Marcin Malik
Wilcza Nora

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Rejestracja
Dzięki rejestracji otrzymasz możliwość komentowania oraz otrzymywania powiadomień o nowych wpisach na stronie. Aby się zarejestrować kliknij w ten link
Wyszukiwanie
Polityka prawdy
Wycieczki do Azji
Polub nas na facebooku
Miejsce na reklamę
Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i zawsze doceniałem piękno oraz wartości naszej wspaniałej, Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Prognoza pogody
Relacje z Wypraw

Wyprawa na Sumatrę 2004

Napisał: Marcin Malik

Indonezja 2004-Relacja z wyprawy

Przebieg podróży: miasteczko Dumai-(także tsunami 2004).

Wstęp

Zwykle gdy zaczynam pisać reportaż, najpierw opisuję historię danego kraju, obecną sytuację polityczno-ekonomiczną, klimat i tym podobne rzeczy lecz tym razem przejdę od razu do opisu moich wrażeń z trzy dniowej lecz bardzo intensywnej podróży na Sumatrę. Dokładnym opisem Indonezji zajmę się gdy przemierzę ten kraj w sposób, w który każdy podróżnik by tego chciał.

Sumatra-moje zwariowane trzy dni

(Szał na widok jedynego białego człowieka, transport z piekła rodem, tragizm miasteczka Dumai)

Zauważyłem w sobie, że jestem bardzo “zachłanny na podróżowanie” i dlatego korzystając z okazji, że Sumatra leży zaledwie kilka godzin rejsu od Singapuru, moja ciekawość nowej przygody okazała się zbyt silna abym tam nie pojechał. Jak się potem okazało było to bardzo pouczające doświadczenie. Po 45 minutach rejsu z Singapuru dotarłem do indonezyjskiej wyspy Batam. Następnie dostałem wizę na granicy co kosztowało mnie 10USD a potem wszedłem na teren Indonezji. Gdy pojawiłem się przy wyjściu ludzie byli bardzo podekscytowani. Powiedziałbym, że raczej wpadli w obłęd na widok białego człowieka. Wszyscy chcieli mi coś sprzedać lub gdzieś mnie podwieźć i robili zbyt dużo hałasu abym mógł im cokolwiek wyjaśnić. Ja jednak dość długo nie wychodziłem z wyjścia urzędu imigracyjnego i starałem się zachować spokój. Po chwili jednak rzucił się na mnie tłum. Okrążyli mnie i zaczęli wydzierać się jaki jest plan mojej podróży. Gdy powiedziałem, że chcę się dostać gdziekolwiek na Sumatrę zaczęli krzyczeć, że prom odpływa za 10 minut. Wnet jeden człowiek chwycił moją walizkę a rozwrzeszczany tłum zaczął pchać mnie do kasy. Szliśmy wąskim, zapuszczonym brudem korytarzem gdzie ludzie siedzieli na podłodze a kolejka do kasy była bardzo długa. Nie był to jednak żaden problem gdyż miałem obstawę, która drąc się taranowała wszystko co napotkała na swojej drodze. Po chwili ludzie stojący w kolejce dostali łokciem od mojego (jak się okazało) przewodnika a mnie tłum wepchnął na początek kolejki, po czym jeden wrzasnął cenę w rupiach indonezyjskich. Następnie w kasie wystawili mi bilet, zapłaciłem pomocnikowi mały procent i musiałem biec na pomost aby zdążyć na prom. Kasa była jedynie drewnianym barakiem a ludzie wyglądali na takich z którymi lepiej było się nie kłócić. W całym zamieszaniu zupełnie straciłem oko na moją walizkę lecz jakimś cudem walizka już była na promie. Całe zajście trwało około 10 minut lecz zostanie mi w pamięci na zawsze. Widać, że w Indonezji dbają o klienta aż do przesady choć nie zawsze zachowują formy grzecznościowe. (Cóż za wielka odmiana po sterylnie czystym i grzecznym Singapurze).

Następnie wsiadłem na prom i to był kolejny szok. Statek od zewnątrz nie był zły lecz od środka wyglądał jakby na zmianę wozili nim ludzi i bydło. Na podłodze była woda, ściany nie widziały farby od dawna, było kilka rzędów drewnianych ławek na których siedzieliśmy “przytuleni” do siebie, kapitan spał w mundurze, który kiedyś mógł być nawet biały a oczy całego statku było wpatrzone we mnie. Nie dało się ukryć, że byłem atrakcją dnia gdyż byłem jedynym białym na pokładzie, którego pewnie nikt tu nie widział od dawna. W taki sposób właśnie odbyłem kilku godzinny rejs na Sumatrę. Za oknem miałem ładne widoki gdyż widziałem wiele małych, zadrzewionych wysp a czasem też gniazdujące tam ptaki. Zacząłem też rozmawiać z ludźmi na łodzi. Byli ciekawi skąd jestem i co mnie sprowadza do Indonezji. Mówili, że słyszeli o Polsce, że jest to bogaty kraj i, że kiedyś chcieliby tam pojechać. Dla mnie Polska to kraj ekonomicznie przeciętny jak na warunki europejskie lecz oni odbierają Polskę inaczej. Rozmawiałem z młodym nauczycielem islamu, który mówił, że Indonezja jest bardzo uboga, że on zarabia marnie i przez wiele lat pływa tymi łodziami z wyspy na wyspę i uczy w szkołach. Widać było, że wszyscy ludzie na statku potrzebowali pomocy choć wielu może nie zdawało sobie z tego sprawy. Nasz statek miał kilka przystanków i za każdym razym gdy cumowaliśmy, wbiegali młodzi chłopcy, którzy sprzedawali gotowe dania, napoje oraz chrupki rybne. Kupiłem jedną porcję zawiniętą w szary, tłusty papier i nie wiedziałem co to było dopóki nie otworzyłem. Okazało się, że miałem szczęście gdyż natrafiłem na ryż z kurczakiem i warzywami. Jedzenie było dobre i ciepłe choć niestety nie dostałem widelca a papier był brudny. Siedzący obok nauczyciel islamu zapytał mnie dokąd płynę i musiałem sprawdzić na bilecie gdyż jechałem w ciemno-aby na Sumatrę. Płynąłem do miasteczka Dumai czyli bardzo nieatrakcyjnego turystycznie miejsca, które zwykle jest jedynie miastem gdzie należy się przespać i jechać na północ, do głównego miasta Sumatry-Medan. Dumai leży w prowincji Riau nad cieśniną Malaka i ma zaledwie około 150tys. mieszkańców. Jest to port naftowy połączony rurociągiem ze złożami wyspy i jest ośrodkiem przemysłu petrochemicznego. Mnie jednak przemysł nie interesował ale kontakt z nowym miejscem i nowymi ludźmi. Gdy mój statek nareszcie zacumował w Dumai, jeszcze na dworcu podszedł do mnie mężczyzna w średnim wieku, przyzwoicie ubrany i z identyfikatorem na koszuli. Powiedział, że pracuje dla ministerstwa turystyki i chce być moim przewodnikiem oraz chce mnie zabrać do hotelu, do kantoru i zadbać o moje bezpieczeństwo. Tak na prawdę, uważam, że był to po prostu miły pan, który chciał dorobić na boku w nieszkodliwy sposób a swój identyfikator pewnie zrobił sam w domu. Na początku powiedziałem, że nikogo nie potrzebuję ale szybko zmieniłem zdanie gdy znowu rzucił się na mnie tłum. Nie rozumiem co jest nie tak z tymi ludźmi, że za każdym razem gdy widzą białego wpadają w obłęd. Tak jak wcześniej jeden wskazał palcem a reszta zaczęła mnie chwytać za koszulę i podnosić krzyk. Przedzierałem się przez portowy bazar, ludzi pragnących kontaktu ze mną i wołających ze wzgardą“American”. Na szczęście mój przewodnik był trzeźwy i nie tracił czasu. Był przy mnie i przepychając się łokciami gwizdnął na stojącą nieopodal furgonetkę. Wskoczyliśmy na nią i samochód odjechał z piskiem opon zasypując piachem tłum z tyłu. Tego dnia już przeżyłem dwa tego rodzaju powitania i czułem, że od tej pory już nie mogło być gorzej. Jadąc do miasta i trzęsąc się z tyłu furgonetki zapytałem przewodnika jaki ma plan. Wiózł mnie do najlepszego hotelu w mieście, który muszę przyznać, że był niezły lecz trochę drogi. Gdy zapytałem czy są tańsze, powiedział, że tak lecz ten jest bezpieczny. Hotel był tu zdecydowanie najlepiej zadbanym budynkiem gdyż na przeciwko stały baraki z płyt dachowych i z plastiku a nad nimi górowały wysokie palmy.

Główna ulica raczej nie była zbyt ruchliwa. Była to asfaltowa droga z kilkoma jeżdżącymi samochodami i rykszami a po obu stronach stały baraki i flaga Indonezji po środku. Dostałem tutaj bardzo ładny pokój z podwójnym łóżkiem i prywatnym prysznicem co było wielkim luksusem w porównaniu do ubogiego otoczenia. Następnie wyszedłem na ulicę a tam czekał na mnie mój przewodnik. Powiedziałem, że muszę iść do banku aby zrealizować moje czeki podróżne a on w tej samej chwili gwizdnął na rykszę. Po chwili podjechał zrezygnowany, przemęczony rykszarz rowerowy, po czym pojechaliśmy do banku, który był na tej samej ulicy. Co dziwne mój przewodnik zapłacił za mnie. Niestety bank był zamknięty ale na Sumatrze potraktowali mnie z klasą. Dla jedynego białego człowieka w mieście otworzyli bank i pozwolili wejść bocznym wejściem. W środku powitał mnie szef banku a kobiety na mój widok aż poderwały się z krzeseł i zapiszczały. Nie mówię, że jestem tak przystojny ale szef banku powiedział mi, że te panie białego mężczyznę widziały tylko na amerykańskich filmach. Porozmawialiśmy chwilę o Indonezji oraz o pracy w banku. Nie wiem dlaczego wszyscy wszystkiego tak się tu boją ale już druga osoba ostrzegała mnie, że jest tu niebezpiecznie i żebym uważał. Po wyjściu mój przewodnik zawiózł mnie tą samą rykszą do hotelu. Potem chciał kilka groszy więc dałem mu parę dolarów z Hong Kongu i kilka Ringitt malezyjskich a on przyjął z uśmiechem, uścisnął mi dłoń a następnie powiedział abym uważał na siebie. To był ostatni raz kiedy go widziałem. Pewnie też skasował prowizję za mój pokój lecz cóż…pomógł mi w porcie i w dostaniu się do banku. Wieczorem wyszedłem na miasto i byłem „olśniony” okolicą. Było jedno główne skrzyżowanie i dwie ruchliwe ulice. Ludzie mieli swe stragany z owocami oraz grille z małymi szaszłykami na krawężnikach. Ulice były w ogóle nie oświetlone a jedyne światło dobiegało ze sklepów i z przejeżdżających samochodów. Pamiętałem, że wszyscy ostrzegali mnie abym nie wychodził sam zwłaszcza nocą lecz musiałem zaryzykować. Gdziekolwiek nie poszedłem ludzie zwracali na mnie wagę, kierowcy wołali mnie i śmiali się do mnie a każdy kogo mijałem chciał mi uścisnąć dłoń i porozmawiać-także ci, którzy nie umieli mówić po angielsku. Doszedłem do jednego meczetu, a że akurat był zachód słońca muzułmanie głośno modlili się przez głośniki. Dalej nie szedłem gdyż było zbyt ciemno lecz w drodze powrotnej zatrzymałem się przy sprzedawcy deserów lodowych. Usiadłem na transporterze i obserwowałem otoczenie i ludzi, a oni mnie. Szybko wypatrzyły mnie też dzieci, które zawsze są tam gdzie słodycze lecz nigdy nie kupują gdyż nie mają za co. Jedna młoda dziewczyna usiadła przy mnie i próbowała nawiązać kontakt. Przedstawiła siebie oraz inne dzieci i było bardzo wesoło. Potem przyszli ich rodzice, zrobiliśmy sobie kilka zdjęć, wszyscy żartowali a szczególnie dzieci. Widać, że moja obecność sprawiła im ogromną radość, tym bardziej, że wszystkim kupiłem desery lodowe. Całe to zdarzenie było jednak tragiczne gdyż dzieci były zbyt małe aby zrozumieć otaczające ich realia lecz najstarsza dziewczyna siedząca koło mnie, mówiła, że wszystkim żyje się tu bardzo ciężko i że mieszkają w slamsach. Tak rzeczywiście było gdyż idąc główną drogą, w bocznych ulicach stały jedynie drewniane baraki pokryte plastikowymi płytami. Gdy robiło się już późno ludzie doradzili mi abym już lepiej wracał do hotelu gdyż o tej porze mogło być niebezpiecznie. Wracałem myśląc o całym zdarzeniu i o tym, że mam wielkie szczęście, że nie urodziłem się tutaj. Nie był to jeszcze koniec moich przygód na dzisiaj gdyż po powrocie do hotelu, pani z recepcji powiedziała, że jest telefon do mnie. Bardzo mnie to zdziwiło gdyż nikogo tu nie znałem lecz okazało się, że byłem obserwowany. Przypomniał sobie o mnie miejscowy pedał, który powiedział, że mu się podobam i, że chce przyjść do mojego pokoju. Musiałem mu jednak złamać serce… Nazajutrz czułem, że jeden dzień w Dumai w zupełności wystarczy a, że moja wiza i tak się kończyła, chciałem się po prostu stąd wydostać. Poszedłem więc dwa sklepy dalej aby kupić bilet na autobus do portu i znowu pracujące tam kobiety poderwały się z krzeseł. Powiedziałem im, że kiedyś tu wrócę i zabiorę je do Polski a tam będą miały wybór w takich jak ja. Po niedługim czasie podjechał autobus i uważam, że był to cud, że w ogóle ruszał z miejsca. Zjadała go rdza zarówno z zewnątrz jak i od wewnątrz, miał tylko przednią szybę, łyse opony a w środku był syf i strzępy foteli. Mimo to bezpiecznie dowiózł mnie do portu. Następnie jako główna atrakcja bazaru portowego, przedarłem się przez tłum, kupiłem bilet i już spokojnie czekałem na molo na mój prom. Stąd miałem ładny widok na morze, rozmawiałem z ludźmi, inni załadowywali towar oraz w pewien sposób żegnałem się z Indonezją. Tym razem wracałem już lepszą łodzią. Na pokładzie rozdawano wodę a rejs minął bardzo przyjemnie. Po prawie trzech godzinach podróży dotarłem do Melaki, jednego z głównych portów Malezji.

Tsunami 2004

Na zakończenie przypomnę o tragedii, która wydarzyła się tylko kilka dni po moim wylocie z Azji Płd-Wsch, dlatego że gdybym wyjechał kilka dni poźniej to najprawdopodobniej zginąłbym. Dnia 26 grudnia 2004 roku nastąpiło podwodne trzęsienie ziemi 30km pod dnem oceanu indyjskiego w pobliżu północnej Sumatry, także między innymi koło miasteczka Dumai. Trzęsienie ziemi wywołało fale tsunami, które w ciągu kilku godzin uderzyło kilka krajów Azji płd-wsch, Azji płd a potem także Afryki. Sięgające 15 metrów fale przemieszczające się z prędkością lecącego samolotu zniszczyły nadmorskie wsie i miasteczka a także wyspy odwiedzane przez zagranicznych turystów. Największe zniszczenia tsunami spowodowało na wybrzeżu Indonezji, Sri Lanki, Indii oraz Tajlandii. Mniejsze zniszczenia zanotowano w Malezji, Birmie, Seszelach, Malediwach, Bangladeszu, Madagaskarze i Somalii. Liczba zabitych i zaginionych wyniosła conajmniej 275.000 ludzi choć nie jest to ostateczna skala tragedii dlatego że miliony straciły dach nad głową a 150.000 zostało zarażonych groźnymi chorobami. Obliczono, że tsunami to było trzecim najpotężniejszym w historii a wyzwolona energia odpowiadała sile 22.000 bomb atomowych zrzuconych na Hiroszimę. Ponadto fale przemieściły się 5.000km wgłąb Afryki ciągle wyrządzając szkody i zabijając ludzi, choć najgorzej ucierpiała Indonezja.

Przypominają mi się w tym momencie ludzie, których tam poznałem i wszystkie biedne, roześmiane dzieci, które już pewnie nie żyją. Jak wspomniałem wcześniej, tragedia nastąpiła 26 grudnia a ja opuściłem Azję płd-wsch 22 grudnia. Tak mało brakowało…….

Podsumowanie

Moja wizyta na Sumatrze była bardzo krótka lecz bardzo pouczająca. Pojechałem do jednego z najbardziej nieturystycznego, najzwyklejszego miasteczka na Sumatrze i dlatego doświadczenie to dało mi odczuć na własnej skórze jak ludzie na prawdę żyją w tym kraju. Większość turystów wsiada do samolotu po czym ląduje w luksusowych kurortach na Bali i Lombok nie mając absolutnie pojęcia o indonezyjskiej rzeczywistości. Moje podróże polegają jednak na czym innym a moje przeżycia tutaj, reakcje ludzi na mój widok, biedę i twarze zdesperowanych dzieci na długo pozostaną mi w pamięci. W przyszłości chcę tu wrócić i zostać na tyle długo abym mógł poznać ten wielki, piękny kraj ze wszystkimi jego atutami i smutnym realizmem.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY
1 Komentarz
  1. Odpowiedz

    ~tarip

    20 stycznia 2014

    ile jeden dzień może dostarczyć wrażeń – super relacja. Powinieneś pisać książki

ZOSTAW KOMENTARZ

 dostępnych znaków

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan