Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wyprawa do Armenii 2013

Napisał: Marcin Malik

Armenia 2013 – relacja z wyprawy

Trasa wyprawy: Granica w Bagratashen, LORI – Kanion Debed: Alaverdi, Sadahart, Sanahin, Haghpat, Odzun, Akhtala, Kobayr), Vanadzor, TAVUSH: Dilijan (Goshavank, Hagartsin, Parz Lich),GEGHARKUNIK: Sevan (jezioro i monastera Sevanavank), Erywań, Dookoła Erywania: (Eszmiadzin, Gerghard, Garni, Khor Virap), VAYOTS DZOR: (Noravank, jaskinia Areni, Yeghegnadzor, Yeghegis, Artabyunk), SYUNIK: Vayk, Sisian, Goris (Stare Goris, Tatev), Kapan, Kajaran, Meghri, Agarak (granica z Iranem).

Bagratashen

Granica mieszcząca się na moście nad rzeką Debed jest mała, przyjemna i bezproblemowa. Pokazałem tylko paszport i bez zadawania pytań byłem już w Armenii.

Region Lori  – (Kanion Debed)

Transport z granicy Alaverdi

Z granicy była marszrutka za 2000 dram za miejsce lecz nie skorzystałem z tej opcji. Zamiast tego też zapłaciłem 2000 lecz za prywatny samochód. Kierowca najpierw zawiózł mnie do knajpy w Alaverdi a potem do hotelu. Sama jazda też była bardzo przyjemna gdyż wiózł mnie taksówkarz który opowiadał mi dowcipy i polecał lokalne burdele choć z drugiej strony mówił też że bieda tu taka że chyba i tak mi nie stanie. Jego samochód jak na miejscowe warunki nie był zły bo miał tylko 20 lat. Jechaliśmy wzdłuż kanionu Debed i mieliśmy ładne widoki na góry i na rzekę.

Alaverdi

Alaverdi jest małym górniczym miastem gdzie życie nikogo nie rozpieszcza. Widać to na twarzach ludzi oraz po biednych ulicach lecz dla turysty jest to ciągle bardzo przyjemne oraz atrakcyjne turystycznie miejsce. Alaverdi leży w uroczym kanionie Debed oraz jest przecięta rzeką, posiada kolejkę linową na górę oraz jest też bazą wypadową do kilku pięknych, antycznych monastyr. Mieszkałem tu w hostelu za 5000 dram za łóżko zaraz za miastem gdzie zazwyczaj dojeżdżałem autostopem. Na obiady chodziłem tu do jedynej przyzwoitej knajpy o nazwie Flora choć zazwyczaj kupowałem owoce na ulicy. Na marginesie restaurację Flora bardzo polecam gdyż serwuje bardzo dobre grilllowane szaszłyki i kebaby za małe pieniądze. Transport w Alaverdi istnieje lecz autostop jest oczywiście lepszy i bardziej przygodowy. W samym Alaverdi nie ma niczego specjalnego do roboty oprócz jazdy kolejką linową na górę co daje także widok miasteczka z góry. Poza tym zorganizowałem stąd wiele wycieczek. Ludzie w Alaverdi są nastawieni przyjaźnie.

Sanahin

Sanahin jest X wieczną ormiańską monasterą położoną na wzgórzu niedaleko Alaverdi. Jest to bardzo nastrojowy obiekt o grubych rzeźbionach murach i filarach oraz z dachem pokrytym mchem. Na terenie Sanahin jest także wiele haczkarów czyli rzeźbionych krzyży w prostokątnych skałach. Nieopodal znajduje się także cmentarz na którego szczyt wszedłem i zobaczyłem monasterę w całej okazałości. Sanahin oznacza „ta jest starsza niż tamta” co nawiązuje do sąsiedniej Haghpat. Ciemne kaplice, antyczna biblioteka, popękane kamienne ściany z wyrzeźbionymi haczkarami połączone ze smugami światła wpadającymi przez małe okna dają bardzo szczególne odczucia tego miejsca. Monastera Sanahin była moją pierwszą w Armenii i pewnie dlatego była szczególnym przeżyciem.

Poniżej znajduje się też sklep z pamiątkami gdzie byłem parę razy aby kupić kilka rzeczy oraz aby napić się herbaty. Dziewczyna, która tam pracowała skarżyła się że zarabiała tylko $100 miesięcznie. W Alaverdi ludzie mają dużo pięknych widoków oraz marne grosze. Sklep z pamiątkami był godny uwagi.

Sadahart

Wysoko położone Sadahart znajduje się na mapie tylko dlatego że w tym małym, nieciekawym mieście z betonowej płyty znajduje się stacja kolejki linowej z Alaverdi. Sadahart znajduje się też około godziny drogi poniżej Sanahin (1km) dlatego każdy na pewno będzie mógł zasmakować posowieckiego życia słynącego z bezrobocia oraz zobaczyć kilka wraków ciężarówek. Ludzie są mili i nastawieni dobrze do turystów.

Droga z Sanahin do Haghpat

Kanion Debed oferuje wspaniałe widoki, antyczne monastery będące dziedzictwem kultury światowej Unesco oraz oczywiście piesze wyprawy w góry. Jednym z takich wypraw które gorąco polecam jest około 3h, 7km spacer z monastery Sanahin do monastery Haghpat. Najpierw szedłem około 15 minut lecz wkrótce potem złapałem autostop do wsi Akner. Droga prowadziła przez bardzo dziurawą drogę podczas której podziwiałem wraki na zboczu trasy oraz rozmawiałem z kieriowcą o raczej niedoskonałym życiu w Armenii. Ze wsi Akner szedłem około godziny poprzez góry i było bardzo przyjemnie. Musiałem się też przedostać przez rzekę a na szczyt ostatniej góry podwieźli mnie Niemcy.

Haghpat

Haghpat to kolejna wspaniała monastera zaczęta w X wieku a ukończona w XII gdy powstała piękna wieża, biblioteka oraz urocza kaplica. Wszystkie obiekty są zbudowane z kamienia oraz mają haczkary wyryte na ścianach i na skałach.  Poza tym różne kaplice i kościoły stoją na różnych poziomach i są różnej wysokości a dodatkowo są częściowo pokryte zielonymi pagórkami. Gdy ja tu byłem Haghpat było ogarnięte mgłą  co dawało jeszcze lepszy efekt. Polecam też wejść do kościoła, zobaczyć ołtarz oraz zapalić świece. Haghpat daje wspaniałe wrażenia każdemu podróżnikowi.

Przy okazji wspomnę że spotkałem tutaj podróżnika z Niemiec z którym potem podróżowałem przez jakiś czas i z którym bardzo dobrze się rozumiałem pod kątem politycznym. Miło jest spotkać kogoś takiego.

Do Alaverdi wróciłem ostatnim autobusem.

Odzun

Na płaskowyżu Odzun znajduje się małe miasteczko o tej samej nazwie z populacją około 6000 osób, z postkomunistycznymi blokami z płyty oraz kilkoma efektownymi wrakami ciężarówek. W tym małym zaciszu Kanionu Debed znajduje się także monastera Odzun zaczęta w VI wieku a rozbudowana w VIII wieku. Kościół ten jest w kolorze ciemno pomarańczowym, posiada on ładne łuki, główną szeroką wieżę oraz mniejszą i cieńszą z tyłu oraz robiące wrażenie misternie rzeźbione główne wejście. Gdy ja tu byłem akurat był remont lecz i tak było to bardzo interesujące miejsce.

Do Odzun są regularne autobusy z Alaverdi i tak się też tu dostałem. Jazda była bardzo przyjemna gdyż obserowałem kanion Debed z różnych poziomów a po wyjściu z autobusu stanął też na krawędzi klifu aby mieć lepszy widok na okolicę. Jazda autobusem trwała około 20 minut a zapłaciłem 200 dram. Spowrotem złapałem autostop wprost do centrum Alaverdi.

Akhtala

Akhtala jest pięknie położoną XIII wieczną  monasterą stojącą blisko klifu a same mury obronne zostały zbudowane w taki sposób że tworzą przedłużenie klifu. Poza tym wejście oraz mury wyglądają jak twierdza co sprawia że z powodzeniem można ją nazwać monasterą fortyfikacyjną. Natomiast architektura i sztuka wewnątrz obiektu są warte przyjazdu tutaj i głębszej eksploracji. Akhtala składa się z paru obiektów i jest sławna z powodu swych rzeźb oraz fresków wewnątrz. Monastera ta ma interesujące kamienne łuki, masywne filary i barwny ołtarz oraz wspomniane wcześniej freski świętych. Akhtala swoim pięknem na pewno nie ustępuje Sanahin i Haghpat a z powodu swojego położenia na klifie i fresków jest z tych dwóch dwóch powodów bardziej efektowna.

Transport do monastery Akhtala

Transport do Akhtali jest przygodą. Z jednej strony są 30 lub może nawet i 40 letnie autobusy z Alaverdi które wymagają cierpliwości a z drugiej strony są taksówki które za 18km podróż chcą 2000 do 4000 dram, zależnie od targowania się. Moja podróż była jednak o wiele ciekawsza. Trafił mi się właściciel 30 letniego Uaza który mieszkał za Akhtalą i powiedział że może mnie podwieźć w pobliże. Na początek jednak pojechaliśmy do sklepu odebrać zakupy a potem zjechaliśmy tyłem z górki w międzyczasie spinając Uaza na krótko. Uaz była już w tak fatalnym stanie że ledwo jechał a kierowca i tak nie miał kluczyków bo zawsze spinał kable. Drzwi ze swojej strony musiałem trzymać a okna opadały przy większych dziurach w drodze. Widoki na góry i rzekę były piękne a po około pół godziny kierowca wysadził mnie przed górą na którą musiałem się wdrapać aby dostać się Akhtali. Po niedługim marszu najpierw dotarłem do miasteczka a potem (nieprawdopodobne) wsiadłem do autobusu jadącego z Alaverdi i spotkałem tu Niemca z poprzedniej monastery.

Droga powrotna też była dobra. Niemiec skarżył się że nikt mu nie pomagał bo nikt go nie rozumiał. Zatrzymałem więc autostop i razem wróciliśmy do Alaverdi a niemiecki podróżnik był oczarowany polską operatywnością.

Droga do Dilidżan (przez monasterę Kobayr i miasto Vanadzor)

Stałem przez jakiś czas na przystanku autobusowym w Alaverdi lecz wkrótce dotarło do mnie że mogłem czekać wieczność. Zatrzymałem więc autostop w którym jechał policjant i po niedługim czasie wysadził mnie na drodze koło monastery Kobayr.

Kobayr to monastera schowana za drzewami do której trzeba się wspinać dlatego należy jechać wolno aby nie przeoczyć znaku. Po 10 minutowym spacerze pod górę dotarłem do zrujnowanego kościoła składającego się z dwóch kaplic oraz widziałem robotników żywiołowo pracujących nad ich odrestaurowaniem. Jeden z nich pokazał mi zdjęcia przed podjęciem prac i rzeczywiście obiekt ten nabiera właściwych kształtów. Monastera Kobayr została zbudowana w XII wieku i pomimo że jest ciągle zniszczona można tu podziwiać freski przedstawiające Jezusa oraz 12 apostołów a także gruzińskie inskrypcje. Poza tym sama wspinaczka od drogi na górę stanowi intresujące doświadczenie. Turysta powienien także pójść za kościół znanjdujący się po lewej stronie aby zobaczyć dolinę oraz dużą grotę w skałach. Schodząc gospodarze dali mi trochę winogron.

Gdy wróciłem z Kobayr na następny autostop czekałem około 30 minut aż w końcu zatrzymał się bardzo dobry, wygodny samochód i podwiózł mnie 40km do miasta Vanadzor. Jak zawsze była to przyjemna podróż przez kanion podczas której były ładne widoki.

Vanadzor jest szarym posowieckim miastem przemysłowym oraz centrum administracyjnym regionu Lori. Znajduje się tu oczywiście kościół nad rzeką Pambak lecz poza tym są tu domy z płyt i kilka sklepów. Przewodnik doradza że Vanadzior jest dobrą bazą do kanionu Debed lecz moim zdaniem jest to absurd. Ja przeszedłem całe Vanadzor w godzinę i miałem dość. Poza tym Vnadzor znajduje się za daleko aby był dobrą bazą do wcześniej opisanych kościołów więc moim zdaniem nie ma sensu tu zostawać. Tutaj niestety czekałem długo na autostop. Chodziłem z dużym plecakiem wzdłuż drogi aby ktoś się zatrzymał lecz wszyscy chcieli pieniędzy na co ja nie mogłem się zgodzić gdyż byłem zbyt biedny. Gdy już w końcu zatrzymał się ktoś kto mnie zabrał była to kolejna niezapomniana przygoda. Tym razem podwiózł mnie facet który najtrzeźwiejsze lata swojego życia miał już wyraźnie za sobą i powiedział mi też abym nie zapinał pasów bo on „pierdoli policję”. Niestety najpierw zatrzymaliśmy się w punkcie wulkanizacyjnym i trwało to tak długo że aż z nudów pomogłem na sąsiedniej budowie. Zresztą nie tylko ja pomagałem rozbijać betonowe schody wielkim młotem dlatego że kilku przechodniów też próbowało. Następnie w miłym lecz z uwagi na przepicie ryzykownym transportem po zmroku dojechałem do Dilidżan.

Region Tavush

Dilidżan

Mój transport do Dilidżan był bardzo ciekawy i cieszyłem się że nareszcie się skończył. Z uwagi na liczne prygody w drodze na miejsce dotarłem dopiro późnym wieczorem po zmroku. Po herbacie w miejscowej knajpie darowałem już sobie szukanie hotelu dlatego rozłożyłem namiot w parku koło pomnika niedźwiedzi. Była to jednak zimna, deszczowa i wietrzna noc i dlatego słabo spałem. Rano musiałem wyglądać bardzo kiepsko ale zimnymi rękami złożyłem namiot a potem przebrałem się w ciepłe rzeczy. Potem poszedłem pod górę do hostelu Nina gdzie zapłaciłem 4000 dram za noc choć miało być 7000.

Nigdy nie zapomnę pewnego śniadania w tym miłym domu podczas którego spotkałem parę żydów. Bezczelnie próbowali mi wmówić że „ Jerozolima jest środkiem świata gdyż gdy tam pojadę to na pewno zauważę specyficzną ciężkość tego miasta”. Powiedziałem mu że jest to syjonistyczna bajka którą może karmić swoich głupich żydów ale nie mnie. Następnie obrzezane potwory wstały od stołu i wyszły z niesmakiem.

Dilidżan jest czasem nazywane Szwajcarią Armenii i choć górzyste widoki są bardzo ładne zdecydowanie nie jest to Szwajcaria. Samo miasteczko jest bardzo urocze gdyż w centrum znajduje się staw oraz jest także park nieopodal i kilka restauracji. Niestety i tutaj jest pro Sowiecka propaganda dlatego że koło ronda przy wjeździe stoi brzydki pomnik 50 lat Sowieckiej Armenii. Natomiast za stawem jest droga wiodąca to terenów nie znajdujących się na pocztówkach. Idąc poprzez zrujnowaną drogę oraz zarośla po lewej stronie zobaczyłem boisko do piłki nożej a po prawej szare bloki z płyt z rozwieszonym praniem. Przede mną jednak stało coś czego nigdy nie chciałbym zobaczyć w Polsce. Był to ogromny pomnik przedstawiający „bohaterskiego” żołnierza armi czerwonej trzymającego umierające kompana. Poniżej była jeszcze sucha jak wiór fontanna z czerwoną gwiazdą a cały ten komunistyczny cyrk nosił nazwę Pomnik ku czci II Wojny Światowej.

Dilidżan składa się z dwóch części czyli tej znajdującej się na dole i tej na górze. Na górze znajduje się między innymi bardzo interesująca Galeria Sztuki oraz Historyczne Centrum Dilidżan w formie dobrze utrzymanych domów, sklepów i restauracji zbudowanych z kamienia i drewna. Część górna jest o wiele większa niż małe centrum na dole.

Dilidżan jest także bardzo dobrą bazą wypadową do paru wspaniałych monastyr: Goshavank i Hagartsin.

Goshavank

Goshavank jest monasterą zbudowaną w 1188 roku, która leży na wzgórzu niedaleko wsi Gosh. Jest to kolejna piękna chrześcijańska budowla Armenii zbudowana w całości z kamienia. Na całość składa się główny kościół oraz dwa mniejsze a także szkoła i biblioteka. Wewnątrz znajdują się masywne filary, ładny ołtarz, świece do zapalania oraz głucha cisza i efekt ostro wpadającego światła przez małe kamienne okno. Na zewnątrz jest także kilka haczkarów (krzyże wyrzeźbione w prostokątnych skałach). Wedle opinii historyków Goshavank posiadał kiedyś kolekcję 15.000 książek które zostały spalone przez armię Timura w XIII wieku. Koło monastery znajduje się także hotel, restauracja, stragan z pamiątkami oraz ludzie żyjący w swych domkach na wzgórzu.

Z Dilidżan wziąłem autostop a potem ze skrętu na Hagartsin następny autostop przez około 5km.

Parz Lich

Po Goshavank pojechałem do Parz Lich czyli do małego oraz znajdującego się na przyjemnym zaciszu terenu wypoczynkowego. Cały urok Parz Lich polega na jego zielonym jeziorze otoczonym górami i lasami oraz na pięknej ciszy. Przybywają tu całe rodziny na łowienie ryb i na grilla i jest to wyjątkowe przyjemne i spokojne miejsce.

Parz Lich znajduje się kilka kilometrów od głównej drogi z Goshavank w kierunku Dilidżan. Następnie ze skrętu jest jeszcze 10km które przejechałem kolejnym autostopem w dwie strony.

Hagartsin

Hagartsin jest monasterą z XII wieku składającą się z dwóch kościołów i małej kaplicy. Monastera ta, tak samo jak wcześniejsze jest zbudowana z kamienia i leży w malowniczej dolinie pod drzewami orzechowymi. Na terenie kościołów znajduje się też kilka pięknych haczkarów, interesujące kamienne łuki oraz rzeźbiona podobizna Maryi i Jezusa nad drzwiami wejściowymi.

Tak samo jak wcześniejsze monastery Hagartsin także jest piękna i gorąco ją polecam.

Do Hagartsin dostałem się dwoma autostopami z Dilidżan. Najpierw z głównej trasy do skrętu na monasterę a potem jeszcze 4km poprzez zaciszny, zalesiony teren przecięty rzeką. Tutaj przeszedłem około 2km aż w końcu ktoś mnie podwiózł.

Transport z Dilidżan do Sevan

Marszrutka z Dilidżan do Yerevan oraz do Sevan kosztuje 1000 dram lecz ja z jednej strony nie chciałem płacić a z drugiej chciałem przeżyć kolejną przygodę w transporcie. Wyszedłem więc za miasteczko i po około 10 minutowym spacerze pod górę z moim wielkim plecakiem stanąłem na drodze. Przyznam że długo nie miałem szczęścia lecz w końcu podjechał jeden z lepszych autostopów mojego życia. Był to 40 letni czerowny Żiguli który trzymał się razem chyba tylko z powodu lepkego lakieru a potem w rytmie rosyjskiej muzyki kierowca pognał na południe Armenii i wyrzucił mnie dopiero przy jeziorze Sevan. Był to wspaniały transport. Na początek zostawiłem swój plecak w motelu abym był w stanie zwiedzać.

Rejon Gegharkunik

Jezioro Sevan oraz monastera Sevanavank

Jezioro Sevan jest największym w Armenii oraz na całym Kaukazie i jest także jednym z największych wysoko położonych jezior słodkowodnych na świecie. Z powodu swojego bliskiego położenia od Erywania w okresie letnim stanowi ośrodek wypoczynkowy. Znajduje się tutaj wówczas kilka hoteli, restauracji oraz parę wiele stoisk z pamiątkami. Poza sezonem letnim jezioro Sevan przyciąga kilku rybaków łowiących pstrągi choć przede wszystkim miejsce jest to odwiedzane z powodu monastery Sevanavank. Monastera ta była początkowo zbudowana na wyspie lecz spadek poziomu wody spowodował że obecnie znajduje się ona na peninsuli. Sevanavank została zbudowana w IX wieku, znajduje się ona na szczycie góry i składa się z dwóch kościołów: Surp Arakelots i Surp Astvatsatsin. Są one bardzo podobne do siebie, zbudowane z kamienia i pokryte czerwonymi dachami. Oprócz tego znajdują się tu haczkary, ładne ołtarze w środku oraz pięknie rzeźbione drzwi wejściowe do Surp Arakelots. W Armenii jest wiele pięknych chrześcijańskich monastyr a ta ma dodatkowo to do siebie że oferuje piękne widoki na jezioro oraz całą, niezmąconą cywilizacją okolicę. Będąc tutaj (pod warunkiem że nie ma tłumów) można dobrze wypocząć. Po zejściu na dół wykąpałem się w lodowatej wodzie i wzbudziłem spore zainteresowanie dlatego że byłem jedynym który się tego podjął. Na dole wśród domów mieszkalnych znajduje się jeszcze jedna ciekawa chrześcijańska kaplica a na zachodnim brzegu jest stoi IX wieczna monastera Hayravank. 6km od jeziora znajduje się także miasto Sevan lecz nie uznałem aby eksploracja była potrzebna.

O ile mi wiadomo nie ma zorganizowanego transportu z Erywania do jeziora dlatego większość dociera tam dzieloną taksówką.

Transport z Sevan do Erywania

Po odebraniu swojego plecaka poszedłem wzdłuż drogi na stację benzynową i tam po paru kubkach herbaty udało mi się znaleźć autostop. Tym razem jechałem ciężarówką z dwoma młodymi mężczyznami którzy wypytywali mnie o moje wrażenia związane z Armenią.

Erywań (stolica Armenii)

Erywań jest centrum kulturowym, politycznym i ekonomicznym Armenii, miastem pięknej architektury i interesujących galerii oraz z drugiej strony także miastem ruchu drogowego i burzliwego życia. Centrum Erywania jest opera wokół której toczy się życie kulturowe. W małej odległości znajdują się parki, muzea, liczne fontanny, galerie obrazów pod gołym niebem oraz imponująca budowla zwana Kaskadą. Erywań jest także miastem pięknych kobiet chodzących po mieście jak po wybiegu oraz prezentujących swe uroki co tylko dodaje światła temu miastu. Wielokrotnie siedziałem w części muzealnej miasta obserwując fontannę poruszającą się w rytm muzyki aby następnie przejść poprzez sztuczne stawy i idąc pośród rzeźb wspiąć się na kaskadę. W Erywaniu spędziłem około 3 dni i zorganizowałem stąd kilka ciekawych wycieczek.

Mój kierowca ciężarówki wysadził mnie na przedmieściach Erywania i następnie stojąc na przystanku urocza dziewczyna powiedziała mi do którego autobusu miałe wsiąść aby dojechać do opery. Jak się potem jednak okazało dziewczyna nie była jednak tak urocza gdyż dała mi swój numer telefonu i całusa na pożegnanie lecz nie przyszła na spotkanie. No cóż… Marszrutką dojechałem do opery i tam w samym centrum miasta w posowieckim bloku załatwiłem sobie pokój. Mieszkałem na ulicy Sayat Nova za 5000 dram za łóżko czyli jak na centrum miasta bardzo tanio. Byłem tam tylko ja i starsza Pani która miała ściany pełne obrazów o głowę pełną opowieści na temat Armenii. Zanim zdążyłem zmienić koszulę i skończyć wieczorną filiżankę herbaty nastał zmrok lecz wyszedłem aby zobaczyć Erywań nocą. Tym razem po mieście oprowadzały mnie dwie młode kobiety które poznałem wcześniej. Był to wieczór podczas którego poznawałem miasto i nie robiłem zdjęć. Moje koleżanki pokazały mi operę, potem weszliśmy na ładnie oświetloną Kaskadę a potem poprzez ulicę zakupów dotarliśmy do muzeów gdzie usiedliśmy słuchając muzyki oraz patrząc na szalejące fontanny. Na sam koniec poszliśmy jeszcze do gruzińskiej restauracji na herbatę or gruzińskie pierogi, które jadłem bez większego zaangażowania gdyż miałem je cały czas w Gruzji parę tygodni wcześniej. Rozmawialiśmy, wznieśliśmy kilka toastów i było bardzo miło. Wieczorem się pożegnaliśmy i po tym jak jeszcze przez jakiś czas poleżałem na trawie nad stawem poszedłem w końcu spać.

Następnego dnia rano po herbacie oczywiście oraz po rozmowie ze starszą Panią wyszedłem na prawdziwe zwiedzanie. Erywań ma dużo ciekawych zabytków a ja wybrałem potencjalnie najciekawsze. Zanim to się stało najpierw pojechałem do konsulatu Górskiego Karabachu marszrutką numer 62 a potem wróciłem wprost pod operę. Opera jest oficjalnie uznana za centrum miasta i odbywają się tam nie tylko koncerty operowe. Dookoła znajdują się też interesujące pomniki na pedestałach, parki oraz życie towarzyskie do późna. W pobliżu znajduje się Kaskada o której wspomniałem wcześniej. Jest to wysoka, piętrowa budowla na którą można wejść po wysokich schodach. Przed wejściem znajduje się park na którym jest wiele interesujących oraz także śmiesznych rzeźb jak na przykład pomnik tłustej kobiety oraz tłustego kota oraz pomnik także tłustego rzymskiego żółnierza. W miejscu tym jest oczywiście bardzo starannie przystrzyżony trawnik który prowadzi do Kaskady. Na każdej z jej kondygnacji znajdują się innego rodzaju fontanny oraz oryginalne rzeźby. Niektóre z nich to wielka głowa wydobywająca się z wody, skoczek do wody w różnych fazach lotu, mężczyzna z upiornym uśmiechem oraz mój ulubiony; lew zbudowany z opon. Na każdym z pięter znajduje się wiele innych rzeźb oraz fontan i sekcji wodnych w innych kształtach a wieczorem cała konstrukcja jest jeszcze podświetlana. Wewnątrz są schody ruchome oraz kolejne rzeźby na każdym piętrze z których jedna to ogromna orchidea, choć domyślam się że rzeźby te są zmieniane. Na samym dole jest jeszcze sklep z wyrobami ze szkła i są to przedmioty od kubków w kształcie krowy do prawdziwego kunsztu szklarstwa. W pamięci mi także zapadł bardzo mały park z pomnikiem czterech spacerujących mężczyzn oraz galerią obrazów pod gołym niebem. Są to ciekawe pracy sprzedawane przez artystę. Następnie jeszcze raz przechodząc przez Operę i jej pomniki dostałem się na kolejny park ze Stawem Łabędzia, pomnikem ormiańskiego pianisty wykonanym z wielką wyobraźnią oraz instrumentami skonstruowanymi ze sztucznej trawy. Tutaj akurat jest dobre i jeszcze w miarę tanie miejsce na obiad czego nie można powiedzieć o ulicy zakupów Mashtots Poghota. Jest to ulica droższych restauracji oraz niestety amerykańskich inwestycji oprawionych w kolorowe szyldy które nie mają nic wspólnego z Armenią.

Po chwili dostałem się na Plac Republiki (Hanrapetutyan Hraparak). Jest to prawdopodobnie najefektowniejszy plac w całej Armenii. Po środku znajduje się wielka fontanna której salwy poruszają się w rytm muzyki a dookoła jest także Galeria Narodowa, Muzeum Narodowe oraz także hotel Marriott znajdujący się w zabytkowej budowli. Jest to miejsce spotkań całego miasta oraz centrum turystyczne i można tu bardzo przyjemnie spędzić czas tylko na siedzeniu oraz patrzeniu na fontannę i słuchaniu muzyki. Tego dnia było to już wszystko co zobaczyłem lecz następnego zacząłem właśnie w tym miejscu. Poszedłem do Galerii Narodowej i Muzeum Narodowego lecz nie byłem sam. Poznałem tu ładną Polkę z którą obejrzałem całą sztukę a że chciałem zaoszczędzić wszedłem do muzeum na kartę płetwonurka zamiast legitymacji studenckiej. Kasjerka i tak nie znała angielskiego więc się udało. Największe wrażenie zrobiła na mnie galeria sztuki gdyż w środku mieści się kolekcja zajmujących mnie obrazów zachodnich i rosyjskich malarzy oraz kilka uroczych rzeźb. Muzeum narodowe natomiast opowiada historię Armenii od czasów greckich do przejścia na chrześcijaństwo, następnie najazdów tureckich, perskich i arabskich. Oprócz tego są stroje, monety, średniowieczne haczkary oraz biżuteria. Następnie idąc poprzez Plac Republiki skręciłem w lewo i idąc zatłoczoną ulicą dotarłem do wesołego miasteczka i pomnika jeźdzca na koniu z mieczem oraz pięknej i zbudowanej z wielkim rozmachem Katedry Sourp Grigor Lusavorich. Ta piękna wielka katedra została ukończona w 2001 roku z okazji 1700 urodzin ormiańskiego chrześcijaństwa. Następnego dnia najpierw zobaczyłem Matenadaran czyli monumentalnie wyglądającą bibliotekę gdzie znajduje się 17.000 ormiańskich manuskryptów oraz 100.000 średniowiecznych i nowych dokumentów. Innymi słowy szczególnie biorąc pod uwagę fatalną historię Armenii Matenadaran jest ważnym ośrodkiem historii kultury. Przed obiektem stoi kilka pomników uczonych a jednym z nich jest Mashtots. Według mnie Matenadaran jest bardzo efektownie zbudowany zarówno na zewnątrz jak i od wewnątrz lecz myślę że dobra naukowe zgromadzone tutaj nie będą interesujące dla kogoś kto nie specjalizuje się w tej dziedzinie z powodu niezrozumienia ich znaczeń. Tak czy inaczej ekspozycje są warte obejrzenia.

Stąd wziąłem stare Żiguli i za około 1000 dram pojechałem poza centrum Erywania, do Pomnika i Muzeum Ludobójstwa Armenii (Tsitsernakaberd). Jest to poruszające, tragiczne miejsce opowiadające o zbrodni jakiej dokonali Turcy na Ormianach co jest tylko niezbitym dowodem do czego są zdolni muzułmanie w kwesti ostatecznego rozwiązania dla chrześcijan. Muzułmańskie zło brutalnie wymordowało około 1.5mln chrześcijan masakrując ich na ulicach, paląc ich domy, kościoły, niszcząc ich dorobek kulturowy i masowo gwałcąc kobiety. Jednym z wielu brutalnych metod stosowanych przez Ottomanów było wypływanie z Ormianami w morze i następnie wyrzucanie ich za burtę. Muzeum przedstawia szokujące zdjęcia i niezbite dowody na bezstialstwo wobec chrześcijan czego po dziś dzień rząd turecki się w kłamliwy sposób wypiera. Następnie pojechałem autostopem do centrum po drodze wysiadając przy fabryce Brandy. Dziś znajduje się tam także muzeum i jest to o tyle interesujące miejsce że dyrekcja organizuje wycieczki po obiekcie z degustacją. Następnie poszedłem do ładnej katedry w pobliżu mostu a potem poszedłem do Niebieskiego Meczetu, który symbolizuje dobre stosunki z Iranem. Warto dodać że meczet ten został zbudowany w 1765 roku przez perskiego gubernatora i posiada 24 metrowy minaret oraz okrągły szczyt w kształcie cebuli pokryty niebieską mozaiką. Na marginesie na przeciwko jest dobrze zaopatrzony bazar z pamiątkami i sztuką. Łatwo jest go zauważyć z powodu złotego, ozdobionego płaskorzeźbami wejścia. Gdy dotarłem spacerem w okolice opery poszedłem na obiad do jednej z wielu dobrze serwujących knajp a potem udałem się na wycieczkę marszrutką do Muzeum i Fortecy Erebuni. Około roku 782 p.n.e. na górze w Erywaniu została zbudowana ogromna forteca choć dziś niestety zostały już tylko same mury. W muzeum poniżej natomiast znajdują się interesujące płaskorzeźby oraz biżuteria i sztuka z tamtego okresu. Na ścianie samego muzeum bardzo mi się też podobały płaskorzeźby z podobizną starożytnego króla oraz kilka rzeźb zwierząt. Do opery wróciłem taksówką za 1000 dram dzieląc koszt z turystą z Japonii.

Dookoła Erywania

Wycieczka do Eszmiadzin

Eszmiadzin jest jedną z największych atrakcji chrześcijańskich kraju i jest też czasem nazywana „Watykanem Armenii ”choć moim zdaniem i wielu innych podróżników także jest to spora przesada. Tak czy inaczej w Eszmiadzin znajduje się wiele ciekawych kościołów i katedr będącymi dziedzictwem kultury światowej UNESCO, jest to także siedziba ormiańskiego kościoła oraz także była stolica Armenii w latach 180- 340. Jednym z obiektów jest bardzo dumnie brzmiąca nazwa Pałac Katolików. Na początku poszedłem przez główną bramę do terenu gdzie znajdował się ogromny teren zielony a nim stało wiele kościołów zazwyczaj otoczonych drzewami i kwiatami. Po lewej stronie za wejściem stoi wysoka, wąska kaplica w której znajduje się ołtarz i krzyż. Następnie znajduje się duży teren zielony oraz duży pomnik zbudowany w 2001 roku z okazji przyjazdu papieża Jana Pawła II a obok stoi Seminarium Gevorgiana zbudowane w XIX wieku. Potem szedłem prosto aż widziałem cały teren zielony i pomnik z drugiej strony i zatrzymałem się w miejscu gdzie znajdował się cmentarz ze starymi inskrypcjami na nagrobkach. Za nim znajdował się piękny i zabytkowy kościół Surp Gayane zbudowany w VII wieku choć był też odrestaurowany w 1652 roku.  Tym kościołem byłem szczególnie zachwycony z powodu jego pięknych łuków, haczkarów oraz płaskorzeźb w kształcie orła. W ostrym słońcu Gayane ma kolor ciemno pomarańczowy wpadający w brązowy, ma on kilka wież oraz kamiennych krzyży na szczytach oraz także małych nagrobków ze starożytnymi inskrypcjami. Oprócz tego kościół Surp Gayane ma także kilka ładnych fresków świętych i ładny ołtarz. Gayane znajduje się w cichym zakątku za drzewami.

Następnie wracając w kierunku głównej bramy skręciłem w lewo aby zobaczyć główny kościół Mayr Tachar, który jest jednym z najstarszych kościołów na świecie gdyż został zbudowany ooło 301-303 roku gdy Armenia przeszła na chrześcijaństwo. Od tamtej pory katedra ta była kilka razy przebudowywana, w V, VII i XVII wieku. Obiekt ten posiada jedną główną wieżę oraz trzy mniejsze i jest to bez wątpnienia najbardziej okazały kościół ze wszystkich a do tego jest też otoczony ładnym ogrodem oraz innymi buduwlami które powstawały na przestrzeni wieków. Poza barmą kompleksu świątynnego Eszmiadzin są jeszcze trzy piękne kościoły o których warto wspomnieć. Pierwszy to Kościół Shoghakat zbudowany w 1694 roku. Jest on niewielki gdyż posiada jeden główny dzwon i małą wieżę, jest zbudowany z czerwonego kamienia i jest otoczony ładnym ogrodem. Kolejnym kościołem jest Katedra Najświętszej Matki Boga zbudowana w 1767 roku, która jest dziś siedzibą diecezji Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego. Ostatnim i także pięknym kościołem jest Święty Hripsime zbudowany w 1618 roku. Ten kościół jest jednym z moich ulubionych gdyż nie został prawie w ogóle zmieniony a jego piękna, klasyczna linia zainspirowała wiele ormiańskich kościołów. Hripsime jest zbudowany na podwyższeniu i tak jak poprzedni obiekt jest on zbudowany z czerownego kamienia. Na dole znajduje się sad oraz przyjemny ogród kwiatowy.

Do Eszmiadzin dostałem się tasówką z Erywania za 1500 dram a wróciłem autostopem i marszrutką. Eszmiadzin znajduje się tylko 21km od Erywania i jazda taksówką zajmuje tam około 15 minut.

Monastery Geghard i Garni

Monastery Geghard i Garni są jedynymi z największych atrakcji Armenii i są położone w pięknych okolicznościach przyrody. Najpierw dostałem się w okolice Garni autobusem z Erywania co zajęło mi około godziny i zdawało się wiecznością. Stamtąd zatrudniłem kierowcę starego Moskwicza, który za 1000 dram podwiózł mnie 9km do Geghard oraz spowrotem do Garni. Dodam że cena ta była wyjątkowo niska gdyż słyszałem o sumach takich jak 3000 dram z godzinnym czekaniem.

Geghard leży na zboczu góry w malowniczym kanionie. Dookoła są także jaskinie i rzeka i myślę że jest to świetne miejsce na spędzenie tu dnia i nocy w namiocie. Sama monastera Geghard składa się z kilku obiektów zbudowanych z szarego kamienia. Dwa główne kościoły oraz dwie kalplice zostały zbudowane w XIII wieku. Kaplice są wykute w skałach a wewnątrz znajdują się świece modlitewne oraz rzeźby między innymi orła oraz lwów. W jednej z kaplic znajduje się także źródło z wodą która wedlug wierzeń ma właściwości zachowania młodości. Moje odczucie na temat Geghard jest bardzo dobre. Jest to kompleks chrześcijańskich jaskiń oraz kościołów a atmosferę w nich określam jako mroczną, zagadkową i chłodną. Uważam że Geghard jest bardzo nastrojowym obiektem a moją ulubioną częścią były właśnie mroczne jaskinie ze świecami w środku oraz kościoły z ich masywnymi filarami, rzeźbionymi oknami i łukami. Poza tym Geghard jest zbudowany na paru poziomach co oznacza że po wejściu po kamiennych schodach można oglądać kościoły, ludzi oraz kanion z wielu wysokości. Na kościołach są także wyrzeźbione haczkary oraz płaskorzeźby zwierząt i miesternie wykonane wzory. Uważam że biorąc pod uwagę że Geghard powstawało od IV do początku XIII wieku oraz że oczywiście z uwagi na okres średniowiecza całość została wykonana w bardzo prymitywny sposób nakład pracy związany choćby z rzeźbieniem w skałach był kolosalny. Ciężko sobie nawet wyobrazić jak ogromnym nakładem pracy zostały zbudowane filary podtrzymujące kaplicę będącą sufitem jaskini, która jest piękna po dziś dzień.

Drugą monasterą oddaloną jedynie 9km od Geghard jest pogańska świątynia Garni i jest ona wyjątkowa dlatego że jest zupełnie inna niż wszystkie inne. Garni został zbudowany w I wieku przez króla Armenii Trdata I dla Heliosa, rzymskiego boga słońca. Świątynia ta wygląda jak grecki Akropol a widoki z niego roztaczają się na wielki, malowniczy kanion oraz rzea Azat i podobnie jak Geghard także jest świątynią bardzo nastrojową. Oprócz pięknych górskich widoków, oprócz filarów prowadzących do wewnątrz budowli i porozrzucanych bloków skał, w tle dzwiękowi wiatru towarzyszy także muzyka z czasów gdy Garni było budowane.

Do Erywania wróciłem autostopem czyli po raz kolejny miałem szczęście. Obydwie świątynie zdecydowanie polecam i uważam że można z tego zrobić ciekawą wyprawę w góry z ciekawymi świątyniami jako celu zwiedzania.

Khor Virap

Bilblijny Khor Virap to kolejna wspaniała monastera zbudowana na skale która leży na tle szczytu Ararat, gdzie arka Noego ugrzęzła po 40 dniach rejsu. Khor Virap jest także tą świątynią która jest bardzo często widoczna na pocztówkach choć przyznam że aby zobaczyć monasterę na tle ośnieżonego Ararat trzeba mieć perfekcyjną pogodę w wysokich partiach gór co zdarza się bardzo rzadko. Budowa podstaw Khor Virap zaczęła się około V wieku lecz cały kompleks został ukończony w XVII wieku. Dziś jest to bardzo popularny kierunek pielgrzymek gdzie odbywa się wiele ceremonii takich jak chrzty czy śluby a swoją sławę monastera zawdzięcza historii chrześcijaństwa. Otóż Grigori Lusavorich który potem został świętym Grigorem był uwięziony tutaj w studni przez pogańskiego króla Trdata III. Gdy podjeżdżałem do Khor Virap zobaczyłem górę ze sciosanym szczytem na czubku którego stał warowny kościół otoczony murami. Głównym obiektem jest tutaj Kościół Św.Matki Boga (St. Astvatzatzin) który nie jest wielki. Posiada on tylko jeden mały dzwon oraz wieżę, jest w kolorze czerwonym i ma bogate zdobienia w środku. Oprócz tego polecam też ciemną kaplicę gdzie można zapalić świece. Obok są także metalowe schody które poprzez wąski tunel prowadzą do miejsca gdzie był kiedyś uwięziony św.Grigor. Świątynia Khor Virap znajduje się tylko 100m od granicy z Turcją.

Khor Virap znajduje się 30km na południe od Erywania. Dostałem się tam autobusem ze stacji metra Sasuntsi Davit i po niecałej godzinie jazdy wysiadłem na drodze około 4km od świątyni. Najpierw szedłem ze swoim dużym plecakiem poprzez boczną drogę aż dostałem się do głównej trasy. Tam zostawiłem plecak w jednym ze sklepów i najpierw szedłem a potem złapałem autostop. W drodze powrotnej zabrałem się z podróżnikami ze Słowacji którzy podwieźli mnie do głównej trasy. Najpierw kupiłem winogrona ze straganu przy drodze a potem czekałem na drodze z palcem do góry. Tym razem już nie wracałem do Erywania lecz zmierzałem na południe, w kierunku Iranu.

Jazda z trasy koło Khor Virap do pustkowia niedaleko Noravank

Czekałem jakiś czas na trasie ze swoim dużym plecakiem i po około pół godziny w końcu zatrzymał się około 35 letni Żiguli ze rdzą krzętnie pokrytą przez farbę. Tym razem zabrał mnie mężczyzna ze swoją ciężarną żoną oraz dwoma siostrami. Po drodze zatrzymywaliśmy się wiele razy przy przydrożnych straganach aby kupować owoce i warzywa, a było ich mnóstwo. Razem wypełniliśmy bagażnik paroma workami cebuli i ziemniaków a wszyscy pod nogami mieli dodatkowo arbuzy i skrzynki winogron. Transport ten dał mi obraz tego jak ludzie zaopatrywali się w jedzenie kupując je przy drodze oraz jak radzo sobie ormiańska rodzina. W końcu po paru godzinach ciekawej jazdy kierowca wysadził mnie przy bocznej drodze do monastery Noravank, przy jaskini Areni.

Vayots Dzor

Noc w namiocie, jaskinia Areni i jazda do monastery Noravank

Kierowca czerwonego Żiguli zatrzymał się przy rozwidleniu dróg, uścisnął mi rękę i pożegnał. Był to kolejny dowód dobrego charakteru Ormianina względem Polaka, którzy zawsze mi pomagali. Na rozstaju dróg także było bardzo ładnie gdyż znajdowałem się w kanionie przeciętym rwącą rzeką Arpa. Po jednej stronie znajdowało się puste, zarośnięte chaszczami pole na którym rozstawiłem namiot a po drugiej stronie była restauracja gdzie zaprosiłem się na kolejną wspaniałą kolację za jedyne 1000 dram. Nie próżnowałem jednak gdyż nad restauracją, w górach z czerownej skały znajdowała się jaskinia Areni. Jaskinia Areni oprócz bogactwa geologicznego była także ciekawa pod względem odkryć związanych z ludźmi. Archeologowie są zdania że już w roku 3900 p.n.e. mieszkali tutaj ludzie i mieli pierwszą na świecie winiarnię. Chodząc po jaskini widziałem oświetlone tunele oraz rozbite dzbany i inne przedmioty codziennego użytku które były w fazie oczyszczania . Do jaskini są dwa wejścia a widok z nich oferuje piękne widoki na góry, na rzekę i także na trasę.

Tę noc spędziłem w namiocie na twardej ziemi i nie było przyjemnie lecz o ile pamiętam udało mi się zmrużyć oczy na kilka godzin. Obudziłem się około 7 rano gdyż było mi zimno i poszedłem wzdłuż rzeki na parking ciężarówek. Tam za małe pieniądze kobiety zrobiły mi śniadanie za małe pieniądze a herbatę dostałem w prezencie. Następnie wróciłem aby złożyć namiot i udałem się wzdłuż kanionu Areni w kierunku monastery Noravank. Wielką przygodą był mój marsz gdyż widoki czerwonych gór, czasem wyglądających jak grube skalne plastry sera poukładane jeden na drugim oraz pokryte zielenią były bardzo atrakcyjne. Do tego słońce rozpalało kanion Areni co tylko dodawało nowych barw gdyż było jeszcze bardzo wcześnie. Od rozstaju dróg do Noravank jest 8km co w takich warunkach jest męczące lecz na szczęście ktoś mnie zabrał i podwiózł pod górę, pod samą bramę monastery. Noravank została zbudowana w XIII wieku i jest dobrze znaną monasterą w Armenii z powodu swojego malowniczego położenia w środku kanionu nad rzeką Darichay. Monastera Noravank oferuje piękne widoki na czerwone klify gór i jest to jedna z niewielu piętrowych świątyń. Głównym obiektem jest kościół S. Astvatsatsin ozdobiony pięknymi płaskorzeźbami, z których jeden przedstawia Boja Ojca. Na pierwsze piętro można dotrzeć po kamiennych schodach dookoła których także są wykonane perfekcyjne w swych detalach płaskorzeźby. W pobliżu znajdują się też liczne haczkary oraz kościół św.Grigora i św.Karapeta. Ogrodzenie natomiast zostało zbudowane w XVII i XVIII wieku. Bardzo ważna jest także informacja że dookoła monastery Noravank znajduje się też wiele innych jaskiń oprócz Areni i jest to wymarzona okolica na wyprawy górskie. W głównym kościele na suficie radzę się przypatrzeć odbiciu twarzy Jezusa na kamieniach.

W drodze powrotnej najpierw szedłem około pół godziny ciesząc się wspaniałymi widokami a potem podwiózł mnie autokar z grupą ormiańskich turystów. Wysiadłem na rozstaju dróg, odebrałem swój plecak z przydrożnej knajpy i od razu byłem gotowy do kolejnej akcji.

Autostop od zjazdu na Noravank poprzez Yeghegnadzor do Artabuynk

Niemal od razu udało mi się złapać autostop i po około 20 minutach dotarłem na przedmieścia małego posowieckiego miasteczka Yeghegnadzor. Pojechałem tam aby użyć internetu lecz przyznam że Yeghegnadzor nie jest wart zwiedzania. Jest to szare miasteczko z betonowych płyt gdzie nic ciekawego się nie dzieje i nie ma nic do oglądania. Następnie poszedłem do głównej drogi i wróciłem autostopem 6km w pobliże miasteczka Getap gdzie znajduje się droga do Yeghegis i Artabuynk. Tutaj niestety złapanie autostopu zajęło mi trochę czasu gdyż jest to boczna droga rzadko uczęszczana przez samochody. W końcu jednak miałem szczęście gdyż zatrzymała się radziecka ciężarówka a był to 25 letni Kamaz i dlatego dalsze 25km pojechałem w wielkim stylu. Kierowca wysadził mnie za wsią Yeghegis we wsi Artabuynk.

Artabuynk, ciężka wspinaczka oraz piękne górzyste okolice 

Ten malowniczy rejon Armenii jest moim zdaniem bardzo potrzebny turystom jako połączenie życia wiejskiego z wyprawami górskimi. Dolina Yeghegis to znajdująca się 25km od głównej drogi oaza ciszy i spokoju z pięknymi formacjami skalnymi oraz otwartymi przestrzeniami. Można się tu rozbić namiot i prowadzić życie bardzo przygodowe a można także zatrzymać się u lokalnej rodziny. Na zainteresowanie zasługuje tutaj między innymi forteca Smbataberd oraz monastera Tsakhatskar.

Wyskoczyłem z ciężarówki w pobliżu przydrożnego sklepu gdzie zostawiłem swój plecak i od razu poszedłem na wyprawę. Szedłem zakurzoną drogą lecz po chwili podwieźli mnie miejscowi. Po drodze mijajałem też skręt na fortecę lecz zamiast tego pojechałem prosto, do miejsca gdzie po prawej stronie znajdowała się zielona dolina ze skalistym szczytem. Mogłem wysiąć wysiąść wcześniej i pójść w miarę prostą drogą gdzie moje życie tego dnia byłoby znacznie łatwiejsze lecz czułem że tego dnia potrzebowałem większego wysiłku oraz walki o przygodę. Postanowiłem więc że wdrapię się na około 50 metrową górę gdyż tędy było bliżej ale też bez porównania trudniej. Pierwsza faza wejścia była łatwa gdyż teren nie był zbyt stromy i mogłem odpoczywać na głazach i trzymać się wysoszonych od upałów drzew. Poruszając się do góry zatrzymywałem się na fotografowanie zielonej doliny z różnych wysokości i pewnego momentu moja wspinaczka była w miarę znośna. Najtrudniejszy punkt zaczął się gdy stanąłem pod pionową skalną ścianą otoczoną gęstymi, ostrymi drzewami i musiałem wymyślić jak ją okrążyć i jak przedostać się przez zarośla i pionowe skały aby wspiąć się na szczyt. Był to zdecydowanie najbardziej wyczerpujący element wspinaczki dlatego że wchodziłem po pionowych skałach oraz po śliskich glinianych ścieżkach trzymając się gałęzi drzew. Za pierwszym razem wybrałem najbardziej niepewną drogą spośród wszystkich niepewnych  po tym jak zainwestowałem około pół godziny wspinaczki ukazała się przede mną ściana która bez specjalistycznego sprzętu była niemożliwa do przebycia. Musiałem więc zejść kawałek i pójść inną drogą co na szczęście dało zamierzony efekt. Tutaj także nie było łatwo ale przy pomocy gałęzi drzew i nieruchomych głazów droga na szczyt była do przebycia. Oczywiście stojąc już na szczycie byłem z siebie bardzo zadowolony gdyż niedawno patrzyłem na niego z dołu i zastanawiałem się ja dam radę. Doradzę też przyszłym śmiałkom że gdy po dostaniu się do pionowej ogromnej skały należy przedzierać się przez zarośla po lewej stronie. Droga w prawo jest tylko dla tych ze sprzętem lub dla tych którzy potrafią latać. Potem poszedłem poprzez łąkę na płaskowyżu i po niedługim czasie ukazała się przede mną X wieczna monastera Tsakhatskar składająca się z kilku obiektów oraz wielu haczkarów.

Idąc z klifu najpierw zobaczyłem ruiny pierwszego kościoła gdzie zachował się tylko parter z robiącymi spore wrażenie łukami oraz niestety z porozrzucanymi kamieniami dookoła. Z uwagi na głazy jest tu łatwo przewrócić się i skręcić sobie kark lecz mimo to polecam eksplorację tego oddalonego, antycznego miejsca. Łuki oraz zimne i pokryte zielenią głazy prowadzące przez zaułki antycznej historii dają specyficzne poczucie przygody. Po przejściu następnych stu metrów poprzez polanę na płaskowyżu dotarłem do najlepiej zachowanego kościoła, z jednym dzwonem, z interesującymi haczkarami oraz płaskorzeźbami na ścianach. Jedna z nich przedstawia lwa walczącego z bykiem lecz myślę że ogromnym atutem monastery Tsakhatskar są misternie wykonane haczkary na kościele oraz także cisza, spokój i uczucie niezmąconej niczym dobrej samotności. Dookoła rozciągała się przede mną malownicza dolina Yeghegis natomiast ja siedziałem przy ławie i cieszyłem się że mogłem tu być. Dodam także że przy kościele można też uzupełnić zapasy wody. Potem szedłem doliną aż dotarłem do drogi po której poruszałem się w dół. Mogłem kontynuować moją wyprawę tym szlakiem gdyż droga ta jest najłatwiejszą w kierunku powrotnym do Artabuynk lub do fortecy Smbataberd. Ja jednak tego dnia poszukiwałem czegoś więcej niż tylko spacer polną drogą dlatego wybrałem przeprawę przez góry do fortecy. Nie był to niestety dobry pomysł dlatego że musiałem schodzić raz w dół a innym razem musiałem wspinać się po ostrych skałach i było to wykańczające doświadczenie. Po około godzinnej gonitwie którą z łatwością możnaby nazwać sportem ekstremalnym, w końcu dostałem się do osadzonej na szczycie góry fortecy. Ostre skały pocięły mi buty a ja sam czułem się zmęczony mimo że jestem w dobrej formie. Dotarłem do fortecy Smbataberd. Forteca Smbataberd została zbudowana w V wieku lecz została silniej ufortyfikowana i uzbrojona pomiędzy IX a X wiekiem i miała na celu obronę przeciwko Turkom i Mongołom. Dziś z fortecy już nie niewiele zostało choć nadal można zobaczyć główną bramę i mury obronne a poza tym jest z niej ładny widok na dolinę Yeghegis. Będąc tutaj spotkałem Ormianina mieszkającego w Ameryce oraz jego żonę i przewodnika. Przyznam że miałem ogromne szczęście dlatego że zapadł już zmrok i podwieźli mnie do sklepu gdzie zostawiłem plecak. Potem zapraszali mi jeszcze do siebie abym spędził u nich noc lecz czułem że będzie to alkoholowa impreza, tym bardziej że kierowca już jechał pijany a do bagażnika zapakował jeszcze więcej piwa i wódki. Gospodarz też mnie zaprosił i zostałem u niego dlatego że po ogromnym wysiłku tego dnia chciałem spokojnego wieczoru. Był to dobry wybór dlatego że zostałem z ormiańską rodziną i po posiłku oraz krótkiej rozmowie poszedłem spać i akurat tej nocy zasnąłem momentalnie. Nazajutrz było jeszcze lepiej gdyż spędziłem z nimi ranek, chodziłem po sadzie, byłem nad rzeką i zerwałem trochę winogron i jabłek. Była to bardzo miła rodzina z ogromnym poczuciem humoru i żartowali z babci. Mówili że wygląda jak czarownica i nocami lata na miotle jednocześnie pokazując mi miotłę i mówiąc że to jej pojazd. Było bardzo śmiesznie i ich dom był zaciszem.

Około 12 gospodarz domu podwiózł mnie na przedmieścia Yeghegnadzor dlatego że i tak jechał w tamtym kierunku.

Transport od Yeghegnadzor do Goris

Moja przygoda w transporcie zajęła prawie cały dzień i chwalę ją sobie. Korzystałem z wielu różnych autostopów,czasem lepszych czasem tragicznych lecz w końcu dostałem się gdzie chciałem.

Swoją trasę zacząłem z trasy na przedmieściach Yeghegnadzor gdzie najpierw czekałem na jakikolwiek pojazd ale że niczego mi się udawało złapać szedłemkoło drogi. W końcu zatrzymała się zjedzona przez rdzę około 30 letnia radziecka ciężarówka która podwiozła mnie Vayk. Tutaj napiłem się herbaty w sklepie i poszedłem dalej wzdłuż drogi. Po niedługim czasie zarzymał się Ormianin z Goris który całkiem niezłym samochodem wiózł mnie przez południową Armenię. Pogoda psuła się lecz miałem dobry widok na góry oraz rozległe polany a następnie po wjechaniu na teren prowincji Syunik przejeżdżaliśmy przez miasto Sisian i mój kierowca wysadził mnie przy bardzo ciekawym miejscu o nazwie Zorats Karer. Zorats Karer to mająca około 3000 lat sekwencja ułożonych kamieni które według naukowców mają kilka przeznaczeń. Jednym z nich są 3000 letnie groby co oznacza że kamienie stanowią pomniki grobowe, drugie wytłumaczenie to funkcja atronomiczna. Naukowcy są zdania że ludzie budujący ten obiekt mieli głęboką wiedzę na temat obserwacji gwiazd, zaćmień księżyca oraz zodiaku. Innymisłowy jest to ormiańska wersja Stonehendge w Anglii. Dziś jest to miejsce odwiedziń turystów oraz moim zdaniem bardzo ciekawe, odległe miejsce wymagające dokładniejszych badań. Zorats Karer znajduje się 3.5km od Sisian oraz 400 metrów od głównej drogi w polu. Z Zorats Karer pojechałem z grupą francuzkich turystów do głównej drogi lecz najpierw wydobyłem swój plecak spod warstwy kamieni gdze wcześniej go ukryłem. Stojąc na głównej drodze nie było mi do śmiechu gdyż stałem na pustkowiu, zaczął padać deszcz i od godziny nie mogłem zatrzymać żadnego samochodu. W końcu zatrzymała się około 20 letnia furgonetka (pierwszy raz widziałem taki samochód) którą jechała grupa robotników do Goris. Po niedługiej podróży wysadzili mnie 2km przed Goris gdzie znalazłem hotel.

Zaliczam tę przygodę w transporcie do kolejnej ze swoich epickich podróży bardzo niskiego standardu.

Syunik

Goris

Goris jest małym miasteczkiem ładnie położonym w dolinie. Jest to spokojne miejsce gdzie dzieje się niewiele i gdzie wśród kilku ulic znajduje się kilka knajp z szaszłykami a zaraz za miastem ładne widoki i sady owocowe. Goris było moją bazą przez ponad tydzień gdyż oprócz samej okolicy pojechałem stąd to Tatev oraz do Górskiego Karabachu a w samym Goris też się dobrze bawiłem. Najpierw mieszkałem w dobrym hotelu za miastem za jedyne 5000 dram mimo że oficjalna cena to 18000 a po powrocie z Karabachu mieszkałem niedaleko centrum nad sklepem za 4000 dram. Goris ma wiele zacisznych ulic których eksploracja przeniosła mnie do innego świata oraz także gdzie wieczorem grała czasem muzyka i gdzie ludzie tańczyli. Welu turystów nie zostaje tutaj nawet na jedną noc lecz ja uważam że Goris jest koniecznością i należy w jego okolicach spędzić przynajmniej kilka dni.

Największą atrakcją jest Stare Goris czyli znajdujące się zaraz za miastem góry z wyrzeźbionymi w nimi mieszkalnymi jaskiniami. Miejsce to jest często porównywane do tureckiej Kapadocji gdyż tak jak tam jaskinie te zostały stworzone przez człowieka i w V wieku służyły jako domy mieszkalne. Także i w Goris mają one stożkowaty kształt i niektóre pokoje są ze sobą połączone. W jednym z nich widziałem łóżko a w wielu skałach są także okna. Inne są dziś używane jako schronienie dla pasącego się bydła. Mój spacer po Starym Goris był bardzo ciekawą przygodą gdyż przemierzałem góry wspinając się na różne wysokości wyżłobionych jaskiń a po drodze „zaliczyłem” jeszcze drzewo winogronowe u jednego z gospodarzy. Ludzie w Armenii są oczywiście mili i winogrona były za ich przyzwoleniem. Zresztą jest ich tutaj tyle że dają je turystom gdyż sami nie są w stanie ich zjeść. Stożkowate jaskinie, pasące się bydło i powoli nachodzący zmrok dawał piękny widok. Panorama Starego Goris jest dla mnie niezapomniana. Następnego dnia jeszcze raz wybrałem się na spacer po górach i jeszcze raz w towarzystwie pasących się owiec wchodziłem zarówno do jaskiń jak i na szczyty gór. Potem w drodze powrotnej pomagałem miejscowym rąbać drzewo za co dostałem filiżankę herbaty i kilka cukierków. Byłem tanią siłą roboczą w Armenii ale zrobiłem to z przyjemnością i było to też bardzo dobre ćwiczenie. Mój pokój w Goris był jednym z najlepszych dlatego tym bardziej zmęczony i zmoknięty było mi miło wrócić do takich warunków.

Wyprawa do Tatev

Jest jedna wycieczka którą koniecznie trzeba odbyć będąc w Goris i tą wycieczką jest bez wątpienia warowna monastera na klifie Tatev. Tatev to monastera zbudowana w IX wieku, która jest dziś największą atrakcją prowincji Syunik a w późnym średniowieczu odegrała ogromną rolę w życiu kulturowym i religijnym Armenii. Monastera Tatev leży na klifie o wysokości 850m i jest to warowny, naturalnie ufortyfikowany kościół nad rzeką Vorotan. Wygląd z zewnątrz jest najbardziej efektowny choć na terenie obiektu znajduje się piękny kościół, warowne mury, wieża i liczne haczkary a na zewnątrz jest także średniowieczny młyn. Armenia nie cierpi na brak antycznych monastyr a Tatev jest jedną z najbardziej efektownych. Historia Tatev nie jest do końca wesoła gdyż obiekt ten był plądrowany przez muzułmanów.

Tatev znajduje się tylko 30km od Goris lecz jadąc po krętych górskich drogach zajmuje to przynajmiej godzinę. Byłem tu dwa razy gdyż za pierwszym razem była tak gęsta mgła że nie wiele widziałem. Za pierwszym razem dostałem się tu częściowo autostopem a częściowo piechotą a za drugim najpierw autostopem a potem dojechałem do kolejki górskiej o nazwie „Skrzydła Tatev”. Przy ładnej pogodzie jest to zdecydowanie polecana forma transportu gdyż dociera w łatwy sposób pod samą monasterę a przy tym są piękne widoki na góry oraz na wioskę Tatev. Gdy jechałem do Tatev za pierwszym razem poniżej poziomu mgły zatrzymałem się na Moście Diabła. Jest to naturalny most który powstał po oderwaniu się części klifu z Tatev i stanowi naturalny most do Tatev. Poniżej skalnego mostu znajduje się kanion prowadzący do najniższej części wąwozu Vorotan gdzie nie docierają nawet promienie słoneczne. Na szczęście nie trzeba schodzić w sam głąb aż około 800m aby cieszyć się pięknem naturalnym które możemy obserwować zaraz poniżej drogi. Znajdują się gorące źródła, wodospady oraz jaksinie z efektownymi stalaktytami. Miejsce to jest oderwaniem się od rzeczywistości lecz radzę się trzymać z dala od krawędzi niezapezpieczonego klifu gdyż ładne zdjęcia trupom nie są potrzebne. Tak czy inaczej to magiczne, uzdrawiające miejsce przyciąga wielu turystów o każdej porze roku.

Transport z Goris do Granicy z Iranem

Z Goris złapałem swój pierwszy autostop. Była to grupa młodych mężczyzn jadąca starą Wołgą z którymi poprzez kręte zalesione drogi pojechałem 68km do Kapan. Po drodze zatrzymaliśmy się jeszcze na herbatę i odbyliśmy rozmowę o życiu w Armenii i w Polsce. Kapan jest małym górniczym miasteczkiem który swój rozkwit industrializacyjny przeżywał w czasach Związku Radzieckego lecz dziś życie toczy się tu wolno a bloki z płyt psują panoramę gór. Jest jednak rzeka oraz kilka cichych zakątków. Potem paroma innymi autostopami a były wśród nich między innymi stary Żiguli oraz Łada Niva pojechałem kolejne 33km do Kajaran czyli do kolejnego małego miasteczka leżącego wśród malowniczych gór. Tutaj miałem ogromny problem z transportem gdyż droga na południe jest rzadko uczęszczana i jest to delikatny obszar z uwagi na strefę przygraniczną. Wyszedłem więc na miasto i po około godzinnym czekaniu zacząłem się już zastanawiać gdzie rozłożyć namiot aż w końcu podjechał busik który zawiózł mnie poprzez góry 50km do Meghri. Meghri jest przyjemniejszym małym miasteczkiem leżącym w wąwozie oraz mającym parę ładnych kościołów i fortecę. Większość turystów przyjeżdża tutaj aby dostać się do Iranu lub aby choć dotrzeć na samo południe Armenii i zobaczyć irańską wioskę Noordoz po drugiej stronie rzeki. Dla turystów jadących do Iranu jest niezmiernie ważne aby wyciągnąć w Meghri pieniądze z bankomatu gdyż Iran jest krajem działającym na zasadzie „tylko gotówka”. Z Meghri wziąłem drogą marszrutkę do Agarak (8km – 2000 dram) a potem 2km dalej do granicy z Iranem. Granica po stronie Armenii przebiegła łatwo a tym którzy wyciągnęli dramy w Meghri przypominam aby wymienili pieniądze na dolary lub euro w kantorze.

W tym momencie był to już koniec mojej podróży po Armenii oraz także po Kaukazie.

Podsumowanie Armenii

Armenia była wspaniałą przygodą gdzie każdy król autostopu może się spełnić w przemierzaniu gór oraz docieraniu do antycznych kościołów. Ludzie są pomocni a szaszłyki bardzo dobre. Poza tym baza hotelowa czyli Wasz własny namiot pozwala na wolny wybór miejsca chwilowego zamieszkania. Armenia to kraj pięknych plenerów oraz ładnych kobiet w stolicy Erywań.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY
2 komentarze
  1. Odpowiedz

    ~Kokos

    8 kwietnia 2015

    Panie, co to jest monastyra?!

  2. Odpowiedz

    Marcin Malik

    9 kwietnia 2015

    @Kokos

    W całym tekście ani razu nie użyłem słowa “monastyra”. Liczę na konstruktywne komentarze, jednak raz na jakiś czas trafia mi się człowiek płytkich myśli, który przyczepia się do literówek aby podbudować swoją niską inteligencję. Monaster to inaczej klasztor.

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan