Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Facebook Twitter YouTube Twitter
Facebook Twitter YouTube Twitter
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Kanał YouTube

Polecam mój pełen przygód kanał YouTube

Przekaż darowiznę

Jeśli lubisz stronę Kompas i chciałbyś wesprzeć ten projekt, przekaż darowiznę naciskając na poniższy guzik.

 

Polityka Prawdy

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

TECHNOLOGICZNE WIĘZIENIE ZE SZKLANYMI ŚCIANAMI

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... oraz Google i Facebook. Zakładając konto na Facebooku sam zakładasz sobie kartotekę na policji!

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupich selfie i polubieniach na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

"Ludzie pokochają otaczającą ich przemoc, zaczną wielbić technologie, które pozbawią ich wolności myślenia.”

— Aldous Huxley

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz większą prywatność od ciągle podążających za Tobą uczu Wielkiego Brata. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet. Przestań marnować życie na naciskaniu guzików na smartfonie, których nawet do końca nie rozumiesz, i które zawładnęły już twoją wolnością. Zamiast tego porozmawiaj z żywym człowiekiem, mniej kontakt z przyrodą, a telefon może być tak prymitywny jak to tylko możliwe. Uważam nawet, że nieużywanie smartfona jest dziś aktem rebelii przeciwko Wielkiemu Bratu, który chce nas coraz bardziej kontrolować poprzez atrakcyjne wizualnie lecz dla większości niezrozumiałe; coraz bardziej zaawansowane aplikacje.


Uzależnienie od telefonu to wg mnie groźna choroba cywilizacyjna

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na inwiligacji totalnej - poprzez kreowanie przyjemnego i zaawansowanego technicznie obozu koncentracyjnego ze szklanymi ścianami!

"Nie wierz w nic co słyszysz, i tylko w połowę tego co widzisz."

- Edgar Allan Poe

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Tajlandia Południowa 2011

Napisał: Marcin Malik

Tajlandia Południowa 2011 – relacja z podróży

(Opis moich wrażeń z plażowego raju na egzotycznych wyspach Tajlandii)

Spis Treści:

Zatoka Tajska – Koh Samui, Koh Phangan, Koh Ma, Koh Tao, Koh Nang Yuan

Morze Andamańskie – Krabi (Aonang Beach), Chicken island, Tup islands, Si islands, Poda islands, Railay (Phra Nang Cave), Hong island, Koh Lanta, Koh Phi Phi (Monkey Beach, Viking Cave, Pe Lay Bay, Loh Samah Bay, Maya Bay, Hin-Klang,Bamboo island, Runtee Bay, Loh Moo Dee Beach, Shark Beach), Phuket.

Oprócz dokładnego opisu wymienionych miejsc, reportaże te zawierają także wiele porad praktycznych, osobistych odczuć, ciekawostek i opisów z drogi.

W 2004 roku także byłem w Tajlandii i opisałem miasto Hat Yai leżące na południu, blisko granicy z Malezją.

Transport z Bangkoku na południe

Po wielu dniach bardzo miło spędzonych w Bangkoku udaliśmy się autobusem na południe Tajlandii. Jechaliśmy bardzo dobrym, dwupiętrowym autobusem, który podstawili niedaleko Kaosan Road. Za jedną osobę zapłaciłem tylko 400 bhat co było bardzo tanie a za dziecko w ogóle nie musiałem płacić. Nasza jazda trwała od 6 wieczorem a na Koh Samui dotarliśmy o 11.30 rano z przesiadką w Suratthani (port Don Sah).

Jako dodatkową informację dodam, że podróżnicy udający się najpierw lub tylko na wyspę Koh Tao, powinni poważnie rozważyć wzięcie promu z portu w Chumpon.

Tajlandia Południowa – opis regionu

Tajlandia południowa to znany na całym świecie plażowy raj, który opuszcza się z wielkim żalem. Znajdują się tu perfekcyjne, plażowe widoki, piękne zachody słońca, palmy kokosowe pochylone w stronę morza, nurkowanie w ciepłym, egzotycznym morzu oraz ciepły, przyjemny klimat. Półwysep Malajski na poziomie Tajlandii dzieli ten region na Zatokę Tajską i Morze Andamańskie gdzie znajdują się archipelagi egzotycznych wysp otoczonych turkusowymi lagunami. Mając na myśli powiedzenie „raj na ziemi” można z łatwością dopasować te słowa do tego właśnie regionu.

Zatoka Tajska

W Zatoce Tajskiej byłem na pięciu wyspach: Koh Samui, Koh Phangan, Koh Ma, Koh Tao i Koh Nang Yuan. Wyspy Zatoki Tajskiej to najpopularniejszy i najczęściej odwiedzany rejon pięknych wysp gdzie wciąż można zasmakować raju za niewygórowaną cenę. W kilku słowach najlepiej możnaby tę część świata ująć jako: plaże, palmy, ciepłe morze, nurkowanie, rafy koralowe, pyszne jedzenie i malownicze zachody słońca.

Koh Samui

Koh Samui jest największą wyspą po stronie Zatoki Tajskiej, z największą ilością dróg oraz zaplecza hotelowego. To właśnie na Koh Samui jako pierwszej wyspie zaczęto ruch turystyczny i zaczęto rozwijać ją pod tym kątem w najszybszym tempie. Koh Samui jest często niedowartościowywana i dlatego turyści od razu płyną Koh Phangan, co jest błędem. Koh Samui ma wiele pięknych i gorszych plaż a także  dżunglę, wodospady, wspaniałą przyrodę, tajską kulturę i jazdę na słoniach. Miejscowi Tajowie oferują domowe potrawy grillowane przy drodze co też jest wielkim atutem tej wyspy. Oprócz tego jest tu kilka ładnych świątyń ale po wielu dniach w Bangkoku chciałem od nich odpocząć. Samui jest też jedyną wyspą z własnym lotniskiem choć ja ten sposób dostania się tu uważam za najgorszy gdyż tracimy przygodę i piękne widoki po drodze.

Z portu Na Thon odebrała nas duża taksówka, która zabrała nas na plażę Lamai do bungalowów New Hut zbudowanych na plaży. Do moża mieliśmy zaledwie kilka kroków, do tego palmy po drodze, prysznice i restauracje ze wspaniałym widokiem na turkusowe morze. Byliśmy w raju choć za cenę 250 bhat za nas troje domek był ciasny. Pierwszego dnia pływaliśmy w ciepłym morzu, poszliśmy do małego portu zbudowanego w całości z bambusów i robiliśmy dużo zdjęć. Niestety na plaży Lamai trzeba być uważnym przy wchodzeniu do wody gdyż jest bardzo dużo ostrych korali i muszelek. Cały dzień upłynął nam na rajskich przyjemościach gdyż i tak nie było nic innego do robienia. Chodziliśmy też po głównej drodze przysiadając od czasu do czasu na przekąski składające się z papai, mango, arbuzów, rambutanów i wielu innych egzotycznych owoców. Wieczorem wybraliśmy się w okolice plaży Chaweng i choć sama wizyta tutaj jest bardzo przyjemna, to mimo wszystko szybko zrozumiałem dlaczego nie chiałem tu mieszkać. Na Chaweng impreza trwa 24h na dobę czyli jest bardzo głośno a do tego bardzo drogo. Nawet najgorsza nora z bambusa zwana pokojem kosztuje 500 bhat. Było tu kilka sklepów ze sztuką, dobre jedzenie sprzedawane na ulicy, dziewczyny tańczące przy rurze na sprzedaż i po raz kolejny dobre jedzenie. Gdy szedłem tędy sam dziewczyny z salonów masażu gwizdały na mnie i zapraszały do środka i choć sam masaż jak najbardziej wchodził w grę to nie trudno tu także o „szczęśliwe zakończenie”. Następnie z porcją owoców udaliśmy się w kierunku naszej chatki na plaży. Moje kobietki poszły spać a ja wyszedłem jeszcze na spacer aby podziwiać księżyc. Jednak niezbyt długo mi się to udawało, dlatego że miejscowe dziwki wciągnęły mnie na siłę do baru z wielkim krzykiem. Jedna tańczyła przy rurze, inne wypinały się na fotelach a jeszcze jedna zarzuciła mi piersi na plecy i spytała czego sobie rzyczę. No właśnie czego? Oto jest pytanie!!! Wolałem o tym nie myśleć…Pomyślałem więc, że skoro i tak już zostałem zaproszony w tak ciepły sposób, to zamówię soczek i rozegram z nimi kilka partyjek bilarda, a potem wrócę do swojej chatki na plaży. Tak też się stało. Dziewczyny szybko zrozumiały, że nici z interesu dlatego pograliśmy razem w bilarda i romawialiśmy o tym jak ładnie tańczą.

 

Następnego dnia, po śniadanku na tarasie, z widokiem na palmy i piękne morze, pojechaliśmy do wodospadu  Na Muang na cały dzień. Dzielona taksówka kosztowła 50 bhat od osoby. Następnie z głównej drogi musieliśmy iść pod górę około 40 minut, poprzez pola bananowe i inną egzotyczną roslinność. Gdy dostaliśmy się na główny plac, zobaczyłem że wodospad to tylko jedna z wielu atrakcji. Oprócz tego można było pojeździć na słoniach oraz zobaczyć pokaz tygrysów i węży. Każda z tych atrakcji na Koh Samui była jednak bardzo droga dlatego przełożyłem je na Kanchanaburi. Potem szliśmy kolejne pół godziny pod górę, także przez piękną, egzotyczną roslinność aż dostaliśmy się do dżunglii, w której był wodospad. Woda spływała z około 15 metrów do naturalnych basenów, w których wypoczywali ludzie. W gorącym, tajskim klimacie przyniosło mi to ulgę gdyż woda była zimna. W basenie wodospadu Na Muang spędziłem bardzo przyjemne chwile i mógłbym tak cały dzień ale musiałem zacząć schodzić po woli na dół po więcej przyjemności. Schodząc otoczony przez palmy kokosowe i bananowce dotarłem do kolejnego, tym razem dużego basenu z cieplejszą wodą gdzie kąpaliśmy się w cieniu palm oraz orchidei osadzonych na ich konarach w łupinach kokosowych. Następnie gdy dotarliśmy do głównej drogi usiedliśmy na jej skraju pod palmami i skusiliśmy się tu na grillowaną rybkę z lepkim ryżem oraz oczywiście z chilli. Zauważyłem też za każdym razem gdy jemy, zawsze dookoła zbiera się gromada psów czekająca na resztki. Po nakarmieniu ich złapaliśmy taksówkę i wróciliśmy na swoją piękną plażę. Był to kolejny gorący, przyjemny, plażowy dzień jak zawsze na Koh Samui. Kolejne dni na wyspie mijały nam jak w niebie. Spędzaliśmy czas na plażowaniu, jedzeniu egzotycznych owoców i huśtaniu się na huśtawkach zamocowanych na palmach pochylonych w stronę morza. Jedyną rzeczą, którą warto wyszczególnić jest nasz spacer do dwóch bardzo specyficznych skał: skałę dziadka i babci, gdyż są to skały naturalnie uformowane w kształty nażądów płciowych. Jest to znane i popularne miejsce budzące za każdym razem śmiech choć z drugiej strony także kolejny, rajski zakątek Koh Samui. Całość jest otoczona przez owalne skały oraz zapraszające wręcz do środka baseny z turkusową wodą.

Koh Samui było wspaniałe i można tu spędzić całe tygodnie.

Transport do Koh Phangan

Popłynęliśmy promem Lomprayah z portu Mae Nam za 300 bhat od osoby a 4 letnie dziecko za darmo. Spędziliśmy też trochę czasu na plaży przy porcie i po raz kolejny było cudownie. Tego dnia bardzo grzało słońce dlatego woda miała wyrazisty turkusowy kolor a do tego biały pasek i palmy dodawały jeszcze więcej uroku temu pięknemu miejscu. Nasza podróż zabrała jedynie 20 minut.

Przy okazji wspomnę jeszcze raz o cenach, które opisałem szerzej w informacjach praktycznych. Za bilet autobusowy z Bangkoku na Koh Samui łącznie z promami zapłaciłem tylko 400 bhat a przejechałem pół Talandii, natomiast za 20 minut promem na wyspach aż 300 bhat. Za raj południowej Tajlandii trzeba niestety płacić o wiele więcej.

Koh Phangan

Koh Phangan jest miejszą wyspą od Koh Samui i drugą w kolejności co do podróży promem lecz mimo to jest ona moim zdaniem najbardziej popularna. Pomimo to nadal znajduje się tu wiele tanich domków nad brzegiem morza i bardzo spokojny lub imprezowy tryb życia zależnie od nastroju, dopasowany do każdej kieszeni. Koh Phangan to także wspaniałe plaże, serpentyny górskie i bajeczne widoki na rajskie laguny. Wyspa ta swą popularność zawdzięcza także popularnemu „the Full Moon Party”. Myślę, że przed przypłynięciem na Koh Samui warto sobie odpowiedzieć na jedno pytanie: czy chcemy pojechać w cichą i spokojną część wyspy czy tam gdzie impreza nigdy się nie kończy. Dodam, że cisza i spokój oznacza znacznie tańsze ceny a słynna okolica „ the Full Moon Party” to niekończąca się, bardzo głośna pułapka finansowa.

Dopłynęliśmy do portu Thong Sala i chcieliśmy pojechać w spokojne miejsce. Gdy tylko odebraliśmy bagaże i rozejrzeliśmy się dookoła byliśmy zachwyceni turkusowym kolorem morza a gorący klimat i przyjemny wiatr powodował, że nie ruszaliśmy się z miejsca, bezmyślnie gapiąc się na horyzont. Po niedługim czasie podbiegła do nas Tajka, która chciała nam wcisnąć bungalow nad samym brzegiem morza. Wytargowałem wyjątkowo tanią ofertę gdyż oficjalna najtańsza cena to 300 bhat a za naszą trójkę zapłaciłem jedynie 150 bhat za noc. Dla porównania Angielki, które jechały w głośniejszą część wyspy zapłaciły 600 bhat za noc. Taksówką z portu za 100 bhat od osoby dojechaliśmy na plażę Ao Srithanu gdzie mieszkaliśmy w domku 10 sekund od turkusowego brzegu. Pierwszego dnia spędziliśmy czas na plaży, w cieniu palm kokosowych oraz w ogrodzie, składającym się z pięknych, egzotycznych roślin. Nieopodal było też małe centrum gdzie można było zjeść smażony ryż z owocami morza, knajpa z billardem i jak to bywa w Tajlandii, także klub z dziewczynami tańczącymi przy rurach, który był pewnie wylęgarnią chorób wenerycznych. Tak czy inaczej byliśmy w gorącym, tropikalnym klimacie nad brzegiem morza i było cudownie. Następnego dnia wybraliśmy się na spacer pod górę w kierunku płn-zach. Najpierw zobaczyliśmy jezioro Laem Son a potem poszliśmy do plaży gdzie więcej się działo czyli do Ao Haad Yao (West) i w drodze powrotnej do mniejszej plaży Ao Haad Son. Nasz spacer był ciężki gdyż często musiałem pchać wózek z dzieckiem pod górę i z góry a gorący klimat powodował, że byłem od razu cały mokry. Był ukrop ale widoki morza, palm i malowniczych, turkusowych lagun były nadzwyczaj piękne. Obydwie te plaże zaczynały się i kończyły skałami. Do tego były oczywiście palmy, fale, przyjemny wiatr i woda ciepła jak zupa. Wieczorem natomiast rozegraliśmy mecz billarda z miejscowymi dziwkami, które przyznam, że grały nieźle a moja kobieta nie była zazdrosna. Graliśmy w barze bez ścian, jedynie pod bambusowym dachem przykrytym liśćmi bananowymi. Był to kolejny przyjemny dzień choć nie mogliśmy zasnąć gdyż gekony toke, które oblegały nasze ściany szczekały do późna. Następnego dnia wypożyczyłem motorower i zabrałem swoje dziewczyny na plażę Haad Mae Haad. Jak zwykle było pięknie a plenery piękne jak opisywałem powyżej. Plaża ta jest też dobrym miejscem na nurkowanie i pływanie z rurką gdyż nieopodal znajduje się rafa koralowa i piekne rybki. Spędziliśmy tu cały dzień gdyż było tak dobrze lecz pod koniec dnia przypomniała o sobie pora deszczowa. Deszcz był tak ostry, że aż łamał liście palmowe a po chwili znowu wyszło słońce. Zjedliśmy tu też dobry obiad oraz huśtaliśmy się na huśtawce zawieszonej na palmie patrząc na zachód słońca. Potem wyjechałem swym motorowerem spośród drzew bananowych i wręcz poszybowaliśmy na nasz koniec wyspy.

Ostatniego dnia mieliśmy napięty plan gdyż chciałem sporo zobaczyć ale z drugiej strony mieliśmy motorower więc mieliśmy też czas. Najpierw pojechaliśmy na plażę Haad Salad, która była jedną z najpiękniejszych jakie tu widziałem. Niestety zamieszkanie po tej części Koh Phangan jest bardzo kosztowne gdyż tu nie widziałem bambusowych baraków a jedynie luksusowe domki z klimatyzacją i basenami pomiędzy nimi. Oczywiście wszędzie gdzie byliśmy rosło mnóstwo egzotycznej  roślinności o wielu kolorach. Zauważyłem też, że w Tajlandii bardzo popularne jest wkładanie korzeni orchidei do kokosów i przymocowywanie ich do palm. Na plaży Haad Salad dużo chodziliśmy po wystających mieliznach wystających spod spokojnej, turkusowej wody, kąpaliśmy się i generalnie rzecz biorąc byliśmy w raju. Następnie w drodze z Haad Salad do Haad Rin stanęliśmy na posiłek koło drogi przy świątyni i sklepie z roślinami. Na plaży dla bogatych gdzie byliśmy przed chwilą było bardzo drogo a tutaj za smażony ryż z warzywami i kurczakiem oraz parę świeżo wyciskanych napojów owocowych zapłaciłem parę bhat. Nawiasem mówiąc był to kolejny pyszny posiłek w tropikach pod banananowcami, dla autora tej strony. Potem przejeżdżaliśmy przez miasteczko Thong Sala gdzie znajduje się się port dlatego korzystając z okazji kupiłem bilety na prom na następny dzień. Tu także spędziliśmy trochę czasu, lecz tym razem na obserwacji gekonów a potem ruszyliśmy w drogę. Nasza trasa wiodła przez góry, dżungle i dramatyczne zakręty. Jazda nie była łatwa i było kilka karkołomnych momentów, zwłaszcza że droga była karkołomna a ja nie miałem prawa jazdy i nielegalnym kierowcą motoru byłem dopiero od wczoraj. W końcu dojechaliśmy cało na słynną plażę Haad Rin gdzie odbywa się sławne w świecie „the Full Moon Party”. Tutaj także było pięknie i woda miała przyjemny kolor lecz było o wiele więcej ludzi, było brudniej i niestety też było bardzo drogo. Popływaliśmy trochę, zrobiłem sobie kilka zdjęć przed skałą Full Moon Party i musieliśmy już jechać gdyż nadciągał zmrok. Jazda po ciemku po Koh Phangan była ciężka gdyż droga nie była w ogóle oświetlona a musiałem pokonać góry i ostre zakręty, nie mając nawet prawa jazdy. Zauważyłem też, że mój pojazd miał beznadziejne hamulce, przez co każdy zjazd ze skały był śmiertelnym zagrożeniem. Gdy dotarliśmy do Thong Sala zatrzymaliśmy się na drodze na grillowane kurczaki i lepki ryż z chilli a potem wrócliśmy do siebie-na Ao Srithanu. Także i ten dzień zakończyliśmy billardem w miejscowym barze gdzie pracowały panie na sprzedaż. Tak czy inaczej było miło choć nie było mi do śmiechu gdy dziwki ograły mnie w billarda.

Następnego dnia rano oddałem motor, złapałem taxi z drogi i całą naszą trójką dotarliśmy do Thong Sala za jedyne 150 bhat. Tego dnia był wyjątkowy upał lecz czekając na mocno opóźniony prom podziwialiśmy błękit morza, palmy i resztę rajskiego krajobrazu. Widoku tego nigdy nie zapomnę.

Koh Ma

Koh Ma jest małą wyspą połączoną nasypem z Koh Phangan, na plaży Haad Mae Haad. Podczas przypływu nasyp jest zawsze zalewany lecz dostanie się do Koh Ma jest bardzo łatwe. Na Koh Ma znajduje się zaledwie kilka bungalowów a wyspa ta jest nie bez powodu nazywana „rajem”. Koh Ma jest otoczone rafą kolarową i dlatego jej wybrzeże stanowi bardzo dobre miejsce do nurkowania i pływania z rurką. Wyspa sama w sobie jest pełna gęstej roślinności, palm, bananowców i papai. Byłem w tym raju i nie chciałem go opuścić. Na Koh Phangan wróciłem wpław gdyż nasyp już zalało.

Transport promem z Koh Phangan na Koh Tao

Rejs po turkusowych wodach Zatoki Tajskiej z jednej wyspy na drugą zajął tylko 1,5h a przyjemność ta kosztowała mnie 300 bhat.

Koh Tao (Wyspa Żółwia)                                                                                             

(Kurs nurkowania, piękne plaże, spotkanie z rekinem w jego naturalnym środowisku)

Mała wyspa Koh Tao „leży” na rafie kolarowej a woda jest tu najbardziej przeźroczysta spośród wszystkich trzech głównych wysp Zatoki Tajskiej . Koh Tao pomimo swego małego rozmiaru jest bardzo dobrze znane jako miejsce gdzie można zrobić kurs płetwonurka za najniższą cenę na świecie. Oczywiście są tu też piękne plaże i dobre jedzenie, lecz na Koh Tao przyjeżdża się głównie po to aby nurkować i zrobić kurs.

Po dopłynięciu do portu od razu zrozumiałem dlaczego Koh Tao jest wyjątkowe. Dno sięgało conajmniej 8 metrów lecz turkusowa woda była tak przeźroczysta, że było je widać bez problemu. Zamieszkaliśmy bardzo blisko portu oraz głównej plaży o nazwie Hat Sai Ri, gdzie znajdowało się większość restauracji oraz firm organizujących kursy nurkowania. Na Koh Tao mieliśmy szczęście gdyż mimo, że jest to najdroższa z trzech głownych wysp, nam udało się zamieszkać w nowym, wręcz luskusowym bunagalowie za 300 bhat za noc. Jedliśmy zazwyczaj nie w restauracjach gdyż było zbyt drogo ale w wiejskiej knajpie pod liśćmi palmowymi koło głównej drogi. Na Koh Tao mieliśmy spędzić tylko parę dni ale dlatego, że robiliśmy kurs płetwonurków na otwartej wodzie spędziliśmy tu aż tydzień. Pomiędzy nurkowaniem kapaliśmy się w morzu i byliśmy na kilku ładnych plażach. Wybieraliśmy też egzotyczne, nieznane u nas owoce na miejscowych straganach.

Samo nurkowanie było fanstastyczną przygodą, dzięki której mogłem odkryć zupełnie inny, kolorowy i bardzo ciekawy podwodny świat. Wcześniej nurkowałem już w Egipcie lecz dopiero na Koh Tao zabrałem się za to w profesjonalny sposób. Najpierw mieliśmy ćwiczenia w basenie, które polegały między innymi na tym jak zdejmować maskę pod wodą oraz jak radzić sobie z całym sprzętem. Potem przez kilka kolejnych dni wypływaliśmy dwupoziomową łodzią na morze, wyposażoną w butle i cały sprzęt. To była najprzyjemniejsza część kursu gdyż statek unosił nas na morzu a fale oblewały nas co chwilę. Na pokładzie były półmiski z owocami oraz herbata do oporu. W międzyczasie skakałem też na głowę ze szczytu łodzi wprost w wielkie fale. Gdy przyszedł czas na zejście na dół, założyliśmy cały sprzęt i po kolei skakaliśmy do wody. Nurkowaliśmy w kilku miejscach po to aby mieć lepsze rozeznanie w podwodnym świecie. Najpierw pływaliśmy tylko dookoła raf podziwając podmorską florę i faunę a innym razem przepływaliśmy przez podwodne jaskinie. Oprócz pięknych koralowców najbardziej w pamięci pozostała mi ławica drapieżnych barrakud oraz ryba, która nadymała się jak balon i miała na skórze jadowite kolce. W teorii mieliśmy schodzić najgłębiej do 18 metrów lecz parę razy byłem na 25 metrach. Przy wynurzaniu się zawsze zatrzymywaliśmy się na kilka minut na 5 metrach co jest niezbędne przy prawidłowej dekompresji. Nasz czas pod wodą i na łodzi był wyjątkowo przyjemny i zaliczam go do najprzyjemniejszych podczas tej wyprawy. Dotarło też do mnie, że nasza planeta nie powinna się nazywać Ziemia ale Oceania. Na sam koniec mieliśmy też egzamin a po zaliczeniu zaprosiłem nas na pyszną rybkę do restauracji pod palmami nad morzem.

Naszego przedostatniego dnia chciałem pojechać dalej niż tylko okolice portu oraz plażę Hat Sai Ri. Wypożyczyłem więc motorower i pojechaliśmy poprzez egzotyczne ulice Koh Tao na popularną tutaj Freedom Beach. Tę plażę polecam szczególnie małym dzieciom gdyż przez około 200 metrów jest bardzo płytko i niestety zajęło mi trochę czasu aby dostać się na głębszą wodę z rurką, maską i płetwami. Freedom Beach to kolejna wspaniała, leniwa plaża z leżakami pod palmami. Było pięknie. Potem czekało nas nie lada wyzwanie gdyż jechaliśmy na popularną Shark Bay. Niestety dostanie się do Zatoki Rekinów było bardzo trudne gdyż droga była fatalna. Musieliśmy jechać po piachu i kamieniach na stromą górę a potem musieliśmy z niej zjechać aby dotrzeć na plażę. Sam plaża była oczywiście wspaniała jak zwykle lecz nie to było dla mnie najważniejsze. Przyjechałem tu po to aby popływać z rekinami w ich naturalnym środowisku. Miałem tylko płetwy i maskę i pływałem z jednego końca plaży na drugą na głębokości około 4-8m, przysiadając czasem na wystającyh skałach. Przez około godzinę bezustannego unoszenia się na wodzie i pływania przy dnie na około 5-6 metrach widziałem tylko kolorowe rybki oraz długie szare z długimi nosami. Gdy już straciłem nadzieję, w końcu przepłynął pode mną rekin. W chwili tej „miałem serce w gardle” lecz spełniłem swój cel. Był to około 1,5 metrowy żarłacz rafowy czarnopłetwy (Carcharhinus melanopterus). Wcześniej zdarzały się już ataki na ludzi przez tego rekina lecz zdecydowanie nie jest to najniebezpieczniejszy ze wszystkich rekinów. Zobaczenie go w naturalnym środkowisku podczas żeru było wspaniałym przeżyciem. W drodze powrotnej znowu mieliśmy przeprawę przez skały i stromy, piaszczysty teren a potem zatrzymaliśmy się na głównej drodze na kolację pod palmą, złożoną z owoców morza.

Nasz czas na Koh Tao był bardzo udany a nurkowanie dało większy sens całej mojej wyprawie. Jeszcze raz ciepłe morze, biały piasek, palmy, kokosy i ciepły, tropikalny klimat. Oprócz wycieczki jednodniowej na Koh Nang Yuan to był już koniec moich podróży po stronie Zatoki Tajskiej.

Koh Nang Yuan                                                                                                   

(Streszczenie mojego pobytu w tym wyjątkowym miejscu oraz informacje praktyczne na temat wysp Nang Yuan)

Koh Nang Yuan to zespół trzech agzotycznych wysp połączonych ze sobą białą plażą i jednocześnie jedno z najbardziej malowniczych i najczystszych miejsc w Zatoce Tajskiej. Koh Nang Yuan leży kilka metrów od raf koralowych co stanowi bardzo dobre miejsce do nurkowania i pływania z maską i rurką. Woda jest tak czysta, że dno widać nawet 10 metrów wgłąb a ja wiem to bardzo dobrze gdyż byłem w tym wyjątkowym raju i schodziłem do samego dna. Spędziłem tu większość dnia praktycznie cały czas nurkując i zobaczyłem wyjątkowe piękno podwodnego świata, czyli koralowców o przeróżnych kształtach i kolorowych ryb. Oprócz tego wyspy Nang Yuan oferują wspaniałe plażowanie choć było tak gorąco, że dla mnie nie było to możliwe. Wszedłem na sam szczyt wyspy, przechodząc przez małą dżunglę a na samym końcu musiałem się wdrapywać po skałach aby zobaczyć piękny widok turkusowych lagun, wyspy Nang Yuan i Koh Tao. Oprócz tego dookoła jednej z wysp jest też pomost osadzony na skałach co jest kolejną dobrą opcją na spędzenie czasu. Koh Nan Yuan to wyspa bardzo wyjątkowa. Niezwykła czystość, cisza, egzotyczna roślinność i podwodne piękno tego miejsca to na pewno zupełnie nowy etap dla podróżników mających doświadczenie w tego rodzaju miejscach. Na Koh Nang Yuan są jednak pewne reguły. Nie można np. wnosić platikowych butelek, własnego jedzenia oraz nie można pływać w płetwach aby nie zniszczyć koralowców.

Na Koh Nang Yuan można dostać się łodzią z Koh Tao co jest bardzo przyjemnym, około 20 minutowym rejsem. Za bilet w dwie strony zapłaciłem 200 bhat a wejście na wyspę kosztuje kolejne 100 bhat. Zaznaczam jednak aby kupować bilet w porcie gdyż za prywatną łódź można zapłacić i tysiąc bhat. Wyspa jest otwarta od 8 rano do 4 po południu. Na Koh Nang Yuan jest restauracja i hotel lecz tylko dla bardzo grubych portfeli. Ceny za każdą rzecz są kilka razy wyższe niż na Koh Tao a ceny za hotel to nawet 5 do 10 razy więcej niż najtańszy pokój na Koh Tao czy Koh Samui. Pięknie lecz bardzo drogo.

Transport do Krabi

Moja podróż po wyspach Zatoki Tajskiej dobiegła już końca i przyszedł już czas na kolejne cudowne wrażenia związane z Tajlandią Południową, lecz tym razem po stronie Morza Andamańskiego. Aby dostać się na drugą część Półwyspu Malajskiego mieliśmy tu małą przygodę w transporcie. O 9 wieczorem wypłynęliśmy z wyspy Koh Tao łodzią sypialną i na wypadek gdyby brzmiało to jak luksus, na pewno tak nie było. W wielkim pokoju nad pracującym, rozgrzanym silnikiem były porozkładane ostatniej świeżości materace na których leżeli rozleniwieni upałem turyści. Morze bujało naszą łodzią tak, że wielu spędziło noc z głową za burtą, choć ja trzymałem się zdrowo. Około 5-tej nad ranem dotarliśmy do znanego miasteczka transportowego Surat Thani. Spotkałem się z opiniami podróżników, którzy starali się doszukiwać piękna w tym miejscu, lecz moim zdaniem Surat Thani to niestety tylko dziura transportowa i myślę, że większość się ze mną zgodzi. Po miasteczku tym chodziłem z walizką aż 2h po zmroku, tylko po to aby dotrzeć do biura gdzie miał być podstawiony autobus. Około 7-mej rano podjechał minibus i po kilku godzinach, nieco przytuleni do siebie (ściśnięci jak sardynki) dotarliśmy na przedmieścia Krabi. Stamtąd jeszcze musiałem złapać taksówkę aby z 50 baht za naszą trójkę dostać się do centrum Krabi. Dotarliśmy, hurra!!!

Wybrzeże Andamańskie

Wybrzeże Andamańskie to kolejna piękna opowieść z cyklu: plaże, palmy, ciepłe morze, nurkowanie, rafy koralowe, pyszne jedzenie i malownicze zachody słońca- choć tym razem także wspinaczka po skałach. Wybrzeże Andamańskie jest na pewno rajem na ziemi gdzie jest jeszcze więcej egzotycznych wysp otoczonych zielonymi i turkusowymi lagunami. Po tej stronie Półwyspu Malajskiego charakterystyczne są pięknie uformowane skały, których nie ma po stronie Zatoki Tajskiej. Będąc tutaj wyjechałem na wiele wycieczek i odwiedziłem bardzo dużo małych wysepek, zupełnie odseparowanych od zgiełku masowej turystyki. Skakałem tu na głowę do turkusowej wody wprost w ławice kolorowych rybek aby potem sięgnąć dna i jego muszli. Planowałem tu zostać tylko parę dni a zostałem prawie dwa tygodnie gdyż na urok tej część Tajlandii nie można pozostać obojętnym. Po stronie Wybrzeża Andamańskiego byłem między innymi na bajecznych wyspach w okolicach Krabi, na rajskich terenach morskiego parku narodowego wysp Phi Phi i wielu mniejszych koło nich, oraz na wyspach Lanta i na Phuket. Jeśli ktoś ma dużo pieniędzy i mam na myśli na prawdę dużo, to może się także wybrać do narodowego parku morskiego Koh Tarutao lub na wyspy Similan. Jeśli raj istnieje to myślę, że właśnie tutaj.

Krabi                                                                                                                        

(Opis miasteczka jako bazy wypadowej na wyspy, opis najciekawszych miejsc oraz jego walorów kulinarnych)

W Krabi spędziliśmy kilka bardzo przyjemnych dni gdyż tak bardzo nam się tu podobało. W zasadzie jest to małe miasteczko, które można obejść w kilka godzin lecz Krabi to wspaniała baza hotelowa i żywieniowa wybrzeża andamańskiego. Przez ponad tydzień Krabi było naszą bazą wypadową do kolicznych wysp w tej części Tajlandii dlatego często tu wracaliśmy. Za ładne pokoje płaciliśmy tu 150-200 bhat za noc za dwie osoby. Szczególnie w Krabi polecam jedzenie. Najlepszy według mnie był „the weekend market”, na którym były przedstawienia i gdzie sprzedawano tradycyjne tajskie jedzenie. Były między innymi owoce morze w liściu bananowym, grillowana kałamarnica, ryż z bananem oraz lody kokosowe w kokosie. Nad samym brzegiem rzeki codziennie wieczorem był też bazar restauracyjny gdzie zwykle przychodziliśmy na kaczkę z ryżem oraz egzotyczne przysmaki nabite na patyk. W zasadzie całe Krabi to jedna wielka wyżerka za najniższą cenę w okolicy gdyż stragany z naleśnikami rozstawiane przez muzułmanów są tu na każdym kroku. Rzeczami, na które szczególnie zwróciłem uwagę to ładne wybrzeże skąd można zorganizować wycieczki łodzią do lasu mangrowego oraz widocznych w oddali skał. Charakterystycznym punktem na deptaku widokowym jest duży pomnik skorpiona, z którego jest najlepszy widok. W centrum Krabi oprócz kolejnych smażalni ryżu i zdumiewająco wielu aptek charakterystyczne było przjeście przez pasy, na którym światła trzymały dwie ogromne małpy. Byliśmy też w Białej Świątyni Krabi (Wat Kaew Korawaram) osadzonej na wzgórzu, zbudowanej w całości z białego marmuru, a do wejścia prowadzą dwa długie, czerwone smoki. Był to wyjątkowo piękny obiekt składający się z kilku budynków zbudowanych w tradycyjny dla Tajlandii sposób. Mam tu na myśli kilku kondygnacyjne, profilowane dachy zakończone łukami i wydłużeniami oraz masywne filary i interesujące lampiony. Poza Białą Świątynią, na samej górze znajduje się też ośrodek gdzie mieszkają mnisi. Jest to kolejne zaciszne miejsce pełne suszących się, pomarańczowych szat oraz drewnianych domków i kilku posągów Buddy. Radzę szczególnie zwrócić tu uwagę na ogromne palmy, które są rzadsze niż te, które widzimy zazwyczaj na plażach. Reasumując, Krabi samo w sobie to bardzo przyjemna baza na rajskie plaże w okolicy. Przed wyprawą na wyspy radzę się tu zaopatrzyć w owoce oraz skorzystać z internetu, poczty, prania itp.

Wycieczka na 4 wyspy (jedna z najpiękniejszych)

Całodniowa wycieczka łodzią na cztery wyspy jest najpopularniejszą i zarazem najtańszą ze wszystkich oferowanych z Krabi. Wycieczka ta dała mi możliwość poznania piękna naturalnego Morza Andamańskiego czyli okolicznych wysp i lagun oraz małych i ogromnych skał o oryginalnych kształtach, wyłaniających się spod turkusowej tafli wody. Tego dnia była bardzo dobra pogoda gdyż świeciło słońce i kolory były bardzo wyraziste, co nie zawsze jest gwarantowane podczas pory deszczowej. Cała wycieczka kosztowała 400 bhat i w koszt był wliczony transport łodzią, obiad, transport do i z hotelu oraz przewodnik. Tym, którzy chieliby to zorganizować sami, odradzam gdyż kosztowałoby to wtedy krocie. Po kolei widziałem następujące wyspy i plaże:

  • Plaża Ao Nang. To tutaj zaczyna się więszość zorganizowanych wycieczek dlatego po odebraniu nas z hotelu tutaj wsiedliśmy na łódź. Sama ulica główna jest przepełniona biurami podróży i sklepami a w pobliżu znajdują się wspaniałe hotele dla bogatych, dlatego właśnie miasteczko Krabi jest dobrą opcją dla biednych podróżników. Na Ao Nang przyjeżdżałem wiele razy i za każdym razem łódź i transport do hotelu były opóźnione, dlatego pływałem tu i rzucałem się w fale. Sama plaża jest piękna, długa i oferuje ładne widoki na skały lecz jest wiele innych w okolicy, które są lepsze.
  • Wyspa Kurczaka, czyli duża wyspa z charakterystycznie uformowaną częścią przypominającą szyję i głowę kurczaka. Nie wchodziliśmy na wyspę a jedynie opływaliśmy ją parę razy dookoła.
  • Wyspy Tup, czyli jedno z najpiękniejszych miejsc jakie widziałem tego dnia. Wyspy Tup to dwie duże wyspy połączone mielizną z piasku, która znika w czasie przypływu. Jeśli raj istnieje to na pewno jest to tutaj. Wyspy Tup to przede wszystkim bardzo bliski kontakt z błękitną wodą, białym, masującym stopy piaskiem oraz  kolorowymi rybkami pod taflą wody. Są tu znakomite warunki do opalania, pływania i nurkowania w ciszy i spokoju. Wyspy Tup są pokryte ostrymi skałami oraz efektowną roślinnością. Było cudownie, zwłaszcza gdy przed odjazdem przewodnik pokroił dla wszystkich arbuzy i ananasy!!!
  • Wyspy Si to grupa małych wysepek pomiędzy którymi pływaliśmy z maską i rurką w celu obserwacji rafy koralowej i żyjących tam stworzeń. Woda jest tak czysta, że widać dno nawet z ośmiu metrów lecz ja schodziłem aż do końca, bawiąc się ze zwierzętami. Jeden gatunek ryby choć niegroźny, był bardzo terytorialny i dlatego skubał mnie gdy podpływałem zbyt blisko. Wielką atrakcją było tu dla mnie skakanie na głowę z dachu statku a dla reszty turystów karmienie chlebem kolorowych rybek. Zwłaszcza karmienie ryb jest tu bardzo popularne na wszystkich wycieczkach z Krabi. Ogólnie rzecz biorąc wyspy Si to sama przyjemność.
  • Wyspy Poda były naszym przystankiem na obiad. Jedna wyspa jest płaska jak naleśnik i to tutaj jedliśmy. Oprócz tego znajduje się wyjątkowo droga knajpa oraz kelner transwestyta, rzadki las zaczynający się prawie od brzegu oraz małpy okradające turystów z jedzenia. Druga wyspa Poda to bardzo efektowna, wysoka, pionowa formacja skalna przeznaczona tylko do obserwacji lub jako wyzwanie dla wspinaczy skalnych, co jest w tej części Tajlandii bardzo popularne. Oprócz tego mamy tu także krystalicznie czystą wodę, biały piasek i plażowy raj.

  • Jaskinia Phra Nang znajduje się na plaży Phra Nang w Zatoce Railay. Jest to bardzo popularne miejsce znane też jako Świątynia Fallusa gdyż modelu tego narządu (jako symbolu płodności) jest tam pod dostatkiem. Jaskinia/świątynia ta jest znana bardzo dobrze z powodu wspaniale zachowanych stalagmitów i stalaktytów oraz właśnie erotycznego jej charakteru. Moim zdaniem jeszcze piękniej jest na samej plaży Phra Nang. Po raz kolejny mógłbym tu wiele powiedzieć o białym piasku, turkusowej, ciepłej wodzie oraz wystających z niej formacjach skalnych. Widoki z tej plaży zapierają dech w piersiach choć trzeba być czujnym. Gdy siedzieliśmy na plaży, małpa zeskoczyła z drzewa i chciała nam ukraść papaję, lecz na szczęście była dla niej za ciężka i udało mi się ją odzyskać.

Po wszystkim wróciliśmy przez wspaniałe Morze Andamańskie do plaży Ao Nang gdzie jeszcze się pokąpałem, a potem wróciliśmy autobusem do Krabi. Cała wycieczka czyli widoki, morze, pływanie w rafie i zdumiewające piękno naturalne oznaczało, że był to kolejny wspaniały dzień.

Railay (taj; Hat Rai Leh)

Spośród wszystkich uroczych miejsc południowej Tajlandii Railay jest jednym z najlepiej znanych i czasem też definiowanych jako „raj odkryty”. Spośród turkusowych wód Morza Andamańskiego wyłaniają się wapienne skały będące światowym rajem dla wspinaczy oraz las mangrowy i dzika dżungla. Oczywiście nadal najbardziej popularnymi czynnościami są tu opalanie się na cudownych plażach pełnych plam, białego piasku i cudownych widoków na turkusowe morze, oraz oczywiście jedzenie i podziwianie wspaniałych widoków. Z drugiej jednak strony wielu decyduje się zwłaszcza na naukę wspinania po pionowych, wapiennych ścianach, wycieczki kajakowe po okolicznych lagunach oraz wyprawy do dżunglii. Jest też oczywiście wiele innnych standardowych ofert takich jak kursy tajskiego gotowania i wycieczki łodziami. Tak czy inaczej Railay to kolejny wspaniały zakątek Tajlandii pełen plaż oraz turkusowych lagun oraz egzotycznej roslinności. Oprócz palm, w drodze do dżunglii wrażenie na mnie robiły bardzo grube drzewa oraz daleko sięgające konary i korzenie. Miejsc tego typu jest tu mnóstwo. Skały natomiast oraz parę jaskiń sprawiają, że miejsce to jest jeszcze bardziej atrakcyjne. Jako dodatkową czynność byliśmy w jaskini Phra Nang a potem w jaskini diamentowej (wejście 20 bhat), która jest głębsza i lepiej oświetlona. Zaraz koło bardzo małego portu, wśród mangrowców, zaczynają się bardzo drogie, luksusowe hotele lecz dalej jest taniej. My zapłaciliśmy 200 bhat za noc w bardzo kiepskich warunkach lecz myślę, że 400-500 bhat na Railay to warunki bardziej przyzwoite. Railay nie jest wyspą lecz osiągalny jest i tak tylko łodzią (longtail boat). Z Krabi zapłaciliśmy 150 bhat od osoby lecz cena wyjściowa to 200 bhat. Niestety zastała nas tutaj pora deszczowa dlatego na Railay spędziliśmy tylko dwa dni i wróciliśmy łodzią do Krabi.

Wyspy Hong i Wyspa Rajska

(Opis kolejnego rajskiego zakątka płd Tajlandii otoczonymi rafą koralową i palmami)

Wyspy Hong to kolejne egzotyczne przeżycie w południowej Tajlandii. Wyspy Hong składają się na grupę rajskich wysp otoczonych rafą koralową a jej jedyna plaża-Pelay pokryta jest białym piaskiem, muszelkami oraz rzędami pięknych palm. Plaża Pelay jest otoczona efektownymi w swej budowie wapiennymi formacjami skalnymi co daje poczucie odcięcia od reszty świata. Poza tym jest to w pewnym sensie prawda, gdyż wyspy Hong znajdują się około godziny z plaży Ao Nang w okolicach Krabi i nie ma tu hoteli ani restauracji. Wyspy Hong oferują piękny wypoczynek z dala od cywilacji a poza samym podziwianiem przyrody można spędzić tu czas na nurkowaniu w krystalicznie czystej wodzie i podziwianiu rafy koralowej i egzotycznych rybek. Popularne są tu także kajaki, które pozwalają na opłynięcie całego archipelagu Hong i to także można zorganizować z Ao Nang lub z centrum Krabi.

Gdy ja tu byłem, mieliśmy ciężki początek gdyż monsun nas nie oszczędzał. Morze było bardzo wzburzone i padał siarczysty deszcz. Nawet będąc pod dachem łodzi z owiniętą dookoła ceratą i tak byliśmy przemoczeni. Wkrótce jednak wypogodziło się i cudownie spędziliśmy czas. Pływałem z rurką wsród raf oraz robiłem zdjęcia. Potem popłynęliśmy też na Paradise Island gdzie w iście rajskiej lagunie znajduje się mała plaża i gdzie gęste, wysokie palmy prowadzą wprost do wysokich, wapiennych skał. Kąpałem się tu, pilnowałem owoców przed małpami i zjedliśmy obiad patrząc na biały piasek i turkusowy brzeg. Potem wróciliśmy łodzią przez Morze Andamańskie na plażę Ao Nang gdzie rzucałem się w fale, a potem do Krabi.

Wyspy Lanta

Wyspy Lanta znajdują się około 70km od Krabi i składają się z dwóch głównych wysp. Mniejsza to Ko Lanta Noi a większa i bardziej zaludniona to Ko Lanta Yai. Oprócz tego jest też kilka małych wysepek w pobliżu, które zaliczają się do Ko Lanta. Główna wyspa ma 9 pięknych plaż o miękkim białym piasku i palmach jak na pocztówkach. Oprócz tego Lanta oferuje piękne widoki, mangrowce, wzgórza, rafy koralowe, nurkowanie i wiele innych. Na wyspach Lanta i wielu innych częściach płd Tajlandii mieszka duża społeczność muzułmańska. Z jednej strony można u nich także dobrze zjeść i kupić świeże owoce choć z drugiej strony islam nie pasuje mi do Tajlandii (o Europie nie wspominając). Z Krabi wyjechaliśmy wcześnie rano i jechaliśmy około godziny do promu. Mieszkaliśmy na plaży Klong Nin w bambusowej chatce, pokrytej liśćmi palmowymi a w ogrodzie rosły bananowce i inne egzotyczne rośliny. W środku chatka była ładnie urządzona i miała wszystkie minima aby można było wygodnie mieszkać. Poza tym było o tyle przyjemnie, że zasypialiśmy i budziliśmy się przy szumie fal. Cena to jedynie 250 bhat za noc i była to suma po znajomości. Inni turyści płacili 500-600 bhat a w sezonie przyjemność ta kosztowałaby 1000 bhat. Do tego koło nas była knajpa na plaży z bilardem gdzie pomiędzy partyjkami rzucałem się w durze fale, bez względu na to czy padało czy nie. Pomimo pełni monsunu i tak było pięknie.  Następnego dnia wypożyczyłem motorower (pomimo tego, że nie mam prawa jazdy) i wolno jechaliśmy poprzez wyspę na jednej z dwóch dróg. Przemierzając pola ryżowe i muzułmańskie stragany z owocami dotarliśmy do starego miasta Lanta czyli Latna Old Town. Stare miasto to przyjemne miejsce nad brzegiem morza gdzie znajduje się długie molo, stara latarnia oraz plac zabaw. Pojechaliśmy na motorowerze na jego koniec skąd był piękny widok na wyspę a poza tym jest to bardzo dobre miejsce na łowienie ryb i skakanie do czystej, turkusowej wody. Na brzegu znajduje się też główna ulica gdzie jest dużo sklepów z pamiątkami oraz tajskich knajp. Za jedyne 50 bhat można tu zjeść coś dobrego wpatrując się w piękny horyzont i zapominając o tak brzydkich rzeczach jak podatki czy tłok w metrze . Jeżdżenie motorowerem jest najlepszym sposobem na zobaczenie wyspy. Byliśmy na lokalnym bazarze a potem na plażach Klong Khong i Klong Dao. Za każdym razem wchodziłem do morza i spacerowałem po malowniczych plażach. Był to niezapomniany czas spokoju, tym bardziej że w tamtym czasie Lanta była pusta i zawsze mieliśmy wszystkie plaże dla siebie. Padało dość często lecz i tak było pięknie. Wszystko co odebrało uroku temu miejscu to spora kolonia „zakrytych głów” i ich meczety lecz nigdzie nie jest perfekcyjnie.

Wyspy Phi Phi                                                                                                                

(Opis wysp Phi Phi i ich niepowtarzalnego piękna naturalnego, kilka słów o filmie „Plaża”, który miał promować wyspy oraz o tsunami, innych turystach i moich wrażeniach)

Wcześnie rano z Krabi zawieziono nas do portu skąd łodzią po około 2h dostaliśmy się na rajskie wyspy Phi Phi. Gdy dopływaliśmy do portu, zrozumiałem dlaczego wyspy te należą do światowej czołówki rajskich plaż. Woda była przeźroczysta i turkusowa a z białego, miękkiego piasku wyłaniały się palmy kokosowe. Charakaterystym widokiem na Phi Phi są łodzie z szarfami o kolorze tajskiej flagi i ten właśnie widok na tle turkusowej wody i palm, a czasami też hamaków w tej samej scenerii jest najbardziej reklamowany przez biura podróży na całym świecie. Głównymi wyspami są tu Ko Phi Phi Don i Ko Phi Phi Leh, z których tylko Phi Phi Don jest zamieszkana i ma mnóstwo turystów, przyjeżdżających do tego raju przez okrągły rok. Do wysp Phi Phi należą także inne wyspy lecz są to małe, wynurzające się z morza skały, zamieszkane głównie przez małpy.

Sławę wyspom Phi Phi przyniósł także film z 2000 roku pt. „Plaża” z Leonardem DiCaprio, który podobno zniszczył częśc pięknego naturalnego wyspy. Z drugiej jednak strony miało to i tak niewielkie znaczenie gdyż podczas tsunami w 2004 roku prawie cała infrakstruktura na Phi Phi została zniszczona a jej odbudowa zajęła około 10 lat. Gdy ja przyjechałem na Phi Phi w 2011 roku był to już raj bez żadnych śladów zniszczeń.

Wyspy Phi Phi są małe i zawsze jest bardzo dużo ludzi, przez co zawsze są bardzo zatłoczone. To właśnie w połączeniu z pięknem naturalnym sprawia, że jest niestety drogo. Średnia cena pokoju to około 600 bhat lecz udało nam się znaleźć przyzwoity pokój z łazienką za 400 a potem nawet 300 bhat. Niestety cała Tajlandia południowa a przede wszystkim wyspy są droższe niż Bangkok i północ kraju. Poza tym mimo, że jest drożej to porcje są i tak mniejsze a soki wyciskane z owoców są rozwodnione do maksimum. W samym centrum turystycznym było niezbyt przyjemnie gdyż zawsze wieczorem było mnóstwo pijanych, rozwrzeszczanych Białych. Dziewczyny tatułowały się i przebijały języki, w międzyczasie popijąc alkoholem. Sodoma i Gomora choć z drugiej strony były też sklepy z nurkowaniem, piękne klify z widokiem na morze oraz restauracje gdzie można było podziwiać połowy złożone z merlinów, tuńczyków i barrakud. Cały pierwszy dzień spędziliśmy na dwóch głównych plażach, pływając w ciepłym morzu i robiąc zdjęcia bajecznym plenerom.    Następnego dnia wybraliśmy się na całodniową wycieczkę łodzią po archipelagu wysp Phi Phi, co było wyjątkowo pięknym doświadczeniem. Na marginesie, nie wyobrażam sobie jak można tu przyjechać na dwu godzinną wycieczkę z Krabi, a przecież jest takich pełno. Za jedyne 400 bhat wybraliśmy się na rejs naszego życia. Odwiedziliśmy wiele malowniczych miejsc a każde dobicie do nowego brzegu było rajem gdyż zawsze wchodziliśmy do ciepłej, turkusowej wody i zawsze się kąpaliśmy. Czułem, że byłem w raju lecz tylko ktoś kto tam był jest w stanie na prawdę poczuć i zrozumieć piękno tych wszystkich miejsc. Jedną z takich rzeczy są na przykład różnokolorowe orchidee w łupinach kokosowych, umieszczonych na palmach. Egzotyka na Phi Phi powala swym pięknem i dlatego zostaliśmy tu dłużej niż planowałem. Miejscami, które zobaczyłem tego dnia były:

Monkey Beach; mała plaża pełna małp, które na widok ludzi wyciągają łapki po banany, papaje i inne owoce

Vinking Cave; jest to jaskinia położona na wysokości poziomu turkusowej wody wypełniona gniazdami ptaków. W środku są też malowidła przypominające łodzie Wikingów. Widziałem lepsze jaskinie niż ta lecz samo jej wkomponowanie w piękną przyrodę jest cudowne

Pe-Ley Bay; tuż za jaskinią Wikingów są wysokie wapienne skały oraz mały przesmyk, przez który przepłynęliśmy łodzią. W tym momencie byliśmy w środku błękitnej laguny w całości otoczonej wysokimi skałami.

Loh Samah Bay; zatoka ta i plaża o tej samej nazwie mieści się na mniejszej z wysp Phi Phi Ley. Plaża Loh Sama nie składa się z delikatnie wychodzącego z wody piasku ale z pionowej, górskiej ściany i pewnie dlatego jest to powód dlaczego Phi Phi Ley nigdy nie było zaludnione. Wielką atrakcją tutaj jest pływanie wśród rafy koralowej i karmienie małych rybek chlebem. Woda tutaj ma odcień zielony i jest przeźroczysta na wiele metrów wgłąb.

Maya Bay; to jedna z najpiękniejszych zatok na Phi Phi Leh, otoczona 100 metrowymi klifami z trzech stron.W środku zatoki Maya jest kilka małych plaż, z których większośc istnieje tylko podczas odpływu a największa ma długość około 200 metrów. Zatoka Maya to w zasadzie jedna rafa koralowa, jedwabiście delikatny piasek i przeźroczysta, ciepła woda. Brzeg jest porośnięty palmami i inną egzotyczną, bujną roślinnością. Wadą tego miejsca jest jego popularność i reguralnie przyjeżdżające tu tłumy. Samo dostanie się na Maya Bay było przygodą samą w sobie gdyż najpierw musieliśmy przejść przez ostre skały i wystające korale a z łodzi musiałem płynąć z małym dzieckiem, które leżało mi na plecach.W tym miejscu skakałem na głowę do wody z około 5 metrów.

Hin-Klang; jest najlepszym ogrodem koralowym do pływania z maską i rurką. Jest to kolejne rajskie miejsce dla miłośników pływania i nurkowania w ciepłych, egzotycznych plenerach.

Bamboo Island; to mała, płaska wyspa, którą można całą przejść w około 20 minut. Jest to wspaniałe, odosobnione miejsce porośnięte palmami. Raj dla miłośników opalania w zaciszu i pływania w przeźroczystej, turkusowej wodzie. Rafa koralowa znajduje się około 50m od brzegu. Wyspa bambusowa to raj sam w sobie.

Runtee Bay; czyli następna z kolei plaża na Phi Phi gdzie są bambusowe chatki, hamaki, palmy i piękno morza. Kolejny rajski zakątek.

Loh Moo Dee Beach; kolejna atrakcyjna plaża porośnięta wysokimi palmami. Świetne warunki do pływania i plażowania.

Shark Point; czyli cudowny, czysty i zaciszny obszar ułożony przez naturę w postaci trzech wapiennych szczytów. Nazwa tego miejsca wzięła się od dużej liczby zupełnie niegroźnych rekinów leopardowych. Jest to popularne miejsce do nurkowania.

Po powrocie z wycieczki byliśmy wyjątkowo szczęśliwi. Niestety na pokładzie łodzi zgubiłem swoją kartę SD dlatego popłynałem do niej po zmroku aby ją odzyskać, tym bardziej, że miałem na niej wiele pięknych zdjęć. To też było dobrą przygodą gdyż morze andamańskie było ciepłe i przyjemne także po zmroku. Na szczęście odzyskałem kartę.

Następnego dnia spacerowaliśmy po plażach Phi Phi Don, byliśmy na dobrym obiedzie z widokiem na morze i pożyczyłem kajak aby wypłynąć na Monkey Beach. To był nasz ostatni bajeczny dzień na rajskich Phi Phi.

Phuket                                                                                                                           

(O wyspie, jej pięknie, centrum Phuket, strasznym hotelu,  policji i moim mandacie za brak prawa jazdy, o wodospadzie i ośrodku ochrony gibonów, o akwarium, o pieczonej kaczce i o plażach)

Do Phuket dostaliśmy się z klasą gdyż płynęliśmy dużą klimatyzowaną łodzią z napojami i filmem Avatar. Cena to niestety 300 bhat od osoby co mnie trochę zabolało.

Phuket jest największą ze wszystkich wysp Tajlandii a sam pobyt na niej dał mi poczucie jakbym w ogóle nie był na wyspie. Phuket jest połączona z głównym lądem za pomocą mostu Sarasin i ma ona 50m długości i 21km szerokości. Wszystkie inne wyspy w Tajlandii mają albo bardzo małe drogi i najczęściej jest to tylko jedna droga lub dwie albo nie mają ich w ogóle (jak na Phi Phi). Na Phuket natomiast są autostrady i bardzo duże miasteczko. Phuket należy do światowych czołówek wakacyjnych gdyż ma aż 17 atrakcyjnych plaż z miękkim piaskiem i palmami a najpopularniejsza ze wszystkich, plaża Patong przyciąga też surferów z powodu wielkich fal. Na wyspie znajduje się wiele ciekawych miejsc, muzeów oraz dobrej kuchni ulicznej oferującej owoce morza. Zakwaterowanie koło plaż, zwłaszcza na Patong jest nastawione tylko na zorganizowane wycieczki o bardzo grubych portfelach. Zamieszkaliśmy więc w Phuket Town co było najtańszą z możliwych opcji. Za wyjątkowo śmieszne pieniądze pociliśmy się śmiertelnie w hotelu bardzo niskiej klasy, ze ścianami z dykty, zardzewiałymi kratami w oknach oraz smrodem starego oleju z knajpy pod nami. Był to „hotel” o nazwie Peng Man gdzie zapłaciłem tylko 120 bhat za trzy osoby za noc. Spałem na podłodze na ręczniku a moja towarzyszka podróży z dzieckiem na zasyfiałej pryczy pod wiatrakiem. Upał był nie do wytrzymania lecz smród i rozkładające się ściany naszego hotelu także. Hotel Peng Man bardzo mi się podobał lecz dla moich kobiet był niezapomniany. Knajpa na dole serwowała prawdziwy syf, który gonił od razu do toalety (dziury w podłodze) dlatego mieliśmy więcej zaufania do lepkiego ryżu z ulicy. W sumie była to bardzo miła okolica. Następnego dnia, po tym jak przyjąłem wszystkie zażalenia od mojej podróżniczki, wynająłem motorower (prawo jazdy niepotrzebne) i pojechaliśmy na plaże Patong i Kalim, oddalone od centrum Phuket o około 11 i 16km. Droga była kręta, długa i męcząca a po dostaniu się na miejsce ciężko było zaparkować. Patong jest napopularniejszą ze wszystkich plaż na Phuket, która myślę, że nie ma już nic wspólnego z tym czym na prawdę jest Tajlandia. Patong Beach to komercyjny zaułek dla bogatych gdzie jest pełno bardzo drogich hoteli i sklepów. Nie widziałem też tajskiego jedzenia ale za to był McDonald`s oraz drogie restauracje. Sama plaża jest długa i szeroka podczas odpływu a co ważne cieszy się wśród surferów wysokimi falami. Cała okolica jest ładna ale bardzo głośna dlatego trzymaliśmy się blisko plaży i morza. Po kilku godzinach pojechaliśmy kilka km pod górę na plażę Kalim gdzie było już bardzo cicho i też pięknie. Do centrum Phuket wróclismy po zachodzie słońca co oznaczało niestety długą i ciężką jazdę.

Następnego dnia pojechaliśmy daleko gdyż około 20km od centrum Phuket. Byliśmy zobaczyć wodospad w tropikalnym lesie oraz mały Rezerwat Ochrony Gibonów, który znajduje się w tym samym miejscu. Przy wejściu były słonie, na których można było pojeździć lecz my tylko zatrzymaliśmy się na trochę aby je nakarmić rambutanami kupionymi na drodze. Sam wodospad był przyjemny lecz w porównaniu z innymi, które widziałem (zwłaszcza z tymi w Laosie i innymi w Tajlandii) był mało ciekawy. Większą przygodą była tu dżungla przez którą trzeba była przejść aby się do niej dostać. Wąska, wydeptana droga, egzotyczna roślinność oraz ogromne, interesująco profilowane korzenie drzew były tym co mnie zajęło przez przynajmniej godzinę. Oprócz tego była też mała rzeka, charakterystyczny dźwięk wydobywający się z dżungli oraz towarzysząca nam duża wilgotność. Na samym dole był też Rezerwat Ochrony Gibonów, który był raczej smutnym miejscem. Pomimo, że małpy miały duże klatki i były aktywne, fakty na ich temat przyprawiały o płacz. Otóż na Phuket nie ma już wolno żyjących gibonów i pomimo ich ochrony nadal istnieje proceder ich udamawiania. Wydawałoby się, że danie małpce dobrego domu i tyle bananów ile zechce zjeść jest czymś dobrym, lecz tylko z pozoru. Udomowić da się tylko maleństwo i aby go mieć, ludzie zabijają jego rodziców. Na szczęście gibony wciąż mają się nieźle w innych partiach Azji (np. w górach pomiędzy Wietnamem a Laosem) oraz w parkach i ogrodach zoologicznych. Po wszystkim jeszcze raz pojechaliśmy nakarmić słoniątko a następnie do przydrożnej knajpy pod liśćmi palmowymi. Przeważnie podawano nam tu smażony ryż z kurczakiem i warzywami oraz zieloną herbatę i nawet po paru miesiącach nie miałem jeszcze dość. W drodze do centrum Phuket zatrzymaliśmy się jeszcze aby zobaczyć taoistyczną świątynię Tha Rua. Była ona zbudowana w chińskim stylu, z pięknie profilowanymi dachami, kolorowymi dachówkami oraz oczywiście w tym wypadku z wieloma rzeźbami i motywami smoków. Polecam to niezwykle interesujące miejsce ze względu właśnie na architeturę, obrazy i malunki wewnątrz świątyni oraz rzucające się w oczy już z daleka piękne smoki. Świątynia Tha Rua jest czwartą z kolei najstarszą na Phuket. Nie do przeoczenia jest także znajdujący się na głównej drodze Pomnik Bohaterek, czyli dwóch sióstr, które podstępem obroniły Phuket przed armią birmańską. Niestety nie zrobiłem zdjęcia gdyż ruch uliczny pchał mnie do przodu i w końcu nie zatrzymałem się. Wieczorem, już w centrum Phuket, poszliśmy do taniej knajpy na ulicy na porcję ryżu z kurczakiem i warzywami. Znowu też wróciliśmy do swojego zawszonego hotelu, który miał jednak swój urok. Tego wieczora zaprosiłem swoje dziewczyny do raczej średniej jakości restauracji ale za to na pyszny posiłek. Podano nam pieczoną kaczkę z ryżem, bambusem i rosołem. Był to najlepszy posiłek jaki jedliśmy na Phuket. W drodze do hotelu stanęliśmy też na wielkim bazarze owocowym gdzie potem już reguralnie robiliśmy zakupy. Życie w Tajlandii bardzo mi się podobało.

Nasz następny i chyba już ostatni dzień na Phuket był chyba najpiękniejszy ze wszystkich. Wybraliśmy się na kolejną jazdę motorowerem w poszukiwaniu nowych plaż. Najpierw jednak pojechaliśmy do Phuket Akwarium gdzie znajdowało się wiele interesujących gatunków morskich. Były ogromne ryby, żyjące w specjalnie przygotowanych akwariach z grotami w środku, żółwie morskie, mureny oraz  amfibriony i inne kolorowe rybki pływające w pobliżu rafy koralowej. Pomimo, że wszystkie akwaria były bardzo ciekawe, punktem programu był przeszklony korytarz po którego obu stronach oraz u góry pływały między innymi rekiny i płaszczki. Przypomniało mi się w tej chwili o wiele większe tego typu akwarium w Astanie (Kazachstan) lecz to na Phuket było równie interesująco. Oprócz tego przy wejściu znajdowało się wiele modeli rekinów oraz waleni, które też pochłonęły moją uwagę przez jakiś czas. Wejście kosztuje 100 bhat od osoby. Po wyjściu z akwarium pochodziliśmy po wybrzeżu i pojechaliśmy na pobliskie molo. Był piękny słoneczny dzień oraz wspaniała, turkusowa woda obijająca się o brzeg. Byliśmy tu szczęśliwi, przemierzając Phuket na motorowerze bez prawa jazdy. Potem jeźdźiliśmy po wyspie i zatrzymaliśmy się między innymi na plażach Makham Bay, Chalong Bay i Yon Bay. Za każdym razem przygodą było tu dość strome zejście motorowerem na poziom plaży. Poza tym było to już nasze pożegnanie z Phuket i Tajlandią południową. Były to nasze ostatnie chwile podziwiania morza andamańskiego i jego fal obijających się o skały. Chodziliśmy po plaży, kąpaliśmy się przy zachodzie słońca a potem wróciliśmy do naszego zawszonego hotelu za jedyne 120 bhat za noc.

Następnego dnia przed wyjazdem chciałem poćwiczyć w pobliskim Parku Króla lecz zatrzymała mnie policja i musiałem zapłacić 300 bhat za brak prawa jazdy. Zdarzenie to dużo mi powiedziało o funkcjonowaniu Tajlandii gdyż po zapłaceniu mandatu puścili mnie wolno.

Transport do Bangkoku

Gdy już załatwiłem sprawę z policją, wsiedliśmy do autokaru oraz po przekroczeniu mostu Sarasin i całonocnej jeździe, wróciliśmy do Bangkoku. Mogłem się tam dostać szybciej lecz autobus na Kaosan Road jechał tylko przez Surat Thani. Zależało mi aby zrobić to w ten sposób gdyż nie chciałem potem płacić w Bangkoku za taxi conajmniej 300 bhat aby podwieźli mnie na Kaosan Road. Ogólnie transport nie był zły.

Moja wyprawa w tym miejscu jeszcze się nie skończyła dlatego jeśli zainteresował cię reportaż o Tajlandii Południowej kontynuuj czytanie i przejdź do Tajlandii Centralnej.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY
4 komentarze
  1. Odpowiedz

    ~Adrian

    12 listopada 2013

    Witam serdecznie,
    Z wielką ciekawością i zainteresowaniem przeczytaliśmy pana relację po południowej Tajlandii. W grudniu leciwy do Tajlandii i dlatego też chyba zrobimy taka sama trasę jak pan z rodzina a dlatego ze lecimy z 6-letnim dzieckiem Pana trasa w zupełności nam odpowiada. Proszę o więcej informacji. Czytałem portal, wydrukowalem sobie opis i zrobiłem swój uwzględniając Pana wskazówki.

  2. Odpowiedz

    ~urszula

    18 października 2014

    Czytam pana opis I jestem zachwycona , za 3 tyg jade z mezem do tajlandii jestem podekscytowana I niemoge sie doczekac aby ujzec to co pan opisal wlasnymi oczami 🙂

  3. Odpowiedz

    ~Stoka

    7 grudnia 2014

    Panie Marcinie
    Morze przez pisane jako moze razi
    Artykul bardzo pomocny- chyle czo£o
    wielkie dzieki

  4. Odpowiedz

    Marcin Malik

    7 grudnia 2014

    @Stoka

    Dziękuję. Miło mi, że artykuł jest bardzo pomocny.
    Jeśli chodzi o “błędy” to sprawdziłem i zapewniam, że “morze” i “może” są napisane właściwie. Z tego co wiem słowo “morze” w tym artykule występuje aż 19 razy i jest użyte tylko w znaczeniu wielkiej wody i nigdy jako przypuszczenia.

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan