Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Post Type Selectors
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

Polityka Prawdy

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Post Type Selectors
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Wycieczka do Singapuru 2004

Napisał: Marcin Malik

Singapur 2004 – relacja z wycieczki

Przebieg podróży: miasto Singapur – wyspa Sentosa.

Miasto Singapur

(Opis miasta, architektura, zabytki, prawa Singapuru, okolice rzeki, Chinatown, Little India, Merlion i inne)

Tak zaczyna się moja piękna i warta każdej chwili, wizyta w Singapurze. Do granicy dotarłem wcześnie rano, przed wschodem słońca. Wyspa ta połączona jest z Malezją za pomocą mostu i nasypu po którym dostałem się do Singapuru. Bez problemu dostałem stempel uprawniający mnie do trzymiesięcznego pobytu a potem wjechałem na teren wyspy. Poruszając się w ruchu lewostronnym, pierwsze co wpadło mi w oko to nieskazitelna czystość na trasie a potem na ulicach oraz bardzo zadbana roślinność. Gdy autobus zatrzymał się na terminalu Queen Street, po kilku minutach podszedł do mnie chłopak z Nowej Zelandii i powiedział, że ma hostel niedaleko i zapytał czy szukam noclegu. Zgodziłem się gdyż tym razem nie miałem żadnego planu. Po drodze jeszcze wzięliśmy jednego Niemca i wkrótce doszliśmy na miejsce. Hostel “Zaspanego Sama” był bardzo dobrze wyposażony i mieścił się w historycznej części miasta pochodzenia malajskiego, zwanej Kampong Glam. Wszystkie domy były pomalowane na inny kolor, wszystkie miały okiennice a na ulicy rosły wysokie palmy. Było jednak zbyt ciemno aby zacząć zwiedzanie dlatego przespałem się w pokoju dziennym parę godzin aby w ten sposób doczekać ranka. Następnego dnia dostałem mapę w rękę i poszedłem zwiedzać Singapur. Był bardzo gorący dzień lecz do wytrzymania. Moją uwagę zwróciła czystość wcześniej niespotykana w innych rejonach Azji oraz piękna, egzotyczna roślinność. Zacząłem od Arab Street w której pobliżu znajdował się okazały mosk sułtański zbudowany w 1828 roku i będący centrum społeczności islamskiej na wyspie. W Singapurze znajduje się około 80 mosków a ten jest najstarszy. Mosk był zbudowany w tradycyjny muzułmański sposób czyli z wielką kopułą na dachu a po każdej stronie świata stał minaret. Wygląda to tym ciekawiej, że mosk otoczony jest palmami a w pobliżu znajduje się zabudowa w zupełnie innym stylu.

Przechodząc przez Arab Street a potem Muscat Street dotarłem do Beach Road na której znajdował się monumentalny, wielki szpital imienia sir Raffles`a-założyciela Singapuru. Cały budynek jest otoczony terenem zielonym z pięknymi palmami, których jest tutaj wszędzie dużo. W Singapurze od razu daje się zauważyć nazwisko Raffles. Jest tutaj jego ulica, miasteczko, szpital, hotel (jeden z najlepszych) i oczywiście jego pomnik-jak mówią dane książkowe, stoi w miejscu gdzie pierwszy raz postawił stopę na nowym terytorium. Obok szpitala-na Fraser Street, znajduje się inny budynek zasługujący na uwagę-Parkview Square Buliding lecz potocznie nazywa się go, “The Batman Building”. Jest on wysoki i mroczny i wygląda jak jeden z budowli z Gotham City z Batmana. Także jest otoczony palmami lecz mnie zainteresowały tutaj rzeźby. Przed wejściem stoi pomnik złotego bociana, podrywającego się do lotu a z tyłu jest fontanna oraz pomniki wybitnych ludzi. To miło, że znajduje się tu także polski akcent gdyż jeden z pomników przedstawia Fryderyka Chopina. Obok znajdował się też szary i wysoki, The Gateway Building, który z pewnych kątów wydawał się cienki i ostry jak kartka papieru. Idąc dalej w kierunku Little India, przechodząc kolejne nadzwyczaj czyste i zielone ulice, dostrzegłem, że większość ulic ma nazwy angielskie choć jest wiele o brzmieniu chińskim i malajskim oraz muzułmańskim. Powiedziałbym, że nazwy ulic są tu tak samo zróżnicowane kulturowo jak kosmopolityczna populacja Singapuru. Na ową populację składa się 80% Chińczyków, 19% Hindusów a reszta to Europejczycy oraz uciekinierzy z Indonezji i Bangladeszu. Dlatego właśnie w Singapurze można koło siebie zobaczyć mosk, kościół czy świątynię buddyjską a w różnych częściach miasta doznaję wrażenia jakbym był w innym kraju. Spacerując dalej po prostu podziwiałem otoczenie i tak dotarłem do niedrogiej restauracji gdzie zjadłem swoje pierwsze singapurskie śniadanie. Tak jak wszędzie tutaj, nawet tanie rzeczy oznaczają czystość i jakość. Podczas mojego dalszego spaceru zobaczyłem parę ważnych obiektów. Pierwszym z nich była katedra świętego Andrzeja ukończona w późnych latach 30-tych XIX w i założona przez samego sir Stamforda Raffles`a. Katedra ta służyła jako kościół anglikański i była jedną z niewielu tego rodzaju gotyckich budowli znajdujących się w tym regionie. Niestety została ona trafiona przez piorun kilka razy i dlatego musiała zostać rozebrana a potem odbudowana w 1860 roku. Za katedrą nie do przeoczenia był hotel szwajcarski, który jest najwyższym w Singapurze.

Następnym z budynków był urząd w dzielnicy Padang, w którym Singapur ogłosił swoją niepodległość w 1965 roku. Budowla ta składa się z dwóch części-starej i nowej. Pierwsza zbudowana jest w bardziej tradycyjnym stylu a nowa z wielkim talerzem na dachu, który wygląda jak ufo. Po chwili wsiadłem do metra, które jest prawdziwą dumą tego kraju. Nazywa się ono MRT i jest to skrót od Mass Rapid Transit. MRT jest klimatyzowane, punktualne, bardzo nowoczesne i bardzo czyste. Narazie są trzy główne linie, które docierają we wszystkie najważniejsze części głównej wyspy lecz myślę, że wkrótce powstanie więcej. Wewnątrz był tłok ludzi w garniturach, pachnących nawet w tym gorącym klimacie a na ścianach kolejki były ostrzeżenia czego nie wolno robić. Tutaj warto wspomnieć o tym, że Singapur jest krajem-miastem prawa. Handel narkotykami grozi śmiercią i to także widniało na formularzu przed wjazdem do Singapuru. Na mieście wszędzie są znaki ostrzegające przed nieprzechodzeniem w niedozwolonych miejscach lecz istnieje tutaj wiele innych zakazów co sprawiło, że miejsce to stało się przedmiotem żartu i znane jest jako miasto grzywn. Nie można tu na przykład importować gumy do żucia. Nieprzestrzeganie czystości czyli na przykład rzucanie śmieci na ulicę lub niedopałków papierosów, palenie w klimatyzowanych pomieszczeniach, jedzenie i picie w metrze i autobusach-wszystkie te rzeczy w Singapurze grożą wysoką grzywną. Właśnie tego rodzaju ostrzeżenia czytałem jadąc metrem. Osobiście uważam, że jest to bardzo dobry pomysł i wszędzie tak powinno być. Wysiadłem na stacji Little India, będącej kolejnym obiektem mojego zainteresowania gdyż stanowi ona centrum indyjskiej populacji w Singapurze i przez to daje szansę na poznanie innej kultury i kuchni-jedynie parę przystanków metrem od ostatniego miejsca. Miałem szczęście gdyż akurat było wielkie indyjskie święto Diwali i dlatego cała ulica była ozdabiana kolorowymi wieńcami z kwiatów a Hindusi przygotowywali główną ulicę-Serangoon Road, do zabawy i zaczynali rozkładać swoje stragany. Rzeczywiście cała ulica wyglądała zupełnie inaczej niż część Singapuru, którą zobaczyłem dotychczas. Było wiele restauracji w tradycyjnym indyjskim jedzeniem gdzie czapati, naan i herbata czaj smakowały wybornie. Także znaki na ulicy oraz nazwy sklepów były w językach hindi, bengalskim i tamil a chiński i malajski były rzadkością.

Choć cały obszar nazywa się Little India, ludzie, których spotkałem nie zawsze byli z Indii. Wielu było z innych krajów subkontynentu, takich jak Bangladesz czy Pakistan, którzy także utożsamiali się z tym szczególnym miejscem. Wieczorem robiło się ciekawiej gdyż choć zapadła noc, na Serangoon Road w Little India można było poczuć prawdziwy kulturowy nastrój małych Indii. Stragany były przepełnione rzeczami raczej mniej potrzebnymi ale wszystkie były kolorowe, było ich dużo a sprzedawcy zachęcali do kupna w swym ojczystym języku. Do tego grała indyjska muzyka a w knajpkach można było usiąść przy filiżance czaj. Gdyby zakupów nie było komuś dość, niedaleko było Mustafa Centre gdzie można było kupić prawie wszystko za niewiarygodnie niskie ceny. Jest też tutaj jeden mosk i kilka świątyń hindu co daje głębsze spojrzenie na kulturę Indii. Ja jednak nie wchodziłem do żadnej z nich gdyż akurat wtedy byłem pod większym wrażeniem tego co działo się na ulicy podczas Diwhali. Następnego dnia spędziłem trochę czasu w dzielnicy, w której mieszkałem-Kampong Glam, a potem poszedłem w kierunku China Town. Zanim tam jednak dotarłem, doszedłem do rzeki i stanąłem na moście na North Bridge Road. Po lewej stronie widziałem Boat Quay a po prawej Clarke Quay. Rzeka Singapur była zawsze bardzo ważna i była zawsze centrum życia towarzyskiego i handlowego-nawet na długo zanim dotarł tu Raffles. Atrakcyjne pod tym kątem są właśnie Boat Quay and Clarke Quay gdzie znajduje sie wiele restauracji, barów i kafejek a po zmroku wszystkie są oświetlane. Do tego nie brakuje ulicznych sprzedawców, którzy mają swoje stragany nad rzeką na a ciepły klimat i rzeka sprawiają, że chce się tu po prostu być, pić zimne napoje i cieszyć się otoczeniem. Obydwa miejsca znajdują się po przeciwnych stronach rzeki dlatego dostać można się tutaj łodzią lub wodną taksówką. Niegdyś miejsca te były sławne ze względu na handel opium jednak dziś przy obecnym rygorystycznym prawie, jest to miejsce do relaksu. Clarke Quay składa się z niskiej zabudowy z czerwonymi dachami a tuż za tym wyrasta wielkie centrum finansowe z jego drapaczami chmur. Obok znajduje się też Marina Bay czyli prawdziwa potęga Singapuru. Jest to imponujące centrum finansowe gdzie znajdują się największe banki świata. Myślę, że jak narazie porównałbym to wspaniałe miasto do Hong Kongu, które także jest fenomenem ekonomicznym Azji Płd-Wsch. Będąc w Singapurze na uwagę zasługuje Merlion czyli symbol miasta, który widziałem już kilka razy. Singapur nazywany jest lwim miastem dlatego, że Merlion jest pół lwem i pół rybą. Lew reprezentuje korzenie Singapuru jako “lwiego miasta” a ryba oznacza bliskie powiązania z wodą. Po powrocie nad rzekę poszedłem główną ulicą w stronę China Town. Jest tu ulica pełna sklepów różnego rodzaju i małych restauracji z różnych części świata. Od razu kupiłem sobie koszulkę z napisem “Singapur-miasto kar”, na której znajdowały się wszystkie zakazane rzeczy. Oprócz takich wykroczeń jak śmiecenie czy import gumy do żucia znajdowały się też ostrzeżenia, że nie można tu też pluć i sikać do windy. Bardziej jednak niż same sklepy, ładnie wkomponowane w starą, niska zabudowę, spodobała mi się świątynia hinduistyczna Sri Mariamman.

Jest to najstarsza świątynia tego rodzaju w Singapurze, która jest centrum indyjskiej kultury i tradycji. Pochodzi ona z połowy XIX w i poświęcona jest bogini Sri Mariamman, która jest znana z leczenia chorób. Jako ciekawostkę dodam, że świątynia o tej samej nazwie znajduje się w wielu częściach Azji gdyż społeczność indyjska jest rozsiana po świecie. Kształt tego pięknego obiektu jest charakterystyczny dla południowych Indii czyli jest to piętrząca się świątynia, z wieloma kolorowymi rzeźbami świętych i z posągami świętych krów. Wyglądała ona zdumiewająco i bardzo wyróżnia się na tle ulicy. Uważam, że każdy kto odwiedza Singapur a nie był jeszcze w południowych Indiach powinien koniecznie zobaczyć tą świątynię gdyż daje ona szerszy światopogląd na architekturę religijną na subkontynencie indyjskim. Po jakimś czasie dotarłem do China Town gdzie jak sama nazwa wskazuje, jest to centrum kultury chińskiej. Zmierzając tutaj zawsze towarzyszyła mi piękna przyroda, palmy, stragany pełne towaru oraz piękna pogoda. China Town jest podzielone na parę części lecz ja dotarłem prosto do stacji MRT o tej samej nazwie i myślę, że stąd miałem najdogodniejszy punkt na zobaczenie tej części miasta. Po spędzeniu tutaj paru godzin łatwo jest się zorientować, że największą atrakcją Chinatown jest samo małe miasteczko z jego wieloma sklepami różnego rodzaju. Można tu kupić wszystko od plastikowych figurek Buddy poprzez chińskie ozdoby, kończąc na suszonych rybach i konikach morskich. Usiadłem w jednej z kilku knajp aby napić się jaśminowej herbaty i spróbować gotowanego ryżu z czymś czego nazwy nie znałem. Stąd miałem dobry punkt do obserwacji żujących ryż i biegających w pośpiechu Chińczyków. Muszę niestety powiedzieć, że jak na Singapur wcale nie było tak czysto choć mi to nie przeszkadzało. Oprócz wcześniej opisanej świątyni Sri Mariamman jest tutaj parę innych świątyń do zobaczenia i mosk lecz mnie najbardziej interesowało ogólne wrażenie i klimat tego miejsca i to właśnie polecam podróżującym tutaj. Po zapadnięciu zmroku pomiędzy Pagoda Street a Smith Street zaczyna się prawdziwy, wielki bazar. Wtedy robi się jasno i kolorowo i jest to najlepszy czas na spróbowanie chińskiej herbaty parzonej w tradycyjny sposób oraz spróbowanie kaczki po kantońsku. Można w ten sposób długo spacerować i obserwować zalaną chińskim towarem ulicę.

Wyspa Sentosa

Mojego ostatniego dnia pojechałem na wyspę Sentosa należącą do Singapuru i leżącą na południu od głównej wyspy. Sentosa jest parkiem rozrywki dla mieszkańców kraju i turystów. Można tu między innymi pozjeżdżać na saniach kołowych, 600 metrów, krętą droga w dół i zobaczyć wspaniałe akwarium i delfinarium. Na Sentosę można dostać się kolejką linową lecz ja po dotarciu do portu pojechałem autobusem po nasypie łączącym dwie wyspy. Szkoda, że nie wybrałem kolejki gdyż miałbym lepsze widoki ale jazda po nasypie też była miła, tym bardziej, że miałem morze po obu stronach. To był dzień, który spędziłem na plaży na pływaniu i na ćwiczeniach. Plaża, palmy, piękna pogoda i cała perfekcyjna oprawa tego egzotycznego miejsca sprawiła, że nie chciałem się stamtąd ruszać nawet do delfinarium. Z ważniejszych rzeczy zobaczyłem tylko wielkiego-37 metrowego Merliona i był to dość imponujący widok pół lwa i pół ryby. Następnego dnia wstałem o 5.30 rano i wziąłem pierwsze MRT do portu. W ten sposób, tym razem skończył się mój pobyt w tym magicznym miejscu. Odprawa przebiegła szybko i jak zwykle bez problemu a opuszczając Singapur pasażerską motorówką jeszcze raz zobaczyłem wielkiego Merliona. Tym razem zmierzałem na Sumatrę.

Podsumowanie

Singapur był piękny i po kilku dniach spędzonych tutaj mogę tylko powiedzieć, że kilka dni na pewno nie wystarczy. Miasto to zachwyciło mnie swoją nowoczesnością, czystością oraz ogromnym dziedzictwem historycznym i urokami naturalnymi. Ze względu na swoją historię Singapur jest także najlepszym miejscem w tej części Azji aby skosztować kuchni wielu części świata i zaznajomić się z kulturą mieszkających tu grup etnicznych. Dla mnie Singapur był przede wszystkim kolejnym, bardzo pouczającym doświadczeniem gdzie na tak małym obszarze jest bardzo dużo do zobaczenia z tak wielu różnych stron świata. Dodatkowo, poza nauką historii i poznawania kultur mniejszości narodowych można się tu wspaniale bawić, uprawiać sporty i spędzać czas na pięknej plaży. Na mnie osobiście, kraj/miasto to zrobiło ogromne wrażenie.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan