Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Marcin Malik
Bunkier

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Wyszukiwanie
Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Search in posts
Search in pages
Wycieczki do Azji

Szpieg – book

Moje konto było wielokrotnie blokowane za publikowanie prawdy i konserwatywnych poglądów.

Facebook jest lewicową fortecą, która prawdę definiuje jako „mowę nienawiści”, a zdrowy rozsądek jako „dyskryminację”. Zdarzyło się nawet, że Facebook usunął wpis papieża emeryta Benedykta XVI, ponieważ był zbyt konserwatywny - czyli nie spełniał „standardów społecznościowych” Facebooka.

Ponadto Facebook regularnie usuwa „polubienia” z prawicowych stron internetowych i obniża je w wynikach wyszukiwania. Facebook teoretycznie „pozwala” na promowanie artykułów krytykujących propagandę homoseksualną i politykę antyimigrancką, ale jednocześnie ich nie promuje, gdyż liczba odwiedzin na takich wpisach jest zamrażana.

Najlepiej znane agencje wywiadowcze na świecie to: CIA, FBI, MI5, MOSSAD, KGB ..... i Facebook.

Dobrze się zastanów zanim podasz informacje o sobie na tym ważnym skrzydle CIA. Żyjemy w czasach, gdy nie trzeba brutalnie przesłuchiwać „wrogów rewolucji”, skoro istnieje urządzenie, dzięki któremu ludzie chętnie mówią co zrobili, oraz nawet co zrobią. Facebook wie z kim jesteś połączony, a jeśli jesteś naprawdę naiwny to zna też twoją rodzinę i numer rejestracyjny twojego samochodu. Dla tajnych służb Facebook jest spełnieniem marzeń.

Facebook to kopalnia, która wydobywa informacje o tobie zamiast węgla, i zarabia na twojej prywatności. Naprawdę nie ma już prywatności, a technologia staje się coraz bardziej niebezpieczna. Jak potwierdza milczenie w tej sprawie założyciela Facebooka, myślę że nawet jeśli usuniesz swoje konto FB, informacje o tobie pozostaną z nimi na zawsze.

Tym, którzy wątpią w „wolność słowa”, radzę nauczyć się, jak fałszować swój adres IP. Pierwszą zasadą jest to, że adres IP nie podróżuje z użytkownikiem, choć istnieją też inne sposoby. Jeśli ktoś jest „nietolerancyjnym rasistą” i chce napisać na FB, że: Anglicy są biali i tylko biali, że nie chce przekształcić Big Bena na minaret, lub że odbyt został zaprojektowany tylko do celów toaletowych, to lepiej zamieszczać takie komentarze poza swoim adresem, gdyż inaczej, jak czytałem: „dzielni mężczyźni w mundurach policyjnych nie mają problemu ze znalezieniem delikwenta, który promuje ekstremistyczny materiał”. Nawiasem mówiąc, nie jest to komunizm, ale „postępowa demokracja”.

Ponadto Facebook ma uzależniać. Szablon szybko przykuwa uwagę, pozwala ludziom narzekać na sprawy społeczne i polityczne, a ci którzy czują się samotni, mają własne społeczności na FB, co sprawia że nie czują się już tak samotni. Użytkownicy są nagradzani i karani, dlatego starają się zaprezentować jak najlepiej w oczach swoich społeczności. Nieświadomie otwierają drzwi policji, tajnym służbom i zagranicznym konsulatom wydającym wizy. FB i inne portale społecznościowe promują fałszywy, ulepszony obraz własnej rzeczywistości, za który użytkownicy chcą być podziwiani i nagradzani.

Marzenia kontra Rzeczywistość- na platformach społecznościowych.

Nie próbuj promować ulepszonego wizerunku samego siebie w Internecie, ponieważ gonisz nierealny sen, który może stać się strasznym ciosem psychicznym podczas pierwszego brutalnego kontaktu z rzeczywistością.

Zamiast tego radzę ci nuczyć się pracy manualnej, która rozwija myślenie i niezależność - (stolarstwo, budownictwo, hydraulika, zielarstwo), abyśmy nie mieli pokolenia idiotów, których cały świat kończy się na głupimi selfie i polubieniami na Facebooku.

Twitter to kolejna marksistowska platforma prowadzona przez marksistowskie śmieci; i dlatego moje konto na Twitterze zostało już zawieszone. Zasadniczo na Twitterze, kościół i biali ludzie mogą być obrażani do woli, ale z drugiej strony krytyka ruchów homoseksualnych i antyliberalne, nieglobalistyczne poglądy prowadzą do zawieszenia konta. Zauważyłem również, że zwłaszcza cytaty z Biblii na Twitterze są jak sól w oku.

Jeśli chodzi o kobiety, radzę im nauczyć się piec ciasta dla swoich mężów, zamiast napinać dupy na Instagramie. Media społecznościowe są również przeznaczone do odseparowania ludzi od prawdziwego społeczeństwa, ponieważ osoby, których uwagę stale przykuwają tablety, smartfony i komputery, nie mają czasu na interakcję z prawdziwymi ludźmi.

Wyrzuć smartfona, i używaj tanich tandetnych telefonów bez dostepu do internetu, a razem z nimi używaj tymczasowych kart SIM. Po tygodniu lub dwóch spal je i kontaktuj się przez następną jednorazową tandetę. Będziesz bezpieczniejszy i zachowasz prywatność. Gdyby kilka milionów osób tak zrobiło, smartfony byłyby darmowe, pod warunkiem długich kontraktów i podłączenia pod internet.

„Wolność słowa” w mediach społecznościowych nie jest wolna, prywatność jest jak złoty pył, i oficjalnie nie jest to ani komunizm, ani cenzura, ale „postępowa demokracja" polegająca na kontroli totalnej!

Miejsce na reklamę

Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i doceniałem także piękno oraz wartości naszej pięknej - Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Wymiana walut
Prognoza pogody
Relacje z wypraw

Tajlandia Centralna 2011

Napisał: Marcin Malik

Tajlandia Centralna 2011 – relacja z podróży

Wprowadzenie

Tajlandia Centralna to kolejna, niezapomniana przygoda, zazwyczaj odwiedzana w drodze na połnoc kraju. Niestety ten regoin Tajlandii jest bardzo zaniedbywany przez turystów. Zazwyczaj mając bardzo ograniczony czas, podróżnicy wybierają kilka świątyń w Bangkoku oraz kilka plaż. Potem jeśli starczy czasu, jadą na jedniodniowe wycieczki organizowane z Bangkoku i na tym kończy się ich marna wiedza na temat tego regionu.

Tajlandia Centralna to przede wszystkim historia, lecz także ze sporym  dodatkiem uroków naturalnych. W ciągu niewielkich nakładów czasowych można podziwiać antyczne stolice starożytnego Syjamu, poznać losy niewolników budujących most na rzece Kwai oraz pojeździć na słoniu i popływać tratwą. Są jeszcze inne ciekawe rzeczy do zobaczenia, jak na przykład zobaczenie bazaru na rzece i kilku wspaniałych wodospadów. Uważam, że Tajlandia Centralna jest na pewno o wiele bliższa kulturze i historii Tajlandii, przez co jest poważniejsza, wprawia w zastanowienie się i dokształcenie tego czym na prawdę jest ten kraj. W Bangkoku i na wyspach jest pięknie i przyjemnie lecz z drugiej strony są to w głównej mierze  „turystyczne fabryki pieniądza”. Z mojego doświadczenia uważam, że podróżnicy powinni zainwestować więcej czasu także i w ten region, a będzie to na pewno miało wpływ na głębsze poznanie kultury tego kraju.

Podczas mojej podróży po Tajlandii Centralnej widziałem następujące miejsca:

  • Bazar na rzece Damnoen Saduak.
  • Farma krokodyli i pokaz słoni w Samut Prakarn.
  • Kanchanaburi (most na rzece Kwai, muzeum Hellfire Pass, przejażdżka „Koleją Śmierci”).
  • Wodospady Erewan
  • Wodospad Sai Yok Noi, , jazda na słoniach i pływanie tratwą, gorące źródła Hindad (Hin Dat), jaskinia Krasae.

Bazar na rzece Damnoen Saduak

W Tajlandii jest wiele bazarów na rzece, w tym w Bangkoku i okolicach, lecz najpopularniejszym dla turystów jest Damnoen Saduak. Ten oddalony o 100km od Bangkoku bazar sprawia nie tylko frajdę lecz stanowi dobry obraz tajskiej kultury…i komercji. W wielkim skrócie bazar na rzece to wąskie i przepełnione łodziami kanały gdzie ciężko jest się skoncentrować na interesie gdyż jest ogromny tłok, hałas i mnóstwo towaru. Aby zaoszczędzić sobie bólu głowy choć także i pieniądze wziąłem jedniodniową wycieczkę z Bangkoku na której zobaczyłem także farmę krokodyli i pokaz słoni.

Po dojechaniu na miejsce najpierw przeszedłem przez mały bazar na stałym lądzie gdzie sprzedawcy pamiątek koniecznie starali się coś wcisnąć. Nie miałem jednak na to czasu dlatego po chwili wsiadłem do długiej i bardzo wąskiej łodzi, którą z wielką szybkością popłynąłem w kierunku bazaru na rzece. Płynąc przez wąski kanał widziałem ludzi mieszkających w drewnianych chatkach zbudowanych na drewnianych palach. Mieszkali oni w ten sposób, smażyli swoje jedzenie i robili pranie. Środkiem lokomocji były tu małe, wąskie, drewniane łódki przyczepione do pali koło ich domów. Droga do bazaru była bardzo dobrym sposobem na poznanie warunków życia lokalnej społeczności, a poza tym był to bardzo przyjemny rejs. Po około piętnastu minutach szybkiej i ciekawej jazdy po wodzie dotarłem na bazar. Najpierw ogarnąłem wszystko wzrokiem i zobaczyłem, że miejsce to było bardzo głośne i przepełnione ludźmi i towarem. Na marginesie Tajowie mają ogromny talent do mieszczenia ogromnej ilości rzeczy na bardzo małym obszarze, a bazar ten jest świetnym tego przykładem.

Po chwili wsiadłem na inną, bardzo wolną łódkę i wśród wielkiego tłoku innych łódek z których sprzedawano wszystko co możliwe oraz wśród sklepów na brzegu opłynąłem bazar dookoła w około 40 minut. Z chatek stojących na palach, zanurzonych w wodzie sprzedawano kapelusze, jedzenie, owoce, przyprawy, wachlarze, klejący się ryż zawinięty w liście bananowe jako szybką przekąskę i wszelkiego rodzaju szaszłyki z mięsem niewiadomego dla mnie pochodzenia. Każda potrawa była bardzo egzotyczna i kolorowa dlatego też kusiła turystów swoim wyglądem. Sprawiało to, że na bazarze na rzece każdy chce spróbować przynajmniej odrobinę wszystkiego. Wąskie łódki obijające się o siebie także wyglądały pięknie a zwłaszcza te, które były pełne egzotycznych owoców. Na każdym z końców łódki były ułożone owoce a po środku siedziała pani w wielkim kapeluszu z małym grillem i patelnią, która obsmażała owoce w przyprawach i zawijała w liście bananowe. Sprzedawcy na łódkach mieli trudniejsze zadanie gdyż wielu klientów oraz sprzedawców też pływało łódkami. Było to bardzo żywiołowe miejsce a handel tajskimi wyrobami kwitł w najlepsze pomimo zdecydowanych utrudnień. Podczas mojego rejsu gdy na przykład chciałem kokosa, pamiątek, mięsa z grilla czy jakiejś mikstury zawiniętej w liść bananowy, po prostu musiałem krzyknąć lub gwizdnąć, a stragan (łódka z towarem) przypływał do mnie. Nigdzie nie musiałem się ruszać gdyż towar sam do mnie przypływał. Dla kogoś kto jest tu pierwszy raz jest to tak niezwykłe miejsce, że niestety portfel sam się otwiera. Jednak niekoniecznie dla towaru co dla samej przyjemności transakcji oraz sposobu w jaki sprzedawcy podpływali do mnie w pośpiechu, w swoich okrągłych, spiczastych czapkach z liści. Kupowałem więc mało lecz często i za każdym razem sprawiało mi to przyjemność. Dobrze, że znalazłem czas na robienie zdjęć gdyż każdy mi coś wciskał i miałem mnóstwo nowych wrażeń. Poza tym był też niedaleko mały słonik oraz duże pytony tygrysie (molurus bivittatus) z którymi można sobie było zrobić zdjęcia. Nie pochwalam tego rodzaju interesu lecz to zdarzenie przede wszystkim obudziło moje uczucia gdyż zatęskniłem za swoimi gadami.

Po zejściu z łodzi zrobiliśmy jeszcze małe zakupy a potem pojechaliśmy na farmę krokodyli.

Farma krokodyli i pokaz słoni w Samut Prakarn

(Opis atrakcyjnego miejsca, które jest także celą tortur i śmierci dla zwierząt oraz parę słów o cenie Białego człowieka za wejście)

Farma krokodyli to zamknięty ośrodek na którym znajduje się kilka gatunków krokodyli oraz wiele słoni. Zoo to jest największą farmą krokodyli na świecie i tu po raz kolejny do mnie dotarło, że w Tajlandii wszystko można za pieniądze. Generalnie rzecz biorąc jest to bardzo przyjemne miejsce. Znajduje się wiele stawów z ogromną ilością krokokodyli, podzielonych na gatunki i rozmiary, egzotyczna roslinność, place zabaw, sklepy itd. Ciekawa była obserwacja wygrzewających się w słońcu oraz czających się pod roślinami na wodzie krokodyli. Jest też ogród z orchideami oraz wiele ciekawych modeli krokodyli. Z drugiej jednak strony jest to bezlitosne miejsce tortur i cela śmierci tych zwierząt, które na pozór wygląda jak bezpieczna oaza spokoju. Przypomnę, że w Tajlandii nic nie robi się dla przyjemności i tutaj absolutnie każda rzecz, wliczając uśmiech to interes. Ze skór krokodyli robione są torebki i portfele, a za życia są one używane do krokodylich zapasów gdzie są ściskane, przewracane i rzucane do wody i o podłogę. Tłumy turystów oglądają te widowiska z trybun, myśląc że jest to zabawa. Panuje także opinia, że farma krokodyli istnieje dla ich ochrony lecz przypomnę, że nie jest to azyl dla nich ale właśnie farma. Poza tym Tajowie są przekonani że aby pomóc ochraniać krokodyle, część trzeba zabić i przerobić na torebki oraz siłować się z nimi.

Innym interesującym wydarzeniem był tu pokaz słoni, który składał się z kilku części. Jednym z nich był mecz piłki nożnej podczas którego słonie były przebrane za piłkarzy i strzelały gole. Innym przedstawieniem był pokaz walki z ich użyciem, odniesiony do czasów starożytnego Syjamu. Istotne było tu podkreślenie jak bardzo ważną rolę spełniały słonie podczas całej historii Syjamu a potem Tajlandii. Bez zagłębiania się w proces tresury samo przedstawienie było bardzo przyjemne.

Przed pokazem słoni był też pokaz iluzjonisty, który pocił się aby coś nam wyczarować a przy wejściu można sobie też było zrobić zdjęcie z tygrysem, który wyraźnie nie był szczęśliwy, dlatego że musial pozować.

Cena za wejście na farmę krokodyli to kolejny, bolesny zgrzyt. Tajowie płacą tylko 60 bhat lecz cena Białego człowieka wynosi aż 300 bhat. Dlatego opłaca się przyjeżdżać z wycieczką gdyż firmy turystyczne wchodzą na innych zasadach i jest przez to taniej.

Jazda do Kanchanaburi

2,5h minibusem za 170 bhat od osoby. Za moje 4-letnie dziecko nie musiałem płacić.

Kanchanaburi

Kanchanaburi jest popularnym kierunkiem dla większości podróżników, który znajduje się niedaleko granicy z Birmą. Jest to bardzo małe miasto, którego atutami jest piękna przyroda, dżungla, wszechobecne drzewa palmowe oraz pola uprawne mango, papai, tabaki i trzciny cukrowej. Cała miejscowość jest także otoczona górami. Niestety to małe miasteczko jest teżdobrze znane z powodu mostu na rzece Kwai oraz pobliskiego muzeum, które w bardzo przejrzysty sposób opowiada historię okupacji japońskiej w Azji pł-wsch oraz historię budowy samego mostu. Oprócz tego jest kilka innych pamiątek po smutnej historii oraz wiele wycieczek oferowanych poza Kanchanaburi, które oferują zobaczenie pięknych wodospadów, przejażdżki słoniach i pływanie tratwą po rzece Kwai. na (Polecam też mój reportaż o Kanchanaburi z podróży do Tajlandii w 2004 roku)

Po przyjeździe szybko znalazłem pokój. Zamieszkaliśmy w bungalowie nad rzeką Kwai na terenie hotelu Blue Star za jedyne 150 bhat za noc. Stąd mieliśmy wszędzie blisko. Dookoła były knajpy i billard oraz co najwazniejsze 15 minut spacerem do głównych obiektów i około 2km do sławnego muzeum i mostu na rzece Kwai.

-W Kanchanaburi znajduje się słynny most na rzece Kwai znany też z filmu o tym samym tytule. Most został zbudowany w 1942 roku przez amerykańskich i brytyjskich jeńców wojennych znajdujących się w japońskiej niewoli. Biorąc pod uwagę bardzo burzliwą historię w tamtym czasie był on wiele razy bombardowany i odbudowywany. Japończycy planowali, że most oraz cała kolej w tym odcinku gdzie tory miały długość 425km będą zbudowane w pięć do sześciu lat lecz poświęcając około 100 000 jeńców z Ameryki, Europy i wielu krajów Azji zbudowano całe przedsięwzięcie w zaledwie jeden rok. Myślę, że most ten jest wielkim przeżyciem zwłaszcza dla tych, którzy widzieli film. Co ciekawe film był oparty na powieści ocalałego jeńca z Kanchanaburi, który tak na prawdę nie był jeńcem. Wiele faktów zostało zmienionych lub przekoloryzowanych a zdjęcia do filmu nie były nawet kręcone w Tajlandii ale na Sri Lance. Mimo to reklamowane w Bangkoku i na świecie wycieczki na “most na rzece Kwai” ściągają wielu turystów. Gdy wszedłem na ten sławny most, spoglądając na góry Myanmar (Birma) oraz obserwując rzekę i całe otoczenie, widziałem bananowce, egzotyczną roslinność oraz ludzi mieszkających na brzegu rzeki w drewnianych chatkach na balach. Z mostu jest ładny widok na dżunglę, słychać śpiewające ptaki oraz skrzeczące papugi. Natomiast sam teren przed mostem jest oczywiście bazarem gdzie można kupić pamiątki, owoce, kokosy i wiele razy odsmażane szaszłyki, po których robi się niedobrze. Bardzo mi się podobało, zwłaszcza że obiekt ten ma ogromną wartość historyczną. Sam most zaczyna się od ustawionych pionowo dwóch momb, przez które prowadzi czarna, żelazna przestrzeń z torami po środku. Miejsce to jest atrakcyjne o każdej porze dnia i nocy bo gdy po bazarowym zgiełku zapada zmrok, most jest podświetlany i następuje cisza. (W jednym z poniższych rozdziałów opisałem także Hellfire Pass i przejażdżkę „koleją śmierci” co łączy się z mostem na rzece Kwai.)

Innymi ciekawymi miejscami są dwa muzea znajdujące się zaraz koło rzeki Kwai. Są to Muzeum II Wojny Światowej i Muezeum Wojny Jeath. Stoi tu stara zardzewiała lokomotywa z samochodem na dachu, która służyła Japończykom do przewożenia amunicji. Było to tragiczne miejsce przedstawiające cierpienie jeńców budujących most na rzece Kwai. Muzeum to składało się ze zbioru figur, komentarzy i wyrywków z gazet z tamtego okresu, opisujących budowę mostu. Najbardziej uderzające były jednak dowody tortur żołnierzy japońskich na jeńcach oraz ich katorga przy tej morderczej pracy. Dobrze zbudowane modele osób podczas pracy dobrze oddawały horror tej części historii. W muzeum znajdowało się wiele pojazdów z tamtej epoki, części torów, modele żołnierzy japońskich pilnujących jeńców oraz jadących motorami i samochodami. Część muzeum znajduje się na otwartym powietrzu z bardzo dobrym widokiem na most na rzece Kwai. W drugiej części muzeum- Jeath było wiele plakatów z czasów wojny przedstawiających głównie zdjęcia kluczowych postaci tamtych czasów oraz ocalałych jeńców po powrocie do Tajlandii na uhonorowanie tego miejsca. Były tu między innymi zdjęcia Hitlera z Evą Braun, Goebblesa, Eisenhauera, Stalina, Jiang Khai Sheka i wielu innych postaci. Nie zabrakło też szkieletu po środku sali. Obydwa muzea były tragiczne.

Skrót JEATH jest skrótem pięciu krajów: Japan, England, America, Australia, Thailand, Holland. Na ścianach muzeum było wiele płaskorzeźb w pozycjach wojennych a na terenie muzeum także ciekawe figury z tajskiej kultury oraz świątynia Phra Thart Kwae Yai.

Z drugiej strony będąc dokładnym są dwa muzea Jeath War a jedno nazywa sie tak samo jak drugie aby zebrać więcej pieniędzy. Prawdziwe muzeum Jeath War to bambusowa chatka, która jest dokładną repliką tej w którym mieszkali jeńcy. W środku znajdują się zdjęcia z tamtych czasów.

-Następnym smutnym miejscem, które odwiedziłem był cmentarz Kanchanaburi znajdujący się w samym centrum miasta. Były tam groby blisko 7000 młodych mężczyzn, którzy umarli daleko od domu pracując skazani na pewną śmierć przez Cesarstwo Japonii. Byli to młodzi ludzie a każdy kamień grobowy opowiadał inną historię straconego życia. Wielu nie miało nawet okazji aby być pochowanym z godnością gdyż większość poległych przy pracy zostało zakopanych pod fundamentami mostu i w jego okolicach. Obok jest też zbudowany kościół katolicki postawiony przez ocalałych oraz dość efektowny chiński cmentarz.

Innym znanym cmentarzem o tym samym przesłaniu jest cmentarz Chong Kai, który jest rzadziej odwiedzany gdyż leży 4km od centrum Kanchanaburi a transport tam jest możliwy łodzią lub rowerem. Cmentarz też jest końcowym przystankiem wielu jeńców zamęczonych na śmierć gdzie leży około 2000 ludzi. Znajduje się tu także kościół i szpital.

Na sam koniec chcę powiedzieć, że będąc w Kanchanaburi spędziłem także bardzo miłe chwile. Oczywiście jest tu wiele tragicznej historii ale nie chcę aby ludzie zrozumieli mnie w zły sposób. Kanchanaburi nie jest tylko po to aby się zamartwiać. Spędziliśmy tu kilka dni w bardzo miły, radosny sposób, co pokażą moje kolejne rozdziały.

Wodospady Erewan

(Opis jednego z najpiękniejszych zakątków Tajlandii)

Jedną z bardzo popularnych wycieczek poza Kanchanaburi jest Park Narodowy Erewan, który jest jednym z najpiękniejszych parków w Tajlandii. Znajdujący się na 500km2 park jest pokryty dziewiczą dżunglą i wspaniałymi widokami, oraz co najważniejsze, wodospadem o siedmiu poziomach. W porośniętym drzewami parku znajduje się wydeptana ścieżka a po drodze są turkusowe wodospady oraz naturalne baseny w których można pływać. Widoki są iście rajskie. Woda w basenach jest początkowo zimna lecz z czasem stanowi przyjemną ulgę od gorącej pogody. W niektórych basenach znajdują się skały dlatego trzeba uważać a w innych są one ułożone na zasadzie jeżdżalni. Spędziłem tu większość dnia i nie miałem dość gdyż było tak pięknie. Baseny są oddalone od siebie czasem o spory kawałek i czasem trzeba było się wspinać. Biorąc jednak pod uwagę ograniczony czas, chęć zobaczenia każdego z basenów oraz upał i wilgotność, trzeba mieć kondycję. Powiedziałbym nawet, że woda opadająca ze skał do turkusowych basenów otoczonych drzewami, była lepszym zjawiskiem niż wiele plaż. W największych basenach są też ryby, które po wejściu zeskubują z ludzi stary naskórek. Należy się z tym pogodzić.

Jeśli chodzi o minusy tego wspaniałego miejsca to niestety jest ich kilka: wejście kosztuje 200 bhat a park zamykają już o 4 po południu. Także ostatni autobus do Kanchanaburi  za 50 bhat w jedną stronę odjeżdża o 4 po południu, a po wejściu do autobusu widać wielki niedosyt i żal na twarzach turystów, że już muszą wracać.

Jeśli jesteście w grupie radzę wynająć taksówkę z Kanchanaburi na cały dzień i zacząć bardzo wcześnie rano. Przypominam, że kierowcy należy zapłacić po powrocie do Kanchanaburi aby na pewno poczekał. Inną opcją, którą planuję zrobić następnym razem to wziąć ze sobą namiot i rozłożyć go w zaroślach. Przypominam jednak o jadowitych wężach dlatego trzeba się upewnić, że namiot jest szczelnie zamykany za każdym razem.

Tak czy inaczej wodospady Erewan to wyjątkowo piękne miejsce!!!

Cudowna jednodniowa wycieczka poza Kanchanaburi

Nasz kolejna wycieczka była wspaniała gdyż mogliśmy zobaczyć piękne zakątki Tajlandii w okolicach Kanchanaburi. Myślę, że wybrałem taką abyśmy mieli połączenie historii z pięknem naturalnym oraz chwilą relaksu w gorących źródłach. Odebrano nas z hotelu o ósmej rano a odwieziono wieczorem.

Zauważyłem też, że wycieczki całodniowe w Tajlandii Centralnej a potem północnej są nawet dwa razy droższe niż na południu. Powodem jest tu fakt, że Tajlandię południową odwiedza tak dużo turystów, że przynajmniej wycieczki mogą być tam tańsze. Nawet biorąc to pod uwagę i tak jest taniej pojechać z wycieczką, gdyż posiłek, transport i wszystkie bardzo drogie wstępy są wtedy wliczone. Samemu byłoby o wiele drożej.

Tego dnia zobaczyliśmy i doświadczyliśmy następujących atrakcji:

Wodospad Sai Yok Noi jest jednym z najpiękniejszych jakie widziałem, nawet biorąc pod uwagę wodospady Erewan. Składa się on z dwóch głównych, turkusowych basenów oraz żywiołowo spadającej wody ze skał. Najpierw przechodzi się przez stragany z jedzeniem a potem idąc przez mały las po wystających z wody betonowych blokach, można wejść na samą górę. Widok jest oczywiście zdumiewający gdyż wodospad Sai Yok Noi ma wysokość 10m a woda spływając po wielkich kamieniach wpada wprost do rzeki Kwae Noi. Obok wodospadu znajduje się też lokomotywa oraz tory będące pamiątką po „kolei śmierci”. Do wodospadu Sai Yok Noi można się także dostać koleją śmierci i trzeba wysiąść na ostatniej stacji o nazwie Nam Tok. Stamtąd są to już tylko 2km spacerem do wodospadu. Nie wiem tylko czy ta opcja się opłaca gdyż dla samotnych turystów wejście kosztuje 200 bhat a z wycieczką jest już wliczone.

Hellfire Pass jest obok mostu na rzece Kwai najbardziej dramatyczną i brutalną pamiątką II wojny światowej. Gdy Japończycy budowali trasę kolejową łączącą Tajlandię z Birmą potrzebowali ogromnej siły roboczej, którą zmuszali do pracy po 18h dziennie, jednocześnie katując ich na śmierć. W ten sposób pracę zaplanowaną na 6 lat Japończycy zbudowali tylko w rok. Hellfire Pass (przejście ognistego piekła) to jednak rzecz nietypowa i chyba najbardziej brutalna. Za pomocą młotków i innych prymitywnych narzędzi oraz gołych rąk, żołnierze zmuszani do tej katorgi przebili skałę o długości około pół kilometra i głębokości 26 metrów. Reguralnie pracowali także nocą i tylko przy świetle kilku latarek. Większość oczywiście umarła z wycieńczenia i chorób. Tego rodzaju kucia w skałach w drodze do Birmy było kilka. W przejściu są ułożone tory a na końcu stoi pomnik.

Muzeum Hellfire Pass to natomiast smutna pamiątka z budowy Hellfire Pass, opowiedziana za pomocą map, zdjęć i filmów. Pokazani byli wychudzeni, umierający budowniczy kolei, szałasy z bambusa w których mieszkali i szybkie tempo pracy. Była to bardzo informatywnie opowiedziana tragedia.

Całe to miejsce znajdowało się w ładnym parku z ładnymi widokami, u wejścia do dżungli. W muzeum był też taras widokowy na góry w stronę Birmy, gdzie byłem miesiąc wcześniej.

jazda na słoniach i pływanie tratwą to z kolei bardzo przyjemne doświadczenie. Gdy dojechaliśmy już czekał na nas słonik, którego najpierw poczęstowaliśmy bananami. Weszliśmy na niego z wysokiej platformy, moje kobiety usiadły na siedzeniu na jego plecach a ja na karku. Przez około pół godziny krążyliśmy po dżungli i przechodziliśmy przez rzekę. Potem wsiedliśmy na bambusową tratwę i płynęliśmy z prądem po rzece Kwai przez następne pół godziny. Na sam koniec były zdjęcia ze słoniem, podczas których przybierał on różne pozycje. Było bardzo miło.

gorące źródła Hindad (Hin Dat) to bardzo przyjemne miejsce gdzie spędziliśmy godzinę. Koło przepływającej rzeki, między drzewami, znajduje się parę basenów do których wpływa naturalna gorąca woda. Leczy ona podobno reumatyzm i kilka innych chorób lecz jej temperatura w niektórych miejscach była dla mnie nie do wytrzymania (45oC do 50oC).

Gorące źródła Hindad były odkryte przypadkowo w latach 40-tych przez Japończyków, którzy wypoczywali tu podczas pracy przy Kolei Śmierci.

jaskinia Krasae znajduje się zaraz koło stacji Wang Pho z której zaczęliśmy jazdę Koleją Śmierci. W jaskini tej jest duży pomnik Buddy oraz kilka mniejszych lecz mi najbardziej się tu podobały widoki na rzekę Khwae Noi i palmy, podczas gdy stałem na torach wysoko na ziemią. Sama jaskinia też jest interesująca lecz widoki i ułożenie torów nad klifem znacznie lepsze. Miejsce to jest także dobra okazją do kupna pamiątek.

przejażdżka „Koleją Śmierci” to jedna z największych ale także jedna z najbardziej rozsławionych atrakcji Kanchanaburi.Kolej Śmierci, także znana jako Kolej Birmy to odcinek kolejowy o długości 415km łączący Bangkok z Yangon. Cesarstwo Japonii zbudowało tą kolej poświęcając życie około 250 000 ludzi. Dziś jazda nią jest wielką atrakcją, która ściąga turystów z całego świata, choć dodam że nie jest to tylko pociąg turystyczny.

Bardzo dobrze wspominam moją przygodę na pokładzie Kolei Śmierci przez Przełęcz Ziejącego Ognia. Jest to kolej z czasów wojny, gdzie pociąg jedzie po torach osadzonych na żelaznym moście nad rzeką i przy klifie, który musiał być dodatkowo żłobiony aby pociąg mógł się zmieścić w zakręt. Były to wyjątkowo trudne odcinki dla niewolniczej siły roboczej. Niektóre momenty jazdy wydawały się jakbym jechał nad przepaścią i jakby za chwilę pociąg miał wypaść z torów. Była to bardzo przygodowa jazda niezwykłym pociągiem obkupiona niestety tysiącami istnień ludzkich. Ta krótka podróż pozwoliła mi na szersze zobaczenie rzeki Kwai oraz tego jak żyją ludzie na jej brzegu w swych drewnianych domkach na balach. Niektóre z tych domków to także dobrze wyposażone i zaciszne hotele dla turystów. Po drodze widziałem też pola kukurydzy, szkołę tresury małp i jeden z kilku miejsc jazdy na słoniach.

Cała wycieczka wysiadła po 15 minutach lecz my jechaliśmy aż 1,5h i wysiedliśmy dopiero na stacji po sławnym moście na rzece Kwai. Właśnie dlatego jechaliśmy tak długo, aby przejechać przez ten most!!!

Potem spędziliśmy czas nad rzeką, obserwując pokaz świateł i dźwięków koło mostu i wróciliśmy 2km spacerem do swojego taniego hotelu.

Kanchanaburi jest zdecydowanie istotnym elementem podróży po Tajlandii a fakt, że znajduje się blisko od Bangkoku ułatwia przyjazd nawet tym osobom, które nie mają zbyt dużo czasu. Kategorycznie odradzam jednak branie wycieczki jednodniowej z Bangkoku gdyż w ten sposób nie starczy czasu aby doświadczyć wszystkich atutuów Kanchanaburi i okolic.

(Polecam też mój reportaż o Kanchanaburi z podróży do Tajlandii w 2004 roku).

Transport do Ayuthai

Mogłem wziąć turystycznego minibusa z Kanchanaburi za 400 bhat od osoby lecz chciałem zaoszczędzić dlatego najpierw pojechaliśmy motorowerem bagażowym na dworzec a stamtąd do Suphanburi (2,5h-50 bhat). Potem pojechaliśmy minibusem do Ayuthai (1h-80 bhat).

To jeszcze nie koniec mojej wyprawy. Polecam dalsze czytanie, tym razem o Antycznych Miastach Tajlandii.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan