Marcin Malik
Wilcza Nora

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Rejestracja
Dzięki rejestracji otrzymasz możliwość komentowania oraz otrzymywania powiadomień o nowych wpisach na stronie. Aby się zarejestrować kliknij w ten link
Wyszukiwanie
Polityka prawdy
Wycieczki do Azji
Polub nas na facebooku
Miejsce na reklamę
Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i zawsze doceniałem piękno oraz wartości naszej wspaniałej, Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Prognoza pogody
Wyprawy

2010 Azja Centralna

Napisał: Marcin Malik

Wstęp

Zanim wyruszyłem w drogę musiałem się długo przygotowywać gdyż Azja Centralna jest regionem gdzie turystyka dopiero się rozwija. Przeczytałem wiele publikacji prasowych o tym jak podróżować i zdawałem sobie sprawę, że będzie ciężko, chociażby dlatego że na wielu odcinkach mojej trasy nie było transportu ani domów gościnnych i mówię tu o braku zorganizowanego transportu na dystansie od 100km do ponad 600km. Dla wielu podróżników a tym bardziej dla przeciętnych osób Azja Centralna była więc czarną dziurą na mapie świata gdzieś pomiędzy Rosją, Chinami a Afganistanem; oraz jednocześnie wyzwaniem dla tych, którzy lubią prawdziwą przygodę. Jest to nawet zrozumiałe gdyż kraje te są bardzo młode i powstały na nowo w 1991 roku po rozpadzie Związku Radzieckiego, po czym każdy zainstalował swoją własną dyktaturę i nie udzielał się na arenie międzynarodowej. O Azji Centralnej zrobiło się głośniej dopiero w 2010 roku gdy wybuchła wojna na tle etnicznym pomiędzy Kirgistanem a Uzbekistanem. W angielskiej prasie ukazały się wówczas artykuły na ten temat a brytyjskie MSZ zaczęło jak zwykle straszyć. Pomyślałem więc, że Azja Centralna była dla mnie wtedy wymarzonym kierunkiem i czułem, że nie mogłem już dłużej czekać. Poza tym, skoro w 2010 roku było ciągle tak mało wiadomo o tym regionie Azji, chciałem pojechać i przelać swoje wspomnienia i rady do internetu.

Posowieckie republiki Azji Cetralnej.

Posowieckie republiki Azji Cetralnej.

Moim celem było przejechanie czterech z byłych republik posowieckich oraz poruszanie się po antycznym Jedwabnym Szlaku a następnie pokonanie Trasy Pamirskiej i Doliny Wachańskiej jadąc wzdłuż Afganistanu. W porównaniu z Azją Południowo Wschodnią, gdzie turystyka jest bardzo dobrze rozwinięta Azja Centralna to rodzaj „twardego lądowania” gdzie nic na turystę nie czeka i co więcej, turysta musi zapracować aby zobaczyć i doświadczyć to czego chce. Jadąc poprzez step w Kazachstanie, górskie serpentyny Kirgistanu i Tadżykistanu oraz poprzez pustynię Kyzylkum w Uzbekistanie w końcu docieramy do wspaniałych, 1000 letnich zabytków oraz malowniczych pejzaży, które wynagradzają naszą ciężką podróż. Mówię tu o turkusowych jeziorach w trudno dostępnych częściach gór, o wodospadach, jurtach i stadach zwierząt pasących się na zielonych pastwiskach, o wyprawach konnych, antycznych miastach na Jedwabnym Szlaku, o niekończącym się pustym stepie oraz o wesołych ludziach. W tak oddalonych, wręcz samotnych częściach świata turysta nie spotka wielu ludzi a dla tych, którzy go zobaczą będzie na pewno powodem do długiej dyskusji. Jadąc do Azji Centralnej należy koniecznie wziąć namiot i lekki bagaż choć na trasie pomiędzy Kirgistanem a Tadżykistanem bardzo popularny jest też rower. Szczególnie Kazachstan (i Mongolia na marginesie też) jest wymarzonym kierunkiem do podróży na motorach, z uwagi na ogromne, płaskie i dzikie odgległości. Poza tym należy też „zabrać ze sobą” dużo cierpliwości gdyż albo będziemy czekać na autostop albo na busy i dzielone taksówki, które odjeżdżają tylko wtedy gdy są pełne. Niezbędna jest też znajomość rosyjskiego gdyż po angielsku nikt nie mówi. Z drugiej jednak strony nie należy popadać w panikę gdyż turystyka w Azji Centralnej rozwija się bardzo szybko a zwłaszcza w Kirgistanie w każdej wsi istnieje ministerstwo turystyki, które oferuje wycieczki oraz noclegi u miejscowych gospodarzy. Pamiętajmy też, że do Azji Centralnej nie jedziemy aby zobaczyć miasta gdyż te są nieciekawą, komunistyczną bryłą z dziurawymi chodnikami. My tam jedziemy głównie po daleką przygodę, po piękną przyrodę oraz po zabytki na końcu świata i tylko od nas i od siły naszego charakteru zależy czy tam dotrzemy czy nie.

Kirgistan - region Ala Archa niedaleko stolicy kraju Bishkek

Kirgistan – region Ala Archa niedaleko stolicy kraju Bishkek; bardzo dobry teren do pieszych wycieczek oraz zachęta do odwiedzenia Azji Centralnej.

Ludzie Azji Centralnej są muzułmanami pochodzenia tureckiego lecz z tego co zauważyłem islam w wydaniu tego regionu jest bardzo łagodny. Jest on związany raczej z kulturą kraju a nie z ekstremizmem. Kobiety nie zakrywają głów a w wielu głównych miastach chodzą one w stylu europejskim, co ma miejsce na przykład w Kazachstanie czy w Kirgistanie. Ważne jest aby zrozumieć, że islam nie jest religią jednolitą, co oznacza że wersja islamu w konkretnym kraju jest uwarunkowana przez jego kulturę a nie przez Koran. Innymi słowy islam w Kazachstanie jest zupełnie inny niż na przykład w Pakistanie.

Podrózując po Azji Centralnej po jakimś czasie na pewno bedziemy mieli dość szaszłyków i plova, które są specjalnościami regionu. W Azji Centralnej jednak mięso nie wychodzi z laboratorium jak to jest Europie zachodniej lecz z zielonych pastwisk górskich, dlatego jest smaczne i zdrowe. Gdy przychodzi czas gospodarz zabija barana, kroi mięso i wtedy cała wieś i polscy turyści jedzą szaszłyki. Barany są tam niezwykle ważne gdyż bardzo często stanowią podstawę majątku oraz warunek dzięki któremu można opłacić wesela w rodzinie. Koniecznie należy też spróbować napój kymyz czyli sfermentowane mleko kobyły. Jest bardzo cierpkie i paskudne lecz myślę, że dobre zwłaszcza na kaca gdyż od razu stawia na nogi. Lepszą wersją tego napoju jest szubat czyli mleko wielbłąda i myślę, że jest to napój przygotowujący na kymyz. Od niego należy zacząć. Innym dobrym napojem jest też kwas chlebowy.

Dobrym prezentem z Azji Centralnej jest dywan a każdy kraj i każdy region ma swój własny wzór. Ja kupiłem szyrdak, który jest specjalnością Kirgistanu i który serdecznie polecam.

Uzbekistan - na lokalnym bazarze w Nukus

Uzbekistan – na lokalnym bazarze w Nukus; w dalekim regione autonomicznym Karakalpakstan.

Warto też dodać, że Azja Centralna słynie z nieprzeciętnej biurokracji, co oznacza że podróż po tym regionie zaczyna się przez kupieniem biletu na samolot. Kirgistan jest zdecydowanie najłatwiejszy gdyż obecnie dostajemy wizę na lotnisku lecz ja w 2010 roku musiałem ją wykupić w ambasadzie. Z Kazachstanem poszło mi też w miarę łatwo ale musiałem napisać szczegółowy plan miejsc, który chciałem odwiedzić. Wiza do Tadżykistanu składała się z dwóch naklejek w paszporcie, dlatego że potrzebowałem osobną na region autonomiczny Górski Badachszan. Zdecydowanie najgorsza biurokracja jest w Uzbekistanie gdzie najpierw potrzebowałem płatnego zaproszenia od uzbeckiego przedstawicielstwa turystycznego a w samym kraju obowiązywał mnie obowiązek meldunkowy w każdym hotelu. Jeśli chodzi o Turkmenistan to powiem w skrócie, że podróż po tym kraju wymaga wpłacenia drogiego haraczu za każdy dzień oraz wypełnienia wielu męczących papierów; i nawet wtedy jesteśmy pilnowani przez cień, który nas nigdy nie opuszcza. Nie na darmo Turkmenistan jest zwany „Koreą Północną Azji Centralnej”. Poza tym Azja Centralna stoi też bardzo nisko na liście wolności prasy (halo Anglia) oraz bardzo wysoko na liście korupcji (halo Anglia). Przy okazji służę dobrą radą dlatego chcę powiedzieć, że jeśli turystę spotka coś złego w Azji Centralnej to nie należy iść na policję gdyż ta jedynie tworzy problemy (poprawność polityczna w Anglii) ale tylko do swojej lub zaprzyjaźnionej Ambasady. Policja w Azji Centralnej jest dobrze znana z wymuszeń pieniędzy.

Tadżykistan - otwarte przestrzenie

Tadżykistan – otwarte przestrzenie, spokój, powolne życie i jedna jurta po środku niczego. Region autonomiczny Górski Badachszan.

Kazachstan

Swoją podróż po Azji Centralnej zacząłem od Kazachstanu lądując w Almaty. Przed długi czas stolica południa, która była także moim ulubionym miastem była moją bazą gdyż jeździłem stamtąd na wycieczki do malowniczych góry, jezior i dolin. Zawsze w Almaty zostawiałem nadmiar bagażu gdy podróżowałem w odległe rejony kraju i tutaj zawsze wracałem aby zmyć z siebie brud, wyspać się i udać w kolejną wyprawę po tym kraju. Mieszkałem w akademiku za jedyne £4 za noc. Almaty jest byłą stolicą Kazachstanu, największym miastem w tym kraju oraz centrum ekonomicznym. Jest to także jedno z największych osiągnięć byłego imperium rosyjskiego pod względem położenia samego miasta. Almaty leży u podnóży Tien Szan co oznacza, że z wielu jego części można obserwować ośnieżone szczyty. Po kilku dniach tutaj przekonałem się, że jest to bardzo żywiołowe miasto, dobrze zaopatrzone i pełne pięknych kobiet. Mimo, że byłem w Azji Centralnej można było się tu często poczuć jak w Europie.

Na samym początku chciałbym polecić mój artykuł prasowy o Kazachstanie pt. Od stepu do szklanych wieżowców.

W Almaty zobaczyłem wiele ciekawych obiektów i betonowych placów z raczej z mało efektownymi pomnikami lecz moim zdaniem są miejsca, które w Almaty koniecznie trzeba zobaczyć. Jest to naprzykład Park Panfilova na terenie którego znajduje się Katedra Zenkova czyli interesująca cerkiew zaprojektowana w 1904 roku pamiętająca jeszcze czasy carskie. Katedra Zenkova jest w kolorze żółtym i została zbudowana w całości z drewna choć na to nie wygląda. Park Panfilova natomiast to miłe miejsce na odpoczynek, porcję lodów i jazdę na rolkach, co jest tutaj bardzo popularne. Spacerując po Almaty zrozumiałem, że tak naprawdę zwłaszcza w tej części Kazachstanu można poczuć się jak w Rosji. Wszyscy mówią po rosyjsku i jest dużo etnicznych Rosjan a do tego nazwy ulic i placów to między innymi: Puszkina, Gorkiego i niestety też Lenina. W tej części świata czułem się też komfortowo gdyż nikt nie zwracał na mnie uwagi z powodu ogromnej ilości Rosjan. Po krótkim czasie dotarłem do Łaźni Arasan co było kolejnym interesującym doświadczeniem. Były prysznice, basen z lodowatą wodą oraz bardzo drogi masaż. Wszystko by było dobrze gdyby właśnie nie cena masażu, który odłożyłem na przyszły rok w Azji południowo-wschodniej. W Łaźni Arasan dają zrelaksowałem się, wziąłem gorący prysznic pod wielkim ciśnieniem a na sam koniec wskoczyłem do lodowatej wody. Popularne jest też poprawianie krążenia poprzez biczowanie się łopatkami z liści.

Almaty - Katedra Zenkova w Parku Panfilova.

Almaty – Katedra Zenkova w Parku Panfilova.

Kolejnym miejscem i także jednym z moich ulubionych był Zielony Bazar czyli miejsce gdzie można było kupić wszystko od owoców i warzyw po pasty do zębów i tanie kebaby. Niestety w Kazachstanie robią dziadostwo gdyż do kebabów wkładają frytki by je bardziej wypełnić, jednocześnie dając mniej mięsa. Tak czy inaczej jest to najlepsze miejsce na tanie zakupy i jedzenie dlatego często tu wracałem. Nieopodal znajduje się także Centralny Meczet, największy w Kazachstanie i zbudowany z białego marmuru. Nie jestem największym fanem meczetów więc nie byłem tu długo choć zabawne było tutaj to, że miejscowe dzieci chodziły za mną w kółko powtarzając „Amerykaniec”, jednocześnie wytykając mnie palcami. Jest jeszcze jedno miejsce w Almaty o którym chcę opowiedzieć. Jest to popularny deptak blisko Zielonego Bazaru na którym znajduje się wystawa obrazów, najtańszy Internet oraz wielki dom towarowy Tsum. Radzę go odwiedzić nie tylko dla zakupów ale dla doświadczenia. Gdy tylko wszedłem, na parterze zobaczyłem lady z największą kolekcją telefonów komórkowych i innej elektroniki na świecie lecz nie to było tu ciekawe. Za ladami siedziały słodkie, skośnookie „kociaki” z długimi szponami, które udawały, że znały się na elektronice. Wyżej można kupić pamiątki narodowe, przymierzyć futrzane czapki i porozmawiać z kociakami na górze. Tak czy inaczej parter jest najlepszym doświadczeniem. Polecam.

Zaraz za Pałacem Republiki był znajdowała się kolejka Kök – Töbe. Wjechałem na sam szczyt skąd miałem ładny widok na Almaty oraz otaczające miasto góry. Na szczycie znajdowało się wiele stoisk z narodowymi pamiątkami, kilka karuzel i strzelnica oraz knajpa gdzie można było zjeść dobrego szaszłyka. Można tu spędzić czas w ciszy i spokoju, siedząc na ławce i patrząc na góry. Przyjemny był także Park Gorkiego czyli największy obszar rekreacyjny w mieście gdzie było między innymi zoo oraz akwen wodny z łódkami do wynajęcia.

Almaty - Zielony bazar;

Almaty – Zielony bazar; skośnooka kocica sprzedająca mięso.

Spędziłem w Kazachstanie cały miesiąc, przez cały czas podróżując po tym wielkim kraju i zobaczyłem wiele miejsc. Podróżowałem pociągiem na gapę gdyż w lecie po prostu nie ma biletów oraz podróżowałem autostopem i dzielonymi taksówkami. Spotkałem wielu niezapomnianych ludzi, wielu trzeżwych, wielu pijanych, zabawnych i skorych do brania łapówek. Zapewniam, że po Kazachstanie nie jest łatwo podróżować lecz ja przemierzyłem ten kraj i chciałbym przedstawić najciekawsze miejsca. Chcę też zaznaczyć, że do wszystkich miejsc do których pojechałem czasem miałem przygody w transporcie, ludzi piijanych z buziami pełnymi złotych zębów oraz jeszcze raz wódkę; zupełnie tak jak w Anglii dodają mleko do herbaty. Czasem na swojej drodze spotykałem dzikie wielbłądy a czasem byłem przez długi czas sam na drodze i musiałem rozłożyć namiot na stepie.

Moją pierwszą wycieczką z Almaty był wyjazd na Wielkie Jezioro Almaty czyli turkusowy, lodowaty zbiornik, otoczony górami i drzewami oraz osadzony na wysokości 2500m n.p.m. który zadziwiał swym pięknem. Gdy tu dotarłem był już wieczór i było zimno i wietrznie. Niestety czekała mnie jeszcze wspinaczka. Dystans około 7km pokonałem w około 5 godzin i było to jedno z najbardziej męczących doświadczeń mojego życia, tym bardziej że zrobiłem błąd i wybrałem stromą drogę wzdłuż rurociągu zamiast drogi okrężnej. Nawet pokonanie tysięcy schodów na górze Sri Pada na Sri Lance było lżejsze. Rozłożyłem swój namiot i zacząłem przygotowania do kolejnej nocy w górskich plenerach. Niestety zmarzłem tak bardzo, że obudziłem się o 5 rano gdyż nie mogłem spać z zimna. Przyszłym podróżnikom chcę doradzić, że Wielkie Jezioro Almaty jest punktem startowym wielu wypraw górskich, w tym wyprawy do jeziora Issyk-Kül w Kirgistanie. Jednak gdy ja tu byłem granica w tym miejscu była wciąż zamknięta z powodu napiętej sytuacji w Kirgistanie.

Wielkie Jezioro Almaty

Wielkie Jezioro Almaty, które jest dobrym przykładem tego, że wiele krajów w których byłem dobrze wygląda na zdjęciach lecz podróż po nich to już inna sprawa.

Wracając z jeziorą w stronę Almaty zatrzymałem się na farmie ptaków drapieżnych Sunkar. Treser trzyma tu orły, jastrzębie i sokoły i przeprowadza pokazy z ich udziałem o określonych godzinach. Przyszłym podróżnikom radzę zejśc z Jeziora Almaty o takiej porze aby zdążyć na pokaz gdyż jest to piękne doświadczenie. Poza tym hodowla ptaków drapieżnych jest blisko związana z kulturą Kazachstanu.

Inną wycieczką było jezioro Kapszagaj leżące 70km od Almaty. Jezioro było takie sobie. Można było popływać, zjeść szaszłyki na plaży i zrelaksować się. Jednak samo miasteczko Kapszagaj to betonowa posowiecka dziura o mocno przesadzonej nazwie „kazachskie Las Vegas” dlatego że rzeczywiście są tam kasyna. Wieczorem poszedłem do miasteczka Kapszagaj. Było to przyzwoite miejsce z bazarem i knajpą z szaszłykami. Zamówiłem więc jednego z kurczakiem i cebulą a dziewczyny w krótkich spódnicach i ładnymi dekoltami serwowały drinki przy rosyjskiej muzyce. Była to piosenka w stylu: jestem z Rosji, jestem bardzo pijany i zaraz dostaniesz po pysku. Szaszłyk i oprawa całego miejsca urzekły mnie. Był to bar w moim stylu.

Po tym jak poprałem i w końcu wziąłem prysznic w swoim parszywym hostelu, wyruszyłem na kolejną piękną, interesującą i pozbawioną jakiegokolwiek luksusu wyprawę. Wyruszyłem częściowo autobusem i częściowo autostopem do malowniczych jezior Kolsay czyli do jednych z najbardziej malowniczych miejsc w Kazachstanie. Lotem ptaka jest to tylko 110km od Almaty lecz po kazachskich drogach jest to aż 300km. Jeziora Kolsay leżą u podnóży gór Küngey-Alatau i stanowią początek wielu interesujących wypraw, wliczając w to wyprawę do jeziora Issyk-Köl w Kirgistanie. Wszystkie trzy jeziora Kolsay leżą na rzece Kolsay na wysokości od 1800 do 2850m n.p.m. i jest to jeden z najbardziej malowniczych obszarów piękna naturalnego Kazachstanu bez narażania się na wielkie koszty. Odbyłem tutaj marsz poprzez góry a noc spędziłem w moim namiocie nad drugim jeziorem, koło pasących się koni. Po drodze spotkałem też młodych Kazachów, którzy byli bardzo ciekawi skąd byłem i bardzo poważnie mnie zapytali czy podoba mi się Borat więc ja musiałem zrobić jeszcze poważniejszą minę i powiedziałem że nie. Za dobrą odpowiedź dostałem kawałem pieczonego barana. Co najważniejsze jednak widoki były piękne. Góry pokryte były częściowo drzewami, widziałem zielone jezioro, rzekę oraz jurty i pasące się zwierzęta. Tutaj czułem się szczęśliwy, mimo że byłem biedny.

Drugie Jezioro Kolsay.

Drugie Jezioro Kolsay.

Bardzo dobrze wspominam także kanion Czaryn choć także sam transport do niego. Gdy wróciłem jezior Kolsay do Saty stanąłem na pustej drodze i było juz niemal pewne, że będę miał ciężką noc. Zapadał zmrok i nie mogłem znaleźć żadnego autostopa lecz w końcu pojawił się dobry Jeep. Po około 1,5h jazdy wysadzili mnie na drodze po środku stepu gdzie była tylko jedna rzecz. Była to tablica z napisem „Szarynskij Kanion 10km”. Ruski pokazał mi ręką, że to tam i tylko prosto i wyruszyłem sam w głąb stepu. 10km to podobno mało lecz idąc przez pustkowie każdy kilometr działał na wyobraźnię i nigdy nie ma się pewności czy idę we właściwym kierunku. Do tego po około pół godziny zapadł zmrok i musiałem rozbić namiot na stepie. Rano wstałem po mojej pierwszej ciepłej nocy lecz kamienie pod plecami czułem jeszcze przez kilka godzin. Przebudzenie miałem niezbyt efektowne lecz garstką wody doprowadziłem się w miarę do siebie, spakowałem swój dobytek i ruszyłem w drogę. Dodam, że moja noc była bardzo deszczowa i wietrzna dlatego musiałem raz wstać w nocy aby poprawić namiot i to tyko po to aby mi nie padało na głowę. Po około godzinie marszu zobaczyłem przed sobą kanion Czaryn. Dotarłem!!!

Kanion Czaryn jest jedną z największych atrakcji turystycznych w okolicach Almaty i wiele agencji turystycznych chciało mnie tu zabrać za pokaźną sumkę choć ja wolałem jak zwykle dostać się tu na własną rękę i zaoszczędzić. Kanion Czaryn nie jest tak wielki jak Wielki Kanion w Ameryce lecz jest wart odwiedzenia. Powstał on gdy rzeka Czaryn bardzo szybko spływała z Tian Shan i wyżłobiła kanion o głębokości 150-300m oraz ciekawe formacje skalne zwane Doliną Zamków. Gdy się tu dostałem przede wszystkim byłem szczęśliwy że mi się udało, co było przygodą biorąc pod uwagę to w jaki sposób to zrobiłem. Moja wyprawa wewnątrz kanionu była nieco dramatyczna gdyż zgubiłem się i zabrakło mi wody lecz musiałem zachować zimną krew. Były momenty gdy miałem już dość mojej podróży lecz w końcu udało mi się wydostać na powierzchnię. (Jeśli ktoś znajdzie się w mojej sytuacji radzę kierować się do wież wartowniczych na szczycie kanionu).

Kanion Czaryn.

Kanion Czaryn. Mój marsz przez step w kurzu i słońcu przyniósł mi nagrodę w postaci pięknego fenomenu natury.

Moim następnym celem było miasto Szymkient gdzie nie było specjalnych atrakcji oraz pięknej natury lecz i tak bawiłem się dobrze. Wynająłem pokój na dworcu kolejowym za marne grosze dlatego, że tylko na taki było mnie stać. Nawet w nocy słyszałem pisk żelaznych kół oraz zapowiedzi pociągów lecz cena pokoju była na prawdę niska. Jeszcze tydzień i znałbym cały rozkład w kierunku Mongolii. Byłem tu w kilku parkach z zardzewiałymi karuzelami, widziałem meczet, ludzi z dziećmi oraz byłem też w muzeum gdzie znajdowała się część ku chwale Związku Radzieckiego. Na marginesie w Kazachstanie taka jest już tradycja, że w każdym muzeum jest posowiecki sentyment, który należy kochać.

Poza tym Szymkient stanowi dobrą baze wypadową do kilku ciekawych miejsc. Jedną z wycieczek, którą zorganizowałem była wizyta w miasteczku Sayram leżącym 10km od Szymkient. Jest to mała wioska zamieszkana w całości przez Uzbeków i jedno z najstarszych osad ludzkich w Kazachstanie. Sayram ma około 3000 lat i było jedną z przystani handlowych na Jedwabnym Szlaku zanim Szymkient zaczął istnieć. Dlatego właśnie znajduje się tutaj wiele ciekawych zabytków, z których jeden pochodzi nawet z X wieku.

Pojechałem też do Rezerwatu Przyrody Aksu-Dzhabagly gdzie spędziłem dwie noce w namiocie oraz gdzie wybrałem się na całodniową wyprawę konną w góry. Aksu-Dzabagly to jest jednym z najpiękniejszych i najbardziej malowniczych miejsc w Kazachstanie. Ma on 1319m2, leży na granicy z Uzbekistanem i jest domem wielu gór i rozległych dolin. Gdy tylko wsiadłem na konia ruszyliśmy w stronę rezerwatu. Przede mną było pole i góry w tle. Najpierw mijaliśmy pobliskie domki i jurtę, potem przechodziliśmy przez rzekę i szliśmy pod górę. Mijaliśmy rozległe doliny pooddzielane strumykami i mieliśmy piękne widoki na ośnieżone szczyty i lodowce często przykryte mgłą. Warto też dodać, że we wsi Dzabagly jest wielu oszustów i tych którzy chcą wielkich pieniędzy za wstęp dlatego należy najpierw iść do biura parku („zapowiednik„) dlatego, że wszyscy agenci i tak sami idą przez to biuro. Jeśli chodzi o miejsce do spania to należy spytać u gospodarzy lub rozłożyć namiot wśród pasących się owiec i kąpać się w rzece.

Następnie poprzez Szymkient dotarłem do Turkistanu, który jest jednym z napopularniejszych miejsc pielgrzymek religijnych w Azji Centralnej lecz także miastem zainteresowania turystów. Znajduje się tu między innymi wielkie mauzoleum z XIV wieku zbudowane przez Timura. W tamtych czasach Turkistan był porównywany ze wspaniałościami Samarkandy (Uzbekistan) a dziś pod względem antycznej architektury nie ma sobie równych. Można tu podziwiać wielkie mauzoleum ze wspaniałym wykonaniem kafelków na nim oraz w tym samym stylu ozdabianą kopułę i minarety. Najpierw jednak musiałem znaleźć tani hotel gdyż po ostatnich dwóch ciężkich nocach na baranim pastwisku i po całym dniu w siodle musiałem najpierw dojść do siebie. Najpierw przespałem się dwie godziny a potem wykąpałem się i poprałem. Poza tym gdy tylko wszedłem na teren hotelu, szefowa najpierw wskazała mi prysznic więc pewnie wyglądałem i pachniałem dość kiepsko. Hotel był najtańszy i najgorszy z możliwych lecz miał łóżko, prysznic, kibel (zasraną dziurę w podłodze) i wspaniałą lokalizację blisko mauzoleów.

Turkistan - na tle mauzoleów z orłem.

Turkistan – na tle mauzoleów z orłem.

Gdy doszedłem do siebie w miejscowym hotelu wyruszyłem w dalszą drogę. Niestety latem w Kazachstanie brakuje biletów pociągowych dlatego musiałem jechać albo na gapę albo musiałem dawać łapówki przewoźnikom. Tak było gdy jechałem do Aralska, daleko na stepie gdzie nawet ptaki nie chcą już latać. Wtrącił się tu chudy sprzątacz z czarnymi zębami, który powiedział, że jeśli mu zapłacę 4 tysiące to dojadę do Aralska lecz gdy pokazałem mu środkowy palec zmienił wersję na 2 tysiące. Powiedziałem o tym jego szefowej na co on zareagował głupim uśmiechem i wywaleniem czarnych zębów na światło dzienne. Dałem mu 1000 lecz musiał oddać szefowej 500 tenge a ja byłem na tyle bezczelny, że poprosiłem o kolejne 500 lecz chudy już nie miał tej kasy bo przepuścił na używki. Gdy otworzyli drzwi na stacji gdzieś na stepie po prostu nie wysiadłem. Przestałem na siłę między wagonami około 0,5h po czym zmienili front. Szefowa zaprosiła mnie do swojego pokoju na zieloną herbatę i kawał arbuza podczas gdy chudy szorował wagon. Odbyliśmy rozmowę o życiu w Kazachstanie i w Europie oraz o zarobkach i cenach. Wieczorem wskazała mi moją pryczę i dała pościel a o 6 rano ubudziła klapsem w tyłek aby mi powiedzieć, że o 7 dojedziemy. Podziękowałem lecz ona odparła żebym nie dziękował tylko jej zapłacił. Wyszło tak, że jej pachołek z czarnymi zębami, który równo jej lizał tyłek przez całą drogę musiał jej za mnie dać 1000 tenge a ja jej jeszcze dałem kolejne 1000. W końcu dotarłem do stacji o nazwie „Morze Aralskie” tylko, że morza już dawno tu nie było.

Zauważyłem też, że ludzie są bardzo dobrze przygotowani do życia w pociągu. Kąpią się, przebierają, mają pidżamy, swoje talerze, sztućce i nawet czajniki do rozlewania herbaty. Tak czy inaczej zawsze jest wesoło a pociąg to miejsce poważnych dyskusji o życiu, ekonomii, o Polsce, o kobietach i o wódce. Skarżyłem się, że moja podróż pociągiem trwa wieczność bo aż 12h a oni odparli, że ich podróż z Atyrau do Almaty trwa aż 72h. Kazachstan to ogromny kraj i niestety potrzeba aż trzech dni na przejechanie z jednego końca na drugi. Często podróż z punktu A do B oznacza jazdę jak z Polski do Niemiec przez Węgry, dlatego że torów jest za mało. Czasem też tory biegną przez sąsiednie kraje dlatego radzę turystom dokładnie się dowiedzieć o trasę przed kupnem szczęścliwego biletu.

Pusty kazachski step.

Pusty kazachski step.

Gdy wyszedłem na stację w Aralsku najpierw zobaczyłem mozaikę przedstawiającą Lenina pozdrawiającą rybaków, następnie łódkę na pedestale, pomnik rybaka trzymającego rybę, ogrodzenia w kształcie kotwic, potem też zardzewiałe kutry rybackie na piachu i ruiny fabryk przetwórstwa rybnego……….lecz niestety nie było morza. Kiedyś Aralsk zaopatrywał w ryby cały Związek Radziecki i jeszcze eksportował natomiast dziś to niegdyś tętniące życiem miasto zamieniło się w pustynię gdzie panują choroby i smutek. Na samym początku chcę zaznaczyć, że katastrofa Morza Aralskiego była spowodowana celowo przez Rosjan i już wiele lat wcześniej Sowieci wiedzieli, że Morze Aralskie może zniknąć. Nieobliczalna chciwość Sowietów była tak ogromna, że gdy powstawał cały plan ekolodzy zastraszani przez aparat partyjny Związku Radzieckiego stwierdzili, że Morze Aralskie jest tylko błędem natury i nie było potrzebne. Morze Aralskie w latach 60-tych było czwartym największym jeziorem świata o łącznym obszarze 68000 km² oraz maksymalnej głębokości 61 metrów i 1% zasolenia. Żywotność ogromnego jeziora zapewniały rzeki Amu Daria na południu i Syr Daria na płn-wsch, oraz wody z gór Tien Shan i Pamiru. Jednak w latach 60-tych reżim sowiecki zadecydował, że rzeki Syr Daria i Abu Daria będą miały zmienione kierunki. Zaczęto więc budować kanały nawadniające, które miały zalewać pustynie w celu nawadniania upraw ryżu, melonów, zbóż oraz bawełny, czyli tak zwanego ”białego złota”. Niestety kanały nawadniające były zbudowane tak nieudolnie, że większość wody była marnowana gdyż wysychała na pustyni. Co prawda dziś Uzbekistan jest światowym eksporterem bawełny lecz tylko 12% kanałów jest wodoodpornych co oznacza że 88% nie dociera nawet do pól. W końcu w roku 1986 Sowieci zrezygnowali z budowania kanałów lecz było już za późno gdyż dziś pozostało tylko około 10% oryginalnej powierzchni Morza Aralskiego z ogromnym zasoleniem i maksymalnej głębokości około 42 metrów. Niegdyś ogromne Morze Aralskie dziś podzieliło się na skromną pólnocną część (Kazachstan) i małą południową (Uzbekistan). Płd-wsch część jeziora zniknęła a zachodnia część uciekła na wąski skrawek. Prawie całe życie dookoła Morza Aralskiego zostało wytępione gdyż wszystkie ekosystemy są zanieczyszczone solą oraz odpadami toksycznymi. Dziś około 200.000 ton soli i piasku jest unoszonych przez wiatr na około 300km każdego dnia. Sól zabija tereny które mogłyby się nadawać pod uprawę lub na pastwiska dla zwierząt, co sprawia że w miejscu gdzie kiedyś kwitło życie dziś jest obszar jak po wybuchu bomby atomowej. Zimy są też przez to zimniejsze a lata gorętsze. Co prawda ludzie i tak hodują owce, wielbłądy i konie lecz kupcy mięsa i mleka wiedzą, że ludzie z obszarów byłego Morza Aralskiego są zdesperowani na zarobek i dlatego są wykorzystowani do maksimum gdyż bezrobocie w rejonie Aralska wybosi aż 50%. Jednak co ciekawe w Aralsku zaproponowalii mi wynajęcie pokoju „z widokiem na morze”.

Polecam mój obszerny artykuł pt Katastrofa Ekologiczna Morza Aralskiego w którym dokładnie opisałem całe zdarzenie. Do tematu tragedii Morza Aralskiego wróciłem ponownie podróżując po Uzbekistanie gdy byłem we wsi Moynaq.

Aralsk - kutry rybackie na byłym brzegu.

Aralsk – kutry rybackie na byłym brzegu. Na dalszym planie ruiny fabryk przetwórstwa rybnego.

Moim następnym celem było Lepsy i jezioro Balhasz. Niestety Lepsy nie zrobiło na mnie wrażenia. Ta mała, wyglądająca na opuszczoną dziura przywitała mnie całkowitym wyludnieniem i dworcem jakby przeszła przez niego zaraza. Na prawo od dworca był też rozpadający się kibel. Ludzie wystawili głowy z odjeżdżającego pociągu i pytali: „Co ty chcesz robić na takim pustkowiu?” lub patrzyli na mnie i mówili: „wariat”. Nie wiedzieli jednak, że ja kocham tego typu miejsca. Szedłem więc wzdłuż stepu, po dziurawej drodze i po przejściu 2km w końcu ktoś się zatrzymał. W końcu dojechałem do czwartego największego jeziora Azji czyli Balhasz. Miejsce to jest popularnym punktem wypoczynkowym mimo, że woda jest bardzo zimna a akurat tego dnia wiatr był bardzo porywisty. Każdy przywozi ze sobą namiot, kiełbasę, ogórki oraz wódkę a wieczorem wracają do siebie. Niestety nie mogłem być tu sam bo ludzie byli bardzo mili, częstowali mnie jedzeniem i chcieli się też dowiedzieć co słychać w dalekim świecie. Po standardowych pytaniach wszyscy bardzo się dziwili, że nie boję się sam podróżować po ich kraju, i że interesuje mnie Kazachstan. Wcześniej także, gdy podróżowałem pociągiem i łapałem autostop wszyscy się bardzo dziwili, że się nie boję. Rozmawialiśmy oczywiście o pieniądzach i o tym ile oni zarabiają a dziewczyny słuchały, nakrywały stół, ładnie kręciły pupami i pokazywały mi zawartość dekoltu podając zupę baranią. Był to serwis z uśmiechem. W międzyczasie rozmawialiśmy o pieniądzach, interesach i moich podróżach. Dziewczyny koniecznie chciały sobie ze mną zrobić zdjęcie. Myślałem, że tylko staną koło mnie i ładnie się uśmiechną lecz one oparły się o mnie przyjmując pozycję ”do kopulacji” i kładąc mi piersi na plecach. Po kilku kieliszkach jeden facet spytał czy Rita (dobry tyłek, cycki nawet niezłe) mi się podobała. Odparłem, że jasne a on na to odpowiedział że może mi ją przysłać do Anglii. Powiedziałem, że mam już stałą kobietę choć jest ona astronomicznie droga w utrzymaniu, na co on odparł że Rita będzie mnie kosztowała 10 razy mniej i spełni wszystkie moje życzenia.

Mój pobyt nad jeziorem Balhasz był więc niezapominany, mimo że woda była zimna a wiatr mi zerwał namiot. Spotkałem bardzo miłych ludzi, którzy potem nawet podwieźli mnie do nieciekawego miasta o nazwie Taldyqorghan skąd wziąłem autobus do Ust-Kamenogorska. Po drodze widziałem opuszczone bazy wojskowe ale była też bójka w autobusie gdyż chlali ponad wyobrażenia i w końcu musieli rozwiązać swój problem. Była to długa i ciężka noc dlatego rozłożyłem śpiwór w autobusie. Ludzie w Balchasz chyba nawet sobie nie zdawali sprawy jak bardzo mi pomogli. Nie dość, że mnie nakarmili to jeszcze mnie podwieźli i asystowali przy kupnie biletu. W tamtym momencie szczerze polubiłem Rosjan.

Piknik nad jeziorem Balhasz.

Piknik nad jeziorem Balhasz.

Ust – Kamenogorsk to przygnębiające posowieckie miasto gdzie życie skupia się wokół Parku Kirova. Zobaczyłem tu między innymi pomnik upamiętniające wojnę rosyjsko – afgańską (1979-89) a potem dotarłem do Strelki czyli ogromnego pomnika i grobów żołnierzy radzieckich poległych podczas II wojny światowej (1941-45). (Armia czerwona oraz Lenin i nawet Stalin są w Kazachstanie przedstawiani w nadzwyczaj dobrym świetle. Mówi mi to, że Rosja nadal trzyma „po”-sowieckie republiki mocno w garści.) Według mnie najbardziej interesującym miejscem było Muzeum Regionalne ze swoim ogromnym jeleniem malarskim. Jak zwykle w każdym muzeum w Kazachstanie był też pokój poświęcony wiecznemu prezydentowi Nazarbeyowi.

Swojej wizyty w Ust-Kamenogorsku nie planowałem ale akurat tam zdołałem kupić jeden z ostatnich biletów autobusowych a nie mogłem stać na dworcu całą noc. Przynajmniej jechałem w dobrym kierunku.

Następnie pojechałem do Semey (Semipalatinsk) starym radzieckim busem i wylatywałem pod sufit przez dziury w drodze. W międzyczasie zatrzymała nas też policja aby zciągnąć haracz z kierowcy. Semipalatinsk jest znany ze względu na muzea czemu zawdzięcza nazwę „miasta poetów”. Za czasów swojego wygnania mieszkał tutaj rosyjski intelektualista Fiodor Dostojewski, dzięki któremu szybko rozwijała się wówczas kultura i sztuka wśród młodych Kazachów. Innym ważnym nazwiskiem w tym mieście jest Abay Kunanbaev czyli poeta narodowy, na cześć którego ulice w Kazachstanie są nazywane jego imieniem. Niestety Semey to nie tylko sztuka i kultura. Na stepie na zachód od miasta w latach 1949-1989 Związek Radziecki zdetonował około 460 bomb nuklearnych. Miejscowi wiedzieli kiedy tą następowało gdyż jak mówili „ziemia w mieście się trzęsła”. Wiąże się to z tragiczną historią promieniowania, które odbiło się tragicznie na miejscowej ludności. Byłem w Muzeum Historii i Nauk Lokalnych gdzie pokazane były zdjęcia ludzi po promieniowaniu, z poparzeniami i zdjęcia dzieci z wadami wrodzonymi. Niektóre z fotografii były istnym horrorem, tym straszniejszym, że zdarzył się na prawdę. Inną jak na ironię ekspozycją była wystawa „chwalebnej” armii czerwonej oraz Lenina. Gdy spytałem w muzeum po co ten cyrk skoro przez nich było tyle ofiar po wybuchach nuklearnych, nic nie powiedzieli. Najciekawszy był jednak pomnik „Silniejszy niż śmierć”, który przedstawia matkę zakrywającą dziecko, a nad nimi unosi się 30m grzyb nuklearny wyryty w czarnym kamieniu. Na samym końcu byłem też w parku gdzie stały pomniki Marksa i Lenina aby porobić sobie żarty z tych komunistycznych idiotów.

Byłem oczywiście w muzeach poświęconych sztuce i poezji lecz w Semipalatinsku jest także inna, mroczna część radzieckiego potwora którą ludzie muszą kochac pomimo wybuchów nuklearnych. Jest tu czołg na pedestale, czerwona gwiazda i napis CCCP a z drugiej strony, w tym samym mieście także i jego zbrodnie. Zastanawiam się czy kiedyś będą takie same nastroje o Unii Europejskiej, która moim zdaniem jest dokładną kopią Związku Radzieckiego. Komunizm nie umarł – on przeniósł się ze wschodu na zachód.

Jako ciekawostkę powiem, że mistrzowie świata w boksie, bracia Klitschko urodzili się właśnie w Semipalatinsku.

Pamiętajmy także, że nie możemy winić Rosjan za komunizm gdyż to nie oni go wymyślili. Jak powiedział wybitny rosyjski intelektualista Aleksandr Solzhenitsyn: „nie każdy żyd jest bolszewikiem lecz z drugiej strony bez żydów nie byłoby bolszewizmu”. Żydzi na czele z Trockim upodobali sobie komunizm jako podstawę syjonizmu, gdyż ten miał na celu niszczenie innych nacji poprzez ich okradanie, wynaradawianie, organizowanie sztucznych rewolucji i wojen oraz ogłupianie tępych mas za pomocą żydo -centrycznej propagandy.

Semipalatinks

Na stepie na zachód od miasta Semipalatinks w latach 1949-1989 Związek Radziecki zdetonował około 460 bomb nuklearnych. Na zdjęciu pomnik „Silniejszy niż śmierć”, który przedstawia matkę zakrywającą dziecko, a nad nimi unosi się 30m grzyb nuklearny wyryty w czarnym kamieniu.

Po Semey udałem się w daleką podróż autobusem do Astany – nowej stolicy Kazachstanu. Przyznam, że jest to miasto gdzie jego centrum robi spore wrażenie, dlatego że Astana to nowoczesny pomnik pieniądza będący ambitną realizacją wiecznego prezydenta. Znajdują się tu wysokie domy ze szkła, zadbane parki oraz nowoczesna architektura przewyższająca tą w innych częściach świata. Astana to także kolejny dowód na to, że za pieniądze można nawet na pustyni zbudować Las Vegas, wielkie akwarium czy stok narciarski, jak to jest w Dubaju. Specyficzną budowlą o wysokości 150m, w kształcie namiotu i ze szpicem o góry jest Khan Shatyr, zbudowany z materiału absorbującego ciepło, co oznacza że nawet gdy na zewnatrz jest -30oC wewnątrz będzie zawsze ciepło. W środku w centralnym punkcie znajduję się wyrzutnia, która szybko eksploduje ludzi do góry i spuszcza na dół. Główną ulicą marzeń prezydenta jest Nurzhol Bulvar, która jest pokazem nowoczesnej architektury. Spośród wielu efektownych budynków opowiem o wieży Bayterek czyli najpopularniejszej budowli w Kazachstanie, uwiecznionej także na jednym z lokalnych banknotów. Jest to przeźroczysta budowla na której szczycie znajduję się szklany motyw ptasiego gniazda. Bayterek ma swoje przesłanie w kazachskiej legendzie. Symbolizuje on mityczną opowieść o ptaku o imieniu Samruk, który złożył złote jajko zawierające tajemnice ludzkich pożądań i szczęścia na szczycie drzewa, poza ludzkim zasięgiem. Dziś jednak można się dostać na samą górę, do miejsca podobnego do złotego jajka aby wsadzić swoją rękę w odlew ręki prezydenta Nazarbaeva i spełnić swoje życzenia. Na samym końcu ulicy znajduje się Pałac Prezydenta.

Z Astany pojechałem dzieloną taksówką 250km na północ nad jezioro Burabay. Cała miejscowość jest zwana „Kazachską Szwajcarią” choć nie ma tu gór. Są jedynie wyżyny, ładna roslinność, jezioro oraz interesujące formacje skalne. „Kazachska Szwajcaria” to przesada ale Burabay to ładny zakątek świata. Po powrocie do Astany wsiadłem do pociągu i juz spokojnie wróciłem do Almaty i po jednym dniu na reorganizację udałem się busem do Biszkek w Kirgistanie.

Astana - Nurzhol Bulvar i Bayterek po środku.

Astana – Nurzhol Bulvar i Bayterek po środku.

Kirgistan

Piękno naturalne Kirgistanu jest zdumiewające i przemierzając jego wszystkie strony za każdym razem odkrywa się nowe, wspaniałe pejzaże. W Kirgistanie można zrozumieć, że natura tworzy sztukę w pełnym tego słowa znaczeniu. W kraju, w którym 94% powierzchni zajmują góry bardzo popularne są wycieczki górskie na każdym poziomie. Kirgistan to królestwo Tien-Shan, lodowców oraz turkusowych jezior ukrytych wysoko w górach. Najwyższym wierzchołkiem jest Szczyt Pobedy (7439m n.p.m), który jest jednocześnie naturalną granicą z Chinami. Dostanie się tam jest nie tylko dla wytrwałych ale także i bogatych gdyż potrzebne są przygotowania, sprzęt i przewodnik. Myślę, że aby poznać piękno naturalne Kirgistanu poleciłbym następujące miejsca: wyprawa do Altyn Araszan a stamtąd wyprawa konna do turkusowego jeziora Ala-Köl, wyprawa nad górskie jezioro Issyk-Köl będące chlubą narodową Kirgistanu, lasy orzechowe i wodospady dookoła Arslanbob, wizyty u hodowców ptaków drapieżnych, dolina Karakol oraz wiele innych wypraw konnych w góry. Możliwości jest wiele gdyż Kirgistan jest tak pięknym krajem, że nawet jadąc samochodem i wyglądając przez okno mamy do czynienia z pięknem naturalnym. Zaznaczam jednak, że na żadnej z tych wycieczek nie możemy oczekiwać luksusu, przez który rozumiem dobry transport lub w ogóle jakikolwiek transport.

Czasem trzeba iść wiele kilometrów, oglądając zbocza gór i owce pasące się na zielonych pastwiskach, lecz to właśnie należy do atrakcji turystycznych. W Kirgistanie są także gorące źródła, po których obowiązkowo należy się zamoczyć w lodowatej rzece. Polecam także wizytę nad jeziorem Song-Köl gdzie odbywają się czasem festiwale kultury kirgiskiej w postaci jazdy na koniach i zapasów konnych. Jeśli jesteście blisko Karakol koniecznie radzę pojechać do Jeti-Öghüz aby zobaczyć góry z czerwonego piaskowca w kształcie rozbitego serca. W mieście Naryn i Koczkor polecam kupienie szyrdaka czyli narodowego dywanu z koziej wełny. Natomiast picie kumysu (sfermentowanego mleka od kobyły) oraz zajadanie się szaszłykami baranimi z cebulą tylko dodaje smaku naszej kirgiskiej przygodzie. Sami Kirgizi natomiast są przywiązani do swojej kultury wojownika, co dziś odzwierciedlone jest między innymi w narodowych sportach Kirgistanu, pomimo że bardzo popularna jest też piłka nożna. Podróżowanie po Kirgistanie to ciężka praca, która daje jednak satysfakcję upartym, silnym i wytrwałym. Zrobiłem wszystkie powyższe rzeczy i wiele innych i uważam Kirgistan za kraj pięknych pejzaży i wspaniałej przygody. Każdy kto przyjedzie do Kirgistanu będzie walczył z urokami piękna naturalnego, i choć nie zawsze jest łatwo bardzo polecam ten kraj.

Piękny Kirgistan. Na zdjęciu konie na tle skał z czerwonego piaskowca w Jeti-Öghüz.

Piękny Kirgistan. Na zdjęciu konie na tle skał z czerwonego piaskowca w Jeti-Öghüz.

Moją podróż po Kirgistanie zacząłem od Biszkiek czyli od stolicy kraju. Spacerowałem po placu Ala-Too, jadłem szaszłyki baranie i byłem przy pomniku Lenina, którym delikatnie mówiąc nie jestem zachwycony. Jak na kraj posowiecki przystało plac ten do 1991 roku nazywał się placem Lenina. Pomnik tego towarzysza znajdował się też w samym centrum placu lecz w 2003 roku „stracił na popularności” i przeniesiono go w dalsze miejsce. Plac Ala-Too to wielka masa betonu, która ciągle błyszczy się jak tani marmur. Oprócz tego w centralnym punkcie jest wielki pomnik Erkindik czyli kobiety symbolizującej wolność, w ręku trzymającą wierzchołek jurty na tle słońca. Byłem też w Państwowym Muzeum Historii czyli do całkiem niedawna Muzeum Lenina. Jest to ogromna posowiecka bryła ze ścianami pewnie tak grubymi, że nadawałaby się na schron. W środku oczekiwałem, że dowiem się czegoś na temat historii Kirgistanu jak sama nazwa wskazuje, jednak w głównej mierze była to „świątynia ku uwielbieniu Lenina” z propagandą tak ciężką do strawienia i naiwną zarazem, że zabrakło mi słów. W środku znalazłem posągi Lenina w różnych pozycjach lecz zwłaszcza w tej gdy przemawiał on do narodu radzieckiego ze wszystkich klas społecznych, którzy byli w niego wpatrzeni jakby objawił im się Jezus Chrystus. Jest także wielu malunków na ścianach i tak np: nazistowskie Niemcy są przedstawione jako groźny, czarny niedźwiedź a amerykański prezydent nosi czaszkę stojąc koło bomby. Od razu wiadomo którą historię to muzeum opowiada gdyż Rosja jest przedstawiona jako piękna kobieta trzymająca w ręku białego gołębia pokoju. Brednie, brednie, lecz ładnie podane. Oprócz tego byłem w paru parkach, na wesołym miasteczku oraz w tradycyjnej kirgiskiej restauracji aby zjeść szaszłyk a innym razem plov – dumę kulinarną centralnej Azji. Jak do tej pory byłem w drugiej stolicy Azji Centralnej (po Astanie w Kazachstanie) i dotarło do mnie, że Azji Centralnej nie warto przyjeżdżać dla ociekających nachalnym komunizmem miast ale dla wspaniałej przyrody. Ludzie jednak byli w porządku.

Pierwszymi wycieczkami poza Biszkiek była Ala Archa i Tyoplye Kluchi. Obydwa te miejsca leżały w pięknych kanionach i nad rwącą rzeką. Były tam pasące się konie i kozy oraz górskie widoki. Co prawda nie było łatwo gdyż musieliśmy iść wiele kilometrów z plecakami ale co jakiś czas zatrzymywaliśmy się aby posmarować pasztetem nas kirgiski chleb oraz usiąśc przy rzece. Cały dzień chodziliśmy po górach a wieczorem rozłożyłem namiot i spędziliśmy zimną noc pod gołym niebem. Wracając było tak miło, że umyłem się w rzece a potem przespaliśmy się przy jej szumie. Kontakt z przyrodą to coś czego bardzo potrzebuje w swoich wyprawach. Tyoplye Kluchi to tłumacząc na polski gorące źródła. 40km za Biszkek, po przeciwnej stronie od kanionu Ala-Archa znajduje się kanion Alamedin. Ta piękna górska kraina nie jest objęta parkiem narodowym lecz warto tu przyjechać z powodu wspaniałych widoków. Z każdej strony są oczywiście góry a poza tym jurty i pasące się zwierzęta. Jest to więc tradycyjny kirgiski krajobraz.

Krajobraz Kirgistanu niedaleko Bishkek.

Krajobraz Kirgistanu niedaleko Bishkek.

W Kirgistanie jest kilka jezior lecz chlubą kirgiskiego narodu oraz także częścią kirgiskiej tożsamości narodowej jest jezioro Issyk-Köl. W kraju takim jak Finlandia Issyk-Köl nie było niczym szczególnym lecz w Kirgistanie, gdzie są tysiące kilometrow do morza takie nastawienie do jeziora jest jak najbardziej zrozumiałe. Jeśli Kirgizi mają wolne to jeżdżą albo w góry albo właśnie nad Issyk-Köl gdzie czeka na nich dobrze rozwinięta turystyka, gdyż tam każdy gospodarz, który ma wolny pokój a jego żona potrafi gotować też otwiera swój dom dla turystów. Jezioro Issyk-Köl jest chlubą narodową Kirgistanu i zarazem drugim największym jeziorem górskim na świecie (po jeziorze Titicaca na granicy Peru i Boliwii). Jest ono czyste jak łza, nigdy nie zamarza i przez cały czas wpływa do niego około 50 źródeł wody z lodowców dookoła niego. Innymi słowy Issyk-Köl jest ogromną dziurą w ziemi do której wpływa mnóstwo rzek lecz żadna nie wypływa a ma ono średnicę około 170km na 70km. Miejscowi mówią, że woda jest ciepła ale pewnie tylko dlatego że nie byli np. na Sri Lance. Moim zdaniem Issyk-Köl jest zawsze zimne gdyż woda, która do niego wpływa pochodzi prosto z lodowców. Tak czy inaczej warto, i dla przyrody i dla doświadczenia.

Najpopularniejszą miejscowością dookoła Issyk-Köl jest Cholpon-Ata, które było naszym pierwszym przystankiem. Kąpałem się kilka razy w zimnym, choć w umownie ciepłym jeziorze, na plaży był roznosiciel pierożków i można też było sobie zrobić zdjęcie z wystrojonym wielbłądem. W Cholpon-Ata spędziliśmy przyjemne chwile nad czystym, turkusowym jeziorem choć poszliśmy także do Muzeum Issyk-Köl, które poświęcone jezioru lecz także archeologii i etnografii tego regionu. Przy wejściu znajdowała się mapa jeziora a dalej były kamienie grobowe, biżuteria i szyrdaki (narodowe dywany Kirgistanu). Najciekawszą rzeczą tego regionu były jednak petroglyfy znajdujące się ponad 2km od miasteczka na północ. Jako przewodników mieliśmy tu dwóch lokalnych chłopców, którzy wskazali nam nie tylko drogę ale także piękny widok z góry na Issyk-Köl. Petroglyfy to inaczej głazy z wygrawerowanymi malunkami na nich. Jeden z nich przedstawiał jelenia a inne np. irbisy. Większość z nich pochodziła z XIIIw p.n.e. do około Iw n.e. Oprócz tego były też tutaj rzeźbione kamienie grobowe z wyciosanymi twarzami ludzi.

Spacer z wielbłądem nad jeziorem Issyk-Köl.

Spacer z wielbłądem nad jeziorem Issyk-Köl.

Karakol jest jednym z większych miast Kirgistanu co oznacza, że składa się w zasadzie tylko z kilku ulic. Znajduje się tutaj ciekawa architektura z przełomu XIX i XX wieku choć niewątpliwie miasto to jest zwłaszcza punktem wypadowym na wyprawy w góry. Miasto Karakol jest także centrum administracyjnym prowincji Issyk-Köl. Mieszkaliśmy tu w starej części miasta w hotelu Neofit, którego budynki z czasów Puszkina należały kiedyś do KGB. W Karakol znajduje się wiele kolonialnych budynków, które ponad wiek temu należały głównie do rosyjskich intelektualistów. W takim budynku znajduje się np. lokalne muzeum, biuro radia i telewizjii oraz szkoła pedagogiczna. Nie wszystkie są niestety w dobrym stanie ale myślę, że wiele ulic wciąż oddaje styl i charakter tamtych czasów. Ciekawa była także zbudowana z drewna Katedra Świętej Trójcy, która także ma przykrą historię związaną z Bolszewikami. Mimo, że prace restauracyjne nad tym bardzo nastrojowym miejscem były przeprowadzane kilka razy, to mimo to widać że cerkiew ta potrzebuje jeszcze poważnych inwestycji. Katedra ta była jedną z moich ulubionych obiektów w Karakol. Poza tym polecam Park Puszkina i Chiński Meczet, który wyglądem przypomina bardziej świątynię buddyjską i która także była zamknięta przez Bolszewików. W restauracji natomiast należy koniecznie spróbować kazan kebab.

Wyprawa do Altyn Araszan jest jedną z najbardziej popularnych wypraw z Karakol. Zdecydowanym atutem Araszanu jest jego malownicza, górska sceneria choć znajdują się tam też gorące źródła, będące czymś w rodzaju nagrody po trudach dotarcia na miejsce. Altyn Araszan leży na wysokości 3000m n.p.m. ze szczytem Pik Palatka (4260m n.p.m.) widocznym przy dobrej pogodzie. Poza tym jest tu czyste powietrze, czysta, wartka rzeka i stada baranów pasące się na zielonych pastwiskach. Podobno Araszan, który objęty jest terenem rezerwatu przyrody, jest także domem dla 20 irbisów. Większość turystów dostaje się tylko do schroniska w Altyn Araszan a potem wraca do Karakol. My jednak poszliśmy o duży krok na przód gdyż wyruszyliśmy także do jeziora Ala-Köl (szczyt widokowy na wysokości 3860m n.p.m.). Do Altyn Arashan można się dostać z każdym trzeźwym kierowcą lecz my szliśmy 16km od kurortu Ak Suu. Po drodze było miło gdyż była ładna przyroda oraz pasące się zwierzęta lecz niestety od około 8km pod górę zaczął padać deszcz i to nas zrujnowało. Do Altyn Arashan dostaliśmy się wieczorem i zamieszkaliśmy w schronisku u Valentina. Całą noc suszyliśmy ubrania aby być gotowymi na następny dzień.

Jezioro Ala-Köl.

Jezioro Ala-Köl.

Nazajutrz, gdy znalezłem trzeźwego przewodnika wyruszylismy na wyprawę konną do wysokogórskiego jeziora Ala-Köl (3530m n.p.m.). Przez cały czas mieliśmy piękne widoki na góry, zielone pastwiska, rzekę i ogólnie była to wspaniała przygoda. W niektórych miejscach zatrzymywaliśmy się też na posiłek z naszą wesołą kompanią. Jedliśmy miejscowy chleb (lepioszka) oraz kiełbasę i ogórki. Po kilku godzinach zaczynały nas jednak boleć tyłki i mieliśmy już trochę dość gdyż wędrówka w jedną stronę miała nam zająć tylko cztery godziny a zajęła sześć. Wszystko dlatego, że przyroda była tak piękna, że potrzebowaliśmy więcej czasu aby się nią nacieszyć. W końcu dotarliśmy do miejsca gdzie było za stromo aby konie mogły się wspinać dlatego my musieliśmy. Wchodziliśmy na górę o wysokości około 200m i często musieliśmy wdrapywać się na czworakach gdyż było tak stromo i ślisko. Jedna partia była pokryta żwirem, z którego było łatwo się sturlać a inna była przykryta wiecznym śniegiem. Po około 30 minutach udało nam się wejść na szczyt choć pierwsza była Monika. Widok z góry był oczywiście cudowny. Z jednej strony widziałem góry i szeroką dolinę, przeciętą przez rzekę a z drugiej miałem lodowce i krystalicznie czyste, błękitne jezioro Ala-Köl. Droga powrotna była cięższa niż myślałem gdyż wracaliśmy 3h nocą, konie były uparte a my zmęczeni. Kobieta była zmęczona najbardziej i dlatego otrzymałem małą wiązankę wulgaryzmów z jej strony choć potem było już lepiej. Ważną częścią tej wyprawy były także gorące źródła do których poszliśmy o drugiej w nocy pomimo zmęczenia. Było to fantastyczne doświadczenie bez którego moim zdaniem nie należy nawet opuszczać Altyn Araszan. Było ciepło, przyjemnie i mogliśmy się zrelaksować. Następnie rozgrzani, zeszliśmy do rzeki ślizgając się po błocie. Położyłem się w niej gdyż wtedy było mi na tyle ciepło, że jeszcze nie czułem jej zimna. Wróciliśmy wszyscy przez dolinę około czwartej nad ranem mając do dyspozycji tylko światło z telefonu. Następnego dnia wróciliśmy piechotą do Karakol gdzie suszyliśmy ubrania i spaliśmy jak małe dzieci.

Wyprawa do Altyn Arashan a potem do jeziora Ala-Köl, obok Mount Everestu w Tybecie i Sri Pada na Sri Lance były jednymi z moich najbardziej udanych wypraw górskich.

Kolejnego dnia zrobiliśmy sobie wycieczkę autostopem do Jeti-Oghüz, które moim zdaniem jest koniecznością dla tych, którzy akurat są w Karakol. Ominięcie tego miejsca to bardzo poważna strata niepowtarzalnych wrażeń. W Jeti-Oghüz znajdują się ogromne czerwone klify. Jeden z nich to Rozbite Serce a inny komplet skał to Siedem Byków. Każde z nich ma oczywiście swoją legendę. Widoki były cudowne i też zupełnie inne niż dotychczas widziałem. Spośród zielonych pastwisk kóz i małych gospodarstw wyrastały wielkie i wyjątkowe czerwone klify o kształtach jak opisałem powyżej. Większość turystow jedynie robi zdjęcia z dołu lecz ja wspiąłem się na sam szczyt aby dotknąć byków. Monika była zbyt leniwa aby wejść ale na szczęście poszczułem ją psami i tak się bała, że musiała wejść. Poza tym w Jeti-Oghüz jest też wartka rzeka oraz pasące się konie i owce, a także spokój.

Jedna z wielu pięknych dolin Kirgistanu.

Jedna z wielu pięknych dolin Kirgistanu.

Tamga według mnie jest pięknym przystankiem nad południowym brzegiem jeziora Issyk-Köl i zarazem wspaniałym odpoczynkiem przed dość wymagającym Kirgistanem Centralnym. Mieliśmy tutaj ładne lokum w sadzie owocowym u rosyjskiej rodziny i było nam tak dobrze, że zostaliśmy trzy noce a mieliśmy zostać tylko jedną. Leżeliśmy na plaży, „puszczaliśmy kaczki” do wody i zrywaliśmy morele z drzew. Było wspaniale. Po raz kolejny czułem bliski kontakt z naturą, tym bardziej że na plaży pasły się krowy. Tamga była miłym, leniwym i spokojnym odpoczynkiem po górskich trudach, znacznie cichszym niż Cholpon-Ata.

Dalej poruszaliśmy się autostopem i jak to zwykle bywa spędziliśmy trochę czasu na pustej drodze. Kolejny wesoła kierowca wysadził nas w Sarymbulak, czyli w miejscu które ja zaznaczam na mapie świata. Sarymbulak to jedno z tych miejsc gdzie jest knajpa na kołach, dziury w drodze oraz osły jako ruch uliczny. Spotkaliśmy tu Amerykanina, którego też ktoś wysadził akurat w Sarymbulak i od tej pory podróżowaliśmy razem. W miejscowej knajpie dali nam grube menu lecz tego dnia był tylko gulasz barani, jajka i herbata. Była też toaleta – dziura w podłodze za murem. W końcu zabrał nas stąd 40-letni Moskwicz, który się popsuł na drodze a potem zabrał nas dobry samochód z napędem na 4 koła i w ten sposób dostaliśmy się nad jezioro Song-Köl czyli jedno z najbardziej uroczych miejsc w Centralnym Kirgistanie. Znajdują się tu otwarte, zielone pastwiska i wspaniały krajobraz. W sezonie jest tutaj wiele jurt i turyści są mile widziani co pomaga lokalnym rodzinom. Organizowane są tu też festiwale dla turystów podczas których można zapoznać się z miejscową kulturą i wziąć udział w narodowych grach Kirgistanu. Noc spędziliśmy w jurtach u miejscowej rodziny a następnego dnia poszliśmy na kirgiski festiwal, co okazało wyjątkowym doświadczeniem mojej kirgiskiej przygody. Był tu między innymi pokaz rozstawiania jurty oraz pokaz załadowywania złożonej jurty na wielbłąda. Poza tym jezioro Song-Köl było tym miejscem gdzie na prawdę nauczyłem się galopować na koniu i nawet przeskakiwać przez małe strumyki. Padał siarczysty deszcz i było zimno lecz nie było to dla mnie ważne.

Kyrgizi pakują złożoną jurtę na wielbłąda.

Kyrgizi pakują złożoną jurtę na wielbłąda.

Potem mieliśmy wyjątkowe szczęście gdyż zabrała nas para z Europy, która pracowała w Kirgistanie. Jechaliśmy poprzez małe wioski i górskie serpentyny obserwując górskie plenery, ludzi mieszkających w jurtach i stada kóz pasące się na zielonych pastwiskach koło rwących rzek. To był właśnie Kirgistan, który ja chciałem zobaczyć. Noc spędziliśmy w mieście Naryn, które jest jednym z większych w Kirgistanie lecz także jednym z najbardziej upiornych. Naryn jest tragiczna pamiątką po Związku Radzieckim i mam tu na myśli szare bloki z płyt oraz dziurawe drogi i zdemolowane przystanki autobusowe. Jednak nawet w takiej szczurzej norze jak Naryn jest coś dobrego. Jest to punkt wypadowy do jeziora Song-Köl oraz Tash Rabat caravanserai a transport można zorganizować w biurze turystycznym CBT, gdzie kupiłem szyrdak czyli narodowy dywan Kirgistanu z koziej wełny.

Potem pojechaliśmy do Koczkor, które było już przyjemniejsze. Koczkor jest otoczone górami, jest przyjemny bazar oraz knajpa gdzie znowu podano nam grube menu choć tego dnia był tylko gulasz. Mieszkaliśmy w domu u gospodarza gdzie był piękny sad z którego ja i Monika wyjedliśmy trochę moreli i jabłek. Wieczorem Pani domu przygotowała nam prysznic z ruskiej bani. Do tego w Koczkor znajduje się lokalna fabryka szyrdaków mieszcząca się w prywatnym domu gdzie także można kupić dywany z pierwszej ręki. Wybór był bardzo bogaty a miejsce to polecam szczególnie ze względu na bliższe poznanie kirgiskiej sztuki. Jedną z piękniejszych wycieczek, które odbyliśmy były wzgórza Sarlasas, które znajdują się około 53km za Koczkor. Transport zorganizowany w to miejsce nie istnieje dlatego wziąłem samochód z miejscowego biura turystycznego. Do Sarlasas jechaliśmy około godziny i widoki były oczywiście piękne. Z czasem zboczyliśmy z głównej drogi i jechaliśmy poprzez polany w pięknej dolinie. Przekraczaliśmy rzeki samochodem i raz nawet tak, że zalało podwozie i musieliśmy czekać aż kierowca naprawi. Po dojechaniu na miejsce zatrzymaliśmy się u kirgiskiej rodziny pasterskiej. Mieli oni stado kóz i konie na których potem jeździliśmy i mieszkali w przyczepie kempingowej, która była kiedyś wagonem. Obok stała jeszcze jurta.

Hotel na zielonych wzgórzach Sarlasas.

Hotel na zielonych wzgórzach Sarlasas.

Gdy odprowadziłem moją towarzyszkę podróży na lotnisko w Bishkek zmierzałem na południe Kirgistanu gdzie ciągle było jeszcze uczucie niepewności co do bezpieczeństwa w Dolinie Fergana. Parę miesięcy wcześniej nastąpiła tu wojna domowa na tle etnicznym. Po raz drugi w okresie 10 lat Kirgizowie i Uzbekowie zaczęli walczyć co skończyło się wielką tragedią zwłaszcza w takich miastach jak Özgon, Jalal-Abad i Osz. Do dwóch ostatnich byłem właśnie w drodze ciągle nie mając pewności co do bezpieczeństwa. Kirgistan południowy jest też bardziej konserwatywny i często jest określanym mianem „innego kraju” przez Kirgizów z północy. Droga na południe była bardzo malownicza. Nasz bardzo słaby samochód pokonywał wysokie góry oraz serpentyny z dramatycznymi widokami na pastwiska i jurty w dolinie. Widziałem między innymi Tör-Ashuu (3586m n.p.m.), które jest najwyższą częścią wyprawy. Potem przejechaliśmy przez przejście Ala-Bel (3184m n.p.m.). W międzyczasie miałem też przerwę na kurczaka z cebulą w drewnianej knajpie koło rzeki i ponownie zatrzymaliśmy się aby spojrzeć na rezerwuar Toktogul. Jedną noc spędziłem w Bazar Korgon a stamtąd wziąłem płatny autostop do Arslanbob.

Arslanbob to urocza górska osada koło ogromnego lasu orzechowego (60 tys hektarów). Każdego roku zbiory orzechów osiągają 150 000 ton oraz 5000 ton jabłek, śliwek i pistacji. Według mnie Arslanbob to niewiarygodnie malownicze miejsce, dobre na wędrówki nie tylko po lesie ale także do wodospadów. Sama obecność w Arslanbob traktowałem jak oazę spokoju będącą ukojeniem dla mojej rozdartej duszy. Mieszkałem u uzbeckiej rodziny gdyż Arslanbob jest prawie w całości zamieszkany przez Uzbeków. Przez cały mój czas tutaj chodziłem po lesie orzechowym oraz wybrałem się na wspinaczkę do dwóch wodospadów. Było bardzo przyjemnie i polecam Arslanbob jako spokojną, piękną wieś gdzie można zapomnieć o Londynie, metrze i rachunkach za prąd. Zauważyłem także, że ludzie tu mieszkający codziennie pokonywali duże odległości pod górę, po nierównym terenie i nawet starzy ludzie w wieku ponad 80 lat, natomiast w Anglii dla wielu przejście tylko 2 przystanków po prostej drodze jest problemem.

Był też smutny moment w Arslanbob choć ludzie ci tego nie odebrali w ten sposób. Zostałem zaproszony na herbatę przez 92-letniego dziadka z Uzbekistanu gdyż chciał ze mną porozmawiać. Przyjąłem zaproszenie gdyż wiedziałem, że dużo to dla niego znaczyło aby porozmawiać z kimś z dalekiej Polski. Dziadek pokazywał mi swoje medale z Leninem i z napisem Związek Radziecki. Miał też legitymację wojskową z tym samym napisem, którą z dumą ściskał w rękach. Był to biedny, stary, oszukany człowiek, któremu pozostały tylko wspomnienia związane z czymś co przecież zniewoliło też i jego kraj. Jakie to przykre………….

Ludzie w Sary Tash.

Ludzie w Sary Tash.

Potem pojechałem do Jalal-Abad o którym brytyjskie media tworzyły opowieści grozy. Co prawda były wysadzone domy i czasami jeszcze strzelali lecz według moich standartów nie było źle. (Brytyjczycy – wielcy przesadzacze). Najlepszym miejscem w Jalal-Abad było jednak sanatorium w parku na górze gdzie miałem masaż gorącymi kamieniami oraz gorący prysznic. Było tam też uzdrowisko, woda lecznicza do picia i łóżka na platformach w lesie gdzie zamówiłem herbatę. Następnie w restauracji bardzo niskiego budżetu dostałem „kurynnyj rulet”, który był wyjątkowo dobry i myślę, że powinien zostać specjalnością zakładu. Szkoda tylko, że podczas wojny nie wysadzili w powietrze wszystkich pomników Lenina. Ta komunistyczna bestia nawiedzała mnie gdziekolwiek nie jechałem. Co się stało ze wszystkimi narodowymi bohaterami?

Moje pierwsze chwile po wjechaniu do Osz były szokujące. Jalal-Abad był zniszczony lecz Osz wyglądało jak po bombardowaniu. Wiele długich ulic było doszczętnie zniszczonych z gruzami zamiecionymi równo na pobocze. Za gruzami stały tylko popalone szkielety domów. Przy wjeździe przez główne rondo widziałem, że zwłaszcza jedno miejsce było obstawione uzbrojoną policją. Kierowca powiedział mi, że to dlatego, że tam mieszkają Uzbekowie. Czułem, że tego dnia nie chciałem się kręcić po mieście co jednak nie wyszło, gdyż musiałem załatwić transport. Najpierw poszedłem do knajpy na śniadanie, z której miałem bardzo dobry widok na sławny Tron Solomona. Jest to wysoka skała z wieloma innymi obiektami i muzeami na niej, którą widać z wielu części Osz i która jest najciekawszą turystyczną atrakcją. Dla mnie jednak Osz było początkiem Trasy Pamirskiej i dlatego załatwiłem stąd jeepa i wyruszyłem w drogę.

Trasa Pamirska, będąca odcinkiem pomiędzy Osz (Kirgistan) a Khorog (Tadżykistan) ma długość 728 km. Droga ta istniejąca także pod nazwą M41 została zbudowana przez sowieckich inżynierów wojskowych w latach 1931-1934 w celu ułatwienia transportu wojska i broni w ten bardzo odległy zakątek Imperium Rosyjskiego. Niestety dziś jest to także jeden z głównych szlaków narkotykowych i ruch na drodze jest niewielki. Zazwyczaj jest to kilka chińskich ciężarówek, które jadą z towarem z/do Kaszgaru. Odcinek pamirski był także jedną z wielu części transportowych na Jedwabnym Szlaku. Trasa Pamirska jest także rejonem bardzo atrakcyjnym turystycznie gdyż droga przebiega przez malowniczą, górską scenerię na ponad czterech tysiącach metrów n.p.m. Widoki są wspaniałe gdyż dookoła występują obszary pustynne, góry, jeziora, gorące źródła, lodowce, widoki przypominające wyżynę tybetańską oraz małe wioski pamirskie z ich gościnnymi mieszkańcami. Sama droga jest bardzo niekompletna z powodu trzęsień ziemi, erozji, zapadania się ziemi i lawin. Asfalt w niektórych miejscach już nie istnieje a w innych jest wyrwany wraz z powierzchnią ziemi, co daje oczywiście dodatkowe wrażenia z podróży. W niższych odcinkach trasy (odcinek od Jelandy do Khorog) elewacja się obniża więc przyroda także się zmienia i nadal jest pięknie. Widać wówczas wartką rzekę, ogromne skały po bokach, roślinność oraz więcej wiosek i ludzi. Na terenie tym znajdują się też dwa siedmiotysięczniki o raczej tragicznych nazwach: są to Pik Lenin (7134m n.p.m.) i Pik Kommunizma (7495m n.p.m.). Trasa Pamirska to ciągle wielkie wyzwanie dla podróżników i równie wielka przygoda do której odważni podróżnicy muszą być dobrze przygotowani. Po paru godzinach jazdy, kupnie owoców i przeterminowanych snickersów minęliśmy wzniesienie Taldyk (3615m n.p.m.) i nareszcie dojechaliśmy do Sary Tasz.

Kirgiska część Trasy Pamirskiej

Kirgiska część Trasy Pamirskiej gdzie byłem w drodze do Tadżykistanu.

Sary Tasz jest bardzo popularnym miejscem spotkań kierowców ciężarówek z powodu bardzo dogodnego położenia tego miasteczka. Znajduje się ono na skrzyżowaniu dwóch głównych kierunków. Jeden to trasa z Osz (Kirgistan) do Murgab (Tadżykistan) będących częścią Trasy Pamirskiej (M41) a druga droga biegnie z Kaszgaru (Chiny-prowincja Syngiang Ujgur), przez przejście graniczne Irkesztam, prosto aż do Duszanbe (Tadżykistan). Właśnie dlatego w Sary Tasz jest kilka domów gościnnych a wielu hodowców bydła także zaprasza do domu za niewielką opłatą. Sary Tasz moim zdaniem to mała, nieciekawa dziura otoczona nieciekawymi górami gdzie nie ma co robić, właśnie oprócz chodzenia po nich. Są tylko dwie ulice na której częściej widziałem krowy niż samochody, domy są w fatalnym stanie a ludzie bardzo biedni. Wieczorem robiło się tak ciemno i zimno, że można było tylko iść spać. Na szczęście gospodyni gwarantowała elektryczność, chleb, herbatę i jacze masło. Będąc tutaj zdawałem sobie sprawę, że byłem na pustkowiu, w ostatniej osadzie ludzkiej w promieniu około 100km.

Następnego dnia stanąłem na pustej drodze i czekałem na transport do granicy z Tadżykistanem ale nie doczekałem się więc poszedłem na spacer. Po jakimś czasie na horyzoncie pokazała się 40-letnia Wołga, która niestety jechała w przeciwnym kierunku. Gdy samochód się zatrzymał, zobaczyłem pijanego kierowcę oraz jeszcze bardziej pijanego pasażera z rzadkim uzębieniem a z tyłu siedziały ich zmarznięte i przykurzone dzieciaki. Zaproponowali, że mogą mnie podwieźć do granicy za 500 som i choć próbowałem się targować nic z tego nie wyszło. Muszę przyznać, że drogę do granicy miałem bardzo wesołą. Z radia leciały miłosne hity z lat 80-tych a wszyscy tańczyli na siedząco. Atmosfera ta mnie trochę podbudowała i dała energię do dalszej wyprawy, a wszystko za jedyne 500 som. Granica w Bor Döbo jest jedną z najwyżej położonych i jedną z najpiękniej zlokalizowanych granic na świecie gdyż rozciąga się stąd i z jej okolic malowniczy widok na Pamir. Po kilku pytaniach dostałem pieczątkę i wszedłem do Tadżykistanu gdzie czekała mnie kolejna przygoda na wielkim pustkowiu.

Tadżykistan

Tadżykistan jest krajem piękna naturalnego, pokrytym w 93% górami. Ponad połowa tego najmniejszego kraju Azji Centralnej leży ponad 3000m nad poziomem morza. Myślę, że główną atrakcją jest tu przemierzenie regionu autonomicznego Górny Badachszan, gdzie polecam przejechanie Trasy Pamirskiej i Doliny Wachańskiej oraz podziwianie ich wspaniałych widoków. Górny Badachszan był piękny, odosobniony i bardzo przygodowy, lecz miejsca takie jakie Murgab czy Khorog były tragicznie ubogimi osadami na pustkowiu. Przemierzanie płaskowyżu pamirskiego, podziwianie gór i lodowców, wizyty w wioskach odciętych od świata, gorące źródła, spędzanie czasu z pamirskimi rodzinami i jedzenie jaczego masła-wszystkie te rzeczy są wielką, niezapomnianą atrakcją turystyczną.

Góry w Tadżykistanie na Trasie Pamirskiej.

Góry w Tadżykistanie na Trasie Pamirskiej.

Pamiętać należy jednak, że aby zasłużyć na piękne widoki i być rzeczywistą częścią przygody, trzeba włożyć dużo siły i przygotowań w pokonaniu odległych, opustoszałych terenów. Podróż po Tadżykistanie można także odbierać jako przygodę z dreszczykiem, gdyż 1300km granicy wzdłuż rzeki Piandż z Afganistanem nasuwa pytanie czy przepłynąć rzekę czy nie. Znam bardzo dobrze jednego, który to zrobił (mnie), ale na wszelki wypadek nie polecam. W dolnych partiach Pamiru polecam też Dolinę Gunt, gdzie kolory nabierają życia i gdzie możemy zobaczyć wioski w całości zbudowane ze skał, które zmieniają swe kolory wraz z porą roku. Inną atrakcją są Góry Fańskie gdzie byłem nad wysoko położonym, turkusowym jeziorem Iskander-Kul oraz Siedmioma Jeziorami gdzie wycieczkę zorganizowałem z miasta Pendżikent. Tutaj także są piękne widoki oraz lokalne wioski gdzie mogłem pojeździć na osłach i napić się herbaty z miejscowymi. Poza tym sama jazda samochodem będzie przeżyciem gdyż widoki są za każdym razem piękne. Odrywając się na chwilę od górskich widoków, stromych przepaści i turkusowych jezior, polecam także miasto Istarawszan gdzie znajduje się ciekawa architektura i gdzie można zjeść pyszne i tanie koźle szaszłyki. Niedaleko stamtąd znalazłem także sanatorium gdzie za śmieszne pieniądze można mieć dobry masaż. Właściwie sama obecność w Tadżykistanie jest już wielką przygodą. W Tadżykistanie są regiony gdzie można zapomnieć o całym świecie, o rachunkach, podatkach, ruchu ulicznym i demonach codziennego życia. Wystarczy wziąć zapasy i rozstawić namiot na komplentym odludziu, jak np. w okolicach jeziora Karakul na Trasie Pamirskiej, lub w Dolinie Wachańskiej z widokiem na wioski afgańskie. Nawet pomimo bardzo bliskiego sąsiedztwa Afganistanu oraz faktu, że Tadżykistan jest głównym punktem przerzutu narkotyków i tak jest bardzo bezpiecznie i miło.

Swoją podróż po Tadżykistanie zacząłem od Trasy Pamirskiej, od regionu autonomicznego Górski Badachszan (GBAO) czyli najbiedniejszym, najmniej zaludnionym i także chyba najbardziej atrakcyjnym pod kątem piękna naturalnego. W Górskim Badachszanie znajduje się także piękna Dolina Wachanu oraz Dolina Gunt o której opowiem potem. W Badachszanie ciężko jest mówić o miastach. Są to raczej skupiska ludzkie o różnej wielkości na totalnych pustkowiach choć za małe i bardzo przyjemne miasteczko uznaję Khorog. Granica Tadżycka na Trasie Pamirskiej jest jedną z najwyżej położonych na świecie gdyż znajduje się koło Kyzyl-Art Pass (4282m n.p.m.). Przed samą granicą ukazała się przed nami zardzewiała kolumna z napisem Tadżykistan oraz mapa kraju i pomnik owcy Marco Polo. Jest to właśnie ten moment w którym należy spojrzeć za siebie aby podziwiać piękną panoramę Pamiru. Zaraz po przekroczeniu granicy ukazał się kolejny powitalny znak z napisem „Naród Górnego Badachszana wita was”. Obok była też żelazna, zardzewiała jurta. Dookoła była absolutna nicość, odludzie, stawy, góry i otwarte, puste przestrzenie na wysokości poad 3500m n.p.m.

Tadżykistan - wioska Karakul.

Tadżykistan – wioska Karakul.

Moim pierwszym przystankiem w Tadżykistanie była wioska Karakul (4100m n.p.m.), znajdująca się 63km na południe od granicy kirgiskiej i która jest w zasadzie jedyną rzucającą się w oczy osadą. Jest to także bardzo tragiczne zderzenie z tadżycką rzeczywistością w odcinku pamirskim. Wieś Karakul jest rzędem kilku glinianych i murowanych domów na kompletnym pustkowiu. Nie wszystkie też miały dachy więc nie były zamieszkane. Od razu wyszli do nas ludzie aby się przywitać a jedna dziewczyna zaprosiła nas wszystkich do domu. Usiedliśmy w kuchni na podwyższeniu podłogi, które jest typowe dla pamirskich domów a gospodyni podała nam chleb, dżem, zieloną herbatę oraz masło z jaka. Ludzie Ci byli w większości Kirgizami choć było też kilku Tadżyków. Po chwili też pojawiły się dzieci, które rzucały się na batoniki kupione specjalnie na tę okazję. Było bardzo miło, jedzenie było zdecydowanie bardzo świeże lecz skrajna bieda bijąca ze wszystkich kątów oraz z oczu ludzi wprawiała mnie w smutek. Był też zardzewiały plac zabaw choć wydawało mi się, że dzieci go omijały gdyż był tak upiorny. Zaraz za wioską znajduje się malowniczo położone, jezioro Kara-Kul. Powstałe około 10mln lat temu przez uderzenie meteora jezioro Kara-Kul (3914m n.p.m.) jest głębokie i niebieskie choć przez lokalnych Kirgizów zwane jest„Wielkim Czarnym Jeziorem” gdyż po zachodzie słońca jest właśnie tego koloru. Jest to najwyżej położone jezioro świata poza tymi w Tybecie i jest nawet wyżej położone niż jezioro Titicaca (3811mn.p.m.) na granicy Peru i Boliwii. Nie należy też mylić tego jeziora z innym jeziorem Karakul (3600m n.p.m.) w zachodnich Chinach, na Trasie Karakoram. Miejsce to jest także dobrą okazją na znalezienie nic nie wartej lecz bardzo oryginalnej pamiątki. Z mokrego podłoża kilka razy podnosiłem czaszki kóz oraz wielkie baranie rogi. Jezioro Kara-Kul było kolejnym pięknym doświadczeniem. W zasadzie bez względu w którą stronę by się poszło Pamir oferuje piękne widoki.

Przez całą drogę oczywiście delektowałem się widokami i robiłem dużo zdjęć. Jechaliśmy przez piękne pustkowie otoczeni górami. Przez wiele kilometrów po lewej stronie mieliśmy widok na rozciągająca się chińską granicę czyli płot „ozdobiony” w drut kolczasty. Zauważyłem, że góry choć były wysokie nie wyglądały aż na tak wysokie jak myślałem gdyż jechaliśmy na wysokości prawie 4000m n.p.m. a jeden ze szczytów, Mt Urtabuz miał 5047m n.p.m. Z Trasy pamirskiej więc będącej już tak wysoko, góry i ich wierzchołki wyglądały na niskie. Były tu skały różnego koloru. Najczęściej beżowe i czerwone, niektóre pokryte śniegiem a gdzie okiem sięgnąć, rozległe pustynie. Potem przejeżdżaliśmy przez najwyższy punkt naszej trasy czyli Ak-Baital Pass (4655m n.p.m.) jednocześnie zaraz przed tym mając widok na szczyt Muzkol (6128m n.p.m.) Poza tym Trasa Pamirska obfitowała w wiele innych atrakcji a jedną z nich była sama droga. Jest ona bardzo niekompletna i nierówna z powodu trzęsień ziemi, erozji, zapadania się ziemi i lawin. Asfalt w niektórych miejscach już nie istnieje a w innych jest wyrwany wraz z powierzchnią ziemi, co daje oczywiście dodatkowe wrażenia z podróży. W niektórych miejscach to co zostało z asfaltowej drogi było bardzo wąskie i na przykład moment w którym przejeżdżaliśmy przez odcinek mając przepaść po obu stronach i wartką rzekę nieopodal, podnosił ciśnienie. Po pierwszym dniu w Tadżykistanie i po wielu atrakcjach z tym krajem związanych, późnym wieczorem dojechaliśmy do Murgab.

Kobiety szyjące koc na Trasie Pamirskiej.

Kobiety szyjące koc na Trasie Pamirskiej.

Murgab (3800m n.p.m.) jest największą osadą na Trasie Pamirskiej po stolicy autonomicznego regionu Górski Badachszan-Khorog. Murgab jest bardzo interesującym doświadczeniem ukazującym biedne, tragiczne wręcz realia życia w Tadżykistanie. Na pierwszy rzut oka jest to pusta, zapylona droga a poniżej są gliniane domy oraz prymitywny rynek, który ma jednak swój urok jesli ktoś jest zainteresowany wyprawą taką jak ta. Miasteczko samo w sobie nie ma w sobie nic czarującego poza malowniczymi widokami Pamiru. Granica chińska znajduje się tylko 10km od osady i dlatego w ładny dzień można zobaczyć chiński wierzchołek Muztagh Ata (7546m n.p.m.). Wieś ta jest podzielona na dwie społeczności-kirgizką i tadżycką i z tego co wiem są drobne problemy między nimi a wszelkim waśniom sprzyja tu oczywiście wybitnie marna sytuacja ekonomiczna. Prąd w Murgab istnieje lecz są przerwy w jego dostawie a natężenie jest tak małe, że potrzeba godzin aby żarówka pod sufitem zaczęła świecić pełnym światłem. Będąc w Murgab mieszkałem u kirgiskiej rodziny, jadłem ich chleb z jaczym masłem oraz chodziłem po pustkowiu. Widziałem samotne dzieci wśród wraków ciężarówek oraz ogromne dziury w ziemi choć byłem też nad rzeką wśród pasących się zwierząt. W Murgab dowiedziałem się też co oznacza załatwienie transportu na Trasie Pamirskiej. Stałem wiele godzin na rynku i nikt mnie nie chciał zabrać. Co prawda były chińskie busiki jadące do Khorog lecz nie było pasażerów. Gdy jednak wyszedłem poza Murgab miałem szczęście gdyż pojawił się dziadowski samochód, który akurat jechał do Khorog i za jedyne 50 somani znalazłem się na jego pokładzie. Na marginesie, dystans z Murgab do Khorog to 310km a jazda w tych warunkach i najczęściej kiepskim transportem i po słabej drodze zajmuje cały dzień. Do tego należy też doliczyć długość czekania, która zależy tylko od szczęścia. Mimo to transport z Murgab do Khorog jest ciągle łatwiej znaleźć niż z Kyzylord (granica tadżycka) do Murgab. Jest to jeden z powodów dla którego wiele osób przemierza Trasę Pamirską rowerem, choć pozostaje zawsze poczciwy lecz leniwy osioł.

Jazda z Murgab była bardzo przyjemna gdyż obfitowała w kolejne wspaniałe widoki Pamiru. Jechałem małym chińskim samochodem po nierównej, dziurawej drodze z wesołą kompanią i rozmawialiśmy o życiu w Europie i w Tadżykistanie. Widoki były piękne gdyż jak zwykle otaczały nas góry oraz rozległe pustynie. Czasem skały były z czerwonego piaskowca a w drodze przez wzniesienie Naizatasz (4137m n.p.m.) i malownicze, czerwone doliny, zatrzymały nas osły, które nie chciały się ruszyć z drogi. Po kilku godzinach dotarliśmy do małej wioski koło drogi czyli do Aliczur (4080m n.p.m.). Aliczur to mała, szaro bura, bardzo uboga wioska, która zmusza do zastanowienia się jakie wielkie szczęście mam, że urodziłem się w Polsce. Tak jak wcześniej na szarej pustyni stało wiele glinianych domów oddzielonych drogą z ubitej, dziurawej ziemi. Do tego były zagrody, w których często były ułożone placki z odchodów zwierząt i kilka poroży miejscowych gatunków baranów. Na zewnątrz były też biedne dzieci pozujące do zdjęć na tle wraków ciężarówek i tragicznego otoczenia. Miejsca tego typu przypominały mi trochę Tybet…….mój nieszczęsny Tybet. Niedługo potem wyruszyliśmy w dalszą drogę i przejeżdżaliśmy przez dwa jeziora, takie jak Sassyk-Kul i mniejsze, Tuz-Kul. Malowniczo pokrywały rozległą dolinę otoczoną czerwono-beżowymi górami. Zaraz przed dojechaniem do Jelandy było następne wzniesienie o nazwie Koi-Tezek (4272m n.p.m.) W tym odcinku trasa była w strasznym stanie i była prawie pionowa. Mieliśmy problem gdyż w jednym odcinku kawał drogi spadł w przepaść a z przeciwnej strony akurat jechał samochód. Mój kierowca jednak poradził sobie i szczęśliwie dojechaliśmy do Jelandy. Jelandy (3800m n.p.m.) to znane sanatorium na Trasie Pamirskiej gdyż znajdują się gorące źródła, a kilka z nich jest obudowanych. Miałem tu przyjemny pokój i tutaj nareszcie odpocząłem. Pomimo, że w całym sanatorium elektryczność wyskoczyła przez okno i jedzenie było bardzo ograniczone to nie było to ważne. Ważne były gorące źródła w których przyjemnie odpocząłem.

U rzeźnika w Murgab.

U rzeźnika w Murgab.

Dolina Gunt to moim zdaniem zupełnie inny odcinek Trasy Pamirskiej. Jest to obszar od Jelandy do Khorog gdzie z powodu niższej wysokości jest też inna przyroda. Tutaj, pomimo otaczających, beżowych gór wydaje się być radośnie gdyż jest cieplej i jest sporo zieleni. Także rwąca, turkusowa rzeka oraz zielone stawy na tle gór i drzew dodają tej części Pamiru wiele uroku. Nie sposób jest tu nie wspomnieć także o ogromnych, wielokolorowych głazach, stojących przy rzece. Dolina Gunt w przeciwieństwie do powyższego opisu Trasy Pamirskiej jest znacznie gęściej zaludniona co oznacza wiele dobrych doświadczeń z tego miejsca. Cały ten odcinek jest pełen typowych domów i zagród zbudowanych z porąbanych skał, w pięknej scenerii przyrody a wielkim atutem są tu też bardzo mili, gościnni i także bardzo ciekawscy ludzie. Parę dni później wybrałem się na wycieczkę rowerową przez Dolinę Gunt choć niestety miejscowy glina wmawiał mi, że nie mam odpowiedniego pozwolenia w paszporcie aby jeźdźić tą trasą i dlatego chciał $10. Musiałem mu wytłumaczyć łamanym rosyjskim, że nie jestem idiotą i że tadżycka ambasada w Londynie twierdzi inaczej. Dał mi paszport i pożegnaliśmy się. Dalsza częśc trasy była już przyjemnością. Jechałem piękną doliną, koło rwącej rzeki i miałem nieodłączne góry po bokach. Czasem były to skały o bardzo ciekawych, oryginalnych kształtach i malowniczo wkomponowane w otoczenie. Przeszedłem przez parę drewnianych, wiszących mostów i rozmawiałem z napotkanymi ludźmi. Wielu z nich było bardzo ciekawych. Zapraszali mnie na herbatę aby wypytać mnie o wszystko lecz nigdy nie było to nachalne. Wiele osób pomagało mi też w dotarciu do pewnych miejsc i częstowało mnie owocami. Spotykałem gospodarzy z osiołkami dźwigającymi chrust, ludzi przy zbieraniu owoców w swoich sadach i za każdym razem było bardzo miło. Jednym z obiektów do których udało mi się dotrzeć tego dnia były ruiny fortecy Kafir-Qala i choć obiekt ten znajduje się we wsi Bogev, tylko 15km od Khorog, dotarcie tam nie jest łatwe.

Ważne też wspomnieć, że bardzo mi się podobała skalna architektura w Tadżykistanie. Ze skał jest tam zbudowane wszystko, od domów i ogrodzeń, po mosty i place zabaw dla dzieci. Oznacza to, że w Górskim Badachszanie wszystko jest zbudowane z przyrody i że domy czy ogrodzenia zmieniają swoje kolory wraz z porą roku. Latem są one pokryte zielonym mchem, jesienią zabudowania stają się pomarańczowe, a zimą są pokryte śniegiem. W Górskim Badachszanie zabudowania stanowią część gór i zmieniają się jak góry.

Trasa Pamirska - Dolina Gunt.

Trasa Pamirska – Dolina Gunt.

Khorog (2100m n.p.m.) jest stolicą rejonu autonomicznego Górski Badachszan. Jest to małe lecz urocze miasteczko położone na wysokości 2100m n.p.m., przecięte rzeką Gunt i „ozdobione” górami z każdej strony. Khorog moim zdaniem jest jedynym miejscem na Trasie Pamirskiej po stronie tadżyckiej, które zasługuje na miano miasteczka. W przeciwieństwie do reszty uroczych i na pewno bardzo ciekawych osad, Khorog nie jest tragicznie biedne. Inną rzeczą jest też to, że leży około dwa razy niżej niż pozostałe osady dzięki czemu jest otoczone zielenią. Znajdują się tu banki, żywiołowy bazar, muzeum, Uniwersytet Azji Centralnej, internet, sklepy, restauracje, poczta oraz asfaltowane ulice, które nie wszędzie są dziurawe. Kilka kilometrów od centrum Khorog rzeka Gunt łączy się z rzeką Piandż, która jest jednocześnie granicą z Afganistanem. Na uwagę zasługuje Muzeum Regionalne, które nie jest do końca regionalne gdyż oprócz miejscowej sztuki ma ekspozycję o Leninie. Innym miejscem jest Ogród Botaniczny (3900m n.p.m.), który jest drugim najwyższym na świecie. Park Botaniczny w Khorog obejmuje paręset hektarów terenów drzewiastych, ogrodów i skał łatwych do wspinaczki. Wielkim atutem był tu piękny widok na gorzystą okolicę i rzekę. W Khorog jest też konsulat Afganistanu, który wydawał wizy turystyczne zależnie od własnego humoru. Będąc w Khorog należy koniecznie kupić parę tradycyjnych pamirskich skarpet z koziej wełny.

Dolina Wachańska to jedna z najbardziej malowniczych, odosobnionych i przygodowych zakątków Tadżykistanu, do odwiedzenia której gorąco namawiam. Jest ona dzielona z Afganistanem a jako ciekawostkę powiem, że Marco Polo podróżował tędy w 1274 roku. Do podróżowania przez tę dolinę taże jest potrzebne pozwolenie GBAO z zaznaczonym Iszkaszim, co nawet przypadkowo napotkany milicjant chętnie sprawdzi łudząc się na łatwy zarobek. Na Dolinę Wachańską składa się nie tylko piękna całość tego miejsca ale także określone wsie, ludzie, ruiny fortec, gorące źródła, osiołki, źródła naturalnej wody gazowanej oraz ciągła panorama Afganistanu. Na początku pojechałem do gorących źródeł Garam Czaszma, oddalonych od Khorog o 46km. Droga tam wiodła przez malowniczą, nierówną lecz fascynującą drogę, zwłaszcza że po drugiej stronie rzeki widziałem Afganistan. Znajdował się tam turkusowy basen z naturalną, ciepłą wodą otoczoną białymi, miękkimi skałami, które można było zeskrobywać, moczyć w wodzie i smarować się nimi. Wszystko to dla leczniczych właściwości płynących ze skał. Następnie poczekałem we wsi Anderob gdzie czekałem na utostop aż 6h. Oczywiście zapoznałem się z całą wioską, zjadłem skromny obiad a potem 30-letnim Uazem pojechałem wzdłuż Afganistanu do wsi Iszkaszim. Po drodze zatrzymaliśmy się aby nabrać naturalnej wody gazowanej ze źródła a na górze widziałem kopalnię rubinów Koh-i-Lal.

Trasa Pamirska - gorące źródła Garam Czaszma.

Trasa Pamirska – gorące źródła Garam Czaszma.

Po dojechaniu do Iszkaszim zatrzymałem się na noc w domu u miejscowej rodziny czyli u mojego kierowcy. Mieszkałem w tradycyjnym domu pamirskim, który jest zbudowany na określonych zasadach. Wytłumaczenie jest dość długą opowieścią lecz powiem ogólnie, że budowa pamirskich domów opiera się na filozoficzno-religijnych zasadach sprzed ponad 2500 lat. Elementami tradycyjnymi są tu filary oraz dach z których każdy ma swoje religijne znaczenie i filozoficzne przesłanie. Znajduje się w nim otwór wykonany na zasadzie ułożonych na sobie kwadratów. Innym ważnym elementem jest platforma biegnąca dookoła pokoju na której się śpi i je. Pod nią znajdują się schowki a czasem też piec. Na marginesie piec do wypiekania chleba jest zazwyczaj poza domem i ma go każda rodzina. Następnego dnia zebrałem trochę moreli z ogrodu oraz poszedłem na spacer aby zobaczyć ludzi pracujących w polu, skalne domy oraz wraki samochodów ładnie wkomponowanych w otoczenie. Iszkaszim do największa wioska w Dolinie Wachańskiej i jednocześnie regionalne centrum, które można przejść wzdłuż i wszerz w pół godziny. Sytuacja ekonomiczna jest tu bardzo zła. Wielokrotnie miałem rozmowę z matką mojego kierowcy o tym, że tam nie ma pieniędzy i mówiła to patrząc mi w oczy z wielką zazdrością. Jej dwóch synów pracowało w miejscowym banku. Jeden zarabiał $50 a drugi $100 miesięcznie. Śmiali się, że pracują za darmo i niestety temat pieniędzy był omawiany wiele razy. Jednak ich matka była najgorsza gdyż kazała mi płacić za to samo trzy razy i mówiła, że nie zapłaciłem.

Muszę przyznać, że znowu miałem szczęście gdyż chciałem się dostać do Liangar i akurat mój kierowca musiał tam jechać aby odebrać rodziców sąsiada. Jak się potem okazało była to jedna z lepszych przygód mojego życia i zobaczyłem znacznie więcej niż chciałem. Najpierw zatrzymaliśmy się przy wsi Namagdut aby zobaczyć ruinę Fortecy Khakha, pochodzącej z III wieku p.n.e. i osadzonej na skale. Po następnych 30km przejeżdżaliśmy koło wsi Darshai gdzie zaczynają się szlaki do Doliny Shokh Dara. Potem jechaliśmy po różnych trudnych nawierzchniach a nasz Uaz dzielnie walczył z Doliną Wachańską. Raz na przykład utknęliśmy w piachu na drodze i zajeło nam pół godziny zanim Uaz ruszył. Całe szczęście, że stało się to w pięknej scenerii, która była idelanym miejscem do zdjęć. Staliśmy na kompletnym pustkowiu, wśród tadżyckich gór, rzeki i afgańskich lodowców. Następnie przejeżdżaliśmy przez skalną wieś Ptup gdzie napiłem się zielonej herbaty z ciekawymi miejscowymi i odpowiedziałem na serię pytań. Potem skręciłem w lewo lecz niestety nasz Uaz wpadł do rowu i nie mógł się wydostać dlatego w towarzystwie miejscowych dzieci i ich osła dotarłem do kolejnej wielkiej atrakcji czyli do XII wiecznego Fortu Yamchun, który jak dotąd był najbardziej efektowny choć z uwagi na ukształtowanie terenu dostanie się do niego bez sprzętu do wspinaczki nie było możliwe. Następnie jadąc na ośle około 1 km dotarłem do gorących źródeł Bibi Fatima, które moim zdaniem są najlepsze w regionie i także najpiękniej położone. Każdy krok naprzód od Fortu Yamchun aż do Bibi Fatima był kalejdoskopem wspaniałych krajobrazów. Był to tylko 1km w moim życiu pełnym cudownych wypraw a z drugiej strony ten 1 km sprawił mi tak wielką przyjemność. W gorących źródłach usadowiłem się z innymi mężczyznami w pomieszczeniu wypełnionym naturalnie gorącą wodą. Piękno tego miejsca było bardzo oryginalne, dlatego że znajdowaliśmy się wewnątrz skały a ze ścian spływała woda. Gdy wyszedłem nie mogłem wprost uwierzyć, że ponownie naprawili Uaza. Wsiedliśmy do środka i już bez marnowania benzyny zjechaliśmy 7km do glównej drogi. Potem zatrzymaliśmy się we wsi Yamg a następnie Vrang skąd wspięliśmy się do buddyjskich stup z IV wieku. Wieczorem tego samego dnia dojechaliśmy do Liangar (120km od Iszkaszim). Liangar to mała wioska o dość strategicznym położeniu gdyż tutaj spotykają się rzeki Pamir i Wachan, formując rzekę Piandż, jednocześnie zaznaczając początek Górnego Wachanu Afganistanu. Liangar to także bardzo dobre miejsce na wiele wycieczek z przewodnikiem. Jedną z nich jest wspinaczka do malunków na skałach (petroglyfy). Są tu także trzy gorące źródłe choć nic tak wspaniałego jak Bibi Fatima oraz w odległości kilku kilometrów dwa forty: Ratm i Abrashim Qala. Mój pobyt w Liangar trwał prawie dwa dni i ubiegł mi bardzo spokojnie. Wspinałem się główną drogą pomiędzy domami zbudowanymi ze skał, rozmawiałem z ludźmi i robiłem im zdjęcia. Pożyczyłem też osła i w towarzystwie miejscowych dzieci pojechałem nad rzekę. Byłem też w drugim gorącym źródle gdzie woda nie była tak ciepła dlatego polecam pierwsze (znajduje się wyżej). Następnego dnia rano wybraliśmy się na około godzinną wspinaczkę do ruin fortu Abrashim Qala, także zwana „Jedwabną Fortecą” Zongu. Potem wróciliśmy do Iszkaszim zatrzymując się na zieloną herbatę w różnych wsiach gdzie ja ponownie odpowiadałem na pytania nieskończenie ciekawych ludzi a wieczorem dotarłem do Iszkaszim i następnego dnia do Khorog.

Dolina Wachańska na odcinku Iszkaszim oraz Afganistan po prawej stronie rzeki Piandż.

Dolina Wachańska na odcinku Iszkaszim oraz Afganistan po prawej stronie rzeki Piandż.

Dolina Wachańska była wspaniałym przeżyciem i bardzo gorąco namawiam do jej przejechania każdego, kto jest w Khorog. Będzie to na pewno inne doświadczenie niż sama Trasa Pamirska co tylko udowadnia jak dużo Górski Badachszan ma do zaoferowania. Jak zwykle jest problem z transportem lecz w Górskim Badachszanie trzeba być na to mentalnie przygotowanym. Jest wiele sposobów na przejechanie tej doliny choć jak zwykle w grę wchodzi tu transport, czas i to czy mamy kompanów do podzielenia kosztów. Jeśli chcecie podążać moim planem to radzę do tego dodać dotarcie do Kargusz a potem przecinając Trasę Pamirską dostać się do Bulunkul, po czym dalej przez główną trasę do Khorog. Jest to klasyczna pętla od której także odbiega wiele bardzo ciekawych poboczy.

Po Górskim Badachszanie odbyłem podróż do stolicy Tadżykistanu – Duszanbe (była nazwa: Stalinabad). Niestety ta podróż nie jest tak łatwa jak mogłoby się wydawać gdyż transport w Tadżykistanie nigdy nie jest łatwy. Dystans z Khorog do Duszanbe to 608km nierównej trasy, kamieni spadających na przednią szybę samochodu a także ciekawych postojów. Położyliśmy się na drewnianej platformie na krawędzi góry i podano nam pieczonego barana z cebulą oraz miejscowym chlebem. Na deser zamówiliśmy też miód. Całe to jedzenie było oczywiście świeże i pochodziło z okolicznych gór a nie z fermy lub fabryki jak to jest w Europie. Często nas też zatrzymywała policja aby zciągnąć haracz od kierowcy lecz tak już jest w całej Azji Centralnej. W ostatniej fazie naszej podróży widzieliśmy też buldożery, które pracowały przy budowie dróg a cała budowa była oczywiście „udekorowana” plakatami prezydenta Tadżykistanu, którego zdjęć jest mnóstwo w całym kraju. W końcu po 16h jazdy, kompletnie wykończeni i z bolącymi plecami dotarliśmy do Duszanbe. Wesołą częścią podróży była nasza gra w piłkę nożną na małej mieliźnie pomiędzy Tadżykistanem a Afganistanem.

Dodam, że dla tych którzy nie chcą się męczyć w podróży lub ci którym się nie śpieszy mogą spędzić noc w połowie drogi, w Kalaikum oraz stamtąd pojechać do tadżykciej wioski Yoged, także koło Afganistanu.

Moja wyprawa przez Dolinę Wachańską. W tle Afganistan.

Moja wyprawa przez Dolinę Wachańską. W tle Afganistan.

W stolicy Tadżykistanu – Duszanbe, spędziłem kilka dni i była to także moja baza do wycieczek poza miasto. Spałem w ogrodzie na drewnianej platformie u znajomych kierowcy a rano byłem zawsze budzony przez kozła. Poszedłem między innymi na Plac Wolności aby zobaczyć średnio interesujący pomnik X wiecznego władcy Ismoili Somoni. Byłem tu zaczepiony przez milicjantów, którzy próbowali wyłudzić ode mnie trochę pieniędzy. Obok znajdował się Park Rudaki który przyznam, że jest bardzo przyjemnym miejscem. Przed wejściem znajduje się ładna brama a w środku dużo zieleni, w tym egzotycznych kwiatów. Na największą uwagę zasługuje tutaj pomnik Rudakiego, czyli najwybitniejszego poety Persko-Tadżyckiego, który żył na przełomie IX i X wieku. Widziałem też Pałac Prezydencki i 1500 letniego 13m Buddę. Ciekawe było też Narodowe Muzeum Bekhzod gdzie znajduje się wiele ekspozycji z zakresu etnografii, sztuki, archeologii i historii naturalnej, co moim zdaniem jest małym muzeum śmierci niewinnych zwierząt. Najbardziej w pamięci zapadły mi tu obrazy przedstawiające Rudakiego oraz jaki przemierzające Pamir. Jak w każdym muzeum Centralnej Azji nie dało się też nie zauważyć wielkiego zdjęcia prezydenta Tadżykistanu oraz propagandy pro-rosyskiej opierającej się głównie na pokonaniu Nazistów. Lekcja o sztuce i kulturze Tadżykistanu była przyjemnym doświadczeniem lecz mocno po oczach bił rozległy artykuł napisany o towarzyszu Stalinie. Innym ciekawym obrazem namalowanym na glazurze było przedstawienie tadżyckich kobiet tańczących wsród sowieckich żołnierzy i trzymających plakat Lenina. Była to wulgarna komunistyczna propaganda opakowana w tadżycką kulturę. Potem byłem na ciastku i herbacie choć mój pobyt zepsuli oszuści podający się za KGB w celu wyłudzenia pieniędzy od turystów. Duszanbe (Stalinabad) to ciekawe miasto na 2 dni lecz jest to także miasto oszustów i brudnych policjantów łasych na pieniądze.

Z Duszanbe wybrałem się na wycieczkę do Hissar. Główną atrakcją jest tu brama z XVIII wieku zwana Darvaza-i-Ark. Kiedyś było to wejście do wspaniałej fortecy lecz niestety armia czerwona zniszczyła go. Obraz samej bramy jest tak popularny w Tadżykistanie, że jej zdjęcie znajduje się na banknocie 20 somani. Oprócz tego znajdują się tu ładna antyczna madresa oraz caravanserai, pola bawełny i bazar gdzie polecam przede wszystkim winogrona. Hissar leży tylko 30km od Duszanbe i uważam, że należy je koniecznie odwiedzić.

Tadżykistan - brama w Hissar.

Tadżykistan – brama w Hissar.

Droga M34 na północ, w kierunku tadżyckiej Doliny Fergana to niezapomniane przeżycie i jedno z najefektowniejszych podróży po Tadżykistanie. Dzielona taksówka jest jedynym możliwym środkiem transportu i tylko terenowa gdyż tylko tego rodzaju samochód jest w stanie się przedrzeć przez wysokie góry. Raz zatrzymalismy się w górskiej knajpie na skale gdzie dostałem szaszłyka baraniego z cebulą i przyznam, że tadżycka baranina jest tak wspaniała, że też powinna się znaleźć na banknocie. Nasza droga wiodła poprzez turkusową rzekę, góry, pasące się kozy choć przejeżdżaliśmy też przez tunele zafundowane przez rząd irański. Dwa najwyższe punkty mojej podróży to Anzob Pass (3372m n.p.m.) i Shakhristan Pass (3378m n.p.m.). Po zjechaniu z góry zatrzymała nas oczywiście policja a potem po raz kolejny przekonałem się o miłym usposobieniu ludzi. Człowiek sprzedający jabłka wcisnął mi kilka na siłę. Po niedługim czasie dotarliśmy do Istarawszan. M34 to jedna z najwspanialszych „doświadczeń drogi” po Tadżykistanie.

Istarawszan to małe historyczne miasteczko na północy Tadżykistanu. Ja spędziłem tu aż trzy noce i wcale nie żałuję mimo że przewodnik zaleca tylko jeden dzień. Przez kilka dni miałem na wszystko sporo czasu. Najpierw poszedłem na główny rynek gdzie na widok jedynego Białego chcieli sprzedać dolary. Dobrze zwiedziłem bazar poświęcony tylko i wyłącznie cebuli, robiłem zdjęcia ludziom i bawiłem się świetnie. Bazar na którym sprzedawali owoce, mięso oraz gacie też były bardzo przyjemne. W zasadzie bazar polecam najpierw z powodu niewiarygodnych twarzy i kontatu z ludżmi. Potem idąc przez stragany z melonami i arbuzami zmierzałem w kierunku części historycznej miasta Shahr-e-kuhna. Szedłem małymi, wąskimi, krętymi uliczkami, pomiędzy szarymi domami, obłożonymi gliną i trocinami. Najpierw doszedłem do Kök-Gumbaz czyli XV wiecznego meczetu z wielką, błękitną kopułą wyłożoną mozaiką. W środku znajdował się plac z małym ogrodem oraz kilka komnat wymagających remontu. Potem zobaczyłem XIX wieczny Meczet Hauz-i-Sangin. Myślę, że ten podobał mi się najbardziej gdyż w niczym nie przypominał typowego meczetu. Przypominał on raczej małą świątynię buddyjską z rzeźbionymi filarami i ładnie malowanymi sufitami. Zobaczyłem także grobowiec w którym był pochowany Shah Fuzail ibn-Abbas a w pobliżu znajdował się także meczet i mauzoleum Hazrat-i-Shah lecz te nie podobały mi się. Po drugiej stronie miasteczka, na szczycie góry stał Mug Tepe czyli robiąca spore wrażenie brama, zbudowana na kształt meczetu z błękitną kopułą. Niegdyś stała tu forteca lecz dziś zostały tylko jej szczątki gdyż Alexander Wielki w 329r p.n.e. zaatakował całe to miasto. Wspaniała brama jest w znakomitym stanie lecz dlatego, że została zbudowana w 2002 roku na 2500 rocznicę Istarawszan. W tym małym miasteczku jest bardzo dużo do zobaczenia choć ważny był też kontakt z ludźmi, szaszłyki baranie oraz moja wizyta u profesjonalnego golibrody gdzie zostałem ogolony za darmo. Nie chciał pieniędzy gdyż byłem gościem w jego kraju. Na pierwszy rzut oka Istarawszan może przywoływać mieszane uczucia lecz po bliższym poznaniu zabytków, małych uliczek i miejscowych okazuje się, że jest to jedno z najlepszych miasteczek w całym Tadżykistanie. Szaszłyków nie muszę chyba reklamować? Smutną częścią mojego pobytu była moja rozmowa z policjantem, który opowiedział mi o trudnej sytuacji ekonomicznej.

Dodam, że koło Istarawszan znajduje się sanatorium gdzie robią masaże całego ciała. Byłem zmęczony po wyprawie dlatego potrzebowałem dobrego masażu. Z doświadczenia wiem, że kobiety zazwyczaj mnie głaszczą jak kota dlatego tym razem wybrałem boksera wagi średniej, który miał tyle siły w rękach, że szybko mnie postawił na nogi. W drodze do i z sanatorium nazbierałem jabłek i gruszek.

Tadżykistan - muzułmanin z Istarawszan.

Tadżykistan – muzułmanin z Istarawszan.

Kodżand jest stolicą północnego Tadżykistanu oraz drugim najwiekszym miastem w kraju. Miasto to jest także jednym z najstarszych, założonych przez Alexandra Wielkiego na brzegu rzeki Syr-Daria. W roku 1986 Kodżand (wówczas Leninabad) obchodził 2500 rocznicę swojego istnienia. Miasto to nie jest najczęściej odwiedzane przez turystów mimo zabytków i muzeów wartych zobaczenia. Kodżand dobrze się plasuje pod względem ekonomicznym na tle Tadżykistanu. Główną atrakcją Kodżand jest ufortyfikowana X wieczna cytadela gdzie znajduje się kilka muzeów. Radzę zwrócić uwagę na pomnik symbolu Rzymu czyli wilczycę karmiącą Romusa i Romulusa. Pomnik ten znajduje się w bliskiej odległości od głównej bramy do cytadeli. Następnie przechodząc przez stragany z koralami i ulicznych szewców dotarłem do wielkiego placu. Po lewej stronie miałem dobry widok na zespół obiektów. Był to biały, marmurowy meczet z ładnie rzeźbionymi filarami, mausoleum Sheikha Massal ad-Din z 1394 roku oraz efektowny, 21 metrowy minaret z 1895 roku. Całość rzeczywiście robiła wrażenie, tym bardziej, że czułem ciężar czasu. Na przeciwko stał Bazar Paszanbe czyli najlepiej zaopatrzony targ Azji Centralnej. Wejście do bazaru jest ozdobione wielką, neoklasyczną bramą gdzie sufit jest pomalowany na różowo i żółto czyli na dwa kolory, których nie cierpię. Ja ze swoją kamerą i aparatem szybko stałem się atrakcją dnia i nawiązałem kontakty ze sprzedawcami mięsa i chleba. Na zewnątrz był ogromny bazar tylko i wyłącznie poświęcony cebuli a inny tylko winogronom. Tych dwóch na pewno jest w Tadżykistanie pod dostatkiem. Bazar Paszanbe to wielka atrakcja i wizyta w Kodżand bez przyjścia tutaj jest stracona. W drodze powrotnej zatrzymywałem się kilka razy na koktajle mleczne i tak powoli dotarłem do dzielonego busika jadącego do Istarawszan. Kodżand odwiedziłem jako jednodniową wycieczkę z Istarawszan.

!!!Niestety w Kodżand znajduje się też upiorna część miasta czyli ta gdzie jest największy w Azji Centralnej pomnik Lenina. W mojej opinii Lenin wyglądał jakby nie zdążył na czas do toalety.

Moja kolejna przygodą był transport do Gór Fańskich, do turkusowego jeziora Iskander Kul. Wyruszyłem z Istarawszan drogą M34 i los chciał, że znowu trafiłem na najgorszego grata. Jechaliśmy bardzo wolno a potem jeszcze stawaliśmy na kontrole policyjne. Potem ledwo wjechaliśmy na Shakhristan Pass (3378m n.p.m.) i parę razy musieliśmy go pchać. Następnie po dojechaniu do Ayni jeszcze raz miałem szansę spojrzeć na X wieczny minaret a zaraz za Ayni był skręt na jezioro. Tam, czekając na drodze na kolejny transport nauczyłem się sztuki cierpliwości. W końcu podjechał ktoś kto mieszkał koło Iskander Kul i mnie tam podwiózł lecz najpierw pojechaliśmy do ogrodu na pare godzin aby nazbierać pomidorów. W jednej wsi wszyscy weszli na pole i zbierali a żeby było szybciej ja też zbierałem. W końcu mój kierowca kupił 3 wiadra pomidorów, 20 słoików przetworów, inne warzywa i owoce oraz połowę obdartego ze skóry barana. Potem jeszcze napełnił 3 karnistry benzyny i wyruszyliśmy w drogę. Nareszcie, pomyślałem. Trasa wiodła przez malowniczą górską scenerię, wzdłuż rzeki i wysokich gór Fańskich. Po kilku efektownych serpentynach i po bardzo nierównej drodze w końcu dotarliśmy do jeziora Iskander-Kul.

Tadżykistan - perła Gór Fańskich, jezioro Iskander Kul.

Tadżykistan – perła Gór Fańskich, jezioro Iskander Kul.

Góry Fańskie są nadzwyczaj pięknym i bardzo popularnym rejonem trekingowym w północnym Tadżykistanie. Znajdują się one dość blisko od Duszanbe i od Samarkandy. Istnieje tutaj wiele malowniczych tras o różnym poziomie trudności, które wiążą się także różnymi kosztami gdyż należy wziąć przewodnika i transport. Ja zobaczyłem dwie perły Gór Fańskich. Jest to jezioro Iskander-Kul oraz siedem jezior czyli jeziora Marguzor. Jezioro Iskander-Kul (2195m n.p.m.) jest wyjątkowo pięknym darem natury. Leży 24km od głównej drogi M34 i jest dostępne bez potrzeby ekstremalnego wspinania się, co wcale nie znaczy że jest się tam łatwo dostać. Jezioro Iskander-Kul ma wspaniały, turkusowy kolor i jest otoczone górami. Jezioro Iskander-Kul było wyjątkowo urocze a spokój i cisza tego miejsca dawały szansę na odpoczynek. Oprócz głównego jeziora wybrałem się też na spacer wśród skał, wzdłuż rzeki do wodospadu.

Tadżyk, który gotował wszystkim plov nad Iskander-Kul i który uciekł tam na dwa tygodnie od żony miał samochód z napędem na cztery koła. Za promocyjną cenę zapakował w niego mnie, dwoje Ruskich i parę Szwedów a potem szybko jechaliśmy po krawędziach Gór Fańskich przez co jazda była przyjemnością. Czasem było trochę niebezpiecznie lecz mieliśmy bardzo dobrego kierowcę z doświadczeniem w tym terenie. Gdziekolwiek nie pojechaliśmy widoki były jak zwykle piękne: góry, turkusowa rwąca rzeka, ostre zakręty i niestety zatrzymująca nas policja. Gliniarze mówili, że szukają uciekinierów z więzienia lecz moim zdaniem po prostu zatrzymywali każdy samochód aby wycisnąć trochę gotówki z kierowców. Po niedługim czasie dojechaliśmy do miasta Penjikient które jest przyjemnym tadżyckim miasteczkiem leżącym nad rzeką Zarafszan. Znajduje się tu ciekawy meczet, małe muzeum Rudakiego i ruiny starego miasta Pendżikient. Oprócz tego jest tu także żywiołowy bazar owocowy i kilka restauracji na świeżym powietrzu gdzie ceny są bardziej niż promocyjne. Pendżikient jest także bazą wypadową do Uzbekistanu od strony Samarkandy.

Będąc w Pendżikient wybrałem się do kolejnej perły Gór Fańskich czyli do Siedmiu Jezior. Dla super oszczędnych, lubiących wielką niewygodę i mających dużo czasu mogę doradzić, że jest opcja dostania się lokalnym autobusem do pierwszego jeziora a stamtąd trzeba już pieszo do każdego następnego. Transport powrotny w zasadzie istnieje lecz moim zdaniem jest to chybił trafił co jest przecież jednym z uroków Tadżykistanu. 20km łańcuch Jezior Marguzor był malowniczo wkomponowany w góry. Jeziora były różnej wielkości, w różnych odległościach od siebie i rożnego koloru. Niektóre były turkusowe a inne jasno zielone. Przy kilku były małe wioski składające się z domków zbudowanych z porozbijanych skał choć są też ciekawi ludzie. Przy szóstym jeziorze była wioska Marguzor gdzie spędziłem czas na jeżdżeniu na osłach. Zrozumiałem wtedy, że byłem najbardziej szczęśliwy z powodu tak prostych rzeczy jak jazda na osiołku.

Żegnam piękny Tadżykistan i czekam na transport do Uzbekistanu.

Żegnam piękny Tadżykistan i czekam na transport do Uzbekistanu.

Następnie wsiadłem do lokalnego autobusu w Pendżikient i pojechałem 22km do granicy z Uzbekistanem. Droga nie była najlepsza ale dostałem się na miejsce i było bardzo tanio. Na samej granicy musiałem oczywiście liczyć się ze strażnikami, którzy chcieli wyłudzić pieniądze. Ja miałem gładko lecz każdy kto nie mówił po rosyjsku lepiej żeby włożył do paszportu $5 i modlił się aby nie było $50. Tadżykistan zawsze będę wspominał jako kraj pięknych gór i malowniczych jezior.

Uzbekistan

Uzbekistan jest perłą Jedwabnego Szlaku o czym świadczą najlepiej trzy wspaniałe miasta zachwycające swą świetnością. Są to oczywiście: Samarkanda, Bukhara i Khiva. Można tu podziwiać wszystkie pięknie odrestaurowane obiekty głównie z czasów Timura, czyli jednego z największych władców terytorium, który dziś znamy jako Uzbekistan. Liczne mauzolea, madressy (muzułmańskie szkoły) i minarety, bogato ozdabiane z zewnątrz i od wewnątrz składają się na interesującą całość. Obecność w każdym z antycznych miast daje także możliwość potargowania się z handlarzami o piękny dywan, jedwab, ceramikę, obrazy, ręcznie zdobione szkatuły i wiele innych interesujących pamiątek. Spędziłem wiele dni na dokładnej eksploracji starych miast, przerywając zwiedzanie na zieloną herbatę i jedząc samsę, czyli lokalne pierogi. Sama zamiana pieniędzy z dolarów na bezwartościowe somy też była przeżyciem gdyż za jeden banknot $100 miałem połowę torby lokalnej waluty. Uzbekistan to jednak nie tylko zabytkowe stare miasta ale też przygodowa przeprawa przez pustynię Kyzyl-Kum w drodze do Khivy. Polecam także wieś Moynaq w dalekim Karakalpakstanie gdzie można zobaczyć zardzewiałe kutry rybackie na piasku oraz poznać katastrofę ekologiczną Morza Aralskiego. Przyjemność sprawia także bycie na otwartych przestrzeniach uzbeckiej Dolny Fergana, gdzie możemy cieszyć się niższymi partiami gór Azji Centralnej, jeziorami, stadami owiec pasącymi się na polach, oraz później także grillowanymi szaszłykami z owiec. Interesująca i godna uwagi jest też stolica Uzbekistanu Taszkient, oraz wyprawa poza miasto do Czimgan. Poza tym ludzie w Uzbekistanie mają dobre nastawienie do turystów a niska cena sprawia, że tym bardziej podróżuje się przyjemniej. Od czasu do czasu warto jest też sobie zrobić przerwę na baraniego szaszłyka lub plov, czyli kulinarną dumę Uzbekistanu. Jedyne co mi przeszkadzało w Uzbekistanie to chorobliwa biurokracja względem turystów i ta jedna rzecz powinna koniecznie się zmienić. Z drugiej strony Uzbekowie nie znoszą swojej biurokracji jeszcze bardziej niż turyści.

Uzbekistan - Samarkanda. Registan - perła antycznego Jedwabnego Szlaku.

Uzbekistan – Samarkanda. Registan – perła antycznego Jedwabnego Szlaku.

Samarkanda jest jednym z najstarszych miast świata, które przez wieki bogaciło się z powodu swego strategicznego położenia. Znajdowało się ono na szlaku handlowym pomiędzy Chinami a Europą zwanym Jedwabnym Szlakiem i dzięki temu Samarkanda została jednym z najwspanialszych miast Azji Centralnej. Niestety nie przetrwały żadne obiekty sprzed najazdów mongolskich lecz w XIV wieku władca o imieniu Timur ustanowił w Samarkandzie stolicę swojego imperium. Właśnie w tym okresie oraz po Timurze powstało najwięcej efektownych obiektów, które możemy dziś podziwiać a sławny w całym świecie Registan był centrum starożytnej Samarkandy. Dziś miasto to jest głównie zamieszkanie przez Tadżyków a rodowici Uzbekowie stanowią tu mniejszość. W 2001 roku UNESCO zaliczyło Samarkandę do Dziedzictwa Światowego Dobra Kulturowego. Zacząłem zwiedzać od Registanu, który jest wizytówką miasta oraz jednym z najefektowniejszych pokazów antycznej architektury. Są tam rozległe, majestatyczne budowle, kafelkowane mozaiki na medresach, kopułach i minaretach oraz bardzo dobrze wyważone przestrzenie połączone w jedną, wspaniałą całość. Registan („piaszczyste miejsce” po tadżycku) jest najznakomitszym zespołem zabytków w całej Azji Centralnej.

Gdy dotarłem do części głównej, miałem przed sobą plac oraz trzy wielkie medresy (z arabskiego medresa to teologiczna szkoła muzułmańska) czyli: Ulugbek Medressa,Sher Dor Medressa i Tilla-Kari Medressa. Ulugbek Medressa jest pierwszą powstałą tutaj i ukończoną w 1420 roku jeszcze za życia Ulugbeka, który podobno uczył tu matematyki, astronomii, teologii i filozofii. Sher Dor Medressa zwana także medressą lwa stoi naprzeciwko medressy Ulugbeka i została ukończona w 1636 roku. Jest ona bardzo charakterystyczna gdyż w rogach na górze są ułożone wielkie mozaiki przedstawiające dwa lwy, które wyglądają bardziej na tygrysy. Jest to dość sprzeczne z prawami islamu, które jest przeciwko umieszczaniu wizerunków żywych zwierząt. Ostatnim obiektem na placu głównym Registanu jest Tilla-Kari Medressa czyli ta , która jest pokryta złotem. Od zewnątrz nie wygląda ona atrakcyjniej niż dwie pozostałe lecz od środka muszę przyznać, że jest najpiękniejsza. Została ona ukończona w 1660 roku i ma bardzo przyjemny rynek a największą atrakcją tutaj jest bogato zdobiony meczet w niektórych miejscach pokryty złotem. Ma to symbolizować bogactwo Samarkandy w czasach gdy medressa ta była budowana. Dzisiejszy klejnot architektoniczny, którym bez wątpienia Registan jest, służy tylko atrakcjom turystycznym. Tam gdzie 600 lat temu spali i uczyli się studenci dziś znajdują się sklepy z pamiątkami. Na placach odbywają się udawane, tradycyjne uzbeckie śluby oraz kurasz czyli pokazy uzbeckich zapasów. Registan jest także piękny po zapadnięciu zmroku gdyż odbywają się tu pokazy oświetlania i dźwięków, które można obserwować za darmo z ławek poza głównym placem.

Poza Registanem w Samarkandzie znajduje się wiele innych efektownych meczetów i madres i wszystkie są zbudowane w tym samym stylu: wielkie bramy, minarety, błekitne mozaiki i subtelnie ozdobione kopuły. Nieco inny jest meczet Hazrat-Hyzr z VIII wieku, który leży po drugiej stronie drogi od bazaru, na wzgórzu. Został on niestety zrównany z ziemią przez Czyngis Chana w XIII wieku a odbudowany został dopiero w 1854 roku. W latach 90-tych XX wieku był ładnie odrestaurowany i do dziś zachował swoją świetność. Cały obiekt jest ładnie pomalowany, ma krótki minaret oraz rzeźbione filary, będące częścią charakterystyczą tego meczetu. Radzę też tu zwrócić uwagę na sufit oraz na zdjęcie z XIX wieku, przedstawiające cały obiekt w tamtych czasach. Podobało mi się też bardzo jego nadzwyczaj dogodne położenie. Z tarasu bowiem jest bardzo dobry widok na meczet Bibi-Khanym a z drugiej strony widać Shah-i-Zinda oraz Afrosiab po wejściu na minaret. Obok meczetu znajduje się cmentarz. Ogółem, na prawdę warto!!!Oprócz tego Samarkanda żyje turystyką. Ludzie sprzedają wypiekane przez siebie chleby, owoce z własnych sadów oraz wiele pamiątek.

!!! Moim zdaniem Samarkanda powinna być priorytetem jeśli chodzi o poznanie antycznej architektury Azji Centralnej na Jedwabnym Szlaku.

Samarkanda - perła Jedwabnego Szlaku.

Samarkanda – perła Jedwabnego Szlaku.

Bukhara jest kolejnym bogatym historycznie i architektonicznie miastem na byłym Jedwabnym Szlaku. Stare miasto jest dziś przepełnione budynkami sakralnymi i świeckimi, które mają nawet tysiąc lat i nie wiele się zmieniły od około 200 lat. Rząd Uzbekistanu zainwestował mnóstwo pieniędzy w odrestaurowanie Bukhary co daje poczucie „uroczego ciężaru piękna histori” i (moje własne sformułowanie na marginesie). Z miastem jest związana bardzo bogata historia, zaczynając od IX i X wieku gdy Bukhara była stolicą dynastii Samanidów. Wkład w rozkwit miasta miało oczywiście położenie handlowe na Jedwabnym Szlaku lecz także znani perscy poeci, naukowcy i filozofowie. Potem przyszedł czas na Czyngis Chana i na Bolszewików. Dziś Bukhara jest architektonicznym widowiskiem oraz jedną z najbardziej interesujących atrakcji turystyczno-kulturowych. Dzięki temu turystyka jest tu bardzo dobrze rozwinięta co widać po tanich lecz bardzo dobrych hostelach B&B. Ja za swój ładny pokój z prysznicem, uzbecką i turkmeńską telewizją oraz dobrym śniadaniem zapłaciłem tylko $10.

Pierwszym i zarazem bardzo spokojnym i pięknym miejscem jakie zobaczyłem był Lyabi-Hauz czyli miejsce nad akwenem wodnym otoczone zabytkowymi obiektami. Jest to jedno z najpopularniejszych miejsc w Bukharze, otoczone restauracjami na świeżym powietrzu i sklepami mieszczącymi się w zabytkowych medressach, choć z drugiej strony całe stare miasto Bukhary jest wielkim sklepem. Od strony wschodniej znajduje się pomnik „mądrego głupca” Huja Nasruddin mającego związek z lokalnymi legendami. Za nim znajduje się Medressa Nadir Divanbegi, która początkowa była zbudowana jako szkoła lecz w 1622 roku. Ja ten obiekt nazywam obiektem pawii, gdyż w centralnym punkcie znajduje się piękna mozaika dwóch pawii lecących w stronę słońca. Po przeciwnej stronie basenu (zachodniej) znajduje się obiekt Nadir Divanbeg Khanaka z XVII wieku. Po stronie północnej znajduje sięMedressa Kukeldash, zbudowana za czasów Abdullaha II. W tamtych czasach była to największa szkoła islamska w Azji Centralnej. Tutaj także znajduje się typowa dla tego rodzaju architektury brama z mozaiką a w środku wspaniałe sufity i sprzedawcy pamiątek. Inną bardzo przyjemną rzeczą w tym obiekcie był ładny ogród znajdujący się na dziedzińcu.

Bukhara - jeden z wielu centrów handlowych na antycznym Jedwabnym Szlaku.

Bukhara – jeden z wielu centrów handlowych na antycznym Jedwabnym Szlaku.

Potem udałem się w kierunku bogato zaopatrzonych bazarów Taqi-Sarrafon i Taqi-Telpak Furushon. Nie są to jednak byle jakie bazary gdyż znajdują się pod budowlami zbudowanymi nawet w IX wieku. Mają one kształty małych meczetów i wypełnione są sklepikami z uzbecką sztuką, małymi szkatułami, jedwabnymi dywanami, zdobioną zastawą stołową i wielu innymi przyciągającymi uwagę rzeczami. Cała Bukhara jest wielkim bazarem osadzonym wśród meczetów, mauzoleów i madres. Kilka z nich, które warto wymienić to Medresa Ulugbeka zbudowana w 1417 roku, Medresa Abdul Aziz Khan z XVI wieku, Meczet Mir-i-Arab-Medressa oraz Meczet Kalon z XVI wieku, mogący pomieścić 10 tysięcy ludzi. Obok znajduje się też Minaret Kalon z 1127 roku. Gdy został zbudowany był to najwyższy budynek w Azji Centralnej. Do dziś jest to robiąca wrażenie budowla gdyż ma 47m wysokości i średnicę 10m u podstawy wliczając w to technologię przeciwko trzęsnieniom ziemi. Można ten minaret podziwiać z zewnątrz oraz dostać się na sam szczyt po 105 wewnętrznych schodach. Minaret ten jest też jedną z bardzo niewielu budowli, która przetrwała najazdy mongolskie, dlatego że Czyngis Chan rozkazał go nie burzyć. Spośród wielu innych wspaniałych, antycznych budowli bardzo mi się też podobał Charminar zbudowany w 1807 roku oraz leżący z dala od zgiełku miasta. Dostałem się tam idąc poprzez wąskie uliczki pełne domów obłożonych słomą i gliną. Charminar to mały i bardzo fotogeniczny obiekt, który po tadżycku oznacza „cztery minarety”, mimo że są to tylko cztery wieże ozdobne o błękitnych kopułach. Koniecznie należy też zobaczyć Arkę czyli najstarszą budowlę w Bukharze. Arka pochodzi z V wieku i była kiedyś ulubionym miejscem na egzekucje natomiast dziś gwarantuje dobre widoki na antycznie miasto.

Moim zdaniem Bukhara jest miastem mniejszego przepychu niż Samarkanda lecz także jest bardzo ciekawa i stanowiła jedno z najważniejszych miast handlowych na Jedwabnym Szlaku. Transport z Samarkandy do Bukhary jest bardzo łatwy i trwałby ponad 4h gdyby nie zepsuł się autobus.

Uzbekistan - Bukhara.

Uzbekistan – Bukhara.

Trasę 485km do Khivy pokonałem zardzewiałym autobusem a jechałem poprzez nicość co miało swoje upadki i wzloty. Droga ta była inna niż to co widziałem do tej pory. Jechaliśmy przez pustynię Kyzyl-Kum i dlatego po obu stronach drogi obserwowałem płaski horyzont. Kilka razy musieliśmy zwalniać gdyż po burzy piaskowej nasza dziurawa droga była częściowo zasypana. Jechaliśmy przez jakiś czas blisko granicy z Turkmenistanem oraz wzdłuż rzeki Amu-Daria. Droga była bardzo długa i męcząca gdyż trasa była w fatalnym stanie. Po około 11h dotarliśmy do bardzo nieciekawego, posowieckiego miasta Urgencz, które jest bazą przesiadkową w drodze do Khivy i także stolicą prowincji Khorezm. Wsiadłem tutaj do najwolniejszego trolejbusa na świecie i dystans 35km pokonałem w 1,5h. W końcu już o zmroku, zmęczony i znudzony tym dniem dostałem się do Khivy. Nie wiadomo dokładnego okresu w którym Khiva powstała lecz ten jeden z większych miejsc handlu niewolnikami istniał już w VIII wieku. Dziś jest to wielka atrakcja turystyczna po Jedwabnym Szlaku, przepełniona madresami, meczetami i minaretami z wielu wieków wstecz. Khiva to także znakomite miejsce na podziwianie miejscowej sztuki oraz na kupno wspaniałych czapek, dywanów i skarpet z koziej wełny.

Całe antyczne miasto Khiva znajduje się za glinianym, warownym murem i myślę, że skoro w XXI wieku jest to tak ogromny fenomen to tymbardziej z XIII wieków wcześniej miasto na pustkowiu zbudowane z samej pustyni musiało być ogromnym przeżyciem. Głównym wejściem jest brama Ichon-Qala, która jest jednocześnie najbardziej efektowna ze wszystkich. Zaraz po lewo znajduje się Arka Khuna, budowana od XII do XVII wieku. Tutaj znajdowały się harem, arsenał, meczet, więzienie i baraki Chana. Obiekty wewnątrz są bardzo ciekawie ozdobione gdyż tak jak wcześniej znajduje się tu misternie wykonana robota kafelkowa oraz rzeźbione filary. Na przykład stare więzienie Zindon jest pokazem łańcuchów, broni oraz obrazów przedstawiających ludzi zrzucanych z minaretów. Zaraz za główną bramą znajduje się Minaret Kalta Minor, zaczęty w 1851 roku, bardzo gruby i efktownie ozdobiony kafelkami lecz nigdy nie dokończony gdyż Chan który go kazał zbudować umarł 4 lata później. Na uwagę zasługuje także Medresa Mohammed Rakhim Khan z XIX wieku czyli pusty plac, który był kiedyś ulubionym miejscem egzekucji.

Khiva - antyczna architektura na pustyni Kyzyl Kum.

Khiva – antyczna architektura na pustyni Kyzyl Kum.

Ważnym budynkiem jest także Medresa Islom-Hoja oraz minaret. Są to najnowsze obiekty w Khivie a sam minaret jest najwyższy w Uzbekistanie gdyż ma aż 57m wysokości. Jest to okafelkowany, turkusowy budynek na który można wejść za dodatkową opłatą. W medresie obok znajduje się także najlepsze muzeum w Khivie poświęcone lokalnym wyrobom regionu Khorezm. Znajduje się tam biżuteria, uzbeckie i turkmeńskie dywany i wiele innych. Niedaleko znajduje się też Mauzoleum Pahlavon Mahmud zbudowane w 1326 roku i przebudowane w XIX wieku. Jest to przyjemne, zaciszne miejsce z błękitną kopułą na szczycie. Mauzoleum to zostało zbudowane na cześć poety, filozofa i zapaśnika, który został świętym patronem Khivy. Niedaleko stamtąd jest też Pałac Isfandiyar oraz wiele innych obiektów, które opisałem w pełnym reportażu.

Cała Khiva sprawia wrażenie jakby za murami obronnymi czas zatrzymał się przynajmniej 1300 lat temu. Khiva to bardzo efektowne stare miasto zbudowane z pustyni i niebieskich kafelków gdzie godna polecenia jest sztuka, futrzane czapki oraz przede wszystkim sama obecność w tym bardzo szczególnym miejscu. Z wysokich punktów obserwacyjnych jest to pokaz minaretów, meczetów i łuków bram, Jak na ironię większość muzułmanów na świecie nigdy nie widziało tyle muzułmańskiej sztuki i kultury pozostawionej po przodkach co ja – niemuzułmanin.

Uzbekistan - stare miasto Khiva.

Uzbekistan – stare miasto Khiva.

Z Khivy pojechałem dzieloną taksówką do Nukus (196km) poprzez pustynię Kyzyl Kum, niedaleko granicy z Turkmenistanem.

Nukus jest stolicą Karakalpakstanu czyli regionu autonomicznego w granicach Uzbekistanu, który leży daleko poza piaskami uzbeckiej cywilizacji. Nukus to spokojne, przepełnione posowiecką architekturą i drzewami miasto i warto tu przyjechać przede wszystkim z powodu najlepszego muzeum w całej Azji Centralnej. Jest to Savitsky Muzeum gdzie większość eksponatów zostało przywiezionych przez artystę i etnografa Igora Savitskiego. Muzeum to zostało otwarte w 2002 roku i gromadzi jedne z największych eksponatów sztuki byłego Związku Radzieckiego. Jest tu także wiele obrazów, które nie spełniały norm socrealizmu i dlatego nie można ich było oficjalnie pokazywać. Na szczęście z „daleka od wszystkiego” znalazły tu schronienie i można je tu dziś oglądać. Muzeum to posiada ogromną wystawę etnograficzną będącą pokazem materiałów, dywanów, dzbanów i biżuterii Karakalpakstanu a na drugim piętrze jest też wiele motywów sowieckich oraz bardzo ciekawe rzeźby, także erotyczne. W muzeum tym eksponaty dość często są zmieniane dlatego można tu przyjść wiele razy i za każdym razem zobaczyć inną wystawę.

Potem pochodziłem po mieście. Zaraz za muzeum znajdowało się wesołe miasteczko, które było tragiczne w swym wyrazie. Stare, odrapane z farb karuzele ustawione na betonowym placu powodowały, że dzieciom chciało się raczej płakać. Potem idąc przez prawie puste ulice dotarłem do jeszcze bardziej tragicznego miejsca. Było to wielki, betonowy plac, na którego środku stała nieczynna fontanna z powyrywanymi bryłami marmuru. Do tego czułem pod klapkami rozbite szkła gdyż młodzież ostro tu piła. Byłem dla napotkanych tu dzieci swoistą sensacją gdyż nie często się trafia gość na takim zadupiu. Zrobiliśmy sobie kilka zdjęć na tle wysokich bloków z betonowych płyt. Bardzo mi się tu jednak podobał miejscowy bazar. Był on świetnie zaopatrzony a do tego nawiązałem wiele kontaktów z ludźmi. Dawali się chętnie fotografować i byli ciekawi skąd byłem i po co przyjechałem. Poza tym Nukus jest bazą wypadową do Morza Aralskiego.

Uzbekistan (Karakalpakstan)- mężczyzna na bazarze w Nukus.

Uzbekistan (Karakalpakstan)- mężczyzna na bazarze w Nukus.

Po Nukus udałem się przez pustynię w stronę Morza Aralskiego. Przerwę zrobiłem sobie w małej zakurzonej wiosce Kungrad z bazarem warzywnym, z osłami ciągnącymi arbuzy oraz z pijanym lecz wesołym mężczyzną. Stamtąd pojechałem do Moynaq, który jest odpowiednikiem kazachskiego miasteczka Aralsk gdy obydwa te miejsca łączy tragedia ekologiczna Morza Aralskiego (opisałem powyżej). Gdy przyjechaliśmy do Moynaq, jasne było, że nie było tam wielu atrakcji. Moynaq to słabo zaludniona wioska z kilkoma ulicami na pustyni Kyzyl-Kum, w dalekim Karakalpakstanie. Wiatr unosił tumany kurzu a mężczyzna z podczarniałymi od papierosów zębami wskazał mi drogę do cmentarzyska zardzewiałych kutrów. Mimo to jednak, Moynaq jest jednym z miejsc, których szukam w swoich wyprawach. Katastrofa ekologiczna jeziora aralskiego była na tyle ogromna, że niegdyś Moynaq było jednym z głównym portów rybackich a dziś wioska ta leży 150km od brzegu. W latach 80-tych próbowano załagodzić szkody otwierając kanały do byłego brzegu lecz nie udało się. Dziś przy wjeździe do Moynaq znajdują się małe jeziora jako dowód tych prób. Także, przy wjeździe do wioski jest tablica z napisem Moynaq i z rybą co także jest tragiczne bo morza już dawno nie ma. Stałem w miejscu gdzie widać było zardzewiałe kutry na piasku, do których zszedłem z moim japońskim towarzyszem podróży. Były one oczywiście dobrymi obiektami do zdjęć lecz widok był niestety tragiczny. Na pustyni przy kutrach, na dnie byłego Morza Aralskiego spędziłem około trzech godzin oglądając wraki i patrząc na horyzont. Niby nic tu nie było lecz dla mnie ta pustynia i historia z nią związana to bardzo szczególne miejsce.

Specjalnie do Moynaq wziąłem swój namiot, bo myśłałem że będę spał na pustyni lecz około 10 minut spacerem stamtąd był bardzo tani hotel. Za łóżko w obskurnym pokoju, bez elektryczności i dopływu wody zapłaciłem $4. Obok był też sklep, który służył jako popularne miejsce spotkań gdyż tam świeciła się jedna żarówka. Każdemu podróżnikowi radzę aby zadał sobie trud dotarcia do Moynaq gdyż będzie to inny Uzbekistan niż ten znany z antycznych miast Jedwabnego Szlaku.

Zardzewiałe kutry rybackie na byłym dnie Morza Aralskiego, niedaleko Moynaq.

Zardzewiałe kutry rybackie na byłym dnie Morza Aralskiego, niedaleko Moynaq.

Potem udałem się w podróż pociągiem do Taszkientu – stolicy Uzbekistanu. Kupiłem bilet „twardy leżący” dlatego że był najtańszy ale z drugiej strony dawał dobry wgląd na obserwację narodu uzbeckiego przemierzającego swój kraj. Było oczywiście wesoło gdyż ludzie rozmawiali ze mną i częstowaliśmy się nawzajem. Koło mnie siedziało starsze małżeństwo z Rosji, które jechało pociągiem z Rosji do Taszkientu aż 63h w jedną stronę. Mówili, że mają tu córkę, która osiadła w Taszkiencie i do której jeżdżą raz na jakiś czas. Kiedyś był to jeden wielki Związek Radziecki a teraz nawet oni potrzebują tu wizy, nawet biorąc pod uwagę, że się tu urodzili. Już któryś raz dotarło do mnie jednoznacznie, że ludzie z różnych republik Azji Centralnej tęsknią za Związkiem Radzieckim i mówią, że wiele rzeczy było znacznie lepszych niż po rozpadzie. No cóż, teraz mamy Związek Europejski i po jego rozpadzie też znajdą się tacy, którzy będą za nim tęsknili.

W Taszkiencie mieszkałem w najtańszym hotelu w mieście gdzie po dopełnieniu wielu formalności rejestracyjnych pokazano mi mój bardzo obskurny pokój. Mieszkałem w hotelu Hadra, którą przewodnik określił jako „najczarniejsza dziura Azji Centralnej i niskiej klasy burdel”. Tak jak sądziłem obsługa była chamska i robiła łaskę, że ze mną rozmawiała ale było bardzo bardzo tanio. Miałem jednak kolorowy telewizor w którym działał tylko jeden program. Był to program z Turkmenistanu na temat zbioru bawełny, który był tak ciekawy że aż na nim zasnąłem. W końcu nic dziwnego. Uzbekistan jest „bawełnianym imperium” więc program ten jest bardzo popularny.

W ciągu kilku dni, które spędziłem w Taszkiencie zobaczyłem wszystkie interesujące miejsca. Było to oczywiście kilka antycznych szkół z klasycznymi bramami i dziedzińcami jak w Samarkandzie czy Bukharze. Najpierw zobaczyłem Madresę Kulkedash z XV wieku, która podobała mi się najbardziej i która była kiedyś popularnym miejscem egzekucji niewiernych żon. Miłe chwile spędziłem też na Bazarze Chorsu gdzie sprzedawano ubrania, koktajle mleczne, dziadowskie kebaby oraz handlowano walutą w nieoświetlonych miejscach. Zjadłem tu także tłustego plova, który okazał się wręcz oczyszczający dla mojego żołądka. Taszkient zwiedzałem pieszo gdyż wszystkie interesujące miejsca są blisko siebie. Dotarłem na przykład w okolice stacji metra Halqlar Dustligi gdzie znajdował się ocean betonu i wielka, betonowa bryła co jasno mi powiedziało, że znajdowałem się w bardzo posowieckiej części miasta. Znajdował się tu np. Pałac Przyjaźni Ludowej, ktorą przewodnik opisał jako stację do lądowania na księżycu z filmów z lat 50-tych. Była to wielka bryła z 4200 siedzeniami w środku i na prawdę mało atrakcyjna. Ten obiekt to jednak nic w porównaniu z Pałacem Ślubów czyli ogromnej, kwadratowej bryle betonu, która moim zdaniem byłaby wspaniała jako schron przeciatomowy gdyby była pod ziemią. Za nim (jak mogłem się spodziewać) znajdowały się mało zapierające dech w piersiach fontanny. Reasumując, po tej części miasta widać jak bardzo Związek Radziecki oraz sowieccy architekci skrzywdzili Uzbekistan. Potem zrobiło się już o wiele ładniej. Po prawo stał Oliy Majlis czyli wielki, biały dom z kopułą i złotym szpicem na szczycie. Ten mocno obstawiony policją budynek, jak mogłem przypuszczać, był to Dom Uzbeckiego Parlamentu. Przed nim znajdował się moim zdaniem najładniejszy budynek w tym rejonie czyli mała Medresa Abulkasim. Dziś jest to miejsce przekształcone w pracownie artystów i jedno z najlepszych do kupienia pamiątek. Bardzo popularne są tu ręcznie malowane szkatuły, obrazy, magnesy i ręcznie zdobiona ceramika. Następnie poszedłem do Parku Navoi czyli popularnego miejsca spotkań rodzin, panien na wydaniu oraz par młodych. Znajduje się tu między innymi sztuczne jezioro gdzie można wynająć łódkę, wesołe miasteczko i mnóstwo barów. Myślę, że punktem centralnym i zarazem symbolem parku jest znajdujący się na wzgórzu i pod kopułą, pomnik Alishera Navoi-nowo wybranego, kulturowego bohatera Uzbekistanu.

Uzbekistan - dziedziniec w jednym z wielu antycznych obiektów Taszkientu.

Uzbekistan – dziedziniec w jednym z wielu antycznych obiektów Taszkientu.

Następnego dnia poszedłem do Khast Imom czyli do oficjalnego centrum religijnego Uzbekistanu. Znajduje się tu wiele bogato zdobionych meczetów i medres oraz islamskich instytutów. Wiele ma jasno błękitne kopuły, ściany zdobione mozaiką oraz misternie rzeźbione drzwi. Byłem też na placu Mustaqillik maydoni gdzie oprócz policji i drzew iglastych zobaczyłem Pomnik Płaczącej Matki oraz znajdujący się przed nią wieczny płomień. Został on zbudowany w 1999 roku ku pamięci 40000 uzbeckich żołnierzy poległych podczas II wojny światowej. Najbardziej interesujący okazał się dla mnie Pomnik Trzęsienia Ziemi, gdyż tragedia ta nawiedziło Taszkient 26 kwietnia 1966 roku. Była to ogromna tragedia, która zniszczyła miasto gdyż siłę trzęsienia zanotowano na 7,5 w skali Richtera. Pomnik sam w sobie był wielki i dający dużo do myślenia. Przedstawia on mężczyzną zakrywającego swym ciałem kobietę i dziecko przed rozstępującą się ziemią. Przed nimi jest marmurowy zegar pokazujący godzinę 5.22 rano a dookoła motywy sowieckich robotników odbudowujących miasto. Polecam także Pałac Romanovów pochodzący z czasów carskich oraz Muzeum Historii Ludu Uzbekistanu. Uważam, że jest to obowiązkowy obiekt dla wszystkich turystów, który daje świetny wgląd w historię Uzbekistanu, od czasów antycznych po dzisiejsze. Na czterech piętrach znajduje się tu między innymi historia buddyjska z tych terenów, model jednej z madras, Timura oraz historia przejęcia lokalnych emiratów i chanatów przez Imperium Rosyjskie. Oczywiście nie mogło tu także zabraknąć wiecznego prezydenta Karimova, któremu jest poświęcone aż całe pietro. Można tu poznać propagandę jego samouwielbienia na tle osiągnięć narodu uzbeckiego i pól bawełny, a także przeczytać kilka jego ironicznych cytatów. Radzę też zwrócić uwagę na pomnik Amira Timura na koniu oraz iść do Muzeum Timura, która jest prawdziwym pomnikiem pieniądza. Ciekawe w Taszkiencie są także stacje metra i tak na przykład na Kosmonavr widnieją płaskorzeźby z podobiznami Gagarina, Ikara i Ulugbeka.

Po kilku dniach w stolicy Uzbekistanu chciałem się wyrwać za miasto gdyż zatęskniłem za naturą. Po problemach z chamskim personelem hotelu oraz w knajpie gdzie znowu podali mi smażone jajka choć chciałem gotowane, pojechałem do Chimgan. Park narodowy Ugam-Chatkal potocznie zwany Chimgan jest pięknym, górskim rejonem około godziny od Taszkientu. Jest to popularne miejsce na spacery po górach, pływanie tratwą, wędkowanie i jazdę konną. Z drugiej strony można siedzieć na łonie natury z szaszłykiem baranim w ręku, popijając zieloną herbatą. Nie są to góry na miarę Tien-Szanu na granicy Kazachstanu i Kirgistanu choć też jest bardzo przyjemnie. Centralny szczyt z wyciągiem krzesełkowym ma 3309m n.p.m. a do tego około 16km za wioską Chimgan znajduje się Rezerwuar Chorvoq gdzie można pływać łódką, wędkować lub zwyczajnie miło spędzić czas. Zatrzymałem się tu w opuszczonej posowieckiej bryle o dumnej nazwie „hotel Chimgan” gdzie powinni nakręcić horror.

Szaszłyki w stolicy Uzbekistanu - Taszkient.

Szaszłyki w stolicy Uzbekistanu – Taszkient.

Podróżując po Azji Centralnej już od prawie trzech miesięcy moje oczekiwania co do warunków drastycznie zmalały lecz nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Cały ten piękny dzień spędziłem na łonie natury. Najpierw pojechałem na szczyt góry na wyciągu krzesełkowym, potem pojechałem autostopem do jeziora a dzień zakończyłem szaszłykiem baranim. Następnego dnia rano żyłem już tylko na jabłkach, które udało mi się zerwać z pobliskich drzew. Na śniadanie już mnie nie było stać bo skończyły mi się pieniądze. Około szóstej rano wybrałem się jeszcze na spacer w góry, poćwiczyłem i pooddychałem czystym powietrzem. Zobaczyłem też owcę rozszarpaną przez wilki, co oznacza że nie jest tu tak bezpiecznie jak się wydaje.

Uzbekistan jest wspaniałym doświadczeniem i w porównaniu do innych krajów Azji Centralnej nie podróżuje się po nim trudno. Bezapelacyjną rewelacją Uzbekistanu są antyczne miasta czyli trzy wspaniałe pokazy timurskiej architektury: Samarkanda, Bukhara i Khiva. Przygodą jest też podróż przez pustynię Kyzyl-Kum do Nukus i Moynaq gdzie można doświadczyć tragedii Morza Aralskiego i zobaczyć zardzewiałe kutry rybackie na pustyni. Sama stolica-Taszkient, też jest ciekawa choć bardziej w moim stylu jest docieranie do małych, odciętych od świata „dziur”, których w Uzbekistanie nie brakuje.

Dlaczego nie pojechałem do Turkmenistanu

Turkmenistan jest jednym z najbardziej zamkniętych krajów świata, obok Korei Połnocnej czy Bhutanu. Aby pojechać do Turkmenistanu na wizie turystycznej najpierw potrzebne jest zaproszenie od firmy turystycznej w Turkmenistanie które kosztuje około $100, cena wizy oraz opłata za każdy dzień pobytu. Należy zapłacić za towarzystwo drogiego przewodnika (około $60 za każdy dzień) oraz dodatkowo za jego hotel i posiłki gdyż po Turkmenistanie nie można podróżować samemu. Wiza do Turkmenistanu musi mieć dokładne daty oraz miejsca wjazdu i wyjazdu, co oznacza że przekroczenie granicy w dowolnym punkcie i w dowolnych terminach nie jest możliwe. Dodatkowo bardzo nieliczni turyści w Turkmenistanie płacą nawet 80% więcej za ceny hoteli oraz wejść do obiektów zainteresowania; i nawet biorąc pod uwagę cały reżim wizowy średnio 50% podań o wizy turystyczne jest odrzucanych. Do tego wszystkiego aby zobaczyć pewne części Turkmenistanu potrzeba specjalnych, odpłatnych i czasochłonnych pozwoleń. Inną opcją jest wiza tranzytowa, która jest wystawiana tylko na 3 dni i nie pozwala na zobaczenie kraju. Dla porównania Polskę co roku odwiedza około 17mln turystów natomiast Turkmenistan ma ponad 200tys. turystów z czego jego zabytki takie jak Merv czy Kunie-Urgencz zobaczyło tylko 3000 turystów zagranicznych. Zatem ja oraz miliony na całym świecie czekają na zmianę polityki wizowej Turkmenistanu.

Z drugiej strony podchodzę ze zrozumieniem do polityki imigracyjnej Turkmenistanu gdyż świat jest pełen podłych ludzi. Najpierw obcokrajowcy pojawiają się jako turyści i są mili, potem chcą zostać na zawsze, potem wymuszają swoje prawa, następnie oskarżają o rasizm, mordują i gwałcą, żyją z zasiłków, przyprowadzają miliony innych wrogich obcych i z pomocą miejscowych zdrajców zmieniają kraj i rodowity naród nie do poznania. No cóż, może Turkmenistan uczy się na błędach Anglii?

Uzbekistan - na jednym ze szczytów w Chimgan.

Uzbekistan – na jednym ze szczytów w Chimgan.

Na marginesie, podejrzewam, że gdyby nagle otwarto Turkmenistan, Bhutan czy Koreę Północną liczba turystów przewyższałaby 10-krotnie rodowitą populację w każdym roku. Podejrzewam też, że innymi krajami, które będą na pewno przeżywać boom turystyczny byłyby zreformowane kraje powojenne i o złej reputacji, takie jak Irak, Afganistan, Syria, Pakistan, Jemen, Somalia, Czad czy Palestyna – gdyby była niezależna. Kraje zamknięte i powojenne to moim zdaniem w ciągu najbliższych dziesięcioleci kraje turystyczne.

Podsumowanie Azji Centralnej

Po trzech miesiącach wyczerpującej podróży zakończyłem swoją przygodę. Była ona warta każdej chwili lecz tym, którzy chcą zrobić to samo co ja muszę ostrzec, że było ciężko. Ciągły brak transportu, „brudni gliniarze”, szaszłyki baranie i plov do znudzenia i definitywny brak jakiegokolwiek komfortu dały o sobie znać. Z drugiej jednak strony Azja Centralna to wspaniała przygoda dla tych, którzy odważą się podjąć to wyzwanie. Azja Centralna to przede wszystkim otwarte, samotne pustkowia gdzie podróżnik jest zdany na siebie i ma dużo czasu na osobiste przemyślenia i poznanie siebie w odosobnionych, zimnych, gorących i bardzo skromnych warunkach. Jednak to nie wszystko gdyż Azja Centralna to także antyczne miasta Jedwabnego Szlaku w Uzbekistanie oraz ciekawi ludzie. Ponadto, według powszechnej opinii islam w Azji Centralnej nie jest ani wojujący ani ekstremalny lecz stanowi tylko cechę kulturową regionu.

Idę z moim koniem przez góry, niedaleko Altyn Arashan w Kirgistanie.

Idę z moim koniem przez góry, niedaleko Altyn Arashan w Kirgistanie.

Moją radą na Azję Centralną jest pojechanie w jedną stronę i nie planowanie powrotu gdyż planowanie nie ma sensu. Podróżnik sam będzie wiedział gdy spełnił założenia swojej wyprawy lub gdy będzie miał dość. Niezbędna jest znajomość rosyjskiego. Mam nadzieję, że mój artykuł oraz wszystkie części dotyczące Azji Centralnej na mojej stronie staną się natchnieniem do podróżowania po tym regionie i pomogą w planowaniu wypraw. W Tajlandii byli już wszyscy, wszyscy byli masowani i wszyscy jeździli na słoniu, lecz niewielu przejechało Dolinę Wachańską wzdłuż Afganistanu, częściowo Uzaem odpalanym na korbę a częściowo na ośle. Chciałbym aby podróżnicy nie bali się chwycić po przygodę.

Z wyprawy po Azji Centralnej mam 3550 zdjęć więc do galerii będę musiał wybrać tylko niektóre, tak aby pokazać jak najlepszy obraz regionu.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

 dostępnych znaków

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan