Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... i Facebook.

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz prywatność. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet.

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na kontroli totalnej!

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Tajlandia Północna 2011

Napisał: Marcin Malik

Tajlandia Północna 2011 – relacja z wyprawy

Spis treści – Lampang, Pai, Chiang Rai, “Złoty Trójkąt” – (Mae Sai i przejście do Birmy, Chiang Saen, Rob Suak, Chiang Khong i przejście do Laosu), wcześniej Chiang Mai, Doi Suthep.

Oprócz dokładnego opisu wymienionych miejsc, reportaże te zawierają także wiele porad praktycznych, osobistych odczuć, ciekawostek i opisów podróży z drogi.

Wielu osobom mój plan podróży po Tajlandii Północnej może się wydawać dziwny dlatego, że celowo omijałem Chiang Mai. Przez jakiś czas stolica północy była dla mnie tylko bazą przesiadkową gdyż najpierw chciałem zobaczyć Pai, Chiang Rai oraz obszar Złotego Trójkąta. Zwiedzanie Chiang Mai natomiast zostawiłem na sam koniec gdyż było to najdogodniejsze miejsce na powrót do Bangkoku i przyszłym podróżnikom też radzę takie rozwiązanie.

Tajlandia Północna – charakterystyka regionu

Tajlandia Północna jest kolejnym malowniczym regionem Tajlandii, położonym w górach, wśród tarasów ryżowych, bananowców i wodospadów. Region ten oferuje nieco chłodniejszą temperaturę niż reszta Tajlandii i jest on bogaty we wszelkie uprawy- w tym w niechlubny haszysz i opium. Zielone, poprzecinane rzekami doliny Tajlandii Północnej znajdują się w bardzo bliskim sąsiedztwie Birmy, Laosu i płd-zach Chin. Właśnie towarzystwo tych trzech azjatyckich krajów dało możliwość szybkiego rozwoju handlu, choć także nieco innej architektury i bardziej wyszukanej kuchni. Stolicą Tajlandii Północnej jest Chiang Mai, ważny ośrodek kulturowy Tajlandii oraz popularny kierunek turystyczny, ze względu na piękne świątynie. Tajlandia Północna ma bardzo wiele do zaoferowania lecz mimo to jest o wiele rzadziej odwiedzana niż plaże na południu. Na północy wielką atrakcją jest oczywiście Chiang Mai ale także osady górskie gdzie ludzie żyją swoim tempem z bardzo ograniczonymi osiągnięciami nowoczesnego świata. Ponadto jest to region wielu cichych, czystych i spokojnych stacji górskich gdzie życie płynie bardzo powoli. Przyznam też, że moim zdaniem świątynie Tajlandii Północnej są zdecydowanie inne niż te na południu i w Bangkoku i mogę je bez skrępowania określić jako dobry wstęp do podróży po Birmie i Laosie. Myślę, że architektura sakralna Tajlandii Północnej zmierza właśnie w tym kierunku. Bardzo popularny jest też Złoty Trójkąt będący obszarem na styku trzech krajów, choć ten temat rozwinę przy charakterystyce tego szczególnego podregionu.

W Tajlandii Północnej wycieczki zorganizowane są dwa razy droższe niż na południu ,dlatego że region ten odwiedza 4 razy mniej turystów. Ceny hoteli, jedzenia i wypożaczania motorowerów są mniej więcej takie same. Tańsze są jednak masaże i to jest wielki plus. Na przykład pół godzinny masaż stup w Chiang Mai pod gołym niebem to tylko 60 bhat. Posiłki ciągle smakują najlepiej gdzieś w wiejskich chatkach ukrytych pomiędzy polami ryżowymi.

Lampang

(Opis małego, przyjemnego miasta i jego atrakcyjnych, birmańskich świątyń)

Lampang jest małym i bardzo przyjemnym miasteczkiem, które często jest określane mianem „małego Chiang Mai”. Do największych atrakcji zaliczam tu piękne świątynie zbudowane przez birmańskich rzemieślników. Innymi miłymi dodatkami są też dorożki konne oraz spokój i miła atmosfera nad rzeką.

Z dworca wzięliśmy rykszę za jedyne 20 bhat od osoby i pojechaliśmy nad rzekę, gdzie skoncentrowane jest niewielkie życie turystyczne. Znalazłem tu najlepszy pokój jak dotąd gdyż za 250 bhat mieliśmy klimatyzowany pokój z prywatną łazienką i mieliśmy ogród do dyspozycji. Poza tym napoje były wliczone. Pierwszego dnia poszliśmy wzdłuż ulic miasta aż dotarliśmy do głównego skrzyżowania z fontanną. Poszliśmy też na wieczorny bazar gdzie zjedliśmy tradycyjną, tajską potrawę i w ten sposób minął nam cały dzień. Byliśmy też przy bardzo atrakcyjnej stacji pociągowej gdzie rondo przed nią było udekorowane posągami słoni.

Następnego dnia chcieliśmy już zwiedzać świątynie i mieliśmy szczęście gdyż Pani u której mieszkaliśmy zabrała nas samochodem 20 km za Lampang, aby pokazać nam świątynię Wat Phra That Lampang Luang. Jest to świątynia buddyjska, która została zbudowana prawdopodobnie między XIII a XV wiekiem a jej fundamenty stanowią fortyfikacje cytadeli z VIII wieku. Świątynia ta od czasu jej budowy zachowała swą pierwotną formę. Nie była też „ulepszana” po kątem nowoczesnych, tajskich wizjonerów, przez co nadal jest otoczona murem a na dziedzińcu jest piach. Także główna świątynia jest otwarta ze wszystkich stron, a jej piękny, wielowarstwowy dach podtrzymywany jest tylko przez filary. Na terenie świątyni znajduje się też ogromna, złota chedi i legenda mówi, że sam Budda odwiedził to miejsce 2500 lat temu i podarował kosmyk swoich włosów. Dodatkowymi atutami Wat Phra That Lampang Luangjest też wspaniała rzeźbiarska robota, którą można podziwiać na głównych wrotach oraz kaplica w laotańskim stylu w głównej świątyni. Charakaterystyczną też rzeczą są tu długie rzeźby smoków, które prowadzą od samego początku ulicy aż do bramy głównej. Styl ten jest zaporzyczony z sąsiedniej Birmy lub raczej był wymuszony gdyż Birma napadała na Syjam tyle razy, że dziś widać ich wkład w kulturę północnej Tajlandii.

W drodze powrotnej zarzymaliśmy się na bardzo ładnym i tanim bazarze ceramicznym a potem wróciliśmy do Lampang. Resztę dnia spędziliśmy w ogrodzie pod naszym pokojem. Dodam, że był to kolejny, bardzo miły wieczór podróżnika oraz jego słodkiej blond.

Następnego dnia chciałem objechać całe Lampang aby zobaczyć wszystkie najlepsze świątynie. Wypożyczyłem więc motorower i zabrałem moje kobietki na wycieczkę po mieście. Były to kolejno:

Wat Sri Rong Muang; świątynia pokryta matalowym dachem, podczas gdy w środku znajduje się pomnik Buddy oraz zdjęcie króla w buddyjskich szatach, co jest w Tajlandii spotykane. Obok jest też betonowa stupa oraz lwy w stylu birmańskim. Ogólne wrażenie średnie, widziałem o wiele lepsze.

Wat Sri Chum; ten obiekt z 1890 roku bardziej mi się podobał. Składa się on z dwóch głównych budynków z dachami w stylu Mandalay oraz lwami typowymi dla Birmy. Efekt tego miejsca polega także na egzotycznej roslinności lecz nie są to obiekty tajskie ale typowo birmańskie. Zajmuje przez 15 minut. Na zewnątrz jest stragan z owocami i kokosami co pomaga pokonać upał.

Wat Pah Fang; piękny ogród z wysokimi palmami, świątynia sama w sobie mało ciekawa lecz na terenie obiektu jest też wysoka, złota pagoda oraz efektowne kaplice. Radzę zwrócić tu uwagę na ozdoby na kaplicach oraz na bardzo przyjemny bęben pod typowym dla Tajlandii dachem. Bardzo przyjemne miejsce.

Hor A-Mok; stary, podziurawiony mur obronny z armatami i małym posągiem Buddy w środku. Obecność w tym miejscu stwarza pytanie; czym tak na prawdę jest to miejsce i dlaczego jest w tak fatalnym stanie.

Wat Phrakaewdontao; moim zdaniem jedna z najlepszych i największych świątyń w Lampang, także zbudowana w stylu birmańskim. Do wejścia prowadzi droga ozdobiona w długie rzeżby smoków a na głównym dziedzińcu znajduje się ogromna pagoda oraz kilka innych obiektów z dachami typowymi dla architektury birmańskiej. (Myślę, że moja galeria zdjęć z Yangon i Mandalay najlepiej ukaże ten styl). Oprócz tego jest też kilka posągów słoni i innych zwierząt oddających cześć Buddzie oraz birmańskie smoki. Bardzo efektowne są także ogromne, masywne bramy z rzeźbami smoków. Obok znajduje się też szkoła dla mnichów.

Wat Pongsanook Tai; to niewielka lecz piękna świątynia składająca się z głównego obiektu na wysokości ulicy oraz kompleksu świątynnego na górze, otoczonej murem. Na dole jest to tajska świątynia z białymi filarami oraz typowym dla tej architektury dachem. Obiekt ten różni się jednak tym, że na zakończeniach dachów zamiast haków skierowanych ku górze są birmańskie smoki. Na górce obok za białym murem znajduje się złota pagoda oraz kilka małych obiektów pokrytych mozaiką. Jest to wyjątkowo piękne miejsce z wieloma atrakcyjnymi szczegółami oraz umiejętnie wkomponowaną roślinnością.

Lampang na motorowerze jest łatwe do zwiedzania gdyż miasto jest małe a mapa wręcz sama prowadzi na miejsce. Tego wieczora także zostaliśmy w naszym pięknym ogrodzie spędzając czas na herbacie i pisaniu pamiętnika. Lampang to moim zdaniem bardzo dobry dodatek do tajskiej podróży na 2 dni, wygodnie położony pomiędzy Sukhotai a Chiang Mai.

Transport z Lampang do Pai

Do Pai jechaliśmy z przesiadką w Chaing Mai lecz celowo się tu nie zatrzymywałem gdyż Chiang Mai chciałem zostawić na koniec aby wrócić stamtąd do Bangkoku.

Z Lampang do Chiang Mai jechaliśmy dobry autobusem, 2h za 67 bhat. Następnie w Chiang Mai wzięliśmy minibusa do Pai-3h za 150 bhat. Ten odcinek był piękny gdyż droga była pełna zakrętów i ładnych, górskich widoków.

Pai

Pai to bardzo popularna wśród turystów stacja górska. Same miasteczko jest bardzo przyjemne i dobrze zorganizowane, można dobrze zjeść i znaleźć tani pokój. Znalazłem lokum za jedyne 150 bhat za noc z prysznicem dla naszej trójki. Przyznam, że ceny są tu na prawdę bardzo dobre. Najpiękniejsze jednak jest tu to co znajduje się poza Pai, czyli piękna przyroda, rozległa przestrzeń pełna pól ryżowych i czystego powietrza. Niedaleko od Pai jest też kanion, kilka świątyń oraz chińska wioska otoczona rozległymi dolinami. Przemierzając te pełne uroku tereny można też natrafić na gorące źródła położone we wspaniałych ogrodach, wioski słoni oraz przydrożne knajpy serwujące ryż za symboliczną cenę. To sprawia, że Pai jest bardzo popularnym miejscem a jedyną jego wadą jest niestety tylko sama jego popularność. Zdarza się, że w miasteczku robi się tłoczno lecz oczywiście nie jest to drugi Bangkok. Zawiedzionym polecam porcję gotowanego ryżu zalanego mlekiem z kokosa z plasterkami mango na wierzchu.

Jak zwykle byłem świetnie zorganizowany dlatego wypożyczyłem motorower i przez trzy piękne dni objechałem całą okolicę i zobaczyłem najpiękniejsze miejsca. Wcześnie rano wypożyczyłem motorower za jedyne 100 bhat za 24h i pojechaliśmy poprzez pola. Niestety padał deszcz, dlatego stanęliśmy po drzewem u miejscowych gospodarzy aby pogłaskać ich psy a gdy rozpogodziło się udaliśmy się na górę, do świątyni Wat Mae Yen. Obiekt ten był raczej średniej jakości i wymagał remontu lecz po wszystkich innych świątyniach, które zobaczyłem w Tajlandii nie to było najważniejsze. Znajdowały się tu dwie świątynie, jedna z ołtarzem Buddy a druga z leżącym Buddą. Był też mały stragan z pamiątkami oraz złote stupy. Piękno tego miejsca polegało na jego odosobnieniu oraz malowniczych widokach na Pai i całą okolicę. Następnie znowu podążając wąską drogą poprzez piękne widoki pełne czystego powietrza, dotarliśmy do gorących źródeł Tha Pai, gdzie bardzo przyjemnie spędziliśmy większość dnia. Gorące źródła były położone w egzotycznym ogrodzie a my siedzieliśmy cały dzień otoczeni bananowcami, drzewami papaji i palmami. Do tego atrakcyjna tajka podała mi herbatę a ja wygrzewałem się i pływałem z chłodniejszej do gorętszej części basenu. Wejście kosztowało tylko 100 bhat od osoby. W międzyczasie kilka razy padał ciepły, tropikalny deszcz lecz nie miało to znaczenia. Co więcej, deszcz oraz krople ociekające z palm do mojego gorącego źródła były bardzo przyjemne. Następnie wsiedliśmy na nasz motorower i pojechaliśmy na obiad do obozu słoni. Zjedliśmy tu parę porcji smażonego ryżu oraz podziwialiśmy piękne plenery i słonie na pastwisku. Także w drodze do Pai stawałem wiele razy aby robić zdjęcia krajobrazom.

Następnego dnia znowu wybraliśmy się na piękną wycieczkę motorowerem. Jadąc poprzez puste pola i spokojne, malownicze krajobrazy dotarliśmy do świątyni Wat Nam Hoo. Piękno jej polegało na tym, że była ona położona na wodzie a z pomostu można było karmić ryby. Potem mieliśmy długą lecz bardzo przyjemną jazdę do wodospadu Mor Paeng. Wcześniej jednak stanęliśmy w chińskiej wiosce Santichon. Przyznam, że była to bardzo ładna lecz także bardzo komercyjna wioska pełna sklepów gdzie sprzedawano chińskie zestawy do herbaty i wiele innych chińskich przedmiotów domowego użytku. Czas nad  wodospadem natomiast był bardzo udany. Najlepiej opisałbym go jako wiele ogromnych głazów ułożonych na sobie, z których spływał silny strumień wody. Jest to bardzo dobre miejsce na relaks. Nasz powrót do Pai był także bardzo przyjemny gdyż prawie przez całą drogę jechaliśmy z górki i dlatego zjeżdżałem na wyłączonym silniku. Po drodze zatrzymaliśmy się też w bambusowej chatce na obiad. Jedzenie było dobre lecz egzotyczna oprawa tego miejsca wspaniała.

Po powrocie do Pai pojechaliśmy do Kanionu Pai. Wielki Kanion to nie jest lecz widoki są piękne, dlatego serdecznie polecam to miejsce. W drodze powrotnej do Pai także zatrzymywaliśmy się aby podziwać plenery, także przy dużej złotej pagodzie widocznej z głównej drogi.

Czas spędzony w Pai oraz jego okolicach był bardzo przyjemnym doświadczeniem.

Będąc w Pai radzę też zwrócić uwagę na „dom do góry nogami”, który znajduje się przy wjeździe do miasteczka.

Transport do Chiang Rai

Najpierw autobusem 3,5h do Chiang Mai a potem prawie 4h do Chiang Rai. Drugi odcinek podróży był trudny gdyż jechaliśmy starym autobusem pod górę, który ledwo dawał radę. Podróż ta nie była przyjemna. Czułem, że miałem dość.

Chiang Rai

Chiang Rai jest małym miastem na północy Tajlandii, które „nie widzi” zbyt wielu turystów. Jest to raczej kierunek dla tych, którzy przebyli standartowy szlak turystyczny a Chiang Rai jest czymś więcej. To małe, urocze miasto jest bardzo dobrą bazą wypadową do Złotego Trójkąta oraz wycieczek do wiosek górskich i zwłaszcza jednej bardzo interesującej świątyni.

Do Chiang Rai dojechaliśmy późnym wieczorem lecz dość szybko znaleźliśmy pokój. Mieszkaliśmy w Ban Bun Doon Guest House za jedyne 200 bhat i mieliśmy nawet gorącą wodę. Następnego dnia poszliśmy zwiedzać i w niecały jeden dzień spokojnym tempem przeszliśmy całe Chiang Rai. Najpierw zobaczyliśmy złotą, misternie ozdobioną wieżę zegarową, która znajduje się na małym rondzie i jest według mnie symbolem miasta.

Następnie poszliśmy do świątyni Wat Phra Kaew gdzie mieścił się kiedyś Szmaragdowy Budda, którego dziś można zobaczyć w Wat Phra Kaew w Bangkoku. Myślę, że ta świątynia była najlepsza spośród wszystkich. Znajdował się wykonany z gustem ołtarz z pomnikiem Buddy oraz malunkami i obrazami w środku. Uwagę przyciągały tu także czerwone filary ze złotymi wzorami, zdobione meble oraz szereg innych religijnych obiektów. Samo wejście do świątyni było otoczone egzotyczną zielenią i rzeźbami smoków prowadzącymi wprost do bramy głównej. Obok znajdowała się aleja pokryta zielenią gdzie w jednym z drewnianych domków mieściło się muzeum. Miejsce to wystawiało na pokaz szczególnie piękne pomniki Buddy, smoki, Ganeszę i wiele innych przedmiotów wykonanych z drzewa tekowego i szlachetnych kamieni. Niepodal znajdował się także basen będący domem dla żółwi ziemnowodnych i żółwiaków. Jeden z nich był szczególnie ogromny, chował się za zaroślami unoszącymi się na wodzie i cieszył oczy zwiedzających. W wielu świątyniach na terenie całego „buddyjskiego świata” znajdują się baseny gdzie mnisi hodują żółwie i za każdym razem jest to najbardziej odprężająca część świątyni. Obok basenu znajdowała się jeszcze jedna duża kaplica oraz złota stupa, gdzie wierni składali kwiaty lotosu przed obliczem Buddy. Świątynia Wat Phra Kaew w Chiang Rai była bardzo przyjemnym miejscem a bogata i umiejętnie wkomponowana roślinność i basen z żółwiami dawały jej jeszcze lepszy wyraz.

Chodząc po Chiang Rai dotarliśmy na bazar warzywny gdzie niektóre kobiety były ubrane w tradycyjne stroje dla wiosek górskich. W drodze do hotelu zliczyliśmy jeszcze dwie świątynie. Architektura była dokładnie taka jak opisywałem wcześniej, czyli w tym wypadku było to połączenie klasycznych świątyń jakie znamy z Bangkoku lecz z silnym wpływem stylu birmańskiego. Na dziedzińcu jednej z nich znajdował się duży pomnik złotego, tłustego Buddy, jakie widziałem wcześniej w Chinach. Inna miała bardzo masywną, rzeźbioną, czerwoną bramę oraz bogate w roślinność oczko wodne, za którym smoki siedzące na schodach wiodły do głównej kaplicy.

W pobliżu złotej wieży zegarowej usiedliśmy w jednej z wielu knajp na pieczoną kaczkę z rosołem i tak nas to rozleniwiło, że musieliśmy się zdrzemnąć. Zwłaszcza biorąc pod uwagę tropikalny, gorący klimat Tajlandii było to niezbędne. Po drzemce poszliśmy do biura turystycznego PDA oraz mieszczącego się na piętrze muzeum plemion górskich (the Hilltribe Museum). Jak mogłem się spodziewać był to pokaz obrazów i zdjęć przedstawiających tych ludzi oraz przedewszystkim duży pokaz przedmioów domowego użytku. Wszystkie były oczywiście ręcznej roboty oraz wykonane z tego co było dostępne w naturze. Powiedziano nam tu też o eksploatacji plemion górskich na porzeby masowej turystyki, choć ironiczne było, że osoba, która nam o tym opowiedziała chciała nas zabrać na wycieczkę za wygórowaną cenę 2200 bhat od osoby. Samo muzeum i ośrodek kulturowy były dobrym wstępem do naszej wycieczki dzień później, a w bilet o wysokości 50 bhat wliczona była filiżanka herbaty w restauracji na dole.

Przez resztę dnia spacerowaliśmy po mieście uciekając przed upałem w świątyniach a wieczorem poszliśmy też na nocny bazar na którym odbywało się przedstawienie i było mnóstwo pieniędzy do wydania na rzeczy ciekawe lecz raczej niepotrzebne.

Potem zmęczeni wróciliśmy do naszego pokoju bardzo niskiej klasy, który jednak zapewniał wymagane minimum. Tego wieczora monsun rozpętał się na dobre i woda w pewnych miejscach stała po kolana.

Wycieczka jednodniowa z Chiang Rai

Następnego dnia wybraliśmy się na wycieczkę na której mieliśmy zobaczyć plemiona górskie, piękno naturalne oraz Białą Świątynię. Pomimo deszczu cały dzień udał nam się znakomicie a wycieczka kosztowała nas 900 bhat od osoby wliczając w to transport, co było najważniejsze.

Biała Świątynia znajdująca się 10 km od Chiang Rai jest nowym projektem, który w 2011 roku nie był jeszcze dokończony. Mimo to, z powodu swojego wyszukanego stylu stała się bardzo popularna w krótkim tempie. Biała Świątynia pokryta jest misternie wykonanymi elementami, które sprawiają wrażenie ogniska oraz promieni słonecznych skierowanych w każdą stronę. Przynajmniej taka jest moja wizja tej czysto białej budowli choć inni opisując ją inaczej też mogliby mieć rację. Przed wejściem znajdują się wojownicy z mieczami oraz łuki na wzór ciosów słoniowych a dalej, za pomostem, znajduje się główne wejście. Mimo, że sam szkielet świątyni jest zbudowany w bardzo podobny sposób do tych w Bangkoku, to jednak bogato rozłożone białe ozdoby rozmywają jej pierwotny kształt. Sam ogród świątyni także wprawia w zadumę. Zaraz za trawnikiem i małymi stawami znajduje się miejsce gdzie widać ręce ludzi wystających nad ziemią. Jest to symbol grzeszników wciąganych na siłę do piekła i starających się wydostać na powierzchnię. Wewnątrz świątyni był oczywiście symbol Buddy lecz co bardzo niezwykłe, malunki na ścianach przestawiały palące się World Trade Centre oraz wiele czarnych charakterów z amerykańskich horrorów, takich jak: Terminator, Obcy, Freddie Kruger i kilku innych. Obok byli też namalowani ludzie w chmurach, którzy w spokoju podążali w stronę Buddy. Przesłanie polegało na tym aby uwolnić się od złego świata i aby znaleźć pokój i ukojenie w naukach Buddy. Biała Świątynia była piękna, miała głębokie przesłanie i wymaga też czasu. Poza terytorium świątyni były też rzeźby czaszek oraz czaszki jako ozdoby płotów.

Potem pojechaliśmy do wioski Karen położonej nad rzeką gdzie jeździliśmy pół godziny na słoniu (300 bhat). Ta wioska leży zaraz przy drodze, jest bardzo popularna i nie nazwałbym jej na pewno „odciętą od świata”. Z drugiej strony jest to bardzo przyjemne miejsce wśród pól ryżowych a słonie też są bardzo miłe lecz poza tym jest to czysta komercja. Myślę, że najbardziej opłaca się tu przyjechać aby zobaczyć ogromnego pytona tygrysiego (Molurus Bivittatus), który mieszka u jednej z pobliskich rodzin. Jest on monstrualny i fakt, że mogłem z nim przebywać przez jakiś czas sprawił, że zacząłem tęsknić za dusicielami, które trzymam w swojej sypialni.

Potem przejeżdżaliśmy przez wioskę Yao. Była to mała osada składająca się z kilku drewnianych domków otoczonych bananowcami. Niestety nikogo nie było gdyż wszyscy pracowali na polu ryżowym, dlatego pojechaliśmy do wioski Akha co było bardziej interesującym doświadczeniem i gdzie mieliśmy kontakt z ludźmi z tego plemienia. Wioska Akha była położona na wzgórzu, otoczona egzotyczną roślinnością i niedaleko rzeki. Zjedliśmy tu obiad na liściu bananowym w jednym z prymitywnych drewnianych domków przykrytych liśćmi palmowymi. Na podwórku dzieci bujały się na huśtawkach z bambusów a kobiety w tradycyjnych strojach wyrabiały ozdoby oraz ubrania. W jednej z zagród pomogłem też wyrabiać masło z koziego mleka, w popularnym do tego celu, XIX wiecznym kuble.

Następnie idąc około 40 minut poprzez bananowce, drzewa papai, palmy, oraz obserwując przyrodę i ludzi przy pracy, dotarliśmy do wioski Lehu. Wioska ta także była bardzo przyjemna i autentyczna w swoim wyrazie. Najpierw poszliśmy do małego muzeum kunsztu plemion górskich.  Znajdowały się tu głównie prymitywne narzędzia codziennego użytku oraz plemienna sztuka, a budynek z gliny w którym mieściło się muzeum bardzo dobrze pasował do reszty wioski. Następnie byliśmy w głównej osadzie gdzie oczywiście były domki z drewna, bambusa i liści oraz świnki bawiące się z dziećmi. Niestety zauważyłem tu nowocześność czyli wylany beton oraz niektóre domki pokryte blachą co odbierało oryginalności temu miejscu.

Naszym ostatnim zajęciem był 1km marsz z wioski Lehu do wodospadu Huai Mae Sai. Naszym przewodnikiem był tu bardzo biedny człowiek z wioski, który poprowadził nas na samą górę. Droga do wodospadu była przygodą samą w sobie gdyż musieliśmy chodzić po krętych, wąskich ścieżkach a czasem trzeba było się wspinać i przeskakiwać przez złamane drzewa i głazy. Wodospad natomiast sprawił mi ogromą przyjemność gdyż był piękny i żywiołowy. Składał się on z dwóch pięter oraz był otoczony roślinnością i skałami. Popływałem więc w naturalnym basenie a zimna woda dodała mi tyle energii, że wspinałem się po śliskich skałach na samą górę.

Po wszystkim, zmęczeni lecz szczęśliwi wróciliśmy do Chiang Rai.

Złoty Trójkąt

Złoty Trójkąt to miasteczko na północy Tajlandii o nazwie Sop Ruak, które stanowi granicę trzech krajów: Tajlandii, Laosu i Birmy. Jednak dla potrzeb turystyki według Tajlandii, Złoty Trójkąt to obszar na północy pomiędzy trzema miasteczkami: Mae Salong, Mae Sai i Chiang Saen, na styku rzek Ruak i Mekong, co rzeczywiście według mapy układa się w trójkąt. Rząd tajski określił obszar Złotego Trójkąta właśnie w ten sposób, sugerując, że nie wybiega on poza granice Tajlandii lecz prawdą jest, że „miastami Złotego Trójkąta” są również miasteczka przygraniczne w Laosie i Birmie oraz także obszar Wietnamu. Można powiedzieć, że nazwa jest dość ironiczna gdyż prawdziwe znaczenie „Złotego Trójkąta” pochodzi od największego w Azji płd-wsch obszaru produkującego opium i heroinę. To stąd do niedawna pochodziło najwięcej narkotyków lecz na początku tego wieku Afganistan wysunął się na pierwszą pozycję i został największym producentem heroiny na świecie.

W samej Tajlandii jednak, prawdziwe fabryki wyrobu heroiny i opium są „niewidzialne” , podczas gdy niektóre z nich rząd tajski reklamuje je jako atrakcję turystyczną gdzie można zobaczyć cały proces wyrobu. Oprócz tego Złoty Trójkąt to także nieco inna kultura i architektura Tajlandii, inny klimat i zupełnie inna przygoda.

Droga do Mae Sai

Moim celem było najpierw pojechać do Mae Salong lecz po przesiadce w Ban Basan, nie mogłem znaleźć transportu gdyż dzielone taksówki odjeżdżały tylko gdy były pełne ale tym razem niestety nie było pasażerów.  Wsiedliśmy więc do autobusu z głównej drogi i pojechaliśmy do dworca w Mae Sai. Z dworca do granicy z Birmą jest jeszcze 4 km dlatego wzięliśmy dzieloną taksówkę za 15 bhat od osoby.

Cała podróż, bezpośrednio z Chiang Rai do Mae Sai zajęłaby około 2h i kosztowałby około 40 bhat.

Mae Sai

(Opis miasteczka, jego atrakcji oraz jego popularności ze względu na przedłużenie tajskiej wizy)

Jest to miasteczko graniczne z Birmą i jednocześnie najbardziej wysunięte na północ miasto Tajlandii. Prosta droga prowadzi wprost do granicy, co sprawia, że nie można przegapić ogromnego, niebieskiego budynku prowadzące wprost do Myanmar. Gdy przyjechaliśmy, w kilku miejscach była powódź dlatego musiałem wybrać droższy hotel i w suchej części miasteczka udało mi się znaleźć pokój niskiej klasy za 250 bhat. Poza tym Mae Sai to sieć ogromnej ilości sklepów ulokowanych po obu stronach ulicy. Znajduje się tu wiele obrazów oraz zwłaszcza rzeźb; tajskich, birmańskich i chińskich. Jest to też świetne miejsce na kupno koszulek ze wszystkich okolicznych krajów oraz jedną ogólną, ze Złotego Trójkąta. Jeśli chodzi o knajpy to zdecydowanie polecam zdesperowane na remont boczne ulice gdzie można zjeść za kilka bhat. Polecam także fryzjera, dla którego równe obcięcie europejskich włosów nie było problemem gdyż na co dzień musi dawać sobie radę ze sztywnymi azjatyckimi.

Jako wyczyn dnia wdrapaliśmy się na najwyższą górę po tajskiej stronie gdzie znajdowała się świątynia, według mnie będąca połączeniem buddyzmu i hinduizmu. Znajdowało się tu bardzo dużo pomników Buddy i Ganeshy, pomnik słonia oraz nawet pomnik wielkiego skorpiona. Całość była oczywicie otoczona orchideami i inną egzotyczną roślinnością, choć myślę że punktem programu był tu widok na Birmę i jej złote pagody. Około półtora miesiąca wcześniej wróciłem stamtąd a teraz znowu zamierzałem się tam wybrać. Tym razem do miasteczka granicznego Tachileik.

Po przespanej nocy w naszym bardzi kiepskim hotelu, z samego rana poszliśmy do Tachileik w Birmie.

Mae Sai cieszy się także wielką popularnością z powodu „wycieczek wizowych”. Aby dostać tanią, tajską wizę z pozwoleniem na dwutygodniowy pobyt trzeba pojechać na chwilę do Birmy a potem tylko wrócić. Nowa tajska wiza kosztuje wtedy tylko 500 bhat. Jest to idealny układ, który sprawia, że turyści są szczęśliwi gdyż mogą dostać tanią wizę bez problemu, a Tajlandia i Birma czerpią z tego sporą część dochodu narodowego.

Transport z Mae Sai do Chiang Saen

Po powrocie z Birmy chcieliśmy się wybrać do kolejnego miasteczka Złotego Trójkąta, czyli Chiang Saen, jadąc wzdłuż granicy z Birmą i Laosem, lecz niestety była niedziela i nie było bezpośrednich autobusów. Wzięliśmy więc dzieloną taksówkę za 15 bhat do dworca w Mae Sai, oddalonego od miasteczka o 4km, a stamtąd tragicznym autobusem pojechaliśmy do Mae Chan. Ta część podróży zajęła 0,5h i kosztowała 25 bhat. Z Mae Chan wzięliśmy równie kiepski autobus do Chiang Saen (0,5h-30 bhat).

Chiang Saen

(Moje ulubione miasteczko w Złotym Trójkącie)

Chiang Saen to kolejne, bardzo przyjemne, małe miasteczko nad Mekongiem, z widokiem na Laos po drugiej stronie rzeki. To małe miasteczko jest też sławne w tajskiej historii jako miejsce gdzie w VII wieku zostało założone królestwo Lanna, potem przeniesione do Chiang Mai.

Dość szybko znalazłem pokój za jedyne 200 bhat za noc, czyli raczej nie wykosztowałem się. Na brzegu rzeki stały statki transportowe i wycieczkowe z Chin a wieczorem na brzegu cała promenada zamieniała się w restaurację na świeżym powietrzu. Zawsze wieczorem przychodziliśmy tu na świeżą, grillowanę rybę, wcześniej optaczaną grubą warstwą soli i faszerowaną bambusem, być może aby zabić zapach Mekongu. Na brzegu były też oferowane wycieczki łodzią do Laosu, Birmy oraz Chin w prowincji Yunnan. Jeśli ktoś chce się dostać do granicy z Laosem to jadąc wzdłuż Mekongu w kierunku wschodnim jest tylko 68km.

Najpierw zobaczyliśmy Wat Chedi Luang czyli piękną świątynię obok muzeum, która osadzona jest na filarach bez ścian i gdzie znajduje się bardzo efektowne oblicze złotego Buddy. Główny obszar do modlitw jest utrzymany w czerwieni, która pasuje do koloru cegieł a ołtarz oraz symbole religijne dookoła bardzo dobrze ze sobą współgrają. Obok znajduje się także wielka ceglana stupa owinięta pomarańczowym materiałem i porośnięta trawą oraz stragan z pamiątkami. Teren ten jest także popularnym miejscem spotkań mężczyzn grających w piłkę oraz pijących herbatę. Wat Chedi Luang było moim ulubionym miejscem w Chiang Saen. Obok było także Muzeum Narodowe Chiang Saen lecz niestety było nieczynne z powodu remontu. Obszedłem je tylko od zewnątrz aby spośród egzotycznej roślinności dostrzec wielką głowę „leżącego” Buddy pochodzącą z XIV wieku. Następnie poszliśmy do ruin antycznego miasta Wat Pa Sak (wejście 50 bhat). Na terenie parku znajdowało się kilka antycznych obiektów, podobnych do tych, które widziałem wcześniej w Si Satchanali i Sukhotai. Są to więc zazwyczaj hole ordynacyjne z ułamanymi filarami oraz wieloma pomnikami Buddy, ładnie wkomponowanymi w zieleń palm i bananowców.

Na terenie Chiang Saen jest jeszcze kilka innych, porozrzucanych nieregularnie antycznych stup, jak np.Wat Pong Sanuk.

Niezapomniany i także bardzo relaksujący był miejscowy bazar gdzie znajdowały się miejscowe przysmaki i obrzydliwości. Sprzedawano tu na przykład żaby, ryby wyglądające tak strasznie jakby wymagały egzorcyzmów, owady i świńskie ryje. Były też żółwie lecz na szczęście tylko po to aby Tajowie trzymali je w swoich ogrodowych stawach. Przy wejściu mieściła się przyjemna i bardzo tania herbaciarnia a na zewnątrz grillowane kurczaki. Jest jeszcze jedna potrawa w Azji, której nigdy nie jadłem gdyż mnie obrzydza. Są to bardzo popularne, zalężone kacze jaja powbijane na patyk. Nie powiem, lubię kaczki ale nabijanie niemowląt na patyk to dla mnie trochę zbyt dużo.

Wzdłuż rzeki najdują się jeszcze dwie interesujące świątynie, które mogą ciekawie wypełnić conajmniej godzinę. Obie są wykonane z jak największą starannością i obie mają dobrze wykonane pomniki słoni oraz lwów na wzór birmański.

Chiang Saen serdecznie polecam.

Sop Ruak (Złoty Trójkąt)

Sop Ruak jest tak naprawdę miasteczkiem Złotego Trójkąta gdyż w tej małej wiosce na styku rzek Mekong i Nam Ruak stykają się granice trzech krajów: Tajlandii, Laosu i Birmy. Przyjechaliśmy tu na motorowerze z Chiang Saen (tylko 8km) i była to miła, odprężająca wycieczka wzdłuż pól kukurydzy i wybrzeża. Jak mogłem się  spodziewać Sop Ruak to tylko wielki sklep z pamiątkami, głównie z Tajlandii i Laosu. Oprócz tego Tajowie wysilili się na budowę obiektu, którego nie można nazwać do końca świątynią. Był tu między innymi ogromny złoty Budda, wielkie słonie stanowiące bramę oraz marmurowy taras widokowy i kilka złotych ozdobników. Według mnie całość była pomnikiem kiczu a widok na Laos był dokładnie taki sam jak z Chiang Saen. Moim zdaniem jedyny powód dla którego warto tu przyjechać to tylko ten aby powiedzieć, że tu byłem. Z drugiej strony godzina na to miejsce wystarczy więc można zaryzykować, a przy okazji zrobić tanie zakupy.

Niedaleko Sop Ruak jest też House of Opium gdzie można zobaczyć cały proces wyrobu narkotyków, towaru z którego Złoty Trójkąt przecież słynie. Gdy ja tu byłem niestety było zamknięte dlatego na pocieszenie zerwałem papaję rosnącą dziko na polu i wróciliśmy do Chiang Saen.

Transport do Chiang Mai

Z Chiang Saen lokalnym autobusem do Chiang Rai gdzie zjedliśmy pyszny obiad w tradycyjnym, tajskim stylu. Stąd jazda do Chiang Mai zajęła nam 3h. Krócej niż w odwrotną stronę gdyż było z górki.

Chiang Mai

(Opis miasta i jego pięknych świątyń i atrakcji)

Chiang Mai jest stolicą północy, bez porównania bardziej zrelaksowaną niż Bangkok i z bardziej przyjaznym klimatem gdyż jest chłodniej. Największymi jego atutami są jego piękne świątynie i cały obszar starego miasta choć także małe sklepiki, księgarnie i zaciszne kawiarnie. Oprócz tego jest też tani masaż pod gołym niebem oraz zaciszne kawiarnie i interesujące zoo.

Jako wycieczkę poza miasto koniecznie polecam Doi Suthep.

Po przyjeździe na znany już nam dworzec wzięliśmy dzieloną taksówkę i za 60 bhat za nas oboje dostaliśmy się do Starego Miasta. Naszym lokum był Daret`s House gdzie za podwójny pokój zapłaciłem tylko 220 bhat. Pierwszego dnia tylko rozeznaliśmy się tylko w terenie, czyli chodziliśmy wśród murów Starego Miasta oraz otaczającej go fosy.

Następnego dnia rano poszliśmy zwiedzać najbardziej efektowne świątynie. Zobaczyliśmy ich mnóstwo i wszystkie były piękne oraz wszystkie łączyły te same elementy. Na terenie każdego z nich znajdowały się posągi Buddy, wysokie stupy, ogrody oraz posągi lwów i węży przed świątyniami. Poniżej omówię te najważniejsze:

-Wat Pra Singh; z 1345 roku, jedna z najsławniejszych i architektonicznie typowych dla stylu Lanna.

-Wat Chiang Man; czyli według przypuszczeń najstarsza świątynia wewnątrz murów Starego Miasta. Został ona zbudowana przez króla Mengrai w 1296 roku. Nawiasem mówiąc król Mengrai był założycielem Chiang Mai. Wewnątrz jednej z kaplic jest trzymany „kryształowy Budda”, który według legendy ma moc przyciągania deszczu.

-Wat Phan Tao; nie jest tak stara i zabytkowa ale posiada pięknie zbudowaną,  główną kaplicę z drzewa tekowego. Wielkim atutem jest tu także profilowany, kilkukondygnacyjny dach, zakończony złotymi hakami skierowanymi ku górze. Na głównych drzwiach jest ciekawa płaskorzeźba a wewnątrz znajduje się ładna kaplica.

 -Wat Chedi Luang; czyli moim zdaniem największa i najpiękniejsza świątynia wewnątrz murów Starego Miasta. Pierwszym obiektem, który zobaczyłem po wejściu była typowa świątynia łącząca w sobie styl znany wszystkim z Bangkoku z wpływami birmańskimi, w postaci smoków przy wejściu. W środku znajduje się też typowa dla buddyzmu kaplica do modłów z Buddą w środku. Jednak najlepszą częścią Wat Chedi Luang jest wyjątkowo ogromna i masywna chedi z 1441 roku, która była zniszczona przez pożar lub trzęsienie ziemi. Be względu na szkody i tak wrażenie jest ogromne, zwłaszcza że po pracach restauracyjnych możemy podziwiać posągi słoni i smoków. Odbudowa była zrobiona tak aby ogromna chedi nadal wyglądała na ruinę choć detale są wykonane z wielką starannością. Niestety nie można wejść po schodach na górę, a jedynie obserować z dystansu. Dookoła chedi znajduje się wiele nnych, mniejszych obiektów, i jednym który szczególnie polecam jest wielki posąg tłustego Buddy, który został wykonany jak postać z kreskówki.

Ze świątyni Wat Chedi Luang wybraliśmy się na przejażdżkę luksusową, terenową hondą za jedyne 100 bhat. Nasz układ z kierowcą polegał na tym, że w zamian za to, że nas zawiezie do paru pięknych sklepów i galerii, potem zobaczymy jeszcze dwie świątynie poza murami Starego Miasta i zapłacimy tylko 100 bhat. Było to dla nas najwygodniejsze wyjście z sytuacji i wspaniały sposób na spędzenie dnia.

Byliśmy np. w pięknej galerii biżuterii gdzie za akwariami morskimi znajdowały się wyjątkowo drogie lecz też wspaniałe wyroby sztuki jubilerskiej. Szlachetne metale były połączone ze szlachetnymi metalami w kształt zwierząt i statków oraz było wiele motywów z natury uwidocznionych w postaci naszyjników. Z tego co zauważyłem to Europejczycy są raczej biedną rasą. Oni tylko przychodzą aby pooglądać. Najlepszymi klientami byli tu bogacze z Peninsuli Arabskiej, którzy pozbywali się gotówki z szybkością płynącej ropy.

Innym miejscem była fabryka jedwabiu, która sładała się z dwóch części. W pierwszym budynku kobiety pracowały na maszynach o kilku rodzajach. Jedne odzyskiwały jedwab z kokonów i plotły je w nić a inne kręciły kołami i pedałami, tkając materiał. W drugim budynku był natomiast luksusowy sklep gdzie para jedwabnych skarpet kosztowała $25 a krawat $60. Były także garnitury, koszule oraz starannie wybrane do tej pracy, urocze Tajki. Rozumiem, że była to Tajlandia dlatego było i tak taniej niż w Europie, lecz jak na lokalne warunki był to kolejny sklep, z którego „ciekło złotem”.

Naszym ostatnim miejscem była galeria sztuki, głównie indyjskiej i perskiej. Znajdowały się tu wspaniale wykonane dywany, dziergane jedwabiem obrazy, antyczne meble z drzewa tekowego i różnego rodzaju wymyślne figurki. Uwagę moją najbardziej przykuł tu stół z drzewa tekowego i czterema krzesłami, powleczone rubinami i białym marmurem, za „jedyne” GBP6500.

Potem pojechaliśmy do naszych ostatnich dwóch świątyń tego dnia, znajdujących się poza murami Starego Miasta:

-Wat Jet Yot; to świątynia, którą najlepiej bym określił jako rząd białych stup o różnych wysokościach. Przewodnik mi powiedział, że świątynia ta jest podobna do świątyni Magabodhi w Bodhgaya, Indie. Obok była też tradycyjna świątynia gdzie akurat tego dnia było bardzo dużo mnichów. Podsumowując same stupy były warte zobaczenia choć dla kogoś kto przejechał już całą Azję nie było to nic nowego.

-Wat Suan Dok; według mnie nie jest najpieknięjszą jaką widziałem. Jest to zespół kilku chedi o ścianach z gołej cegły. Uwagę należy tu zwrócić na płaskorzeźby Buddy ulokowane na ścianach świątyń. Część z nich nie mają już głów lecz i tak jest to miły dodatek do kolejnych ruin. Na terenie świątyni Wat Suan Dok jest także buddyjski uniwersytet i kursy medytacyjne.

Kolejnego dnia w Chiang Mai poszliśmy do zoo. Za bilety musiałem niestety słono zapłacić gdyż cena białego człowieka to około pięć razy więcej. Samo zoo było bardzo interesujące. Było dużo kotów, misie koale, małpy, słonie do pogłaskania oraz pandy za osobną opłatą. Niestety utrzymanie pand i płacenie haraczu Chinom aby je mieć kosztuje tak dużo, że oglądanie ich jest kosztowne. Ostatni raz widziałem pandy w Chinach w 2006 roku. Na terenie zoo było bardzo dużo zwierząt lecz niestety dotarcie do nich było problemem gdyż zoo jest tak ogromne, że kursują w nich autobusy a jeśli nie ma się szczęścia, trzeba wspinać się pod górę.

Gdy wróciliśmy w okolicę Starego Miasta poszliśmy na nocny bazar, który obfitował w wiele atrakcji. Są tu knajpy na świeżym powietrzu z chamską obsługą oraz wiele straganów z koszulkami i wieloma pamiątkami. Deszczową atmosferę rozweselali tu transwestyci swoimi makijażami i wymyślnymi strojami. Z daleka wyglądali jak nadający się do przeżycia ale z bliska byli obrzydliwi. Tak czy inaczej widziałem tu piękną, tajską sztukę. Na bazarze były drewniane płaskorzeźby, żyrandole z kokosów, zdobione poduszki z motywami słoni, malowane szkatuły, wachlarze i wiele innych. Do domu wracaliśmy w deszczu a gdy wchodziliśmy do hotelu akurat przestało padać. W takim wypadku, aby miło zakończyć ten ciężki dzień, najpierw poszliśmy na lody a potem na masaż stóp pod gołym niebem.

W dniu naszego wyjazdu spędziliśmy cały dzień na zwiedzaniu wspaniałych świątyń na zewnątrz Starego Miasta. Niestety nie zapisałem ich nazw lecz motyw architektoniczny był ten sam. Wspaniałe dachy, kaplice z drzewa tekowego, piękne palmy i posągi zwierząt. Myślałem, że po przejechaniu większości Azji nic mnie już nie zaskoczy lecz Chiang Mai było wspaniałe. Poza tym byliśmy też w ładnym parku oraz fabryce zdobionych talerzy.

Doi Suthep

Zanim przejdę do opisu najpierw powiem o właściwym nazewnictwie. Doi Suthep to góra na której znajduje się świątynia Wat Phrathat Doi Suthep lecz nazywana jest ona po prostu Doi Suthep aby było krócej i łatwiej dla turystów. Świątynia Doi Suthep leży na górze oddalonej 15km od Chiang Mai i dla Tajów jest jednym z najświętszych obiektów religijnych. Ze świątynią jest oczywiście związanych wiele legend a każda kaplica i każdy jej element ma osobną. Generalnie uważa się, że pierwsza złota chedi powstała w 1383 roku a jej kolejne elementy powstawały potem. W samej świątyni znajduje się między innymi wiele złotych chedi oraz obiektów przypominających złote parasole. Interesujące jest także samo wejście, które ozdobione jest przez długie, zielone smoki lub węże, prowadzące do głównej bramy. Jest także kaplica białego słonia stanowiąca przedmiot popularnej legendy, sklep ze starymi banknotami oraz taras widokowy z którego przy dobrej pogodzie widać Chiang Mai. Zwłaszcza przy silnym słońcu efekt jest wspaniały gdyż odbija się ono o złote stupy pomarańczowe kafelki.

Doi Suthep jest bardzo popularne wśród pielgrzymów i turystów dlatego interes kwitnie tu w najlepsze. Można zjeść coś na szybko, kupić pamiątki oraz zrobić zdjęcia dzieciom przebranym w tradycyjne stroje ludowe.

Sama droga do światyni jest wielką przygodą. Jechaliśmy motorowerem zatrzymując się na chwilę przy wodospadzie a potem na najlepszym zakręcie z widokiem na Chiang Mai. W drodze powrotnej pora monsunowa nie znała litości. Jechaliśmy we dwójkę z małym dzieckiem na jednym motorowerze, a ostry deszcz „biczował mnie po mordzie” bez litości. Do tego było dużo ostrych i śliskich zakrętów i nie było się gdzie schować. Deszcz był tak mocny, że nawet gdy stanęliśmy na chwilę pod drzewem nie robiło to żadnej różnicy. Reasumując jednak była to wspaniała przygoda. Zarówno sama świątynia na górze jak i samo dostanie do niej.

Powrót do Bangkoku i jazda do Chiang Khong (granica z Laosem)

(Opis trasy oraz bardzo ciekawych rozmów, które odbyłem podczas podróży)

Do Bangkoku wróciłem tylko po to abym mógł odstawić kobietę i dziecko na lotnisko. Wyjechaliśmy z Chiang Mai około 6 wieczorem a w Bangkoku na Kao San Road dojechaliśmy na 5 rano. Przespałem się tylko do 12-tej a następne 5h jechałem zgięty w chiński paragraf. Jazda dała nam nieźle w kość dlatego ostatni dzień spędziliśmy na przyjemnościach. Byliśmy na paru świetnych masażach, sałatkach owocowych oraz nad rzeką z widokiem na Wat Arun. Następnego dnia o 5-tej rano pojechaliśmy minibusem na lotnisko aby odstawić moje kobiety a potem miałem jeszcze prawie cały dzień dla siebie w Bangkoku. Nie chciałem jednak tracić czasu gdyż byłem bardzo spragniony Laosu. W tym celu, po kolejnych, prawie dwóch dniach w Bangkoku jeszcze raz pojechałem na samą północ Tajlandii. Nie było bezpośredniego autobusu dlatego moja podróż składała się z kilku etapów:

Bangkok-Chiang Mai; 7.30pm-6am, 250 bhat

Chiang Mai-Chiang Rai; 3h, 263 bhat plus 40 bhat taksówką na dworzec

Chiang Rai-Chiang Khong 2h, 65 bhat.

Ten sposób jest najtańszy i najwygodniejszy i tylko taką trasę polecam. Pierwszy etap podróży był najcięższy i najbardziej męczący a drugi etap był bardzo ciekawy. Do towarzystwa miałem 48-letniego Niemca, który mieszkał w Tajlandii i mówił po tajsku. Odbyliśmy bardzo ciekawą rozmowę o żydach, o dobrych rzeczach które zrobił Hitler oraz o biznes holokauście.  Mówiliśmy także o inwazji islamu i krajów trzeciego świata na Europę oraz o Obamie, czyli wielkim oszustwie. Przyznam, że dawno już nie odbyłem tak miłej rozmowy gdyż nie często mam okazję rozmawiać z kimś kto ma tak trzeźwe spojrzenie na świat. (W drodze wyjaśnienia, mówiąc o dobrych rzeczach które zrobił Hitler, Niemiec miał na myśli odbudowę niemieckiej ekonomii, odbudowę przemysłu, i zlikwidowanie bezrobocia. Obydwoje byliśmy przeciwko wojnie i przeciwko ludobójstwu.) Niemiec bardzo lubił Polskę.

Podczas mojego trzeciego etapu podróży usiadł koło mnie czarny oraz jego biała kobieta z Australii. Unikałem kontaktu gdyż z punktu widzenia czystości rasowej taki związek jest nie do przyjęcia, lecz widziałem, że czarny miał wielką ochotę na rozmowę ze mną. Wkońcu nie wytrzymał i zapytał mnie jak mam na imię i skąd jestem…..i tak się zaczęło. Powiedział, że ludzie w Azji dziwnie na niego patrzą bo jest czarny a ja odparłem aby to go nie dziwiło gdyż na pewno myślą, że albo sprzedaje narkotyki albo wsadzi komuś nóż. Co dziwne zgodził się ze mną i powiedział, że rozumie stosunek wielu białych do czarnych. Powiedział, że mieszka w Australii i że sam ma dość czarnych lecz najbardziej nie lubi tego, że muzułmanie przypływają do Australii na bambusowych łodkach i zostają a potem są z nimi same kłopoty. Powiedział też, że Obama to dla niego tylko czarna, mówiąca kukła bez żadnej władzy.

Przyznam, że niektóre podróże są nudne. Nieraz jechałem autobusem przez tak ogromny kraj jak Chiny czy Indie i nie było się do kogo odezwać. Moja droga do Laosu była jednak bardzo, bardzo ciekawa. Nawet czarny mnie nie zawiódł.

Chiang Khong

Chiang Khong to małe miasteczko nad Mekongiem graniczące z Laosem. Znajdują się tam trzy interesujące świątynie z mieszkającymi u nich mnichami oraz jedna ulica ze sklepami gdzie wieloma biznesami zawładnęli Chińczycy. Po pożegnalnym posiłku w Tajlandii wsiadłem na łódkę i za jedyne 40 bhat dostałem się do Laosu.

Na tym kończy się moja 2-miesięczna podróż po tym pięknej Tajlandii. Polecam jedak ciekawą galerię Tajlandii w której zamieściłem aż 839 zdjęć ze wszystkich opisanych przeze mnie regionów.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan