdy małpy zaczęły szturchać jej czerwone sari aby dała im orzeszki. Bardzo polubiłem też święte krowy gdyż są bardzo oswojone i dają się głaskać. Monika się oczywiście się boi, zwłaszcza po tym gdy jedna krowa pomyliła jej czerwone sari z warzywami i chwyciła ją pyskiem za tyłek.

Karmię małpę w Puszkar.

Jeśli chodzi o starą architekturę to znajduje się tu ponad 500 świątyń lecz na uwagę zasługuje hinduistyczna świątynia Brahma, których jest tylko kilka na świecie. Tak jak do wszystkich świętych miejsc trzeba zdejmować buty i rzucać kwiatami na szczęście co było dla mnie kolejnym bajkowym doświadczeniem. Podróżując po Indiach często wydaje mi się, że nie jestem w prawdziwym świecie a wszystkie postaci dookoła mnie nie są prawdziwe. Między innymi na tym polega piękno Indii, aby dać się ponieść tej fantazji choć na chwilę. Świątynia Brahma była na wzgórzu do którego prowadziły wysokie schody a po dotarciu na szczyt zobaczyłem posągi świętych, dary oraz wielu wiernych modlących się na każdym kroku. Ta jak inne świątynie, ta też była wesołym doświadczeniem choć po kilku tygodniach spędzonych w tym kraju myślę, że ludzie w Puszkar oraz w całych Indiach bardziej niż religii potrzebują edukacji. Następnie zszedłem na dół, zapłaciłem za przechowanie moich butów i podziękowałem. Przed świątynią Brahma jako przed jednym z najbardziej dochodowych miejsc w miasteczku był oczywiście wielki bazar gdzie można było kupić wiele mniej i bardziej potrzebnych rzeczy. Kolejne dni spędziliśmy na chodzeniu ulicami miasta, oglądając indyjską sztukę i próbując lokalnych przysmaków. Prawdziwą specjalnością były naleśniki z wieloma słodkimi dodatkami, indyjskie chleby i soki ze świeżych owoców. Można by tak tygodniami…..

Bardzo dobrze się tu bawiliśmy i uważam, że Puszkar jest bardzo miłym i cichym zakątkiem gdzie można zostać dłużej tylko po to aby wyciszyć się i dobrze zjeść-lecz bez mięsa. Jedną z pozytywnych cech Puszkar jest brak autorykszy co bardzo odpręża. Można w spokoju przemierzać okolicę bez bycia nawoływanym i naciąganym.

Puszkar było naszym ostatnim miejscem w stanie Rajasthan i według mojego planu wzięliśmy wieczorem autobus sypialny do miasta Agra w stanie Uttar Pradesh. Niestety podczas jazdy dwa razy musieliśmy przesiadać się a autobus spóźnił się o dwie godziny. Bardzo też trzęsło i były przeciągi. Podczas czekania smażyli jednak omlety i rozlewali herbatę czaj (za opłatą), co umiliło czekanie i dało szansę na poznanie wielu turystów z innych części Europy oraz ich opowieści. Podróżując po krajach rozwijających się i planując na przykład miesięczny wyjazd, zawsze bym doradzał dodanie około tygodnia, gdyż tu nic nie działa punktualnie i choćby dlatego kraj ten pomimo całego uroku jest rozwijąjącym się.

Pomimo trudu dojechania i wyjechania z Puszkar było warto gdyż rzeczywiście było to fascynujące doświadczenie.

Podróżniczka z Polski w mieście oszustów Puszkar.

Uttar Pradesh

Agra i Taj Mahal

Moja wyprawa po Indiach trwa i przebiega zgodnie z planem. Podróżując po tym wielkim kraju widzę rzeczy szokujące, piękne oraz cofnięte w czasie o kilkadziesiąt lat. Moim planem jest objechanie Indii dookoła. Tym razem dojechałem do Agry czyli miejsca gdzie znajduje się słynny i piękny Taj Mahal!

Po dojechaniu na miejsce wziąłem autorykszę i pojechaliśmy do hotelu. Wziąłem jak zwykle najtańszy lecz przyzwoity hotel (targowanie przebiegło łatwo) i najpierw poszliśmy spać na parę godzin, gdyż Monika była wykończona i źle się czuła po nocnej jeździe. Następnie wziąłem prysznic w zimnej wodzie lecz Monice załatwiłem cały kubeł wrzątku aby mogła się umyć. Od jakiegoś czasu Monika zaczęła czuć ciężar tej podróży i skarżyła się na coraz więcej rzeczy. Tak czy inaczej chciałem zrealizować swój plan podróży i bezpiecznie ją doprowadzić do końca tej wyprawy. Uważam, że podróże do krajów rozwijających się wymagają silnej psychiki i przygotowania fizycznego, choć i tak to ja wszystko załatwiam.

Samo miasto Agra jest bardzo głośne i bardzo brudne i nie ma tam nic specjalnego oprócz sławnego na cały świat Taj Mahal oraz fortu, choć ten nie ma aż tak wielkiego znaczenia. Z hotelu mieliśmy tam tylko dziesięć minut drogi dlatego zaraz po odpoczynku od razu tam poszliśmy. Gdy weszliśmy przez główną bramę, do Taj Mahal był jeszcze kilometr dlatego podwiózł nas ubrany w łachmany rykszarz rowerowy. Gdy dotarliśmy już do miejsca gdzie sprzedawali bilety wstępu bardzo się zdenerwowałem ponieważ musiałem zapłacić za wejście „cenę białego człowieka”. Prawem wymyślonym przez indyjski rząd jest to, że Hindusi płacą marne grosze a obcokrajowcy nawet 30 lub 40 razy więcej. Rozumiem, że ludzie ci są bardzo biedni i jeśli zapłacę więcej to nie zbankrutuję choć z drugiej strony w Europie nie ma osobnej ceny dla nas i dla obcokrajowców. Za bilet zapłaciłem dziewięć funtów i jeszcze przez długi czas byłem zdenerwowany ale gdy zobaczyłem piękny Taj Mahal, złość zaczęła mi mijać. Zastanawiało mnie tu jednak jak to się dzieje, że rząd indyjski zarabia podobno 10 000 USD dziennie za wejścia do Taj Mahal a ludzie przed bramą byli skrajnie biedni. Cały obiekt leżał w pięknym ogrodzie i składał się z paru czerwonych mosków a po środku był największy, główny obiekt, pięknie zbudowany, rzeźbiony, cały z białego marmuru. Taj Mahal składa się z mauzoleum gdzie pochowany jest jeden z byłych władców Indii (pomysłodawca budowli) oraz jego żona. Na dachu jest wielka kopuła a po bokach budowli cztery minarety, każda w jednym rogu. Piękno Taj Mahal było opisywane przez wielu poetów i próbowano nazywać go na wiele sposobów. Jeden z nich to “spadająca łza z twarzy wieczności”. Rzeczywiście piękno Taj Mahal jest nie do opisania i uważam, że zaliczenie go do jednego z cudów świata jest w pełni uzasadnione. Budowla ta jest też otoczona pięknymi tarasami, także z białego marmuru oraz ogrodami i czerwonymi meczetami.

Przed Taj Mahal.

Oto historia oraz powód dla którego powstał Taj Mahal: został on zbudowany przez władcę Szacha Jahana, który kazał zbudować to dzieło z powodu śmierci jego drugiej żony-Mumtaz Mahal, która umarła przy porodzie ich 14-tego dziecka w 1631 roku. Śmierć Mumtaz sprawiła, że władca był załamany i dlatego rozkazał zbudować najpiękniejszą budowlę na świecie na cześć jego żony, a w środku rozkazał zbudować grobowiec i pochować ich tam razem. Budowa rozpoczęła się w tym samym roku i nie była jeszcze skończona do 1653 roku. Przy budowie Taj Mahal pracowało 20 tysięcy osób z Indii oraz Azji Centralnej. Specjaliści od rzeźbienia w białym marmurze byli sprowadzeni nawet z Europy. Dzisiaj cała konstrukcja jest oszacowana na przynajmniej 70 mln dolarów i jest bogactwem światowym. Zrobiliśmy tam oczywiście wiele pięknych zdjęć, tym razem może trochę za dużo ale chcemy pamiętać Taj Mahal bardzo dokładnie z każdej strony. Gdy byłem tam nie brałem ze sobą bananów gdyż powiedziano mi, że tamtejsze małpy są bardzo źle wychowane i dostają szału na ich widok. Na terenie Taj Mahal spędziliśmy wiele godzin. Byliśmy wewnątrz mauzoleum, obejrzeliśmy go dokładnie ze wszystkich stron i spacerowaliśmy po tarasie w tylnej jego części skąd było widać fort. Piękno Taj Mahal było niepowtarzalne choć miejsce to było bardzo skomercjalizowane.

Cało miasto Agra sprawia wrażenie jakby powstało i żyło tylko dla Taj Mahal i dlatego aby zminimalizować zanieczyszczenie zabroniono budowania fabryk. Zrobiono to aby ochraniać Taj Mahal jak tylko można. Jako ciekawostkę dodam, że Hindusi musieli tu płacić za toaletę, natomiast zagraniczni turyści nie gdyż była ona wliczona w cenę biletu. Choć na tyle potrafili nas uszanować. Po zapadnięciu zmroku opuściliśmy obiekt i przeszliśmy przez ulicę pełną sklepów i knajp z nie najlepszym jedzeniem. Usiedliśmy w jednej z nich gdzie obsługiwał nas młody chłopiec. Zapytałem szefa knajpy czy chłopiec chodzi do szkoły lecz powiedział, że nie. Był to sierota, który został przygarnięty przez niego i w zamian za bycie służącym ma gdzie spać i co jeść. Dałem chłopcu 50 rupii napiwku a on spojrzał na swojego szefa szukając akceptacji. To jest historia, którą można dopasować do setek tysięcy dzieci w Indiach choć i tak nie wszystkie mają takie szczęście. Następnie ciemnymi, zaśmieconymi ulicami, pełnymi żebraków śpiących na chodnikach dotarliśmy do hotelu.

Detale Taj Mahal.

Następnego dnia wziąłem autorykszę na cały dzień aby zawiozła nas do drugiej największej atrakcji czyli do fortu. Rykszarz zaproponował, że zabierze nas gdzie chcemy za bardzo małe pieniądze ale w zamian musimy z nim pojechać do drogich sklepów i obejrzeć co mają, gdyż wtedy zapłacą mu one za to lub kupią benzynę. (Tak samo było w Tajlandii). Oczywiście zgodziliśmy się bez problemu gdyż uwielbiamy indyjską sztukę i było to nam bardzo na rękę. Najpierw zaprowadził nas na śniadanie gdzie bawiłem się z dobermanem. Powiedziano mi, że gdy na pozór bardzo agresywny doberman widzi białego człowieka to łasi się do niego i jest bardzo łagodny lecz na Hindusów bardzo szczeka. Powiedziano mi, że Hindusi nie lubią dobermanów gdyż jest to pies sprowadzony przez Anglików. Podczas śniadania doberman trzymał mi głowę na kolanach i chciał abym go głaskał a rykszarz opowiadał o indyjskich zwyczajach. Mówił o tym jaka jest tu straszna nędza i o aranżowanych małżeństwach, w którym on sam też jest. Zdaje sobie też sprawę w jakim kraju żyje i, że jest to kraj rozwijający się (on użył określenia: kraj trzeciego świata). Po śniadaniu pojechaliśmy do dwóch pięknych sklepów, które wyglądały jak wspaniałe muzea dla bardzo bogatych. Kunszt wyrobów indyjskich był cudowny. Wszystkie ozdoby, dywany, obrusy, były jak dzieła sztuki. Gdy Monika weszła do jubilera, musiałem ją stamtąd wyciągnąć na siłę. Mieliśmy tego dnia jechać do fortu ale sklepy były tak piękne a fakt, że mieliśmy własnego szofera na cały dzień był tak ekscytujący, że nie chcieliśmy już tam jechać. Wszędzie się nam kłaniali, wszędzie się do nas dobrze zwracali i traktowali z szacunkiem. Szkoda tylko, że same sklepy i to co znajdowało się na zewnątrz było tak wielkim kontrastem. Sam rykszarz wyglądał jak nędzarz a po wyjściu z pięknych sklepów i salonów od razu dopadali nas nędzarze oraz bezdomne, obdarte i brudne, głodne dzieci. Podróżując po Indiach trzeba być przygotowanym na wiele takich widoków.

Po pięknie spędzonych chwilach dojechaliśmy do fortu. Był wielki i był wielką atrakcją lecz bilet kosztował 25 razy więcej niż płacą Hindusi. Zbudowany z czerwonego piaskowca zdumiewa swoją wielkością. Jest to rodzaj miasta mieszczącego się za murami fortu a jego objętość liczy 2,5km. Budowa została zaczęta przez władcę Akbara w 1565 roku. Niestety cena dla nas była o wiele wyższa niż dla Hindusów. Zdołaliśmy się przecisnąć za darmo gdy nikt nie widział lecz potem uznaliśmy, że widzieliśmy już tyle fortów i tyle jest jeszcze przed nami, że obejdziemy go tylko dookoła. Koło fortu (jak wszędzie w Indiach) były całe rodziny małp. Gdy byłem w Puszkar karmiłem małpy z ręki co daje możliwość dobrej obserwacji tych bardzo podobnych do nas zwierząt. Są one bardzo miłe, skoncentrowane tylko na jedzeniu i robią się nerwowe gdy go nie dostają. Oczywiście wszędzie gdzie są turyści jest dużo żebraków oraz ulicznych sprzedawców, którzy wciskają mi wszystko co możliwe i nie dają dojść do słowa. Jeden z nich chciał mi nawet sprzedać pejcz. Myślę, że właśnie sprzedawcy i autorykszarze są tymi ludźmi, którzy na poważnie testują cierpliwość turystów. Resztę spędziliśmy z dala od brudu i hałasu Agry. Leżeliśmy tylko na trawie i spacerowaliśmy wokół fortu a o umówionej godzinie przyjechał po nas nasz autorykszarz. Aby dostać się do niego musiałem najpierw pokonać wielką falę uderzeniową sprzedawców lecz po miesiącu spędzonym w Indiach mam już w tym wprawę. Po tak spędzonym dniu rykszarz odwiózł nas do hotelu, wsadził nasze walizki do środka i odwiózł na stację kolejową. W drodze, oprócz brudu widziałem stada małp biegające po drzewach a gdy dojechaliśmy na stację najpierw zaczepili nas oszuści. Mówili, że kasy biletowe są nieczynne i chcieli nas zaprowadzić do biura biletowego własnego wyboru aby dostać prowizję. Podróżując po Indiach jestem już do tego przyzwyczajony i wyznaję zasadę, że wszystko sprawdzam sam. Bilet kupiłem szybko lecz niestety pociąg spóźnił się o dwie godziny co już w ogóle nas nie dziwi a podróż zamiast trzech godzin trwała cztery i pół. Na samej stacji znowu widzieliśmy nędzę. Ludzie chcieli mi czyścić buty gołymi rękami za parę rupii lub prosili o cokolwiek. Najgorsze jednak było to jak wyglądały dzieci mieszkające na dworcu. Nawet dzieci dwu i trzy letnie musiały się tam wychowywać same. Były brudne i chore, chodziły na bosaka a ich stan był tak nędzny, że chciało się płakać. Gdy widziały białego człowieka, od razu zbierały się wszystkie i wyciągały ręce. W Indiach jednak istnieje obrzydliwy proceder. Otóż za tymi dziećmi stoi jeden mężczyzna, dla którego one żebrzą a żeby jeszcze bardziej wzbudzić współczucie są czasem okaleczane. Moje reportaże przedstawiają nie tylko piękno Indii ale także ich ciemną stronę. Staram się przedstawiać wszystko w sposób jak najbardziej prawdziwy.

Taj Mahal – Agra.

W końcu udało nam się opuścić Agrę. Wszystkie dobre i złe doświadczenia były kolejną, dobrą lekcją na temat życia w tym kraju a ponadczasowy Taj Mahal był wyjątkowo piękny.

Jak nie dać się „oskubać” zaraz po przyjeździe do Delhi

Po dłuższej niż przewidywałem jeździe dotarliśmy w końcu do stolicy Indii-Delhi. Ciężko powiedzieć aby dworzec mnie zachwycił choć wysiadłem w nowej części miasta. Nie zachwycili mnie też ludzie, którzy od razu wyskoczyli do mnie z najlepszymi ofertami hoteli i natrętnie skłaniali mnie do pójścia z nimi. Poszedłem do biura turystycznego za rogiem, w którym załatwiłem hotel. Tutaj muszę powiedzieć o oszustwach, które mają tu miejsce.

Po wejściu do agencji turystycznej, człowiek tam siedzący wita mnie z wielkim uśmiechem i oferuje darmową usługę a ja mówię mu gdzie chcę wynająć pokój. Wtedy on wykręca numer telefonu (rzekomo hotel) gdzie jego kolega bardzo miłym głosem zawsze mówi, że wszystkie pokoje są już zajęte. Agent turystyczny uśmiecha się wtedy do mnie i oferuje ostatni możliwy pokój w okolicy za bardzo sowitą zapłatą. Pokazuje zdjęcia pięknego apartamentu a zawozi do slamsów. Udział z tego mają autorykszarze i wszyscy inni naganiacze turystów oraz oczywiście sam agent. Po wejściu do jednego z tych biur musiałem coś wziąć gdyż Monika znowu udawała umierającą, kładła się na stole i widać było, że ta wyprawa (choć jest piękną przygodą i szkołą życia) dla niej jest stanowczo za ciężka. Zacząłem targować się z agentem i wytargowałem dość przyzwoity pokój za niecałe dwa funty od osoby. Delhi jest najdroższe lecz udało mi się i tym razem gdyż cena była bardzo dobra. Zabrano nas do hotelu po jedenastej wieczorem a Monika od razu runęła na łóżko. Ściany były zdesperowane na jakikolwiek kontakt z farbą, lecz było dobre łóżko i gorąca woda. Był też solidny zamek choć ja i tak zawsze zamykam nasz pokój na własną kłódkę. Następnego dnia pomyślałem, że zabawię się w grę Hindusów i teraz ja pogram z nimi. Zszedłem na dół do szefa hotelu i przedstawiłem mu opowieść o tym, że znalazłem wspaniały pokój w świetnym hotelu za tą samą cenę, którą mam u niego dlatego chciałbym się natychmiast wyprowadzić (choć cena i tak była już najniższa). Wtedy on pomyślał nad tym i powoli zaczął mi spuszczać z ceny tak, że nasz pokój był najtańszy w całym Delhi (sprawdziłem to dzwoniąc po innych hotelach). Tym razem znowu sobie udowodniłem, że potrafię sobie zawsze poradzić i zaopiekować się też Moniką. Miałem też ogromną satysfakcję gdyż przechytrzyłem oszustów. Tutaj nie można być naiwnym, gdyż podróż długo nie potrwa. Tak samo jest gdy chcę kupić bilet pociągowy. Od razu podchodzi ktoś do mnie i mówi, że idę w złym kierunku, i że on mnie zaprowadzi w lepsze miejsce oraz, że biuro gdzie ja chcę kupić bilet jest już zamknięte lub zostało niedawno spalone. Ja jednak wiem jak rzeczy się tu mają i nie daję się nabrać. Wiem gdzie są biura rządowe z prawdziwego zdarzenia, wiem w jakich godzinach pracują i zawsze chodzę tylko tam. Oczywiście nie znaczy to, że wszyscy tutaj chcą mnie okraść i oszukać. Jest też bardzo dużo miłych i pomocnych ludzi lecz muszę być ostrożny-tym bardziej, że jeszcze podróżuję z Moniką. W taki właśnie sposób zaczęła się moja walka o pokój w wielkim Delhi.

Delhi – moja przygoda

Delhi nie zawsze było stolicą Indii ale zawsze odgrywało ważną rolę w historii tego kraju. Delhi dzieli się na Stare i Nowe. Stare było budowane na przełomie XII i XIII w i było największym skupiskiem muzułmańskim a Nowe było zbudowane przez Brytyjczyków i w 1947 roku stolica została przeniesiona z Kalkuty do Delhi (Także rok odzyskania niepodległości i odłączenie się Pakistanu). Stare Delhi jest bardziej zaniedbane i brudniejsze i żyje tam więcej biedaków. My mieszkamy w nowej części miasta, w dzielnicy Paharganj gdzie jest więcej turystów. Tutaj też jest brudno i głośno lecz jest to ciągle jedno z najlepszych miejsc na znalezienie hotelu w przystępnej cenie i na zjedzenie dobrego posiłku. Paharganj jest rzędem kilku ulic w pobliżu stacji Nowego Delhi, pełnym sklepów, hoteli, knajp i wielu innych dogodnych miejsc.

Pierwszego dnia, zanim zaczęliśmy zwiedzać pojechaliśmy do ambasady Pakistanu aby ubiegać się o wizę. Proces dostania wizy nie był łatwy gdyż Pakistan oraz Afganistan są dzisiaj jedynymi krajami, które żądają potwierdzenia” zdolności do podróżowania” od ambasady polskiej. Musiałem więc pójść do ambasady polskiej, gdzie miałem w końcu styczność z rodakami i mogłem zobaczyć piękny, wielki plakat przed ambasadą na którym były bociany i polska flaga. Rozmawiałem też z polskim konsulem w Delhi, który doradził mi na temat mojej dalszej podróży. Powiedział w skrócie, że Pakistan jest bardzo specyficznym krajem i raczej stabilnym. Bangladesz nie jest stabilny i można zginąć za parę rupii a na Sri Lance jest wojna domowa gdyż rząd walczy z rebeliantami. Mówił też, że zna tylko jednego chłopaka, który był w Bangladeszu, ale tylko jeden dzień gdyż nie wytrzymał tam psychicznie. Cóż, strach ma wielkie oczy lecz zobaczę gdy tam będę. Po powrocie do ambasady Pakistanu, miałem jeszcze problem z pieniędzmi ale zdobyłem je i miałem odebrać wizę w poniedziałek. Monika przez cały czas chronicznie bała się wyprawy do Pakistanu. Rozbolał ją żołądek i myślę, że chce już wracać podczas gdy moja przygoda ciągle trwała i była coraz bardziej interesująca. Myślę, że Monika będzie miała wspaniałe doświadczenia z wyprawy gdy będzie już bezpieczna w Londynie.

Delhi jest ogromnym miastem dlatego zwiedzanie podzieliłem na nową, starą i centralną część miasta a potem ewentualnie miałem jeszcze w planie pojechać ze zorganizowaną jednodniową wycieczką aby zobaczyć dalsze zakątki. Pierwszym miejscem, które zwiedziłem był Czerwony Fort (Lal Qila) w Starym Delhi. Jest to wielka budowla obronna zbudowana w pierwszej połowie XVII w. W środku znajdują się małe, lepiej i gorzej zachowane pałace z białego marmuru, lecz w niczym nie dorównujące Taj Mahal. Fort był ogromny gdyż miał długość dwóch km i był wysoki na 18 do 33m. Był też bardzo masywny i zbudowany ze skały o kolorze czerwonym a w centralnym punkcie powiewała flaga Indii. Ważne jest jeszcze to, że mimo niechęci Indii do Pakistanu i odwrotnie, główna brama nazywa się bramą Lahore. Jest to miasto w Pakistanie a brama czerwonego fortu nazywa się tak dlatego gdyż jest skierowana prosto na to miasto (w XVII wieku ciągle w Indiach). Przed wejściem do fortu była ogromna kolejka ale strażnicy idąc za myślą priorytetu białego człowieka wpuścili nas bez kolejki. Weszliśmy przez bramę główną (brama Lahore) i najpierw mieliśmy przed sobą Chatta Chowk czyli drogi bazar z pamiątkami i biżuterią. Następnie dotarliśmy do domu Naubhat Khana gdzie muzycy grali dla swojego władcy. Byliśmy także w muzeum wojny mieszczącym się na pierwszym piętrze gdzie mieściła się głównie stara broń. Po wyjściu z muzeum dotarłem do wielkiego ogrodu, na którego terenie mieściło się wiele różnych obiektów. Wiele z nich było zbudowanych z białego marmuru i były ładnie rzeźbione choć nie były w najlepszym stanie. Mam tu na myśli wiele tarasów z pokojami gdzie władca słuchał sporów swoich poddanych choć nieopodal był też basen i sauna z fontanną. Na uwagę zasługuje tu Perłowy Mosk z 1659 roku, także zbudowany z marmuru. Mosk ten został zbudowany z takim rozmysłem, że jest skierowany idealnie w stronę Mekki. Po zobaczeniu głównych obiektów chodziliśmy po ogrodzie i obserwowaliśmy inne małe budowle i pawilony będące częścią byłego Imperium Mogołów. Oglądając fort z ulic Starego Delhi nie spodziewałem się, że w środku jest on zupełnie inny. Na zewnątrz cały czerwony i wielki a w środku mały, subtelny i zbudowany z białego marmuru.

Indyjscy bogowie.

Nieopodal fortu znajdowała się kolejna wspaniała budowla, którą miałem przyjemność zobaczyć czyli Jama Masjid-największy mosk w Indiach. Był on także w XVII w i zbudowany z czerwonej skały i białego marmuru. Położony jest dość wysoko na górze, sięgającej 40m wysokości, ma trzy okazałe wejścia, cztery wieże i wielki gmach główny z charakterystycznymi dla religii muzułmańskiej kopułami i minaretami. Po wejściu na plac główny (wcześniej jak zawsze zdejmując buty) zobaczyłem duży płytki basen, w którym ludzie myli stopy i twarze. W moskach trwało nauczanie a ja czułem się jak “z zupełnie innej bajki” mając dookoła brodatych muzułmanów, modlących się i spacerujących po wielkim placu. Byłem tam zaraz przed zachodem słońca i tym bardziej cała budowla wyglądała piękniej. Mosk ten jest w stanie pomieścić 25000 wiernych i jest jednym z najświętszych miejsc w całym Delhi. Bez znaczenia jest tu moje zainteresowanie religią gdyż z punktu widzenia sztuki architektonicznej, uważam że jest to jeden z fenomenów tego kraju. Przed wejściem także kilku brodatych, ubranych tradycyjnie muzułmanów podeszło do mnie i zapytali skąd jestem i jak mam na imię. Pod koniec zrobiliśmy razem zdjęcie. Była też jedna zła rzecz; otóż za robienie zdjęć trzeba było zapłacić a ci którzy mnie znają wiedzą, że płacić bardzo nie lubię. Zrobiłem więc małą tragedię przed moskiem i jeden chłopak po małym napiwku pozwolił mi zrobić kilka zdjęć, lecz z ukrycia. Podziękowałem, założylem buty, obejrzałem zdjęcia i pożegnałem się z tym pięknym miejscem. Przed meczetem natomiast znajdował się gwarny i rozrywkowy bazar, który dodawał mu uroku.

Z Jama Masjid wziąłem rykszę rowerową i pojechaliśmy na Chandi Chowk czyli znany w Starym Delhi bazar. Niestety był bardzo tłoczno i głośno i było bardzo dużo żebraków, którzy chodzili za mną w tempie jadącej rykszy prosząc o parę rupii. To była ta bardzo biedna część miasta gdzie życie nie oszczędzało wielu ludzi. Chodzili na bosaka i byli bardzo chudzi oraz okaleczeni podczas gdy obok pachniały stoiska z przyprawami i indyjskim jedzeniem. Było też dużo jedwabiu i paszminy lecz musiałem wziąć pod uwagę to, że Monika nie czuła się zbyt dobrze a i ja nie byłem tym miejscem za bardzo zainteresowany. Zrobiłem więc zdjęcie z najciekawszymi muzułmanami apotem wsiedliśmy do autorykszy i pojechaliśmy do Paharganj, czyli naszej syfiastej dzielnicy w Nowym Delhi. Szczęśliwie tym razem była gorąca woda więc umyliśmy się na zapas czerpiąc wodę z kubła pełnego wrzątku. Tej nocy Monika czuła się bardzo źle po tutejszym jedzeniu dlatego od tej pory jadła już tylko gotowane warzywa. Ja jestem zdrowy lecz także muszę na siebie uważać aby nie pokrzyżować naszej wyprawy. Tego wieczora byliśmy bardzo zmęczeni Delhi oraz kontaktem z rykszarzami dlatego poszliśmy szybko spać.

Następnego dnia rano pospaliśmy dłużej gdyż Monika ciągle źle się czuła. Indyjskie jedzenie daje się jej we znaki. Po kilku zabiegach i bolesnych wizytach w toalecie wyjechaliśmy do biura Emirates aby przerezerwować bilet. Monika była w niebo wzięta, że już niedługo wyprawa się skończy i będzie mogła wrócić do swoich wygód i czystości. Jednak najpierw odwiedzi Pakistan i staram się ją do tego przygotować. Ja natomiast odwołałem swoją datę powrotu gdyż sam już nie wiedziałem ile mi ta wyprawa jeszcze zajmie. Stamtąd pojechaliśmy do Muzeum Narodowego gdzie mieliśmy wielki dylemat czy wejść, ponieważ bilet dla białych ludzi kosztował aż 30 razy więcej niż dla Hindusów, czyli około trzech funtów. W Anglii to nic ale tutaj mogę za to opłacić parę nocy w hotelu. Postanowiłem więc odegrać komedię, która znowu pozwoliła mi zaoszczędzić. Po którejś już z kolei próbie kupna biletu w cenie “dla Hindusów” powiedziałem do biletera:”czy ty wiesz ile mój kraj daje pieniędzy twojemu krajowi?”. On na to: “Nie wiem, ile?”. Ja wtedy: “Nie wiem dokładnie ale na pewno miliony dolarów!” On przemyślał to przez chwilę i wpuścił nas za darmo. Ta konwersacja była lepsza niż całe muzeum choć w środku też było ciekawie. W Muzeum Narodowym znajdowały się rzeźby w skałach i drewnie oraz obrazy, maski i stroje ludowe o charakterze świeckim i religijnym. Zwłaszcza rzeźby były godne uwagi gdyż obrazy były utrzymane w tradycyjnym staroindyjskim stylu, co oznacza, że prawie wszyscy ludzie byli namalowani z profilu. Porównując tą sztukę z malarstwem europejskim z tego samego okresu, artyści europejscy byli bez porównania bardziej zaawansowani. Muzeum to było warte zobaczenia a sam sposób w jaki załatwiłem wejście sprawiło, że zwiedzało mi się jeszcze lepiej.

Mając ogromną satysfakcję oraz dobry humor, po zobaczeniu muzeum poszliśmy zobaczyć symboliczną Bramę do Indii. Jest to wielka budowla w kształcie paryskiego łuku triumfalnego, stojąca niedaleko domów parlamentu. Podobna jest też w Londynie i w Laosie. Ta jest ogromna i została zbudowana z czerwonego piaskowca. Znajduje się na niej aż 90 000 nazwisk żołnierzy poległych w pierwszej wojnie światowej. Dookoła był park i wielkie domy parlamentu choć atrakcją byli sprzedawcy latawców i pocztówek. Jak mogłem się spodziewać chodzili za mną dość długo wciskając mi na siłę niepotrzebne rzeczy. W taki właśnie sposób miałem okazję podziwiać Bramę do Indii, jednocześnie nawzajem testując wzajemną cierpliwość. Zanim zorientowaliśmy się zapadł zmrok i musieliśmy wracać do hotelu. Tego samego dnia byliśmy jeszcze na Connaught Place, czyli sławnej części zakupów i restauracji w nowej części miasta lecz chciałem to odłożyć na później i przyjechać tu w dzień. Po powrocie do mojej brudnej dzielnicy zobaczyłem, że jest w końcu szansa na zjedzenie mięsa. Koło mojego hotelu były bary gdzie na ulicy smażono kurczaki na wielkiej patelni. Gdy zapytałem dlaczego olej jest tak czarny, powiedzieli mi że dodają specjalnego sosu a olej jest świeży gdyż ma dopiero cztery dni. Kupiłem więc dwie porcje i nareszcie się najadłem.

Wcześnie rano następnego dnia miałem już dość zadawania się z rykszarzami dlatego wziąłem zorganizowaną wycieczkę zwiedzania Delhi. Okazało się to dobrym pomysłem gdyż wszędzie nas zabierali, mogłem zobaczyć więcej miejsc niż planowałem i zaoszczędziliśmy pieniądze i nerwy do rykszarzy. Najpierw pojechaliśmy zobaczyć okazałe Domy Parlamentu Indyjskiego gdzie “tańczyły” dla nas kobry a potem zobaczyliśmy kilka świątyń. Wszystkie były piękne i budowane z marmuru, wszystkie też miały wielkie posągi słoni i oczywiście przed każdą musieliśmy zdejmować buty. Co ciekawe, mimo że każda z nich była poświęcona tej samej religii i miała to samo przesłanie, każda była zupełnie inna i też piękna. Najbardziej w tym dniu utkwiło mi w pamięci muzeum a kiedyś dom Indhiry Ghandi (z domu Nehru). Muzeum było bardzo ciekawe, pokazywało życie polityczne i prywatne indyjskiej premier oraz niestety jej śmierć. Właśnie w tym muzeum w roku 1984 została ona zamordowana przez swoich politycznych wrogów. Indhira Ghandi bardzo dużo podróżowała i starała się nawiązać pokojowe relacje ze wszystkimi krajami-także z Polską. Spotkała się z papieżem Janem Pawłem II a od polskiego rządu dostała w prezencie talerz z orłem białym i godłami polskich miast. W muzeum tym było dużo jej zdjęć z przywódcami innych narodów. Na jednym zdjęciu z lat 20-tych (jeszcze jako Indhira Nehru) była pokazana z Mahatmą Ghandi. Były pokazane pokoje w których pracowała, spędzała czas z rodziną i gdzie zginęła. Muzeum było podzielone na dwie części. Bardzo duży obszar był poświęcony jej synowi-Rajivovi Ghandiemu, który został zaprzysiężony na premiera Indii w 1985 roku a został zamordowany (jak jego matka) w 1991 roku przez wybuch bombowy. W obydwu przypadkach były pokazane ubrania, które mieli na sobie w dniu morderstwa. Całe muzeum było bardzo poruszające i mogłem się dużo dowiedzieć o tym bardzo tragicznym okresie w indyjskiej historii. Było wiele zdjęć z przestrzeni dziejów pokazujących obydwoje ze światowymi osobistościami. Zaznaczona jest także część podłogi w której ostatni raz Indhira upadła.

Zabawną częścią naszej wycieczki był obiad gdyż pojechaliśmy do zapuszczonej brudem restauracji gdzie kelnerem był obleśny, wielki grubas, który miał zaplamiony fartuch i brudne ręce. Gdy poprosiłem o widelec, zeskrobał z niego brud paznokciem i rzucił mi go na stół, po czym zaśmiał się na całą knajpę. Po obiedzie podszedłem do niego i również na cały głos powiedziałem, że uważam go za tak pięknego, że chce mieć z nim zdjęcie. On znowu zaśmiał się, objął mnie a Monika uwieczniła tą chwilę. Dodam jeszcze, że byliśmy oczywiście atrakcją całej knajpy.

Zobaczyliśmy jeszcze swoisty fenomen architektoniczny w Delhi czyli świątynię Wspólnoty Haickiej, która była zbudowana w kształcie kwiatu lotosu. Tak też się nazywała-“Świątynia Lotosu”. Była ona zbudowana na wielkim obszarze oraz osadzona wyżej, otoczona wodą a w środku było dużo przestrzeni. Bez względu na religię było to dla nas coś zupełnie nowego i wartego zobaczenia. Jednym z bardzo polecanych miejsc w Delhi jest też Qtab Minar czyli zbiór wielu ruin mosków będących przykładem wczesnej afgańskiej architektury. Główna wieża była zaczęta w 1193 roku i miała długość 73m. Dookoła wieży jest wiele starych mosków oraz ruin, które są pozostałościami po Imperium Afgańskim na subkontynencie. Wiele filarów było pięknie rzeźbionych i choć do dzisiaj nie wiele się zachowało w całości, wciąż był to obiekt godny uwagi. Nawiązywałem już do tego okresu w historii gdy byłem w Mandu gdzie także zachowały się moski po Imperium Afgańskim.

Naszym ostatnim punktem była wielka, bardzo wysoka świątynia ku czci Hare Kriszna. Z zewnątrz świątynia ta robiła ogromne wrażenie gdyż składała się nie tylko z wielkiej marmurowej budowli ale też z kilku wysokich i rzeźbionych wież. W środku ludzie bawili się i śpiewali w kółko ten sam refren: “Hare Kriszna, o Hare, Hare”. Punktem centralnym był wielki salon z marmuru a dookoła były rzeźby i malowidła hinduistycznych bogów. Zainteresowała mnie tu galeria obrazów przedstawiająca ich głównego boga Shivę. Dostrzegłem, że na każdym obrazie był on przedstawiony z wieloma kobietami, które mu usługiwały. Asystowały mu w kąpieli i karmiły owocami. Najlepiej widać odbicie tego w życiu rodzin indyjskich. Wracam tutaj po raz kolejny do aranżowanych małżeństw, co sprawia, że mężczyzna może robić co chce, kobieta nie ma nic do powiedzenia a dzieci są produktem a nie owocem miłości, gdyż tym ludziom mówi się z kim mają spać. Zastanawiam się w jaki sposób ten kraj ma się polepszyć skoro podstawowa komórka społeczna, którą jest rodzina jest nieporozumieniem społeczno-religijnym.

Niektórzy mówią, że małżeństwa aranżowane są dobre gdyż zapewniają bezpieczeństwo kobiecie lecz moim zdaniem nie gwarantują niczego. Zauważyłem także kilka nowych rzeczy w Hindusach. Wielu z nich farbuje włosy na rudo. Farbują także wąsy i brody. Ponadto mają ohydny zwyczaj żucia tytoniu, przez co mają bardzo zepsute zęby, często czerwono-brunatne. Często też gdy ze mną rozmawiają i starają mi się coś grzecznie wytłumaczyć, odwracają głowy aby splunąć za siebie. Jest tutaj także zwyczaj kręcenia głową na boki. Znaczy on “tak:, “nie” lub “nie mam pojęcia o czym mówisz”-i to jest chyba ten ostatni. Ten sam gest był też wykonywany w Nepalu.

Wracając do mojej ostatniej świątyni, niestety nasza wycieczka nas tam zostawiła nie mówiąc, że odjeżdżają. Na domiar tego Monika zostawiła tam swój plecak z bardzo ważnymi rzeczami. Bardzo szybko wzięliśmy więc autorykszę, zadzwoniliśmy do biura i do naszego hotelu oraz po wielu długich i skomplikowanych perypetiach udało nam się odzyskać cały plecak z jego zawartością. Byłaby to wielka strata gdyż były tam na przykład nasze zdjęcia na tle panoramy Hong-Kongu nocą. Śpiesząc się po odbiór plecaka mieliśmy pecha gdyż wzięliśmy rykszarza, który właśnie przyjechał do Delhi i nie znał miasta. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Kolejnego dnia w Delhi wstaliśmy później aby Monika mogła w spokoju zjeść lekkie śniadanie gdyż nadal bolał ją trochę żołądek. Potem pojechaliśmy do ambasady Pakistanu aby odebrać nasze wizy. Była to kolejna egzotyczna wiza, która zapowiadała następną wielką przygodę. Ja byłem szczęśliwy a Monika się po prostu bała. Tego dnia pojechaliśmy jeszcze zobaczyć ostatnią rzecz czyli grób Mahatmy Ghandiego. Mając już dość autorykszarzy, zaczęliśmy podróżować miejskimi autobusami oraz bardzo nowoczesnym metrem co było dużą frajdą. Grób Ghandiego był zbudowany z czarnego marmuru, mieścił się w dużym parku daleko od centrum i było dużo zwiedzających. Przez cały czas na grobie są świeże kwiaty i zapalony płomień, na znak że ojciec narodu wciąż żyje w sercach Hindusów. Przed wejściem w miejsce gdzie był pochowany Ghandi musieliśmy zdjąć buty a potem zachowywaliśmy się cicho. Widać, że było to bardzo szczególne miejsce a sam park był bardzo zadbany. Poleżeliśmy trochę na trawie a potem lokalnym autobusem wróciliśmy na Paharganj.

Po kilku dniach byliśmy już zmęczeni Delhi i czułem, że zwiedziłem już co mnie interesowało i mogliśmy ruszyć w dalszą podroż. Tego samego dnia wieczorem poszedłem jeszcze zjeść czapati i napić się czaj oraz musieliśmy poświęcić trochę czasu na przygotowanie się do wyjazdu. Nasz wyjazd był bardzo nerwowy, gdyż nie mogliśmy się wydostać z naszej dzielnicy nieopodal stacji Nowe Delhi. Pociąg mieliśmy jednak ze Starego Delhi gdzie podróż zajmuje conajmiej pół godziny a tego wieczora był duży korek. Znalazłem więc szalonego autorykszarza, który zawiózł nas tam na pięć minut przed odjazdem pociągu, przez cały czas jadąc na sygnale i wpychając się gdzie i jak popadnie. To była nasza szalona jazda po Delhi, która była niepowtarzalną i karkołomną atrakcją tego miasta. Gdy dostałem się na stację, odjeżdżaliśmy z peronu pierwszego a staliśmy aż na siedemnastym. Na szczęście zauważył nas tragarz, który wziął bardzo ciężką walizkę Moniki na swój turban i biegnąc po schodach do góry, potem nad wszystkimi siedemnastoma peronami i znowu do dołu, wrzucił nasze bagaże do pociągu w chwili gdy już zaczął on odjeżdżać. Następnie ja wrzuciłem do jadącego pociągu Monikę i swoją wielką walizkę a tragarz wskoczył za mną i domagał się zapłaty, lecz było mu oczywiście za mało. Stojący za mną Hindusi dali mu 20 rupii gdyż ja nie miałem drobnych a z Moniką nie było jeszcze żadnego kontaktu gdyż po tym rajdzie nie doszła jeszcze do siebie. Następnie tragarz wyskoczył gdyż pociąg zaczął przyśpieszać a ja poszedłem zapoznać się z pasażerami gdyż po raz kolejny byliśmy wielką atrakcją całego wagonu.

Kilkudniowy pobyt w stolicy tego uroczego kraju był dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Podobały mi się zabytki i świątynie Delhi ale bez wątpienia najmilej będę wspominał atmosferę tego miasta. Jego chaos i brud dodawały humoru temu miejscu, choć dla przeciętnego Hindusa były one tragedią. Wielu podróżników celowo omija Delhi gdyż nie lubią wielkich miast i nie chcą spędzać nawet kilku dni w tej zanieczyszczonej stolicy. Jest to jednak wielki błąd gdyż Delhi daje szansę na lepsze poznanie Indii i jej historii. Dla mnie było to pierwsze lecz nie ostanie spotkanie z tym miastem. W drodze z Pakistanu będę musiał tu wrócić aby odstawić Monikę na lotnisko. Jak na razie, Delhi było wyjątkowym przeżyciem i bardzo mi się podobało.

Punjab i Haryana

Pathankot

Tym razem jechaliśmy całą zimną noc na północ-do Pathankot, gdzie nie ma absolutnie nic. Jest to miasteczko, które służy tylko do przesiadania się a droga z Delhi była długa i zimna gdyż zbliżaliśmy się do Himalajów. Widać było, że Pathankot było szczególnie biedne gdyż tu nie było turystów, którzy zostawialiby swoje dolary. Ulice były ciemne i bardzo brudne a ludzie wyjątkowo biedni. Nawet w tym zimnym klimacie rykszarze rowerowi mieli na stopach tylko klapki a ci których było na to stać mieli także skarpety. Spod stacji zabrał nas rykszarz rowerowy, który nie miał na swojej rykszy siedzeń a jedynie dyktę. Jadąc przez Pathankot widziałem to nędzne otoczenie i oczy całej wsi wpatrzone na nas. Monika miała już wtedy zdecydowanie dość wyprawy. W końcu gdy dotarliśmy na obskurny dworzec zobaczyłem zardzewiałe autobusy stojące w bagnie. Ominąłem więc kałuże i wsadziłem nasze walizki do środka. Po kilku minutach autobus zakrztusił się i z wolna ruszyliśmy. Tym razem zmierzaliśmy do stanu Himachal Pradesh, do miasteczek McLeod Ganj i Dharamsala. Podróż tam była jak zawsze ciężka i długa lecz widoki Himalajów choć w małym stopniu rekompensowały cały trud. Po drodze na szczęście zatrzymywaliśmy się kilka razy na czapati i czaj. Znowu zaczynało być pięknie a powietrze było krystalicznie czyste.

Himachal Pradesh

McLeod Ganj i Dharamsala

Dharamsala składa się z dwoch miast oddalonych od siebie górami o odległości 4km. Jest to Dharamsala i McLoed Ganj. Dharamsala najlepiej jest znane jako dom Dalaj Lamy lecz zainteresowanie tym miastem jest raczej małe i większość turystów (my także) udaje się do McLoed Ganj. Gdy w 1951 roku Chińska Republika Ludowa przeprowadziła “rewolucję kulturową” w Tybecie (czytaj; najechała na Tybet i wymordowała tysiące Tybetańczyków oraz okradła ten kraj i zniszczyła dobra religijne i narodowe), właśnie wtedy wielu z nich (w tym Dalaj Lama) uciekli z Tybetu do małego miasteczka w Indiach-Dharamsala i poprosili o status uchodźcy. Oczywiście wielu nie przetrwało podróży przez mroźne Himalaje. Było wiele amputacji z powodu odmrożeń a wielu zginęło po drodze. Nie chcę teraz przypominać historii gdyż dokładnie o wszystkim opowiedziałem w moim pierwszym reportażu o Tybecie.

Pojechaliśmy do McLoed Ganj gdzie widać najwięcej śladów tybetańskiej kultury i sztuki. Można tu kupić pamiątki i ubrania na wzór tybetański, jest wielu mnichów buddyjskich i wszystkiego z Tybetem związanego. Mieszka tu także dużo Tybetańczyków i mają oni swoje sklepy i restauracje co sprawia, że dziś jest to bardzo przyjemne miasteczko lecz niestety bardzo komercyjne. Zarówno Dharamsala jak i McLoed Ganj są bardzo małe i składają się tylko z paru ulic. Są one osadzone na krawędzi gór, skąd jest ładny widok na Himalaje oraz na latające wysoko orły.

Gdy po wielu godzinach jazdy poprzez mroźne Himalaje dotarliśmy do McLeod Ganj, wzięliśmy nasze wielkie walizki i poszliśmy szukać hotelu. Natrafiliśmy na dość przyzwoity dom gościnny lecz w środku było prawie tak zimno jak na zewnątrz. Gospodarz dał nam jednak więcej kołder i gorącą herbatę i było w porządku choć w nocy było tak zimno, że musieliśmy spać w ubraniach i nie mogliśmy od razu zasnąć. Oczywiście o gorącej wodzie nie było tutaj mowy. W McLeod Ganj są trzy miejsca, które najbardziej mi pozostały w pamięci i które koniecznie trzeba zobaczyć. Pierwszym jest bardzo wzruszające muzeum Tybetu, które pokazuje zdjęcia oraz wywiady i filmy, gdy Chiny miały swój przemarsz przez Lhasa na tle pałacu Potala, gdy bili Tybetańczyków i zmieniali Tybet w stan policyjny, którym jest dzisiaj. Całość była bardzo poruszająca zwłaszcza dla mnie, gdyż miesiąc temu byłem w Tybecie i w Lhasa i mogłem odczuć w jaki sposób Tybet jest zarządzany i co się tam na prawdę dzieje. Przejechałem Tybet od Lhasa aż do granicy z Nepalem i mam dzięki temu szeroki obraz jak wielką krzywdę Chińczycy tam wyrządzili. Muzeum w McLoed Ganj było dopełnieniem wszystkiego i pozwoliło mi na jeszcze bliższe zapoznanie się ze sprawą gdyż w Tybecie i w całych Chinach historia jest fałszowana a Tybetańczycy są mniejszością we własnym kraju.

W muzeum Tybetu w McLeod Ganj.

Drugim miejscem jest Tybetański Rząd na Wygnaniu, który ma charakter raczej symboliczny i składa się z paru małych budynków i jednej świątyni stylowanej na architekturę tybetańską. Aby się tam dostać musieliśmy przejść do Gangchen Kyishong znajdującego się około dwóch kilometrów na dół, pomiędzy Dharamsala i McLeod Ganj. Także tam znajduje się Muzeum Kulturowe Tybetu, tylko że inne niż to ostatnie. Tutaj były pokazane monety i znaczki pocztowe z czasów gdy Tybet był wolny oraz monety, figurki religijne i manuskrypty, które mnisi zdołali wywieźć z Tybetu przed okupacją chińską. Znajduje się też tu bardzo ciekawa biblioteka w której jest kolekcja ksiąg i manuskryptów tybetańskich przetłumaczonych na angielski i kilka innych europejskich języków. Przypomnę, że mnisi zdołali ocalić około 40% swojego dziedzictwa kulturowego, w tym ze świątyni Jokhang w Lhasa. Obok znajdowała się także interesująca monastera Nechung zbudowana w typowo tybetański sposób. Była mała lecz stanowiła miły dodatek do reszty obiektów i ciekawie wyglądała na tle gór. Gdy dziś wysyłam pocztówkę z Tybetu, musze kupić znaczek pocztowy z Chin a na pocztówce z drugiej strony jest napisane “Tybet-piękna prowincja w płd-zach części Chińskiej Republiki Ludowej”. Wysłałem wiele pocztówek z Tybetu lecz za każdym razem na odwrocie skreślałem “Chińska Republika Ludowa”. Domy tybetańskiego rządu były ładnym miejscem o charakterze symbolicznym, pokazującym że niepodległy Tybet jeszcze gdzieś istnieje. Tak samo jak muzeum opisane na początku, było to smutne miejsce. Miły był jednak sam spacer gdyż mogliśmy chodzić po górach, poznać kilku mnichów, zobaczyć osiołki przy pracy i zjeść małą przekąskę koło Domów Tybetańskiego Rządu. Odwiedziliśmy też na parę godzin samo Dharamsala lecz było brudno i nieciekawie. Przeszliśmy główną i chyba jedyną ulicą wioski oraz odwiedziliśmy bazar Kotwali lecz nie byłem oczarowany. Myślę, że zdecydowanie ciekawsze jest McLeod Ganj.

Trzecim miejscem była oficjalna rezydencja Dalaj Lamy. Był to także skromny dom lecz pilnowany przez strażników. Przeczytałem tam, że zobaczenie się z nim jest możliwe lecz aby to zrobić trzeba napisać podanie przynajmniej miesiąc wcześniej oraz przedstawić powód wizyty i temat rozmowy. Ze względu na bardzo napięty plan Dalaj Lamy jest to bardzo trudne i wiele podań jest odrzucanych. Obok znajdowały się świątynie Tsuglagkhang i Kalachakra, które są kolejnym pięknym dowodem na silną obecność kultury tybetańskiej w tym małym miasteczku. Ta pierwsza jest odpowiednikiem świątyni Jokhang w Lhasa i zarazem najważniejszą świątynią w McLeod Ganj.

McLoed Ganj i Dharamsala to nie tylko smutna historia. To przede wszystkim miejsce gdzie można odpocząć w Himalajach, zaczerpnąć świeżego powietrza, dobrze zjeść i popatrzeć na niebo w poszukiwaniu orłów. Resztę naszego czasu tutaj spędziliśmy na włóczeniu się po miasteczku. Weszliśmy do kilku małych świątyń, pochodziliśmy po górach i spróbowaliśmy tybetańskiego jedzenia. Kupiłem kozi ser i chleb domowej roboty. Na ulicy były zdjęcia Dalaj Lamy a lokalny bazar oferował wachlarz atrakcji. Lokalne sklepy były wspaniale zaopatrzone w ręcznie robione dywany, ozdoby i wiele innych.

W McLeod Ganj spotkałem się też z motywem Jamesa Bonda. Jest tutaj restauracja gdzie jadł Pierce Brosnan i gdzie wisi plakat “wybór Jamesa Bonda 007-Pierce Brosnan”. Pierwszy raz spotkałem się z tym w Udaipur w stanie Rajasthan gdzie nagrywano fragmenty “Ośmiorniczki” z Rogerem Moorem. Z tej okazji codziennie wieczorem był wyświetlany ten film. W miasteczku tym i okolicy spędziłem parę dni choć można tu zostać dłużej gdyż jest wiele rzeczy do robienia a co za tym idzie dużo pieniędzy do wydania. Tak na przykład są tu kursy tybetańskiego języka, tybetańskiego gotowania a także medytacji i na pewno wiele innych. Gdyby ktoś nie chciał sam chodzić po górach, wtedy może wydać tysiące rupii i agencja turystyczna będzie na pewno w stanie pomóc.

McLeod Ganj i wszystko co zobaczyłem w drodze do Dharamsala było warte długiej drogi ale było też dobrą powtórką smutnej historii Tybetu. Choć cały obszar znajduje się w Indiach to jednak z Indiami ma on niewiele wspólnego. Powiedziałbym raczej, że jest to himalajska enklawa Tybetu na obczyźnie.

Droga z McLeod Ganj do Amritsar – moje smutne spostrzeżenia

Następnego dnia wrzuciłem nasze ciężkie walizki na dach autobusu i opuściliśmy McLeod Ganj. Po raz drugi odbyliśmy długą i chłodną jazdę przez Himalaje aby w końcu dostać się do Pathankot i nareszcie rozprostować kości. Na miejscu udało mi się na siłę wepchnąć do kas biletowych a potem jeszcze dwie godziny spędziliśmy na zimnym i ciemnym dworcu. Spróbowałem tu kilku podejrzanych potraw choć Monika na wszelki wypadek nie dała się skusić. Następnie podjechał pociąg czyli żelazna cela na żelaznych kołach. Tamtą noc musieliśmy spędzić w zimnie i na drewnianych siedzeniach. Gdy wsiedliśmy do brudnego wagonu zobaczyłem, że wszędzie były łupiny po orzechach gdyż są one najtańsze a ludzie często są niedożywieni. Na przykład tych, których nie stać na ciepłe buty zakładają ciepłe skarpety do klapek i chodzą tak przez całą zimę. Będąc w pociągu widziałem obraz indyjskiej rodziny. Małżeństwo z trojgiem dzieci, wszystkie chore, ubrane nieodpowiednio na porę roku i głodne. Dzieci zasnęły na podłodze i kaszlały a rodziców to nie obchodziło gdyż sami byli w fatalnym stanie. Gdy daliśmy im paracetamol nie wiedzieli co to jest. Widzę to wszystko i wiem, że nie mogę zmienić świata, nawet gdybym chciał pomóc każdemu z nich. Ci wszyscy bardzo biedni ludzie jadący z nami, niedożywieni i ubrani nie na porę roku nigdy nie będą w stanie się stąd wydostać. Ja mieszkam koło nich, podróżuję razem z nimi i jem to co oni ale jest to tylko mój własny wybór. W każdym momencie mogę się stąd wydostać i przerwać tego rodzaju życie. Oni jednak nie mają tego wyboru i już na zawsze będą żyli w ten sposób. Na tym właśnie polega ta różnica. W końcu, zmęczeni lecz ciekawi nowych wrażeń dojechaliśmy do Amritsar.

Punjab

Amritsar i Złota Świątynia

Po trzech godzinach jazdy pociągiem dojechaliśmy do Amristar w stanie Punjab leżącego tylko 30km od granicy z Pakistanem. Byliśmy tam około północy więc wzięliśmy pierwszy i zarazem najtańszy ale też niezły hotel. Było już cieplej niż w Dharamsala lecz też nie było ciepłej wody. Na szczęście następnego ranka dostaliśmy kubeł wrzątku i mogliśmy się umyć. Monika czuła się już dobrze i była znowu szczęśliwa choć jak zawsze trochę narzekała.

Przed Złotą Świątynią w Amritsar.

Po wyjściu na ulicę miasto nie wyglądało na wyjątkowe. Było tak samo brudno i tłoczno jak wszędzie indziej a święte krowy leżały na środku drogi i tamowały ruch uliczny. Po chwili podjechał stary rykszarz rowerowy z długą brodą i turbanem na głowie z którym zabraliśmy się do centrum miasta. Omijając święte krowy i będąc atrakcją dla przechodniów dotarliśmy do miejsca dla którego całe Amritsar żyło. Amristar jest bardzo znanym miastem w Indiach gdyż znajduje się tu sławna Złota Świątynia, będąca największym ośrodkiem religijnym Sikhów. Sikhizm jest to religia pochodząca z połączenia islamu i hinduizmu i jest bardzo rozprzestrzeniona w tym regionie. Złota Świątynia jest magicznym miejscem i uważam, że duchowo jest tam o wiele lepsza atmosfera niż w Taj Mahal. Architektura jest połączeniem świątyń hinduistycznej i islamskiej. Złota Świątynia leży na wyspie po środku dużego akwenu wodnego a dookoła wody są inne świątynie oraz pałace. Jest to miejsce spotkań wielu pielgrzymów z Indii, Pakistanu a teraz nawet i z Polski. Do budowy tej świątyni zużyto aż 750kg złota i jest to obok Taj Mahal jedno z najważniejszych dziedzictw narodowych Indii, choć nie jest aż tak sławne na świecie.

Przed wejściem do świątyni musieliśmy jak zawsze zdjąć buty lecz tutaj musieliśmy też umyć stopy oraz założyć chusty na głowy. Gdy pierwszy raz zobaczyliśmy Złotą Świątynię byliśmy oczarowani. Wszędzie słyszeliśmy modły będące piękną muzyką a ludzie chodzili dookoła stawu gdzie na środku na wyspie stała Złota Świątynia. Niektórzy kąpali się, obok pływały wielkie karpie, w jednym miejscu był koncert wyznawców tej religii co było nie tylko piękne i wprowadzające w nastrój tego miejsca ale także pobudzające do życia. Sposób w jaki oni śpiewali i grali na skrzypcach był jedyny w swym rodzaju i nie jestem tego w stanie określić. Cały czas bedąc w Indiach przeżywam wspaniałe chwile, które przeplatają się z tymi przykrymi i których nie da się ukryć. Gwoździem programu było oczywiście wejście do Złotej Świątyni. Stała tam długa kolejka ludzi i posłusznie czekała na swoją kolej. Przed wejściem do kolejki każdy dostawał słodkie danie na talerzu z liści bananowych a potem wszyscy razem śpiewali odmawiając swoje modły, które były nadawane przez megafon. Czułem się wspaniale a magia tego miejsca, tzn. ludzie będący wokół mnie, modlący się, śpiewający, przede mną pomnik ze złota, wokół ludzie pływający w jeziorze-wszystko to było jak z innego, lepszego, bajkowego świata. Gdy wreszcie wszedłem do środka, tam znowu grali i śpiewali i to w taki sposób, że łatwo było się wzruszyć choć dla mnie nie była to religia ale piękna sztuka. Ludzie przynosili ozdobne płótna w darach i śpiewali razem z nimi. Złota Świątynia od środka była jeszcze piękniejsza. Każdy najdrobniejszy szczegół był misternie wykonany, wszystkie ozdoby były jak piękna mozaika wydająca się niemożliwa do wykonania. Przez cały czas brodaci sikhowie śpiewali co było sposobem ich modlitw. Gdy wyszedłem ze Złotej Świątyni był delikatny wiatr co trochę mnie ocuciło i pozwoliło przemyśleć to czego właśnie byłem świadkiem. Taj Mahal był piękny w każdym calu lecz też bardzo komercyjny, natomiast Złota Świątynia nie tylko była piękna ale także miała duszę. To było na prawdę piękne!

Drugą rzeczą, którą zobaczyłem w Amritsar był park Jallianwala gdzie w 1919 roku zginęło prawie 400 Hindusów a około 1500 było rannych. W stanie Punjab w okresie Brytyjskich Indii zostało wydane prawo więżenia Hindusów bez procesu. Wtedy właśnie w pokojowy sposób 2000 osób zaczęło protestować przeciw temu, na co jeden z brytyjskich generałów odpowiedział ogniem do bezbronnego i pokojowo nastawionego tłumu. Wówczas Mahatma Ghandi powiedział, że nie chce już więcej pertraktować i nawiązywać pokojowych układów z tak satanistycznym rządem jak Brytyjski. Dziś w parku tym stoi pomnik upamiętniający to zdarzenie a w niektórych częściach są jeszcze ślady po kulach. Odwiedziłem także galerię ukazującą to zdarzenie.

W Amritsar mieliśmy zostać jeszcze jeden wieczór i przedpołudnie dlatego spędziłem ten czas na pisaniu reportażu oraz na przygotowaniach do naszej podróży do Pakistanu. Zobaczyłem też kilka ciekawych świątyń i powłóczyłem się po mieście gdyż to zawsze daje najbardziej realny obraz otoczenia. W okolicy Złotej Świątyni natrafłem na restaurację gdzie chleb naan był najlepszy od czasów Lhasa a obok sprzedawano chyba najlepsze lody na subkontynencie. Po całym dniu zwiedzania wróciliśmy do swojego zimnego pokoju bogatsi w nowe doświadczenia.

Amritsar było bardzo interesujące gdyż nawet bez zwiedzania zabytków daje możliwość poznania realnego obrazu Indii. Jest to zwykłe miasto zwykłych, biednych ludzi co daje poczuć jaki ten kraj na prawdę jest. Złota Świątynia natomiast była jak dotąd jednym z najlepszych doświadczeń mojej podróży a mentalnie była jedyna w swym rodzaju. Samo położenie miasta jest także bardzo dogodne gdyż znajduje się ono tylko 30km od Pakistanu co stanowi bardzo pozytywny, ostatni kontakt z Indiami przed wjazdem do nowego kraju.

Droga do Attari do granicy z Pakistanem

Następnego dnia rano zostawiliśmy nasze wielkie bagaże w hotelu, zabraliśmy ze sobą tylko jeden plecak i udaliśmy się lokalnym autobusem w kierunku granicy. Autobus miał jednak ostatni przystanek w miasteczku Attari, kilka kilometrów przed granicą i dlatego stamtąd wzięliśmy rykszę. Tym razem natrafiliśmy na młodego chłopca, który pedałował bardzo szybko a potem bardzo cieszył się z napiwku. Jadąc rykszą do granicy myślałem o tym wszystkim co przeżyłem dotąd w Indiach. Moje życie było jak przygodowy sen i chciałem aby trwał dalej. Gdy podjechaliśmy swoją rykszą pod granicę, restauratorzy wręcz posadzili nas przy stole i zaczęli oferować jedzenie. Spróbowałem kilku rzeczy lecz niestety tym razem choć ludze byli bardzo mili i weseli, jedzenie było paskudne. Po chwili przeszliśmy przez indyjski urząd imigracyjny i byliśmy już w Pakistanie. Sama granica jest najbardziej spektakularną oraz teatralną na świecie, lecz co tam oferują i co mi się tam przydarzyło było już po stronie pakistańskiej, dlatego opowiem o tym w następnym reportażu.

Podsumowanie mojej pierwszej podróży po Indiach

Skończyła się moja pierwsza wyprawa po Indiach. Widziałem rzeczy piękne, tragiczne i wręcz niemożliwe do uwierzenia. Przeżywałem szok kulturowy, wzruszałem się i denerwowałem lecz za każdym razem był to kraj wart każdej chwili. Niedługo znowu tu wrócę aby dopełnić reszty mojej podróży, choć to może być zupełnie inny świat gdyż północ może się bardzo różnić od południa. Nawet na północy każdy stan różni się od siebie prawie tak bardzo jakby był to inny kraj. Pierwszy miesiąc spędzony w Indiach udało mi się przejechać bez przykrych doświadczeń oraz bez zatruć pokarmowych. Także wszystkie złe opowieści o Hindusach okazały się nieprawdą lub były mocno przesadzone. Mimo brudu i często ciężkich warunków panujących w tym kraju, za każdym razem byłem oczarowany wszystkim co mnie otaczało. Świątynie, potrawy, święte krowy, ludzkie wierzenia, piękna sztuka i wiele innych rzeczy składały się na wyjątkową całość tego magicznego kraju.


Powyższe reportaże przedstawiające moją podróż po Indiach dotyczą potencjalnie najciekawszych, najlepszych i najbardziej atrakcyjnych dla podróżnika miejsc w północnej części tego kraju oprócz Kalkuty i okolic. Tą część Indii, zarówno jak Indie południowe zobaczę po powrocie z Pakistanu.

W drodze do Kalkuty

W tym reportażu zamierzam opisać moje przygody od granicy z Pakistanem aż do dojechania do Kalkuty. Będzie to opowieść drogi, która zaczyna się w Attari, poprzez Amritsar i Delhi aż do Kalkuty.

Po pełnym niespodzianek Pakistanie wróciliśmy do przejścia granicznego w Attari. Znowu była dostawa cebuli i znowu setki brodatych Hindusów dźwigała wielkie worki na głowach. Gdy już oficjalnie byłem w Indiach, ten sam właściciel knajpy co poprzednio zaczął mnie namawiać na posiłek lecz miałem już dość jego specjałów a poza tym zależało mi na czasie. To były już niestety ostatnie dwa dni Moniki i musiałem ją dostarczyć na lotnisko w Delhi następnego dnia. Z granicy wzięliśmy taksówkę do Amritsar aby odebrać bagaże z hostelu i aby wykąpać się, przepakować oraz coś zjeść. Musiałem też kupić bilet co było bardzo trudne gdyż wszyscy chcieli na nas zbić fortunę. Wszystkie bilety pociągowe były wyprzedane dlatego w wielkim popłochu, biegając po firmach autobusowych udało mi się kupić ostatnie dwa miejsca. Cieszyłem się, że udało mi się bo to znaczyło, że Monika nie przegapi lotu. Jednak ona sama potrafiła wtedy tylko siedzieć z założonymi rękami zamiast działać. Wstąpiliśmy jeszcze na chwilę aby ostatni raz zobaczyć Złotą Świątynię a potem szybko musieliśmy opuścić Amritsar. Pamiętam, że jadąc rykszą rowerową do autobusu, jechaliśmy pod górę a Monika z bagażami siedziała na rykszy podczas gdy ja z rykszarzem pchaliśmy jaśnie panią do przodu. Monika była wtedy zmartwiona, że może nie zdążyć na lot ale udało mi się ją rozbawić i dotrzeć do autobusu na czas. Jechaliśmy autobusem całą noc po dziurawych indyjskich drogach i byliśmy w Delhi na siódmą rano. Autobus zaparkował w Starym Delhi dlatego jeszcze raz zobaczyliśmy Fort i Jama Masjid. Monika mnie jednak poganiała gdyż nie mieliśmy czasu a na lotnisko było dość daleko. Dopiłem więc swoją czaj i od razu wziąłem autorykszę a potem ze wszystkimi bagażami pojechaliśmy na lotnisko. Był spory korek lecz zdążyliśmy około pół godziny przed zamknięciem bramki. Ponieważ nie pozwolono mi wejść na lotnisko Monika poszła sama oddać bagaż a potem do mnie wróciła. Żegnaliśmy się przez chwilę i powiedziałem żeby już poszła w stronę samolotu. To był ostatni raz gdy ją widziałem i przez resztę wyprawy będę już sam, tak samo jak ją samotnie zaczynałem. Myślę, że jestem zadowolony a Monika powinna być szczęśliwa. Przeprowadziłem ją bezpiecznie przez Chiny, Tybet, Nepal, część Indii północnych i Pakistan. Przez kraje, które są piękne i bardzo egzotyczne ale także niestabilne i kobieta ryzykowałaby podróżując tu samotnie. Wszystko organizowałem i bardzo o nią dbałem a także zobaczyła o wiele więcej niż planowałem na początku. Były miejsca, w których było jej bardzo ciężko a od jakiegoś czasu codziennie narzekała. Cieszę się, że poleciała do Londynu gdzie będzie mogła odpocząć z daleka od ubogich krajów rozwijających się, tym bardziej że narzuciłem dość szybkie tempo.

Z lotniska wróciłem publicznym autobusem i zamieszkałem w tym samym hotelu co wcześniej. Moim planem było spędzenie tam tylko jednej nocy gdyż śpieszyło mi się do Kalkuty ale niestety nie było już miejsc w pociągu. Kupiłem więc bilet na następny dzień aby w końcu dostać się na drugi koniec Indii. Przez prawie dwa dni w Delhi nie zwiedzałem. Odespałem tylko stracone noce i doprowadziłem się do porządku, także poprałem, czytałem i znowu spałem. Pochodziłem też po Paharganj i pijąc czaj w lokalnej knajpie planowałem dalszą część wyprawy. Zostało mi jeszcze okrążenie Indii a czas miałem ograniczony. Chciałem dobrze wykorzystać moje ostatnie dni w Delhi dlatego poszedłem do Rządowych Emporiów czyli do luksusowych sklepów z indyjską sztuką. Znajdowały się one niedaleko Paharganj i były to najczęściej kilkupiętrowe domy „obciekające bogactwem”. W środku znajdowały się najpiękniejsze dywany, rzeźby, biżuteria, obrazy, malowidła na marmurowych kaflach i wiele innych pięknych rzeczy. Niestety ceny były bardzo wygórowane i dlatego nic nie kupiłem. Wszystkie salony były także bogato urządzone a sprzedawcy bardzo starali mi się coś sprzedać. Nie wiedzieli jednak, że rozmawiali z bardzo oszczędnym turystą. Poszedłem też na sławny bazar uliczny na Connaught Square gdzie były podobne rzeczy lecz o wiele tańsze. To było właśnie miejsce w moim stylu gdyż uwielbiam sztukę a przy tym jestem bardzo tani. Tak czy inaczej Emporia i Connaught Square były moimi ostatnimi doświadczeniem w Delhi. Te dwa dni były czasem wytchnienia, których ja i Monika tak bardzo potrzebowaliśmy ale których nie było nam dane mieć. Przedostatniego dnia roku wsiadłem do pociągu o 7.30 rano i tym razem nie musiałem pędzić. Pociąg nie należał oczywiście do luksusowych ale było dość miło dlatego, że mogłem znowu odpocząć. Zabawiali mnie też muzułmanie, którzy modlili się pięć razy dziennie na głos, klękali dotykając czołami podłogi a potem śpiewali głośno wersety z koranu. Przeprowadziłem z nimi długą konwersację na temat islamu oraz moich podróży lecz nie znaleźliśmy większego porozumienia. Starali się mnie także nakłonić abym przeszedł na islam lecz nie skorzystałem z tej kuszącej oferty. Następnego dnia już o 6.30 rano muzułmanie zaczęli swój koncert. Śpiewali na całe gardła swoje modlitwy lecz i tak nie przeszkodziło mi to we śnie. W końcu po 25 godzinach i jednym kwadransie pociąg dojechał do Kalkuty a ja musiałem się obudzić. Na koniec jeszcze muzułmanie zaczęli mnie ściskać i mówić jak miło było mnie poznać, a potem zaczęła się moja nowa przygoda w Kalkucie………

Zachodni Bengal

Kalkuta

(Reportaż ten zawiera tragiczne opisy „domu umierających” Matki Teresy z Kalkuty i opisuje nędzę ponad wyobrażenia)

Kalkuta jest byłą stolicą i odgrywała ogromną rolę w historii Brytyjskich Indii. Brytyjczycy zbudowali tu mini Londyn z katedrami, ogrodami i kościołami nad brzegiem rzeki. Kalkuta jest stolicą stanu Zachodni Bengal i mieszka tutaj ponad 13 milionów ludzi a głównym językiem jest bengalski oraz język narodowy hindi. Gdy wzrosła determinacja odzyskania niepodległości, Brytyjczycy byli zmuszeni przenieść stolicę Indii do Delhi w 1912 roku. Dziś Kalkuta kojarzy się najczęściej z cierpieniem, gdyż tak to miasto jest stylowane zwłaszcza przez zachodnie media. Tutaj przez większość swojego życia pracowała słynna Matka Teresa z Kalkuty, która pomagała najuboższym. Kalkuta nie jest jednak tylko miastem cierpiących. Ma ono do zaoferowania piękne zabytki pozostawione po kolonizacji brytyjskiej, ogrody, świątynie i życie towarzyskie-choć ja tak tego nie odebrałem. Prawdą jest, że w Kalkucie jest bardzo dużo kalekich nędzarzy, żyjących na ulicach i czekających na śmierć. Jest tutaj także proceder pedofilii i wypożyczania dzieci ze slamsów do żebrania na ulicach i do prostytucji. Nie znaczy to, że tak wygląda całe miasto lecz nędze (jak wszędzie w Indiach) widać tutaj na każdym kroku.

Po wyjściu z dworca od razu wiedziałem, że Kalkuta będzie jedyna w swym rodzaju. Zobaczyłem ogromny tłok i kolejkę żółtych taksówek oraz wielki syf. Nawet powietrze wydawało się szare z brudu. Po wytargowaniu ceny za taksówkę pojechałem na Sudder Street czyli ulicy tanich hoteli gdzie jest dużo turystów. Po drodze mijałem między innymi długi na 450 metrów most Howrah, który jest także najruchliwszym mostem na świecie. Moja żółta taksówka zawiozła mnie wprost na Sudder Street, pełnym tanich hoteli, knajp różnego rodzaju i kantorów. Tym razem wziąłem bajecznie tani pokój, w którym było aż piętnaście łóżek i jedna toaleta z zimna wodą a cała reszta też była bardzo tania. Po zakwaterowaniu się nie mogłem zacząć organizować swojej dalszej podróży gdyż był Sylwester a potem Nowy Rok. Poszedłem więc coś zjeść do taniej knajpy gdzie jedzenie było dobre lecz kelnerzy trochę chamscy a kuchnia nawet mnie przeraziła. Kucharze mieli na koszulach plamy chyba wszystkich potraw, cuchnęli potem, stali na bosaka w błocie i pluli a ściany nie widziały farby od wieków. Po uroczym śniadaniu poszedłem zwiedzać i najpierw poszedłem do wielkiego pałacu zbudowanego na cześć królowej Victorii, byłej cesarzowej Indii. Pałac był przekształcony w muzeum i leżał w wielkim ogrodzie. W środku było wiele pomników i rzeźb Brytyjczyków, którzy odgrywali ważną rolę w historii Indii a zaraz przy wejściu był wielki pomnik królowej Victorii. Pałac był wielki i imponujący lecz nie to dało mi do myślenia. Brytyjczycy byli najeźdźcą w Indiach i odebrali Hindusom ich niepodległość lecz do dnia dzisiejszego stoi wielki pomnik królowej Victorii a pałac jest nazwany jej imieniem. Dla porównania, nie chciałbym aby w Warszawie postawiono pomnik Stalina. Obiekt był ciekawy, imponująco zbudowany i na pewno wart obejrzenia. Był cały biały i pokryty wysoką kopułą. Spędziłem tu miło czas chodząc po ogrodzie i pałacu a ludzie szukali ze mną kontaktu życząc mi szczęśliwego nowego roku. Jak na razie Kalkuta podobała mi się choć jak zwykle był to ogromny kontrast między biedą a pięknem pałacu Victorii.

Po drodze wstąpiłem też do Edenu czyli do ładnego ogrodu z jeziorem, w którym znajdowała się pagoda z Birmy, przywieziona do Kalkuty w 1856 roku. Spędziłem tu około pół godziny lecz parku tego nie zaliczyłbym do historycznego miejsca. Jest to raczej zaciszny i czysty, zielony kąt w ruchliwej i brudnej Kalkucie.

Stamtąd pojechałem metrem aby zobaczyć kolejny obiekt. Samo metro było bardzo stare i wyglądało biednie lecz zawiozło mnie gdzie chciałem. Po wyjściu ze stacji i przejściu kilku odrapanych ulic dotarłem do Pałacu Marmurowego. Do końca nie byłem pewien czy uda mi się tam wejść gdyż wymagane są zezwolenia od Bengalskiego Centrum Turystycznego. Dałem jednak kilka rupii strażnikowi i zostałem wpuszczony do środka. Sam pałac był bardzo zapuszczony lecz ogród był ładny a co najważniejsze, w ogrodzie było małe zoo gdzie znajdowały się różne gatunki papug oraz ssaków kopytnych. Niestety nie wpuszczono mnie do środka gdyż było już trochę za późno. Teren Pałacu Marmurowego był ładnym miejscem do odpoczynku ale nie zaliczyłbym go do specjalnych atrakcji.

Jeden z pacjentów w Domu Umierających Matki Teresy w Kalkucie.

Bardzo łatwo mi się porusza po Kalkucie gdyż jest szybkie metro. Nie jest tak ładne i nowe jak to w Delhi ale spełnia swoje funkcje. Bardzo dobrym środkiem transportu są też żółte taksówki. Tak jak w Nowym Jorku, tylko że te mają po 30 lub więcej lat. Nawet jeśli nie musimy nigdzie jechać, myślę że wielką atrakcją jest przejażdżka taką zwariowaną taksówką i plującym za okno kierowcą, gdyż ruch uliczny nie bierze tu jeńców. Taksówka mknie po ulicach Kalkuty nie zawsze zważając na światła ani przechodniów a mój kierowca na przykład, nie zawsze patrzył na drogę. Najbardziej tragicznym rodzajem transportu w Kalkucie są jednak ryksze napędzane siłą człowieka. Ryksze te wyglądają jak pługi z siedzeniami z tyłu, które ciągnie bardzo chudy, najczęściej stary i bosy rykszarz. Wszyscy oni są bardzo biedni i bardzo wychudzeni gdyż nie stać ich na dobre jedzenie, ubranie i często na buty co jest bardzo smutne. W Indiach starzy ludzie nie mają emerytury a wielu pracuje bardzo ciężko aż do śmierci lub gnije na ulicach.

Moim zamiarem w tym mieście było także zdobycie wizy do Bangladeszu lecz z powodu nowego roku wszystko opóźniło się. Kalkuta jest miastem gdzie pomimo hałasu i brudu można wypocząć. Jest dużo barów gdzie sprzedawane są soki i lassi (jogurty owocowe), można zjeść owoce na talerzach z liści i napić się soku z trzciny cukrowej (dokładnie opisałem w moim reportażu o Kambodży). Jednak za każdym razem widać wszechobecną nędzę. W miejscu gdzie mieszkam jest luksusowy hotel a zaraz przed nim śpią żebracy z twarzami na ziemi, wyciągającymi ręce po drobne. Niektórzy śpią pod ceratą podpartą patykami. Ci którzy nie mają nawet tego, śpią na ziemi i jedzą od czasu do czasu. Jest też wiele kalek wszelkiego rodzaju. Ostatnio w pociagu widziałem “człowieka pająka”, gdyż miał bezwładne nogi oraz biodra wyłamane do tyłu, tak że kolana miał pod uszami. Przemieszczał się szorując tyłkiem po ziemi.

Po pierwszej części zwiedzania pojechałem na stację Kaligat, do słynnej świątyni na cześć bogini Kali. Kali według legendy była pierwszą żoną Shivy i jest między innymi boginią śmierci. Sama świątynia była świątynią syfu, ludzi pchających się bez żadnej ogłady i rzucających kwiaty na paskudną figurkę Kali. Dla nich jest to święte miejsce gdzie przychodzą głównie nędzarze. Wokół jest oczywiście bazar gdzie sprzedawane są portrety Kali i całej reszty świętych oraz wyrabiane są “święte” słodycze. Miło mi się zrobiło gdy ci biedni ludzie sprzedający słodycze poczęstowali mnie „świętym” cukierkiem. Widać, że widok białego człowieka sprawia im radość tak samo jak mi sprawia radość bycie w ich otoczeniu. Kaligat i sama świątynia Kali to zdecydowanie szalone miejsce, które dla samego doświadczenia warto odwiedzić. Oczywiście przed wejściem są kapłani naciągacze, którzy chcą wszędzie prowadzić i wszystko wytłumaczyć za napiwek -“bakszysz”. Świątynia Kali była bardzo dobrym doświadczeniem, lecz ciekawa była także Nimal Hriday czyli dom umierających Matki Teresy. Wszedłem do środka i zobaczyłem ubogich, kalekich ludzi, którzy mieli gdzie się schronić lub gdzie umrzeć. Zobaczyłem też wiele portretów Matki Teresy oraz zdjęć na których była z papieżem Janem Pawłem II. Całe miejsce było bardzo tragiczne a rzeczy, które widziałem były tylko wstępem do tego co miałem zobaczyć później. Zapytałem jedną z sióstr czy mogę dla nich pracować jako wolontariusz dopóki nie wyjadę z Kalkuty na co ona powiedziała, że muszę się zarejestrować w Domu Matki. Podziękowałem i wyszedłem z zamiarem podjęcia tej pracy. Było już późno i wróciłem do hotelu. Miałem czas na swoje przemyślenia po pierwszym dniu fascynujących doświadczeń przy paru napojach bananowych.

Następnego dnia zatrudniłem rykszarza aby zawiózł mnie na rejestrację do Domu Matki. Mam tu na myśli, że człowiek którego nie było nawet stać na buty posadził mnie na swojej rykszy, po czym chwycił ją za dwa długie bale i pobiegł w ten sposób dwa kilometry. Dla mnie był to bardzo niecodzienny i tragiczny widok choć w Kalkucie jest to na porządku dziennym. Po drodze widziałem wielu takich; starych, chudych i bosych, szybko ciągnących swoje ryksze walcząc w ten sposób o przeżycie. Po drodze widziałem smutny realizm tego miasta czyli brudne i zaniedbane ulice oraz ich niezliczonych nędzarzy. Ludzie żyją tu w harmonii gdyż koło siebie był mosk i świątynia hinduistyczna podczas gdy obok było wysypisko śmieci, którym delektowały się święte krowy. Wystarczy tylko dziesięć minut jazdy taką rykszą po ulicach Kalkuty aby zdać sobie sprawę jakie to wielkie szczęście, że jestem Polakiem. Mój rykszarz dociągnął mnie do samego celu po czym dałem mu 50 rupii a on był szczęśliwy. Zwiedziłem cały Dom Matki gdzie był grób Matki Teresy oraz muzeum jej poświęcone. Tutaj także było wiele zdjęć z polskim papieżem oraz innych gdy pomagała biednym. Nie było tu umierających ludzi choć dom ten na swój sposób był bardzo smutny. W Kalkucie jest wiele domów Matki Teresy gdzie siostry opiekują się bezdomnymi, kalekimi, bardzo często też dziećmi. Jako ciekawostkę mogę dodać, że Matka Teresa wcale nie urodziła się w Kalkucie lecz tam pojechała i została. Urodziła się w 1910 roku w Albanii, w mieście Skopje w dzisiejszej Macedonii. Okazało się, że było bardzo dużo młodych ludzi z całego świata w różnym wieku, którzy pragnęli zaoferować swoją pomoc w służbie tym, którzy nie mieli tyle szczęścia co oni. Byli ze mną ludzie z USA, Korei, wielu z Włoch, Australii i Niemiec oraz znowu tylko jeden z Polski. Tego samego dnia pochodziłem po mieście aby lepiej je poznać. Raz na przykład gdy byłem na boisku, widziałem że dzieci i starsi grali w krykieta. Jednak gdy zaprosili mnie do gry, nie trwała ona długo gdyż wszyscy zaczęli żebrać o pieniądze. Zobaczyłem wtedy, że choć dzieci te nie były żebrakami na co dzień, wszyscy byli oportunistami i żebrali gdy mieli okazję. Tak samo było w krajach Azji Płd-Wsch i bez znaczenia było czy była to Kambodża czy Sumatra. Musiałem szybko opuścić boisko gdyż zbierał się tłum wyciągniętych rąk.

Wieczorem poszedłem do parku Millenium lecz znowu byłem zawiedziony. Miejsce samo w sobie było nawet ciekawe lecz zapomniałem, że w Kalkucie żyje ponad 13mln ludzi. Park był tak przeludniony, że nie dało się swobodnie przejść. Oferowane były rejsy łodzią po rzece lecz gdy zobaczyłem tą paskudną łódź oraz brzeg pełen śmieci, pomyślałem że tylko się przespaceruję. Najlepsza była jednak brama do samego parku. Otóż przed wejściem były tory kolejowe gdzie normalnie kursowały pociągi i choć szlabany były opuszczone, ludzie i tak się pchali. Między innymi stąd tyle amputacji, które ciągle widać na ulicach i wcześniej w domu umierających Matki Teresy. Tutaj także nie pozostawałem niezauważony gdyż ludzie chcieli sobie ze mną robić zdjęcia. Kolejnego dnia poszedłem do konsulatu Bangladeszu lecz było muzułmańskie święto i powiedziano mi aby przyjść następnego dnia. Byłem zawiedziony gdyż chciałem już jechać w nowe miejsce ale nie mogłem na to niestety nic poradzić. W drodze do hotelu wstąpiłem jeszcze na sławny w Kalkucie Cmentarz Park Street gdzie okazałe groby pochodzą nawet z końca XVII w. Jest to bardzo zabytkowe miejsce na którym są pochowani ludzie mający bezpośredni wpływ na kolonizację Indii. Wiele pomników miało bardzo masywny, ciekawy kształt co wprowadzało w specyficzny nastrój. Myślę, że jest to cmentarz bardzo dobrze świadczący o kolonialnej przeszłości Indii. Chciałem aby mi ktoś tutaj zrobił zdjęcie lecz zajęło mi to dużo czasu bez lepszego efektu. Większość z tych ludzi nigdy nawet nie miała aparatu w rękach i nie wiedziała jak działa. Po powrocie do mojego obskórnego hotelu i po krótkiej drzemce poszedłem do „domu umierających” Matki Teresy. Było to wstrząsające przeżycie. Opiekowałem się ludźmi, którzy byli umierający, kalecy i nie mieli nic, nawet własnego ubrania. Niektórych karmiłem gdyż sami nie byli w stanie, innym dawałem wodę a inni rzucali się na ciastka. Najgorsze jest jednak to, że wszystkie te tragedie byłyby do uniknięcia gdyby ludzie ci nie urodzili się w Indiach. Jeden człowiek na przykład miał kłótnię z rodziną, więc oblali mu twarz benzyną i podpalili. Inny miał amputowane stopy gdyż przejechał po nich pociąg. Stopy były do uratowania gdyby miał pieniądze lecz on żył na ulicy. Gdyby miał dostęp do opieki lekarskiej wróciłby do zdrowia lecz on zawiązał je tylko w brudną ścierkę. Następnie pojawiła się zaraza i stopy trzeba było amputować. Przedtem nie zdawałem sobie sprawy, że ciało ludzkie może być w tak strasznym stanie. Jeden człowiek był sparaliżowany i przez miesiące leżał na tym samym boku. Przez to skóra nie miała dostępu do tlenu i porobiły się tak straszne odparzenia, że pielęgniarka przy mnie zdejmowała mu ją skalpelem aby mogła urosnąć nowa. Fizycznie jest to lekka praca lecz mentalnie jest to wstrząsające doświadczenie. Nie mogłem robić zdjęć ale nawet mi nie wypadało. Robiłem co mogłem aby pomóc. Karmiłem niewidomego człowieka, który nie mógł się już sam ruszyć i tylko otwierał usta gdy czuł, że nadchodzi jedzenie. Teraz już wiem dlaczego dom ten nazywa się domem umierających. Tutaj nie chodzi o to aby kogoś uratować bo na to już nie ma szans. Głównym celem jest zapewnienie ludziom jakichkolwiek warunków przed śmiercią. Tylko podczas mojej zmiany zmarły dwie osoby!

Po pracy poszedłem do kaplicy porozmawiać z innymi wolontariuszami. Napiliśmy się herbaty i wyszedłem z umysłem pełnym nowych doświadczeń. Inaczej jest gdy widzę tych ludzi na ulicy a inaczej gdy jestem w szpitalu gdzie są niedołężni i co chwilę umierają. Pomyślałem, że jeśli będę mógł, przyjdę tu jeszcze przed wyjazdem. Nazajutrz poszedłem do konsulatu Republiki Ludowej Bangladeszu aby nareszcie złożyć podanie o wizę i odebrać ją następnego dnia. Kosztowało mnie to tylko 10 funtów lecz Amerykanie płacą jak zwykle najwięcej. Ta wiza kosztuje ich aż 60 funtów.

Następnego dnia po południu poszedłem do pracy do “domu umierających”. Tym razem zaczęło się jeszcze dramatyczniej niż poprzednio. Najpierw pomogłem zbijać trumnę z trupem w środku a potem pomogłem ją wynosić. Następnie karmiłem tych, którzy sami nie byli w stanie jeść i nalewałem im wody oraz podawałem proszki. Pracy było dużo gdyż gdy opiekowałem się jednym niedołęgą, drugi szarpał mnie z tyłu za spodnie bo też czegoś chciał. Dałem wszystkim jedzenie i zrobiłem wszystko co było w mojej mocy lecz tutaj nigdy nie można zrobić wystarczająco. Zorientowałem się też, że nie było już człowieka, którego karmiłem wczoraj dlatego, że dziś to właśnie jego trumnę zbijałem a potem wynosiłem na zewnątrz. Miałem wtedy chwilę zwątpienia dlaczego to robię skoro i tak przez cały czas ktoś umiera. Jednego dnia o nich dbam i usługuję a drugiego odwiedzam ich w pokoju zmarłych. Dla mnie nie jest to tylko “dom umierających” ale także “dom żywych trupów” gdyż tak wygląda tutaj wielu ludzi. Dzisiaj byłem świadkiem jak bardzo ci ludzie są sparaliżowani, niedołężni oraz też nieświadomi niczego i chorzy psychicznie. Wielu z nich nie wiedziało dlaczego muszą brać proszki. Widziałem dziś człowieka, który miał otwartą ranę na stopie lecz nie leczył tego. Żył na ulicy gdzie owinął ranę plastikową torbą a po dwóch miesiącach tak rozprzestrzeniła się zaraza, że robaki zjadały mu żywcem nogę. Dzisiaj wolontariusze odkryli, że nie miał już połowy stopy i dlatego pęsetą wyciągali mu martwe mięso z robakami. Ja też się przyłączyłem lecz po krótkim czasie dokopałem się do kości i muszę przyznać, że wyciąganie martwego mięsa z cudzej stopy było najohydniejszą rzeczą jaką do tej pory robiłem, choć podróżując od tak dawna widziałem już wielkie plugastwa. Takie i inne, głupio powstałe dramaty są tutaj na porządku dziennym. Nie da się tego powstrzymać gdyż w świecie w którym jestem teraz nie ma pomocy społecznej. Ci ludzie nie mają warunków do życia, edukacji, opieki medycznej i socjalnej. Mówię teraz o całym subkontynencie a ten szpital jest tylko pokazem tego jak na prawdę tutaj jest. Na koniec zrobiłem sobie jednak kilka zdjęć z pacjentami ale tylko z tymi, którzy byli w stanie się podnieść. Podziękowałem siostrom za współpracę i opuściłem “dom umierających”. Czułem, że zrobiłem coś dobrego i, że dopełniłem jednego z planów mojej wyprawy. Myślę, że każdy dzień pracy w tym miejscu nauczył mnie pokory oraz szacunku do wszystkiego co mnie otacza. Dobrze też, że byłem to w stanie znieść gdyż wielu psychicznie nie dało rady. Po skończeniu pracy pojechałem metrem do hotelu, poczytałem i zająłem się sobą przy kolejnym napoju bananowym.

Na herbacie w Kalkucie.

Następnego dnia z radością poszedłem odebrać moją wizę do Bangladeszu i jak przewidywałem, nie mogłem spodziewać się cudów po tym skrajnie biednym kraju. Wizę dostałem dokładnie tylko na okres do 10 dni gdyż o taką poprosiłem a wiza była w formie pieczątki na całą stronę a nie ładnej naklejki. (Nie to co w Laosie-kraj biedny lecz wiza super!) Konsulat Bangladeszu też wyglądał jak gmach przeznaczony do zburzenia lub stare więzienie z kratami zamiast okien. Po opuszczeniu tego miejsca poszedłem jeszcze na indyjską herbatę czaj i lokalne słodkie przysmaki przy drodze oraz do Katedry Św. Pawła. Katedra była pozostałością po europejskim kolonialiźmie. Została ona zbudowana w pierwszej połowie XIX w a w środku znajdowało się wiele rzeźb oraz pięknych witraży. Przebudowywano ją jeszcze kilka razy po kilku trzęsieniach ziemi. Katedra ta była typową chrześcijańską świątynią, wysoką z wielkimi oknami i cała biała. Obok katedry znajdowało się planetarium lecz niestety nie udało mi się wejść gdyż akurat było zamknięte.

Zauważyłem, że na ulicy gdzie obecnie mieszkam, zawsze wszyscy są dla mnie mili. Nawet obdarci handlarze narkotyków dolewają mi herbaty gdy kupuję ją od ulicznych sprzedawców. Widać po tym, że być może “każdy jest człowiekiem” i że każdy chce jakoś zarobić. Tego samego wieczora kupiłem jeszcze walutę Bangladeszu i zająłem się sobą.

To był mój ostatni wieczór w Kalkucie, który spędziłem na Sudder Street w otoczeniu biedaków wszelkiego pokroju. Spędziłem tu także Sylwestra lecz mimo, że byli ludzie dookoła czułem się samotnie. Był to bardzo smutny koniec roku gdyż byłem otoczony głównie sprzedawcami czaj i rykszarzami oraz sprzedawcami smażonego ryżu.

Kalkutę będę zawsze wspominał jako miasto cierpiących i miasto nędzarzy. Pobyt w tym mieście jest niesamowitym doświadczeniem gdyż otwiera oczy na wiele tragicznych rzeczy. Spędziłem tu wiele ciekawych chwil i zobaczyłem kilka interesujących budowli lecz zdecydowanie najciekawsza była obserwacja miasta i jego ludzi. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że do Kalkuty będzie mi dane wkrótce wrócić jeszcze dwa razy i doświadczyć nowych wrażeń.

 Droga do Bangladeszu

Następnego dnia wcześnie rano nareszcie opuściłem Kalkutę i całe szczęście gdyż w moim materacu zalęgły się mrówki. Mogłem dostać się do Daki (stolicy Bangladeszu) zorganizowanym autobusem lepszej klasy lecz wybrałem śmiesznie tani, lokalny transport i miałem nadzieję, że nie będę tego żałował. Pojechałem na jedną z trzech stacji kolejowych i wziąłem pociąg do granicy. Pociąg oczywiście spóźnił się ale gdy już przyjechał, wtedy bez przeszkód zmierzałem w stronę Bangladeszu. Pociąg wyglądał jak długa cela więzienna z kratami w oknach oraz wieloma sprzedawcami rzeczy raczej zbytecznych. Dobrze też, że udało mi się usiąść bo tłok był straszny. Po jakimś czasie zamyśliłem się tak bardzo, że nie dotarło do mnie, że byłem już na ostatniej stacji i, że za chwilę pociąg będzie wracał do Kalkuty. Nie zdając sobie z tego sprawy, zapytałem kogoś z boku czy to już jest moja stacja, lecz wtedy już było za późno gdyż pociąg jechał w drogę powrotną. Nie zważając na to, wyrzuciłem swoją wielką walizkę za drzwi a potem sam wyskoczyłem z pędzącego pociągu i wylądowałem szczęśliwie. Ludzie na peronie bili mi brawa gdyż byłem wielką atrakcją. W końcu pierwszy raz widzieli jak biały wyskakuje z jadącego pociągu. Wstałem z ziemi (i musiałem robić to szybko bo jechał następny pociąg) a następnie po torach wyszedłem ze stacji aby złapać rykszę do granicy. Wziąłem rykszę rowerową, która prowadziła mnie przez drogę pięknych palm oraz osad ludzkich z ich bambusowymi i glinianymi domkami. Po drodze zauważyłem też, że wszędzie były plakaty “zastopuj aids, używaj prezerwatyw”. Widocznie rząd indyjski coś w tej sprawie robi. Mknąłem moją rykszą przez palmy i jeziora i obserwowałem uroczy krajobraz. Po obu stronach drogi rosły drzewa bananowe i stały małe baraki z herbatą czaj. Był to niczym nie zmącony spokój jakiego szukałem a jazda rykszą do granicy była jedną z przyjemniejszych jakie odbyłem. Po około pół godziny jazdy dotarłem na miejsce. Był tam wielki tłum wyglądający na demonstrację ale wszystko było w porządku. W porównaniu z granicą mongolsko-chińską, ta granica była jak przyjemny spacer. Strona indyjska szybko załatwiła moje sprawy imigracyjne a stamtąd poszedłem prosto do Bangladeszu…….

Podróż z Bangladeszu do Siliguri

Moje doświadczenia w Bangladeszu były bardzo pouczające lecz musiałem wrócić do Indii aby kontynuować moją podróż. Po przekroczeniu granicy z Indiami szybko załatwiłem formalności, zatrudniłem rykszarza rowerowego i pojechaliśmy w stronę pierwszej stacji kolejowej. Znowu jechałem tą samą drogą co poprzednio i znowu mogłem oglądać piękne widoki i te same obrazki z życia lokalnych ludzi. Gdy dotarłem na miejsce dowiedziałem się, że niestety najpierw muszę znowu pojechać do Kalkuty aby stamtąd dotrzeć na północ. Jazdy lokalnym pociągiem trwała aż 3,5 godziny z planowanych dwóch i była bardzo ciężka. Przez większość czasu musiałem stać a przy każdym przystanku ludzie robili rozróbę z powodu tłoku. Zdałem sobie wtedy sprawę jak bardzo życie w Indiach jest ciężkie. Ci ludzie muszą na co dzień walczyć o każdą najmniejszą rzecz. Muszą walczyć o to aby wejść do pociągu a potem aby z niego wyjść. Życie w Indiach jest twarde!

Po dotarciu na dworzec w Kalkucie zobaczyłem znany mi już syf i znane mi twarze. Dworcowe kible były zapchane po brzegi lecz to nie był dla nikogo problem gdyż wielu sikało na stacji w biały dzień. W kasach dowiedziałem się, że bilety do miejsca gdzie chciałem jechać zostały już zarezerwowane. Nie mogłem już jednak marnować więcej czasu i chciałem się już wydostać z Kalkuty. Na szczęście jedna miła pani w okienku załatwiła mi bilet i mogłem pojechać za około dwie godziny. To był czas gdy pokręciłem się po dworcowym bazarze i zjadłem śniadanie w miejscowej knajpie. Jak zwykle był niepowtarzalny syf lecz udało mi się nie zatruć. Myślę też, że podróżując po Indiach coraz bardziej zacząłem pasować do otoczenia gdyż także byłem już nie pierwszej świeżości a czyste skarpetki skończyły mi się w Bangladeszu. W pociągu dostałem swoje łóżko i nareszcie mogłem odpocząć po drogach w Bangladeszu i indyjskim, lokalnym pociagu. Transport w obydwu krajach dał mi niezły wycisk. W pociągu rozmawiałem z pasażerami i znowu coś przekąsiłem gdyż są one zawsze pełne sprzedawców. Rozebrałem się też do krótkich spodenek gdyż było tak gorąco, podczas gdy Hindusi byli ubrani jak na zimę gdyż u nich był to chłodny sezon. Jak się potem okazało robiło się coraz zimniej gdyż zmierzałem w na północ stanu Zachodni Bengal a był styczeń. W końcu po miłej lecz nieco chłodnej podróży dotarłem do Siliguri na około piątą rano.

Siliguri

W Siliguri nie znajduje się nic szczególnego oprócz bardzo dobrego miejsca do przesiadki. Miasteczko to leży na północy stanu Zachodni Bengal i jest bardzo dobrym miejscem wypadowym do wielu kierunków. Stąd jest tylko 10 godzin drogi do Kalkuty, cztery godziny do Chin oraz po trzy godziny do Wschodniego Nepalu, Sikkimu i północnego Bangladeszu. Po dojechaniu na miejsce kupiłem siedzenie w jeepie i pojechałem do Darjeeling czyli indyjskiej stolicy herbaty u progu Himalajów. Przez cały czas jechaliśmy pod górę po zmroku lecz na drodze i tak był ruch. Podczas jazdy ludzie doczepiali się jeepa i jechali w ten sposób przez jakiś czas. W czasie postoju była oczywiście przerwa na herbatę a raz rozegrałem też mecz w badmintona z dziećmi. W końcu po kilku godzinach dojechałem do Darjeeling gdy zaczęło wstawać słońce.

Ruch uliczny w Indiach.

Darjeeling i herbaciane pola

Do Darjeeling dotarłem wcześnie rano. Mój jeep zaparkował przy wieży zegarowej a stamtąd poszedłem w górę aby znaleźć dom gościnny i natrafiłem na bardzo tani pokój z widokiem na góry.

Darjeeling jest znanym miasteczkiem w Indiach przede wszystkim ze względu na pola herbaciane. Znajduje się tu piękna himalajska przyroda a biorąc pod uwagę położenie tego małego miasteczka, jest tutaj dużo Nepalczyków i uchodźców z Tybetu oraz świątyń przez nich pozostawionych. Zauważyłem, że za każdym razem gdy jestem w Himalajach powraca do mnie temat Tybetu lecz w Darjeeling chciałem się skoncentrować na czymś innym, tym bardziej że byłem już w samym Tybecie oraz we wcześniej opisywanym McLeod Ganj i Dharamsala. Darjeeling jest małym, przyjemnym miejscem gdzie można zjeść dobre pierogi momo, pochodzić po górach, pooglądać tybetańskie świątynie, przejechać się górską kolejką lub napić się herbaty „prosto z krzaka”. Samo miasteczko było świetnie przygotowane na przyjęcie turystów i przez to jest bardzo komercyjne. Jest tutaj zatrzęsienie sklepów i wszelkiego rodzaju biur podróży. Ja jak zwykle lubię wszystko organizować sam i dlatego chciałem zobaczyć Darjeeling na własną rękę i zobaczyć te rzeczy, które interesują mnie najbardziej. Najpierw poszedłem na pola herbaciane gdzie była także fabryka herbaty. Już wcześniej widziałem je w Bangladeszu, lecz te w Darjeeling sprawiały inne wrażenie gdyż klimat był o wiele zimniejszy. Człowiek, który tam pracował, wytłumaczył mi jak przebiega produkcja herbaty. Otóż najpierw koszą liście z samych wierzchołków gdyż tylko te się nadają. Potem kładą aż 400kg liści do specjalnych drewnianych pojemników i traktują je gorącym powietrzem, tak że zostaje tylko około 40% wilgotności. Potem przenoszą je na maszynę rolującą, która je zwija i sprawia, że są jeszcze suchsze gdyż zmieniają kolor na brązowy. Na samym końcu, przenoszą je do innych pojemników gdzie znowu włączają gorące powietrze, aż do uzyskania 100% suchości. Proces finalny to krojenie i nadawanie klas gdyż są trzy klasy herbaty. Po tej lekcji poszedłem do domu nieopodal gdzie przygotowano dla mnie herbatę tam właśnie wyprodukowaną. Była dobra lecz nie mogę powiedzieć aby była lepsza niż Earl Grey. Tak czy inaczej było to dla mnie bardzo pouczające doświadczenie. Tutaj miałem wiadomości teoretyczne i degustację a w Bangladeszu widziałem jak wygląda cały proces w praktyce. Mogłem tu także zobaczyć ludzi przy pracy a pomagając im trochę mogłem się przekonać jak ciężka jest to praca. Sama obecność tutaj i spacer po Himalajach pomiędzy krzakami herbaty był bardzo przyjemny. (Jestem pewien, że temat herbaty do mnie jeszcze powróci gdy będę podróżował po Indiach i Sri Lance) Następnie idąc przez ruchliwe i brudne miasteczko wstąpiłem na lokalny bazar aby zjeść pyszne pierożki momo. Dodam, że są to pierożki tybetańskie z warzywami oraz dużą ilością ostrego sosu i imbiru. Usiadłem na strychu w drewnianej chatce a kobieta podawała gorące pierożki i oczywiście herbatę rwaną z krzaków obok. Oprócz pysznego posiłku najpiękniejsza była tu prostota i prawdziwość tego miejsca. Zawsze jeśli mogę staram się przebywać w miejscach nieturystycznych aby mieć jak najprawdziwsze doświadczenia z danego terenu.

Następnie udałem się wyżej w góry aby po przejściu osiedli domków zbudowanych na górach dostać się do zoo. Nie było to byle jakie zoo gdyż przedstawiało życie fauny himalajskiej i dlatego znajdowały się tam zwierzęta tylko z tych terenów. Zoo było ładnie położone na nierównej powierzchni, tak że trzeba było się przez cały wspinać aby zobaczyć zwierzęta. Tak na prawdę poszedłem tam aby zobaczyć trzy gatunki : leoparda śnieżnego (irbisa), leoparda zachmurzonego oraz narodowego ptaka Nepalu, choć było też wiele innych ciekawych gatunków tylko z Himalajów. Zoo to ma kilka par irbisów i innych rzadkich gatunków. Zwłaszcza liczebność irbisów bardzo spadła gdyż na gatunek ten polowano ze względu na ich piękne futra. W tym zoo choć były one za kratami, miały optymalne warunki i były przynajmniej we właściwym klimacie. Sprawiały wrażenie zadbanych. Myślę, że najlepszy kontakt nawiązałem z papugami, które pozwalały się dotykać agwarki powtarzały wygwizdane przeze mnie melodie. Całe zoo zaliczam jak do tej pory do jednego z lepszych. Przy wejściu chcieliabym zapłacił 10 razy więcej niż Hindusi lecz znowu udało mi się wejść za darmo.

Następnie poszedłem do muzeum historii naturalnej i także znajdowały się tam tylko gatunki himalajskie. Jednak muzeum tego typu traktuję jak muzeum śmierci gdyż wolę żywe zwierzęta. Prze resztę dnia po prostu cieszyłem się otoczeniem. Spacerowałem po herbacianych górach w Darjeeling, myślałem o dalszej podróży i oddychałem czystym himalajskim powietrzem, co jakiś czas jedząc pierożki momo. Wieczorem chciałem też użyć internetu lecz udało mi się tylko przez pięć minut gdyż była przerwa w dostawie elektryczności i widać było, że wszyscy już się do tego przyzwyczaili. Na szczęście miałem latarkę. Następnego dnia wszedłem na wyższą partię miasteczka gdzie oprócz sklepów zapchanych towarem był ładny widok na Himalaje. Cała ulica i bazar Chowk są bardzo dobrym miejscem na kupienie między innymi tybetańskich dywanów, biżuterii, rzeźb i innych pamiątek. W pracowniach tybetańskich widziałem na przykład, jak były wyrabiane ręcznie tkane dywany oraz inne piękne pamiątki. Tybetańczycy chętnie zapraszają do środka i są bardzo mili co sprawia, że jest sporo pieniędzy do wydania. Jest tu zawsze gwarno i ciekawie a himalajskie powietrze pobudza do życia. Była też mała stadnina koni i oczywiście pierożki momo. Będąc na dole miasta chciałem przejechać się zabawkową kolejką parową lecz niestety wszystkie bilety były wykupione. Zobaczyłem jednak kilka interesujących buddyjskich świątyń, których w Darjeeling jest dużo ze względu na tybetańską obecność. Wyglądały one dla mnie znajomo gdyż jedne były typowo tybetańskie a drugie miały wygląd nepalski. Byłem w obu tych krajach. Jedną z nich była Bhutia Busty Gompa, która służyła na początku jako obserwatorium a została przebudowana z XIX wieku. Wszystkie świątynie w Darjeeling lub raczej Ghoom były barwne i interesujące lecz po zobaczeniu Lhasa i doliny Kathmandu nie robiły aż takiego wrażenia. Radziłbym więc najpierw przyjechać tutaj a dopiero potem pojechać do Tybetu i Nepalu.

Darjeeling będę zawsze wspominał jako miłą stację górską, która jest bardziej tybetańska i nepalska niż indyjska. Jest tutaj wiele rzeczy do robienia lecz ja przyjechałem dla pól herbacianych, interesującego zoo i pięknych gór. Pierożki momo natomiast doprawiły smaku czystemu, himalajskiemu powietrzu.

Jaigon

Następnego dnia rano opuściłem Darjeeling i pojechałem w prawie siedmiogodzinną drogę do Jaigon czyli miasteczka graniczącego z Bhutanem. W drodze wesołym, kolorowym autobusem zatrzymywałem się na pierożki momo a za oknem były tylko drzewa bananowe oraz herbaciane pola. Z tyłu ludzie śpiewali, jedli banany i rozmawiali ze mną. Koło mnie siedział Bhutańczyk, który powiedział mi dużo ciekawych rzeczy o jego kraju co sprawiło, że Bhutan stał się dla mnie jeszcze bardziej interesujący. Podczas jednego postoju zatrzymaliśmy się na obiad w knajpie, której właścicielami byli Tybetańczycy. Rozmawialiśmy oczywiście o Tybecie oraz moim pobycie tam. Opowiedziałem, że znam ich historię i wyrażam głębokie współczucie. Słuchali mnie przez cały czas i widać było, że to co mówiłem sprawiało im radość. Mówiłem, że dla mnie Tybet jest osobnym krajem, który został siłą przyłączony do Chin i mam nadzieję, że będzie kiedyś wolny. Byli tak szczęśliwi, że dali mi w prezencie kalendarz tybetański na rok 2007 i nie chcieli abym zapłacił za posiłek. Po paru godzinach dojechałem do Jaigon, zameldowałem się znowu w najtańszym hotelu i czekałem na moje przywitanie z Bhutanem.

Indyjski bóg Shiva.

Zdałem też sobie sprawę, że od jakiegoś czasu nie miałem już nawet czystych gaci i zacząłem delikatnie śmierdzieć. Myślę, że jak na warunki indyjskie wciąż byłem wielkim czyściochem lecz z Polski mogliby mnie za ten smród deportować. Problem w tym, że cały czas podróżuję i nie mam warunków na zrobienie prania a śpię zazwyczaj w najparszywszych dziurach. Na szczęście będąc w Jaigon zamówiłem kubeł gorącej wody (za opłatą oczywiście) i udało mi się doprowadzić do czystości.

W Jaigon nie ma pięknych świątyń ani niczego co mogłoby zachwycić. Jedynym budynkiem godnym uwagi jest sama granica/brama do Bhutanu, zbudowana w formie buddyjskiej monastery. Poza tym jest to wielki bazar z piaszczystą drogą a tam gdzie na drogach jest asfalt, jest więcej dziur niż w szwajcarskim serze.
Czułem, że nie mogłem już czekać i dlatego poszedłem do granicy z Bhutanem tego samego dnia wieczorem. Okazało się, że choć dotychczas mogłem przekroczyć granicę tego kraju bez wizy na jeden dzień, zasady zmieniły się gdyż król zmienił zdanie. Po długich i smutnych rozmowach, ludzie na granicy zlitowali się nade mną i wpuścili mnie nielegalnie na teren Bhutanu na całe pół godziny. (dokładnie o tym w moim reportażu o Bhutanie).

Następnego dnia bardzo zawiedziony i smutny lecz ciągle wierzący w siebie poszedłem do golibrody a następnie zamówiłem jeszcze jeden kubeł gorącej wody aby umyć się na zapas. Potem rykszą pojechałem na brudną stację autobusową gdzie najadłem się pierożkami momo na pocieszenie. Poprzez pola herbaciane wróciłem do Siliguri aby stamtąd wziąć pociąg na południe Indii.

Droga na południe Indii i walka o wejście do autobusu w Kalkucie

Po raz drugi w mojej podróżniczej karierze dostałem się do Siliguri czyli transportowej dziury w stanie Zachodni Bengal. Chciałem stąd pojechać na południe Indii lecz niestety bilety znowu zostały wyprzedane i nie mogłem jechać gdzie chciałem. Musiałem więc znowu wrócić do Kalkuty i miałem nadzieję, że tylko na pięć minut. W Siliguri zabrakło mi też pieniędzy dlatego musiałem pojechać do banku aby skasować czeki podróżne. Choć mój plan był napięty, tym razem natrafiłem na rykszarza rowerowego, który w ogóle się nie śpieszył. Na siedzeniu dla dwóch osób siedziały cztery i ich wielkie bagaże, także nie było zbyt wygodnie. W żółwim tempie rykszarz przejechał ze mną przez długą ulicę gdzie często staliśmy w korku a tumany kurzu unosiły się nad nami. W końcu skasowałem czeki a potem dotarłem na stację tak szybko, że miało się nie rozbiliśmy. Tym razem natrafiłem na rykszarza pirata drogowego i już po raz któryś z rzędu wpadam w Indiach z jednej skrajności w drugą. Po dotarciu na stację miałem jeszcze trochę czasu dlatego usiadłem w dworcowej knajpie i w spokoju zjadłem dobry, ciepły posiłek. Nareszcie poczułem się dobrze. Jeśli chodzi o moją podróż do Kalkuty to tym razem jechałem całą noc w klasie zwyczajnej czyli w zimnie i na drewnianych siedzeniach. Udało mi się jednak zasnąć na trochę i nie było tak źle jak myślałem. Rano dotarłem do Kalkuty i znowu zobaczyłem znany mi syf, tragarzy noszących ciężary większe od nich samych, oczywiście żebraków i ludzi śpiących na peronie. Moim planem było aby się stąd wydostać. Niestety biletów znowu nie było a pociąg i tak nie odjeżdżał z tej stacji na którą właśnie przyjechałem.

Ruch uliczny w Indiach.

Zjadłem więc coś w dworcowej mordowni i pojechałem do biura rezerwacji biletów dla obcokrajowców gdzie udało mi się kupić jedno łóżko na zbliżającą się noc. To rozwiązało mój problem lecz znaczyło, że i tak będę musiał spędzić cały dzień w Kalkucie. Mimo że chciałem się stąd wydostać, cieszyłem się, że los już trzeci raz zawraca mnie do tego wyjątkowego miasta. Chodziłem po okolicy, zjadłem sałatki owocowe na liściach bananowych i napiłem się soku z trzciny cukrowej. Spacerując po jednej z najbiedniejszych ulic miasta zauważyłem, że dzieci celowo zepsuły hydrant po to aby się umyć. Młodzi chłopcy biegali namydleni i w slipkach omijając ryksze skakali do wody. Mój ostatni dzień w Kalkucie mijał wesoło i spokojnie lecz do czasu. Pojechałem do centrum autobusem z poprzedniej epoki lecz tylko się zdenerwowałem. Okazało się, że w Kalkucie autobusy nie zatrzymują się na przystankach. O wejście do środka trzeba walczyć. Autobus tylko trochę zwalnia przed grupą ludzi a już ode mnie zależy czy wskoczę na czas. Dopiero za trzecim razem udało mi się wrzucić walizkę do środka i wbiec w nieprzyjazny tłum. Hurra!!! Udało mi się wskoczyć do jadącego autobusu. Może to brzmieć śmiesznie ale wejście do autobusu było jedyne w swym rodzaju gdyż było nie tylko stresujące ale i ryzykowne. Konduktorzy cały czas naganiali klientów do środka (plując zużytą tabaką) choć wskakiwali tylko ci najzwinniejsi. Wskakiwanie do autobusu w Kalkucie zajęło mi około 20 minut i myślę, że wymaga wcześniejszego treningu. Z drugiej jednak strony jest to interesujący rodzaj sportu, zwłaszcza jeśli wskakujący ma wielką walizkę.

Ranek miałem bardzo zajęty i nie był to jeszcze koniec moich przygód. Będąc szczęśliwym właścicielem biletu (też trzeba go wywalczyć) dotarłem na stację i oddałem bagaż do przechowalni. Chciałem pożegnać się z Kalkutą, która dla mnie w pewnym sensie też będzie “miastem cierpiących”. Jestem pewien, że z perspektywy czasu, mimo wszystko zawsze będę wspominał to szalone miasto dobrze choć nie był to jeszcze koniec. Wróciłem do miejsca gdzie mieszkałem poprzednio aby popisać reportaże i przejść się po bazarze niedaleko Sudder Street. Na pamiątkę kupiłem sobie dwie figurki, jedną Mahatmy Ghandiego a drugą Matki Teresy, która jest symbolem tego miasta. Następnie wskoczyłem do autobusu za pierwszym razem i wróciłem na stację. Na czas wsiadłem do pociągu i nareszcie opuściłem Kalkutę i stan Zachodni Bengal.

Orissa

Bhubaneswar

Około szóstej nad ranem, pociągiem z Kalkuty dojechałem do Bhubaneswar w stanie Orissa. Moim planem tutaj będzie zobaczenie tego miasta oraz Puri i Konark, o których opowiem potem. Nie zdążyłem jeszcze wysiąść ze stacji a kilku rykszarzy podbiegło do mnie oferując hotel. Po całej nocy w pociągu nie byłem skory do rozmowy więc pozwoliłem jednemu z nich wziąć mój bagaż i zawieźć mnie do hotelu. Pierwsze cztery były pełne ale w końcu udało się. Tym razem było o wiele drożej niż ostatnio ale pokój był ładny i czysty. W cenie był także kubeł gorącej wody na każde życzenie. Najpierw zmyłem z siebie brud a potem nareszcie, po wielu tygodniach oddałem rzeczy do prania. Jeszcze jeden dzień w tych ciuchach a mógłbym startować w konkursie na największego syfiarza i miałbym duże szanse aby wygrać. Tym razem darowałem sobie zwiedzanie samemu i wyjątkowo pojechałem ze zorganizowaną wycieczką na zwiedzanie Bhubaneswar. Miasto to jest nazywane miastem pięknych świątyń a cały stan Orissa słynie z tego. Jednak samo Bhubaneswar wygląda jak wielki park i pustynia w których są pochowane budynki. W dzień nie widziałem tu zbyt wielu ludzi. Wyglądało na to, że życie budzi się wieczorem gdy zapalają się światła. Na pierwszy rzut oka nie było źle lecz zdecydowanie brakowało tu trawy. Bhubaneswar sprawiało wrażenie pustyni i asfaltowej drogi z budynkami dookoła. Co do mojej wycieczki, autobus odebrał mnie spod hotelu a przewodnik był na tyle miły, że mówił po angielsku choć byli sami turyści z Indii. Najpierw pojechaliśmy do zoo Nandankanan lecz zdenerwowałem się gdy znowu musiałem zapłacić „cenę białego człowieka”. Zoo to było jednym z lepszych do tej pory z uwagi na warunki jakie były zapewniane zwierzętom. Znajduje się tu kilka zagrożonych gatunków, takich jak: gady, nosorożce, małpy, azjatyckie lwy i białe tygrysy. Był tu też ogromny staw dla hipopotamów, dużo słoni i ogromna woliera zewnętrzna dla ptaków, tak że nawet duże okazy mogły swobodnie latać na duże odległości. Duże wrażenie zrobiły na mnie stawy. Jeden z nich był poświęcony hipopotamom, które miały prawie tyle miejsca co rozmiar połowy boiska do piłki nożnej. Miały one wspaniałe warunki lecz niestety ciężko je było zauważyć gdyż wystawały im tylko uszy. Drugi staw był używany dla okolicznego ptactwa lecz także do wypożyczania łódek. W stawie tym widziałem słonia podczas kąpieli oraz myjącego go, siedzącego na nim człowieka. Jednak zoo to słynie głównie ze swojej kolekcji białych tygrysów, które tutaj są rozmnażane a potem sprzedawane do innych ogrodów. Jest to jeden z niewielu ogrodów zoologicznych gdzie zwierzęta są rzadko trzymane za kratami. Zazwyczaj są one zastępowane fosami i dołami zakończonymi murem co nie sprawia wrażenia, że zwierzę jest w więzieniu. Jak na kraj rozwijający się jest to jedno z lepszych zoo i pod względem warunków zapewnianym zwierzętom jest lepsze niż wiele zoo europejskich. Z żalem wspominam tu zoo w Bangladeszu gdzie nie wszystkie zwierzęta miały tak dobre warunki.

Stamtąd pojechaliśmy do muzeum stanu Orissa, które przedstawiało sztukę i kulturę ludzi tam mieszkających. W muzeum znajdowała się kolekcja broni, instrumentów muzycznych, rzeźb i narzędzi. Spośród wielu ekspozycji najbardziej utkwiły mi w pamięci piękne rzeźby bogów oraz kobiet. Każdy posag był inny i z wielu materiałów. Zdecydowanie sztuka na tym obszarze jest wyjątkowa. Zapamiętałem też posąg Ganesha czyli człowieka słonia, w hinduiźmie syna boga Shivy. Ciekawe były także wykopaliska narzędzi oraz ubrań z tego regionu. Było także kilka wypchanych zwierząt zamieszkujących stan Orissa lecz to była dla mnie ekspozycja śmierci. Całość podobała mi się, tym bardziej że zobaczyłem coś innego niż w ostatnim muzeum, w Bangladeszu. Posągi były tu niepowtarzalne lecz niestety nie mogłem tu robić zdjęć.

Zobaczyłem także kilka świątyń, które pomimo mojego przemierzania świata były dla mnie czymś nowym i pięknym. Wszystkie były wysokie, masywne i pięknie rzeźbione. Fragmenty niektórych z nich miały nawet 1400 lat. Głównym obiektem jest Bindu Sagar czyli akwen wodny w którym rzekomo znajduje się woda z każdego świętego źródła w Indiach a dookoła znajduje się kompleks świątynny Lingaraj Mandir, na którym jest około 50-ciu świątyń. Najwyższa z nich miała aż 54m. Niestety do świątyń tych mieli prawo wejść tylko hinduiści dlatego zobaczyłem je z zewnątrz co musiało mi wystarczyć. Hinduistyczni księża wskazali mi drogę gdzie po schodach mogłem wejść na platformę i stamtąd obejrzeć cały obiekt. Świątynie te były niezwykle masywne i wyglądały jak wyciosane ze skał, zdobione pięknymi rzeźbami bogów oraz sztuką erotyczną. Stan Orissa słynie z pięknych świątyń, których jest tu bardzo dużo. Sam teren przed świątyniami też był bardzo ciekawy. Na zakurzonej, brudnej ulicy był bazar z pamiątkami lecz najczęściej figurkami świętych. Była to dobra okazja do obserwowania tej części Indii co po raz kolejny okazało się dobrym doświadczeniem. Do towarzystwa przy mojej herbacie czaj miałem wymalowanych i poprzebieranych w turbany Hindusów oraz święte krowy. Odwiedziłem jeszcze kilka innych świątyń gdzie mogłem już wejść do środka i zobaczyć jak były wykonane w całości. Niektóre z nich były mniejszą kopią Lingaraj Mandir i te z nieznanego mi powodu mogłem obejrzeć z bliska, mimo że nie jestem hinduistą. Jedną z nich była Brahmeswar Mandir z IX wieku, stojąca w ładnym ogrodzie i bardzo dobrze zachowana. Świątynia ta była także pięknie rzeźbiona w sztukę erotyczną. Przypomniało mi się tu Khajuraho w stanie Madhya Pradesh gdzie oglądałem piękne świątynie przedstawiające kamasutrę. Generalnie wszystkie świątynie w stanie Orissa łączyła masywność i piękno płaskorzeźby. Zobaczyłem także stupę Dhauli czyli inaczej świątynię pokoju. Ta została zbudowana w zupełnie innym stylu. Jest ona także wysoka lecz osadzona na górze dlatego po zdjęciu butów poszedłem po schodach tej wysokiej, białej budowli. Świątynia pokoju ma okrągły kształt a na kopule jest platforma z rzeźbami parasoli. Wchodząc wyżej po obu stronach miałem rzeźby lwów a w górnej części wielkie posągi Buddy. Były ich cztery i każda była skierowana w inną część świata. Wielką zaletą był tu piękny widok na okolicę czyli na rzekę Daya otoczoną drzewami. Czułem się tu dobrze gdyż z jednej strony miałem pomniki Buddy a z drugiej mogłem obserwować niczym nie zmąconą przyrodę co było bardzo uspokajające. Świątynia Dhauli jest pamiątką po buddyjskiej świetności antycznych Indii a nazwa „świątynia pokoju” pochodzi od jednego z antycznych władców tego kraju, który po wielkiej bitwie i rzece czerwonej od krwi przeszedł na buddyzm, którego głównym prawem jest brak przemocy.

Po świątyni poszedłem do miłej na pozór restauracji gdzie podano mi przyzwoity posiłek, jednak po raz kolejny zobaczyłem jak Hindusi jedli gołymi rękami. Wszystko byłoby dobrze gdyby jedli czapati lecz oni brali w rękę ryż a następnie mieszali go ręką w ostrym sosie, a potem wkładali do ust i oblizywali palce. Było to dla mnie obrzydliwe a oni nie rozumieli na czym polegał mój problem. Mówili, że jedząc rękami lepiej czuli smak potraw choć nie widziałem aby umyli ręce. Patrząc jak jem widelcem mówili, że to tylko dlatego, że wychowałem się w innej kulturze.

Ostatnim i pięknym obiektem, który zobaczyłem tego dnia były jaskinie Udayagiri i Khandagiri. Obydwie znajdowały się po przeciwnych stronach ulicy i w obydwóch było mnóstwo małp. Widziałem, że tym którzy kupili przed wejściem orzeszki lub banany, małpy nie dawały spokoju. Cały obiekt był kompleksem jaskiń z I wieku p.n.e. Wiele było rzeźbionych i były ozdobione w malowidła przedstawiające sceny walk, zwierzęta, hinduistycznych bogów i kobiety. Na jednej z nich znajdowała się wykuta trzy głowa kobra a na innej paszcza tygrysa. Jaskinie te znajdują się na różnych poziomach i dzięki temu mogłem się wspiąć na szczyt skąd miałem ładny widok na Bhubaneswar. Towarzystwa dotrzymywały mi małpy wypatrujące jedzenia oraz brodaci Hindusi medytujący na skałach lub raczej proszący o drobne. Skały te nie były jednolite. Wyglądały raczej jak płaty skalne pokrojone w grube plastry i poukładane jeden na drugim. Miło tu spędziłem czas, zarówno oglądając jaskinie jak i obserwując ludzi. To już była ostatnia rzecz, którą widziałem tego dnia w Bhubaneswar.

Wieczorem kupiłem bilet na stacji kolejowej co jak zwykle było bardzo trudne. Nie było biletów na następne kilka dni co oznaczało, że mogłem tu zostać dłużej niż chciałem. Poszedłem jednak do kierownika stacji, który wpisał mnie na listę rezerwową i załatwił mi bilet VIP tak abym mógł wyjechać za parę dni. Kosztowało mnie to jak zwykle dużo zdrowia gdyż każda próba kupna biletu właśnie tak w Indiach wygląda. Tym razem miałem ogromne szczęście ale nie zawsze tak jest. Sama stacja była ładnie ozdobiona płaskorzeźbami, które widnieją na świątyniach i skąd także widać, że stan Orissa jest rejonem o bardzo bogatej sztuce. Biorąc pod uwagę, że nie miałem za dużo czasu, postanowiłem że zobaczę jeszcze dwa interesujące miasteczka w stanie Orissa a potem wyjadę nocnym pociągiem. Jak zwykle wziąłem ze sobą swoją wielką walizkę co pozwoliło mi zaoszczędzić na hotelu. Byłem zadowolony ze swojego dnia gdyż zobaczyłem wiele interesujących rzeczy choć jak to zwykle bywa można by tu zostać dłużej i zobaczyć więcej. Tego wieczora wyszedłem na kolację na ulicę i zobaczyłem, że tak naprawdę Bhubaneswar budzi się do życia przed zmrokiem. Na ulicy, na której mieszkałem było wiele knajp serwujących indyjskie jedzenie a stoliki były zawsze zajęte. Także tutaj kelnerami byli bardzo młodzi chłopcy.

Pipli

Następnego dnia najpierw pojechałem do wsi Pipli, w której byłem tylko godzinę. Pipli jest po drodze do sławnego Konark i dlatego wszystkie autobusy mają tutaj postój. To małe miasteczko było jedną ulicą pełną sklepów z lokalnymi wyrobami, których niestety nie miałem zamiaru kupić gdyż nie miałem już na nic miejsca. Wiele ozdób było przywieszonych do ścian sklepów a każda   pamiątka była tak kolorowa, że cała ulica wyglądała jak tęcza.

Pipli zawsze będzie mi się kojarzyło z małpą siedzącą w sklepie, która usiadła koło mnie a potem mnie przytuliła i weszła mi na głowę. To było bardzo miłe doświadczenie gdyż już od dawna nikt mnie nie przytulił.

Przed Świątynią Słońca w Konark.

Konark i Świątynia Słońca

Z Pipli pojechałem do sławnego Konark gdzie znajduje się Świątynia Słońca. Tak samo jak Taj Mahal w Agrze czy Złota Świątynia w Amritsar, Świątynia Słońca jest jednym z najlepiej znanych bogactw kulturowych Indii. Pochodzi ona z XIII w i wydaje się, że całe miasto Konark istnieje i żyje tylko i wyłącznie dla tej jednej świątyni. Przed wejściem jest długa ulica, na której jest oczywiście bazar i gdzie sprzedawane są pamiątki związane ze świątynią. Następnym etapem są przewodnicy, którzy koniecznie chcą oprowadzić turystę po obiekcie za opłatą. Chętnie bym skorzystał z ich pomocy ale biali ludzie musieli płacić aż 25 razy więcej niż Hindusi dlatego darowałem sobie. Świątynia Słońca była wielka, bardzo wysoka i bardzo masywna. Została ona zbudowana na cześć Surya-boga słońca. Główne wejście jest zdobione przez wielkie rzeźby lwów i słoni a aby dostać się do środka trzeba wejść po schodach. Świątynia ta została zbudowana w taki sposób aby wschód słońca oświetlał ją od środka a na ścianach znajdują się kamienne płaskorzeźby kół symbolizujących godziny dnia. Poza tym jest ona ozdobiona w wiele płaskorzeźb erotycznych, zarówno par jak i pojedynczych osób. Dookoła głównego obiektu znajdują się także ruiny świątyń o mniejszym znaczeniu przedstawiające głównie słonie i konie z żołnierzami. Cała budowla była piękna i zdecydowanie warta obejrzenia. Jak wcześniej wspomniałem, niestety tutaj także obcokrajowcy musieli płacić aż 25 razy więcej za co ja postanowiłem nie płacić. Hindusi tym razem nie pomyśleli, gdyż świątynia była otoczona murem lecz oddalonym tylko o około 15 metrów.

Po tym właśnie murze spacerowało wiele osób i stamtąd można było bardzo dokładnie wszystko obejrzeć. Dla mnie było to jednak za mało dlatego zeskoczyłem po cichu z murku i obejrzałem jej piękno z bliska a następnie zostałem wyproszony przez strażników. Problem polega na tym, że ja chcę zapłacić ale tylko tyle ile płacą Hindusi-nie więcej. Co śmieszne, świątynia była zamknięta i nawet ci którzy zapłacili i tak mogli ją oglądać tylko od zewnątrz. W jej wejściu były poukładane kamienie i był rozsypany piach gdyż w drugiej połowie XIX wieku część świątyni zawaliła się i aby uniknąć kolejnej straty postanowiono podtrzymać ją od środka. Świątynia sama w sobie była piękna i zaliczam ją do najlepszych jakie widziałem. Uważam jednak, że Angkor Wat w Kambodży nadal nie ma sobie równych. Oprócz samej świątyni miły był też spacer po murze gdzie spotkałem wielu interesujących, miejscowych ludzi. Siedząc w cieniu drzew obserwowałem tę piękną budowlę i co jakiś czas nawiązywałem nowe kontakty z egzotycznymi dla mnie ludźmi.

Puri

Po Konark pojechałem do Puri, czyli małej wsi nad zatoką bengalską słynącej z plaż. Reszta wycieczki poszła oglądać świątynie lecz ja już miałem dość. Poza tym i tak nie mogłem wejść do środka jako innowierca. Puri jest sławnym miasteczkiem wśród indyjskich pielgrzymów, którzy przyjeżdżają tu na festiwale i modlą się w wielu świątyniach. Jedna z nich-Jagannath Mandir mieści aż 20000 wiernych i pochodzi z XII wieku. Niestety ta i jak i inne świątynie w Puri są zamknięte dla nie hinduistów choć dla obcokrajowców Puri jest nadal warte odwiedzenia nawet bez wchodzenia do środka. Gdy przyjechałem do tego zapuszczonego brudem miasta jak zwykle zobaczyłem tradycyjny klimat Indii, czyli syf, tłok, święte krowy i wielką świątynię na końcu ulicy. Zatrudniłem więc rykszarza rowerowego, z którym objechałem świątynię Jagannath Mandir dookoła a potem zawiózł mnie na plażę na wiele godzin co było wspaniałe. Byłem z dala od hałasu miasta i męczących mnie autorykszarzy. Przede mną było tylko morze, cisza i spokój. Najpierw popływałem w zatoce bengalskiej a potem rzucałem się w wysokie fale i bawiłem się świetnie. Potem poszedłem wypić mleko z kokosów a na sam koniec, znienacka pocałował mnie wielbłąd i to prosto w usta. Będąc na plaży czułem się bardzo dobrze i bardzo wypocząłem a wielbłąd i kokosy dodały tylko uroku temu miejscu. Kąpałem się kilka razy, spędziłem czas na rozłupywaniu orzechów, na rozmowie z miejscowymi ludźmi i oglądaniu figurek z muszli. Było bardzo miło i bezstresowo. Po określonym czasie odebrał mnie autokar i po jeździe pełnej ślicznych krajobrazów odwiózł mnie na stację kolejową w Bhubaneswar. To był już niestety koniec moich przygód w pięknym stanie Orissa. Wsiadłem do pociągu aby po 23 godzinach jazdy dotrzeć do Hyderabad, stolicy stanu Andhra Pradesh.

Andhra Pradesh

Hyderabad – smutny początek

Moja 23 godzinna podróż do Hyderabad była ciężka. W pociągu zacząłem się źle czuć a towarzystwo z którym jechałem ryczało jak bydło co jeszcze bardziej spotęgowało mój ból głowy. Następnego dnia wieczorem byłem już poważnie chory lecz przecież musiałem znaleźć hotel. Po wyjściu ze stacji w Hyderabad najpierw napiłem się herbaty i coś przekąsiłem a potem poszedłem kupić bilet na dalszą drogę lecz oczywiście wszystkie były wyprzedane. Najbliższy był za cztery dni co oznaczało stratę czasu i kolejny problem z komunikacją. Jest tak tutaj za każdym razem i nie ma co liczyć na rezerwację biletu. Trzeba jechać droższym autobusem o ile są miejsca lub pociągiem w klasie zwykłej, lecz ta przypomina przewóz bydła i nie ma gwarancji, że zdołam wepchnąć się do środka przez rozwścieczony tłum. Poszedłem więc szukać hotelu i już po wyjściu ze stacji przyczepił się do mnie jeden rykszarz, który chciał mi załatwić hotel. Musiałem być dla niego bardzo niemiły aby odczepił się. Tutaj rykszarze chcą prowizji od hotelu za przyprowadzenie turysty, co oznacza że moja stawka wzrasta. Kilka hoteli było pełnych a inne nie miały licencji na wynajmowanie pokoi turystom gdyż były za tanie. Hindusi to tłumaczą tak, że nie chcą abym pojechał do Polski i powiedział, że hotele w Indiach są złe dlatego chcą mi wynająć ten lepszy i droższy. Oczywiście jest to kłamstwo bo większość jest i tak paskudna. W końcu załatwiłem bardzo tani pokój bez żadnej prowizji obok ulicy Mahatmy Ghandiego, dogodny ze względu na tanie hotele i bliskość dworca autobusowego. Gdy tylko wszedłem do pokoju od razu rzuciłem się na łóżko gdyż po zmierzeniu temperatury okazało się, że miałem aż 39,3 stopnie gorączki. Musiałem jednak jakoś o siebie zadbać. Niestety paracetamolu nie udało mi się znaleźć więc wziąłem zastępnik produkcji chińskiej. Następnie zamówiłem herbatę lecz to okazało się dla mnie bardzo męczące i sprawiło, że poczułem się jeszcze gorzej. Poczułem w tym momencie, jakbym był otoczony przez samych idiotów gdyż zamówiłem herbatę czarną z cytryną a przynieśli mi ją dopiero za trzecim razem. Najpierw przynieśli mi kawę a potem herbatę mleczną. W głowie im się tutaj nie mieści, że herbata może być bez mleka i jeszcze z cytryną. Obsługa hotelu była bardzo bezczelna gdyż chcieli abym zapłacił też za kawę i pierwszą herbatę, których nie chciałem. Wykląłem ich wtedy niemiłosiernie wciąż mając 39,3 stopnia. Nawet wtedy nie byliby w stanie podać niczego za darmo lub chociaż poprosić o pieniądze potem. Wkrótce też zrozumiałem dlaczego ten pokój był tak tani. Był skierowany oknem do bardzo ruchliwej ulicy tak, że czułem się jak na zewnątrz i hałas jeszcze bardziej mnie denerwował. Okno było wyłamane i do środka dostawały się komary lecz ten hotel miał licencję na przyjmowanie obcokrajowców. Całe szczęście, że miałem siatkę przeciw komarom i zatyczki do uszu. To mnie uratowało.
Następnego dnia rano chciałem zacząć zwiedzanie ale nie było to możliwe gdyż o mało co nie przewróciłem się na schodach. Postanowiłem więc odpocząć i spędzić ten dzień w pokoju. Znowu też zamówiłem moją herbatę i tym razem przynieśli bezbłędnie i nawet powiedzieli proszę, bo wcześniej nie.

Moje opisy mogą wyglądać na komiczne ale stan w którym byłem nie był śmieszny i było mi ciężko gdyż byłem zupełnie sam. Dzień ten spędziłem bardzo spokojnie, połykając proszki i zamawiając herbatę. Próbowałem też coś zjeść ale uznałem, że było to zbyt ryzykowne. Podróżując po Indiach i wcześniej po Chinach zdążyłem już nabrać doświadczenia w zatruciach pokarmowych i najlepszym lekarstwem jest zawsze gorąca woda do picia a przez kolejne dni tylko gotowany ryż i owoce. Radziłbym także mieć pokój jak najbliżej toalety choć w Indiach toalet raczej nie ma. Tu są kible. Kolejnego dnia czułem się jeszcze źle lecz wydawało mi się, że mogę już wyjść na zewnątrz bo mogłem już ustać na nogach.

Wciąż byłem słaby dlatego wziąłem zorganizowaną wycieczkę i pojechałem na zwiedzanie miasta. W Hyderabad znajduje się kilka ciekawych obiektów do obejrzenia lecz najpierw chciałbym powiedzieć kilka słów o samym mieście i stanie. WAndhra Pradesh żyje duża większość hinduistów lecz stan ten i jego stolica-Hyderabad mają przeszłość islamską i dlatego do tej pory znajduje się tu wiele budowli muzułmańskich. W mieście tym znajduje się dużo przykładów muzułmańskiej sztuki choć populacja muzułmańska tego stanu to tylko 5%. Przed naszą erą dominował tutaj buddyzm i być może dlatego Hyderabad posiada jednego z największych pomników stojącego Buddy. Można powiedzieć, że miasto to składa się z dwóch części czyli Hyderabad i Secunderabad. Obie części miasta oddziela jezioro Hussain Sagar gdzie na wyspie znajduje się pomnik wielkiego Buddy. Miasto to, choć na pierwszy rzut oka na to nie wygląda, napędza indyjską ekonomię gdyż tutaj produkowane są komputery co daje zatrudnienie wielu ludziom.

Wracając do mojego zwiedzania, najpierw pojechaliśmy do bardzo nowej świątyni hinduistycznej bo zbudowanej w 1976 roku czyli Birla Mandir. Była to zdumiewająca budowla osadzona na górze i cała wykonana z białego marmuru. Były także porobione mostki oraz trawniki z posągami w środku. Znajdował się tu duży kompleks pokoi gdzie sufity były osadzone na rzeźbionych filarach a przejście z jednej części do drugiej było przejściem do innego rodzaju świątyni. Była na przykład piękna kaplica gdzie ludzie modlili się do figurki człowieka z głową słonia (Ganesha) a zaraz obok modlono się do człowieka z mordą małpy (Hanuman). Bogów jest tu wielu i choć większość jest dziwnych, widać że ludzie głęboko w to wierzą podtrzymując swoją kulturę i tradycję. Birla Mandir była piękna a wewnątrz było wiele wysokich, pięknie zdobionych świątyń składających się na jedną całość. Ze szczytu świątyni był bardzo dobry widok na panoramę miasta.

Następnie pojechałem obejrzeć symbol miasta czyli Charminar. Mosk ten stoi po środku ronda i został zbudowany w 1591 roku. Ma cztery meczety o wysokości 56m i jest szeroki tylko na 30m. Jest to mały mosk, wysoki ale pięknie zdobiony i bardzo stary. Można wejść po schodach na samą górę jeśli da się dozorcy 100 rupii, lecz ja nie miałem szczęścia. Wieczorem cały obiekt jest jeszcze podświetlany. Charminar jest nie tylko symbolem miasta ale także bardzo dużej muzułmańskiej społeczności mieszkającej w Hyderabad. Jak na Indie przystało, obok był bazar czyli sławny w mieście Laad Bazaar. Można tam było kupić wiele ciekawych rzeczy poczynając od perfum i materiałów a kończąc na perłach.

W pobliżu Charminar znajdował się Mecca Masjid czyli jeden z największych meczetów świata. Został ukończony w 1614 roku i mieści aż 10000 wiernych. Mosk robił wrażenie gdyż był ogromny choć ja widziałem już wcześniej wiele innych wielkich mosków np. w Delhi i w Lahore. Jak mi powiedziano, ten był specjalny gdyż kilka cegieł nad główną bramą zostało wykonanych z ziemi pochodzącej z Mekki (stąd nazwa). Stamtąd pojechałem do muzeum Salar Jung gdzie znajdowały się eksponaty ze wszystkich stron świata. Były to między innymi rzeźby kamienne i drewniane, obrazy i rzeczy związane ze sztuką wojenną. Były to dla mnie dość interesujące, ładnie zaprezentowane eksponaty lecz także tylko kolejne muzeum w moim życiu. Piszę w ten sposób gdyż po zobaczeniu tylu krajów i po zaliczeniu tylu muzeów wszystkie stają się do siebie podobne.

Hyderabad – moje przykre doświadczenie z indyjską kuchnią

Potem przyszła kolej na obiad i jak często w moim przypadku bywa, okazało się to katastrofą. Podają tu głównie dania wegetariańskie i mówią, że z powodów religijnych ale ja myślę, że także z powodów finansowych. Mój przewodnik powiedział mi jednak gdzie mogę zjeść danie mięsne i jak się potem okazało, lepiej abym tam nigdy nie poszedł. Gdy znalazłem tą jadłodajnię, dumnie nazwaną Grand Hotelem, zamówiłem mięso z kozła z ryżem i z surówką a do tego herbatę. Nie minęło nawet pięć sekund a podali mi już gotowe danie. Była to sterta ryżu a w środku były kości z kozła. Nie było nawet jednego kawałka mięsa, tylko kości z których nie byłem w stanie wygryźć niczego. Jeśli chodzi o surówkę to dostałem dwa plastry cebuli. Herbata była jednak najgorsza. Miała dziwny kolor a smakowała tak, że aż ją wyplułem na podłogę. Wtedy szef knajpy przestał dłubać w nosie i zapytał mnie: “Co, herbata nie pasuje?”. Ja na to, że nie i chcę wyjść ale wcześniej musiałem zapłacić te nędzne grosze i byłem wciąż głodny oraz jeszcze bardziej zdenerwowany. Toalety na miejscu też nie mieli, nawet biorąc pod uwagę, że po tym ryżu goni w tym samym momencie. Jeśli ktoś chciałby przyjechać do Hyderabad aby dobrze zjeść to jest to raczej kiepski pomysł. Wszystko wygląda śmiesznie ale tylko dla tych, którzy czytają ten reportaż lecz nie dla mnie bo ja muszę przez to wszystko przejść.

Hyderabad – zoo i park Lumbini

Wsiadłem do autobusu i pojechaliśmy do następnego miejsca czyli do zoo imienia Nehru-jednego z największych w Indiach. Poczułem się szczęśliwy, że tam byłem lecz niestety mieliśmy za mało czasu. Odłączyłem się więc od wycieczki i zostałem w zoo już do wieczora. Moja wycieczka pojechała oglądać ogród Indhiry Ghandi i fort Golconda lecz ja wciąż czułem się kiepsko i nie chciałem się śpieszyć. Poza tym fortów widziałem już chyba z 50 a ogrodów jeszcze więcej. Zostałem więc w zoo i chciałem na spokojnie cieszyć się resztą tego dnia. Przed samym wejściem dopadły mnie dzieci, które chciały mi sprzedać coś do jedzenia ze swojego obnośnego straganu. Otoczyły mnie i były wyjątkowo uparte lecz bardzo wesołe, dlatego kupiłem od nich butelkę wody gdyż tylko do tego miałem zaufanie. Usiadłem z nimi na murku i po krótkim czasie poprawiły mi humor, mimo że wciąż źle się czułem. Następnie zapłaciłem jedyne 10 rupii i dostałem się do środka. Na początku zobaczyłem żółwia olbrzymiego z Galapagos a potem stada małp i białe tygrysy. To zoo było piękne gdyż nie było tak depresyjne jak cała reszta. Zwierzęta nie mieszkały w klatkach ale w otwartych przestrzeniach. Były tylko oddzielane murem przed którym był najczęściej dół lub fosa a w pewnych miejscach nie było nawet tego. W części przeznaczonej dla niektórych kopytnych, jelenie żyły na swoim terenie bez żadnych krat. Jelenie biegały wolno dlatego zdarzało się, że przebiegały przede mną. W zoo tym bardzo dobrze były wykorzystane zbiorniki wodne wszystkich niegroźnych zwierząt gdyż we wszystkich pływały żółwie ziemno wodne. Bardzo mi się tu podobało. Spacerowałem oglądając zwierzęta i wszystko byłoby dobrze gdyby nie mój żołądek, który nie dawał mi spokoju. Przeklinałem indyjskie jedzenie tak bardzo, że aż przekleństw mi zabrakło i za każdym razem kończyłem w jednym z ohydnych, zasranych kibli. Przed wejściem do każdego z nich wydzierali kartkę z gazety i wyciągali ręce o jedną rupię choć mnie próbowali naciągnąć na więcej. Zoo było piękne lecz dzień ten okazał się dla mnie bardzo ciężki. W drodze powrotnej zatrudniłem rykszarza, który był na tyle miły, że pokazał mi sąd najwyższy i szpital główny, które są jednymi z najpiękniejszych budynków w Hyderabad. Tak samo chory jak rano dotarłem do pokoju i zamiast na łóżko, rzuciłem się prosto do kibla. Tego samego dnia wyszedłem jeszcze na spacer i aby użyć internetu. W drodze powrotnej jeden Hindus zabrał mnie do hotelu na swoim skuterze i jechał tak szybko, że bałem się o życie. W ogóle nie zwalniał i nie reagował na światła. Pchał się pomiędzy dwa autobusy ale na szczęście dotarłem cały.

Następnego i ostatniego dnia chciałem coś jeszcze zobaczyć, dlatego wybrałem się autobusem do parku Lumbini aby zobaczyć największego Buddę w Indiach. Miałem niestety problem z transportem gdyż tak samo jak w Kalkucie, tutaj nie ma przystanków i trzeba się rzucać na drzwi autobusu aby do niego wskoczyć. Pierwsze trzy mi uciekły gdyż ryzyko było za duże aby wskakiwać a wściekły tłum pognał do tych samych drzwi następnego autobusu. Ludzie czepili się krat w oknach i powoli wchodzili do środka. Mi też się udało. Podczas jazdy miałem okazję oglądać ulice szaro burego miasta gdzie ruch uliczny składał się głównie z bardzo starych autobusów, autorykszy a nawet drewnianych wozów zaprzęgniętych w wielkorogie bawoły. Następnie wyskoczyłem z autobusu i doszedłem do parku Lumbini. Sama nazwa tego miejsca jest charakterystyczna dla buddyzmu gdyż Lumbini jest miasteczkiem w Nepalu, w którym urodził się Budda. (Pełny opis Lumbini w moim reportażu o Nepalu). Park ten był bardzo przyjemnym, spokojnym miejscem gdzie można było odpocząć nad jeziorem. Jest to jedno z niewielu zacisznych miejsc w Hyderabad, które warto odwiedzić choćby z tego powodu. Park Lumbini oraz jezioro Hussain Sagar znajdujące się tutaj oddziela Hyderabad od Secunderabad. Miałem tu ogromne szczęście gdyż w końcu udało mi się zjeść gotowane ziemniaki i marchewkę bez żadnych przypraw. Hindusi chcieli mi dać koniecznie z chilli gdyż nie byli w stanie zrozumieć, że mogę jeść bez przypraw. Jednak na mój struty żołądek było to bardzo dobre a dla Hindusów bez masali i tikki było bezwartościowe gdyż nawet nie chcieli pieniędzy.

Następnie udałem się na 30 minutowy rejs na wyspę gdzie stał największy Budda w Indiach. Miał on 17,5m wysokości a ważył aż 350 ton. Był duży i wyglądał imponująco choć nie miał porównania do największego Buddy na świecie w Chinach, w Leshan (dokładny opis w moim reportażu o Chinach). Sama wycieczka była bardzo przyjemna i byłem zadowolony choć ciągle chory. W drodze powrotnej znowu wskoczyłem do jadącego autobusu i dojechałem do hotelu. Wziąłem moją wielką walizkę i idąc brudną, ciemną ulicą, doszedłem na dworzec autobusowy. Nikt jednak nie był w stanie mi wyjaśnić z którego peronu odjeżdża mój autobus i zorientowałem się pięć minut przed odjazdem. Na każde moje pytanie Hindusi używali swojego gestu kręcenia głową, który mógł oznaczać cokolwiek. Czułem, że pewnych rzeczy miałem już dość i wyprawa ta zaczęła mnie trochę męczyć. Do tego stopnia, że aż się rozchorowałem. Udało mi się jednak wsiąść do autobusu i opuścić miasto.

Gawial gangesowy w zoo w Hyderabad.

Hyderabad będę zawsze wspominał jako miasto w którym byłem chory po indyjskim jedzeniu choć jest tu też sporo interesujących rzeczy do zobaczenia. Ze względu na swoją historię jest tu wiele ciekawych mosków oraz kolonialnych budynków pozostawionych przez Europejczyków. Osobiście polecałbym Charminar i okoliczny bazar lecz jeśli ktoś już jest zmęczony tym wielkim, głośnym i jak to bywa w Indiach brudnym miastem, polecałbym piękne zoo oraz park Lumbini-koniecznie z rejsem do wielkiego Buddy. Przyjemność sprawiło mi też włóczenie się po mieście i jedzenie owoców od ulicznych sprzedawców. Niestety jeśli chodzi o jedzenie nie byłem zachwycony lecz czasem nie można mieć wszystkiego.

Karnataka

Hospet

Jazda tym razem była przyjemna gdyż autobus był dobry lecz gdy dojechałem do Hospet o piątej rano, poczułem się strasznie gdyż byłem ciągle chory. Na stacji zobaczyłem tłum ludzi śpiących na podłodze i na gazetach. Ja też szukałem miejsca do przespania się choć na trochę gdyż to nie był jeszcze koniec mojej jazdy. Najpierw jednak napiłem się czaj i rozejrzałem się po tym żałosnym chlewie. Jechałem do oddalonego o tylko pół godziny Hampi czyli jednego z najpiękniejszych, najbardziej malowniczych miejsc w Indiach (lecz o tym potem). Będąc jeszcze w Hospet oddałem swoją wielką walizkę do przechowalni i przespałem się tam między bagażami przez około godzinę co sprawiło, że poczułem się choć trochę lepiej. Po jakimś czasie facet z przechowalni bagaży zaczął mnie cucić (bo tak to wyglądało) po czym wsiadłem do autobusu do Hampi i odjechałem.

Hospet jest typową dziurą transportową gdzie nie ma sensu być dłużej niż to konieczne. Niestety trzeba się tu zatrzymać w drodze do lub z Hampi.

Hampi

Będąc już na miejscu od razu widziałem, że będzie to jedno z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Hampi to kraina wielkich skał poukładanych na sobie jak klocki a oprócz tego są tam bardzo malownicze jeziora oraz wielkie palmy i pola bananowe. Jest to prawdziwy naturalny raj na ziemi lecz jest jeszcze jedna rzecz, która tak bardzo tu przyciąga. Są to piękne świątynie i ruiny, które pochodzą z przełomu XIV i XV wieku. Położone są one w tym pięknym miasteczku na obszarze wielu kilometrów. Na pierwszy rzut oka Hampi wydawało się być pustynią lecz dramatycznie wyglądające góry kryły za sobą rzekę i piękną oazę.

Gdy wysiadłem z autobusu w Hampi, widziałem, że rykszarze rzucili się do jednej białej dziewczyny oferując jej hotele i wycieczki. Widziałem też, że miała ich bardzo dość i że była sama. Patrzyła tylko w moją stronę szukając pomocy. Wepchnąłem się więc między rykszarzy, wziąłem jej plecak i wrzuciłem do knajpy nieopodal razem z nią samą. Potem przedstawiłem się i usiedliśmy aby napić się czaj. Widziałem, że moja reakcja podobała jej się, tym bardziej że już nie dawała sobie rady. Dziewczyna miała na imię Tanya i była z niemieckojęzycznej części Szwajcarii. Podróżowała sama i miała tylko 19 lat. Dobrze nam się razem rozmawiało, chciała wiedzieć więcej o moich podróżach i nie tylko oraz pytała czy chcę z nią pooglądać świątynie. Po skończeniu czaj wziąłem rykszę i pojechaliśmy do ładnego hostelu gdzie wytargowałem jej dobrą cenę. Powiedziałem jej też, że najprawdopodobniej będę w Hampi tylko parę dni a ona na to, żebym się nad tym zastanowił i jeśli chcę to mogę się przespać u niej w pokoju bo i tak są dwa łóżka. Było to niezwykle miłe z jej strony lecz musiałem wziąć pod uwagę co by powiedziała „koleżanka u której zwykle zostaje na noc”. Podróżując po świecie spotykam wiele różnych kobiet i zauważyłem u nich coś nieodgadnionego. Otóż ja nigdy ich o nic nie proszę ani niczego nie proponuję a one albo mi robią zdjęcia i chcą mnie na noc albo odzywa się u nich instynkt macierzyński. Tak samo było w Mongolii z dziewczynami z Francji i ze Słowacji. Wzięły mnie do jurty, robiły herbatę i nawet napaliły w piecu.

Indyjski chłopiec przebrany za Hanumana – boga małpę.

Wracając do Hampi, najpierw przeszliśmy przez lokalny bazar gdzie koncentrowało się życie towarzyskie wioski. Następnie poszliśmy do pobliskiej świątyni Virupaksha, która była położona na skałach jak cały teren. Świątynia ta pochodziła z XV w i była charakterystyczna dla południowych Indii. Była to wielka, zwężająca się ku górze budowla, na której było dużo rzeźb indyjskich bogów. W środku było dużo mniejszych świątyń, gdzie akurat były odprawiane modły a wokół nas biegało kilka małp. Tanya zdołała mi zrobić kilka zdjęć (tak aby nikt nie widział bo to było płatne) a potem chodziliśmy wewnątrz świątyni fotografując się nawzajem na tle obiektu. Oprócz głównej, wysokiej świątyni, sięgającej 52 metrów interesujące były też małe znajdujące się w środku. Wiele z nich było podtrzymywanych przez misternie rzeźbione filary a fakt, że cały obiekt znajdował się pod gołym niebem sprawiał, że wszystkie elementy były dobrze naświetlone i pozwalały na obecność małp. Pomyślałem, że zdumiewająca jest sztuka architektoniczna z XV wieku skoro już w tamtych czasach ludzie potrafili tak wspaniale budować. Zauważyłem też coś nietypowego wewnątrz świątyni. Znajdował się tam posterunek policji gdzie wisiała bogata galeria wszystkich złodziei z Hampi.

Następnie poszliśmy na pobliskie wzgórze Hemakuta gdzie znajdowały się wczesne ruiny świątyń Jain. Całe wzgórze było wielką skałą o nieregularnych kształtach, na której znajdowały się pięknie rzeźbione ruiny. Stamtąd widziałem uroczy krajobraz Hampi czyli na pierwszym planie wysoką świątynię Virupaksha oraz całe miasteczko z jego bazarem. Były także góry wyglądające jak wielkie, ogromne skały osadzone jedna na drugiej. Dookoła mnie były kaktusy oraz porozrzucane skały gdzie czasem jedna była podparta o drugą. Były także dzieci poprzebierane za Hanumana (boga z twarzą małpy) pozujące do zdjęć i same małpy oczywiście. Po drodze spotkaliśmy kilku ciekawych Hindusów w turbanach i zobaczyliśmy kolejną świątynię. Ta także była podparta na rzeźbionych filarach a w środku znajdował się pomnik Ganeshy-boga słonia. Całe Hampi było bajkowe a to był dopiero początek. Było to miejsce gdzie można zostać długo i po prostu cieszyć się życiem. Oprócz wspaniałego dziedzictwa kulturowego i pięknej natury, w Hampi było także dużo restauracji gdzie można było jeść na leżąco (jak w Laosie).

Następnie poszliśmy do banku, który także był przerobiony z ruin. Tu moja sprawa przedłużyła się i dlatego rozstałem się z moją koleżanką. Dla niej nie był to problem i mogła poczekać ale sprawa w banku zajęła mi około godziny dlatego nie chciałem marnować jej czasu. Po skasowaniu czeku podróżnego poszedłem szlakiem po skałach wzdłuż rzeki, spotykając miejscowych ludzi pasących bawoły. Wchodziłem do małych jaskiń aby przejść dalej a potem odpoczywałem przy rzece na tle pięknych gór. Dzieci podbiegały do mnie chcąc sprzedać mi napój z trzciny cukrowej, ja piłem ile mogłem a potem zasypiałem w świątyniach przy rzece. Spacerowałem po tym pięknym zakątku Indii, spałem gdzie chciałem a gdy chciałem pić przybiegali z wachlarzem napoi. Przez cały czas były piękne widoki i wspaniała natura. Raz odpoczywałem w ruinach świątyni, raz na skałach przy rzece, innym razem pod drzewami na piachu. Przez cały czas przechodziłem przez ruiny świątyń porozrzucanych po całej okolicy i choć większość była bezpłatna, za niektóre trzeba było niestety płacić. Jako biały człowiek musiałem zapłacić aż 25 razy więcej niż Hindusi i dlatego znalazłem sposób na ominięcie tych reguł. Po prostu przeskoczyłem przez mur i obszedłem wszystkie zabytki w środku. Na początku nie wiedziałem do której świątyni wszedłem gdyż byłem tak pochłonięty otaczającym mnie pięknem. Miałem jednak szczęście gdyż wszedłem do XVI wiecznej świątyni Vittala czyli do jednej z największych atrakcji Hampi. Świątynia była dobrze zachowana gdyż wszystkie rzeźby na filarach były bardzo dobrze widoczne.

Pięknie rzeźbiona była także główna część czyli gruba budowla zwężająca się ku górze i zdobiona płaskorzeźbami bogów. Obok stała jednak moja ulubiona budowla czyli mała, rzeźbiona świątynia na kamiennych kołach, która była ciągnięta przez parę małych słoni. Moje darmowe zwiedzanie tego miejsca było miłe jednak tylko do czasu gdyż niestety pod koniec złapali mnie strażnicy. Potem wyprowadzili mnie na zewnątrz i kazali zapłacić. Powiedziałem, że mogę zapłacić tyle ile Hindusi ale oni powiedzieli, że muszę zapłacić cenę obcokrajowca a jeśli nie to wezmą mój numer paszportu i wezwą policję. Wydaje mi się, że generalnie wszyscy Hindusi są bardzo zazdrośni o pieniądze turystów. Bardzo mi się nie podobało ich zachowanie oraz groźby i aby uniknąć płacenia zachowałem się jak łobuz. Odepchnąłem ich, splunąłem w ich stronę (oni robili to cały czas tylko pluli tabaką), pokazałem środkowy palec i odszedłem. Po prostu nie zgadzam się z ich prawem, że biali muszą płacić o wiele więcej i nie zamierzam go respektować. Oni mogli mnie najwyżej deportować czego nie zrobiliby i tak bo za dużo by ich to wyniosło. Potem spokojnie już idąc podziwiałem kolejne ruiny i delektowałem się pięknym widokiem.

W drodze powrotnej, idąc przez pola drzew bananowych znowu zobaczyłem nędzę, która w Hampi też nie jest obca. Dzieci łapały mnie za ręce i żebrały o cokolwiek ale najbardziej mnie wzruszyła stara kobieta, która już nie miała siły żebrać. Leżała tylko na piachu mając głowę na słońcu i nie miała siły się ruszyć choć widziałem, że oddychała. Stanąłem więc przy niej dając jej trochę cienia a potem delikatnie zacząłem oblewać wodą. Po chwili zaczęła się ruszać, złożyła ręce a ja polewałem jej wodę co przywróciło ją do życia. Jeszcze tylko przesunąłem ją w cień i odszedłem. Co więcej mogłem zrobić? Wokoło byli ludzie (także sprzedający wodę) ale znieczulica jest tu tak wielka, że ktoś może umrzeć na ulicy i nikogo to nie wzrusza.

Zbliżał się zmrok a ja nadal samotnie spacerowałem i zwiedzałem. Pochodziłem jeszcze po okolicy lecz wieczorem kilka razy wysiadło światło w całej wsi. Chciałem tu zostać jeszcze jeden dzień i dlatego poszedłem wynająć pokój. Niestety prawie wszystkie były zajęte i zostały tylko te najdroższe. Pytałem też w miejscach, w których byłem rano i tam były wolne pokoje lecz Hindusi znając moją sytuację podbili cenę. Ja jednak nie chciałem dać im tej satysfakcji i poszedłem spać na skałach przy brzegu rzeki. Wbiłem tylko patyki w cztery dziury i zaczepiłem na nich siatkę przeciw komarom. W taki właśnie sposób, mając gwiazdy nad sobą i nie płacąc nic za pokój, zasnąłem przy szumie rzeki.

Nastepnego dnia umyłem się w rzece, wyschnąłem na słońcu i dalej zwiedzałem Hampi. Zobaczyłem mniej więcej to samo, tylko że lepiej. Chodziłem po górach i cieszyłem się pięknym otoczeniem, co jakiś czas natrafiając na nowe ruiny. Byłem wtedy tak beztroski a zimny sok z trzciny cukrowej smakował tak dobrze, że darowałem sobie pozostałem dwie, płatne świątynie. Wieczorem zacząłem się kierować w stronę ostatniego autobusu.

To był piękny, magiczny czas, pięknych plenerów i spotkania z historią. Choć w Hampi są wszelkie warunki do tego aby zostać długo, z drugiej strony chciałem kontynuować swoją podróż. Wyjeżdżając z Hampi jeszcze raz bardzo musiałem się pokłócić z rykszarzami (co już mnie męczy w tym kraju) a potem wziąłem lokalny autobus i wróciłem do Hospet. Stamtąd wsiadłem do następnego lokalnego autobusu gdzie w spartańskich warunkach jechałem całą noc do mojego następnego celu, czyli do stolicy stanu Karnataka-Bangalore.

Bangalore

Moja droga autobusem z Hospet po uroczym Hampi była ciężka. Jechałem lokalnym autobusem i myślę, że zasnąłem na kimś ale już nie pamiętam gdyż byłem tak nieprzytomny. Gdy dojechałem do Bangalore-wielkiej stolicy stanu Karnataka, w tym samym momencie rzucili się do mnie autorykszarze. Zanim zacząłem z nimi rozmawiać najpierw zadzwoniłem do kilku hoteli, a że wszystko było zajęte pozwoliłem aby rykszarz zawiózł mnie do hotelu, choć pomysł ten od początku mi się nie podobał. Rykszarz chciał ode mnie bardzo mało lecz wiózł mnie tylko do tych hoteli do których on chciał, z powodu prowizji. Często go zatrzymywałem gdy zobaczyłem jakiś hotel bo on nie widział żadnego. Kazałem mu się zatrzymać i gdy wszedłem do hotelu, okazało się że po tylu niewypałach nareszcie ten jeden był wolny i bardzo tani. Wziąłem więc bagaż, zapłaciłem rykszarzowi i poszedłem na górę. Rykszarz jednak zaczął się awanturować i krzyczał, że chce prowizję bo inaczej nie będzie pokoju. Pokój kosztował tylko 110 rupii za noc ale rykszarz domagał się abym płacił 200 rupii bo inaczej pokoju nie będzie i zaczął robić awanturę jakby coś mu się należało. Wypchnąłem więc go z hotelu a potem zagroziłem, że zadzwonię na policję. Na szczęście policja jest tu prawie zawsze po stronie obcokrajowca a pojawienie się jej oznacza dla Hindusów kłopoty i dodatkowe koszty. W ten sposób pozbyłem się rykszarza raz na zawsze. Muszę przyznać, że stałem się w stosunku do nich bardzo bezpośredni, dlatego że są to ludzie, którzy żerują na człowieku przy każdej, najmniejszej okazji. Dostałem mały, nieprzyjemny pokój lecz bardzo tani i bez prowizji i o to mi właśnie chodziło.

Bangalore jest dużym i bardzo szybko rozwijającym się miastem. Wielu mówi, że jest stolicą południowych Indii. Wielu mówi, że jest stolicą południowych Indii. Jak wszędzie w Indiach jest tu sporo nędzy gdyż wielokrotnie widziałem żebraków śpiących na ulicach gdy wieczorem wracałem do hotelu. Rozwój tego miasta widać w pięknych rządowych budynkach i kilku okazałych, czystych ulicach oraz pokazie nowoczesności, czyli ulicy imienia Mahatmy Ghandiego. Jest to wielkie, mieniące się wieloma kolorami centrum turystyczne i towarzyskie. Bangalore jest zanieczyszczone lecz jest ono także nazywane miastem parków, których jest tutaj dość dużo. Pierwszego dnia poszedłem do ogrodów botanicznych Lalbagh. Jest to wielki teren zielony z wielką szklarnią gdzie trzymane są przeróżne gatunki kwiatów. Dookoła jest wiele gatunków tropikalnych drzew i kwiatów oraz roślinny zegar, także porośnięty kwiatami. Było to bardzo przyjemne miejsce, którego potrzebowałem. Tym bardziej, że nie czułem się jeszcze najlepiej po indyjskim jedzeniu. Będąc tutaj spotkałem chłopaka, który właśnie wracał ze szkoły i pewnie chciał poćwiczyć swój angielski. Oprowadził więc mnie po parku, powiedział kilka ciekawych rzeczy i zaprowadził nad staw gdzie pływały wielkie karpie a dookoła rosły wysokie palmy. Było gorąco i czułem, że im bardziej zjeżdżam na południe subkontynentu tym robiło się goręcej. Poszedłem też na obiad lecz kiepski a potem udałem się na sławną ulicę Mahatmy Ghandiego, gdzie noc była jaśniejsza niż dzień i gdzie było pełno sklepów. Tam nareszcie udało mi się zjeść coś dobrego, z prawdziwym mięsem i bez trujących sosów.

Pani w drodze do ortodonty.

Dobrą rzeczą w Bangalore jest to, że wszędzie sprzedawane są soki ze świeżych owoców oraz sałatki owocowe. Były bardzo tanie i pyszne. Gdy kończyłem jeść i pić jedną porcję już zaczynałem następną. Kolejnego dnia pojechałem do parku Cubbon gdzie było już bardziej dziko niż w ogrodzie botanicznym. Ten park wyglądał jak park tropikalny gdyż wszędzie wyrastały bambusy i wysokie palmy. Odwiedziłem tu także akwarium oraz kilka muzeów i galerii ze sztuką stanu Karnataka. Było to bardzo spokojne miejsce jednak będąc tam bardzo źle się czułem. Było mi źle do tego stopnia, że co krótki czas zasypiałem na ławce lub na trawie aby się zregenerować a potem i tak czułem się źle. Jest to oczywiście wina wszechobecnego syfu oraz brudnej wody. Po wyjściu z parku poszedłem do pobliskiego budynku sądu najwyższego. Był to wielki pałac w kolorze czerwonym zaraz nieopodal parku i wielu stoisk z sałatkami owocowymi. Po drugiej stronie ulicy był piękny budynek rządu Karnataka (każdy stan w Indiach ma swój rząd), który także wyglądał jak wielki, imponujący pałac z wieloma kopułami. Na szczycie jednej z nich znajdowało się godło Indii czyli Ashok Pillar-wielka złota rzeźba czterech lwów, patrzących w cztery strony świata. Przed obydwoma pałacami zasnąłem na około trzy godziny gdyż czułem jakbym miał zaraz zemdleć. Nie miałem na nic siły i musiałem często odpoczywać. Ostatni tydzień był dla mnie bardzo ciężki i nauczyłem się aby być niezwykle uważnym na to co się je. Wieczorem poczułem się już trochę lepiej i dlatego spacerowałem obserwując Bangalore, jego ruch uliczny, nieład i typowe dla południowych Indii świątynie. Są to piętrzące się ku górze wysokie dachy, pokryte wspaniałymi, kolorowymi rzeźbami bogów hinduistycznych i świętych krów. Tylko na mojej ulicy były takie dwie. Pod koniec tego dnia postanowiłem spróbować swojego szczęścia i kupić bilet autobusowy aby się wydostać z Bangalore. To był jednak najbardziej chaotyczny dworzec w jakim miałem przyjemność być. Wszystkie miejsca były oczywiście wyprzedane gdyż zbliżał się jeden z wielu indyjskich festiwali i poradzono mi abym poszedł na peron 24 i tam kupił bilet. Nikt jednak nie wiedział gdzie był ten peron a ludzie tam pracujący też nigdy o nim nie słyszeli. Wróciłem więc do okienka gdzie pomimo, że doszedłem do początku kolejki i tak mi się wepchnęło około osiem osób. Też więc się wepchnąłem, kilku szturchając łokciem i udało mi się zamienić słowo z facetem w okienku, który w tym momencie je zamknął i kazał przyjść potem. Wszyscy więc pobiegli do okienka obok i cała sytuacja (z łokciami też) powtórzyła się. Tam było napisane, że miejsca można rezerwować do 10 dni z wyprzedzeniem lecz nikomu nie chciało się sprzedać biletu i okienko znowu zamknęli. Co mnie bardzo zdziwiło, tym razem nie zdenerwowałem się tylko postanowiłem wrócić następnego dnia. Tego samego dnia wieczorem wypiłem jeszcze kilka soków owocowych i po zimnym kuble wody zamiast prysznica, poszedłem spać. Mogłem oczywiście pojechać linią prywatną lecz ceny tego dnia były astronomiczne.

Następnego dnia rano (po porcji owoców i soków) poszedłem na stację. Udało mi się kupić bilet na tego sam dzień wieczorem lecz zapłaciłem bardzo dużo. Tym razem jechałem jednak w warunkach luksusowych. Jechałem Volvo z klimatyzacją i za luksus trzeba było zapłacić. Najważniejsze jednak, że miałem bilet i nie marnowałem czasu. Tego samego dnia rano i zarazem ostatniego w Bangalore, udało mi się znaleźć knajpę gdzie serwowali bardzo dobre jedzenie i nawet dobrą herbatę. Wszystko było jak należy co po Hyderabad było bardzo miłą odmianą. Będąc w Bangalore chciałem coś jeszcze zobaczyć dlatego po wytargowaniu ceny z autorykszarzem, pojechałem do Pałacu Sułtańskiego. Na wejściu udało mi się zapłacić tyle ile płacą Hindusi co bardzo mnie uszczęśliwiło gdyż nie znoszę dużo płacić. Pałac Sułtański był zbudowany w 1537 roku a w XVIII w został dobudowany fort, który został jednak zniszczony podczas wojny przeciwko Brytyjczykom. Pałac był bardzo ładny i bardzo mały-chyba najmniejszy jaki tutaj widziałem. Leżał w małym ogrodzie i charakteryzowała go architektura składająca się z kolumn oraz bogato zdobionych łuków pod sufitami. Można też było wejść na pierwsze piętro aby stamtąd mieć lepszy widok. To było miłe doświadczenie oraz miły sposób na dobre wypełnienie godziny. Przy bramie były oczywiście sprzedawane owoce, które miałem okazję próbować pierwszy raz. Idąc ulicą z pałacu, zatrzymał mnie rykszarz, który zaoferował, że zrobi mi wycieczkę po mieście na trzy godziny za jedyne 30 rupii. Oferta była dobra ale podejrzana gdyż za tania. Powiedziałem, że na pewno mnie będzie chciał powozić po luksusowych sklepach aby dostać pieniądze za przywiezienie klienta. Rykszarz powiedział uczciwie, że tak ale właśnie dlatego mogę tak mało zapłacić. Zgodziłem się gdyż nie chciało mi się już chodzić i pomyślałem, że skoro muszę płacić więcej za wejścia dlatego, że jestem biały to niech teraz zapłacą w sklepach więcej za goszczenie białego człowieka. Jak się potem okazało wycieczka była bardzo miła i pozwoliła mi na bardzo dokładne zwiedzanie Bangalore. Oczywiście mój rykszarz woził mnie do najlepszych sklepów w mieście a ja musiałem się pokazać i zrobić dobre wrażenie przez około 10 minut, po czym on dostawał swoją dolę a raz nawet nową koszulę. Nie musiałem kupować, ja tam tylko musiałem być. Na tym to polega, choć niektóre sklepy płacą rykszarzom tylko jeśli klient coś kupi.

Byłem zadowolony, że mogłem mu pomóc gdyż on tego dnia miał dzięki mnie wspaniałą dniówkę a ja ładną wycieczkę. Raz na moje życzenie, zawiózł mnie do byczej świątyni. Była to jedna z najdziwniejszych i najstarszych świątyń w Bangalore, gdyż pochodziła z XVI wieku. Wejście było typowe dla stylu południowych Indii a w środku był ogromny posąg świętej krowy, z pomalowanymi rogami oraz wieńcami z kwiatów na szyi. Wszędzie były kadzidełka oraz ludzie, którzy modlili się do posągu tej wielkiej, sztucznej krowy. Zauważyłem, że tutaj krowa ma ogromne znaczenie i jest na prawdę traktowana jak święta a bycza świątynia była dla mnie bardzo śmiesznym i miłym doświadczeniem. Koło świątyni był też park gdzie wysoko na drzewach wisiały wielkie nietoperze. Nie trudno było ich nie zauważyć gdyż robiły dużo hałasu i rozpościerały swe wielkie, czarne skrzydła. Pojechaliśmy też do sklepu zoologicznego gdzie były wielkie papugi, w tym ary. Wziąłem jedną na rękę i zacząłem z nią rozmawiać i głaskać. Była piękna i bardzo towarzyska lecz szybko się z nią rozstałem gdyż zaraz po wejściu na moje ramię, zabrała się za łupanie moich guzików od koszuli. Na koniec mojej wycieczki rykszarz zawiózł mnie jeszcze do pałacu Bangalore zbudowanego w 1880 roku i stylowanego na angielski zamek obronny z czasów średniowiecznych. Był ciekawy gdyż miał wieże i fortyfikacje i był niedokładną kopią zamku w Windsorze. Po upływie trzech godzin mój rykszarz odwiózł mnie pod hotel i opuścił mi jeszcze 10 rupii za cały kurs, dlatego że zarobiłem mu tyle pieniędzy. Potem poszedłem do tej samej, dobrej restauracji i wielokrotnie poprawiałem świeżymi sokami owocowymi i sałatkami z melonów i arbuzów. Po kolejnej, już niezliczonej porcji owoców, poszedłem na dworzec autobusowy. Znalazłem peron 24 bez problemu i wsiadłem do luksusowego Volvo z klimatyzacją, co w Indiach jest czymś o czym warto wspomnieć. Tym razem jechało mi się tak dobrze, że nawet nie poczułem nocnej jazdy i obudziłem się dopiero po dotarciu na miejsce. Szkoda tylko, że mój portfel poczuł tą podróż-ale trudno, było miło. W takim wypadku zadaję sobie pytanie, ile by to kosztowało w Polsce i cieszę się, że tutaj wciąż jest tak tanio. Bangalore bardzo mi się podobało i pobyt tutaj uważam za udany, tak samo jak w całym stanie Karnataka.

Tamil Nadu

Chennai (Madras)

Około 4.30 nad ranem dojechałem do mojego kolejnego celu czyli do Chennai (Madras) w stanie Tamil Nadu. Wielu ludzi uważa, że to właśnie Chennai a nie Bangalore jest bezapelacyjną stolicą południowych Indii. Nie ma tu tak ponadczasowych zabytków jak np. w Delhi ale miasto to ma swój specyficzny, miły klimat, morską bryzę i zapach smażonych ryb. Nazwa miasta została zmieniona oficjalnie z Madras na Chennai w 1997 roku. Przypuszczam, że z powodu kolonizacji portugalskiej i holenderskiej. Zauważyłem też, że im bardziej zmierzam na południe subkontynentu tym więcej jest kościołów katolickich i coraz więcej ludzi przedstawia się jako wyznawcy kościoła rzymsko-katolickiego. Widać przez to, że Portugalczycy opuszczając subkontynent zostawili tu po sobie dużą część swojej kultury. Chennai jest też tym miastem, w które uderzyło tsunami w 2004 roku. Ja w tym czasie byłem w Azji Płd.Wsch więc po prostu miałem szczęście gdyż gdybym został tam wtedy trochę dłużej to mogło już by być po mnie. W stanie Tamil Nadu ludzie mówią językiem tamilskim i jako ciekawostkę powiem, że ten sam język obowiązuje także na północnej Sri Lance. Chennai jest czwartym co do wielkości miastem w Indiach, które podobnie jak Bangalore i Hyderabad także napędzają gospodarkę kraju. Znajduje się tu między innymi przemysł komputerowy choć także tamilska wytwórnia filmowa będąca konkurencją dla Bollywood w Mumbaju (Bombaju).

Do Chennai przyjechałem na czwartą rano i w tym samym momencie oczywiście dopadli mnie autorykszarze. Przyrzekłem sobie jednak, że w tym mieście nie skorzystam z ich usług ani razu co było pięknym odświeżeniem. Wziąłem nocny, miejski autobus i pojechałem do hostelu armii zbawienia, który był jednocześnie najtańszym w całym Chennai. Miałem aż 20 łóżek w pokoju i z ledwością zdołałem rozwiesić moją siatkę przeciw komarom. Odespałem kilka godzin, wykąpałem się co trzeba w tym klimacie robić jak najczęściej i pojechałem zwiedzać. Na początku pojechałem do największego muzeum w mieście za co niestety musiałem zapłacić “cenę białego człowieka”. Było to muzeum rządowe gdzie znajdowały się między innymi część archeologiczna, historii naturalnej, galeria narodowa i wiele innych. Po raz kolejny zobaczyłem posągi indyjskich bogów, kilka obrazów i muzeum historii naturalnej, które sprawiło, że przeszły po mnie ciarki. Było to wielkie muzeum śmierci gdzie zobaczyłem moje ukochany gady wypchane dla potrzeb muzeum. Był na przykład największy żyjący obecnie żółw morski, żółw skórzasty. Podobała mi się część gdzie były wystawione szkielety dinozaurów lecz także figurki indyjskich bogów. Cały kompleks muzealny był na pewno wart zobaczenia a znajdował się on w kilku budynkach pozostawionych po Brytyjczykach. Jedyną złą rzeczą była cena wstępu oraz wręcz absurdalna cena za używanie kamery, choć ja nie zapłaciłem. Gdy wydawało mi się, że będzie to dość monotonny dzień, stało się coś bardzo nieoczekiwanego. Spotkałem kolegę z Holandii, którego spotkałem niedawno w Kalkucie, zaraz przed moim wyjazdem do Bangladeszu. Usiedliśmy, porozmawialiśmy chwilę i od tej pory podróżowaliśmy po Chennai już razem. On też był wielkim wrogiem autorykszy dlatego przemieszczaliśmy się tylko lokalnym transportem. Pojechaliśmy najpierw do sądu najwyższego aby podziwiać jego piękną architekturę. Jest to ładny lecz zaniedbany budynek z czerwonej cegły i zbudowany pod koniec XIX wieku. Podobno jest to największy sąd na świecie po sądzie w Londynie. Pokręciliśmy się po całym terenie i zrobiliśmy kilka zdjęć a następnie pojechaliśmy miejskim pociągiem do następnego obiektu. Tym razem był to fort świętego Georga z 1653 roku (sama nazwa mówi o pochodzeniu brytyjskim) i choć było to ładne miejsce położone w zieleni, nie było tam zbyt dużo do oglądania gdyż fort ten był wiele razy niszczony.

Wychodząc z niego zobaczyłem jeszcze kościół świętej Marii zbudowany w 1680 roku i także pozostawiony przez Brytyjczyków. Przez cały czas rozmawiałem z moim holenderskim kolegą o świecie, polityce, o Holandii i o Polsce, o Unii itd. Tematów było wiele i zgadzaliśmy się w dużej większości. Mój holenderski kolega był miłym towarzyszem do rozmowy i zwiedzania. Po zaliczeniu głównych zabytków i wielokrotnym piciu herbaty czaj oraz jedzeniu sałatek owocowych i piciu niezliczonych soków ze świeżych owoców, udaliśmy się do miejsca, które jest chyba najlepszą i najbardziej znaną częścią Chennai (Madras). Poszliśmy na tętniącą życiem plażę Marina, gdzie sprzedawano mnóstwo wszelakiego jedzenia oraz innych rzeczy .Usiedliśmy koło faceta, który smażył ryby a potem spróbowałem kilka rodzajów. Wybierałem sobie, którą chciałem a on smażył przy mnie. Koło niego sprzedawali napoje i owoce i było tak miło, że chciałem tylko jeść i cieszyć się nadmorskim, delikatnym wiatrem. Widziałem też, że na plaży były ustawione makiety z podobiznami indyjskich aktorów naturalnej wielkości. Chennai jest konkurencją dla Bollywood czyli indyjskiej wytwórni filmowej znajdującej się w Mumbaju. Marina była bardzo odprężająca jak na miejską plażę gdzie po prostu cieszyłem się piękną pogodą i smażonymi rybami. Po jakimś czasie poszedłem nad morze aby pomoczyć nogi lecz na tym się nie skończyło gdyż fale były tak silne, że stojąc na brzegu i tak byłem prawie cały mokry. Zauważyłem, że młodzi Hindusi mają wspaniały temperament. Sprawiali wrażenie jakby tańczyli jednocześnie rzucając się w fale i widać było, że na prawdę bardzo cieszyli się morzem-Zatoką Bengalską aby być dokładnym. Po moim pierwszym, obfitującym we wrażenia dniu w Chennai, zaliczając jeszcze kilka stoisk z owocami i sokami, wróciłem do mojego hostelu armii zbawienia gdzie znowu wziąłem prysznic, rozłożyłem siatkę przeciwko komarom i poszedłem spać.

Następnego dnia rano umówiłem się z moim Holendrem pod stacją pociągową aby spróbować kupić bilet. O dziwo zostały jeszcze dwa lecz pomyślałem, że tym razem zaryzykuję. Pamiętałem, że było aż 41 autobusów dziennie do mojego następnego celu dlatego postanowiłem liczyć na szczęście. Tego dnia najpierw pojechaliśmy do świątyni Kapaleeshwarar, która jest typową świątynią dla Indii południowych. Wszystko było bardzo kolorowe a wejście do środka wymagało pewnego rodzaju poświęcenia co dodawało efektu temu miejscu. Przy tym było gorąco, ludzie sprzedawali kokosy i banany, które miały być złożone w ofierze bogom a zaraz koło świątyni znajdował się sztuczny staw gdzie przygotowywano stos do palenia zwłok. Świątynia ta była piękna i interesująca lecz uważam, że ciekawe było też zachowanie samych ludzi co dało mi kolejny wgląd w tą obcą dla mnie kulturę. Każdy wierny hinduista wchodził do świątyni z kokosem i owocami w środku, które były darami dla bogów. Tak samo jak w większości świątyń południowo indyjskich także te były zbudowane w formie wysokich rzeźb indyjskich bogów osadzonych na piętrzących się dachach. Wszystkie były bardzo zadbane, świeżo pomalowane i jak zawsze piękne. Tak to już niestety jest w Indiach, że świątynie są pomnikami pieniądza a ludzie umierają na ulicach z głodu i chorób. Jest to bardzo przykre.

W pobliżu znajdowała się też inna świątynia-Ramakrishna Mutt, utrzymana w tym samym stylu co poprzednia. Zarówno jedna jak i druga była oazami spokoju gdzie wierni mogli spędzać czas na medytacji a turyści tacy jak ja na eksploracji tych fascynujących miejsc. Dodam jeszcze, że do świątyń dostaliśmy się miejskim transportem z czego byliśmy bardzo dumni gdyż uniknęliśmy kontaktu z autorykszarzami. Stamtąd zmierzaliśmy w kierunku morza a po drodze zobaczyłem katedrę świętego Tomasza. Jest to prawdopodobnie najstarszy kościół rzymsko-katolicki gdyż został zbudowany w 1504 roku a potem został przebudowany w neogotyckim stylu w 1893 roku. Jest cały biały a po środku znajduje się wysoka wieża z krzyżem na szczycie. Stąd do morza było już niedaleko dlatego znowu poszliśmy na plażę Marina. Znowu objadłem się rybami, owocami i piłem soki. Oprócz tego wykąpałem się oraz chodziłem po brzegu i właśnie to było super. Moim celem było tylko cieszenie się morzem, picie soków i tak mi właśnie minął już do końca ten dzień. Po nacieszeniu się plażą i wszystkimi przysmakami, wróciłem do hostelu gdzie znowu wziąłem prysznic a potem pojechałem lokalnym autobusem na dworzec. Tym razem autobus zatrzymał się co bardzo mi pomogło.

Chennai lub Madras jak kto woli bardzo mi się podobało. Znajduje się tu wiele kolonialnych budynków, piękne świątynie hinduistyczne i katolickie kościoły sprzed ponad 500 lat. Samo miasto nie wydawało mi się też tak zatłoczone jak reszta wielkich, indyjskich aglomeracji. Zdecydowanym plusem Chennai była plaża Marina nad zatoką bengalską gdzie kwitło życie towarzyskie, handel i zabawa a przy tym można było zjeść świeże ryby i owoce.

Moja niefortunna droga do Madurai

Opuszczenie Chennai nie było tak proste jak mi się wydawało. Jak wcześniej wspomniałem nie miałem biletu i dlatego musiałem liczyć na okazję. Musiałem wchodzić do autobusów na “chybił trafił” i po godzinie udało się. Autobusem, który był już najgorszym gratem jakim widziałem, byłem w drodze do sławnego w Indiach miasta Madurai, także w stanie Tamil Nadu. Moja droga tam była niestety niefortunna i niewygodna. Zająłem drewniane siedzenie a gdy już nie wytrzymywałem w tych warunkach, rozłożyłem gazety na brudnej podłodze i tak przespałem się w przejściu. O dziwo spało mi się nawet nieźle lecz do czasu gdy konduktor obudził mnie szturchnięciem nogą, mówiąc że autobus zepsuł się i już dalej nie pojedzie. To było do przewidzenia gdyż grat, którym jechaliśmy nadawał się już tylko na złom i dziwne było, że w ogóle odpalił i ruszył z miejsca. Byłem więc razem z resztą tłumu na ciemnej, pustej drodze o czwartej rano. Nagle jednak, jak na zbawienie podjechał jeszcze gorszy grat. Gdy drzwi otworzyły się konduktor zaczął krzyczeć, że nie ma miejsc a i tak wszyscy wepchnęli się do środka aby przez kolejnych osiem godzin ściśnięci jak sardynki dojechać do Madurai. Nawet ja wepchnąłem się z moją wielką walizką na kołach, a że nie było gdzie siedzieć położyłem się na niej. Rano walizka wyprofilowała się do mojego kształtu ciała. Po drodze były piękne widoki. Wszędzie palmy, pagórki i stawy lecz myślę, że wszyscy byli zbyt wycieńczeni aby zwracać na to uwagę. Przed miastem zatrzymaliśmy się jeszcze na czaj co mnie trochę ocuciło. Wreszcie po całej nocy piekielnej jazdy, nad ranem udało mi się dotrzeć do Madurai-hurra!

Madurai

Madurai to sławne miasto w Indiach z powodu zespołu świątyń Sri Meenakshi, która wygląda jak pokaz animowanych bogów na świątyni wysokiej na 50m oraz wieloma rzeźbami i korytarzami w środku. Madurai to także miasto wielu żebraków, pielgrzymów, sklepów i bezrobotnych autorykszarzy. Jest to miasto, które uważam, że powinno być na liście każdego podróżnika przemierzającego południowe Indie.

Gdy nareszcie dotarłem do Madurai, kierowca wyrzucił mnie na jednym z najbardziej śmierdzących i obleśnych dworców jakie widziałem a doświadczenie w tego typu miejscach mam już wielkie. Wszędzie były sklepy oraz bary gdzie sprzedawano omlety i lokalne wyroby bez zachowania jakiejkolwiej higieny. Była też bardzo paskudna toaleta lecz mężczyźni równo lali na mur a kobiety kucały po drugiej stronie aby zaoszczędzić jedną rupię czyli tyle co nic. Zaraz koło nich były knajpy gdzie dawno już niegoleni i niekąpani Hindusi smażyli omlety, w swych czarnych (kiedyś białych) koszulkach, plując tabaką na boki. Za każdym razem gdy pytam w Indiach o toaletę oni mi pokazują drzewo lub mur i mówią, że to Indie. Myślę, że zwłaszcza na tym dworcu, gdyby około 500 osób przyszło się wysrać, nie zrobiłoby to wielkiej różnicy. Ja też nie jestem zbyt atrakcyjny ale w porównaniu z nimi ciągle rzucam się w oczy jak ten zadbany. Chodzę w wyciągniętej koszulce, która w tym upale jest praktycznie do prania co godzinę, noszę spodnie, które już dawno nie widziały wody i proszku do prania ale wciąż są najlepsze jakie mam ze względu na kieszenie. Noszę też moje piękne klapki, które znalazłem w zbiorowej łaźni w małej wsi w Mongolii, której nazwy już nie pamiętam. Skarpety już dawno mi się skończyły a włosy zaraz po myciu są znowu zlepione jak glut. Wszystko przez tą wodę i wszechobecny syf lecz potrafię się tym cieszyć i żyję bardzo na luzie. Już niedługo wrócę do Anglii gdzie założę coś czystego i mam nadzieję, że moja przyjaciółka będzie mnie w stanie domyć bo nie wiem czy sam dam radę. Im dłużej podróżuję po Indiach coraz bardziej podoba mi się ten luz oraz życie jakie tutaj prowadzę. Wstaję o której chcę i robię co chcę. Nawet jeśli chodzę ubrany jak żebrak to i tak jestem zawsze elegancki bo wokół mnie jest tyle prawdziwych żebraków, że nie trudno wyglądać na kogoś “z klasą”. Jedną ręką przytulam święte krowy, drugą odpycham żebraków i jeszcze by się przydała trzecia do nokautowania autorykszarzy. Moja podróż cały czas trwa, mam w planie okrążenie subkontynentu i wcielam swój plan w życie.

Detale na świątyni Sri Meenakshi w Madurai.

Po wyjściu z “pięknego inaczej” dworca gdzie wypiłem soczek bananowy i reakcja żołądka była natychmiastowa, wsiadłem do lokalnego autobusu i pojechałem do centrum aby zobaczyć sławną świątynię Sri Meenakshi, zaprojektowaną w 1560 roku. Gdy dotarłem na miejsce zobaczyłem coś spektakularnego i zrozumiałem, że wizyta tutaj była warta wiele długich godzin w parszywym autobusie i kilku przykrych wizytach w kiblu. Świątynia ta była zdecydowanie najpiękniejsza i największa jaką dotąd widziałem. Wysoka na 50m, zwężająca się ku górze i prostokątna, a na niej był osadzony przepych rzeźb przedstawiających bogów hinduistycznych oraz moje ulubione, święte krowy. Były zarówno dobre jak i złe postaci z hinduizmu. Niektóre miały wiele głów i wiele rąk i wszystkie były inne i w innych kolorach. Nocą cały obiekt był też podświetlany. Mógłbym znowu powiedzieć, że świątynie Agkor Wat w Kambodży były piękniejsze ale nie tym razem. Sri Meenakshi była zupełnie inna. Była to inna sztuka reprezentująca inny styl i nie można ich porównać. Na całym terenie było aż 12 świątyń tego rodzaju oraz korytarzy wewnętrznych i wspaniale rzeźbionych, masywnych filarów, które podtrzymywały całość. Chodziłem wewnątrz świątyń gdzie znajdowało się muzeum z bogactwem rzeźb i podziwiałem piękną sztukę. Na zewnątrz było równie pięknie lecz oczywiście inaczej. Było tu dużo pielgrzymów z Indii, którzy składali kokosy i banany w ofierze. Byli też żebracy i policja, której nic się nie podobało i wszystko to stanowiło jedną chaotyczną całość. Całe szczęście, że zrobiłem dużo zdjęć i mam pocztówki gdyż piękno świątyń Sri Meenakshi jest nie do opisania. Na terenie tym było także dużo ciekawych i egzotycznie ubranych Hindusów, którzy stanowili do nich wspaniały dodatek. Przez następną godzinę pokręciłem się po okolicznych bazarach gdzie sprzedawano na przykład kwiaty będące darami do świątyni i gdzie zafundowałem sobie kokosa. Na miejscu go rozłupują, potem wkładają słomkę do środka i gotowe. Jest to indyjski, bardzo zdrowy fast food. Cała oprawa i nastrój tego miejsca byłby niezwykły dla każdego Europejczyka.

Następnie zatrudniłem rykszarza rowerowego, który mimo swojego wieku ( miał już 70 lat) żwawo obwiózł mnie po mieście. Najpierw pojechaliśmy do pałacu Tirumalai Nayak, który został zbudowany w 1636 roku i był niestety bez dachu oraz stanowił tylko 1/12 tego czym był kiedyś. Tak czy inaczej była to imponująca, pięknie rzeźbiona budowla. Do dziś zachowały się filary podtrzymujące cały obiekt oraz łuki łączące je z częścią sufitu i malunki oraz rzeźby na całym terenie. Po wizycie w interesującym pałacu mój rykszarz zawiózł mnie do świątyni, która była zbudowana na wyspie i była otoczona wielkim akwenem wodnym. Był to akwen zwany Mariamman Teppakkulam, który był zbudowany w 1646 roku i jest podłączony do rzeki Vaigai za pomocą podziemnych kanałów. Gdy dojechałem na miejsce, akurat była woda lecz dowiedziałem się, że gdy jej nie ma, dzieci robią z tego terenu pole do krykieta. To było kolejne interesujące doświadczenie. Chodząc dookoła obiektu zatrzymywałem się na soki i owoce a dzieci wracające ze szkoły zatrzymywały mnie aby ze mną porozmawiać. Raz też zobaczyłem dwa wielkie bawoły z pomalowanymi rogami, które ciągnęły wóz. Ta część miasta dała mi najlepszą okazję na kontakt z ludźmi w Madurai, który także jest ważnym elementem moich wypraw. Po wszystkim mój rykszarz odwiózł mnie jeszcze do centrum i jak zwykle miałem z nim drobne starcie o pieniądze gdyż chciał mnie oszukać. Następnie poszedłem na indyjską kolację i tym razem udało mi się zjeść kurczaka. Także w Madurai mięso nie jest wszędzie podawane. Kręciłem się jeszcze po mieście aż do zmroku a potem lokalnym autobusem pojechałem na tą samą brudną stację aby odebrać bagaż i pojechać w następne miejsce. Jak to zwykle bywa jazda nie należała do przyjemnych lecz na szczęście trwała tylko cztery godziny. Około czwartej nad ranem dojechałem do Kanyakumari (Przylądek Komorin), także w stanie Tamil Nadu.

Madurai było zdecydowanie warte długiej i niewygodnej podróży. Kompleks świątyń Sri Meenakshi był piękny, jedyny w swym rodzaju i tak samo jak Taj Mahal w Agrze, Angkor Wat w Kambodży, Pałac Królewski w Bangkoku, Złota Świątynia w Amritsar, Wielki Mur w Chinach i wiele innych, powinna być na liście każdego podróżnika. Poza tym jest to typowe, przyjemne lecz brudne indyjskie miasteczko gdzie jest kilka innych rzeczy do zobaczenia. Ludzie są mili a niektóre restauracje oferują jedzenie nie goniące od razu do toalety.

Kanyakumari (Przylądek Komorin)

Podczas tej wyprawy do Indii Kanyakumari nie było moim celem podróży lecz mimo wszystko postanowiłem tam pojechać. Biorąc pod uwagę położenie geograficzne jest to bardzo szczególne miejsce choć miasteczko to jest także ważnym kierunkiem pielgrzymek dla hinduistów. Kanyakumari czyli Przylądek Komorin jest najbardziej na południe wysuniętą częścią Indii. Dalej na południe już nie da rady pojechać, chyba że chciałbym popłynąć wpław na Antarktykę. Przylądek Komorin dał mi szansę oglądania Zatoki Bengalskiej, Morza Arabskiego i Oceanu Indyjskiego z tego samego miejsca gdyż tutaj te trzy wielkie żywioły spotykają się. Kanyakumari było pięknym miejscem do odwiedzenia i cieszę się, że tam pojechałem. Jest to bardzo małe, spokojne, rybackie miasteczko z kilkoma atrakcjami, których największą jest piękna natura. Są tylko dwie główne ulice koło których unosi się zapach ryb a nad wodą rybacy rozwiązują sieci. Są oczywiście sklepy z pamiątkami, sprzedawcy lodów oraz przyjemne, nadmorskie knajpy. Można tu dobrze zjeść z liści bananowych, popijając czaj. Jest też piękna plaża otoczona skałami o które rozbijają się wielkie fale oraz ludzie cieszący się wszystkimi trzema żywiołami jednocześnie. Do Kanyakumari dojechałem wcześnie rano i najpierw usiadłem w przydrożnej knajpie aby napić się czaj a potem wyruszyłem na poszukiwanie pokoju. W Kanyakumari jest parę dobrych i drogich hoteli lecz mój wybór był bardzo prosty gdyż jak zwykle kierowałem się tylko ceną. Pokój był brudny i nie było tam nic oprócz łóżka i kilku gratów lecz nic nie było w stanie pobić tej ceny-jedyne 50 rupii za noc. Pierwszego dnia poszedłem na plażę aby tylko pochodzić oraz udałem się poza strefę turystyczną aby porozmawiać z rybakami. Razem z nimi rozwiązywałem sieci i rozmawiałem, zrobiliśmy kilka zdjęć i poszedłem na wielkie molo ułożone ze skał, o które wiecznie rozbijały się fale. Razem ze mną poszli miejscowi studenci, którzy przez cały czas dotrzymywali mi towarzystwa, pytali skąd jestem i czy mam żonę. Mówili też co studiują i, że wszyscy są katolikami. W Kanyakumari jest wiele kościołów katolickich a jeden, największy i najpiękniejszy stał w bardzo widocznym miejscu. Miasteczko to jest miejscem gdzie można zapomnieć o świecie. Możnaby tam zostać długo, jedząc owoce, chodząc po plaży i po skałach a potem jeść i jeszcze raz jeść lekkie potrawy z liści bananowych. Zachód słońca tego wieczora też był piękny, zwłaszcza gdy chował się za oceanem i dawał niebu czerwony kolor.

Następnego dnia, zaraz po śniadaniu robiłem to co poprzednio czyli cieszyłem się życiem w jednej z najpiękniejszej części świata. Idąc główną ulicą w stronę oceanu, po prawej stronie miałem pomnik Ghandiego, który wyglądał bardziej jak świątynia niż pomnik. Kiedyś znajdowała się tu część prochów Mahatmy Ghandiego zanim została rozrzucona do oceanu. Była to ciekawa architektonicznie budowla lecz niestety w moim najmniej ulubionym kolorze czyli w różowym. Także w bliskim sąsiedztwie plaży stała świątynia Kanyakumari czyli typowa budowla dla południowych Indii, zwężająca się ku górze, we wszystkich kolorach tęczy i z bogactwem rzeźb hinduistycznych bogów. Odwiedziłem także świątynię Kumari Amman, która miała około 1000 lat. Ta z zewnątrz nie wyglądała zachęcająco lecz od środka miała swój niepowtarzalny nastrój. Przed wejściem musiałem tym razem zdjąć nie tylko buty ale także koszulę. Do środka wprowadził mnie Hindus przepasany jedynie pomarańczową chustą i z wymalowaną twarzą, który pokazywał mi wszystko w środku a zwłaszcza figurkę Devi. Jest to bogini, która rzekomo pokonała demony i zaprowadziła pokój na ziemi. Podróżując po Indiach przywykłem już do tego, że jestem ciągle zaskakiwany gdyż każda najmniejsza rzecz ma swą świętą legendę i bardzo interesującą oprawę. Jednak moją ulubioną częścią dnia była wycieczka promem na dwie pobliskie wyspy koło przylądka Komorin. Promy odpływały regularnie co pół godziny dlatego tym razem nie było ryzyka, że coś mnie ominie. Na pierwszej wyspie było kilka świątyń, które były zbudowane aby upamiętnić Swami Vivekananda czyli jednego z ważniejszych religijnych odkrywców, który medytował w Kanyakumari w 1892 roku. Obie świątynie były ciekawie zbudowane gdyż stanowiły połączenie różnych stylów religijnych, jednak najbardziej podobało mi się to co widziałem poza wyspą. Najpiękniejsze było tutaj samo morze uderzające o skały, wiatr, słońce i spokojny horyzont. Stamtąd też było widać miasteczko Kanyakumari, kościół oraz rybaków pracujących przy sieciach. Na tej małej wyspie spędziłem aż dwie godziny chodząc w kółko, kładąc się na ziemi i po prostu obserwując przyrodę i krajobraz. Zaraz koło tej wyspy była inna, na ktorej stał wielki, 40 metrowy pomnik tamilskiego poety-Thiruvalluvara. Pomysł wprowadzono w latach 70-tych lecz cały projekt zakończono w roku 2000 i dziś jest to symbol miasta a zarazem rodzaj indyjskiej „Statuy Wolności”. Nad całą rzeźbą pracowało 5tys rzeźbiarzy a cała praca zajęła około 30 lat. Jest to wielka, masywna i robiąca wrażenie budowla. W środku kamiennego poety znajdowały się schody dlatego wszedłem do środka aby po raz kolejny obserwować Kanyakumari i piękny horyzont lecz tym razem z większej wysokości.

Sam zrobiłem sobie jajka na śniadanie w ulicznej knajpie gdyż szanowny “ciapaty” dodawał za dużo oleju.

Tego samego dnia poszedłem jeszcze na główną ulicę aby pożegnać się z tym pięknym zakątkiem świata a następnie popływałem w morzu i przekąsiłem lokalne przysmaki. Rozegrałem też mecz w piłkę nożną z dziećmi rybaków. Kanyakumari było piękne w każdym calu. Następnego dnia rano pożegnałem swój “śliczny” pokoik, wziąłem lokalny autobus i po wypiciu herbaty czaj oraz lassi pojechałem do mojego następnego celu podróży. Tym razem zmierzałem do plażowego raju i do jednego z najpiękniejszych stanów Indii. Jechałem do sławnych na całym świecie stanów Kerala a potem Goa.

Kerala

Po moich ostatnich przygodach i dotarciu aż na samo południe subkontynentu, moja podróż zaczęła nabierać pięknych kolorów gdyż teraz zmierzałem w stronę bajkowych plaż oraz piękna naturalnego stanów Kerala i Goa. Zaraz gdy wjechałem do stanu Kerala, zauważyłem, że wszędzie były piękne jeziora pokryte liliami wodnymi, z ziemi wyrastały palmy kokosowe a mój autobus był często zatrzymywany przez grupy wymalowanych i roztańczonych Keralczyków, obchodzących w ten sposób swoje święto.

Stan Kerala leży na południowo zachodnim wybrzeżu Indii i był niegdyś kolonizowany przez Arabów, którzy chcieli kontrolować tutejszy rynek przypraw. Potem przybyli Portugalczycy, Holendrzy i Brytyjczycy, którzy następnie walczyli ze sobą o przejęcie wpływów na tym terenie. Dzisiejsza Kerala jest stanem, który słynie z piękna naturalnego, egzotycznej fauny i flory oraz plantacji herbaty. Kerala jest także tym stanem w którym jest niska śmiertelność noworodków a poziom analfabetyzmu jest najniższy w kraju. Aż 91% ludności potrafi czytać i pisać co poprawia statystykę Indii. W Kerali ludzie posługują się językiem malayalam i z tego z czego zdołałem się dowiedzieć, bardzo mała liczba osób potrafi mówić językiem narodowym czyli hindi. Tak jak wcześniej w stanie Tamil Nadu, tak samo w Kerali spory procent stanowią katolicy a oprócz samej natury specjalnością Keralczyków jest masaż ayurveda.

Trivandrum

Moim pierwszym przystankiem było Trivandrum czyli stolica stanu Kerala. Było to większe miasto z ruchliwym dworcem autobusowym i ulicą Mahatmy Ghandiego oraz zanieczyszczeniami, które sprawiły że nie zabawiłem tu długo. W Trivandrum jedynie zjadłem parata z jajkami i czaj oraz skorzystałem z internetu. Potem udało mi się wskoczyć do autobusu jadącego do małego miasteczka o nieznanej dla mnie nazwie aby tam przesiąść się w następny autobus, który miał mnie zawieźć do Varkala. Cała jazda trwała trochę dłużej niż przewidywałem (co normalne w tym kraju) ale nie trwała dłużej niż cztery godziny.

Varkala

Varkala to znana każdemu turyście miejscowość z powodu ślicznej plaży pod klifem, idyllicznego nastroju, pięknej natury oraz dobrej kuchni morskiej. To jest właśnie to co lubię! Po dotarciu do Varkala spotkałem dwie Angielki dlatego razem wzięliśmy rykszę i pojechaliśmy szukać hotelu. Na koniec autorykszarz chciał nas oszukać jak to zwykle w Indiach bywa ale nie daliśmy się. Varkala nie należy do najtańszych miejsc dlatego po kilku zbyt drogich jak dla mnie pokojach (a z założenia wszystkie są za drogie) znalazłem dom pięć minut od plaży, którego właścicielem był Amerykanin z Detroit. Poczułem się bezpieczniej i ufniej rozmawiając z białą twarzą. Powiedział mi, że ma pokój zbiorowy na strychu i łóżko kosztuje tylko 75 rupii czyli około 80 pensów za noc. Nie sądziłem, że w Varkala coś takiego będzie możliwe. Dorm nie był jednak obrzydliwy. Znajdował się pod palmami kokosowymi i pod gołym niebem. Było cudownie i bardzo tanio. Budziłem się i zasypiałem pod gwiazdami i palmami. Amerykanin opowiadał mi, że był w Warszawie gdy wyrzuciliśmy z Polski komunistów i ludzie byli szczęśliwi dlatego zapamiętał Warszawę jako miasto szczęśliwych ludzi. Zapadł zmrok lecz nie marnując ani chwili poszedłem na plażę. To było piękne zjawisko gdyż znajdowałem się na wielkim klifie, który był około 50m nad plażą a w dole było piękne morze arabskie oraz kąpiący się ludzie. Na klifie były restauracje z morskim jedzeniem i sokami owocowymi oraz sklepy z indyjską sztuką. Grała muzyka, były wywieszone ubrania dla kobiet a kokosy na palmach były jak na wyciągnięcie ręki. Najbardziej w pamięci pozostały mi jednak wielkie ryby wyeksponowane przed restauracjami. Wśród nich były barrakudy, marliny i rekiny oraz wiele innych kolorowych, egzotycznych gatunków. Było pięknie. Najpierw poszedłem do jednej z restauracji na sok i naleśnika bananowego, usiadłem na wysokim balkonie pod palmą, tak że widziałem zakończenie klifu oraz morze. Gdy już dostałem jedzenie, zjadłem je chyba w pięć minut dlatego, że bardzo szybko pobiegłem wykąpać się w morzu. Poczułem miękki, ciepły piasek pod stopami oraz ciepłe, masujące mnie morze. Wszedłem na 10 minut gdyż było już ciemno a zostałem chyba dwie godziny dlatego, że czułem się tam tak wspaniale. Fale były silne i bujały mną w jedną i drugą stronę lecz bawiłem się świetnie. Po kąpieli pooglądałem jeszcze ryby (niektóre były większe ode mnie) a następnie po wieczornej herbatce udałem się do mojego hotelu pod gwiazdami i palmami. To był piękny wieczór. Następnym razem muszę tylko dopilnować aby moja kochana koleżanka jeździła w takie miejsca ze mną. Niestety tak się już złożyło, że zamiast tutaj zabrałem ją do zimnego Tybetu i pod granicę z Afganistanem ale to przecież też miało swój niepowtarzalny urok.

Następnego dnia rano w moim raju, pobiegłem na śniadanko a potem poszedłem prosto na plażę. Tego dnia spędziłem większość czasu na plaży kąpiąc się, rzucając się w fale i po prostu bawiąc się wspaniale. Gdy poczułem, że już chciałem sobie zrobić przerwę, pojechałem do miasteczka Varkala. Tam niestety nic ciekawego nie było i szybko wróciłem. W drodze do miasta uniknąłem płacenia rykszarzom gdyż udało mi się złapać autobus za który nie zapłaciłem nic a w drodze powrotnej młodzi Hindusi zabrali mnie motorem. Wsiadłem jako trzeci pasażer i zabrali mnie bardzo szybko na plażę. Podobało mi się, było gorąco a wiatr i widok palm sprawiał, że było jeszcze lepiej. Przypomniał mi się wtedy Wietnam gdzie każdy motorower był taksówką i nigdy nie było problemu z transportem. Zauważyłem, że ludzie na południu Indii są inni niż ci na północy. Wydaje mi się, że są milsi i nie są tak natrętni jak tamci. Nie starają się na siłę wszystkiego sprzedać a zwłaszcza tego czego nie chcę. Częściej też się uśmiechają, także podczas pracy. Wykształcił się tu na przykład zawód krojenia liści bananowych gdyż dania są podawane właśnie na nich. Małe herbaciarnie zawsze też mają zawieszone wielkie gałęzie bananów przez co wyglądają jeszcze bardziej kolorowo, biorąc pod uwagę także to, że i tak są zawsze pod palmami. Gdy zajechałem na plażę w Varkala i motocykl zaparkował na wielkim klifie, przeszedłem między palmami i znów z góry mogłem oglądać piękne morze. Nie marnując ani chwili, zbiegłem na dół i rzuciłem się w fale co trwało tak długo, że aż odmiękły mi palce. Było cudownie. Wieczorem postanowiłem, że tym razem zaproszę się na pyszny obiad do jednej z restauracji na klifie. Obejrzałem dokładnie wystawę wielkich ryb, wliczając w to rekiny i marliny i zamówiłem filet z barrakudy z frytkami, ryżem i sałatką. Byłem niecierpliwy dlatego czekając na obiad jeszcze raz się wykąpałem aby po około 20 minutach zasiąść do kolacji. Danie było pyszne gdyż barrakuda była wyśmienita a obsługa też niezła. Jest to śmieszne ale za wszystko zapłaciłem niecałe dwa funty. Zastanawiałem się nad rekinem ale uważam, że tej ryby nie powinno się wyławiać ale robić na jej temat badania i rozwijać turystykę rekinią gdyż jest tak ciekawa (jeden z tematów mojej pracy magisterskiej). Po kolacji przeszedłem się jeszcze po brzegu, wykąpałem się i poszedłem spać do mojego łóżka pod gwiazdami i palmami. W ten właśnie sposób spędziłem cudowne parę dni w Varkala, plażowym raju Kerali.

Kollam

Kollam jest według mnie mało ciekawym miasteczkiem w porównaniu z innymi i uważam, że nie warto tu zostawać. Jest to jednak baza wypadowa na bardzo popularny w Kerali rejs łodzią po lagunach śródlądowych. Mój pobyt w Kollam był krótki. Odczekałem godzinę w miejscowej knajpie i po tym jak kelner rzucił mi czapati swoimi brudnymi łapami na liść bananowy, poszedłem w kierunku łodzi. Poza tym i tak nie mogłem jeść gdyż po proszkach antymalaryjnych piekło mnie gardło.

Rejs

Wkrótce wszedłem na łódź i popłynąłem na ośmiogodzinną wycieczkę po lagunach śródlądowych Kerali będących jedną z największych atrakcji turystycznych tego stanu. Moja łódź była bardzo podstawowa czyli najtańsza, co oznacza że bez problemu posuwała się naprzód lecz nie było luksusu. Po drodze na tej trasie widziałem luksusowe łodzie z dachem ze słomy, które wyglądały jak eleganckie chatki na rzece a w środku była służba, wiatrak, hamak, masażysta i stół z białym obrusem. Mi jednak sprawiało szczęście to co działo się dookoła mnie a nie w środku. Cały obszar był otoczony piękną przyrodą, różnorodnym ptactwem, palmami oraz ludźmi żyjącymi na brzegu w swoich chatkach. Wycieczka była bardzo pouczająca. Podziwiałem przyrodę, całe piękno naturalne, które było wokół mnie oraz kormorany i orły polujące na ryby. Widziałem jak orły wyjmowały ryby spod lustra wody a kormorany nurkowały jak strzała, wynurzając się po chwili z rybą. To była jedna z największych atrakcji w stanie Kerala, która sprawiła mi sporą frajdę. Na pokładzie spotkałem chłopaka z Irlandii z którym rozmawiałem najpierw o prozie życia po powrocie z wyprawy ale tylko przez chwilę gdyż nie mam czasu aby przejmować się takimi sprawami. Byliśmy przecież zbyt zajęci swoją podróżą dookoła świata. Irlandczyk mówił, że planuje dwuletnią wyprawę na swoim motocyklu, z Irlandii do Australii. Całą drogę zamierza pokonać lądem a także przejechać przez Afganistan lecz tam będzie musiał wziąć policyjną eskortę. Spotkałem też bardzo ciekawe, starsze małżeństwo z Holandii. Mówili, że byli już w około 90 krajach. Przez całe życie podróżują a pracowali już w takich krajach jak Arabia Saudyjska oraz Namibia czy Bostwana. Bardzo ciekawie się z nimi rozmawiało a ja też mogłem im coś opowiedzieć z moich podróży. Około południa dobiliśmy do brzegu gdzie zjadłem indyjski obiad w ładnej restauracji i gdzie podano mi oczywiście na liściu bananowym. Następnie płynęliśmy dalej i tak jak wcześniej było pięknie. Po prostu przyroda, palmy, ptaki i lenistwo. Było bardzo miło.

Około siódmej wieczorem, po skończonym rejsie dobiliśmy do brzegu. Dotarłem do miejscowości Allappuzha (Alleppey), która stanowi główną bazę wycieczkową po tych spokojnych, pięknych wodach.

Allappuzha (Alleppey)

W Alleppey nie zabawiłem zbyt długo. Znalazłem tani hotel i zostałem jedną noc a następnego dnia poszedłem na plażę. Plaża w Alleppey nie była tak zjawiskowa jak ta w Varkala ale było i tak przyjemnie. Siedziałem w wodzie około dwóch godzin, najadłem się lodów i opiłem napojów mleczno owocowych. Alleppey miało swój urok poprzez bardzo spokojny tryb życia. Tubylcy smażyli omlety na ulicy i zaprawiali swoją herbatę czaj w bliskim sąsiedztwie dymiących autobusów. Przez środek miasteczka biegła rzeka a na jej brzegach były pomniki, także nagich kobiet. Było to kolejne miasteczko gdzie czas płynął bardzo wolno, gdzie popływałem w morzu i spędziłem czas z Hindusami popijając czaj. Allepey to kolejne wymarzone miejsce do tego aby zapomnieć o domu, czyli o rachunkach, podatkach i wszystkim tym czego tak bardzo nienawidzimy.

Kochi (Kochin)

Późnym popołudniem pojechałem do Kochi, czyli następnego miasteczka w stanie Kerala, które było oddalone od Alleppey tylko o półtorej godziny jazdy autobusem. W Kochin nie miałem żadnego problemu ze znalezieniem hotelu. Po prostu wyszedłem z dworca a hotel już na mnie czekał. Wziąłem jak zwykle to co było jak najtańsze i rozgościłem się choć zachwycony nie byłem. Pokój był obskurny a poza tym był wielką wylęgarnią komarów, dlatego najpierw rozłożyłem siatkę a potem poszedłem na miasto.

Kochin jest miejscem, które warto odwiedzić ze względu na historyczne budynki pozostawione tu przez kolonizację portugalską, holenderską i brytyjską-właśnie w tej kolejności. Położenie Kochin jest dość nietypowe gdyż położone jest na wyspach. Ja mieszkałem na stałym lądzie czyli Enarkulam a główne atrakcje turystyczne znajdują się na wyspie Fort Kochin. Następnego dnia rano pojechałem tam aby rozejrzeć się i zwiedzić co miałem w planach. Wziąłem prom z Enarkulam i po 20 minutach dotarłem na Fort Kochin. Po drodze widziałem skaczące delfiny, które były na tyle wolne, że pozwalały mi abym je zobaczył. Było to bardzo miłym doświadczeniem gdyż gdy ostatnio widziałem delfiny i inne walenie na wybrzeżu Islandii, były one tak szybkie, że nie sposób im było się przyjrzeć. Wyspa na którą dotarłem bardzo różniła się od stałego lądu i była pięknym miejscem do spędzenia dnia. Był tam wielki targ rybny gdzie były bardzo kolorowe, egzotyczne ryby (rekiny również) a zaraz koło stoisk z rybami znajdowały się restauracje gdzie mogłem wybrać którąś do usmażenia. Wszystko było położone nad pięknym morzem, w cieniu palm i nieopodal kilkusetletnich zabytków.

Rybacy przez cały czas łowili ryby używając do tego chińskich sieci. Są to wielkie sieci rzeczywiście pomysłu chińskiego, które są umiejscowione przy brzegu a liny umocowane za cztery końce sieci, za pomocą ciężkiego mechanizmu z drewna, zanurzają je w wodzie po czym wyciągają na powierzchnię z rybami. Wszedłem raz do takiego miejsca gdzie pomogłem rybakom w łowieniu ryb. Sam proces wydaje się łatwy bo wystarczy tylko zanurzyć sieci a potem je wyjąć lecz konstrukcja całej budowli wymaga na pewno wiele pracy. Przy okazji zrobiłem sobie kilka interesujących zdjęć z rybakami oraz zdjęć mnie samego przy pracy.

Po mojej przygodzie z łowieniem ryb, poszedłem na lekcję historii. Najpierw byłem w kościele świętego Franciszka, który został zbudowany w 1503 roku i został pozostawiony tu przez Portugalczyków. W kościele tym był niegdyś pochowany sławny portugalski żeglarz, odkrywca i nawigator, Vasco da Gama lecz później jego zwłoki zostały przeniesione do Lizbony. Poszedłem także do bazyliki Santa Cruz, która także pochodzi z tamtego czasu a potem na holenderski cmentarz, który jest pozostałością po kolejnej europejskiej kolonizacji. Na wyspie tej jak i w całej Kerali jest dużo kościołów katolickich pozostawionych po Europejczykach. W kościele katolickim w Indiach wyróżnia się cztery okresy:okres portugalski, holenderski, brytyjski i kościół Indii południowych, który trwa do dziś poczynając od niepodległych Indii czyli roku 1947.

Jednogłośnie Pan po lewej został wybrany na najładniejszego.

Cała wyspa jest wspaniałym pokazem piękna naturalnego oraz dobrą lekcją historii i architektury z tamtego okresu. Wyspa była podzielona na dwie części. Po drugiej stronie był wielki bazar z pamiątkami gdzie mieściła się synagoga oraz żydowskie miasto. W synagodze była pokazana historia narodu żydowskiego aż od czasów faraonów oraz podróż morska żydów do południowych Indii. Stąd właśnie ich obecność tutaj oraz zabytki, które przywieźli ze sobą. Między innymi były wystawione tysiącletnie tablice modlitewne, którym nie można się było niestety przyjrzeć z bliska. Spędziłem tam mało czasu, zobaczyłem zabytki i poszedłem w stronę kolejnego obiektu czyli pałacu holenderskiego. Ten obiekt podobał mi się o wiele bardziej. Przedstawiał on władców holenderskich z okresu gdy byli oni przy władzy, ich stroje, broń, obrazy itd. Całość bardzo mi się podobała a pałac nie przypominał w niczym wielkiego, okazałego pałacu. Był to raczej mały, jednopiętrowy dom, w którym znajdowały się holenderskie pamiątki. Poza tym Kerala jest o wiele droższa niż Indie północne choć i tak kupiłem parę rzeczy. Były to olejki kokosowe, które były dość tanie a inne (i było ich wiele) były bardzo drogie. Kupiłem także kilka przypraw gdyż zostałem zaproszony do fabryki imbiru. Tutaj mogłem zobaczyć jak na prawdę to wygląda i w jak ciężki sposób ludzie pracują w tego typu miejscach. Był to bardzo miły dzień i bardzo mile go wspominam. Wyspę Fort Kochin uważam za obowiązkowy przystanek każdego kto odwiedza Keralę. Następnie tą samą drogą, już po zmroku, wróciłem do mojej wstrętnej wylęgarni komarów czyli do hotelu koło dworca.

Nazajutrz obudziłem się bardzo rano gdyż pomimo mojej siatki przeciw komarom, jakoś mnie dopadły a potem obudzili mnie modlący się muzułmanie, którzy zaczęli swoje modły przez głośniki już o 5.30 rano. Gdy w końcu udało mi się zasnąć spałem aż do dwunastej gdyż wtedy muzułmanie znowu zaczęli się modlić i oczywiście znowu całe miasto musiało ich słyszeć. Tego dnia poszedłem poćwiczyć i napisać reportaż. Także udało mi się znaleźć wołowinę co mnie bardzo zdziwiło. Jednak w stanie gdzie jest tylu katolików mogłem się tego spodziewać. Chodziłem ulicami Kochin i żegnałem się z miastem gdyż tego dnia miałem wziąć nocny pociąg i pojechać do kolejnego bajkowego stanu Indii, do światowej stolicy rajskich plaż, na Goa! Oczywiście i tym razem wszystkie bilety były wyprzedane lecz na szczęście zarząd kolei w Indiach pomaga turystom i stara im się zawsze znaleźć wolne miejsca. Udało mi się dostać mój szczęśliwy bilet i opuścić piękne Kochin.

Podróż do stanu Goa

Często się zdarza podczas moich podróży i nie mam tu na myśli tylko Indii, że podczas transportu przeżywam wiele interesujących przygód i zabawnych sytuacji. Tym razem byłem na południu Indii i jechałem pociągiem poprzez najpiękniejszy i najbardziej tropikalny zakątek tego kraju.

Ludzie w fabryce imbiru na wyspie Kochin.

Na pokładzie „celi na żelaznych kołach” wyspałem się za wszystkie czasy i opowiedziałem zgromadzonym Hindusom o wszystkich krajach w których byłem a była to bardzo długa opowieść i wszyscy z zaciekawieniem słuchali. Spotkałem też parę Holendrów, którzy podróżowali po Indiach z dwójką małych dzieci i mówili, że dobrze dawali sobie z nimi radę. Rozmawiałem też z jednym Niemcem, który gdy usłyszał, że jestem Polakiem od razu zaczął do mnie mówić po niemiecku bo według niego jeśli jestem z Polski to na pewno rozumiem i niemiecki. Rozumiałem tylko część gdy mówił do mnie wolno. Powiedział, że miał kiedyś firmę w Monachium i zatrudniał samych Polaków. Gdy rozmawiam z Anglikami i Irlandczykami to mówią już wtedy bardzo szczegółowo skąd są bo są pewni, że znam ich kraje bardzo dobrze. Tylko Francuzi mówili, że Polaków u nich w kraju jest bardzo niewielu dlatego, że utrudnieniem jest język. Podróż przebiegała pomyślnie w bardzo mieszanym towarzystwie ludzi z Indii i Europy i wszyscy bawiliśmy się dobrze, za oknem mając tropikalne widoki. Zdziwiłbym się gdyby ktoś był smutny. Zmierzaliśmy przecież do plaży Palolem, która jest w czołówce najlepszych plaż na świecie. W przedziale bawiłem się tak dobrze, że mało co nie przegapiłem mojej stacji i znowu musiałem wyskakiwać z jadącego pociągu. To już drugi raz podczas tej wyprawy. Miesiąc wcześniej wyskakiwałem w stanie Zachodni Bengal gdy zmierzałem do Bangladeszu. W końcu po 14h jazdy dotarłem do stacji Canacona w stanie Goa i w ten sposób kontynuowałem swoją rajską przygodę.

Goa

Myślę, że jest to ten stan, którego nikomu nie trzeba przedstawiać. Goa jest powszechnie znana jako stan pięknych plaż, palm, ciepłego morza i kokosów. Jest to krajobraz żywcem wzięty z kolorowych pocztówek z napisem-”tak wygląda raj i ja tutaj byłem”. Jednak w moim reportażu zamierzam też pokazać, że Goa to nie tylko rajskie plaże ale także interesująca historia. Jest to głównie historia w postaci kościołów i katedr będących pozostałością po kolonizacji portugalskiej. Goa do dziś jest często nazywana „małą Portugalią”. Jest to także najmniejszy stan w Indiach co pozwala na zobaczenie wielu rzeczy w krótkim czasie, nie spędzając wielu godzin w autobusach.

Palolem

Gdy wyskoczyłem z jadącego pociągu na stacji Canacona, jeden Hindus podwiózł mnie na swoim motocyklu i zawiózł prosto do hotelu zaraz koło plaży. To dziwne, że na motocykl zmieścił się nawet mój kolosalny bagaż ale w Indiach już tak jest, że tutaj cokolwiek by się nie działo mówią: “no problem”. Znalazłem pokój nad morzem, nad najpiękniejszą i według przewodników, najbardziej bajkową plażą w całych Indiach. Pojechałem w najlepsze możliwe miejsce czyli do Palolem. Mieszkałem w ładnym miejscu prawie nad brzegiem morza, gdzie znajdowały się chatki bambusowe dla turystów, wiele restauracji nieopodal plaży pod palmami oraz rajskie warunki życia, czyli piękne morze, palmy, biały piasek i wspaniała pogoda przez okrągły rok. Tak, jestem w raju. Jest nie tylko pięknie ale i bardzo tanio, a ja tanio przecież uwielbiam!!! Zaraz po wrzuceniu mojej wielkiej walizki do pokoju i wskoczeniu w slipy, od razu wbiegłem do ciepłego morza. Fale unosiły mnie na powierzchni, nurkowałem i pływałem aż do znudzenia. Było fantastycznie, ciepło i siedziałem w wodzie kilka godzin. Następnie wdrapałem się na palmę gdyż niektóre z nich są nachylone w stronę morza w taki sposób, że rosną prawie równolegle do plaży. Siedząc tam wysoko i obserwując piękny krajobraz, poprosiłem sprzedawcę obrusów aby zrobił mi kilka zdjęć. Zauważyłem, że na plaży w Palolem wszyscy byli w szampańskim nastroju i wszyscy się do siebie uśmiechali. Spotkałem także kilku Polaków gdyż Goa a zwłaszcza Palolem jest bardzo popularne wśród polskich turystów. Tego dnia spacerowałem po plaży i od czasu do czasu wskakiwałem do morza aby potem znowu spacerować i znowu się kąpać. Zjadłem także obiad nad brzegiem morza lecz w przerwie między posiłkami moczyłem się w wodzie. Wieczorem tylko pojechałem na około trzy godziny do miasteczka Canacona gdzie nie było już szaleństwa plażowego i gdzie żyli przeciętni ludzie.

Pojechałem zobaczyć Canacona ale także po to aby tanio coś zjeść, napisać reportaż i zobaczyć jak wygląda okolica. Wygłaskałem święte krowy bez reszty, wypiłem kilka napojów mlecznych i wróciłem lokalnym autobusem po czym znowu, od razu wskoczyłem do morza. Zauważyłem, że nie tylko ja kocham święte krowy. Inni turyści także je często głaszczą lecz ja je prawie przytulam. To był mój pierwszy i niezwykle bajeczny dzień w Palolem. Po dwóch dniach chciałem mimo wszystko wyjechać gdyż gonił mnie czas ale postanowiłem aż tak się nie śpieszyć i spędzić tu jeszcze jeden niezapomniany dzień. Jak się potem okazało było to tego warte. Gdy wstałem około 9.30 przetarłem tylko oczy i od razu wskoczyłem do morza a następnie nie wycierając się (bo szkoda na to czasu) pobiegłem wzdłuż plaży i zabrałem się na dwugodzinną wycieczkę z rybakami, którzy mieli już czworo turystów na pokładzie. Najpierw wypłynęliśmy trochę dalej w morze aby oglądać wyskakujące koło nas delfiny. Słońce prażyło, fale były wysokie i rzucały łodzią a delfiny wynurzały się co chwila lub wyskakiwały w powietrze. Po tym przedstawieniu popłynęliśmy na dwie inne plaże gdzie znowu pływałem, nurkowałem a także biegałem po skałach. Dotychczas byłem sam lecz tym razem miałem szczęście gdyż była jedna dziewczyna z Francji, która zrobiła mi kilka dobrych zdjęć. Tego samego dnia przez kolejnych kilka godzin po prostu pływałem i cieszyłem się życiem i aby dopełnić mojego szczęścia popłynąłem na jeszcze jedną wycieczkę. Była to wycieczka tylko dla mnie. Położyłem się na wygodnym łóżku na łodzi i w tej pozycji ja i mój przewodnik, wypłynęliśmy na lagunę leżącą po przeciwnej stronie morza, aby oglądąć przyrodę. To była pięknie spędzona godzina gdyż mogłem obserwować wiele gatunków ptaków. Widziałem kormorany wskakujące do wody i wynurzające się z rybą, orły brązowo białe, które także polowały ale najbardziej podobały mi się zimorodki. Widziałem zwyczajną odmianę oraz bardzo rzadki podgatunek, czarno biały. Zwłaszcza te ptaki były wyjątkowo piękne. W bardzo wolnym tempie mój wioślarz odpychał łódź długim bambusowym kijem i wypatrywał dla mnie ptaki oraz małpy cicho chodzące po drzewach i obserwujące nas. Ja w tym czasie leżałem w cieniu sącząc sok i cieszyłem się bajkowym otoczeniem. Było ślicznie i tego dnia nie żałowałem nawet jednej rupii wydanej na obydwie wycieczki. Potem już tylko pływałem a po zmroku jadłem ryby i owoce obserwując morze.

Udało mi się też znaleźć typową nieturystyczną knajpę dla miejscowych gdzie ceny były bardzo niskie a jedzenie i tak bardzo dobre. Ciężko było mi się rozstać z plażowym rajem w Goa lecz po prawie trzech spędzonych tu dniach wyjechałem z Palolem. Wziąłem lokalny autobus spod hotelu i pojechałem do Margao (około godziny drogi) a tam przesiadłem się w następny autobus aby po 45 minutach dostać się do bardzo małej stolicy stanu Goa-Panaji, znanej też jako Panjim.

Margao (Madgaon)

Margao jest mało interesującym miastem, które służy głównie jako baza przesiadkowa pomiędzy np. Palolem a Panaji. Znajduje się tu bardzo ruchliwy dworzec autobusowy (składowisko gratów) gdzie mogłem nawdychać się spalin i zmęczyć hałasem. Na szczęście szybko wsiadłem do autobusu jadącego do stolicy Goa.

Panaji (Panjim)

Panaji jest bardzo małą stolicą najmniejszego stanu w Indiach od 1843 roku i jest ono kolejną pamiątką po portugalskim kolonialiźmie, co widać po obecnej architekturze. Nie jest tu tak bogato jak w Makao ale tak samo jak tam są tutaj długie, wąskie uliczki i wiele kościołów katolickich. Są też tylko 3km do najbliższej plaży ale nie tak pięknie jak w Palolem. Wielu turystów omija Panaji w drodze na bajeczne plaże lecz gdy wjeżdżałem do miasta zrozumiałem, że może to być bardzo dobre doświadczenie mojej wyprawy. Jechałem wzdłuż wybrzeża, dookoła była kolonialna zabudowa oraz palmy i inne drzewa z lianami. Była piękna pogoda jak to najczęściej bywa na Goa. Po chwili wyskoczyłem z autobusu i idąc przez mały, portugalski rynek zacząłem szukać noclegu. Niestety miałem małe problemy ze znalezieniem hotelu gdyż był festiwal i prawie wszystko było zajęte i najdroższe jak do tej pory lecz udało mi się znaleźć bardzo tani pokój z własną łazienką. Poszedłem do jednego hotelu i gdy spytali na ile mnie stać oraz zobaczyli jak wyglądam (spodenki na przykład miałem już tak brudne, że widać było na nich wszystko co jadłem do tej pory), wyjąłem 160 rupii z kieszeni i zabrali mi 150 abym jeszcze miał na wodę. Obok był pokój aż za 650 rupii dla porównania. Zadowolony z tej pięknej ceny najpierw wziąłem prysznic a następnie poszedłem prosto do bankomatu aby wziąć świeżą gotówkę.

Przez cały dzień chodziłem po mieście i myślę, że w około cztery godziny obszedłem je całe. Widziałem starą portugalską architekturę, świątynie oraz rzekę, jednak sercem oraz symbolem miasta jest piękny kościół Najświętszej Matki Panny Niepokalanego Poczęcia. Został on zbudowany w 1541 roku i jest tym miejscem do którego najpierw przychodzili portugalscy żeglarze po szczęśliwym dopłynięciu do Goa z Lizbony. Kościół ten jest dość mały (jak całe miasto), jest w białym kolorze i osadzony został na niewielkiej górze. Jest to piękne miejsce ale także bardzo dobrze zachowane jak na swoje lata. Panaji zostało oficjalnie stolicą Goa w 1843 roku, gdy stolicę tę przeniesiono ze Starego Goa z powodu epidemii. Warto tu wspomnieć, że językiem stanowym w Goa jest konkhani i marathi oraz, że pomimo wielkiego bogactwa historycznego zostawionego tutaj zwłaszcza przez królestwo Portugalii, Goa jest sławne nie z tego powodu. Zjeżdżają tutaj miliony ludzi aby delektować się rajskimi plażami, piękną przyrodą oraz niskimi cenami w porównaniu z Europą. Sztuka i historia są więc na Goa zdecydowanie na drugim miejscu. Miałem cały dzień w tym interesującym mieście i dlatego wybrałem się na klasyczny spacer w celu poznania historii i zdobycia ogólnego wrażenia. Ze wcześniej wspomnianego kościoła udałem się na wschód pod górkę i po krótkim czasie dotarłem do kaplicy Św. Sebastiana z około 1880 roku. Jest to mała kaplica choć nie do przeoczenia jest wielki krucyfiks przeniesiony tu ze Starego Goa. Po drodze widziałem interesującą, kolonialną zabudowę, podobną do tej, którą wcześniej widziałem w Makao. Następnie po wysokich schodach wszedłem na teren świątyni Maruti pomalowanej na jasno różowy kolor i był to pierwszy niekatolicki obiekt, który tu widziałem. Świątynia Maruti była poświęcona hinduistycznemu bogu małp Hanumanowi. Sama w sobie nie była tak efektowna jak te, które widziałem wcześniej lecz położenie jej dawało ładny widok na całą okolicę i było to także dobre miejsce na odpoczynek. Następnie spacerowałem w wyższej części miasta aż doszedłem do Pałacu Biskupa, który jest rezydencją arcybiskupa Goa. Był to wielki, biały budynek z charakterystycznym pomnikiem Jezusa pomalowanego na srebrny kolor. W drodze na dół przechodziłem też koło rezydencji jednego z najważniejszych ministrów Goa lecz w porównaniu z rezydencją arcybiskupa budynek ten nie zrobił na mnie wrażenia. Po kilku minutach zakończyłem swój spacer i dotarłem do punktu wyjścia czyli do kościoła Niepokalanego Poczęcia. Przez resztę dnia spacerowałem po Panaji, piłem sok z trzciny cukrowej, który sam pomagałem wyciskać, zjadłem porcję owoców i poszedłem na kolację. Tutaj kelner był tak miły, że dał mi dokładkę surówki gołymi łapami. Ręce mi opadły gdy po zmywaniu blatu kuchennego brudną ścierą chwycił w rękę surówkę i rzucił mi na talerz. Szczerze się też przy tym uśmiechnął gdyż w jego mniemaniu dał mi więcej z dobroci serca. Mogłem wtedy poczuć, że wciąż jednak jestem w Indiach a nie w Portugalii. Następnego dnia musiałem już wyjechać z Goa ale chciałem jak najlepiej spędzić ten dzień. W Panaji zobaczyłem już to co powinienem dlatego po raz ostatni na tej wyprawie chciałem zasmakować tego z czego Goa słynie. Wstałem więc wcześnie rano, zostawiłem bagaż w hotelu i pojechałem do jednej z lepszych plaż na Goa, do Anjuny.

Swoją drogą uważam, że Panaji było warte choć jednego dnia eksploracji gdyż daje poczuć historię tego stanu.

Anjuna

Jazda lokalnym autobusem trwała tylko godzinę w jedną stronę co było nawet miłe gdyż kierowca włączył muzykę a ja mogłem obserwować naturę i słuchać indyjskich piosenek. Gdy dojechałem na miejsce zrozumiałem, że było warto gdyż Anjuna to kolejna piękna plaża gdzie przyjeżdżają turyści z całego świata. Tak samo jak wcześniej w Varkali (Kerala), tutaj też był wysoki klif i też było wiele sklepów i restauracji na samej plaży, osadzonych na wysokich, bambusowych palach. Anjuna to także popularne miejsce zakupów pod palmami. Głównie są to materiały, ubrania i biżuteria własnego wyrobu choć na pewno można znaleźć tu istne cuda. Po przejściu głównej ulicy od razu rzuciłem się do wody i pozwoliłem aby dość mocne fale przenosiły mnie po morzu. Skakałem w fale, nurkowałem i po raz kolejny minęły mi tak następne dwie godziny. Zjadłem też pyszne śniadanko na plaży, morze było zaraz koło mnie i pomyślałem sobie, że to jest właśnie to życie którego chcę (a kto by nie chciał…).

Kościół Najświętszej Matki Panny Niepokalanego Poczęcia, zbudowany przez Portugalczyków w 1541 roku.

Będąc tam poznałem pewnego Anglika, z którym trochę zagadałem się na temat rynku pracy w Anglii. Mieliśmy dużo wspólnych tematów tym bardziej, że ja jestem Polakiem a on jest z Anglii i pracuje oczywiście z Polakami. Zauważyłem też, że młodzi Niemcy a zwłaszcza Niemki są bardzo dla mnie miłe. Widać, że będąc tak daleko od domu oraz od europejskiej kultury miło jest spotkać kogoś kto przynajmniej wygląda podobnie i pochodzi z sąsiedniego kraju.

Będąc w Anjuna wchodziłem do wody jeszcze wiele razy a wychodząc z bardzo tutaj kamienistej plaży, najadłem się jeszcze owoców do syta. Były pyszne i tanie dlatego jadłem przez cały czas. W międzyczasie pochodziłem po okolicy aby obserwować wzburzone morze arabskie. Miejscami wejście do wody było łagodne lecz często bardzo skaliste i miało czerwony kolor. W Anjunie oprócz morza i plaży, piękna była też przyroda. Zwłaszcza z klifu, morze, skały, palmy, małe chatki na balach oraz wielkie kaktusy stanowiły egzotyczną całość. Tylko trochę popsuli mi humor zawodowi czyściciele uszu, którzy na siłę wkładali mi patyki do uszu wydłubując z nich piasek a gdy nie byłem zainteresowany chcieli mi sprzedać narkotyki. Niestety tak już jest. Tam gdzie są turyści tam jest też ciemna strona turystyki.
Po pięknie spędzonym ranku i popołudniu, tą samą drogą wróciłem do Panaji aby odebrać mój wielki bagaż. Zaraz potem pojechałem do Starego Goa skąd miałem wziąć pociąg.

Stare Goa

Stare Goa jest byłą stolicą tego stanu lecz po epidemii w 1635 roku stolicę przeniesiono do Panaji w roku 1843. Znajduje się tu kilka okazałych kościołów, katedr i muzeów, które swojego czasu stwarzały nawet konkurencję dla lizbońskiego splendoru. Dziś wiele obiektów jest w stanie przeznaczonym do remontu i choć lata świetności Starego Goa już minęły, ciągle jest to miejsce warte odwiedzenia.

Droga do Starego Goa była bardzo malownicza. Prowadziła przez bardzo wąską drogę gdzie z jednej strony były stawy a z drugiej małe domki, palmy i co chwile kościoły katolickie. Sama stacja też była bardzo mała, spokojna i położona po środku sadu z bananowcami. Niestety kupiony przeze mnie wcześniej bilet nie gwarantował mi łóżka. Zostałem tylko wpisany na listę oczekujących a, że nie było już miejsc musiałem pojechać klasą generalną, którą ja nazywam “klasą do przewożenia bydła” gdyż warunki są podobne.

Wyszedłem ze stacji i złapałem na drodze pierwszego motocyklistę, który zabrał mnie do centrum bardzo małego, Starego Goa. Transport na Goa bardzo mi się podoba gdyż zawsze są motocykle. Wystarczy tylko usiąść z tyłu i zawsze się dotrze na miejsce. Wiem, że już o tym pisałem ale przypomina mi to mój niezapomniany Wietnam, z którego mam piękne wspomnienia. Gdy zsiadłem z motocykla najpierw poszedłem zobaczyć największą katedrę w Starym Goa , którą zaczęto budować w 1562 roku lecz ukończono dopiero w 1619. Na uwagę zasługują tu ołtarze ukończone dopiero w połowie XVII w. oraz wielki dzwon. Ta wielka, gotycka budowla robi wrażenie, tym bardziej biorąc pod uwagę ciężar jej historii. Obok znajdował się kościół świętego Franciszka z Asyżu gdzie na uwagę zasługują rzeźby w drewnie i kamieniu oraz podłoga wykonana z płaskorzeźb nagrobkowych z XVI w. Za ołtarzem znajdują się także obrazy przedstawiające sceny z życia św. Franciszka. Obok znajdowało się muzeum archeologiczne gdzie znajdowały się obrazy przedstawiające portugalskich kolonizatorów, rzeźby ze świątyni hinduistycznych i innych eksponatów z tamtego okresu. Myślę, że punktem programu była moja wizyta w bazylice Bom Jezus gdzie znajdują się zwłoki świętego Franciszka Xawerego. Sama bazylika jak i zwłoki św. Franciszka oraz historia z nim związana jest bardzo ciekawa. Św. Franciszek miał na celu szerzenie chrześcijaństwa w portugalskich koloniach na wschodzie, a jego pielgrzymki stały się legendarne-zwłaszcza biorąc pod uwagę transport z tamtego okresu. Biorąc także pod uwagę, że podróżował on tylko przez około 11 lat, zdziałał bardzo dużo gdyż spora większość w stanach Goa i Kerala to katolicy. Największy przełom nastąpił w 1552 roku gdy św. Franciszek umarł i gdy rzekomo jego ciało nie gniło przez wiele lat. Uznano to za cud i w roku 1622 został on kanonizowany. Niestety organy wewnętrzne świętego i nawet jedno ramię zostały rozwiezione po świecie. Dziś pochodząca z przełomu XVI i XVII w. bazylika Bom Jezus jest bardzo dobrze znana w religii katolickiej a gnijące już zwłoki św. Franciszka można oglądać w szklanej trumnie. Było to pouczające doświadczenie choć widok prawie 500 letnich zwłok daje do myślenia jak to będzie z nami. Na piętrze znajduje się też galeria obrazów oraz małe przypomnienie historii Goa co było miłym dodatkiem do bazyliki. Były to głównie obrazy religijne oraz historia drogi św. Franciszka. Odwiedziłem także kościół św. Kajetana i Augustyna i kilka innych i choć wszystkie miały po kilkaset lat i są chronione jako dziedzictwo kultury światowej, pomyślałem że tego dnia miałem już trochę dość kościołów. Mimo wszystko było to pouczające doświadczenie i miło spędzony czas.

Całe Stare Goa jest tak małe, że wygląda jak wielki sad bananowo kokosowy a w środku są ponad 500 letnie ruiny i kościoły, które pozostały tu po Portugalczykach. Mawiano kiedyś, że Stare Goa jest miastem, które pod względem architektonicznym przewyższa Lizbonę, lecz sądzę że jest to tylko miły komplement. Myślę, że Portugalia właśnie będzie moim następnym celem podróży gdyż byłem w jej kilku byłych koloniach a jeszcze nie w samej Portugalii. W porównaniu na przykład z Makao jest tu o wiele biedniej i inaczej gdyż tutaj przede wszystkim nie ma hazardu, z którego Makao słynie. Po zwiedzeniu ważnych obiektów pochodziłem jeszcze po ogrodach, jadłem owoce w cieniu palm i cieszyłem się moimi ostatnimi godzinami na Goa. Jak to zwykle w Indiach bywa, nie mogłem usiedzieć długo w jednym miejscu gdyż sprzedawcy rzeźbionych słoni, koralików i pocztówek nie dawali mi spokoju. Tak jak wcześniej, wsiadłem więc na tylne siedzenie motocyklu i pognałem bardzo szybko na stację. Jazda była super, przez drzewa bananowe i trąbiące na nas autobusy. Znowu bawiłem się bardzo dobrze i każdemu kto tu przyjedzie polecam ten właśnie transport. Biorąc pod uwagę to, że pociąg się jak zwykle spóźnił, miałem okazję porozmawiać z jednym panem z Goa, który powiedział, że w ludziach z Goa płynie portugalska krew, i że oni są inni niż Hindusi. Powiedział też, że teraz Goa już nie jest tym samym miejscem co kiedyś gdyż jest dużo przybyszów z innych stanów Indii, którzy psują im renomę jako miłych i uczciwych ludzi.

Po około 40 minutach spóźnienia wsiadłem do pociągu i udałem się w stronę Bombaju, lecz o tym co wydarzyło się podczas podróży w „klasie dla bydła” opowiem w następnym reportażu.

Goa – podsumowanie

Gdy przypomnę sobie te wszystkie piękne chwile, które spędziłem w stanie Kerala i Goa to myślę, że to bardzo dobrze, że tak miłym i spokojnym akcentem kończę swoją wyprawę. Po wycieczce do granicy z Afganistanem, pogrążonym w chaosie Bangladeszu, tragicznym Tybecie, szokujących bardzo często północnych Indiach i Pakistanie, mrozie na zimnej pustyni w Mongolii i po wkładaniu trupów do trumien w Kalkucie, cieszę się, że na koniec mogę się bardziej zrelaksować i właśnie w ten sposób zakończyć swoją wielką wyprawę.

W każdym jednak raju, nawet takim jak ten, jest coś co mi się nie podoba i zawsze są to ludzie. Indie to bardzo biedny kraj i dlatego zawsze nam morzem sprzedawane były koralowce. Dla nich liczy się tylko interes i myślą, że jeśli wezmą tylko kawałek to reszta odrośnie. Jednak koralowiec jest żywym organizmem i jeśli po oderwaniu kawałka wda się infekcja to cały obumrze, tak samo jak człowiek. Drugą rzeczą jest łowienie rekinów. Najczęściej odławiane są bardzo małe sztuki lecz dojrzałość płciową rekin osiąga dopiero po trzech latach życia więc gatunek ten nie będzie się w stanie zregenerować jeśli aż tyle młodych sztuk będzie zabijanych. W swojej pracy magisterskiej pisałem o rekiniej turystyce i właśnie w ten sposób można by osiągnąć nieporównywalnie większy dochód. Ludzie z którymi mam tu do czynienia, w większości są tak prości, że nie wiedzą jak wcisnąć przycisk w aparacie. Spora część jest niepiśmienna a większość z nich nie słyszała o Polsce. Gdy mówię „I`m from Poland” , oni powtarzają „Holland” i jest to nagminne. Potem mówią, że jest to ładny kraj z czym się zgadzam ale i tak niewielu wie skąd na prawdę jestem. Czasem też mówię, że Polska to kraj koło Niemiec i wtedy jestem dla nich Niemcem. Zauważyłem, że w ostateczności najlepiej jest powiedzieć, że jestem z Europy gdyż to wie każdy. Wielu ludzi jest też bardzo religijnych co bez dostępu do edukacji jeszcze bardziej pogłębia ciemnotę. No cóż, było pięknie a na wiele rzeczy nie mam po prostu wpływu. Stany Kerala i Goa zawsze będę wspominał jako krainę pięknych, wręcz rajskich plaż z domieszką kolonialnej architektury oraz wysokich i gęstych palm, z których nigdy nie chce się wyjechać. Było pięknie.

Jazda do Bombaju w „klasie dla bydła”

Po rajskich plażach w stanach Kerala i Goa wsiadłem do pociągu w Starym Goa i ruszyłem do Bombaju. Przede mną była cała noc jazdy w “klasie dla bydła” gdyż jak zwykle wszystkie bilety były wyprzedane. Byłem i tak w dobrej sytuacji gdyż udało mi się usiąść w wielkim ścisku na twardej, drewnianej ławie. Inni ludzie spali na siedząco i leżąco na podłodze. Spali też przy cuchnących kiblach jeden na drugim gdyż nie było zapewnionych żadnych warunków. Dla kogoś kto przyjechał do Indii pierwszy raz byłby to na pewno szokujący widok. Wystarczy tylko przejechać się pociągiem aby zobaczyć w jakim stanie jest ten kraj i jego ludzie. Nie było mowy o spaniu gdyż był taki ścisk ale było chociaż wesoło. Rozmawiałem z młodymi Hindusami, którzy dawali mi słuchać muzyki ze swoich telefonów a gdy ktoś zasnął, od razu wkładali mu papiery do ust oraz smarowali go pastą do zębów i robili zdjęcia. Zrobili kilka bardzo komicznych zdjęć i było bardzo wesoło. Rozmawialiśmy długo i śmialiśmy się a gdy już nie wytrzymałem położyliśmy się razem na jednej drewnianej pryczy i tak zasnęliśmy. Spałem tylko dwie godziny tamtej nocy a obudzili mnie gdy już byłem w Bombaju. Musiałem być szybki gdyż pociąg od razu jechał dalej, więc wziąłem swoje rzeczy i wyskoczyłem na peron. Tym razem już nie wyskakiwałem z jadącego pociągu jak to było przed wjazdem do Bangladeszu lecz ogólna nędza była szokująca.

Maharashtra

Bombaj (Mumbaj)

Mumbaj (Bombaj) jest stolicą stanu Maharastra i jedną z trzech największych metropolii Indii-obok Delhi i Kalkuty (byłem we wszystkich trzech). Jest to wielkie, 17 milionowe miasto, bardzo przeludnione i pełne pięknej, kolonialnej architektury, którą zostawili Brytyjczycy. Jest to miasto gdzie kwitnie życie nocne i gdzie znajduje się Bollywood czyli indyjska wytwórnia filmowa. Mumbai jest także miastem napędzającym indyjską ekonomię. Produkowane jest tu wszystko od produktów czyszczących po komputery. Z drugiej jednak strony Mumbaj (to jest nowa nazwa tego miasta) jest zbiorem największych slamsów w Azji podczas gdy obok ludzie tańczą na ulicach. W stanie Maharastra głównymi językami są hindi (język narodowy) ale także gujarati i marathi. Z tego czego zdołałem się dowiedzieć od kolegów z pociągu, niektóre języki stanowe w Indiach są podobne do siebie i do hindi, co ułatwia porozumiewanie się lecz niektóre są zupełnie inne. Zauważyłem też, że w Bombaju oraz w wielu innych miastach wiele nazw ulic zostało zmienionych z angielskich na hindi, także wspaniałe zabytki pozostawione po Brytyjczykach. Głównym ośrodkiem turystycznym Bombaju jest część zwana Colaba, która leży na wybrzeżu i gdzie znajdują się pobrytyjskie budynki o najpiękniejszej architekturze. Bombaj to także miasto wielu bardzo dobrych restauracji oraz kin. Raz poszedłem tutaj do niezłej restauracji gdzie ceny są i tak bez porównania niższe niż w Londynie lecz głównie chodzę do typowych indyjskich barów z herbatą czaj przy wejściu. W kinach są filmy amerykańskie w angielskiej wersji językowej oraz bardzo barwne i wesołe, czasem pełne przemocy lecz bardzo naiwne, filmy z wytwórni Bollywood w języku hindi. (Więcej o filmach z Bollywood napisałem w moim reportażu o Pakistanie gdzie cały autobus muzułmanów patrzył na śmiałe jak na ten kraj sceny).

Zawsze mi mówiono, że w Bombaju najlepiej jest wziąć taksówkę lecz ja po wyjściu z pociągu, wziąłem lokalny pociąg a potem autobus i bez problemu, najtańszym możliwym kosztem trafiłem do hostelu. Był to hostel armii zbawienia lecz był pełny dlatego musiałem czekać dwie godziny aż zwolni się jakieś łóżko. Bombaj jest dość drogi jeśli chodzi o zakwaterowanie dlatego podróżując już od pół roku chciałem trzymać się budżetu. Gdy dostałem łóżko najpierw przespałem się kilka godzin aby móc jakoś funkcjonować a potem wziąłem prysznic lecz zimny jak zwykle. Następnie wyszedłem na zewnątrz aby nareszcie zacząć zwiedzać Bombaj. Najpierw poszedłem na wybrzeże aby zobaczyć ruch na morzu, ludzi, sprzedawców lodów i orzeszków oraz kilku żebraków, którzy są częścią krajobrazu tego wielkiego miasta. W punkcie centralnym stoi piękna budowla czyli Wejście do Indii, które podobne jest do łuku triumfalnego w Paryżu, choć łuków takich jak tamten jest pełno na całym świecie. Wejście do Indii zostało zbudowane w 1924 roku lecz huczne otwarcie nastąpiło aż 24 lata później gdy ostatni oddział wojsk brytyjskich ceremonialnie wymaszerował właśnie przez ten łuk. Miejsce to jest ładnie położone przy zielonym placu i jest jednym z ulubionych spotkań ludzi. Można tutaj także pojeździć dorożką oraz zatrudnić fotografa i na pewno jest dużo pieniędzy do wydania. Idąc w stronę miasta mogłem podziwiać piękną, kolonialną architekturę. Wiele budynków w Bombaju wygląda jak pałace lub małe zamki, mające wysokie okna, masywną budowę oraz wieże. Choć Brytyjczycy skolonizowali Indie, uważam że pod względem architektonicznym zrobili temu krajowi wielką przysługę. Idąc wolno i rozglądając się wokół siebie, co jakiś czas pijąc sok z trzciny cukrowej, jedząc sałatki owocowe i pijąc napoje owocowe i oczywiście indyjską herbatę czaj, szedłem ulicą gdzie wystawione były obrazy, rzeźby, gdzie sprzedawane były meble własnej konstrukcji i gdzie ludzie w kulturalny sposób spędzali czas. Po moich kilku pierwszych godzinach zauważyłem, że Mumbaj jest o wiele ciekawszym miastem w porównaniu do innych i tutaj zawsze się coś dzieje. W tym samym miejscu było kilka galerii do których poszedłem aby zobaczyć obrazy i rzeźby młodych artystów.

Poszedłem też do sławnego w całych Indiach Muzeum Księcia Walii. To już jest stara nazwa gdyż nowa jest w języku hindi. Z zewnątrz wygląda ono jak stary angielski pałac a w środku są naczynia porcelanowe, broń, obrazy władców Indii oraz samego księcia Walii. W tym wypadku nie księcia Karola ale Jerzego V. Na przeciwko znajduje się biblioteka, która także wygląda jak masywny zamek i także został zbudowany przez Brytyjczyków. W tej części miasta znajduje się bardzo dużo galerii, pokazów i interesujących bazarów oraz wspomnianej już, pięknej architektury. Jest też kilka ładnych kościołów i gdy wyszedłem pierwszy raz zwiedzać to miasto, wyglądało ono jak wielki zabytek. Idąc dalej zobaczyłem interesującą fontannę, która była zdobiona rzeźbami kobiet. Dalej był drugi najważniejszy obiekt w Mumbaju czyli stacja pociągowa-Victoria Terminus, od imienia królowej Victorii. Dziś ten obiekt także ma inną nazwę choć wciąż lepiej jest znany pod nazwą angielską. Victoria Terminus to wielka gotycka budowla, która wygląda jak pałac lub katolicka katedra niż raczej jak stacja pociągowa. Stacja ta jest interesująco zdobiona rzeźbami pawi, małp i lwów, ma wielkie kopuły na dachach a kamienie z których jest zbudowana są beżowe i też zaprojektowane z wielkim przepychem. Dokładnie w tym samym stylu są zbudowane kolejne dwa symbole miasta czyli sąd najwyższy i uniwersytet w Bombaju. Obydwa wyglądają raczej jak XV w zamki niż sąd i uniwersytet i także pozostały po Brytyjczykach i również są pięknie rzeźbione. Uniwersytet posiada bardzo wysoką wieżę zegarową (80m) lecz jest ona niedostępna dla turystów. Na sądzie najwyższym na przykład jest wyrzeźbiona jednooka małpa, która trzyma w ręku wagę na znak sprawiedliwości. Są to robiące wrażenie gotyckie budowle i jest o wiele więcej szczegółów, których opisanie trwałoby dłużej. Po drugiej stronie ulicy znajduje się bardzo znany w Bombaju Oval Maidan gdzie dzieci i dorośli grają całymi dniami w krykieta, swą narodową grę. Tutaj znajduje się też pełno sprzedawców owoców oraz moich ulubionych, napojów z trzciny cukrowej. Jest to bardzo dobre miejsce na spędzenie czasu gdyż dodatkowo po drugiej stronie widać sąd najwyższy i uniwersytet. Z Oval Maidan udałem się na wybrzeże gdzie akurat kręcono film z Bollywood, dlatego duża część była niedostępna. Rozejrzałem się tylko dookoła gdyż i tak zrobiło się już ciemno a następnego dnia i tak zamierzałem zobaczyć właśnie tą część miasta. Po prawie całym dniu chodzenia wróciłem do hostelu, zatrzymując się tylko czasem na soki. Po całym dniu wrażeń byłem zmęczony i chciałem już tylko spać lecz jak się potem okazało było to niemożliwe. Hostel był opanowany przez robaki żyjące w łóżkach, które nocą wszystkich strasznie gryzły. Wielokrotnie zmieniałem miejsce, wyrzuciłem materac, spałem na podłodze a potem w jadalni lecz i tak gryzły. Nie mogłem wytrzymać. Strasznie też pogryzły Niemca i Anglika obok lecz o dziwo tylko Żydów nic nie pogryzło. Rano, po paskudnej i męczącej nocy, zjadłem ohydne śniadanie a potem zmieniłem hostel na inny, wciąż za tą samą cenę. Nowy hostel był jak nie w Indiach. Był prowadzony bardzo profesjonalnie i był bardzo czysty, mimo że w tym wielkim pokoju spało chyba ze 40 osób. Tego ranka pierwszy raz od kiedy byłem w Indiach padał deszcz co mnie bardzo ucieszyło. Hindusi się chowali lecz ja wybiegłem aby zmoknąć gdyż zatęskniłem za angielską pogodą. Do nowego hostelu zabrałem ze sobą też pogryzionych kolegów (Niemca i Anglika) i wszyscy byliśmy szczęśliwi. Tutaj mogliśmy się nareszcie wykąpać nie w lodowatej wodzie oraz wyspać w higienicznych warunkach. Tego dnia także musiałem odespać parę godzin gdyż po nocy spędzonej z robakami nie byłem w stanie od razu wyjść na zewnątrz.

Po mojej przymusowej drzemce najpierw pojechałem do biura Emirates aby zmienić datę powrotu na bilecie a potem poszedłem na plażę Chowpatty. Jest to w Bombaju bardzo popularne miejsce spotkań gdzie przychodzi wiele rodzin, gdzie jest mnóstwo barów z jedzeniem i gdzie widać dużo żebrzących dzieci. Plaża ta jest przyjemnym miejscem i spędziłem tam wiele godzin spacerując i rozmawiając z ludźmi, lecz niestety woda jest zbyt brudna aby się kąpać. Mimo to kąpią się tam dzieci mieszkające w slamsach. Przed plażą widziałem całe rodziny ze slamsów, które razem robiły pranie w brudnej wodzie a potem też się tam kąpały. Zrobiłem parę dobrych zdjęć i zjadłem kilka lokalnych przysmaków. Chodząc brzegiem i kręcąc głową na “nie” do żebraków i plażowych sprzedawców, myślałem o powrocie do domu i o wszystkich ważnych rzeczach, które zamierzam zrobić. Postanowiłem też o siebie zadbać dlatego poszedłem do golibrody i do fryzjera. W Anglii kosztowałoby to conajmiej 10GBP i musiałbym się ogolić sam a tutaj za niecałe 50 pensów miałem wszystko zrobione jak należy. Tutaj zakłady fryzjerskie nie wyglądają jak w Europie. W Indiach są to ludzie, którzy akurat tym razem siedzieli przy plażowych toaletach, jeden z brzytwą i ręcznikiem a drugi z nożyczkami. Lusterko wisiało na drzewie razem z zapasem grzebieni. Golibroda był zawodowcem. Ogolił mnie bardzo dokładnie i nie zaciął ani razu, potem wypachnił mnie miejscowymi pachnidłami i nasmarował czymś co miało mnie podobno uchronić od zarazków. Fryzjer też mnie ostrzygł, wcale nie gorzej niż w Anglii i ponad 20 razy taniej. Cały proces był niezłą zabawą i każdemu kto wybiera się do Indii serdecznie polecam takie zabiegi. Potem poszedłem na jeszcze jedną podejrzaną przekąskę i powoli udałem się w stronę hostelu. Cały spacer zabrał mi około dwóch godzin dzięki czemu mogłem jeszcze raz obejrzeć sobie miasto. Tym razem po zmroku. Jak zwykle też zatrzymywałem się na napoje z trzciny cukrowej i herbatę czaj. Poszedłem też na chleb czapati z czaj i rybą. Jak zwykle też podali mi wszystko gołymi rękami gdyż higiena jest tutaj marna. Na koniec dostałem “indyjską serwetkę”(tak powiedzieli) czyli urwany kawałek gazety abym sobie wytarł usta po jedzeniu. Po jakimś czasie można się jednak przyzwyczaić. Gdy dotarłem do Wejścia do Indii czyli miejsca gdzie zawsze zaczynam spacer, tam jeszcze raz postanowiłem zainwestować w higienę osobistą. Po wybrzeżu spacerował profesjonalista z referencjami (tak było napisane na jego wizytówce) w dziedzinie czyszczenia uszu. Nad moim jednym uchem spędził około 5 minut, wiele razy zmieniał waciki, które nabijał na długą metalową spinkę, wlewał mi jakieś specyfiki do uszu i jeszcze raz dokładnie mi w nich grzebał. Zapłaciłem 10 rupii czyli tyle co nic a po całym zabiegu czyściciel uszu spytał mnie czy słyszę lepiej. Mam oczywiście zdjęcie gdyż w kolejce stało kilka osób. U nas takiego serwisu nie ma i z tego co zauważyłem tutaj lepiej dba się o klienta niż w Europie. Dzień zakończyłem szklaneczką czaj, po czym udałem się na spoczynek. Tej nocy już nie było robali i wyspałem się bardzo dobrze.

Czyżby to byli gitarzyści z ZZ Top?

Mumbaj – wyspa Elefanta i jaskinie

Kolejnego dnia, zaraz spod Wejścia do Indii wziąłem łódź i popłynąłem na wyspę Elefanta czyli jednej z największych atrakcji w Bombaju. Płynąłem tam około godziny, obserwując morze i ciesząc się rejsem. Po drodze mijałem między innymi dość interesującą wyspę Rzeźników. Była to mała wyspa otoczona białym murem, używana niegdyś jako więzienie. Na pokładzie poznałem ładną dziewczynę, która okazała się jedną z najbardziej oficjalnych jakie kiedykolwiek miałem przyjemność poznać. Zarówno na przywitanie jak i na do widzenia podała mi rękę i rozmawiała ze mną jakby była w biurze. Gdy wreszcie dotarliśmy na wyspę, stwierdziła że to będzie nuda, po czym od razu wsiadła do łodzi i wróciła do Bombaju. Jak się okazało była prawniczką z Londynu, mającą jechać wkrótce na kontrakt do Warszawy.

Według mnie wyspa była całkiem ładna i pełna uroczych krajobrazów a wejście pod górę obfitowało w stoiska z pamiątkami. Trzeba jednak było uważać gdyż wszędzie były małpy, które wyrywały jedzenie z rąk. Raz jedna z nich wyrwała mi aparat i musiałem ją gonić. Na wyspie Elefanta, oprócz przyrody ważne są do zobaczenia jaskinie z rzeźbami w środku, które powstały (jak się przypuszcza) między V a VIII wiekiem n.e. W całym stanie Maharashtra zostało wiele takich świątyń a najlepsze z nich zachowały się niedaleko od Bombaju w Ajanta i Ellora. Jaskiń było wiele i były ciekawe. Zwłaszcza jedna gdzie do dziś bardzo dobrze zachowały się wielkie rzeźby wyciosane w skałach, najczęściej nawołujące do Shivy. Jaskiń tego typu lecz być może o nieco innej tematyce widziałem już kilka wcześniej dlatego ta nie była dla mnie nowością lecz i tak warta była zobaczenia. Bardzo miło wspominam jaskinie w Leshan (Chiny) gdzie znajduje się największy na świecie wyrzeźbiony Budda. Wracając do jaskiń na Elefanta, przyjemny był też sam spacer gdyż po drodze musiałem chodzić po nierównym terenie, widoki były piękne a raz musiałem też stoczyć walkę z małpą o aparat. Za wejście do jaskiń trzeba było zapłacić aż 25 razy więcej niż płacą Hindusi lecz mi znowu udało się nie płacić gdyż przedostałem się przez straże niezauważony co poprawiło mi humor. Bardzo miło spędziłem tu czas, nakarmiłem też kilka świętych krów a następnie w towarzystwie mew wróciłem tą samą drogą do Bombaju. Po dobiciu do brzegu przespacerowałem się jeszcze po centrum i spędziłem trochę czasu w indyjskiej knajpie.

Biedne dziecko na plaży w Bombaju.

Park narodowy Sanjay Gandhi

Następnego dnia postanowiłem, że wyjadę za Mumbaj i dlatego pojechałem do oddalonego tylko o godzinę drogi za miastem, parku narodowego. Wsiadłem do pociągu, który po raz kolejny wyglądał jak cela więzienna na żelaznych kołach i po około 45 minutach dojechałem na miejsce. Podczas jazdy było dość wesoło. Ludzie rozmawiali ze mną, potem napiłem się soków i poszedłem spacerkiem do parku. Było dość miło lecz uważam, że park ten jest trochę przereklamowany. Największą atrakcją było tu safari z tygrysami i lwami. Wsiadłem do uzbrojonego w kraty autobusu i pojechaliśmy w dzicz aby tam wypatrzeć te wielkie koty w naturze. Rzeczywiście widziałem kilka białych tygrysów i lwów lecz bardzo się na nich zawiodłem. Myślałem, że będą skakać na samochód lub przynajmniej będą zainteresowane lecz one nawet nie drgnęły. Spały tylko przy drodze, wygrzewały się na słońcu i zachowywały się tak jakby nas nie widziały, a jechaliśmy zaraz koło nich. Ludzie nawet krzyczeli przez okna aby koty wstały lecz niestety nikt nie był w stanie ich dobudzić.

Na szczęście po wyjściu z części dla dzikich kotów, poszedłem na plac zabaw dla dzieci i tam zobaczyłem kobrę. Na terenach tych jest bardzo dużo węży, w tym bardzo dużo kobr. Ludzie nie boją się, są raczej zainteresowani. Ja goniłem jedną z kamerą i próbowałem robić zdjęcia ale ona chciała tylko opuścić teren ludzki tak szybko jak to było możliwe i tak samo jak lwy i tygrysy nie była nami w ogóle zainteresowana. Było to mimo wszystko przeżycie, zobaczyć kobrę w naturalnych warunkach. Bardzo ładnie rozpościerała kaptur pełzając przy mnie i była inna niż te, które trzymałem na rękach wcześniej. Uważam, że mojego ostatniego dnia w Indiach i ostatniego dnia na tej długiej, półrocznej wyprawie, był to bardzo miły prezent. Tą samą drogą wyszedłem z parku zatrzymując się znowu na owoce i napoje z trzciny cukrowej, wziąłem bajecznie tani pociąg i wróciłem do Bombaju. Tym razem jazda nie była już tak miła jak wcześniej gdyż był wielki tłok i musiałem stoczyć prawdziwą walkę o wejście do środka a potem o miejsce stojące.

Tego samego dnia poszedłem jeszcze na kolację gdzie spotkałem chłopaka z Polski z którym długo rozmawiałem a następnie wziąłem swój ogromny bagaż i pojechałem na lotnisko. Mogłem pojechać tam taksówką i zapłacić dość dużo lecz jak zwykle zaoszczędziłem. Pojechałem miejskim pociągiem prawie za darmo. Stamtąd wziąłem następny autobus i w ten sposób dojechałem na lotnisko bez problemu. Odlot spóźnił się o godzinę lecz jak zwykle na pokładzie linii Emirates wspaniale mnie ugościli i podali mi bardzo dobry obiad. Poczułem w tamtym momencie, że był to mój powrót do normalności. Wiedziałem też, że gdy wrócę, każdy posiłek nie powinien już być ryzykiem. Nareszcie będę mógł wziąć gorącą kąpiel i wszystko będzie działało jak powinno. Niestety także skończy się moja wspaniała przygoda. Gdy doleciałem na lotnisko w Dubaju, miałem krótkie lecz bardzo intensywne sensacje żołądkowe gdyż była to moja pamiątka po ostatnim posiłku w Indiach. Następnie wsiadłem do następnego samolotu gdzie po wspaniałym posiłku i prywatnym kinie, po siedmiu godzinach lotu dotarłem do Londynu. Moja wielka wyprawa dobiegła końca.

Indie – podsumowanie

Spędziłem w Indiach dwa i pół miesiąca i około czterech na subkontynencie indyjskim. Zwiedziłem zarówno Indie północne jak i południowe i za każdym razem doznawałem nowych, wspaniałych doświadczeń. Ten ogromny, podzielony na stany kraj jest spaniałym kierunkiem turystycznym i polecam go każdemu. Wielu ludziom jednak zaleciłbym kilkutygodniowy proces adaptacyjny do nowych warunków gdyż jest to kraj trzeciego świata i warunki życia są dalekie od europejskich. Północ bardzo różni się od południa. Są inne świątynie, inni ludzie i inne otoczenie. Każdy stan w Indiach jest inny jakby był to inny kraj i w każdym stanie mówi się też innym językiem. W wielkich Indiach pełnych wielu niepowtarzalnych doznań, smaków, przypraw, wspaniałej architektury, nędzy, zasranych kibli oraz świętych krów, można być w Himalajach na plantacjach herbaty, na bajkowych plażach, na pustyni, w miastach gdzie można poznać kulturę i sztukę danego regionu i za każdym razem widzieć coś pierwszy raz i wiecznie być zaskakiwanym. Objechałem Indie w dwa i pół miesiąca lecz można tu spędzić nawet pół roku, tylko podróżując i poznając ten zupełnie nowy świat. Zdołałem poznać tą kulturę i sztukę, tych ludzi oraz ciemną stronę Indii czyli straszną biedę. Dwa razy poważnie się zatrułem ale niczego staram się nie żałować. Musiałem wyskakiwać z jadącego pociągu, pakować trupy do trumien, głaskałem święte krowy, jeździłem na wielbłądzie na pustyni i piłem herbatę czaj w zawszonych mordowniach, które także miały swój niepowtarzalny urok. Za każdym razem czułem się świetnie a każdy dzień był lekcją i przyjemnością. Niestety trzeba być tutaj twardym gdyż takie jest też indyjskie życie. Trzeba tu nawet walczyć o wejście i wyjście z pociągu, znosić ciężki transport i brak higieny, omijać święte krowy oraz znosić widok nędzy i śmierci a także namolnych rykszarzy i wiele innych. Myślę, że Indie można albo pokochać albo znienawidzić lecz przeżycia zawsze będą niezapomniane. W Indiach widziałem także jedne z najwspanialszych zabytków. Piękne, kilkusetletnie świątynie oraz fascynującą sztukę. Widziałem też sławny na całym świecie Taj Mahal.

Wszystkim tym, którzy mają wystarczająco dużo energii, siły fizycznej i psychicznej, odporności, zapału, humoru i wysokiej zdolności adaptacyjnej, szczerze polecam ten piękny i tragiczny kraj.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan