Marcin Malik
Wilcza Nora

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Rejestracja
Dzięki rejestracji otrzymasz możliwość komentowania oraz otrzymywania powiadomień o nowych wpisach na stronie. Aby się zarejestrować kliknij w ten link
Wyszukiwanie
Polityka prawdy
Wycieczki do Azji
Polub nas na facebooku
Miejsce na reklamę
Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i zawsze doceniałem piękno oraz wartości naszej wspaniałej, Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Prognoza pogody
Relacje z Wypraw

Wyprawa na Sri Lankę 2008

Napisał: Marcin Malik

Sri Lanka 2008 – Relacja z wyprawy

Przebieg podróży – Katunayake-Kolombo-Kelaniya-Dehiwala-Mt Lavinia-Kandy-Peradeniya-Nuwara Eliya-Park narodowy Horton Plains i World`s End-Bandarawela-Kubalwela-Ella-Badulla-Wodospad Dunhinda-Hatton-Delhouse-Szczyt Adama (Sri Pada)-Maskeliya-Dambulla-Sigiriya-Inamaluwa-Polonnaruwa-Anuradhapura-Trincomalee-Uppuveli-Nilaveli-Puttovil-Zatoka Arugam-Matara-Mirissa-Televijaya-Unawatuna-Galle-Hikkaduwa-Bentota-Aluthgama-Kosgoda-Negombo-Katunayake.

Kolombo i okolice

Droga do Kolombo

Po prawie piętnastu godzinach lotu z dwugodzinną przesiadką w Kuwejcie doleciałem na lotnisko w Katunayake-30km od Kolombo. Już po wyjściu z samolotu facet w toalecie rzucił mi skrawek papieru i wyciągnął rękę o kilka rupii. Pomyślałem, że w tym miejscu zaczyna się właśnie moja nowa lankijska przygoda. Następnie dostałem bezpłatny stempel uprawniający mnie do 30-sto dniowego pobytu w tym kraju i wyszedłem na zewnątrz. Pierwszą rzeczą , która we mnie uderzyła to piękna egzotyka i tropikalny, ciepły klimat. Dookoła rosły wysokie palmy kokosowe i bananowce i nie było tak nieznośnie gorąco jak to było w Dubaju kilka miesięcy wcześniej. Tu było przyjemnie ciepło. Zaraz po wyjściu z lotniska dopadli mnie ludzie oferujący drogie hotele i niebotycznie drogie taksówki do Kolombo jednak ja jak zwykle wybrałem tanią opcję. Wsiadłem do darmowego autobusu aby po około 10-ciu minutach dostać się do miasteczka Katunayake skąd miałem wziąć kolejny autobus do Kolombo. Kolejne widoki mnie trochę zaniepokoiły gdyż oprócz palm kraj wyglądał jakby był przygotowany do wojny. Wszędzie było dużo uzbrojonego wojska i ich baraki pokryte blachą i workami z piaskiem ze wszystkich stron. Część ulic była zablokowana a samochody były cięgle zatrzymywane do kontroli. Nawet na placu zabaw dla dzieci stała wieża wartownicza z uzbrojonym żołnierzem w środku a po placu tez spacerowało wojsko. Po paru minutach dotarłem do miasteczka Katunayake i w tym momencie przypomniała mi się wcześniejsza podróż po Subkontynencie. Na dworcu lub raczej na skupisku starych gratów zwanych autobusami gdy zobaczyli białego człowieka nie wiedzieli jak wysokie wymyślać ceny za podwiezienie do Kolombo. Chcieli 200 rupii lecz dowiedziałem się, że bilet kosztował tylko 80. Gdy uzgodniłem cenę chcieli 80 rupii za mnie i 80 za mój plecak lecz nie zapłaciłem. Byłem już w wielu krajach rozwijających się lecz jeszcze nigdy nie wiedziałem ludzi, którzy byliby aż tak głodni na pieniądze. Droga do Kolombo minęła przyjemnie. Po drodze widziałem wiele palm kokosowych oraz sprzedawców kokosów po 20 rupii od sztuki, wiele drzew bananowych, rzekę i biednych ludzi-często chodzących na bosaka. Choć Sri Lanka jest krajem buddyjskim, po drodze widziałem też wiele świątyń hinduistycznych i kościołów katolickich. Przebycie jedynie 30km zajęło mi ponad godzinę gdyż transport na Sri Lance jest tak kiepski a dodatkowo autobus zatrzymywał się za każdym razem gdy ktoś chciał wsiąść. Czasem autobus tylko zwalniał a ludzie wskakiwali do środka. Wspomnę, że kluczową rolę pełnił tu sprzedawca biletów, który stał przy otwartych drzwiach i naganiał ludzi do środka wrzeszcząc „Kolombo”. W końcu po ponad godzinie jazdy dotarłem do Kolombo gdzie zapłaciłem swoje 80 rupii i wysiadłem w dzielnicy Fort. Byłem szczęśliwy gdyż to był właśnie ten „piękny inaczej” świat, którego poszukuję w swoich wyprawach.

Kolombo

Fort

Po wyjściu z autobusu wziąłem swój plecak i poszedłem w kierunku hostelu. Przeszedłem przez ruchliwy dworzec, pobliski bazar i wielu handlarzy kokosów – 100 sposobow na uzycie kokosa Po drodze minąłem też kilku żebraków i usiadłem na chwilę u sprzedawcy soków. Jak zwykle już chciał mi policzyć podwójnie lecz zorientowałem się jakie są prawdziwe ceny. Spróbowałem soków z owoców, które piłem pierwszy raz w życiu. Tłumacząc z angielskiego było to drewniane jabłko i owoc Jacka. Natychmiast zrozumiałem dlaczego jabłko było drewniane. Skorupka była tak twarda, że trzeba ją było rozłupywać młotkiem a w środku znajdował się delikatny owoc, który mi nie smakował gdyż był zbyt kwaśny. W postaci soku jednak był bardzo dobry. Jeśli chodzi natomiast o owoc Jacka była to wielka, zielona i pokryta kolcami bulwa, którą widziałem wcześniej rosnącą na pniach drzew. Z środka większość była do wyrzucenia lecz żółte części w okolicy pestki były dobre. Sam sok też był smaczny. Po chwili poszedłem w stronę hostelu i przechodząc przez kolonialny budynek należący dziś do policji, rząd autorykszy i oczywiście wiele barykad wojskowych dotarłem do YMCA czyli najtańszego hotelu w całym Kolombo. Tam za 440 rupii miałem pokój dla siebie, który był bardzo kiepski. Miałem rozwalającą się, drewnianą pryczę, zlew i na szczęście wiatrak pod sufitem, który okazał się zbawienny w tym klimacie. Łazienka była na zewnątrz i choć wszystko działało dobrze, była w fatalnym stanie. Wodę miałem zimną i tylko zimną a ściany pożerał grzyb. Same kible też były niczego sobie. Zanim jednak zacząłem zwiedzać musiałem przespać się kilka godzin po długim locie i na miasto wyszedłem dopiero około czwartej po południu. W drodze na zewnątrz miałem jeszcze interesujące spotkanie z szefem policji, który wypytywał mnie skąd jestem , po co przyjechałem na Sri Lankę i ile zamierzam zostać. Był miły lecz rozmowa ta wyglądała trochę jak przesłuchanie. Z tego co dowiedziałem się, policja przychodzi do hostelu regularnie i wypytuje gości o cel ich wizyty oraz przeszukuje bagaże. Jednak zagraniczni goście traktowani są bardzo łagodnie. Widać, że kraj ten jest postawiony w gotowości bojowej. Nawet tutaj, w dzielnicy Fort było wiele zamachów bombowych organizowanych przez Tamilskie Tygrysy. Po ominięciu kilku żebraków śpiących na ulicy pod hostelem i wypiciu zawartości kokosa ze sklepu wyglądającego na śmietnik udałem się na zwiedzanie dzielnicy Fort. Dzielnica ta z samej nazwy może sugerować, że jest to piękny, okazały fort sprzed kilku wieków jak ma to miejsce w Indiach. Jednak w Kolombo fortu takiego nie ma a sama dzielnica nosi jedynie tak dumną nazwę. Fort w Kolombo to mały obszar otoczony oceanem gdzie znajduje się para nowoczesnych budynków World Trade Centre oraz kilka kolonialnych domów takich jak na przykład Cargills, który dziś przekształcony jest w sklep.

Jest tu także wielki hotel Intercontinental i jak zawsze na Sri Lance wieża zegarowa, która jest widoczną pamiątką po brytyjskim kolonialiźmie. Brak ruchu ulicznego pozwala na dość szybkie przejście całego terenu lecz niestety nie mogłem dojść wszędzie gdzie chciałem gdyż większość tego obszaru było chronione przez wojsko. Musiałem chodzić tylko wyznaczonymi ulicami gdyż wszędzie były barykady oraz posterunki wojskowe otoczone workami z piaskiem. Na niektóre tereny zostałem wpuszczony po sprawdzeniu dokumentów i odpowiedzi na kilka pytań lecz nie było tam nic ciekawego. Wiele budynków wciąż nie było odbudowanych po ostatnich wybuchach bombowych a te które stały o własnych siłach były w strasznym stanie. Chciałem się tego wieczora dostać nad brzeg oceanu lecz niestety wojsko mi zabroniło gdyż z obydwu stron był to teren podwyższonej gotowości bojowej. Z tego co na razie zauważyłem wojsko i policja były dla mnie zawsze bardzo miłe i bezproblemowe. Zatrzymywali i przeszukiwali jedynie miejscowych ludzi z naciskiem na Tamili gdyż to właśnie ze strony tej mniejszości narodowej płynęła przemoc. Tego wieczora oprócz ogólnego wrażenia Fortu udało mi się zobaczyć świątynię buddyjską Sambothi Chaitiya z jej dużą, białą dagobą. W wejściu stał duży, złoty pomnik siedzącego i medytującego Buddy a obok znajdowała się biała dagoba z małymi rzeźbami Buddy w oknach. Na terenie była też ładna roślinność i cały obiekt był dla mnie nowym tego doświadczeniem w tym kraju choć wiele już podobnych miejsc widziałem w innych częściach Azji. Gdy zaczęło się ściemniać wróciłem do mojego pięknego hostelu gdzie po drodze zrobiłem kilka zdjęć biedakom a potem porozmawiałem z zabawnym kierownikiem. Zauważyłem, że na Sri Lance także istnieje zwyczaj kręcenia głową, który oznacza „tak”, „nie” lub „nie wiem o co ci chodzi” i jest to gest, który bardzo wprowadza w błąd. Tak samo było w Indiach i w Nepalu lecz od tamtych czasów zdążyłem się już odzwyczaić. Późnym wieczorem poszedłem na spacer koło dworca kolejowego Fort. Po drodze minąłem kilku żebraków i bezdomne psy, kilka drutów kolczastych i barykad dróg aby po paru miłych uśmiechach ze strony wojska uzbrojonego po zęby dostać się w pobliże dworca. Do późnych godzin nocnych miejsce to tętniło życiem. Można tu zjeść roti, dal i paratha w jednej z wielu obleśnych knajp gdzie kelner rzuca jedzenie brudnymi łapami na stół. Ja też się skusiłem gdyż byłem głodny i jako jedyny jadłem widelcem gdyż cała reszta ryż curry i buryani jadła rękami. W pobliżu sprzedawane były też kokosy, słodycze i owoce gdzie banany wisiały na gałęziach a jabłka były przywiązywane sznurkiem za ogonki do sufitu. Przed samym dworcem spało niestety wielu żebraków, którzy byli w tragicznym stanie. Następnie tą samą drogą wróciłem do hostelu YMCA gdzie wziąłem prysznic w tragicznej łazience i zasnąłem na swojej pryczy po włączeniu wiatraka. Następnego dnia wstałem o szóstej rano aby wszystko dokładnie zwiedzić. Wyszedłem z hotelu i najpierw napiłem się napoju z kokosa a po minięciu wojska, żebraków i sprzedawców bananów udałem się w stronę dworca Fort. Po drodze zauważyłem wielkie plakaty propagandowe lankijskiego prezydenta Rajapakse. Na każdym zdjęciu z szerokim uśmiechem podawał rękę prezydentom innym państw choć zdjęć jego jest pełno na całej Sri Lance i zawsze wygląda na bielszego niż cała reszta Lankijczyków. (Jeśli chodzi o wybielanie sławnych ludzi tak samo było w Indiach.) Drugą ważną rzeczą, którą zauważyłem była nazwa Cejlon w wielu częściach miasta. Mimo że oficjalnie nazwę kraju zmieniono z Cejlonu na Sri Lankę w 1972 roku, stara nazwa wciąż jest żywa. Tak na przykład niektóre bary noszą nazwę Ceylon, jest herbata Ceylonta a na wszystkich innych zawsze jest napisane Ceylon Tea. Jeden z największych banków na Sri Lance to Bank of Ceylon. Widziałem także cejlońskie towarzystwa ubezpieczeniowe oraz hotel kolonialny. Tego dnia moim pierwszym celem było zobaczenie sławnej dzielnicy Pettah.

Pettah

Zaraz koło dzielnicy Fort leży Pettah czyli jedna z najstarszych dzielnic w Kolombo i najbardziej zróżnicowana etnicznie w całej Sri Lance. Pettah to wielki bazar gdzie można kupić wszystko od kokosów oczywiście, po warzywa i owoce i całą resztę. Jeśli tłum i odporność na otaczający syf pozwoli można tu dotrzeć do wielu interesujących budowli religijnych, które dla mnie były godne uwagi i miały ciekawy nastrój. Jak łatwo się domyśleć Pettah to także dom wielu nędzarzy i handlarzy, którzy wyglądają jak nędzarze lecz bez wątpliwości jest to bardzo ciekawe miejsce. Swój spacer po Pettah zacząłem od buddyjskiej świątyni Budhi Raje Mawate. Była to mała lecz bardzo ciekawa świątynia. W środku znajdowało się drzewo oraz wiele kaplic z Buddą i modlącymi się ludźmi. Znajdowało się też tu wiele ciekawych malowideł na ścianach przedstawiających Buddę a sam nastrój świątyni robił miłe wrażenie. Potem zacząłem spacerować główną ulicą pełnej błota i głośnych autobusów. Ludzie ciągnęli wielkie wozy owoców, które były o wiele cięższe od nich i często robili to na bosaka. Wśród hałasu, brudu i kaplicy z Buddą sprzedawano owoce i warzywa a ja usiadłem koło jednego sprzedawcy kokosów i obserwowałem widowisko w Pettah. Szedłem do świątyń, które znajdowały się w okolicy lecz nikt nie umiał mnie pokierować lub nie mówił po angielsku a ulice były kiepsko oznakowane. W końcu zatrudniłem autorykszarza, który obwiózł mnie po wszystkich miejscach, które chciałem zobaczyć a przy okazji dało mi to szerszy obraz Pettah. Najpierw odwiedziłem kościół Wolvendaal z 1749 roku, który jest najważniejszym holenderskim budynkiem na Sri Lance. Niestety wymaga remontu jak ogromna większość budynków w tym kraju lecz ważna jest jego wartość historyczna. Poza tym nie udało mi się go zobaczyć od wewnątrz gdyż był zamknięty a próbowałem dwa razy tego dnia. Z kościołów katolickich na uwagę zasługuje też mały kościół świętej Anny. Jest on cały biały i w bardzo dobrym stanie i jak mi powiedziano został zbudowany przez Brytyjczyków lecz nie wiem w którym roku i nikt nie potrafił mi odpowiedzieć na to pytanie.

Następnie rykszarz zawiózł mnie do dwóch mosków, które chciałem tu zobaczyć. Pierwszym był Wielki Mosk, który jest najważniejszym centrum muzułmańskim w Kolombo. Osobiście uważam, że jak na tak ważne dla muzułmanów miejsce mosk ten powinien być odnowiony gdyż jest w fatalnym stanie. Rzeczywiście jest duży, w środku znajduje się kilka płytkich basenów jak to zawsze bywa i jest też duża sala do modłów lecz spodziewałem się czegoś więcej. Zwłaszcza po zobaczeniu okazałych, wielkich meczetów w Delhi i Lahore ten zdecydowanie nie robił wrażenia. Ciekawszy w tym miejscu był kontakt z ludźmi, na przykład moja wizyta w prostej smażalni roti (naleśnik z różnym nadzieniem na ostro lub słodko) i ludzie biorący prysznic na ulicy. Widać, że na Sri Lance ludzie są bardziej na luzie w pewnych sprawach. Spośród wielu mosków zbudowanych w Pettah na uwagę zasługuje mały lecz bardzo ciekawie, wręcz mozaikowo pomalowany mosk Jami-Ul Alfar z 1909 roku. Tu spędziłem najwięcej czasu, najpierw z zewnątrz obejrzałem jego biało czerwone ściany a potem spędziłem czas z muzułmanami w środku. Od środka także i tu potrzebny był remont lecz nie to było ważne. Miło spędziłem tu czas z ludźmi, sam mosk był bardzo ciekawy i jak reszta ludzi umyłem twarz w basenie. Po drodze piłem napoje z kokosów, spędziłem czas z biedakami, których było tu sporo i dałem im parę rupii. Potem przyszła kolej na zawsze barwne i kolorowe świątynie hinduistyczne (kovils), których bogactwo pomysłowości i kolorów rzeźb miałem już okazję podziwiać gdy podróżowałem po południowych Indiach. (Mówię tu przede wszystkim o kompleksie świątyń Sri Meenakshi w Madurai). Będąc w Pettah odwiedziłem ich wiele lecz na najwiekszą uwagę zasługują trzy świątynie na Sea Street. Jest to New Kathiresan Kovil i Old Kathiresan Kovil poświęcone bogu wojny Skanda. Na tej samej ulicy jest jeszcze świątynia poświęcona Geneshy-bogowi z głową słonia, synowi Shivy. Tak jak wcześniej w południowych Indiach, tak samo i tu-na Sri Lance, świątynie te składały się z wysokich, zwężających ku górze dachów pokrytych hinduistycznymi bogami i świętymi krowami. Dla mnie najciekawsi byli Ganesha-z twarzą słonia i Hanuman-z twarzą małpy. Gdy wchodziłem do jednej ze świątyń grała indyjska muzyka, w który w tak wspaniały sposób podnosiła ciśnienie w świątyni, że przygoda ta nabrała dla mnie ostrzejszego wyrazu. Po drodze odwiedziłem inne hinduistyczne świątynie. Była to przykład świątynia Murgan gdzie przed wejściem były rzeźby ukazujące walkę ludzi z lwami. Miałem także okazję wejść do jednego z osiedli gdzie mieszkali zwykli ludzie.

Oczywiście było biednie. Brama była dość imponująca gdyż była w stylu świątyni lecz w środku były biednie wyglądające domy, jedzenie wożono drewnianymi wozami a kobiety kąpały dzieci w miskach wody pod palmami. Na sam koniec chciałem odwiedzić jeszcze muzeum holenderskie lecz tak samo jak kościół Wolvendaal było ono zamknięte. Dobrze, że przynajmniej zobaczyłem budynek od zewnątrz, który miał dużą wartość historyczną. Został on zbudowany w 1780 roku i na przestrzeni dziejów służył już jako holenderski urząd miasta, sierociniec, prywatny dom, posterunek policji, poczta i szpital. Dziś jak większość budynków zdecydowanie wymaga on remontu. Po kolejnej ciekawej rozmowie z miejscowymi ludźmi i po kolejnym kokosie wsiadłem do rykszy i niedługo potem moja wycieczka skończyła się. Mój rykszarz wysadził mnie niedaleko dworca Fort gdzie jedząc paratha i roti w brudnej knajpie planowałem dalsze zwiedzanie Kolombo. Pettah było bardzo ciekawe gdyż oddaje realizm tego kraju i polecam go każdemu kto jest w Kolombo. Jest to bardzo dobre doświadczenie.

Galle Face Green i Galle Road

Aby dostać się do Galle Face Green mogłem przejść z dzielnicy Fort wzdłuż oceanu jednak blokady wojskowe udaremniły to. Musiałem więc pojechać miejskim pociągiem jeden przystanek i wysiąść na stacji Wyspa Niewolników. Jak mogłem domyśleć się pociągi i stacja były dalekie od luksusowych lecz jak na standardy kraju rozwijającego się było całkiem dobre. (Myślę w tym momencie o Varanasi w Indiach, które może być szokiem nawet dla doświadczonego podróżnika). Stamtąd po około 10 minutach dotarłem na miejsce po drodze mijając blokady i posterunki wojskowe otoczone workami z piaskiem. Mijałem też duży i położony w pięknym ogrodzie pełnym palm, hotel Samudra. Wszedłem na jego teren gdyż ogród był rzeczywiście ładny. Palmy i wodospad były spokojną częścia miasta w porównaniu z ruchliwym Pettah. Po drugiej stronie ulicy i zaraz przed moim celem był sławny na Sri Lance Galle Face Hotel a przed nim stał rząd autorykszy i stoiska z owocami. Poprosiłem rykszarzy o zdjęcie na tle ich pojazdów i palm a następnie z opakowaniem pokrojonego mango poszedłem na Galle Face Green. Miejsce to jest bardzo spokojnym tarasem spacerowym gdzie po jednej stronie znajduje się zadbany trawnik i kilka palm a po drugiej ocean indyjski. Jest to bardzo popularne miejsce w Kolombo wśród spacerujących rodzin, piknikowiczów, amatorów latawców, sprzedawców owoców i młodych par które przychodzą się tu poprzytulać. Szkoda tylko, że policja im przeszkadza legitymując każdego napotkanego ale taki już jest ten kraj. Bardzo przyjemnie spędziłem tu czas na rozmowie z ludźmi, spacerując po deptaku i po molo oraz jedząc mango. Obok była też znana ulica Galle Road zwana przez niektórych kręgosłupem Kolombo. Spędziłem tam jednak tylko chwilę gdyż nie interesowała mnie hałaśliwa ulica przepełniona sklepami na której ledwo mogłem oddychać a przy tym budynki było bardzo nieciekawe. Znajduje się tu parę ambasad i oficjalna rezydencja premiera Sri Lanki lecz darowałem sobie. Galle Face Green i widok oceanu były zdecydowanie warte więcej niż kolejna ruchliwa, zanieczyszczona ulica.

Wyspa Niewolników

Z Galle Face Green udałem się w drogę powrotną do stacji Wyspa Niewolników, znowu mijając hotel Galle Face i Samudra. Daleko jednak nie zaszedłem gdyż po raz kolejny policja zablokowała drogę gdyż jechał ktoś ważny z rządu a podobno wtedy zagrożenie ze strony Tamilskich Tygrysów jest największe. Policja jak zwykle potraktowała mnie bardzo łagodnie prosząc abym poczekał pięć minut. Jeden policjant zadał mi wszystkie standardowe pytania czyli skąd jestem, czy pierwszy raz przyjechałem na Sri Lankę i na ile lecz także czy mam żonę i dzieci i czy mam mu dać trochę pieniędzy ze swojego kraju bo on zbiera. Kilka razy już spotkałem tego rodzaju „kolekcjonerów”. Rupii nie lubią, oni chcą głównie euro i funty a zaraz potem dolary i całą resztę. Jeden z policjantów pokazał mi pięć koron słowackich i pytał ile to dolarów. Był szczęśliwy gdy powiedziałem mu że około 2,5. Następnie poprosił mnie abym go zabrał do Polski lub do Anglii lub gdziekolwiek do Europy i żebym załatwił mu białą kobietę bo Lankijki mu się nie podobają. Po odblokowaniu drogi pożegnałem się i byłem zadowolony gdyż było to kolejne owocne doświadczenie mojej wyprawy. Nawiasem mówiąc musiałbym zwariować aby spełnić jego życzenie. W drodze do stacji Wyspa Niewolników mijałem wiele palm, rzekę o turkusowym kolorze oraz świątynię buddyjską Sri Nigayabode z pomnikiem wielkiego, złotego Buddy. Tu odpocząłem chwilę w cieniu i ocierając pot z czoła napiłem się kolejnego kokosa za jedyne 20 rupii. Byłem też atrakcją tego dnia gdziekolwiek nie poszedłem gdyż miałem rozerwane spodnie na przodzie na obu nogawkach i ludzie aż stawali i zwracali mi uwagę. Widać, że bardzo ich dziwiło że białego bogacza takiego jak ja (w ich mniemaniu) nie stać było na spodnie. Niedługo potem ruszyłem dalej i przechodząc koło jednego z wielu kolonialnych budynków dotarłem do kościoła świętej Rosarii a następnie do pobliskiej, dużej świątyni hinduistycznej Sri Shiva Subramania Swami Kovil mieszczącej się na Kew Road. Także i tu był to piętrzący się dach, zwężający się ku górze z wymyślnymi figurami świętych z religii hindu. Ta była o wiele wyższa niż świątynie w Pettah i także tutaj przy głównej bramie były rzeźby mężczyzn walczących lub raczej przejmujących kontrolę nad lwami. Gdy ruszyłem dalej na tej samej ulicy natknąłem się na mosk Akbara i choć sam mosk zdecydowanie nie był najbardziej imponujący miałem tu kolejne pouczające spotkanie. Jeden muzułmanin był na tyle miły, że zaoferował że zrobi mi zdjęcia i reklamował się jako dobry fotograf. Okazało się, że spotkałem kolejnego „kolekcjonera”obcej waluty, który zapytał mnie czy mam euro bo to jego ulubione.

Prawdą jest, że nikt tu nie zbiera obcej waluty. Jeśli dałbym mu w prezencie 1 lub 2 euro wtedy taki „kolekcjoner” zaczepiałby turystów z Europy i prosił aby mu wymienili na rupie bo oni tak przecież euro potrzebują. Euro to obecnie około 130 rupii, których wielu nie widzi tu dość często. Miałem tu wiele takich przypadków a naiwni turyści dają się nabierać. Moim kolejnym celem było jezioro Beira oraz dwie świątynie Sema Malakaya położone na wyspach koło siebie. Świątynie te były dość nowe i ładnie położone a to co mi się tam podobało najbardziej to posągi Buddy dookoła i reszta rzeźb czyli większy Budda i stosunkowo mała, biała dagoba. Świątynia była ładna i ciekawa lecz ciekawszy był kontakt z dozorcą. Był przemiły i robił mi zdjęcia kiedy tylko chciałem a nawet mówił, że sam wie gdzie będą najlepsze gdyż jest fotografem. Mówił, że dostał aparat Nikon od jednego turysty i w ten sposób zarabiał ale zgubił go i teraz pracuje w świątyni. Oczywiście nie wierzyłem w ani jedno jego słowo gdyż będąc na Sri Lance zaczynam się już przyzwyczajać do naciągaczy i czekałem aż zaraz zaproponuje mi dotację na świątynię. Gdy zrobił mi kilka zdjęć i opowiedział chwytającą za serce historię swojego życia, pozwolił mi usiąść w fotelu a następnie przeszedł do tematu na który czekałem. Powiedział, że chce dotację na świątynię (nie dla niego oczywiście) i zagraniczni goście dają zazwyczaj 2000 rupii. Wyciągał w moją stronę brudny, połamany koszyk a jego wzrok był tak głodny pieniędzy i tak kłamał patrząc mi prosto w oczy, że spotkanie to było coraz bardziej interesujące. Bezapelacyjną prawdą jest jednak, że wejście do wszystkich świątyń jest za darmo i nie ma obowiązku płacenia więc on chciał po prostu wyłudzić dużo pieniędzy i szukał naiwnego. Dałem mu 20 Rupii na kokosa, podziękowałem za zdjęcia i opuściłem świątynię Sema Malakaya. Ledwo jednak opuściłem to miejsce zaczepił mnie inny naciągacz. Ten był elegancko ubrany i po zadaniu mi standardowych pytań wyciągnął kilka formularzy ze zdjęciami dzieci i prosił o dotację na szkołę-czyli na siebie. W kilku rubrykach napisał sam tym samym długopisem i tym samym charakterem pisma kwoty nawet do 5000 rupii. Mówił, że tyle właśnie dają turyści z Europy lecz odpowiedziałem mu, żeby poszukał naiwnych gdzie indziej. Wtedy odwrócił się szybko na piętach i zniknął. Gdy zostałem sam zatrzymałem się na chwilę i obserwowałem drzewa, które na Sri Lance są piękne. Oprócz wielu ciekawych gatunków palm są to drzewa o bardzo grubych pniach lecz także oplecione gałęziami, które wrastają w ziemię tworząc piękny widok i sprawiają wrażenie jakby drzewo było jeszcze większe niż jest w rzeczywistości.

Do tego wszystkiego zwisają z nich liany. Spacerowałem brzegiem jeziora Beira i po przejściu przez most dotarłem na inną wyspę, które jest zacisznym i przyjemnym miejscem spotkań lankijskich rodzin choć teraz także turystów z Polski. Jak zwykle na Sri Lance przychodzi tu wiele par aby poprzytulać się w długiej trawie i tu na szczęście nie rewiduje ich policja. Po jakimś czasie opuściłem jezioro Beira i poszedłem do pobliskiej świątyni buddyjskiej Gangaramaya. Ta świątynia była duża i bardzo mi się podobała. W głównej części znajdowało się wiele posągów Buddy i innych postaci pomalowanych na bardzo wyraziste kolory a oprócz tego na ścianach były malowidła o tej samej treści. Przy wyjściu stał duży słoń jedzący akurat liście, który zdecydowanie był ozdobą a obok był płytki basen z karpiami koi. Na tym samym terenie znajdowała się też biblioteka, muzeum i sklep z obrazami i rzeźbami. Po środku placu rosło wielkie drzewo wokół którego zbudowane były schody do muzeum a jego grube konary i liany zwisające prawie do ziemi dawały jeszcze lepszy efekt i nastrój temu miejscu. Na podwyższeniu znajdowała się duża, biała dagoba a wokół niej były plakaty świątyń dzięki którym obudziły się we mnie wspomnienia. Przypomniała mi się tu moja podróż po Birmie gdyż plakaty przedstawiały świątynie Shwedagon Paya pagoda z Rangoon i Kyaitkiyo czyli świątynię na złotej skale. Jak to zwykle już bywa na Sri Lance i tu miałem swojego przewodnika, który robił mi zdjęcia i też żebrał o parę rupii choć miałem tylko grube banknoty i nie miałem mu jak dać 10 lub 20 rupii za przysługę, która powinna być w zasadzie darmowa.. Przy wyjściu na jednej z zewnętrznych ścian znajdowało się wiele interesujących rzeźb przedstawiających nie tylko Buddę ale też wojownika i szczupłe kobiety z wąskimi taliami i wielkimi piersiami. Cała świątynia była najlepszą jaką do tej pory widziałem na Sri Lance. Zarówno z zewnątrz jak i wewnątrz były pięknie wykończone. Dodatkowymi atutami był spokój i słoń.

Ogrody cynamonowe

Tego samego dnia poszedłem do najbogatszej, najdroższej i najczystszej dzielnicy Kolombo czyli do Ogrodów Cynamonowych. Nazwa ta pochodzi od plantacji drzew cynamonowych, które rosły na tym terenie około 100 lat temu. Dziś znajduje się tu wiele ambasad, galerii, rezydencje bogatych i wpływowych oraz kilka obiektów sportowych. Właściwie jest to nazwa ulicy gdzie rosną piękne drzewa z lianami i konarami do ziemi choć w rozdziale tym umieszczę kilka obiektów znajdujących się w pobliżu. Najpierw poszedłem do parku Viharamahadevi, który nazywał się kiedyś parkiem Victorii lecz zmieniono nazwę zaraz po odzyskaniu niepodległości (wówczas przez Cejlon).

Park ten był dość duży i miło mi się tu spacerowało pośród palm i masywnych drzew z lianami lecz jak mogłem przewidzieć wkrótce zostałem zaczepiony przez natrętnego ogrodnika, który koniecznie chciał zarobić. Wszędzie chciał mnie zaprowadzić, wszystko mi pokazać i oczywiście wszystko za darmo. Na początku go ignorowałem lecz był nachalny i gdy spytał co robię w Anglii powiedziałem, że jestem ogrodnikiem aby mu się zrobiło miło lecz to go jeszcze bardziej pobudziło do działania. Najpierw poszedłem w stronę urzędu miasta nazywanego też białym domem i zrobiłem kilka zdjęć przy posągu wielkiego, złotego Buddy. W drodze powrotnej jednak czekał już na mnie mój ogrodnik. Najpierw koniecznie chciał wiedzieć, jak mam na imię, skąd jestem, ile mam dzieci i czy jestem żonaty oraz ile zarabiam. Nie zdziwiło mnie już w ogóle gdy powiedział, że on także zbiera pieniądze i najlepiej gdyby to były euro albo funty bo te lubi najbardziej ze wszystkich. Oprowadził mnie po całym parku i pokazał mi kilka ciekawych roślin. Oprócz palm, mango i bananowców pokazał mi drzewo cytrynowe, po czym zerwał liść i chciał abym spróbował. Rzeczywiście poczułem smak cytryny lecz nie była to dla mnie żadna nowość gdyż byłem już na polu cytrynowym w Bangladeszu. Pokazał mi też kilka pięknych kwiatów i za każdym razem pytał ile taki kwiat kosztuje w Londynie. Nie mógł się nadziwić gdy powiedziałem, że dla niego tak pospolita helikonia kosztuje w Anglii około 3 funtów czyli nawet około 500 rupii. Interesujące było drzewo cynamonowe, tym bardziej że ogrodnik zeskrobał kawałek kory i dał mi do spróbowania. Gdy powiedziałem, że znam większość roślin w parku, ogrodnik zaprowadził mnie do drzewa na którego gałęziach wisiały ogromne nietoperze a następnie ze swoim kolegą bili łodygami o drzewo aby zaczęły latać. Wszystko po to abym zobaczył jak wielkie one na prawdę są i abym pewnie potem im dał z 10 euro. Po krótkiej rozmowie chcieli mnie naciągnąć na 20 euro i powiedzieli, że to jest ich ulubiona waluta i to zbierają. Jednak gdy chciałem być miły i dałem im 50 rupii czuli się urażeni i powiedzieli, że rupii nie chcą tylko walutę z mojego kraju lub euro i funty. Ponadto jestem ogrodnikiem więc powinienem mu pomóc. Powiedziałem, że nie ma sprawy, podziękowałem i odszedłem.

Jak zdążyłem się zorientować do tej pory, na Sri Lance nie ma złodziejstwa ale każdy jest potencjalnym naciągaczem i kanciarzem. Bardzo też się zdziwiłem gdy do parku przyszedł za mną kulawy dozorca ze świątyni Gangaramaya oddalonej o kilometr dlatego, że wcześniej nie miałem drobnych a przecież miałem mu dać 20 rupii. Pomyślałem wtedy, że Sri Lanka to na prawdę kraj bardzo biednych ludzi bardzo głodnych pieniędzy. Tego nie pokazują na pocztówkach! Po parku Victorii (stara nazwa jest dla mnie łatwiejsza) poszedłem ulicą Ogrody Cynamonowe i zatrzymałem się przed muzeum narodowym. Był to wielki, biały budynek zbudowany w czasach kolonialnych, osadzony na dużym zielonym terenie i co nie zawsze zdarza się w Kolombo był w bardzo dobrym stanie. Niestety zanim wszedłem do środka musiałem odbyć rozmowę o pieniądzach. Jak w większości azjatyckich krajów na Sri Lance obowiązuje „cena białego człowieka” zatwierdzona przed rząd. Lankijczycy za wejście do muzeum płacą tylko 20 rupii podczas gdy turyści aż 500. Z żalem zapłaciłem i wszedłem do środka. Wewnątrz bardzo mi się podobało gdyż był to mój pierwszy kontakt z antycznymi miastami do których zmierzałem potem. Na parterze znajdowała się wystawa ludzi pierwotnych i rzeźby wykonane w skałach, pochodzące z różnych okresów w historii wyspy. Były między innymi rzeźby Buddy i płaskorzeźby o charakterze religijnym z pierwszych stolic tego antycznego kraju, z miast Polonnaruwa i Anuradhapura. Na pierwszym piętrze znajdowały się narzędzia z przestrzeni dziejów, ubrania, naczynia i ku mojemu zdziwieniu lalki z nieistniejącego już kraju-z Czechosłowacji. Była wystawa toreb wiklinowych na ryż sprzed kilkuset lat i różnego rodzaju przybory kuchenne wykonane z kokosa. Ciekawy był także szkielet płetwala błękitnego z fiszbinami wiszącego na suficie. Cały teren muzeum bardzo mi się podobał lecz niestety było trochę za drogo. Następnie poszedłem zobaczyć Pomnik Niepodległości, który jak łatwo się domyśleć został zbudowany w 1948 roku aby upamiętnić odzyskanie niepodległości (wówczas) przez Cejlon. Pomnik niepodległości składał się z placu na którym na wieży znajduje się pomnik ówczesnego premiera niepodległego Cejlonu i jest on otoczony lwami. Drugą część stanowi budynek, który składa się z dachu i wielu rzeźbionych filarów a poniżej jest zadbany park.

Także i tutaj spotkałem biednego człowieka, który sprzedawał zużyte znaczki pocztowe Cejlonu i Sri Lanki za jedyne 100 rupii. Mój powrót do dzielnicy Fort też był bardzo udany. Jak zwykle była blokada policyjna a ludzie byli rewidowani. Jednak gdy porozmawiałem chwilę z policją byli tak mili, że zatrzymali dla mnie autobus na środku drogi, po czym wsiadłem i za kilka rupii dostałem się do Fortu. Wrażenia z autobusu także mam bardzo przyjemne. Trzeba przyznać, że jak na razie na Sri Lance jestem traktowany ze wszystkimi honorami. Wszyscy zwracają się do mnie „sir”, są mili a policja bardzo pomocna i uśmiechnięta na mój widok. Pierwsze wrażenia po przyjeździe na Sri Lankę czyli blokady z workami z piaskiem, wojsko i bardzo dużo broni mogą wprawiać w zaniepokojenie ale nie ma żadnego powodu do zmartwień. To był bardzo udany dzień podczas którego dużo zobaczyłem.

Kelaniya

Gdy zobaczyłem już to co chciałem w Kolombo pojechałem do wioski Kelaniya oddalonej o 7km na wschód od Fortu. Co prawda jest to tylko 7km lecz na Sri Lance jest to aż 7km. Dostałem się tam miejskim autobusem i po około 40 minutach, pokonując korki brudnego miasta dotarłem na miejsce. Miałem nadzieję, że będzie to tego warte. W Kelaniya znajduje się najważniejsze centrum buddyjskie w okolicach Kolombo i jedno z najważniejszych na całej wyspie. Znajduje się tu świątynia Kelaniya Raja Maha Vihara, w której według wierzeń Budda przemawiał 2000 lat temu. Przed świątynią orzeźwiłem się kokosem a następnie przechodząc przez rząd autorykszy i sprzedawców kwiatów lotosu, zacząłem wchodzić po wysokich schodach aby wkrótce zrozumieć że moja jazda tutaj nie była zmarnowana. (Według legendy pod stopami księcia Sidharty-potem Budda, wyrastały kwiaty lotosu za każdym razem gdy stawiał krok). Przed wejściem na teren świątyni musiałem oczywiście zdjąć buty a potem już mogłem wejść na teren świątyni. Przede mną stała tylna ściana głównej części obiektu, pięknie zdobiona płaskorzeźbami a po prawo znajdował się plac pokryty piachem. Na środku placu rosło ogromne drzewo z gałęziami pokrytymi flagami do modłów. Dookoła był zbudowany ozdobny mur ze schodami prowadzącymi do posągu złotego Buddy a dookoła muru chodzili ludzie modlący się i noszący dary dla Buddy w postaci bananów, kokosów i kwiatów lotosu. (Po środku każdej świątyni buddyjskiej rośnie drzewo gdyż według legendy Budda osiągnął stan nirvany właśnie medytując pod drzewem).

Nieopodal ludzie zapalali świeczki na specjalnie przygotowanym do tego miejscu a inni siedzieli ze złożonymi rękami i modlili się do Buddy. Czułem się szczęśliwy w tym pięknym miejscu otoczonym palmami i z ochotą zwiedzałem dalej. Dobrze, że mogłem być świadkiem tak wspaniałych budowli religijnych a jednocześnie raju dla podróżnika mojego pokroju lub dla ambitnego psychologa, dla którego całe to miejsce byłoby definitywnie wspaniałym ośrodkiem badawczym. Poruszając się dalej doszedłem do frontalnej części świątyni, której wejście było osadzone na filarach i było ciekawie zdobione rzeźbami słoni. W środku natomiast znajdowały się malowidła świętych i ludzi związanych z kulturą buddyjską lecz na tym stadium mojej wiedzy nie jestem w stanie dokładnie określić ich znaczenia. Wszystkie jednak były piękne i na pewno warte zobaczenia. Nieopodal znajdowała się też ogromna, biała dagoba których wiele widziałem wcześniej w Birmie a obok stał pomnik dużego, stojącego Buddy. Zrobiłem tu wiele ciekawych zdjęć obiektów i z ludźmi, którzy zawsze byli chętni do współpracy. Ciekawa była także rzeźba wychudzonego Buddy przedstawiającego go w trakcie postu. Cała świątynia była piękna i pomimo jazdy autobusem z Kolombo zaliczam ją do obowiązkowych. Jest też jeden znak w buddyźmie, który często widzę na świątyniach a czasem też na domach. Jest to znak, który na pierwszy rzut oka wygląda jak nazistowska swastyka tylko, że jest odwrócona. W tradycji buddyjskiej i indyjskiej oznacza ona szczęście i często jest umieszczana na domach po to aby  przyciągała szczęście. Z drugiej strony partia nazistowska przyjęła swastykę jako swój znak w 1920 roku w Salzburgu i jak wiemy z historii ten rodzaj swastyki szczęścia nie przyniósł. Wspominam o tym znaku aby nauczyć odróżniać przesłanie tego symbolu w różnych kulturach. Dodam jeszcze, że jedna z pierwszych swastyk została namalowana około 10 tys. lat temu w paleotolitycznej jaskini a znak ten widnieje na monetach i ceramice starożytnych Chin, Indii i Grecji.

Po wszystkim wsiadłem do kolejnego przyjemnego autobusu aby w towarzystwie młodych mnichów wrócić do Kolombo. Zauważyłem, że mnisi są darzeni na Sri Lance tak wielkim szacunkiem, że gdy nawet kilkuletni chłopcy z ogolonymi głowami i ubrani tradycyjnie na pomarańczowo wchodzą do autobusu, w mgnieniu oka ludzie podrywają się z siedzeń aby ustąpić im miejsca.

Dehiwala

Tego samego dnia pojechałem miejskim pociągiem do Dehiwala aby odwiedzić zoo. Droga była przyjemna gdyż tory kolejowe były położone bardzo blisko od brzegu i dzięki temu tę 10km drogę na południe od stacji Fort pokonałem obserwując ocean, plaże i palmy. Po wyjściu ze stacji przeszedłem około kilometra lecz potem wziąłem autobus, który podwiózł mnie pod samą bramę zoo. Tutaj musiałem się bardzo zdenerwować gdyż gdy przyszła moja kolej na kupno biletu okazało się, że „cena białego człowieka” za wejście wynosi 1000 rupii podczas gdy Lankijczycy płacili tylko 50. Oznacza to, że zoo na Sri Lance jest tylko o połowę tańsze niż to w Londynie. Jest to też kolejny dowód na to, że rząd lankijski okrada turystów do maksimum co jest tu czymś normalnym. Na Sri Lance istnieją dwie ceny-cena lokalna i cena turystyczna. Płacę tam gdzie muszę zapłacić za wejście czyli w miejscach gdzie dostaję bilety zatwierdzone przez rząd jednak będąc już od kilku dni w tym kraju wiem co ile kosztuje i nie daję się oszukać. W końcu po grzecznej rozmowie a następnie po wielkiej awanturze zapłaciłem 1000 rupii a wszyscy dookoła byli bardzo mną zmęczeni. Przypomniało mi się tu gdy rozpętałem aferę przed zoo w Lahore w Pakistanie i byli już tak mną zmęczeni, że wpuścili mnie za darmo. Na Sri Lance jest jednak inaczej niż w Pakistanie gdyż tutaj rząd i ludzie są tak głodni pieniędzy, że nie mieści się nam to w głowach. Jak na standardy kraju rozwijającego się zoo w Dehiwala budzi podziw i traktuje swe zwierzęta bardzo dobrze choć poszczycić się nim mógłby nie jeden kraj europejski. Pierwszą piękną rzeczą, którą zobaczyłem po wejściu była roślinność a szczególnie gatunki palm, których nie ma na ulicach. Po lewej stronie znajdowało się akwarium, flamingi oraz foka wyskakująca ponad wodę gdy treser trzymał rybę. Po prawej stronie znajdowały się duże koty, następnie ptaki ozdobne i drapieżne oraz moje ulubione-gady. W herpetarium tym zobaczyłem między innymi białą kobrę lankijską, kilka ciekawych żmij i gawiala, których miałem okazję podziwiać więcej w zoo w Daka – w Bangladeszu.

Tutaj niestety jego akwen był bardzo mały i dzielił je z żółwiami czerwonolicymi. Najbardziej z całego herpetarium podobała mi się anakonda zielona, którą widziałem pierwszy raz na żywo. Nie była aż tak wielka jak na ten gatunek gdyż miała około pięciu metrów i miejscami była szeroka na grubość dużego psa. Mimo wszystko wciąż był to imponujący wąż choć nie tak ładny jak te, które trzymam w swojej sypialni w domu. Bardzo ważnymi zwierzętami tutaj były słonie, które są tu rozmnażane i są w różnym wieku, od kilku lat do kilkudziesięciu. Wiele z nich tu pracuje przy przenoszeniu drzew do budowy nowych zagród, jedzenia dla innych zwierząt i dla słoni lecz są też one wykorzystywane do pokazów. Punktem kulminacyjnym każdego dnia jest przedstawienie około piątej na specjalnie zbudowanej arenie gdzie słonie spacerują trzymając trąbami ogona sąsiada, przechodzą po małych stopniach, stają na tylnych i przednich łapach i robią różne pozy w grupach po kilka zwierząt. W pamięci utkwiły mi też małpy a szczególnie samiec orangutana, który wyglądał na smutnego gdyż był sam. Całe zoo było bardzo interesujące i piękna była tu także przyroda lecz niestety humor psuje bezczelność lankijskiego rządu z powodu nadmiernego zdzierania z turystów. Po wyjściu z zoo poszedłem do miasteczka Dehiwala na kokosa i garstkę ryżu z warzywami a potem na stację. Tam niestety powiedziano mi, że nie było już pociągów dlatego wziąłem autorykszę i za jedyne 400 rupii dostałem się do dzielnicy Fort pod sam hotel. Jak to zwykle bywa dwa razy zatrzymała nas policja i rykszarz musiał się wylegitymować lecz gdy zobaczyli białego na tylnym siedzeniu tylko uśmiechnęli się i puścili dalej. Zauważyłem też, że szef hotelu chyba mnie polubił gdyż zaczął ze mną żartować i pytał czy moja rodzina mieszka w zoo. Następnie powiedział, że jeśli chcę to nie muszę płacić 440 rupii za pokój i mogę przejść do dormatorium z 16 łóżkami ale za to za jedyne 150 rupii. Zgodziłem się bez wahania gdyż to było właśnie coś w moim stylu. Poza tym miałem piękny widok na domy zrujnowane przez zamach bombowy. Było tak nastrojowo…

Mt Lavinia

Po kilku dniach zwiedzania Kolombo chciałem mieć wreszcie kontakt ze wspaniałym, ciepłym oceanem indyjskim. Wsiadłem więc do lokalnego pociągu i po upływie około pół godziny byłem na miejscu. Po drodze miałem ładne widoki na ocean i palmy oraz uzbrojone wojsko i barykady. Miałem też interesującą rozmowę z jednym panem na temat życia na Sri Lance. Powiedział mi, że średnia pensja to około 15tys rupii choć wielu w innych częściach kraju zarabia tylko 5tys a spora część społeczeństwa nie ma w ogóle pracy i żyje z tego co wyhoduje. (Na dzień dzisiejszy 1USD=108LKR). Stąd jest tyle sprzedawców bananów, mango i papai choć wielu otwiera małe stoiska gdzie robią też herbatę i smażą jajka. W miejscach turystycznych wiele osób samych robi pamiątki, najczęściej z tego z czego mają pod dostatkiem czyli z kokosa i muszelek. Powiedział, że emerytury ma tu tylko policja i wojsko a cała reszta ma tyle ile sama zarobi i nie może liczyć na pomoc rządu choć jest coraz drożej. Powiedział, że na przykład trzy lata temu chleb kosztował 15 rupii a teraz już 40 i wszystko jest coraz droższe choć warunki życia i wypłaty są takie same. Podziękowałem mu za to pouczające spotkanie i wysiadłem na mojej stacji. Aby się tam dostać przeszedłem przez luksusowy hotel i nareszcie zobaczyłem piękną plażę porośniętą palmami kokosowymi. Widać też było stąd World Trade Centre w Kolombo co dawało poczucie, że wciąż jestem blisko swojej bazy. Było mi tu jednak dane doświadczyć znacznie więcej niż tylko plaża. Gdy tylko dotknąłem stopami piasku podszedł do mnie chłopak, który chciał mi koniecznie sprzedać koraliki z muszelek a gdy odmówiłem zaproponował marihuanę, którą sprzedaje tu każdy rykszarz, sprzedawca koralików choć słyszałem, że nawet policja. Chodził za mną długo i nie dawał spokoju. Mówił jaki jest biedny, że nie ma pracy gdyż jest rybakiem i ostatnio nie wypływa na głębszą wodę gdyż nikt go nie zabiera. Chodzi więc po plaży i próbuje sprzedać turystom co tylko może. Chciał mi też pokazać krokodyla i warana za 200 rupii ale darowałem sobie. Siedział obok mnie przez około pół godziny i męczył mnie historią swojego życia lecz odszedł gdy zrozumiał, że nic nie wyciągnie. Potem nareszcie rzuciłem się w ciepłe fale i pływałem. To było właśnie to po co tu przyjechałem. Ocean był bardzo ciepły i unosił mnie na powierzchni a w oddali były palmy. Było pięknie. Wybrałem się też na spacer po plaży gdzie widziałem rybaków, którzy dopiero co wrócili ze swoim połowem i jak zwykle nie obyło się bez zdjęć i wielu osobistych pytań na mój temat. Poszedłem też do wioski gdzie mieszkali rybacy w swych domach zniszczonych przed tsunami.

Dwóch jak zwykle chciało mnie naciągnąć i jak zwykle szukali naiwnego. Jeden chciał mnie zabrać w rejs łodzią za 5tys rupii a drugi udawał pilota gdyż miał kombinezon. Ten był najlepszy gdyż przedstawił się jako pilot myśliwca, który odwiedził swych znajomych rybaków wojskowym samolotem i jak powiedział, zaparkował kilka palm dalej. Po chwili dał mi wizytówkę firmy ubezpieczeniowej jako swoją i powiedział, że on i jego kolega mogą mi wszystko załatwić. Drugi zaczął mówić do mnie po niemiecku gdyż w rejs do tej pory zabierał samych Niemców i ten język bardzo dobrze znał lecz gdy powiedziałem kilka zdań moim ograniczonym niemieckim, on znowu przeszedł na angielski. Definitywnie szukali naiwnego lecz nie potrafili nawet dobrze kłamać. Tak czy inaczej było miło gdyż mnie trochę rozbawili a poza tym zrobiłem dobre zdjęcia ludzi na tle wioski zniszczonej przed tsunami. Myślałem, że już się w spokoju wykąpie lecz po chwili znowu podeszli handlarze koralików. Poczęstowali mnie kolejną tragiczną historią i chcieli coś sprzedać lecz woleli jałmużnę. Z ciekawości poszedłem z nimi do ich wioski i zrobiło mi się na prawdę przykro. Dookoła były porozwalane szczątki betonowych budynków a oni mieszkali w namiocie pod palmami w kilka osób. Mówili, że gdy cztery lata temu uderzyło tsunami i wszystko zostało zniszczone, rząd Sri Lanki obiecał, że wybuduje im nowy dom w ciągu pół roku lecz po czterech latach wciąż śpią w namiocie. Nie mają pracy i żadnych perspektyw i prosili o jakiekolwiek pieniądze. Byli rzeczywiście bardzo biedni i zdesperowani dlatego dałem im na parę kilogramów ryżu aby mogli wykarmić rodziny przez jakiś czas. Tego rodzaju historie i zdarzenia są na Sri Lance codziennością i trzeba do tego przywyknąć. Potem jeszcze popływałem w oceanie co jak zwykle było wspaniałe i usiadłem w eleganckim, klimatyzowanym hotelu aby napisać pocztówki. Chciałem tez zjeść ale ceny były zwariowane dlatego poszedłem do miasteczka Mt Lavinia gdzie w zwykłej knajpie w towarzystwie przeciętnych Lankijczyków zjadłem bajecznie tanie roti z różnym nadzieniem i popiłem cejlońską herbatą. Było bardzo miło, realistycznie i tanio czyli tak jak lubię. W drodze powrotnej na stację rykszarze chcieli mnie podwieźć gdzie tylko chciałem za ogromne pieniądze a sprzedawcy pamiątek wychodzili z siebie na mój widok. Nie znali jednak mojej taniej natury oraz silnego zmysłu oszczędności. Wsiadłem więc do pociągu za jedyne 10 rupii i wróciłem do Kolombo na stację Fort. Mt Lavinia dla większości turystów jest tylko miasteczkiem z piękną plażą i luksusowym hotelem lecz ja będę zawsze pamiętał to miejsce jako plażę biednych ludzi będącymi ofiarami tsunami i przede wszystkim tragicznego miejsca w którym się urodzili. Poza tym było uroczo.

Droga do Kandy

Po zobaczeniu wszystkiego czym byłem zainteresowany w Kolombo i jego okolicach, udałem się do jednego z głównych centrów turystycznych czyli do miasteczka Kandy. Na stacji Fort w Kolombo spotkałem się z wielką i podejrzaną uprzejmością jednego człowieka, który zaprowadził mnie do mojego wagonu, wskazał siedzenie (jakbym sam nie potrafił), pomógł z bagażem i nawet strzepał kurz z siedzenia. Zapytałem ile chce za tę nadgorliwą pomoc ale on powiedział, że nic. Po chwili wyciągnął jednak zeszyt aby pokazać mi ile obcokrajowcy dają na szkoły oraz zdjęcia biednych dzieci i chciał 5000 rupii. Powiedziałem, że nie dam i grzecznie odszedł. To był klasyczny przykład tego jak jest na Sri Lance. Droga do Kandy minęła mi przyjemnie gdyż po drodze miałem piękne widoki gór i palm oraz bananowców. Mijałem też wiele stacji gdzie zawsze stacjonowało uzbrojone wojsko. Po dwóch godzinach i czterdziestu minutach dotarłem na miejsce.

Górska Kraina

Kandy 

Kandy to popularny kierunek turystyczny na wyspie i jak wielu uważa, jest to jedyne po Kolombo miasto gdyż jest tu nawet trochę ruchu ulicznego. Kandy warto odwiedzić przede wszystkim z powodu Świątyni Zęba i ładnego jeziora wokół którego skupia się najpiękniejsza część miasta. Po wydostaniu się z dworca przeszedłem przez chaotyczny, brudny bazar i ruchliwą ulicę na której autobusy o wiele starsze ode mnie truły miasto. Kupiłem kilka sztuk mango za jedyne 50 rupii aby połowę rozdać ubogim oraz przeszedłem przez centrum Kandy gdzie kwitł handel. Potem dostałem się nad jezioro gdzie było o wiele czyściej i gdzie stały stragany z mango oraz chodzili obwoźni sprzedawcy. Spędziłem tu kilka minut aby nacieszyć się krajobrazem. Zajadając mango widziałem ludzi karmiących ryby, żebraków wyciągających ręce po drobne a w oddali widać było sławną Świątynię Zęba. Było też dużo naciągaczy, którzy chcieli załatwić mi hotel za podwójną stawkę i byli niezwykle natarczywi dlatego musiałem być dla nich bardzo niemiły aby dali mi spokój. W końcu sam załatwiłem sobie hotel YMBA lecz był on najdroższy jak dotychczas. Szef hotelu był tak obrzydliwy, że skasował mnie 690 rupii gdyż to była cena turystyczna a dla Lankijczyków było to tylko 460 rupii. Choć było to nieprzyjemne nie chciałem się przejmować niecałymi dwoma funtami i wyszedłem na zwiedzanie miasta. Najpierw przeszedłem się wzdłuż jeziora aby porozmawiać z kilkoma sprzedawcami i rozejrzeć się. Jezioro to było skonstruowane w 1807 roku i znajduje się na nim parę wysp.

Na jednej z nich stoi budynek, który służył niegdyś jako harem jednego z królów a potem był używany przez Brytyjczyków na magazyn broni. Po chwili dotarłem do największej atrakcji Kandy i jednej z największych atrakcji Sri Lanki czyli do Świątyni Zęba (Sri Dalada Maligawa). Świątynia ta jest jednym z najważniejszych miejsc dla buddystów w całym kraju gdyż znajduje się tu święty ząb Buddy. Historia samego zęba jest dość powikłana gdyż jak głosi legenda został on zabrany podczas palenia zwłok Buddy. Następnie został przeszmuglowany na Sri Lankę we włosach księżniczki aby potem znowu mógł wrócić do Indii. W XVI wieku Portugalczycy spalili go w indyjskim stanie Goa lecz jak się okazało była to tylko kopia i prawdziwy ząb został nienaruszony. Osobiście myślę, że ząb Buddy wystawiony dziś do oglądania jest także kopią a prawdziwy (o ile istnieje) jest schowany i ma do niego dostęp tylko elita buddyjskich mnichów. Zwłaszcza w czasach wojny domowej miało by to sens lecz są to jednak tylko moje domysły. Dzisiejsza Świątynia Zęba została zbudowana na przełomie XVII i XVIII wieku choć po zamachu bombowym przez Tamilskie Tygrysy w 1998 część została zniszczona i nastąpiła odbudowa. Po dotarciu pod bramę świątyni zostałem dokładnie przeszukany a następnie poszedłem w kierunku obiektu. Przed sobą miałem mur takiego samego rodzaju jak wokół jeziora a za nim stała charakterystyczna, kremowa wieża i rozciągały się mury świątyni z licznymi budynkami, miejscem do zapalania świec i zadaszonym dzwonem. Zapowiadało się bardzo ciekawie lecz straciłem humor po dostaniu się do kas. Tutaj wejście kosztowało 500 rupii podczas gdy dla Lankijczyków było to tylko 50 rupii. Dałem jednak 100 rupii facetowi w kasie i wpuścił mnie bez biletu. Zostawiłem buty w przechowalni, zostałem jeszcze raz dokładnie przeszukany i nareszcie dostałem się na teren świątyni. Po spacerze po głównym dziedzińcu i zrobieniu kilku zdjęć poszedłem do małego muzeum gdzie stał wypchany, przystrojony słoń oraz wisiało wiele nieprzyjemnych zdjęć nieżywego słonia. Miejsce to cieszy się popularnością lecz dla mnie była to komnata śmierci. O wiele ciekawsze i wprawiające w miły nastrój był plac na którym znajdowały się świeczniki oraz duży dzwon pod dachem, używany przy religijnych ceremoniach. Stąd był także widok na inne, otoczone palmami świątynie stojące poza terytorium Świątyni Zęba. W tym momencie, gdy jeszcze nie skończyłem zwiedzania, udało mi się zrobić ostatnie zdjęcie moim nowym aparatem Canon. Byłem trochę podłamany gdyż najważniejsza rzecz uwieczniająca moje wspomnienia zepsuła się. W Londynie i tak mi zwrócą pieniądze lub dadzą nowy aparat lecz ważne było abym robił zdjęcia teraz. Wyszedłem więc ze świątyni i kolejnych kilka godzin spędziłem w towarzystwie sprzedawców mango, zdesperowanych na każde 40 rupii za porcje. Obserwując jezioro i karmiąc ptaki myślałem co robić dalej gdyż tutaj aparaty były dwa razy droższe niż wszędzie w Europie.

Przyczyną tego jest to, że w krajach rozwijających się jest bardzo wysoki podatek na import elektroniki lecz tak czy inaczej musiałem temu zaradzić. W końcu po wielu bólach głowy, po kompletnym stracie humoru i obejrzeniu wielu przestarzałych lecz bardzo drogich modeli zapłaciłem 450 funtów za Nikon D40, który w Londynie kosztował około 250. Trudno, miałem aparat na którym niestety trochę stracę lecz gdy sprzedam go po powrocie i oddadzą mi za zepsuty Canon, nie wyjdzie tak źle. Poza tym ten model był jedynym w całym Kandy, który mi się podobał (chyba już dość o fotografii) Zrobiło się ciemno i na ulicy zostali tylko żebracy więc po zimnym prysznicu położyłem się spać z nadzieją, że nowy aparat doprowadzi mnie do końca tej wyprawy. Następnego dnia rano wróciłem do Świątyni Zęba lecz nie chciałem aby mnie ograbiono przy wejściu dlatego powiedziałem, że byłem tu wczoraj lecz zepsuł mi się aparat i teraz chcę tylko zrobić zdjęcia. Strażnicy znowu mnie przeszukali i wpuścili za darmo. Po drugim już spacerze po dziedzińcu i obejrzeniu tego co wczoraj, poszedłem do głównej części świątyni gdzie znajdowało się coś w rodzaju buddyjskiego ołtarza z malunkiem Buddy i ciosami słoni zwróconymi do środka. Gdy poprosiłem kogoś o zdjęcie strażnik upomniał mnie, że obrażam Buddę stojąc do niego tyłem. Do Buddy należy być zwróconym przodem lub ewentualnie bokiem. W środku znajdowała się część, która nie była zadaszona a inna część była osobnym budynkiem w tej dużej świątyni i miała swój osobny, ładnie wykończony dach. Z tyłu znajdowało się muzeum, które także było bardzo ciekawe. Na parterze było wiele pomników Buddy i jeden największy w głównej części muzeum a na wyższych pietrach znajdowały się płótna, rzeźby oraz przedmioty domowego użytku z czasów królów z Kandy, którzy zbudowali tę świątynię. Ciekawa była też kolekcja zdjęć pokazująca zniszczenia po zamachu bombowym w 1998 roku, którego organizatorem były oczywiście Tamilskie Tygrysy. Widziałem zdjęcia rzeźb i wielu innych obiektów, które dziś wyglądają perfekcyjnie lecz tylko dlatego, że zostały albo zrekonstruowane albo zastąpione nowymi. Mnich oprowadzający mnie po muzeum pokazał mi także sławny ząb Buddy (lub raczej jego kopię) lecz nie wyglądał mi on na ludzki ząb lecz raczej na ząb psa. Mnich wpuścił mnie także na balkon z którego był piękny widok na całe Kandy. Widziałem stąd część Świątyni Zęba, wiele innych świątyń buddyjskich i hinduistycznych (kovils), jezioro oraz biały posąg stojącego Buddy na szczycie najwyższej góry. Ze Świątyni Zęba poszedłem do pobliskich świątyń-Natha Devale, Pattini Devale i Vishnu Devale. Wszystkie leżą praktycznie koło siebie, są otoczone wysokim murem i niestety wieżą wartowniczą. Znajduje się tu biała stupa i święte drzewa a w środku są malunki Buddy i wiele posągów go przedstawiających.

Natha Devale jest najstarsza gdyż pochodzi z XIV wieku. Zauważyłem, że na Sri Lance wiele buddyjskich świątyń ma kaplicę z bogami hinduistycznymi; np. Ganesha (bóg słoń) a w Kandy gdzie większość jest buddystami jedna ze świątyń została poświęcona hinduistycznemu bogu Vishnu. Vishnu jest bogiem hinduistycznym i obrońcą Sri Lanki lecz moim skromnym zdaniem, myślę że na wyspie tej obecność bogów hinduistycznych w świątyniach buddyjskich jest elementem poprawności politycznej w stosunku do Tamilów, która ma za zadanie załagodzić długoletni konflikt. Cały kompleks świątynny jest zdecydowanie wart zobaczenia a fakt że Kandy jest małe odległości między nimi nie są duże. Ciekawym dodatkiem w świątyniach była też obecność słonia, które podczas specjalnych ceremonii są przebierane, malowane i stanowią ważną część parad religijnych. Odwiedziłem też wiele innych świątyń, w tym kościołów katolickich i mosków jednak na uwagę według mnie zasługuje także Kataragama Devale oddalona nieco od Świątyni Zęba. Jest to bardzo kolorowo pomalowana świątynia przedstawiająca Skanda (boga wojny) z wieloma parami rąk i ujeżdżającego pawia. Po wyjściu ze świątyń poszedłem do centrum miasta gdzie udało mi się wstąpić na posiłek do muzułmańskiej restauracji. Tutaj podano mi ryż na liściu bananowym z warzywami przyprawionymi na wiele sposobów. Było to ciekawe kulinarne doświadczenie. Potem znowu udałem się na jezioro aby spędzić czas w towarzystwie sprzedawców mango i wachlarzy a następnie stamtąd zacząłem drugą część zwiedzania Kandy. Poszedłem do muzeum narodowego lecz niestety „cena białego człowieka” wynosiła znowu 500 rupii podczas gdy dla miejscowych było to 50 rupii. Moje prośby nie pomogły dlatego wszedłem do środka pod pretekstem rozmowy z kierownikiem i pomimo że tłumaczono mi gdzie jest jego pokój, obszedłem całe muzeum i do kierownika dotarłem na końcu oczywiście nie płacąc za bilet. Chciałem zapłacić 50 rupii ale oni chcieli mnie ograbić dlatego nie zarobili nic. Samo muzeum służyło kiedyś jako dom królewskich konkubin a dziś znajduje się tam wiele ciekawych rzeczy z okresu przed europejskiego. Były między innymi zbroje i mapy choć ciekawa była też kopia dokumentu z 1815 roku o przekazaniu prowincji Kandy pod zarządzanie brytyjskie. Potem poszedłem do muzeum archeologicznego i zdążyłem się rozejrzeć przez około 10 minut a następnie mnie spytano o bilet, którego nie miałem.

Tak jak wcześniej, chciałem zapłacić uczciwą cenę gdyż nie chciałem się dać ograbić. W środku znajdowały się rzeźby odkryte na terenie Kandy lecz muzeum to nie było tak ciekawe jak narodowe. W drodze z jednego muzeum do drugiego spotkałem kogoś kto pokazał mi coś bardzo ciekawego. Był to banknot 5 rupiowy z 1945 roku i wydany przez Bank Cejlonu, ze zdjęciem brytyjskiego monarchy. Banknot ten był na sprzedaż za magiczną sumę 200 tysięcy rupii lecz udało mi się zrobić zdjęcie za darmo. Tego dnia byłem też na cmentarzu garizonu brytyjskiego gdzie leżą żołnierze brytyjscy. Jeden z nagrobków, który sfotografowałem był z 1909 roku. Sam cmentarz nie jest w najlepszym stanie a długa trawę zjadał koń. Wieczorem czekała mnie ostatnia atrakcja tego miasta czyli popularny taniec Kandy. Organizowane przez hotel przedstawienie, które sprawiło, że byłem lżejszy o kolejne 500 rupii było bardzo ciekawe. Taniec był bardzo żywiołowy a tancerze i tancerki były poprzebierane w kolorowe stroje i mieli wiele ozdób w kolorze srebra. Były salta, przewroty, gimnastyczne figury a wszystko w rytm głośnych bębnów. Na koniec był też spacer po palących się węglach i ogólnie było wesoło i bardzo mi się podobało. Przedstawienie to było świetną okazją dla obwoźnych handlarzy i dlatego kupiłem koszulkę do krykieta reprezentacji Sri Lanki za jedyne 550 rupii choć chciał 1200. Zdążyłem się zorientować, że Sri Lanka zwłaszcza w porównaniu do sąsiednich Indii jest niestety o wiele droższa. To był już koniec moich przygód w Kandy, miasta które jest na pewno warte odwiedzenia. Szczególnie polecam Świątynię Zęba choć jezioro, inne świątynie i tradycyjny taniec też sprawiają dużo radości. Szkoda, że miałem pecha z aparatem ale tak już czasem jest. Kandy jest zdecydowanie dobrym i obowiązkowym doświadczeniem w podróżowaniu po Sri Lance.

Peradeniya

6km za Kandy w stronę Kolombo znajduje się ogród botaniczny Peradeniya, najstarszy na całej wyspie. Wahałem się czy nie ominąć tego miejsca gdyż nieszczególnie jestem zainteresowany botaniką lecz dobrze, że tam pojechałem gdyż było to kolejne interesujące doświadczenie na tej pięknej wyspie. Ogrody te zajmują 60 hektarów i rośnie tu wiele ciekawych gatunków drzew, które widziałem pierwszy raz w życiu, mimo że przemierzyłem świat od Islandii poprzez całą Europę i większość Azji. Tutaj także była specjalna cena dla turystów i było to kolejne 500 rupii lecz zdołałem przekonać kasjerkę, że jestem studentem i kupiłem bilet za 300 rupii. Zaraz przy wejściu był ogród z przyprawami, wliczając w to drzewa cynamonowe, gałkę muszkatołową i wiele innych. Ciekawa była aleja bardzo wysokich palm zasadzonych tu w latach 50-tych oraz drzewa bez kory z korzeniami sięgającymi kilka metrów wokół drzewa. Były takie, które składały się tylko z wysokiego pnia i żadnych gałęzi i miały małą koronę osadzoną bardzo wysoko. W ogrodzie Peradeniya rosło wiele bambusów oraz palm różnych gatunków. Jedne miały kształt rozłożonego parasola, inne miały długie liście rosnące w jednej linii równolegle do pnia a inne miały powywijane pnie w taki sposób, że wyglądały jak kilka palm poskręcanych razem. Każde drzewo było piękne i interesujące na swój sposób. Na uwagę zasługuje też drzewo figowe zajmujące 1600m2 i wyglądające jak parasol pod którym można się schować przed słońcem. Byłem także w miejscu gdzie na drzewach wisiała kolonia wielkich, hałasujących nietoperzy. Ciekawie to wyglądało gdy latały mi nad głową rozpościerając swoje wielkie skrzydła. Myślałem, że w parku botanicznym spędzę tylko godzinę lecz zajęło mi to kilka godzin gdyż jest to bardzo interesujące miejsce gdzie można chodzić cały dzień i nie znudzić się. Z Peradeniya wróciłem do Kandy tak samo jak się tu dostałem. Wziąłem lokalny autobus za 8 rupii choć autorykszarze chcieli 400.

Droga z Kandy do Nuwara Eliya

Pierwsze pół godziny jazdy nie było ekscytujące, tym bardziej, że musiałem wydostać się z zawsze bardzo brudnego i chaotycznego dworca w Kandy. Mimo wszystko było ciekawie gdyż co chwila wpadali do autobusu sprzedawcy mango, cukierków, ananasów i innych przysmaków. Tym razem pojechałem małym, prywatnym autobusem dlatego nie trzęsło i 80km jazdę pokonaliśmy tylko w trzy godziny co na Sri Lankę jest nawet niezłym wynikiem. Po około pół godziny jazdy zaczęliśmy się wspinać coraz wyżej i im było wyżej tym piękniej. Z Kandy do Nuwara Eliya musieliśmy się wspiąć o około 1400m n.p.m. wąskimi i krętymi, górskimi drogami. Obserwowałem palmy, bananowce oraz góry i doliny pokryte krzewami herbacianymi. Można powiedzieć, że podczas całej jazdy po obu stronach miałem pola herbaciane i inne osobliwości lankijskiej przyrody. Często natykaliśmy się na małpy oraz drzewa jackfruit czyli wielkie, zielone bulwy zwisające z pni drzew. Było też kilka fabryk herbaty i świątyń buddyjskich i hinduistycznych oraz bambusy i drzewa gumowe z których Sri Lanka także słynie. Cała droga sprawiła mi radość choćby ze względu na pola herbaciane lecz nie był to dla mnie pierwszy raz. Wcześniej byłem już w Darjeeling w Indiach i w Srimangal w Bangladeszu. Przed samym dotarciem do Nuwara Eliya widziałem też jeziora oraz ludzi jeżdżących konno. Tutaj było chłodniej niż w każdy gdyż byłem na wysokości 1889 m n.p.m.

Nuwara Eliya

To małe górskie, kolonialne miasteczko leżące na wysokości 1889mn.p.m jest bardzo ciekawym miejscem górskiej krainy i w swym wyrazie wydaje się bardziej angielskie niż dzisiejsza Anglia. Jest tu wiele świetnie zadbanych pól golfowych, ogrody różane, park Victorii i tor do wyścigów konnych. Oprócz tego miasteczko to otoczone jest polami herbacianymi i licznymi fabrykami. Zaraz za miastem znajduje się najwyższy szczyt Sri Lanki czyli Pidurutalagala (Mt Pedro, 2524m n.p.m) a dodatkowo jest to dobra baza wypadowa do parku narodowego Horton Plains i World`s End. Gdy tylko wysiadłem z autobusu na paskudnym dworcu lecz otoczony pięknymi górami i wdychając świeże, górskie powietrze udałem się na poszukiwanie pokoju. Po drodze spotkałem oczywiście wielu naciągaczy, którzy chcieli mi załatwić pokój za 1000 rupii lecz moja wytrwałość i cierpliwość sprawiły, że znalazłem pokój w ładnym domku za jedyne 500 rupii za noc (około 3 funtów).

Choć naciągacze mówili, że wszystko jest zajęte i oni są jedyną szansą na znalezienie pokoju, nie było żadnego problemu gdyż domów gościnnych jest pełno i większość jest koło siebie na Haddon Hill Road. Tego dnia do zachodu słońca pozostało około półtorej godziny dlatego poszedłem przespacerować się w stronę miasteczka i dotarłem do ogrodu botanicznego imienia Victorii. W tym pięknym, naturalnym miejscu spędziłem około godziny, spacerując po trawie i ciesząc się widokiem pięknych drzew i kwiatów. Choć było ładnie i cały ogród był bardzo zadbany, nie było to tak egzotyczne miejsce jak ogród botaniczny Peradeniya w okolicach Kandy. Miałem tu szczęście gdyż spotkałem grupę młodych Lankijczyków zawsze skorych do rozmowy z turystą oraz do wyśmiania go. Gdy zapytałem jak najlepiej można się dostać do parku narodowego Horton Plains i World`s End, powiedzieli że dojazd tam jest skomplikowany, długi i dość drogi lecz oni jadą tam jutro i mogą mnie zabrać za darmo. Podziękowałem serdecznie i umówiliśmy się na następny dzień. Przy okazji, park Victorii był przyjemnym, zielonym zakątkiem gdzie można było odpocząć. Już po zmroku, idąc poprzez miasteczko i mając po lewej stronie pola golfowe poznawałem coraz bardziej interesujące miasto. Byłem na nocnym bazarze warzywnym, odwiedziłem kilka mosków, kościół, zobaczyłem najwyższy szczyt Sri Lanki i wchodząc do różnego rodzaju sklepów wypełnionych ryżem i kokosami dotarłem do mordowni gdzie pili na umór. Obok była restauracja gdzie warunki były bardzo „tradycyjne” jak na ten kraj lecz jedzenie okazało się bardzo dobre. Kelner umył dla mnie sztućce, włożył do wrzątku i podał ryż z warzywami na talerzu pokrytym jednorazową folią. Danie było pyszne i kosztowało 140 rupii czyli około 80 pensów. Gdy zapytałem o toaletę wskazano mi ją i to także było niezłe doświadczenie. Szedłem przez coś w rodzaju schronu gdzie w najciemniejszej, wilgotnej kuchni kroili warzywa przy jednej świecy aoskubane kurczaki leżały na brudnym, glinianym blacie. Toaletę wyczułem z odległości kilku metrów lecz wszyscy i tak sikali w korytarzu. Po niezapomnianej wizycie na zapleczu ponownie usiadłem w knajpie i napiłem się jeszcze herbaty a potem zrobili mi zdjęcie z kelnerem, który na prawdę potrzebował prysznica i golenia. Tak czy inaczej było bardzo wesoło a jedzenie było pyszne i jak dotąd czułem się dobrze. Po powrocie do domu usiadłem w pokoju gościnnym przy herbacie i oglądałem telewizję. Znowu pokazywali walki z północy wyspy pomiędzy wojskiem rządowym a rebeliantami a szef domu opowiedział mi kilka rzeczy o ciężkim życiu w jego kraju i o ciągłym braku pieniędzy.

Tego wieczora pierwszy raz na Sri Lance miałem ciepłą wodę lecz tylko przez około pół minuty. Następnego dnia rano poszedłem pod bramę parku Victorii i czekałem na znajomych. Spóźnili się aż o 20 minut ale w końcu przyjechali i byliśmy w drodze do Horton Plains i World`s End. ( Horton Plains i World`s End w następnym rozdziale). Po powrocie z parku narodowego najpierw pojeździłem na koniu a potem pospacerowałem po bardzo nieturystycznej jego części i dotarłem na lokalny bazar. Tutaj sprzedawane było wszystko, od kokosów i bananów poprzez przyprawy i mięso aż do przedmiotów domowego użytku i tandetnych zabawek. Mnie najbardziej zainteresował bazar warzywny. Z punktu widzenia podróżnika mojego pokroju było to dla mnie interesujące doświadczenie lecz cieszyłem się, że byłem tylko obserwatorem a nie częścią tego widowiska. Najadłem się tu wielu egzotycznych owoców, takich jak jackfruit, mango, papaja czy rambutany. Kupiłem też cały plecak małych bananów bo super cenie i większość rozdałem ubogim. W całym tym zamieszaniu i głośnym targowaniu się sprzedawców o sumy przekraczające funta lub dwa, jeden człowiek sprzedający banany poprosił mnie abym wziął go do Polski a on w zamian będzie moim służącym. To było smutne lecz podczas moich podróży już przywykłem do tego. Kiedyś w Birmie chciano mi dać dziecko do adopcji gdyż tam nie było dla niego przyszłości. Opuszczając dom w Nuwara Eliya pożegnałem się z ugrzecznionym szefem hotelu, który kłaniał mi się bardzo oficjalnie i zwracał się do mnie „sir” i na do widzenia dałem jego synkowi pluszowego misia. Nuwara Eliya była przyjemną stacją górską i kolejnym ciekawym doświadczeniem na wyspie.

Park narodowy Horton Plains i World`s End

Park narodowy Horton Plains i World`s End jest jednym z najczęściej odwiedzanych parków narodowych na Sri Lance gdyż ze względu na położenie jest wyjątkowy. Park ten znajduje się na płaskowyżu leżącym na 2000m n.p.m i znajduje się około 20km na południe od Nuwara Eliya. Dzięki temu właśnie położeniu można tu zobaczyć drugi i trzeci z kolei najwyższy wierzchołek wyspy a poza tym można także podziwiać specyficzną dla tej części świata przyrodę i ukształtowanie terenu.

Jak wspomniałem w poprzednim rozdziale zostałem zabrany przez grupę młodych Lankijczyków, a że transport i droga na Sri Lance są w fatalnym stanie, przejechanie 20km zajęło nam około dwóch godzin. Przemierzając tę piękną wyspę z oszałamiającą prędkością 10km/h miałem okazję widzieć wiele osobliwości natury. Przez cały czas wspinaliśmy się krętą i wyboistą drogą a czasem musieliśmy też wysiadać z samochodu gdyż inaczej nie dałby on rady. Była to świetna okazja aby zobaczyć tarasy ryżowe i pola herbaciane pokrywające całe góry i doliny. Były też oczywiście palmy i bananowce, drzewa z owocami jackfruit po które się wdrapałem oraz małpy będące częścią tego krajobrazu. W drodze moi Lankijczycy śpiewali i grali na bębnach a potem rozmawialiśmy o zwyczajach na Sri Lance i o Europie. Powiedzieli, że ich marzeniem jest pojechać do europejskiego kraju ale nie jest to możliwe gdyż nie mają na to pieniędzy. Pytałem jak wygląda sprawa małżeństwa na Sri Lance a oni odpowiedzieli, że mogą się spotykać z chłopakiem lub dziewczyną jako koledzy i może czasem zdarzy im się pocałować ale seks przedmałżeński nie wchodzi nawet w grę. Mimo, że to oni znajdują partnera to i tak rodzice mają bardzo często ostateczne zdanie. Potem chcieli abym ja zaśpiewał więc musiałem się zgodzić aby nie wyjść na człowieka bez poczucia humoru. Zaśpiewałem „perfect day” a oni grali na bębnie i nawet z moimi umiejętnościami wokalnymi nie wyszło tak źle. Wkrótce potem dotarliśmy na teren parku lecz i tak musieliśmy się wspinać a gdy dotarliśmy do bramy głównej czekał mnie szok cenowy. Tu się okazało jak bardzo rząd lankijski próbuje zedrzeć z turystów. Lankijczycy płacili 40 rupii a ja 2800 czyli około 15-stu funtów. Na początku bardzo się zdenerwowałem gdyż ludzi z subkontynentu indyjskiego w Anglii jest wiele milionów i często dostają zasiłki i darmowe mieszkania dla biednych a ja u nich musiałem zapłacić więcej. Co ciekawe wszyscy byli zadowoleni widząc, że płaciłem więcej a moment przekazania pieniędzy był dla nich wydarzeniem. Powiedziałem, że widzę że od czasów Imperium Brytyjskiego nic się tu nie zmieniło gdyż biali ludzie ciągle są tu warci o kilkadziesiąć razy więcej. W tym momencie nie było im do śmiechu ale zachowali zimną krew. Nareszcie przekroczyliśmy tę magiczną bramę i po zaparkowaniu samochodu udałem się na spacer. Moim planem było pokonanie 9,5 km pętli, którą jak przewidywałem uda mi się pokonać w około 3h choć niektórym zajmuje to nawet 4h lub dłużej. Chciałem też iść ze wszystkimi z którymi tu przyjechałem lecz byli wolni i nie mogli się zorganizować. Na szczęście jeden z nich dotrzymał mi kroku i robił zdjęcia po drodze.

Oczywiście najpierw wszyscy zostali dokładnie przeszukani lecz mnie nikt nie ruszył. Mnie tylko zaczepiali odpłatni przewodnicy lecz chyba tylko po to aby za 1000 rupii pokazać mi jak wygląda drzewo. Szybko zorientowaliśmy się, że park ten składa się głównie z płaskiego terenu porośniętego dość wysoką trawą gdzie rosną też drzewa. Wiele z nich sprawiało wrażenie spalonych choć były zupełnie zdrowe. Może dlatego tak wyglądały gdyż wiele miało ciemną korę i miało powykrzywiane, ostre gałęzie bez liści. Trasa była ciekawa gdyż często drogi były nierówne i kamieniste a czasem przepływały przez nie strumyki. Jedna z dróg była tak wyprofilowana, że wyglądała jak rząd naturalnych, czerwonych schodów. Co jakiś czas musieliśmy się wspinać na szczyty gór i stamtąd oczywiście był lepszy widok na całą okolicę. Za każdym razem otaczała nas cisza i ciekawy, inny świat niż widziałem dotychczas. Z całej wyprawy warto tu wspomnieć o trzech bardzo charakterystycznych miejscach dla tego parku. Mały Koniec Świata i Koniec Świata (World`s End) różni się tylko tym, że ten mały nie leży tak wysoko i przez to nie jest tak spektakularny. Koniec Świata natomiast to miejsce położone w jednym z najwyższych punktów całego płaskowyżu na które trzeba zapracować. Po kilku godzinnym spacerze, często w upale i przy dużej wilgotności oraz po przejściu płaskich, trawiastych powierzchni, nagle docieramy do krawędzi płaskowyżu czyli na Koniec Świata. Ma tu miejsce jedno z ciekawszych uformowań geologicznych naszej planety gdyż płaskowyż kończy się a przed nami jest tylko gwałtowny spadek czyli pionowa ściana licząca 880m. Niestety piękny widok jest często zepsuty przez mgłę, która unosi się tu przez większość dnia i tak też było tym razem. Mówi się wtedy, że powstaje „mglisty las” a moje zamiłowanie do geografii sprawia, że chcę wytłumaczyć w skrócie na czym to zjawisko polega. Otóż mglisty las tworzy się gdy gorące powietrze w dolinie zaczyna się wznosić i będąc już wyżej kondensuje się w mgły podczas ochładzania na wyżynach. Dla mnie oznaczało to jednak, że stałem na Końcu Świata i miałem przed sobą jedynie białą ścianę. Innym miejscem podczas mojej trasy był mały wodospad imienia Bakera. Jest to ładne, odprężające miejsce położone w dżungli gdzie można się wsłuchać w szum opadającej wody przy towarzystwie małp. Jednak po wspaniałych wodospadach w Laosie czy choćby w Norwegii, wodospad Bakera nie był nadzwyczajny.

Wkrótce, pokonując pustą, trawiastą przestrzeń dotarliśmy na parking. Wróciłem jednak z kimś innym gdyż moi znajomi jechali do Hatton. Wyjeżdżając z parku zobaczyłem jeszcze jelenia, który stanął koło drogi i czekał aż rzucimy mu jedzenie. Droga powrotna zajęła mi krócej niż wcześniej gdyż tym razem zjeżdżaliśmy w dół. Znowu obserwowałem pola herbaciane i tarasy ryżowe a przy okazji rozmawiałem z ludźmi w samochodzie, którzy podwozili mnie za darmo. Byli to kolejni młodzi ludzie, którzy chcieli wydostać się ze Sri Lanki i prosili abym im napisał zaproszenie do Anglii gdyż pojechanie tam było ich największym marzeniem. Ciekawe jest to, że gdziekolwiek nie pojadę Anglia i cała Europa wydają się rajem i wszyscy myślą, że gdy już tam dotrą rzucimy im pieniędzmi w twarz. Żadnego skutku nie daje tłumaczenie, że pieniądze nie leżą na ulicy, i że zwłaszcza dla nich może być bardzo ciężko. W błąd wprowadza ich fakt, że 1 funt lub euro kosztuje aż 170 rupii lecz nikt nie zdaje sobie sprawy z kosztów życia w Europie a tłumaczenie nie dociera. Tak czy inaczej było miło gdyż podwieźli mnie pod sam dom i to za darmo a po drodze zaprosili do mleczarni gdzie kupili mi mleko truskawowe i jogurt. (Na całej Sri Lance sprzedawane są bardzo dobre produkty mleczne). Park narodowy Horton Plains i World`s End był interesującym i pięknym miejscem do odwiedzenia lecz niestety o wiele za drogi i w porównaniu z innymi miejscami tego rodzaju na świecie był także nieco przereklamowany.

Bandarawela

Bandarawela jest małym miasteczkiem na które trzeba się natknąć jadąc z Nuwara Eliya do Ella. Dla mnie było to tylko miejsce przesiadki lecz można tu spędzić dzień, szczególnie że jest cieplej niż w Nuwara Eliya a także znajduje się tu bank i stacja pociągowa. Sprawia to, że miasteczko to jest także dobrym miejscem do zaplanowania dalszej podróży, odpoczynku i załatwienia spraw finansowych. Jak to zwykle bywa w miejscach tego typu, punktem centralnym jest wielki bazar choć jest też przyjemna świątynia i można pospacerować po górach.

Skrzyżowanie Kubalwela

Jadąc z Bandarawela musiałem wysiąść na skrzyżowaniu Kubalwela gdyż akurat ten autobus jechał do Badulla (o tym potem). Skrzyżowanie Kubalwela znajduje się tylko 3km od Ella i choć pozornie nie wygląda ciekawie, dla mnie było to kolejne miłe doświadczenie w tym kraju. Na poboczu drogi znajduje się kilka brudnych i prymitywnych lecz mających swój urok knajp. Napiłem się tu herbaty i zjadłem kilka warzywnych roti, które zwijali i smażyli przy mnie. Siedząc tutaj i rozmawiając z ludźmi obserwowałem pola herbaciane i bananowce. Gdy przestało padać wziąłem swój plecak i poszedłem 3km krętą drogą pod górę, po obu stronach mając herbaciane pola. Po drodze jechały autobusy a niektórzy ludzie chcieli mnie też zabrać za darmo lecz mój samotny spacer zbyt mi się podobał. Szedłem powoli i zatrzymywałem się aby robić zdjęcia wśród krzaków herbaty a gdy padał deszcz chowałem się pod bananowcami. Po jakimś czasie dotarłem do Ella-bardzo małej osady położonej wśród gór oraz herbacianych pól, wodospadów i kilku świątyń.

Ella

Ella to mała lankijska wioska której największym atutem są piękne widoki. Można tu spędzić kilka dni chodząc po górach, wśród drzew i pól herbacianych po drodze mijając wodospady i świątynie. Niestety miasteczko to jest typowo komercyjne i miejscowi przesadzają z cenami. Jest tu dużo za drogich knajp i jeden luksusowy hotel a internet jest droższy niż w Londynie. Na szczęście ciągle są tu miejsca gdzie można tanio spędzić noc i zjeść za grosze w lokalnej knajpie. Gdy tylko dotarłem, zaraz po wypiciu zawartości kokosa poszedłem na poszukiwanie pokoju. Wielu chciało na mnie zbić majątek lecz znalazłem pokój w ładnym ośrodku turystycznym położonym w lesie. Za jedyne 350 rupii za noc miałem bardzo duży pokój z podwójnym łóżkiem, siatką przeciw komarom i z prywatną łazienką. Tego wieczora poszedłem na krótki spacer lecz szybko zrobiło się ciemno i większość czasu spędziłem z miejscowymi przy herbacie, być może nawet rwanej z okolicznych pól. Poszedłem szybko spać a na zewnątrz mojego domku pod palmami owady „śpiewały” całą noc. Następnego dnia wstałem rano aby poświęcić cały dzień na zobaczenie Ella lub raczej jej okolicy, która jest najciekawsza. Wybrałem się na spacer przez pola ryżowe i zatrzymałem się na chwilę gdy zobaczyłem jedno z wielu pięknych miejsc. Natknąłem się na starą i zniszczoną świątynię hinduistyczną położoną koło stawu i między polami herbaty. Myślałem, że byłem sam lecz w świątyni mieszkała uboga rodzina Tamilów. Na zewnątrz mieli namiot przytwierdzony do ściany a w środku stała brudna prycza własnej roboty i prymitywne przybory do gotowania. Mówili, że mieszkali w tych warunkach od wielu lat z trojgiem dzieci lecz byli w miarę pogodni gdyż nie znali lepszego życia. Kawałek dalej zobaczyłem grupę tamilskich kobiet zbierających liście herbaty. Pole było położone na górze, także musiały się one cały czas wspinać i trzymając worki na plecach zaczepione na głowie wrzucały listki do środka. Wszystkie były bardzo chude i na mój widok od razu zaczęły prosić o pieniądze. Gdy powiedziałem, że nie mam chciały słodycze lub długopis.

W ich oczach byłem bogaczem więc chciały cokolwiek. Powiedziały, że za uzbieranie 10kg listków dostawały 290 rupii co zajmowało prawie cały dzień. Ja też zerwałem kilka liści i wrzuciłem im do worka z czego oczywiście śmiały się. Po drodze spotykałem wielu żebraków i zawsze o coś prosili. Niektórzy starali się zarabiać robiąc korale z tego co mogli znaleźć i sprzedawali je turystom. Jednak piękno naturalne dookoła Ella było tym dlaczego warto było tu przyjechać. Po spotkaniu ze zbieraczkami herbaty wdrapałem się na Mały Szczyt Adama. Aby tam dotrzeć musiałem jak zwykle w tej części wyspy przejść przez pola herbaciane a następnie po schodach wdrapałem się na szczyt góry. W tej okolicy był to najwyższy wierzchołek z którego widziałem miasteczko i Skałę Ella, do której wybierałem się potem. Spacerowałem samotnie przez kilka godzin między krzewami herbaty i wsłuchiwałem się w ciszę. Od czasu do czasu przysiadałem aby wypić kokosa lub zerwać papaję z drzewa. Było pięknie. Gdy dotarłem do miasteczka zjadłem roti w towarzystwie miejscowych i rozmawiałem z młodym chłopakiem, który pracował w restauracji. Powiedział, że zarabia 5000 rupii miesięcznie czyli około 25 funtów. Podróżując po Sri Lance i ciesząc się jej urokami zapominam czasem o tutejszych realiach życia jednak nie da rady ich ominąć przemierzając ten piękny kraj na własną rękę. Następnego dnia wyruszyłem na spacer wcześnie rano i tym razem udałem się w kierunku Skały Ella. Był to przyjemny spacer krętymi, górskimi drogami. Po obu stronach miałem pola herbaciane i bananowce a czasem przysiadałem na chwilę w knajpach zbudowanych z bambusa i ulokowanych nad przepaścią aby napić się kokosa i zjeść kilka mango. Zwłaszcza tu była to dobra okazja gdyż mango były za jedyne 5 rupii a duże papaje za 10 rupii choć raz udało mi się zerwać jedną prosto z drzewa. Cieszyłem się otoczeniem i pysznymi owocami, rozmawiałem z ludźmi i za każdym razem miło spędzałem czas. W końcu dotarłem do torów kolejowych skąd zacząłem swoja wspinaczkę na Skałę Ella. Trasa ta była zdecydowanie bardziej wymagająca i czasochłonna niż na Mały Szczyt Adama lecz sprawiła mi satysfakcję gdy już tam dotarłem. Zajęło mi to około trzech godzin i po drodze przechodziłem przez mały wodospad Rawana. Niestety padał deszcz i zaczęła się robić mgła lecz widoczność była niezła i im byłem wyżej tym widoki były piękniejsze. W drodze powrotnej zauważyłem w jak sprytny sposób miejscowi rolnicy radzą sobie z nawadnianiem pól warzywnych i ryżowych. Otóż wykorzystują wodospad, który po wpłynięciu do swojego basenu wpada do koryta, którym płynie woda i tak po kolei nawadnia ona wszystkie pola.

Tak jak wcześniej gdy podróżowałem np. po Chinach czy Wietnamie, tak samo i tu były to tarasy na górach, których wykonanie kosztuje dużo ciężkiej pracy. Po udanym spacerze i jeszcze kilku kokosach i papajach dotarłem do miasteczka Ella po zmroku. Tam rozmawiałem z miejscowymi ludźmi, piłem herbatę, pokazano mi piekarnię i stanowisko do produkcji wiórków kokosowych a potem wróciłem do swojego ładnego pokoju w leśnym ogrodzie. Miałem tu spędzić jeszcze jedną noc ale pomyślałem, że nie będę tracił czasu i wyruszę w dalszą drogę nocnym i pewnie bardzo wolnym pociągiem. Po drodze zatrzymałem się jeszcze na obowiązkową herbatę i po małym opóźnieniu opuściłem piękne w każdym calu Ella. Ella było rzeczywiście piękną, górską osadą z przepychem pól herbacianych, wodospadów i świątyń. Spędziłem tu parę dni na górskich spacerach i zawsze będę wspominał tę małą osadę jako bardzo przyjemne, odprężające miejsce. Wielką zaletą są bary na zboczach gór gdzie wielokrotnie przysiadałem na owocowy posiłek.

Badulla

Będąc w Ella zrobiłem sobie wycieczkę do okolicznego wodospadu Dunhinda a Badulla było tym miasteczkiem do którego musiałem pojechać najpierw. Spędziłem tu niecałą godzinę zaczynając od ruchliwego dworca, byłem na bazarze i widziałem jak dzieci grały w krykieta na dużym boisku. Dla mnie było to jednak miejsce przesiadkowe i nie interesujące do tego stopnia aby poświęcić więcej czasu. Niedługo potem wsiadłem do jednego z bardzo starych, rządowych autobusów i pojechałem do oddalonego o około 5km wodospadu Dunhinda. Dodam jeszcze, że Badulla jest badzo dobrym miejscem przesiadkowym gdyż tutaj znajduje się nie tylko bogaty transport autobusowy. W Badulla kończy się linia pociągowa wiodąca z Kolombo przez całą Górską Krainę i jest to dobra baza wypadowa na wschodnie wybrzeże.

Wodospad Dunhinda

Wodospad Dunhinda ma wysokość 60m i i jest uznawany za najpiękniejszy na całej Sri Lance. Będąc więc w Ella nie mogłem go przepuścić. Po około 15min jeździe autobusem z Badulla dotarłem do bram parku gdzie najpierw spróbowałem kilku lankijskich słodyczy a potem zapłaciłem 50 rupii za wejście. Teraz czekał mnie 1km spacer przez dżunglę w towarzystwie małp i ptaków. Droga była bardzo nierówna, widoki piękne a po drodze było wiele budek z jedzeniem. Raz też przechodziłem przez most zawieszony na żelaznych linach. Pod koniec drogi znajdował się betonowy taras z którego widać było wodospad, rzekę oraz góry mnie otaczające. Widać było także małpy walczące o pokarm zostawiony tu przez turystów. Zanim tu przyjechałem miejsce to było reklamowane tylko jako wodospad ale spacer przez dżunglę, widoki i towarzystwo małp były atutami równie ważnymi. W drodze powrotnej miałem szczęście gdyż zostałem podwieziony przez grupę ludzi, którzy przyjechali tu wycieczką z pracy. Po drodze oczywiście zadawali wiele pytań o Europę a ja o Sri Lankę i było przyjemnie. Na koniec dali mi firmowy kubek w prezencie i wysadzili na skrzyżowaniu Kubalwela. Stamtąd poszedłem 3km pod górę aby wśród pól herbacianych wolnym spacerem dotrzeć do Ella.

Hatton

Moim następnym celem po Ella było zdobycie Szczytu Adama (szczegóły potem). W tym celu musiałem się najpierw dostać do Hatton a potem do Delhouse. Moja jazda była bardzo wolna a pora bardzo nieatrakcyjna ale myślałem, że w ten sposób zaoszczędzę jeden dzień. Zapomniałem jednak o tym, że jechałem pociągiem na Sri Lance gdzie dystans około 80km zajął mi prawie 4h. Do Hatton dojechałem na około drugą rano i zastałem wyludniałe miasto. Pisząc miasto mam na myśli jedno skrzyżowanie i dworzec autobusowy. Były na szczęście otwarte dwie knajpy gdzie spytałem o pokój lecz w jednej pokoi nie było a w drugim miejscu chcieli 1000 rupii gdyż zobaczyli białego. Potem zaoferowali 700 rupii za zaledwie kilka godzin lecz nie chciałem im dać tej satysfakcji i nie chciałem inwestować w tą dziurę. Nie chciałem też czekać całej nocy na dworze lub ledwo przytomny pić herbatę całą noc. Zatrudniłem więc autorykszarza, który podwiózł mnie 16km do Delhouse za jedyne 1000 rupii. Po drodze było kilka kontroli gdyż trasa była zablokowana z przyczyn antyterrorystycznych i było ciemno a my mając przed sobą tylko jedno światełko i wchodząc bardzo w zakręt na górskiej trasie, w końcu dotarliśmy do Delhouse.

Delhouse

Jedynym atutem tej małej wioski jest Szczyt Adama i wszystko co ją otacza a miasteczko to stanowi bardzo dobrą bazę noclegową i restauracyjną. Jednak dotarłem tu na trzecią rano i o tej porze ni było nic oprócz ciemności. W tym momencie przeżywałem najcięższe chwile podczas tej wyprawy gdyż stałem na „końcu świata” po środku ciemnej nocy a dookoła były góry i ani żywej duszy. W dodatku jak dotąd nie zmrużyłem jeszcze oka. Na szczęście koło dworca autobusowego paliła się jedna żarówka dzięki której było widać posterunek policji i śpiących tam policjantów. Zapukałem w okno, wyjaśniłem swoją sytuację i na szczęście pozwolili mi poczekać na wschód słońca. Kolejne 2,5h przesiedziałem na chłodnym stołku do przesłuchań lecz w końcu nie wytrzymałem. Zostawiłem swój plecak na posterunku i poszedłem zdobywać szczyt jeszcze przed wschodem słońca.

Szczyt Adama (Sri Pada)

Szczyt Adama jest jednym z najświętszych miejsc na Sri Lance będącym celem pielgrzymek od ponad 1000 lat. Jak z każdym świętym miejscem także i z tym związane są legendy połączone z kilkoma religiami. Katolicka mówi, że to właśnie tutaj Adam po raz pierwszy postawił stopę po tym jak został wyrzucony z raju. Buddyjska, że tutaj Budda zostawił swój ślad gdy był w drodze do raju. Sama nazwa używana na Sri Lance czyli Sri Pada oznacza święty ślad. Choć sezon zaczyna się tu w grudniu ja przyjechałem w listopadzie gdyż tylko wtedy miałem na to czas. W sezonie jest podobno otwartych dużo sklepów po drodze gdzie można uzupełnić swoje zapasy wody i cała droga jest podświetlana gdyż wspinaczka odbywa się najczęściej nocą aby zdążyć na wschód słońca. Podobno od grudnia niebo i dolina są najczystsze gdyż nie pokrywa ich mgła lecz ja wspiąłem się w listopadzie i akurat miałem szczęście. Wyruszyłem o 5.30 rano czyli później niż wszyscy doradzali i przechodząc przez pola herbaciane, stojący i leżący pomnik Buddy, wielką białą stupę i kilka świątyń buddyjskich i hinduistycznych, doczekałem się wchodu słońca. Na początku nie było ciężko. Zachwycałem się widokami, rzeką, górami i zatrzymywałem się na zdjęcia. Nie miałem wcześniej pojęcia, że pokonanie szczytu o wysokości 2243m n.p.m będzie tak ciężkie skoro byłem już wcześniej pod Everestem na wysokości ponad 5200m n.p.m. Tutaj było inaczej gdyż tu było gorąco i wilgotno a w miarę wspinaczki wejście było coraz bardziej strome. W większości musiałem się wspinać po betonowych schodach a będąc dokładnym było ich około 5200. W niektórych partiach było tak stromo, że musiałem trzymać się poręczy i wchodzić na czworakach nie mając przy tym ani kropli wody. Przeliczyłem się gdyż chyba trochę zlekceważyłem ten szczyt. Gdy myślałem, że to już koniec okazywało się, że to tylko zakręt za którym była seria kolejnych, stromych i wysokich schodów.

Dotarcie na szczyt zajęło mi 2,5 godziny. Byłem zmęczony lecz dumny z siebie i zrozumiałem, że jeśli chodzi o wspinaczkę nie zawsze chodzi tu tylko o wysokość ale też o rodzaj podejścia. Być może w sezonie gdy świecą się światła i można iść z innymi ludźmi jest łatwiej psychicznie lecz ja jak zwykle miałem do towarzystwa tylko siebie i było to bardzo ciężkie, samotne 2,5h. Na samym szczycie znajdowała się buddyjska świątynia z mieszkającymi tam mnichami gdzie spędziłem kilka godzin. Ze szczytu widok był piękny i na szczęście nie było mgły. Stąd dokładnie widziałem całą okolicę; jeziora, pola oraz wielką, białą stupę która wyglądała na maleńką. Miałem zamiar nacieszyć się widokami i zejść na dół lecz czekała mnie miła niespodzianka. Mieszkający tu mnisi poczęstowali mnie bardzo dobrym obiadem a potem po rozmowie dali mi żarliwy wykład na temat buddyzmu. Jeśli chodzi o sam obiad to był to głównie ryż i warzywa oraz ryba na ostro. Spróbowałem też nowych dla mnie lankijskich słodyczy i wszystko było pyszne. Usiedliśmy wszyscy po turecku i najpierw zapytali mnie o moją religię, o to skąd jestem i zadali kilka osobistych pytań. Potem starali się mnie nauczyć buddyzmu i wytłumaczyć dlaczego jest najlepszy. Myślałem, że po wykładzie mnicha w Tybecie wiem już o buddyzmie sporo lecz okazało się, że jednak nie. Powiedzieli między innymi, że główną ideą buddyzmu jest odrzucenie przemocy oraz wszelkich rządz i chęci posiadania. Dlatego między innymi nie interesują ich kobiety i przez całe życie medytują i zgłębiają buddyzm aby mieć czyste umysły i osiągnąć w ten sposób doskonałość. Rozmowa była długa i padło wiele argumentów z obydwu stron lecz jeden z moich był taki, że mieszkając na szczycie góry w świątyni i mając w otoczeniu piękną przyrodę, jedzenie i żadnych zmartwień mają perfekcyjne warunki do zgłębiania swej duszy. Powiedziałem, że nie mieści im się w głowach jak to jest mieszkać w dużym mieście takim jak np. Londyn gdzie trzeba pracować, opłacać wszystko, jeździć w zatłoczonym metrze i mając niemiłych i wkurzonych ludzi dookoła. Ciekawe czy wtedy byliby w stanie zgłębić się tak bardzo jak tutaj gdzie są teraz. Na chwilę zmarszczyły im się czoła lecz powiedzieli, że oni to wszystko odrzucają na rzecz buddyzmu gdyż nie potrzebują żyć w moim świecie aby mieć umysły pochłonięte czym innym. Potem rozmowa rozluźniła się i wytłumaczyli mi co tak naprawdę przed chwilą zjadłem (osobny reportaż o jedzeniu na Sri Lance). Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia, serdecznie podziękowałem za obiad i za rozmowę i jeszcze na koniec doradziłem aby może mieli tu kilka kobiet mnichów a wtedy ich medytacja może przybrać nowy wymiar. Zaśmiali się tylko i pożegnali mnie mówiąc jeszcze:”a więc to tak medytujecie w Polsce”, a ja na to:”właśnie tak”. Teraz czekało mnie jeszcze 5200 schodów na dół.

Jak słyszałem droga na dół jest jeszcze cięższa niż na górę i może skruszyć nawet najtwardsze kolana. Mi jednak poszło łatwo i w niecałe dwie godziny dotarłem na dół. Będąc już prawie na samym dole spotkałem miłego człowieka, który zrobił mi kilka zdjęć ze zbieraczkami herbaty i z pomnikami Buddy a potem zaprosił mnie do domu na filiżankę herbaty. Schodząc ze Sri Pada ostatni raz podczas tej wyprawy miałem okazję zrywać liście herbaty z uśmiechniętymi na mój widok kobietami. Także i tu prosiły mnie o pieniądze i o słodycze. W domu tego człowieka odpocząłem trochę a byłem bardzo zmęczony dlatego, że oprócz tak wielkiego wysiłku całą poprzednią noc spędziłem w podróży. Ludzie, których tu poznałem byli tak mili, że podwieźli mnie do miejscowości Maskeliya skąd udałem się w dalszą drogę. Szczyt Adama to zdecydowanie to co trzeba przeżyć będąc na Sri Lance. Największą przygodą jest sama wspinaczka, której wielu nie daje rady przebyć i poddaje się po drodze. Wielką satysfakcję daje pokonanie 5200 schodów na tej stromej górze oraz piękne widoki i świątynia buddyjska na samym szczycie. Miejsce to jest wyjątkowe i uważam, że nie należy słuchać miejscowych, którzy mówią, że akurat jest poza sezonem. Wspinać można się o każdej porze roku tyle tylko, że w sezonie jest tak jak być powinno czyli jest oświetlona droga nocą a poza sezonem wspinaczka odbywa się w samotności i może padać. Tak czy inaczej dla mnie każdy element tej wyprawy był bardzo udany.

Maskeliya

Jest to małe miejsce przesiadkowe otoczone polami herbaty gdzie kursują autobusy i gdzie można zrobić zakupy na drogę, lecz zdecydowanie bez luksusów. Znalazłem się tu w drodze do Antycznych Miast lecz Maskeliya lepiej jest znana jako osada między Hatton a Delhouse, przez którą trzeba przejechać w drodze na Szczyt Adama.

Moja droga do Antycznych Miast

W tym rozdziale opiszę moją drogę od Delhouse do Dambulli czyli mojego pierwszego punktu zainteresowania w Antycznych Miastach. Myślę jednak, że rozdział ten będzie wspaniałym przykładem na to jak wygląda lankijski transport i podróżowanie po tym kraju. Otóż pierwsza część podróży czyli z Delhouse do Maskeliya poszła gładko gdyż zostałem podwieziony jeepem. Następnie wziąłem autobus do Hatton i przejechanie 16km zajęło nam około dwóch godzin. Jechałem przez pola herbaciane, autobus był przystrojony kwiatami i dało się poczuć swojski, lankijski klimat lecz 16km w dwie godziny to lekka przesada.

Gdy po ciężkiej jeździe dotarłem do Hatton, nie było bezpośredniego autobusu dlatego najpierw musiałem pojechać do Kandy, które już dobrze znałem. Czekałem tam pół godziny na dworcu, który przypominał raczej połączenie wysypiska starych gratów, chlewa i publicznej toalety w najgorszym wydaniu. Stąd wziąłem autobus do Dambulli i gdy wyjechałem z Górskiej Krainy gdzie średnia prędkość to 20km/h autobus wjechał na niziny gdzie jechaliśmy nawet z prędkością 30-40km/h. Nie wiem ile dokładnie było to kilometrów lecz maksymalnie 80 a ciężka i nudna jazda zajęła mi cały dzień gdyż wyjechałem wcześnie rano a dotarłem na miejsce około ósmej wieczorem. Bez względu na to jak wielką przygodą jest być na Sri Lance, publiczny transport może zniechęcić podróżnych do takiego stopnia, że będą mieli na poważnie dość palm, koksów, pól herbacianych a nawet oceanu.

Antyczne Miasta

Dambulla

Po dotarciu do mojego pierwszego przystanku Antycznych Miast znalazłem jeden z najtańszych pokoi do tej pory gdyż zapłaciłem jedyne 300 rupii a miałem do dyspozycji podwójne łóżko, wiatrak, siatkę przeciw komarom i prysznic z zimną wodą. Nareszcie mogłem się wykąpać i wyspać czego tak bardzo mi ostatnio brakowało. Tego wieczora jednak pobawiłem się jeszcze z psami i porozmawiałem z młodymi Lankijczykami, którzy przyszli w odwiedziny. Okazało się, że każdy z nich narzekał jak im tam źle i podawał tego liczne powody i każdy z nich chciał się wydostać gdzie tylko mógł. Jeden uczył się koreańskiego i liczył na to, że wkrótce uda mu się wyemigrować do Korei Płd. Rzeczywiście ładny kraj (byłem) lecz wątpię w to aby on widział to w ten sposób. Inny młody człowiek chciał wyemigrować na bliski wschód i nie byłby pierwszy gdyż wielu z subkontynentu indyjskiego widziałem w Dubaju i Kuwejcie. Po rozmowie poszedłem spać a następnego dnia udałem się na zwiedzanie. W samym miasteczku Dambulla nie ma nic interesującego lecz tuż obok znajdują się jaskinie pochodzące z Iw p.n.e. z bogactwem rzeźb Buddy w wielu pozycjach i rozmiarach. Dane literaturowe mówią o jednym z króli, który po wyrzuceniu z Anuradhapury osiedlił się z w Dambulli i kazał wybudować posągi, które przetrwały do dziś. Jaskiń jest w sumie pięć, każda jest inna i każda powstawała w innym okresie i była święcona innemu bogu. Wiele też było przerabianych a większość malunków na ścianach powstało w XVIII w. Wejście było zrobione w wielkim stylu gdyż na muzeum był ogromny pomnik siedzącego Buddy i po tym jak zapłaciłem 10usd, zacząłem się wspinać co było miłą częścią tej wycieczki. Niestety tropikalny klimat wyspy dał o sobie znać gdyż najpierw padał deszcz a potem zrobiło się gorąco i wilgotno. Po drodze było wielu sprzedawców pamiątek i naszyjników a im wspinałem się wyżej widoki były piękniejsze. Oprócz otwartych terenów pokrytych bujną roślinnością widać stąd było oddaloną o 22km skałę Sigiriya o której opowiem w następnym rozdziale. Po krótkim marszu dostałem się do wejścia za którym znajdowały się jaskinie. Pierwsza była mała i znajdował się tam posąg 15m leżącego Buddy.

Druga jaskinia była największa i najbardziej spektakularna gdyż znajdowało się tam wiele posągów Buddy z głównym ołtarzem wykonanym także z posągów. Na ścianach namalowane były freski przedstawiające czasem sceny z bitew. W pozostałych jaskiniach motyw jest taki sam czyli posągi Buddy oraz freski na ścianach lecz nie są one tak wielkie jak druga świątynia. Co ciekawe niektóre z jaskiń mają motywy hinduistyczne co moim zdaniem jest elementem poprawności politycznej rządu lankijskiego wobec mniejszości tamilskiej. Jaskinie z zewnątrz także były bardzo ciekawe gdyż nade mną znajdowała się wielka skała a w niektórych miejscach były specjalnie przygotowane, pomalowane na biało wejścia. Jaskinie w Dambulla były piękne i warte zobaczenia i zdecydowanie każdy turysta powinien się tu zatrzymać. Ciekawą przygodą są nie tylko jaskinie ale też widoki z góry, wspinaczka sprzedawcy pamiątek i zaklinacze węży. Także dojazd jest bardzo łatwy gdyż Dambullę można odwiedzić na wycieczce jednodniowej z Kandy lub w drodze do Sigiriya.

Dambulla-spotkanie z kobrą

W drodze powrotnej z jaskiń, oprócz sprzedawców mango stał chłopak z dwiema kobrami i oczywiście nie mogłem nie przejść koło nich obojętnie. Sam mam w domu trzy piękne węże i dlatego korzystając z okazji pobawiłem się z nimi. Mam już doświadczenie z kobrami z Indii i z Nepalu i byłem ciekawy jak to jest na Sri Lance. Te kobry nie były pozbawione jadu i sprawiały wrażenie agresywnych głośno sycząc. Jest jednak na nie sposób dlatego, że kobry patrzą tylko przed siebie. Wziąłem więc jedną za ogon a ona przez cały czas starała się wyglądać groźnie. Gdy ją jednak potrzymałem trochę w ten sposób zaczęła się uspokajać. Druga kobra była w koszyku i stała dość wysoko z rozłożonym kapturem. Chwyciłem więc koszyk od tyłu podnosząc go na wysokość pasa a potem od tyłu chwyciłem ją za szyję i w ten sposób trzymałem przez parę minut. Ta również była w gotowości bojowej choć sprawiała wrażenie spokojniejszej niż druga i nie syczała. Było to kolejne wspaniałe doświadczenie tej wyprawy choć innym osobom raczej nie polecam. Powód jest prosty-można umrzeć. Więcej na ten temat w artykule pt. „Zaklinacz węży”.

Sigiriya

Sigiriya jest jedną z największych atrakcji Sri Lanki gdyż znajduje się tu wielka forteca zbudowana na skale. Znajdują się tu także sławne w świecie freski z V wieku namalowane w jednej z jaskiń, które są jednymi z wielu atrakcji. Samo miasteczko znajdujące się koło obiektu nie jest ciekawe. Jest to jedna, mała ulica pełna sklepów i bardzo drogich hoteli gdyż cała osada żyje z turystów. Postanowiłem, że nie będę przepłacał i dlatego zostawiłem plecak w jednym z drogich hotel i poszedłem zwiedzać.

Musiałem niestety kupić bilet rządowy, który kosztował aż 25usd. Sigiriya jest pokryta przez „trójkąt kulturowy”, który kosztuje 50usd i pozwala na wejścia do wielu obiektów na terenie wyspy jednak ja płaciłem osobno przy każdym wejściu. Po zostawieniu plecaka poszedłem w kierunku widniejącej nad okolicą wielkiej skały aby dokładnym sprawdzeniu biletu wejść na teren ogrodów. Po obu stronach znajdowały się wodne ogrody i królewskie baseny a wiele ceglanych, niskich budowli sprawiało wrażenie fundamentów pod domy. Całe otoczenie było interesującym wstępem do tego co miałem zobaczyć na skale. Gdy szedłem dalej przechodziłem małymi uliczkami mając nad sobą wielkie głazy i zawsze towarzyszyły mi małpy. W drodze do skały musiałem odmówić wielu sprzedawcom pamiątek lecz spotkałem też Irlandczyka, z którym na zmianę robiliśmy sobie zdjęcia i z którym mogłem rozmawiać o podróżach. W końcu dotarliśmy do podnóży twierdzy i teraz czekało nas wspinanie się po bardzo stromych schodach na wysokość 200m (377m n.p.m.). W połowie wspinaczki długimi, krętymi schodami dotarłem do fresków z V w przedstawiających półnagie kobiety. Są to jedyne niereligijne freski z tamtego okresu, których było około 500 a do dziś zachowały się tylko 22. Muszę przyznać, że bardzo mi się podobały, gdyż były ładnie zachowane, miały wyraziste kolory a przy tym każda z nich miała duże, kształtne piersi. Każda z nich była przystrojona klejnotami i kwiatami i wszystkie różniły się od siebie choć były namalowane z profilu. Dla ochrony cała jaskinia z freskami była chroniona kurtyną przed słońcem i nie mogłem robić zdjęć z fleszem. Niedaleko za freskami półnagich kobiet znajdowała się lustrzana ściana o wysokości około 3m. Została ona pokryta specjalna substancją aby nadać jej wyglądowi równość i połysk. Jednak około 1000 lat temu goście zwiedzający Sigiriyę, po zobaczeniu fresków czuli potrzebę przelania swoich uczuć na ścianę i dlatego dziś cała jest pokryta komentarzami na temat kobiet w jaskini. Dowiedziałem się, że dało to możliwość rozkwitu języka sinhala lecz dla mnie ciekawsze były same komentarze. Mężczyźni pisali o biżuterii na piersiach kobiet oraz o samych piersiach a kobiety skarżyły się, że ich mężczyźni patrzyli na freski a nie na nie. Poruszając się dalej w górę, zatrzymywałem się na chwilę aby rozejrzeć się po pięknej okolicy. Widziałem wielkie zielone tereny dokoła, białego Buddę w oddali i wodne tarasy przed skałą. Kolejnym ciekawym etapem wspinaczki były „łapy lwa” pochodzące z V w.

Skała w Sigriya jest także zwana Skałą Lwa właśnie z powodu tych łap. Niegdyś spod łap, po schodach można było przejść do samej jego paszczy wykonanej z cegieł lub skał a potem na szczyt. Do dziś jednak zachowały się tylko łapy gdyż reszta nie przetrwała prawie XVI wieków. Kolejna część wspinaczki była bardzo trudna i ktoś kto ma lęk wysokości nie dałby rady. Na szczęście znajdowały się metalowe schody z uchwytami lecz były bardzo strome i mokre w czasie deszczu. Po kilku minutach dotarłem na szczyt, który był kiedyś pokryty budynkami lecz dziś pozostały jedynie fundamenty. Znajdował się też tutaj basen lub raczej duży zbiornik wodny a cały szczyt (wg ekspertów) wyglądał bardziej na pałac na szczycie skały niż na twierdzę. Po nacieszeniu się pięknymi widokami i zrobieniu kilku zdjęć schodziłem w dół, cały czas dokładnie oglądając skałę i jej otoczenie. Niedaleko wyjścia był kolejny obiekt czyli „jaskinia kaptura kobry” mająca swą nazwę ze skał ułożonych w tym kształcie. Przy samym wyjściu oprócz stada małp dorwali nas sprzedawcy pamiątek, którzy bardzo chcieli nam wcisnąć towar za bardzo wygórowaną cenę. Mój irlandzki kolega dał się naciągnąć na dwie rzeczy a ja sobie tym razem darowałem gdyż oczywiste było, że tu będzie najdrożej. Po chwili dotarłem do miasteczka, odebrałem swój plecak z hotelu i chciałem dostać się do kolejnego miejsca ale mówiono mi, że nie ma już dziś autobusów. Musiałem więc albo spędzić noc w bardzo drogim hotelu albo wziąć bardzo drogą autorykszę. Tak czy inaczej wszyscy jak zwykle chcieli mnie naciągnąć. Stanąłem więc na drodze z moim dużym plecakiem i po prostu czekałem, obserwując wysoką skałę i ciesząc się deszczem. Po około pół godziny przyjechał autobus i opuściłem Sigiriyę za jedyne 20 rupii. Zarówno kierownik hotelu jak i autorykszarze byli bardzo zawiedzeni. Sigiriya była dla mnie przeżyciem i kolejnym pięknym miejscem, które musi znaleźć się na liście każdego podróżnika. Podobał mi się tu element wspinaczki oraz przystanki podczas, których znajdują się niepowtarzalne zabytki mające swoją historię i legendy. Sam szczyt nie był najciekawszy lecz piękne były z niego widoki i stanowi on miłe zakończenie dające satysfakcję po zdobyciu szczytu. Na pierwszym miejscu stawiam zdecydowanie freski kobiet.

Skrzyżowanie Inamaluwa

Staram się być bardzo dokładny w swych reportażach i dlatego opisuję wszystko co uważam, że może się przydać przyszłym podróżnikom. Są to zawsze te rzeczy, które mogą zaoszczędzić czas i pieniądze i nie stawiają turysty w pozycji ofiary narażonej na chciwość miejscowych. Skrzyżowanie Inamaluwa to małe i odludne miejsce z jednym barem, które znajduje się 9km od Sigiriyi i często nie ma go na mapach a jest bardzo przydatne. Rzecz w tym, że z Sigiriyi są bezpośrednie autobusy do Dambulli i stamtąd można dopiero wziąć autobus do Polonnaruwy. Aby nie tracić na czasie, wysiadłem na skrzyżowaniu Inamaluwa i po paru herbatach i bananach w jedynym barze tutaj zatrzymałem autobus jadący do Polonnaruwa. Myślę, że jest to przydatna informacja, która mi zaoszczędziła przede wszystkim sporo czasu choć także kilka rupii.

Polonnaruwa

Polonnaruwa było królewską stolicą dynastii Chola i Sinhala i ma około 1000 lat. Miasto to jest kolejną piękną pozostałością po przodkach tej wyspy. Znajdują się tu ruiny miast, pomniki Buddy, pałace, baseny, haremy, świątynie i wiele innych budynków pozostawionych w dżungli. Pradawni królowie pozostawili tu po sobie także parki oraz zbiornik wodny ogromny na 2500 hektara. Dostałem się tu około ósmej wieczorem i znalazłem tani pokój za jedyne 300 rupii. Jak mogłem się domyślać w samym miasteczku nie było nic ciekawego. Ciekawe było to co znajdowało się poza nim czyli antyczne miasta i piękna przyroda. Pierwszego wieczora poszedłem do okolicznej knajpy gdzie zapoznałem się z miejscowymi i spytałem o rodzaj jedzenia, które mi podano. Poszedłem też pod nowy i ciekawy pomnik białego, siedzącego Buddy gdzie ludzie modlili się nawet późno wieczorem a potem miałem ciekawe spotkanie z dwoma rykszarzami. Pierwszy oferował mi, że zawiezie mnie na zwiedzanie antycznego miasta za 2300 rupii choć wejście kosztowało 2700. Drugi natomiast kupił okazyjnie bilet zbiorczy na wszystkie antyczne miasta, którego wartość była 50usd ale dla mnie było to tylko 40usd. Mimo wszystko miało to sens gdyż niektórzy turyści nie oglądają wszystkiego i dlatego sprzedają rykszarzom swoje częściowo wykorzystane bilety. Ja i tak zamierzałem obejrzeć to i inne miasto i wartoby było zaoszczędzić 10usd choć pomyślałem, że tym razem zapłacę ile powinienem. Rykszarz jednak nie dawał za wygraną. Powiedział, że oprócz tego wypożyczy mi rower za darmo i odwiezie mnie na dworzec swoją rykszą gdy będę chciał i da mi jeszcze bilet zbiorczy a wszystko ciągle taniej o 10usd niż gdybym kupował w rządowej kasie. Mieliśmy spotkać się następnego ranka w hangarze rowerów aby ewentualnie dobić targu.

Następnego dnia poszedłem odebrać rower górski lecz nie zgodziłem się na jego układ. Po prostu odjechałem lecz on wsiadł do rykszy i gonił mnie na trasie trzymając w ręku bilet i bardzo reklamując jego zalety. Krzyknąłem, że 10usd to marna okazja dla mnie lecz ten desperat powiedział, że zapominam o tym że ja pochodzę z bogatego kraju a on z biednego i bardzo prosi abym mu pomógł. Co więcej nie chciał ode mnie pieniędzy od razu lecz dopiero gdy odwiezie mnie na dworzec. Wziąłem w końcu ten bilet, on uśmiechnął się szeroko a ja odjechałem na rowerze. Zobaczyłem tego dnia wiele lecz opowiem tylko o najciekawszych pozycjach mojej rowerowej wycieczki. Pierwszą budowlą, którą zobaczyłem były ruiny pałacu królewskiego wysokiego na 31m. Ściany miały grubość 3m i do dziś jest to potężna budowla lecz niestety bez dachu. Dziś są to tylko masywne kolumny z wydrążonymi otworami na belki pod piętra. Domniemywa się, że było tu kiedyś 50 pokoi podtrzymywanych przez 30 kolumn. Przed pałacem znajduje się plac oraz trawnik. W pobliżu znajduje się także mały pałac audiencyjny. Do dziś pozostała tylko dolna część czyli schody a po bokach są słonie i w górnej części dwa lwy. Wszystkie te skalne rzeźby są dobrze zachowane. W międzyczasie nie nudziłem się gdyż towarzystwa dotrzymywali mi handlarze pamiątek, którzy bardzo chętnie robili zdjęcia oraz małpy, których było pełno. Nic dziwnego gdyż byłem w dżungli. Poniżej znajdowały się baseny królewskie z rzeźbami pyska krokodyla i te także były w miarę dobrze zachowane. W okolicach pałacu i basenów znajduje się także sieć ruin budynków antycznego miasta na które składają się przede wszystkim ruiny o charakterze religijnym. Jest to najgęściej zabudowany obszar antycznego miasta i jak twierdzą archeologowie wiele ma styl zapożyczony z Indii i z Kambodży. Co do wielu, ich przeznaczenie do dziś nie zostało odgadnione i istnieją na ten temat spory. Było to moje pierwsze doświadczenie z ruinami w tej części wyspy i po skończeniu wsiadłem na rower i udałem się na przez dżunglę na północ. Sama jazda na rowerze była przygodą gdyż cały czas zatrzymywałem się przy ruinach a stada małp stojące na drodze sprawiały, że musiałem zwolnić. W drodze do kolejnych ruin widziałem dwie Shiva Devale, bardzo dobrze zachowane i jak sama nazwa wskazuje, są świątyniami hinduistycznymi pochodzącymi z XIII wieku.

Wkrótce potem zaparkowałem swój rower pod drzewem i po wypiciu zawartości kokosa poszedłem po schodach do małego, skoncentrowanego zbioru świątyń i budynków, którego przeznaczenia do tej pory nie odgadniono. Budowlą, która zachwyciła mnie najbardziej była „Vatadage”. Niestety dach nie przetrwał próby czasu lecz całość i tak była bardzo ciekawa. Wchodziłem po schodach na małe podwyższenie, potem znajdowały się same kolumny a następnie okrągły pokój z centralnie umiejscowionym, siedzącym Buddą. Po obu częściach schodów znajdowały się też płaskorzeźby. Każdy schodek był rzeźbiony a przed samym wejściem znajdował się bardzo często widoczny „księżycowy kamień”. Jest to pół okrągły, płaski głaz na którym wyrzeźbione są między innymi konie, słonie, lwy, krowy i kaczki. Wraz z rozkwitem sztuki tamtego okresu ”księżycowy kamień” nabierał coraz piękniejszych kształtów i wzorów i zyskał mistyczne znaczenie. Reasumując „księżycowy kamień” to głaz, który w nowoczesnych świątyniach służy do modlenia się i wyczyszczenia stóp przed wejściem do świątyni. Wspomniałem także wcześniej o płaskorzeźbach po obu stronach schodów. Postacie wyrzeźbione na tych głazach to strażnicy, którzy mają za zadanie chronić tego świętego miejsca. Świątynia Vatadage była bardzo ciekawa (tym bardziej jeśli rozumiemy jej znaczenie) lecz naprzeciwko znajdowała się Hatadage. Nieco prostsza w swym wykonaniu, składająca się z kilku pokoi a w ostatnim stały trzy posągi Buddy. Niestety także i tutaj nie było dachu a posągi i cała świątynia była zniszczona przez czas. Nieopodal znajdowała się też Satmahal Prasada, która przypomina piramidę złożoną z sześciu kondygnacji. Niestety o jej przeznaczeniu nic nie wiadomo. W tej części Polonnaruwy właśnie te trzy budowle zainteresowały mnie najbardziej choć były inne, także godne uwagi. Następnie wsiadłem na rower i pojechałem dalej. Usiadłem na chwilę przy straganach w owocami i pamiątkami i tu także dobrze się bawiłem. Rozmawiałem z ludźmi i znowu zafundowałem sobie kokosa. Moim następnym obiektem zwiedzania była Rankot Vihara. Jest to wielka dagoba (sakralna budowla buddyjska), która ma okrągły kształt i szpic na samym czubku. Choć Rankot Vihara sięga aż 55m wysokości to i tak jest dopiero czwartą, najwiekszą dagobą na Sri Lance. Dookoła znajdowały się małe pokoje, które ja odebrałem jako kaplice z posągami Buddy w środku. Ich stan różnił się zależnie od konkretnej sztuki. Świątynia ta jest ewidentną imitacją wielkich dagób w mieście Anuradhapura, o którym opowiem w następnym rozdziale. Moją uwagę zwróciła także Lankatilaka czyli 17 metrowe, równoległe ułożone, rzeźbione ściany. W środku znajdował się długi korytarz a na końcu stał posąg bezgłowego Buddy. Obok znajdowało się jezioro a zaraz koło niego chyba największa atrakcja całej Polonnaruwy czyli Gal Vihara.

Jest to świątynia, która dziś przedstawia znakomicie zachowane, duże posągi Buddy. Obydwa zostały wykonane z granitu i dla bezpieczeństwa stoją pod dachem, który chroni je przed słońcem i deszczem. W tym miejscu mojej wyprawy zaczął padać deszcz lecz myślę, że dobrze gdyż posągi były wspaniałe. Stojący Budda ma wysokość 7m i uważa się go za najlepszego ze wszystkich choć mi osobiście bardziej podobały się dwa obok. Może dlatego, że tyle ich już widziałem w wielu krajach Azji. Stojący Budda jest jednak wyjątkowy ze względu na ułożenie rąk i smutny wyraz twarzy. Symbolizuje ono (wg znawców sztuki) żal Buddy z powodu odejścia mistrza Buddy w stan nirvany. Obok mogłem podziwiać posąg 14 metrowego leżącego Buddy. Uważam, że ten został perfekcyjnie wykonany a na uwagę zasługuje też poduszka z symbolem słońca na której ma on opartą głowę. Jest także inny, wspaniale zachowany posąg siedzącego Buddy ze złożonymi rękami opartymi o nogi. Ma on zamknięte oczy i jest w stanie medytacji. Myślę, że ten podobał mi się najbardziej choć z tego co wiem w opinii naukowców, pozostałe dwa są lepsze. Siedzący Budda odznaczał się nie tylko perfekcją wykonania ale także czystym i świeżym kolorem skały co jest zdumiewające biorąc pod uwagę, że pochodzi on z końca XII wieku i ma aż 6m wysokości. Po pięknym i jedynym w swym rodzaju Gal Vihara pojechałem dalej lecz miałem niestety pecha gdyż deszcz rozpadał się na dobre. Była tak wielka ulewa, że zanim zdołałem schować się pod drzewem byłem już cały przemoczony a moje buty były pełne wody. Wspominam tę chwilę jako samotnie spędzony czas w antycznej dżungli gdzie mogłem obserwować wielką dagobę Rankot Vihara oraz zbierające się na gałęzi nade mną małpy i przebiegającą sarnę. Wkrótce potem, kompletnie przemoczony lecz szczęśliwy pojechałem dalej lecz niedaleko gdyż spadł mi łańcuch. Z pustej drogi odpychałem się dość długo aż dotarłem do małego jeziorka wykonanego w kształcie kwiatu lotosu. Jezioro lotosu ma średnicę około 8 metrów i 5 kondygnacji w głąb ziemi w kształcie płatków tego kwiatu. Jest on zachowany dobrze i jak sądzę służył mnichom. Z trudem odpychając się dotarłem do kolejnego ciekawego budynku o nazwie Tivanka. Myślę, że mój upór był godny podziwu gdyż najpierw musiałem maszerować z zepsutym rowerem pod górę a przed wejściem do świątyni zdjąłem buty i wylałem z nich wodę. Tu także znajdują się piękne rzeźby i oczywiście pomnik Buddy lecz w nienajlepszym stanie oraz freski co należy w Polonnaruwa do rzadkości. Będąc tutaj zobaczyłem o wiele więcej niż opisałem gdyż w Polonnaruwa znajduje się więcej dagób i odosobnionych ruin leżących głębiej w dżungli. Reportaż mój nie jest jednak wykładem z historii sztuki a jedynie zbiorem moich spostrzeżeń, z której wynika chęć opisania najlepiej zachowanych i robiących na mnie największe wrażenie obiektów.

Tak skończyła się moja pierwsza część zwiedzania, która miała mi zająć około dwóch godzin a zajęła mi aż pięć gdyż tak bardzo byłem wszystkim zainteresowany. Przy samym wyjściu byłem jeszcze gorąco namawiany przez sprzedawców pamiątek na kupno kolejnego słonia i kolejnej figurki Buddy co na Sri Lance zdarza mi się ciągle. Stąd dalej odpychając się, dotarłem do asfaltowej drogi i odpychałem się przez około 3km na prostej trasie. Było to bardzo męczące a gdy dotarłem do miasteczka Polonnaruwa, mój znajomy rykszarz czekał już na mnie i dał mi nowy rower. Był jednak niezadowolony, że nie przywiozłem zepsutego łańcucha. Powiedział, że w bogatej Polsce zepsute łańcuchy wyrzucamy lecz Sri Lanka jest biedna i tu naprawia się wszystko co tylko można. Nie tracąc czasu wsiadłem na rower i tym razem już normalnie pedałując jechałem około 2km na drugą stronę antycznych miast. Choć było deszczowo byłem zadowolony. Po jednej stronie znajdowało się wielkie jezioro a po drugiej pola ryżowe i wysokie palmy. Były tu także charakterystyczne dla Sri Lanki drzewa z bogactwem lian i konarów wbitych w ziemię. Przez cały czas padał deszcz lecz mi było to już obojętne gdyż i tak byłem cały mokry. W drugiej części antycznych miast Polonnaruwy (południowej) także znajdowało się kilka interesujących ruin, stupa i baseny lecz tym razem opowiem tylko o jednej budowli, która jest symbolem tej części. Jest to 4m rzeźba osadzona na skale, przedstawiająca stojącego, brodatego mężczyznę i trzymającego w rękach długi, zagięty przedmiot. Wiem, że mój opis jest nie jasny lecz jest wiele teorii na temat, kim jest ta postać i co na prawdę trzyma. Przede wszystkim rzeźba ta jest rzadkością gdyż nie przedstawia Buddy ale zwykłego człowieka. Jedna teoria głosi, że jest to indyjski nauczyciel religii trzymający otwarta książkę. Druga, że jest to król Parakramabahu I żyjący w XII w. Jest także teoria, że przedmiot trzymany w rękach to po prostu kawałek papai. Była to duża i ciekawa figura i zdecydowanie warta pedałowania poprzez zalane pola ryżowe. Po wyjściu z obiektu zjadłem lody u obwoźnych lodziarzy i udałem się w powrotną drogę do mojego ostatniego miejsca zainteresowania. Było to muzeum, gdzie znajdowała się kolekcja rzeźb wydobytych z ruin oraz ich makiety, które widziałem tego dnia. Przedstawione one były tak jak mogły wyglądać w latach ich świetności, z dachami. W każdym z pokoi znajdowała się wystawa poświęcona innej części, która była jasno przedstawiona dla laików.

Cała moja wyprawa tego dnia po antycznych miastach Polonnaruwy była piękna i dała mi okazję na zobaczenie i choć powierzchowne zrozumienie historii i architektury tamtego okresu. Mimo odpychania się o drogę, zepsutego roweru i przemoczenia, czułem że była to wyprawa warta mojego czasu i pieniędzy. Następnie oddałem rower rykszarzowi, który ledwo mnie poznał bo w takim byłem stanie a potem wróciłem do swojego taniego domku. Najpierw zacząłem suszyć rzeczy lecz przy tej wilgotności nie wysuszyłem wiele. Następnie wziąłem zimny prysznic a towarzystwa dotrzymywały mi gekony i pajaki mieszkające na ścianach. Poszedłem też na posiłek gdzie podano mi zbyt ostry ryż lecz witano mnie oklaskami gdyż miałem na sobie koszulkę reprezentacji Sri Lanki w krykieta. W międzyczasie zgasło też światło w całej wsi co przypomniało mi, że jestem w kraju rozwijającym się. Na szczęście miałem latarkę. Tej nocy byłem wyjątkowo zmęczony i zasnąłem od razu, pomimo że żaby i owady urządziły mi koncert. Następnego dnia wcześnie rano mój rykszarz odebrał mnie spod hostelu i zawiózł na dworzec jak obiecał a ja dałem mu jego upragnione 40usd. Napiłem się jeszcze herbaty i pojechałem do Anuradhapury. Jako ciekawostkę dla odważnych podróżników dodam, że za bilety wstępu niekoniecznie trzeba płacić. Ruiny są ułożone na tak dużym obszarze otoczonym krótkim drutem kolczastym, że z powodzeniem można przeskoczyć z daleka od budek wartowników a następnie wyjść tą samą drogą. Jest to bardzo łatwe i gorąco do tego namawiam, szczególnie że rząd lankijski z roku na rok robi się coraz bardziej chciwy w stosunku do turystów. Za zaoszczędzone pieniądze można wynająć przewodnika, który zna wiele ciekawych opowieści na temat ruin a do tego w ten sposób możemy pomóc biednym ludziom a nie rządowi, który wydaje pieniądze na niekończącą się wojnę. To jednak na własną odpowiedzialność.

Anuradhapura

Moja podróż do Anuradhapury była dość krótka a na pokładzie autobusu zjadanego przez rdzę miło spędziłem czas gdyż przez cały czas grała miejscowa muzyka a po drodze często wskakiwali handlarze orzeszków i owoców. Gdy dojechałem na miejsce okazało się to samo co wszędzie dotychczas. Nikt nie wiedział gdzie jest hotel i nikt nie mówił dobrze po angielsku lecz chcieli mi załatwić pokój za 1000 rupii. W końcu sam trafiłem i zapłaciłem tylko 400.

Mieszkałem w ładnym hostelu otoczonym wysokimi palmami a po dachach biegały małpy. Po chwili wsiadłem na rower i pojechałem na zwiedzanie pięknej Anuradhapury. Anuradhapura jest jednym z najważniejszych antycznych miast gdyż była pierwszą stolicą Królestwa Syngaleskiego. Miasto to zostało założone w 380r p.n.e. i przez ponad 1000 lat było rządzone przez królów syngaleskich i południowo indyjskich najeźdźców. Dziś Anuradhapura jest bardzo ważna z powodu pięknych świątyń, ogromnych dagób (sakralna budowla buddyjska zbudowana w specyficznym stylu) oraz ruin antycznego miasta pozostałego w dżungli. W drodze do antycznych miast jechałem rowerem przez miasteczko i po zaliczeniu stoiska z kokosami dotarłem na miejsce. Zanim wpuszczono mnie na teren świątyń, najpierw byłem dokładnie przeszukany z powodu zagrożenia terroryzmem. Potem zostawiłem rower na parkingu i poszedłem do pierwszej świątyni czyli Sri Maha Bodhi. Jest to święte miejsce dla wszystkich buddystów gdyż znajduje się tutaj święte drzewo bodhi. Zaszczepek tego drzewa został przywieziony z Bodhgaya z Indii przez księżniczkę, której siostra wprowadziła buddyzm na Sri Lance. Dziś w tym miejscu stoi wielkie drzewo a obok świątynia, flagi modlitewne są zawieszone dookoła a cały obszar jest miejscem pielgrzymek wiernych. Podobno właśnie to święte drzewo zainspirowało antycznych władców do zbudowania wszystkich wspaniałych budynków, które znajdują się w pobliżu. W środku panowała specyficzna atmosfera towarzysząca zawsze miejscom tego typu, było kilku mnichów w pomarańczowych strojach i ludzi przynoszących dary dla Buddy. Przed wejściem musiałem oczywiście zdjąć buty dlatego usiadłem przy miejscu do zapalania świec aby lepiej obserwować całe miejsce. Obok znajdował się Pałac Brązowy lub raczej to co z niego zostało, zbudowany około 2000 lat temu choć ostatnia odbudowa miała miejsce w XIIw. Swą nazwę nosi on z powodu dachu, który był zbudowany z brązu i którego już od dawna nie ma. Do dziś pozostało jedynie 1600 filarów niegdyś podtrzymujących ogromny pałac. Podobno miał on kiedyś dziewięć pięter i mieścił 1000 mnichów. Dziś jednak budowla ta nie przypomina tego czym była kiedyś. Dla mnie był to tylko rząd filarów w drodze do następnego obiektu. Wraz z tysiącami wiernych szedłem wąską drogą, obserwowałem medytujących na poboczu ludzi oraz stada małp. Były niebezpieczne gdyż każdy na ich drodze był wrogiem a zwłaszcza ten kto miał jedzenie. Rzucały się np. na kwiaty lotosu, które ludzie przynosili w darach dlatego strażnicy rzucali w nie kamieniami. Przed wejściem do następnego obiektu byłem ponownie dokładnie przeszukany lecz tutaj strażnik owinął mnie ręcznikiem od pasa w dół gdyż miałem krótkie spodenki. Było to konieczne aby nie obrazić swoją nagością Buddy oraz jego wyznawców.

W Anuradhapura znajduje się wiele monumentalnych, wspaniałych budowli lecz ta jest jej wizytówką- jest ogromna Ruvanvelisaya Dagoba. Jest to prawdopodobnie największa dagoba na wyspie, która sięga 55m wysokości a jej kształt przypomina ogromną bańkę mydlaną ze szpicem na samym czubku. Dagoba ta jest w błękitnym kolorze a jej budowę rozpoczętą w 140r p.n.e. Cała dagoba zrobiła na mnie ogromne wrażenie i nie mam na myśli tu jedynie jej rozmiarów. Jej kształt, kolor podobny do koloru nieba oraz otaczający ją, wielki plac na którym było kilka innych budowli. Stała tu mała dagoba oraz kaplica z posągami Buddy, z podłogi wystawały filary a co jakiś czas były też miejsca na składanie podarunków. Były to najczęściej części kokosów i kwiaty lotosu, pożerane potem przez małpy. Wraz ze mną, dookoła dagoby chodzili ludzie ze złożonymi rękami i całe miejsce wprawiało w specyficzny nastrój. Przed samym wejściem znajdował się mur z setkami wyrzeźbionych słoni, obok stał komplet świeczników a dookoła były pozostałości stawów, filarów i innych detali i rzeźb oblegających przez głodne stada małp. Najważniejsza była jednak Ruvanvelisaya Dagoba, którą widać było z daleka. Całe miejsce było wspaniałym doświadczeniem. Po chwili wsiadłem na rower i jadąc przez zielone tereny porośnięte palmami dotarłem do Thuparama Dagoba, najstarszej świątyni w Anuradhapura a być może na całej Sri Lance. Ta dagoba była mała gdyż miała tylko 19m wysokości lecz także była warta zobaczenia. Była ona zbudowana na podwyższeniu dlatego musiałem wejść po schodach, najpierw mijając płaskorzeźby strażników. Thuparama miała kształt wielkiego dzwona a dookoła stały wielkie wysokie filary pochylone we wszystkie strony. Prawdopodobnie kiedyś opierał się na nich dach lecz nie przetrwał on próby czasu. Jak zawsze były tu też kaplice z posągami Buddy gdzie składano dary. Zawsze spaceruje tu kilku mnichów co dało mi okazję na zrobienie kilku ciekawych zdjęć. Po tym obiekcie poczułem, że brakuje mi roweru dlatego poszedłem na kilometrowy spacer w stronę parkingu aby dalszą część zwiedzania połączyć z jazdą. Zostałem tu jednak trochę gdyż miło spędziłem czas z miejscowymi. Napiłem się herbaty w knajpie pod drzewem otoczonym blachą i zjadłem uschnięte roti z chilli. Nie było to wyborne jedzenie lecz za to w bardzo realnym środowisku i w doborowym towarzystwie. Po tej miłej przerwie wsiadłem na rower i omijając mnichów oraz uzbrojone wojsko, dotarłem do Abhayagiri Dagoba z Iw p.n.e. Niegdyś osiągała ona 100m wysokości lecz dziś jest to 75m. Także jest w kształcie wielkiej bańki mydlanej i ma kolor ceglany. W czasie gdy ja tu byłem dookoła były ustawione rusztowania. Przed samą dagobą także stoją filary choć interesująca była także kaplica z pomnikiem dużego, leżącego Buddy. Jest to także miłe miejsce na odpoczynek, tym bardziej że są tu sklepy z pamiątkami i obwoźni lodziarze.

Następnie jadąc przez dżunglę natrafiałem na wiele innych ciekawych obiektów oraz miałem spotkania z ludźmi. Gdziekolwiek nie byłem natrafiałem na ruiny starożytnych miast z których dziś pozostały jedynie fundamenty i niskie mury oraz filary stojące w krzywy sposób. Dawało to tylko powierzchowne wyobrażenie o tym jak kiedyś mogło wyglądać to miasto. Spotkałem tu ludzi, którzy zbierali bardzo małe grzybki z okolic drzew i mówili, że są bardzo dobre po ugotowaniu. Inny chłopak łapał ryby w jednym ze zbiorników i mówił, że tylko z tego się utrzymuje. Dałem mu więc trochę słodyczy bo o nie prosił. Taka właśnie jest Sri Lanka. Piękny kraj o pięknej historii i plażach lecz także kraj bardzo biednych ludzi. Będąc w pobliżu zobaczyłem pomnik Buddy Samadhi z Iw, który uważany jest za jeden z lepiej z zachowanych na Sri Lance lecz moim zdaniem nie był on tak piękny jak Buddy w Gal Vihara w Polonnaruwa. Niedługo potem pojechałem do Pałacu Mahasena, który w niczym nie przypominał pałacu jaki sobie wyobrażamy. Znowu były to ruiny, które na pierwszy rzut oka nie wyglądały atrakcyjnie lecz znajduje się tu jeden z najlepiej zachowanych „kamieni półksiężycowych”(wyjaśniłem w moim reportażu o Polonnaruwa) lecz niestety otoczony był kratami dla ochrony. W obiekcie tym bardzo dobrze zachowały się małe płaskorzeźby na schodach. Mam tu na myśli charakterystyczne dla Pałacu Mahasena małe karły i lwy. Oczywiście sam kamień półksiężycowy był także obiektem godnym uwagi. W pobliżu znajdowało się kilka przystani pod drzewami gdzie mogłem odpocząć na ławach z bambusów. Podano mi tu bardzo dobry sok ze świeżych pomarańczy a potem drewniane jabłko, które było niestety zbyt kwaśne. W każdym razie wesoło tu spędziłem czas a wszyscy sprzedawcy mieli ogromny ubaw gdy powiedziałem im, że powinni mnie poczęstować za darmo. Po chwili znowu wsiadłem na mój rower i jadąc przez dżunglę dotarłem do Kuttam Pokuna czyli do dwóch bliźniaczych stawów. Są one bardzo dobrze zachowane i choć nazywane są bliźniaczymi jeden jest dłuższy od drugiego o 12 metrów. Miałem w tym miejscu interesujące spotkanie ze sprzedawcami pamiątek. Najpierw chcieli mi wcisnąć wszystko co mieli za „super okazję” lecz wyjaśniłem, że ich ceny nie są konkurencyjne z cenami w Indiach gdyż tam jest o wiele taniej. Powiedziałem, że wielu ludzi wszystko już kupiło w Indiach i nie mają ochoty przepłacać na Sri Lance. Przyznali mi rację lecz potem poprosili abym napisał im slogany handlowe po polsku bo jak określili Polacy przyjeżdżają na Sri Lankę całymi autobusami i mają zawsze grube portfele. Myślę, że trochę przesadzili ale napisałem zwroty jak: „50% zniżki” i „super okazja” itd. Było bardzo wesoło a na pamiątkę kupiłem łyżkę z bambusa.

Jadąc dalej przez dżunglę zatrzymałem się na chwilę przy 70m Jetanavarama Dagoba, która przypomina nie tylko kształtem lecz także kolorem i sposobem wykonania, wcześniej opisaną dagobę Abhayagiri. Zobaczyłem jeszcze kilka innych dagób i ruin pałaców lecz wspomnę, że na koniec mojej wycieczki rowerowej dotarłem do muzeum archeologicznego. Muzeum to mieści się w ładnym, starym budynku i znajduje się tu wiele posągów z Anuradhapury, relikwia z pobliskiego Mihintale oraz model jednej ze świątyń tak jak mogła ona kiedyś wyglądać z drewnianym dachem. Po zapadnięciu zmroku opuściłem antyczne miasta i pojeździłem po miasteczku Anuradhapura. Chciałem zorganizować wycieczkę rykszą do Mihintale czyli do miejsca gdzie narodził się buddyzm na Sri Lance i gdzie stoi wileki Budda lecz bardzo padało i musiałem to ominąć. Poza tym w grę wchodziłaby tu wspinaczka, która przy deszczu byłaby niebezpieczna. Usiadłem więc w jednym z barów, zjadłem parhata i porozmawiałem z ludźmi, po czym pojechałem spać. Następnego dnia rano obudziły mnie małpy. Następnie rykszarz odebrał mnie spod hotelu i zawiózł na dworzec autobusowy. Tutaj po filiżance herbaty wsiadłem do autobusu i opuściłem Anuradhapurę. Antyczne miasta w Anuradhapura były godne podziwu i polecam każdemu. Zwłaszcza Ruvanvelisaya Dagoba i całe jej otoczenie były szczególnie piękne.

Droga do Trincomalee

Pora deszczowa zaczęła się na dobre co bardzo spowolniło moją podróż. Nawet jak na warunki lankijskie jazda zajęłaby tylko 3h lecz trwała 4h gdyż w promieniu 30km przez samym miastem były ciągłe kontrole pasażerów. Wszyscy musieli wychodzić z bagażami i byli legitymowani. Ja też musiałem pokazać swój paszport lecz odczułem, że raczej z ciekawości. Jeden młody żołnierz zapytał mnie jakie są pieniądze w Polsce i czy go tam zabiorę. Jazda była długa i monotonna a na dodatek padało lecz gdy zobaczyłem ocean humor mi się poprawił.

Wschodnie Wybrzeże

Trincomalee

Trincomalee (częściej nazywane Trinco) moim zdaniem samo w sobie nie jest ciekawe. Głównym atutem tego małego miasta jest to, że jest ono bazą wypadową do najlepszych plaż na wybrzeżu północno-wschodnim. Są to plaże Nilaveli i Uppuveli. Z tego co zauważyłem w samym Trincomalee, jest to małe miasteczko z kilkoma świątyniami hinduistycznymi i moskami lecz nie widziałem ani jednej buddyjskiej. W okolicy tej jest duża populacja Tamilów (hinduiści) i muzułmanów lecz nie wielu Syngalczyków. Widać to także po wnętrzach autobusów gdzie fotografie z Buddą są zastąpione zdjęciami bogów hinduistycznych.Trincomalee znajduje się dość blisko od rejonu kontrolowanego przez Tamilskie Tygrysy dlatego dostanie się do lub z miasta obwituje w wiele kontroli o czym mogłem się już przekonać. Także fakt, że jest tu duża społeczność tamilska dała mi odczuć, że bagaże są tutaj sprawdzane dokładniej. Da mnie jednak był to kolejny kontakt z burzliwym oceanem i to się dla mnie liczyło. W drodze za miasto zauważyłem, że tutaj na sterty śmieci przybiegają sarny z lasu aby się pożywić. Ciekawe jest to, że nie boją się ani ludzi ani autobusów.

Uppuveli i Nilaveli

Uppuveli i Nilaveli są znanymi miejscowościami na wybrzeżu północno-wchodnim z powodu długich plaż o białym piasku i turkusowej wodzie. Najpierw jechałem do Uppuveli gdyż jest bliżej od Trincomalee i pomimo że jest to odległość jedynie 6km jazda zajęła mi aż pół godziny. Co chwila zatrzymywaliśmy się i jechaliśmy najwolniej jak się tylko dało a na sam koniec musiałem zapłacić 20 rupii zamiast 10-ciu. Cały autobus był szczęśliwy, że oszukali białego na całego 10 rupii. Droga na której wysiadłem była prawie pusta i zobaczyłem tu jedynie uzbrojonych żołnierzy otoczonych workami z piaskiem oraz prymitywną budę z warzywami i zwisającymi gałęziami bananów. Spodziewałem się tu miasteczka lecz przeliczyłem się. Instynktownie poszedłem w stronę oceanu i idąc ubitą drogą pełną kałuż i porozbijanych kokosów dotarłem do podmurowanych baraków zwanych domem gościnnym. Przez cały czas padało i wiał silny wiatr dlatego nie ciekawie wyobrażałem sobie mój pobyt tutaj. Mimo to chciałem tu spędzić kilka dni i przeżyć nowe doświadczenia. Poza tym miałem ze sobą strój przeciwdeszczowy i zawsze chodziłem pod parasolem palm. Stałem w deszczu pomiędzy barakami mając wzburzony ocean przed sobą a dookoła baraki wyglądające na opuszczone. Po chwili z domku wyszedł dziadek, który wynajął mi pokój z łazienką, siatką przeciw komarom i wiatrakiem za jedyne 300 rupii za noc choć chciał 500. Niedługo potem poszedłem popływać pomimo że ocean był bardzo niespokojny, padał deszcz i była wichura. Lankijczykom było zimno lecz mi się podobało.

Tego dnia miałem cały ocean dla siebie a pomimo pogody woda i tak była ciepła. Gdy zaczęło się ściemniać porozmawiałem z kilkoma ludźmi i jak się mogłem spodziewać w tej części Sri Lanki wszyscy byli Tamilami. Dziadek od którego wynająłem pokój powiedział, że miał 87 lat i spędził na tej plaży całe życie. Zamówiłem garstkę ryżu z ostrymi warzywami i kilka szprotów po czym poszedłem spać. Przez całą noc słyszałem ocean a czasem nawet spadające kokosy. Następnego dnia popływałem w Uppuveli a potem poszedłem do Nilaveli. Był to dystans 9-ciu km dlatego po godzinie spaceru poprzez pustą drogę i mając po obu stronach zalane pola, wziąłem zapchany autobus który zawiózł mnie do Nilaveli. Tutaj także zdziwiłem się trochę gdyż samo miasteczko Nilaveli składało się z trzech sklepów po obu stronach drogi. Zjadłem tu omlet i roti, po czym znowu poszedłem w stronę plaży. Tak jak wcześniej przez cały czas padało lecz pomyślałem że bez względu na to czy stanę w deszczu czy popływam i tak będę mokry. Zostawiłem więc rzeczy pod najsuchszą palmą i rzucałem się w fale przez parę godzin. Znowu cały ocean był tylko mój. Poszedłem też na spacer wzdłuż plaży, spotkałem rybaka narzekającego na połów i znalazłem kilka ciekawych muszli i koralów wyrzuconych przez ocean. Gdy szedłem w drugą stronę natknąłem się na bazę wojskową i musiałem zawrócić. Po następnej kąpieli znowu wróciłem do znanej mi już knajpy aby w bardzo skromnych warunkach zjeść obiad i wybrałem się na spacer do Uppuveli. Czasem widziałem murowane domki lecz większość była bardzo prymitywna. Były to drewniane chatki pokryte blachą lub strzechą a zagrody były zrobione z liści palmowych. Co jakiś czas zaczepiały mnie dzieci szukające kontaktu i proszące o słodycze lub długopisy do szkoły lecz także rykszarze oferujący transport. Ja jednak szedłem w deszczu i choć byłem cały mokry i wyglądałem jak nędzarz, cieszyłem się otoczeniem. W końcu podwieźli mnie robotnicy na tyle ciężarówki i przez kilka kilometrów jechaliśmy po wertepach. Deszcz padał mi w twarz a okoliczni ludzie mieli frajdę widząc białego w takich warunkach. Po powrocie do Uppuveli znowu rzucałem się w fale aż do zmroku a następnie po bardzo skromnej kolacji poszedłem spać. Następnego dnia rano dotarłem bardzo wolnym autobusem do Trincomalee aby stamtąd dostać się na wybrzeże południowo-wschodnie. Uppuveli i Nilaveli o tej porze roku były bardzo wyludnione z powodu pogody lecz ja i tak dobrze się bawiłem. Poza tym było to dla mnie kolejne miłe doświadczenie gdyż mogłem zobaczyć jak żyją ludzie w tych stronach wyspy, co różniło się od tego co widziałem do tej pory.

Moja podróż do Zatoki Arugam

Myślę, że ten reportaż najlepiej odda realia lankijskiego transportu. Była to prawdziwa męka podczas której odwiedziłem wiele parszywych dworców autobusowych w kilku nieciekawych dziurach.

Tego dnia wstałem o 5.45 i wsiadłem do małego autobusu, który podwiózł mnie do Trincomalee oddalonego tylko o 6km. Zajęło mi to pół godziny a kierowca wziął ode mnie 20 rupii gdyż nie miał wydać. Do autobusu wsiadłem o 7-mej rano i nie jechał brzegiem (na skróty) gdyż ta droga była zamknięta z powodu starć z Tamilskimi Tygrysami. Musiałem więc najpierw pojechać w głąb lądu aby potem wrócić znowu nad ocean. Po drodze było wiele kontroli wojskowych z przeszukaniami bagaży co marnowało dużo czasu. Ponadto zupełnie niepotrzebnie mijałem takie osady jak Habarana, Polonnaruwa, Kalkudah, Batticaloa i w końcu Kalmunai. Wiem, że nazwy te nie mówią zbyt wiele ale dla przykładu jest to taka trasa jakby jechać z Polski do Niemiec przez Węgry. Do tego lankijskie drogi, stan autobusu z jego ślimaczym tempem oraz liczne kontrole i przerwy na herbatę spowodowały, że miałem na poważnie dość. Gdy dotarłem do Kalmunai prawie natychmiast wsiadłem do zapchanego autobusu jadącego do małej dziury zwanej Akkaraipattu. Gdy dotarłem na miejsce o 17.40 okazało się, że ostatni autobus uciekł już o 17.30. Nie był to jednak problem. Jeden rykszarz powiedział, że może dla mnie dogonić autobus jeśli wyruszymy teraz. Wrzuciłem więc swój plecak do rykszy i zaczęliśmy go ścigać. Nawet nie zdziwiłem się gdy go dogoniliśmy gdyż autobus ten był najwolniejszy z najwolniejszych a po drodze były liczne kontrole wojskowe. Z daleka widziałem, że nie jechał on prosto gdyż od środka był zapchany po brzegi a na krawędziach jednej strony byli zaczepieni ludzie. Gdy podjechaliśmy bliżej okazało się, że autobus był pełen żołnierzy uzbrojonych po zęby ale i tak się zmieściłem z moim wielkim plecakiem. Żołnierze pomogli wrzucić mnie i mój plecak przy kierowcy a ja przesunąłem kilka karabinów i tak zrobiło się już na prawdę ostatnie miejsce. W takich warunkach po paru godzinach jazdy poprzez ubitą i miejscami zalaną drogę dotarłem do Puttovil znajdującego się tylko o 3km od Zatoki Arugam. Autobusów oczywiście nie było dlatego ostatnie 3km tej podróży pokonałem jako pasażer na motocyklu. Reasumując, przejechałem tego dnia około 300km czyli w normalnym kraju zajęłoby to około 3h, jednak na Sri Lance zajęło to aż 13,5h. Dodatkowo powiem, że jeśli chodzi o podróżowanie pociągiem na Sri Lance to te także nie robią szału. Są bardzo wolne i niepunktualne a siedzenia nigdy się nie rozkładają. Niech ten reportaż będzie przestrogą dla tych, którzy chcą pokonywać duże odległości na tej stosunkowo bardzo małej wyspie.

Puttovil

Pottuvil to mała wioska rybacka znajdująca się tylko 3km od Zatoki Arugam-sławnego celu turystów. Jest to bardzo dobre miejsce do załatwienia spraw bankowych, zjedzenia trochę taniej i zrobienia tańszych zakupów. Z Zatoki Arugam można tu sobie zrobić spacer i na pewno nie będzie to czas zmarnowany gdyż można się wiele razy zatrzymywać i podziwiać przyrodę. Ewentualnie można się tu dostać autobusem za około 8 rupii choć żaden z rykszarzy mieszkających tu od urodzenia nigdy o autobusie nie słyszał. Ryksza z Zatoki Arugam powinna kosztować najwyżej 50 rupii w jedną stronę choć próbują wziąć nawet 200. W drodze z Trincomalee zatrzymałem się w Pottuvil na parę minut aby odpocząć, zjeść parhata i napić się herbaty. W knajpie tej gdzie każdy chciał mi coś sprzedać lub gdzieś mnie podwieźć spotkałem starszego Anglika z którym miło spędziłem czas na rozmowie. Opowiadał mi on swoich podróżach i o tym, że już nigdy nie ma ochoty wracać do Anglii. Podczas tej rozmowy skorzystałem z okazji i wymieniłem moje ostatnie 20 funtów na czarnym rynku. Do Pottuvil wróciłem jeszcze dwa razy. Musiałem zrobić małe zakupy oraz iść do banku. Akurat kurs bankowy był tego dnia lepszy niż na czarnym rynku jednak czasem opłaca dostać się mniej i zaoszczędzić nerwów i pytań na które nikt nie odpowiada. W banku lankijskim był straszny bałagan i ogromna biurokracja lecz wciąż w porównaniu z bankiem w Bangladeszu i tak był na niezłym poziomie.

Zatoka Arugam

Zatoka Arugam jest małą wioską rybacką lecz ostatnio bardziej popularnym ośrodkiem wczasowym gdzie są jedne z najlepszych warunków do surfowania. Od kilku lat jest to jedno z najlepszych miejsc na południowo-wschodnim wybrzeżu wyspy. Miałem szczęście gdyż przyjechałem tu poza sezonem i udało mi się spędzić trzy noce za jedyne 1000 rupii. Dostałem bardzo ładny pokój z osobną łazienką, wiatrakiem, podwójnym łóżkiem i siatką przeciw komarom. Przez cały pierwszy dzień pływałem w oceanie i cieszyłem się piękną pogodą i przyrodą. Na plaży rybacy pracowali przy sieciach a ja znajdowałem to coraz piękniejsze korale i rzadkie ryby, które nie nadawały się do jedzenia. Jedną z nich była np. kolczatka, która potrafi się nadąć rozwijając kolce. Nie nadaje się do jedzenia gdyż jest trująca lecz mimo to są kucharze specjaliści, którzy potrafią ją przyrządzić tak aby nie się otruć. Jest to popularne zwłaszcza w Japonii gdzie ludzie szukają „posiłku z dreszczykiem”, którego wielu nie przeżywa.

Cały dzień minął mi na pływaniu i na spacerach brzegiem oceanu. Wieczorem natomiast spotkałem na brzegu rybaka, który łowił ryby i spytałem czy mogę mu pomóc. Zgodził się i było to dla mnie wielką frajdą. Na jednej żyłce zarzucanej ręką były trzy haki i w taki sposób za jednym rzutem udało mi się złapać dwie ryby. Widziałem, że niedaleko stał Anglik, który robił to samo co ja a lankijscy rybacy siedzieli oparci o łodzie i palili papierosy. Dla nas była to ogromna przyjemność a oni mieli odpoczynek. Rybak był tak zadowolony z mojego połowu, że zaprosił mnie do swojego domu i usmażył złowione ryby dla mnie i dla swojej rodziny. Była to świetna okazja nie tylko na spędzenie czasu z lankijską rodziną ale także na zjedzenie świeżych ryb, które w restauracjach były bardzo drogie. Ładnie mnie przyjął a potem długo rozmawialiśmy o Europie, o pieniądzach i o tym co już widziałem na Sri Lance. Podobał mi się też dom rybaka i to jak żył. Miał swój dom, murowany i pomalowany na zielono, miał duży ogród lecz niestety piaszczysty a na jego terenie rosły drzewa mango, kokosy i papaje. Co wieczór szedł nad ocean aby złowić swoją kolację a owoce miał na wyciągnięcie ręki. Miał dużo miejsca dla siebie, mieszkał w pięknych plenerach i nie musiał się martwić o zakupy, rachunki itd. Powiedziałem im, że wszystkim im wydaje się, że życie w Europie jest lepsze ale powiedziałem, że nie jest to prawdą. Jest tylko bardziej stresująco i o wiele drożej. Mieszkając na Sri Lance bez pieniędzy można przeżyć na rybach i owocach natomiast w Europie bez pieniędzy byłoby tragicznie. Następnego wieczora znowu spotkałem tego samego rybaka, znowu łowiłem dla niego ryby i znowu mnie zaprosił do siebie. Tym razem przyniosłem jednak słodycze dla jego dzieci. Po bardzo mile spędzonym czasie, następny dzień zacząłem od pływania i skoków w fale a potem zorganizowałem sobie wycieczkę. Wszyscy rykszarze oferowali mi to a konkurencja między nimi była ogromna. Pojechałem do oddalonego o wiele kilometrów jeziora za wioską Panama. Udało mi się tam zobaczyć kilka krokodyli i interesujące ptactwo lecz po raz kolejny potwierdziło się moja opinia, która mówi, że jeśli chcę zobaczyć wymarzone przez siebie zwierzę, najlepiej jest pojechać do zoo. Mimo to byłem zadowolony gdyż cała wycieczka była przyjemna. Krokodyle jednak były bardzo płochliwe i nie dały się fotografować z bliska. W drodze powrotnej stanęliśmy w małej budce na herbatę ale też wiele razy abym mógł zobaczyć pasące się bawoły, ptaki patrolujące pola w poszukiwaniu żab i owadów. Raz widziałem też starego człowieka, który mył swój zaprzęg bawołów na zalanym polu. Wszystkie te widoki nie były opisane w przewodniku i udowadnia to, że zawsze warto jest się wydostać poza osiedla ludzkie aby zobaczyć wieś i przyrodę tego egzotycznego kraju. W drodze powrotnej mój rykszarz wysadził mnie około 3km od miasteczka Arugam, przy Skale Krokodyla. Stamtąd szedłem wzdłuż brzegu kapiąc się co jakiś czas i rzucając w fale aby potem robić zdjęcia palmom na tle oceanu. Pływałem też w stojącym, słonym jeziorze po drugiej stronie plaży i całe szczęście, że ktoś mnie ostrzegł że tam także mogą być krokodyle. Przez resztę dnia pływałem, jadłem owoce, łowiłem ryby i bawiłem się świetnie. To był mój ostatni wieczór w pięknej Zatoce Arugam.

Południowe Wybrzeże

W drodze Mirissy

Ten stosunkowo krótki odcinek lecz wciąż bardzo długi jak na Sri Lankę pokonałem w ponad 10h. Do tego uciekł mi autobus w Monaragala, miałem kilka przerw na herbatę i parhata oraz jak zwykle było kilka kontroli wojskowych, raz nawet z psem. Im bliżej było wybrzeża tym widoki były piękniejsze. Dość długo zza okna obserwowałem urocze plaże i palmy a co jakiś czas do autobusu wskakiwali sprzedawcy ananasów i mango. Moim przedostatnim przystankiem była Matara gdzie zaczęło się przejaśniać i skąd następnym autobusem dotarłem do Mirissa.

Matara

Matara leży na końcu linii pociągowej na południu wyspy, wiodącej tu między innymi z Kolombo. Dla mnie było ty tylko miasteczko przesiadki w drodze do Mirissy lecz zauważyłem kilka rzeczy. Z jednej strony jest to większe i głośne miasteczko, szczególnie w okolicy dworca autobusowego a z drugiej strony znajduje się tu piękne wybrzeże z turkusową wodą i spokojną plażą do spacerów wśród palm. Po drugiej stronie ulicy od dworca znajduje się tu świątynia buddyjska na wyspie na którą wchodzi się po nowoczesnym moście. Niedaleko znajduje się też rafa koralowa. Matara jest dobrym miejscem transportowym i jest dobrze zaopatrzone. Przed samym miastem widziałem rybaków łowiących ryby z bali powbijanych w dno co jest jedną z wizytówek Sri Lanki.

Mirissa

Mirissa jest często odwiedzanym kurortem, sławnym z powodu wspaniałych plaż, palm i ciepłej, turkusowej wody. Jest to także cichsza okolica niż inne znane od dawna ośrodki tego typu. Gdy wysiadłem z autobusu poszedłem na poszukiwanie pokoju i byłem bardzo niemile zaskoczony cenami. Na szczęście udało mi znaleźć bardzo ładny pokój z podwójnym łóżkiem, wiatrakiem i siatką przeciw komarom. Była też bardzo ładna łazienka i małe biuro a wszystko za jedyne 500 rupii za noc. Miałem widok na plażę a na palmach, wysoko siedziały małpy. Czas, który spędziłem w Mirissie był bajkowy. Chodziłem po plaży, kąpałem się w oceanie, jadłem owoce i tak przez całe dwa dni. Jednego wieczora zafundowałem sobie bardzo romantyczną kolację lecz niestety samotnie. Usiadłem w restauracji na plaży gdzie stoły stały na piasku a ocean obmywał mi stopy. Do tego był blask księżyca i gwiazd oraz palmy.

Zamówiłem sobie steka z ryby z sałatką i zakończyłem naleśnikiem. Wszystko było oczywiście znakomite choć dość drogie lecz z drugiej strony cudownie spędziłem czas i na pewno nie było tak drogo jak w Europie. Ostatniego dnia nie skakałem już w fale ale pływałem w lagunie i obserwowałem podwodne życie. Towarzyszyły mi dzieci oraz ich pies, które niestety potem zaczęły prosić o pieniądze i długopisy. Było cudownie. Raz pływałem a potem nurkowałem lub siedziałem na ściętej palmie obserwując otoczenie. Mirissa jest niestety trochę droga gdyż tubylcy sami już nie wiedzą ile brać pieniędzy od turystów. Jest jednak na to wyjście. Można mieszkać po drugiej stronie drogi a nie od strony oceanu i jeść w miejscowych knajpach przy drodze bo za samo piękno oceanu się przecież nie płaci. Tak czy inaczej było wspaniale i polecam każdemu kto jest na Sri Lance. Tutaj można poczuć dlaczego Sri Lanka słynie z rajskich plaż.

Televijaya i farma węży

Będąc w Mirissa wybrałem się na krótką wycieczkę autobusem na farmę węży. Będąc wielkim miłośnikiem tych pięknych zwierząt i posiadając kilka dużych dusicieli w domu nie mogłem tego ominąć. Z Mirissy podróż zajęła mi około pół godziny z przesiadką w ruchliwym Weligama. Gdy dotarłem do Televijaya ludzie wskazywali mi farmę węży nawet gdy o nią nie pytałem i w ten sposób szybko dotarłem na miejsce. Wielka szkoda, że właściciel farmy był bardzo nieugięty co do ceny dlatego musiałem zapłacić 500 rupii czego potem już nie żałowałem. Zaprowadził mnie do osobnego pomieszczenia gdzie trzymał węże. Miał sporą kolekcję kobr i żmij oraz małego pytona tygrysiego. Mówił też, że ma mamby lankijskie lecz wydało mi się to bardzo podejrzane gdyż interesuje się wężami od wielu lat i jestem pewien, że mamby zamieszkują jedynie Afrykę. Wyglądały one raczej jak żmije niż mamby gdyż nie miały cech mamb, które znam. Co do kobr, była między innymi biała kobra, kobra królewska i indyjska. Bardzo głośno syczały gdy zostały zaniepokojone. Ich opiekun wyjmował je dla mnie z terrariów lecz niestety nie pozwolił mi ich potrzymać. Pokazywał mi za to ślady po ukąszeniach. Mówił, że stał się odporny gdyż co jakiś czas wstrzykuje sobie bardzo małą ilość ich jadu. Po wszystkim wracałem asfaltową drogą aby bez pośpiechu mieć czas na obserwowanie przyrody. Po obu stronach drogi miałem pola ryżowe, bawoły moczące się w błocie oraz białe ptaki patrolujące okolice w poszukiwaniu małych zwierząt. Raz też udało mi się zobaczyć dużego warana, który zrobił wrażenie nawet na miejscowych. Zatrzymałem się tu na omlet i herbatę w miejscowej knajpie a potem także przez Weligamę wróciłem do Mirissy.

Unawatuna

Z Mirissy do Unawatuny jechałem tylko jedną godzinę i było bardzo przyjemnie. Przez cały czas miałem widoki palm i oceanu a w przerwie zatrzymałem się na pyszny deser lodowy w kokosie. Unawatuna jest lepiej znaną i także bardzo popularną miejscowością wypoczynkową na południowym wybrzeżu. Od razu mi się tu spodobało choć było bardzo komercyjnie. Główna i zarazem jedyna ulica była przepełniona droższymi i tańszymi knajpami, sklepami z pamiątkami i pracowniami gdzie powstawały bardzo interesujące rzeźby. Oczywiście zostałem zauważony przez rykszarzy łaknących swej prowizji, którzy chcieli mnie zaprowadzić do hotelu swojego wyboru. Jeden załatwił mi pokój za 2000 rupii za noc podczas gdy ja załatwiłem sam sobie za 400 rupii. Tu się potwierdza moja stara opinia o autorykszarzach na całym subkontynencie, nie tylko na Sri Lance. Jak zwykle na tej pięknej wyspie miałem bardzo ładny pokój z osobnym prysznicem, wiatrakiem i siatką przeciw komarom. Za każdym razem wyliczam te wszystkie rzeczy gdyż za każdym razem porównuję warunki lankijskie do indyjskich gdzie mieszkałem w wielu hotelach z opowieści grozy. Będąc w tym raju nie chciałem marnować czasu na siedzenie w pokoju. Po chwili wyszedłem z pokoju i dotarłem na piękną plażę. Byłem już na wielu w różnych częściach świata ale tutaj było wyjątkowo pięknie. Unawatuna różniła się jednak od Mirissy. Tutaj na plaży były zbudowane restauracje i hotele podczas gdy Mirissa była niezabudowana i spokojna. W Unawatunie brzeg był bardzo krótko płytki a potem był natychmiastowy spadek w dół. Jednak najważniejsze, że sam ocean był ciepły i miał najbardziej turkusowy kolor jaki dotychczas widziałem. Długimi godzinami po prostu pływałem, leżałem na wodzie i nurkowałem po muszle. Raz przepłynął niedaleko mnie żółw morski, których jest tu dość sporo. Po wielu godzinach w wodzie wyszedłem na kokosa i papaję i znowu widziałem żółwia a potem znowu nurkowałem. Tak upłynął mi cały dzień i wydawało mi się, że mógłbym tak ciągle. Wieczorem natomiast poszedłem na spacer główną ulicą i najwięcej czasu spędziłem w pracowniach rzeźbiarskich. Oprócz posągów Buddy i słoni były także kobry, wiele masek o najdziwniejszych kształtach, pudełka otwierające się na zasadzie dźwigni i wiele innych. Gdziekolwiek nie poszedłem wybór był ogromny. Następnie po raz kolejny kupiłem wielką papaję, po czym poszedłem z nią na brzeg, usiadłem w restauracji przy soku bananowym i tak obserwowałem ocean do późna. Następnego dnia rano robiłem z grubsza to samo choć miałem okazję spróbować czegoś nowego. Po pływaniu w oceanie wyszedłem na brzeg i zobaczyłem, że rybacy stojący na brzegu zauważyli ławicę sardynek. Szybko wskoczyli do łódki i zarzucili sieci dookoła nich a ja popłynąłem za łódką i zanurkowałem na kilka metrów aby wszystko obserwować z bliska.

Sardynki były uwięzione w sieci i obijały się o nią a niektóre wyskakiwały z wody ku wolności nawet na około pół metra. Na płytszej wodzie rybacy wciągali sieci na brzeg a sardynki (bardzo małe i zwinne) często wyskakiwały uderzając ich w twarze, choć najciekawsza była ich walka o życie pod wodą. Po jakimś czasie wyłowili sieć z dużym połowem choć nie były to tylko sardynki. Przypadkiem dostała się tu też trująca ryba kolczatka (opisałem w reportażu o Zatoce Arugam). Po tym interesującym doświadczeniu poszedłem do końca plaży aby popływać w płytkiej lagunie. Tutaj tylko nurkowałem i obserwowałem ryby pływające pode mną. Było to wiele ciekawych, kolorowych gatunków małych rybek których nie powstydziłby się żaden akwarysta morski. Długo pływałem, spacerowałem brzegiem i co jakiś czas skakałem do ciepłego oceanu aby zanurkować z nadzieją zobaczenia jeszcze jednego żółwia morskiego. Było cudownie. Zapoznałem też kilku ludzi, którzy doradzali mi jak tanio mieszkać na Sri Lance ale o tym opowiem w innym rozdziale. Spacerując główną ulicą widziałem wiele ciekawych zjawisk i nie mówię tu tylko o moich ulubionych rzeźbach. Raz przez drogę przechodził spory waran a innym razem widziałem ptaka, który porwał jaszczurkę sprzed moich nóg i poleciał z nią do młodych na drzewo nieopodal. Sri Lanka jest pełna tego typu zjawisk a ja miałem szczęście być świadkiem wielu. W Unawatuna znalazłem też człowieka, który dla mnie gotował gdyż wszędzie było bardzo drogo. Za 100 rupii dostawałem cały talerz ryżu z warzywami i curry, sardynkami i wiórkami kokosowymi podczas gdy gdzie indziej musiałbym zapłacić minimum 250 rupii. Poza tym jak zwykle na Sri Lance reszty doprawiałem kokosami, mango i papajami choć jadłem też dużo innych owoców. Po kilku dniach opuściłem Unawatunę i żałowałem, że nie mogłem zostać dłużej. Byłem w raju i żyłem po rajsku. Każdemu podróżnikowi szczerze polecam.

Galle

Będąc w Unawatuna zrobiłem sobie wycieczkę do blisko położonego miasta Galle aby przede wszystkim zobaczyć fort holenderski. Gdy tylko wjechałem do tego portowego miasta natychmiast zobaczyłem łódki i bazary rybne, bogate w wiele gatunków ryb. Poszedłem też na bazar warzywny gdzie zapatrzyłem się w tanie owoce. Były ananasy, papaje, mango, małe arbuzy i banany lecz wciąż najbardziej interesujący był bazar rybny. Galle jest historycznym miastem i jednym z największych portów na Sri Lance choć stracił swoje znaczenie gdy o wiele większy port został otwarty w Kolombo. Dla turystów jest to atrakcyjne miasto przede wszystkim z powodu fortu holenderskiego zbudowanego 1663 roku przez Holendrów. Gdy wszedłem przez główną bramę od razu rzuciły mi się w oczy stare, holenderskie ulice.

Nawet niektóre nazwy ulic wciąż miały holenderskie nazwy. Nie znaczy to jednak, że holenderski fort został zbudowany tylko przez Holendrów. Swój wkład mają tu Portugalczycy, następnie Holendrzy ulepszali to co tamci zaczęli a po odejściu Holendrów swój wkład w budowę mieli też Brytyjczycy. Tak na przykład brama główna została zbudowana przez Brytyjczyków w 1873 choć przykładów tego typu jest wiele. Zaraz po wejściu wszedłem do kilku muzeów. W jednym z nich były mapy, talerze, naczynia, ozdoby i wiele innych rzeczy pozostawionych tu przez kolonizatorów. Obok był też sklep jubilerski z bogactwem metali szlachetnych i kamieni. Sprzedawca bardzo chciał mnie naciągnąć na sławny na Sri Lance kamień księżycowy i chciał mi go wcisnąć aż za 70 funtów podczas gdy na plaży mogłem kupić podobny za 300 rupii. Jak już wcześniej zauważyłem na Sri Lance trzeba uważać na naciągaczy, którzy w bardzo miły sposób, uśmiechając się od ucha do ucha i mówiąc bardzo ładnym angielskim wciskają byle co za wielkie pieniądze. Poza tym zobaczyłem kościół holenderski, kilka innych muzeów lecz raczej średnio ciekawych a najlepszy ze wszystkiego był spacer po grubych murach obronnych. Z jednej strony miałem starą zabudowę fortu a z drugiej ocean indyjski obijający się o warowne mury. Miałem tu do towarzystwa Szkota i paru Australijczyków i spacerując razem mogliśmy się wymienić doświadczeniami z podróży. Szkot był ubrany w narodowy strój lankijski czyli „sarong”-jeden kawałek płótna owinięty wokół bioder, co myślę, że sprawdza się w tym klimacie. Nasz spacer zaczęliśmy od latarni morskiej zatrzymując się na warownych placach nad brzegiem oceanu aby obserwować stamtąd otoczenie. Do niektórych miejsc nie mogliśmy wejść gdyż były zajęte przez wojsko ale to i tak wystarczyło. Gdy zapadał zmrok, w towarzystwie bezpańskich psów doszliśmy do wieży zegarowej czyli do jednego z ważnych punktów fortu. Stąd był ładny widok na ocean, na miasto Galle, pola do krykieta i na jeszcze jedną wieżę zegarową. Ta była w mieście i nie była zabytkowa ani atrakcyjna jak ta wewnątrz fortu ale była z nią związana pewna historia. Gdy w 2004 roku Sri Lankę nawiedziło tsunami wiele budynków zostało zniszczonych ale ta wieża nadal tu stoi nienaruszona. Poza tylko tym detalem, że zatrzymał się na niej czas i na pamiątkę tego zdarzenia nie jest on naprawiany. Mój czas w forcie Galle był bardzo pouczający i było to kolejne wartościowe doświadczenie. Uważam, że jest bardzo ważny przystanek dla podróżnika na kilka godzin co udowadnia, że południowe wybrzeże Sri Lanki to nie tylko rajskie plaże ale także historia i godna uwagi architektura. Poza tym bazary rybne i sama atmosfera tego małego, portowego miasta jest również bardzo ciekawa.

Moje osobne doświadczenia

Postanowiłem napisać ten rozdział aby doradzić potencjalnym podróżnikom czego można się spodziewać po ludziach, jedzeniu, jakie są tu niepisane zwyczaje (pozytywne i negatywne) oraz jak tanio i dobrze zamieszkać w tym pięknym kraju przez jakiś czas.

Lankijczycy

Generalnie ludzie są tu bardzo mili i nigdy nie spotkałem się z żadnym niebezpieczeństwem. Jednak będąc tu czuję się jak chodzący funt szterling gdyż wydaje mi się, że każda rozmowa sprowadza się właśnie do pieniędzy i choć byłem już w wielu krajach jeszcze nigdy nie spotkałem ludzi tak głodnych pieniędzy. Poza tym Lankijczycy są bardzo ciekawi i za każdym razem gdy mnie poznają zadają mi mnóstwo osobistych pytań. Najpierw chcą wiedzieć skąd jestem i jak mam na imię. Potem czy jestem na Sri Lance pierwszy raz i czy mi się podoba i co sądzę o ludziach. Następnie przychodzi seria pytań bardzo osobistych czyli czy mam żonę i dzieci a jeśli tak to ile. Chcą też wiedzieć gdzie pracuję i co najważniejsze ile zarabiam. Wszystkie te pytania potrafią zadać w ciągu jednej minuty a gdy nie mają już pomysłów na inne wtedy przechodzą do rzeczy. Pytają czy nie załatwić mi pokoju (za podwójną cenę rzecz jasna). Chcą mi sprzedać obrazy lub wskazać restaurację a gdy wszystkie odpowiedzi są na nie, wtedy chcą mi sprzedać trawę lub kobietę. Gdy tylko Lankijczycy widzą białego człowieka wtedy są przemili gdyż za kokosa np. który kosztuje najwyżej 20 rupii jeden facet chciał mi wcisnąć za 50. Moja rada to być dla nich miłym ale bardzo stanowczym gdyż bez silnego charakteru można tu szybko stracić wszystkie pieniądze przepłacając za każdym razem. Wielokrotnie wchodząc do knajpy musiałem się najpierw pokłócić gdyż dla mnie cena była często podwójna. Lankijczycy sami w sobie także są mili. Na przykład zawsze mi się kłaniają i podają mi przedmioty w bardzo grzeczny sposób tytułując mnie „sir”. Mają też poczucie humoru i zawsze można z nimi ubić interes. Myślę, że dużą rolę odgrywa tu też buddyzm co sprawia, że są zawsze nastawieni pokojowo i życzliwie. Jak zwykle jednak odstęp od reguły stanowią autorykszarze, którym nie można wierzyć w nic pod żadnym pozorem.

Jedzenie

Przemierzając Sri Lankę już prawie przez miesiąc miałem okazję spróbować bardzo bogatego w smakach i barwach miejscowego jedzenia i dlatego postanowiłem napisać o tym osobny rozdział. Z mojego doświadczenia jedzeniem podstawowym wszystkich potraw jest ryż gdyż nie trzeba go importować. Do tego dodawane są warzywa w wielu smakach i ryby, kurczak lub jajko. Tak jak wcześniej w Indiach tak samo na Sri Lance jest dużo curry i biryani. Powiedziałbym, że kuchnia lankijska jest raczej ostra choć ciągle nie tak ostra jak kuchnia tajska czy południowo-wschodnio chińska gdzie wg mnie to chilli było daniem podstawowym. Na Sri Lance przyprawy stanowią to co przypada na bogactwo smaków. Zazwyczaj jest to curry, chilli, cynamon, mleko kokosowe, czosnek oraz suszone i tarte owoce morza. Gdy zamawiałem obiad, zazwyczaj był to talerz lub liść bananowy ryżu a po bokach znajdowały się ostro przyprawione warzywa oraz dal-jedyne łagodne danie. Reasumując jedzenie jest podobne do tego w Indiach lecz zależnie od stanów oczywiście. We wszystkich restauracjach i tanich knajpach zawsze nakrywano mój talerz jednorazową folią oraz wyparzano moje sztućce. Innym lankijskim specjałem jest roti czyli warzywa lub jajko z warzywami na ostro lub słodko zawinięty w naleśnik. Szkoda tylko, że zawsze je ugniatano i podawano brudnymi łapami a czasem kładziono je na brudnym koszu na śmieci. Inną odmianą roti jest parhata czyli naleśnik bez żadnych dodatków. Będąc nad oceanem wielokrotnie jadłem wiele gatunków pysznych ryb, zazwyczaj z ryżem, warzywami i wiórkami kokosowymi. Bardzo dobry deser stanowią owoce. Są to przede wszystkim mango, kokosy, papaje, duriany, rambutany, drewniane jabłko i jackfruit choć są także jabłka, mandarynki, ananasy, banany kilku gatunków i winogrona. Każde z tych owoców ma swój unikalny smak i wygląd i stanowi bardzo dobry deser. Dokładniej opisałem wiele z tych owoców w moim reportażu o Tajlandii gdy wjechałem do Hat Yai. Sri Lanka to także ojczyzna wielu słodyczy. Oprócz mleka czekoladowego, lodów i bardzo dobrych jogurtów jest wiele słodyczy unikalnych dla tej wyspy. Pierwszy z którym się zetknąłem do halapa czyli mikstura miodu, mąki i kokosów zawinięta w liść i mająca konsystencję twardej galaretki. Innym specjałem jest dodol czyli galaretowe ciasto którego głównym składnikiem są ryż, kokos i mleko. Często też wrzuca się do niego orzechy i posiekane owoce. Generalnie większość słodyczy na Sri Lance zawiera ryż i kokosy gdyż tych dwóch składników jest tutaj aż za dużo. Także wiele potraw jest smażonych na oleju kokosowym. Gdy wspiąłem się na Sri Pada, na samym szczycie mnisi poczęstowali mnie samapose czyli ugniecionymi, słodkimi kulkami także zrobionymi z kokosa, mleka i orzechów. Innym przysmakiem jest appe czyli tania i szybka przekąska za 10 rupii. Jest to kolejny rodzaj naleśnika, którego jedynymi składnikami są mleko kokosowe i proszek ryżowy.

Myślę jednak, że mógłbym napisać osobny rozdział o samych kokosach, których używa się tu do wszystkiego, nie tylko do jedzenia i jest ich parę rodzajów. Przede wszystkim kokos jest znany jako orzeźwiający napój, który jest bardzo zdrowy i tańszy niż sztuczne napoje. Z kokosa wyrabia się także olej, wiórki, alkohol, jest on podstawą wielu przypraw i dań, jego resztki stanowią karmę dla zwierząt a jego włókno jest wykorzystywane na szczotki, liny i inne przedmioty domowego użytku. Jego skorupka jest używana w świątyniach gdzie jej rozbijanie przynosi szczęście a tradycją jest, że pierwszy pokarm niemowlęcia oraz potrawa serwowana na ślubach to kiri bath czyli ryż gotowany w mleku kokosowym. Wreszcie kokosy są używane w budownictwie a nie marnuje się nic. Z mocnych drzew kokosowych robi się deski i szkielety domów i ogrodzeń a liście są używane do robienia dachów i płotów. Robione są też z nich tandetne pamiątki dla turystów. Jeśli nie opisałem którejś z możliwości wykorzystania kokosa to przepraszam. Myślę także, że to co o nich napisałem można odnieść do każdego innego kraju gdzie palm kokosowych jest mnóstwo na każdym kroku. Mam tu na myśli Indie i Azję i Płd-Wsch gdzie kokosy są dla wielu rośliną ratującą życie gdyż żadna część palmy kokosowej nie powinna się zmarnować.

Jak mieszkać na Sri Lance

Do każdego pięknego kraju, który już odwiedziłem zawsze chcę wrócić i zawsze pytam miejscowych o rady jak to zrobić najlepiej i najtaniej. Ludzie płacą ogromne pieniądze za bardzo krótkie wakacje pod palmami a gdy już są na miejscu zostają ograbieni gdyż płacą cenę turysty. Oto moja recepta na Sri Lankę czyli jak żyć 3 miesiące lub pół roku i mieć minimalne koszty, mieszkając z dala od pracy, obowiązków, rachunków i podatków. Zabawne jest to, że jest to jak najbardziej realne i nie trzeba być bogatym aby mieć rajskie życie nad turkusowym, ciepłym oceanem. Sri Lanka jest droższa niż reszta subkontynentu indyjskiego poza Malediwami. Na sam lot nie mogę nic poradzić oprócz tego aby kupować z dużym wyprzedzeniem choć i tak nie jest tanio. W czasie gdy ja tu byłem zapłaciłem za lot 411 funtów z liniami kuwejckimi. Rząd lankijski przyznaje wizę na 3 miesiące, którą można bez problemu przedłużyć do pół roku. Z tego co się dowiedziałem mógłbym wynająć dom z kuchnią, łazienką salonem i małym ogrodem z palmą kokosową za około 100 do 150 funtów miesięcznie co w porównaniu z cenami europejskimi jest ciągle żartem. Byłby to domek bardzo blisko od oceanu. Jeśli chodzi o jedzenie to należy sobie absolutnie darować restauracje i miejsca oblegane przez turystów. Pamiętajmy, że miejscowi ludzie też muszą gdzieś robić zakupy i tak koło każdej cudownej plaży pełnej białych, w promieniu kilku kilometrów zawsze znajduje się miasteczko lokalnych ludzi, którzy kupują po lokalnych-śmiesznie tanich dla nas cenach. Kilo ryżu kosztuje 60 rupii, ananasy i mango są po 10 rupii a papaje także w tej cenie.

Do tego wszystkie warzywa i reszta owoców, która także jest tania. Jeśli nie ufamy sprzedawcom możemy iść z lankijskim kolegą, który wytarguje nam uczciwą cenę. Sri Lanka to kraj pysznych ryb. Tak na przykład mały kotlecik w restauracji kosztuje nawet 600 rupii a na targu rybnym spora ryba, która nakarmi całą rodzinę przez 4 dni kosztuje 100-150 rupii. Oczywiście kupowanie ryb nie zawsze jest konieczne gdyż ja łowiłem sam i wtedy oprócz oszczędności miałem także wielką satysfakcję. Żyłki, haczyki i przynęty są sprzedawane wszędzie za parę rupii. Trzeba także pamiętać o tym aby poruszać się tylko lokalnym transportem. W taki oto sposób można wydać mało żyjąc wspaniale. Za ocean, piękną pogodę i palmy się przecież nie płaci. Jeśli ktoś uważa, że wciąż jest za drogo, polecam południowe Indie. Tam lot, życie i wiza półroczna są tańsze a jest również pięknie.

Zachodnie Wybrzeże

Hikkaduwa

Jazda do Hikkaduwa była krótka i przyjemna i tak jak poprzednio przez całą drogę miałem piękne widoki oceanu. Na miejscu szybko znalazłem bardzo ładny, duży pokój z podwójnym łóżkiem i wszystkim czego potrzebowałem za jedyne 400 rupii za noc. Zanim zdołałem zapoznać się z otoczeniem poszedłem na plażę, którą miałem zaraz przy swoim pokoju. Najpierw pochodziłem po palmie rosnącej równoległe do lustra wody a potem nurkowałem i rzucałem się w fale. Będąc na płytkiej wodzie widziałem raz żółwia morskiego. Hikkaduwa jest znanym miasteczkiem na Sri Lance z powodu pięknych plaż oraz dobrych warunków do nurkowania i surfingu. Jak łatwo można się domysleć część dla turystów jest bardzo komercyjna i dlatego w promieniu około 4km są hotele, restauracje i sklepy z pamiątkami nastawione na każdy budżet. Moje pierwsze chwile spędziłem nad oceanem lecz potem zainteresowałem się główną ulicą. Szczególnie sklepy z pamiątkami bardzo mi się podobały gdyż były jak muzea sztuki. Wiele godzin spędziłem na podziwianiu płócien i rzeźb. Zwłaszcza maski były bardzo pomysłowe gdyż przedstawiały twarze ludzkie i ich karykatury w bardzo wyszukany sposób. Było tu niestety drożej niż w Unawatunie ale udało mi się znaleźć kilka tańszych sklepów oraz tanich, lokalnych knajp gdzie stołowali się miejscowi. Była to kolejna okazja do zjedzenia roti w wielu wariantach oraz do wypicia kolejnej cejlońskiej herbaty. Po kolejnym pływaniu w oceanie i spacerze po plaży aż do zmroku, poszedłem do luksusowego hotelu gdzie pozwolono mi popływać za darmo. Następnego dnia chciałem zrobić coś innego gdyż Hikkaduwa to nie tylko plaże, ocean i sklepy. Wewnątrz lądu miasteczko to ma także sporo do zaoferowania i dlatego pojechałem na jednoosobową wycieczkę rowerową.

Najpierw pojechałem do miasteczka Hikkaduwa gdzie żyją miejscowi ludzie kupujący za normalne ceny. Miało to wielki urok. Przejechałem koło małego portu i widziałem bazar rybny gdzie wystawione były duże sztuki a potem zatrzymałem się na śniadanie w najzwyklejszej knajpie na kolejne roti i cejlońską herbatę. Było biednie i zwyczajnie a jednocześnie tak naturalnie. Pojechałem w głąb lądu i najpierw zobaczyłem świątynię buddyjską na wzgórzu. Na zewnątrz stała biała dagoba a nieopodal był wielki posąg śpiącego Buddy i interesujące malowidła. Dookoła rosły palmy a bardzo mili mnisi powiedzieli mi kilka rzeczy o ich świątyni. W drodze rowerem oglądałem przyrodę, dzieci zaczepiały mnie prosząc o drobne i o długopisy. Następnie pojechałem do jeziora Hikkaduwa, który jest domem dla waranów i licznego ptactwa lecz tego dnia miałem wielkiego pecha gdyż objechałem jezioro dookoła i zobaczyłem jedynie psy przybłędy. Tak czy inaczej dobrze się bawiłem jeżdżąc na rowerze wśród palm oraz w towarzystwie psów. Na rozstaju dróg zatrzymałem się na trochę w drewnianym baraku z, którego sprzedawano owoce. Wypiłem zawartość dwóch kokosów a na kolację kupiłem papaję i kilka małych bananów. Owoce były jak zwykle pyszne i bardzo tanie. Miło spędziłem ten dzień na rowerze i cieszyłem się, że robiłem coś więcej oprócz spędzania czasu nad oceanem. Tego dnia jeszcze nurkowałem, następnie pływałem w luksusowym hotelu a na sam koniec podziwiałem sztukę. Rozmawiałem też kilka godzin ze sprzedawcami przy słodkiej papai. Udało mi się tu kupić drewnianą płaskorzeźbę przedstawiającą kobietę z fresku z V wieku na skale w Sigiriji. Pomyślałem, że to będzie właściwa pamiątka gdyż plaże, ocean, słonie i pola herbaciane są w wielu krajach a fresk antycznego miasta Sigirija jest tylko na Sri Lance. Hikkaduwa była samą przyjemnością i miło spędziłem tu czas lecz niestety dobiegł on szybko końca. Nazajutrz wsiadłem do pociągu aby po około godzinie jazdy dotrzeć do kolejnego pięknego miejsca czyli Bentota.

Bentota

Po miłej, tylko godzinnej jeździe pociągiem dotarłem do miasteczka Bentota. Nie mogłem tu jednak znaleźć żadnego pokoju gdyż wszystkie były za drogie. Każdy chciał conajmiej 1500 rupii za noc i nie mając już więcej pomysłów zrobiłem wyjątek od reguły i pozwoliłem zabrać się autorykszarzowi. Ten oczywiście znał okolicę świetnie i załatwił mi pokój gdzie za dwie noce zapłaciłem 1510 rupii. Było drożej niż wszędzie dotychczas ale musiałem to przeboleć. Bentota jest kolejnym ośrodkiem turystycznym nad oceanem i jak zdążyłem zauważyć stanowczo za drogim. Znajduje się tu bardzo dużo drogi hoteli przygotowanych raczej na turystów z grubymi portfelami niż na niezależnych plecakowców. Zauważyłem także, że jest tu bardzo dużo turystów z Niemiec i Anglii i często wiele miejsc ma napisy po niemiecku. Gdy tylko rzuciłem swój plecak w brudnym pokoju najpierw poszedłem nad ocean. Tutaj było inaczej niż dotąd gdyż plaża była bardzo szeroka a wejście do wody przez długi czas bardzo płytkie. Dostałem się tutaj przechodząc przez luksusowy hotel z pięknym basenem wkomponowanym w skały i z dużym ogrodem porośniętym palmami. Opalali się tu starsi mężczyźni z dużymi brzuchami i wypchanymi kieszeniami a ja jeden, szczupły i raczej biedny skorzystałem z gościnności tego hotelu za darmo. Przez następne dwa dni luksus tak bardzo mi się spodobał, że większość dnia spędzałem właśnie tutaj. Pasowałem do otoczenia gdyż byłem biały i nikt mnie nie pytał o dokumenty. Wchodziłem i wychodziłem kiedy chciałem. Wtedy zaczynałem rozumieć dlaczego Bentota jest najdroższa. Gdy byłem na plaży usiadłem pod palmami z młodymi mężczyznami, którzy od razu nawiązali ze mną kontakt w celu zrobienia interesu. Oprócz standardowych pytań próbowali mi sprzedać marihuanę i młodą, ładną dziewczynę za 5000 rupii. Mówili, że moje życie na Sri Lance jest rajem ale dla nich nie ma tu nic ciekawego. Nie mają pracy i dlatego całe dnie przesiadują na plaży próbując sprzedać trawę lub dziewczynę a rząd palm koło „hotelu bogatych” jest do tego najlepszy. Miałem też propozycję kupienia kokosa za 100 rupii i papai za 150 rupii choć na mieście za obie sztuki zapłaciłbym może 40. Ten dzień aż do zmroku spędziłem w pięknym hotelu gdzie pływałem, siedziałem pod palmami i obserwowałem ocean. Na koniec mojej wyprawy i zwłaszcza po lankijskim transporcie zafundowałem sobie trochę luksusu-tym bardziej, że był za darmo. Po tym jak przedarłem się przez sprzedających dosłownie wszystko autorykszarzy poszedłem też na kolację do taniej, miejscowej knajpy. Było miło a tradycyjne potrawy były smaczne lecz najlepsza była moja rozmowa z ugrzecznionym kelnerem. Najpierw mi usługiwał jak królowi a potem przysiadł się do mnie i chciał mój kontakt i zapraszał mnie do domu. Oczywiście chciał mi sprzedać dziewczynę i cokolwiek chciałem lecz na koniec przyznał, że jemu jest tu źle i chce wyemigrować do Omanu. Gdziekolwiek nie jestem w tym kraju, każdy chce się stąd wyrwać. Z Bentoty zrobiłem sobie parę wycieczek, które moim zdaniem były o wiele ciekawsze niż sama Bentota.

Aluthgama

Alutghama znajduje się tylko 1km od Bentoty dlatego dotarłem tu przez most po około 15min. Alutghama nie ma w sobie nic specjalnego i to jest właśnie w niej warte zobaczenia. Jest to małe, brudne miasteczko z chaotycznym ruchem ulicznym, bazarem i wszystkim co zawsze ma małe lankijskie miasteczko tego typu. Przyszedłem tu aby załatwić sprawy bankowe gdyż w Bentocie nie jest to możliwe oraz zrobiłem zakupy. Dałem się skusić na mango po 5 i 10 rupii od sztuki oraz kilka papai. Był też stragan rybny gdzie mogłem pośmiać się z miejscowymi i zobaczyć kilka ciekawych gatunków ryb. Była na przykład latająca ryba, która miała płetwy przekształcone w skrzydła, był 80kg tuńczyk i wiele innych ciekawych gatunków o różnych kształtach i barwach. Aluthgama decydowanie oddaje realizm tego kraju czego nie można powiedzieć o Bentocie i właśnie to jest tutaj tak atrakcyjne. Znalazłem tu na przykład miłą knajpkę gdzie serwowano dobry ryż z dodatkami, roti z warzywami i wiórkami kokosowymi a na deser owoce z lodami. Do tego wszystkiego po lokalnych cenach.

Kosgoda

Kosgoda była zdecydowanie jednym z najprzyjemniejszych doświadczeń na Sri Lance. Znajdują się tu wylęgarnie żółwi morskich, które są otwarte dla turystów za opłatą oczywiście. Na początku była to organizacja niezarobkowa lecz bardzo szybko otworzonych zostało więcej wylęgarni gdyż biedni ludzie poczuli w powietrzu zapachamerykańskiego dolara. Nie wiem czy ma to dziś więcej wspólnego z zarobkiem czy ochroną gatunków ale jeśli o wiele więcej żółwich jaj zmienia się w młode żółwie zamiast w jajecznice, na pewno jest to coś dobrego. Pojechałem do wylęgarni, która ma podobno jedynego żółwia albinosa i w drodze odprowadził mnie człowiek, który chciał być miły lecz prawdą jest, że za przyprowadzenie turysty każdy z nich pobiera prowizję. Spotkałem ugrzecznionego przewodnika ze sztucznym uśmiechem na twarzy, który sprzedawał bilety po 500 rupii lecz dla Amerykanów i Szwajcarów były one po 1000 rupii. W innych wylęgarniach wejście kosztowało tylko 200 rupii i tyle zapłaciłem. Najpierw zobaczyłem gniazda żółwi usypane piachem na których było napisane ile jaj znajduje się w każdym z nich. Działa to w ten sposób, że rybacy odkopują gniazda żółwi i sprzedają do wylęgarni gdzie są one spowrotem zakopywane. Po wylęgnięciu się młode przenoszone są do zbiornika z wodą morską gdzie są karmione aż do osiągnięcia konkretnego rozmiaru, który gwarantuje im większe bezpieczeństwo. Poza tym starsze żółwie są mniej narażone na pewne choroby. Potem przeszedłem do basenów gdzie pływały małe żółwie a następnie do większych gdzie pływały już dorosłe. Wszystkich mogłem dotknąć i nawet wziąć na ręce. Gdy były zbyt wielkie i ciężkie pomagał mi jeden chłopak a inny w tym czasie robił zdjęcia i nagrywał filmy. W wylęgarni tej oraz wszystkich innych było kilka gatunków żółwi morskich takich jak żółw zielony, karetta, oliwkowy czy szylkretowy lecz nikt nie miał skórzastego. Powiedziano mi, że ten gatunek wymagałby o wiele większego zbiornika i innej temperatury czego oni nie są w stanie zapewnić. Mieli młodego żółwia skórzastego lecz niestety nieżywego, w formalinie. Było pięknie a żółwie sprawiły mi wiele radości a ludzie byli bardzo pomocni.

Były też smutne momenty i jak zawsze chodziło tu o biedę. Jeden człowiek zaśpiewał mi piosenkę o tsunami i choć nie rozumiałem słów była to smutna piosenka. Podczas tsunami umarł jego ojciec. Inny mężczyzna miał synka chorego na padaczkę i nie leczył tego bo nie było jak. Szef wylęgarni zaproponował mi abym przyjechał tu z rodziną lecz chciał ode mnie 3500 rupii za pokój. Gdy powiedziałem mu wprost co myślę o cenie opuścił do 1500 rupii ale i tak cena była przynajmniej trzy razy droższa od normalnej. Widać, że byli zdesperowani na pieniądze bo gdy kupiłem pocztówkę, szef wylęgarni rzucił się na 15 rupii. Tak czy inaczej było to bardzo ciekawe miejsce i każdemu polecam. W drodze do Bentoty szedłem plażą i oprócz pięknych plenerów widziałem rybaków zwijających sieci i układających swój połów. Powiedzieli, że tego dnia złapali około 2500 ryb po 15kg każda. Widziałem też warana, który szybko uciekł oraz dzieci proszące o pieniądze, słodycze i długopisy. Za ostatnie pieniądze wróciłem do Aluthgama abym mógł wybrać pieniądze a na 5 minut przed miasteczkiem kierowca zrobił wszystkim przerwę na herbatę.

Moja podróż do Negombo

Będąc jeszcze w Bentota zaspałem na pociąg dlatego musiałem się dostać rykszą do Aluthgama gdzie wsiadłem do małego autobusu. Na początku było nawet miło gdyż jechałem wzdłuż oceanu lecz atmosfera popsuła się gdy kazali mi zapłacić za mój wielki plecak. Na przedmieściach Kolombo moja podróż trwała wieczność gdyż był korek a potem zobaczyłem znany mi już syf czyli dzielnice Fort i Pettah w Kolombo. Kupiłem tu nowe klapki za całe 200 rupii gdyż stare po prostu spadły mi ze stóp a następnie wsiadłem do miejskiego pociągu. Jechałem do Negombo czyli mojego ostatniego przystanku przed lotniskiem i cieszyłem się bo stąd było niedaleko. Jednak cieszyłem się zbyt wcześnie gdyż siedząc na twardych, plastikowych siedzeniach przejechałem 40km w całe 2h. Pociąg stawał we wszystkich małych dziurach, których nawet nie miałem na mapie lecz za to w drodze ludzie śpiewali a handlarze sprzedawali mango i ananasy. Porcja kosztowała 20 rupii lecz na mój widok cena wzrosła aż do 50-ciu dlatego po raz kolejny musiałem się zdenerwować i kupiłem i tak za 20 rupii. Tak jest ciągle i powoli zacząłem tracić humor. W końcu po dwóch godzinach dojechałem do Negombo choć przepchnięcie się przez tłum także zajęło mi kilka minut.

Negombo

Negombo jest moim ostatnim miejscem pobytu na Sri Lance. Celowo wybrałem to małe, rybackie miasteczko jako swoje ostatnie gdyż jest ono korzystnie położone od międzynarodowego lotniska w Katunayake. Transport na lotnisko zajmuje tu o wiele krócej niż z Kolombo i jest też o wiele tańszy. Negombo jest pierwszym lankijskim kurortem plażowym i z tego co zauważyłem nie jest on w stanie zaoferować tyle co inne urocze miasteczka na południu wyspy. Po wyjściu ze stacji wziąłem autorykszę i pojechałem na Lewis Place czyli na ulicę położoną nad samym oceanem gdzie znajduje się cała baza turystyczna. Chcieli mi tu wynająć pokój za 800 rupii za noc lecz udało mi się znaleźć za 400. Pierwszego dnia poszedłem popływać choć bardzo padał deszcz i był silny wiatr. Na początku było miło i fale unosiły mnie bardzo wysoko lecz musiałem zrezygnować gdy ocean zaczął mnie znosić na skały. Tego dnia robiło się już ciemno dlatego wieczorem pochodziłem tylko główną ulicą aby po raz ostatni nasycić się lankijską kuchnią i sztuką. Następnego dnia rano chciałem zwiedzić okolicę gdyż Negombo ma sporą wartość historyczną. Próbowałem to zrobić na rowerze jednak tutaj chcieli ze mnie zedrzeć bez litości dlatego zrobiłem to na piechotę. Warto wspomnieć, że w Negombo jest silnie zdominowane przez kościół katolicki i znajduje się tu największy procent katolików na Sri Lance. Jest tu także najwięcej kościołów katolickich i największy procent katolików. Gdy szedłem do centrum miasta, praktycznie co chwilę widziałem inny kościół. Jeden z większych to kościół św. Sebastiana choć kościół św. Marii wyglądał na starszy i miał ładne malowidła. W związku z powyższym Negombo jest czasem nazywane „małym Rzymem”. Po drodze przechodziłem także przez interesujący lokalny bazar gdzie można było kupić wszystkie niezbędne rzeczy za normalną cenę. Były to między innymi owoce, warzywa, przedmioty domowego użytku wykonane także z kokosa. Było to także dobre miejsce do obserwacji tego jakie Negombo jest dziś na prawdę. Kupiłem tu tradycyjne lankijskie słodycze, kilka mango i bananów oraz łyżkę wykonaną z kokosa. Usiadłem także w paskudnej knajpie gdzie zjadłem obrzydliwy posiłek w towarzystwie portowych biedaków. Następnie poszedłem zobaczyć fort holenderski lub raczej to co z niego pozostało. Nie był to wielki i imponujący fort taki jak wcześniej widziałem w Galle. Do dziś zachowała się tylko brama z widniejącym „1678” oraz mała wieża zegarowa a budynek wewnątrz fortu został przekształcony w więzienie.

Obok było także wymagające remontu boisko do krykieta oraz jezioro będące dziś portem dla łodzi rybackich. W pobliżu znajdował się interesujący bazar rybny gdzie na sprzedaż było wiele ciekawych gatunków ryb choć niestety przyszedłem w niedzielę i nie było takiego wyboru jaki jest w tygodniu. Szkoda bo jak powiedział jeden człowiek zdarza się, że wyławiają prawdziwe potwory które dla mnie byłyby bardzo interesujące. Stamtąd udałem się w kierunku centrum Negombo i przechodziłem między innymi przez port gdzie starałem się nawiązać kontakt z rybakami naprawiającymi sieci. Przechodziłem także przez kanały holenderskie, które w tej części Sri Lanki są bardzo rozległe a ich długość sięga 120 km. W Negombo widać spory wpływ kolonizacji holenderskiej gdyż oprócz holenderskich budynków i holenderskiego fortu, Holendrzy rozwinęli tu także swoją miłość do kanałów. Gdy byłem w centrum usiadłem w paru knajpach aby napić się kokosa a potem wróciłem na Lewis Place gdzie jeszcze raz chodziłem po ulicy pełnej sklepów ze sztuką i pamiątkami. Tego samego dnia wieczorem o 12 w nocy odjechałem zamówioną autorykszą na lotnisko. Po około 20 minutach jazdy wliczając w to kilka kontroli wojskowych dotarłem na miejsce. Tak się skończyła moja piękna podróż po Sri Lance.

Podsumowanie

Tak jak podejrzewałem Sri Lanka była piękna i warta każdej spędzonej tu chwili. Mam tu na myśli nie tylko plaże, palmy i turkusowy ocean ale także pola herbaciane, antyczne miasta i całą resztę składającą się na piękno tego kraju. Są też złe rzeczy takie jak transport, podbijanie cen dla turystów czy sama wojna domowa. W porównaniu np. z sąsiednimi Indiami jest trochę drożej i niestety rząd lankijski naciąga ceny turystyczne do maksimum co może sprawić niesmak w turystach do tego wspaniałego kraju. Dla mnie była to jednak przede wszystkim piękna, egzotyczna wyspa warta poznania. Spędziłem tu miesiąc i wydawało mi się, że to wystarczy jednak mógłbym tu zostać o wiele dłużej i na pewno poznałbym więcej i ciągle bawiłbym się wspaniale. Nie udało mi się np. zobaczyć parku narodowego Sinharaja oraz sierocińca dla słoni w Pinnewala i dlatego chciałbym tu jeszcze kiedyś wrócić i zobaczyć te dwa miejsca. Poczekam jednak aż wojna domowa się skończy i może nareszcie będzie prom z Indii na Sri Lankę. Byłoby to o wiele dogodniejsze i tańsze. Tak czy inaczej było pięknie.

Gdy wróciłem ze Sri Lanki, nastąpił przełom w tym kraju, w maju 2009 roku. Trwająca od 26 lat wojna domowa przeciwko rebeliantom (Tamilskie Tygrysy) nareszcie skończyła się. Znacznie lepiej wyposażona i liczniejsza armia lankijska zdobywała kolejne miasteczka na północy wyspy, aż rebelianci, których specjalizacją były zamachy bombowe poddali się. Ich przywódca został zabity, a nieliczne już Tygrysy złożyły broń. Powstały obozy uchodźców z północy, których rebelianci używali jako żywych tarcz w obronie przed armią. W wojnie tej zginęło około 75tys ludzi. Teraz już wiadomo, że Sri Lanka będzie jednolita a nie podzielona na dwa kraje.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY
Przewodnik po Bangkoku

11 czerwca 2012

Wycieczka do Hong Kongu 2006

17 czerwca 2007

Wyprawa do Bangladeszu 2007

28 października 2016

3 komentarze
  1. Odpowiedz

    ~Lili An

    12 listopada 2014

    Przeczytałam pobieżnie tę relacje (zbyt wiele mało istonych szczegółów) i już wiem, czemu to była samotna podróż. Podrózujący wydał mi sie mega sztywniakiem i kombinatorem, który pod pretekstem nie dawania się ograbiać, sam ograbiał, bo wchodził za darmo do różnych obiektów. I ta duma (chyba), że wszyscy już byli nim zmęczeni, kiedy się wykłócał o bilet. Na prawdę z niesmakiem się to czytało. Chciałam zdobyc kilka cennych rad przed podróżą na Sri Lankę, te stronę znalazłam przypadkowo, ale niewiele można wyłowić w natłoku historii o ograbianiu białych

  2. Odpowiedz

    ~Piotr Q.

    12 września 2015

    Do Lili An – a co byś powiedziała, jakby w np. Londynie za wejście do muzeum kazali zamiast 20 funtów jak płaci Anglik zapłacić powiedzmy 100 funtów. Zwiedzałabyś czy byłabyś zgorszona. Bardzo jestem ciekaw.

  3. Marcin Malik
    Odpowiedz

    Marcin Malik

    12 września 2016

    @ Piotr Q

    Niestety w Londynie ciężko jest spotkać Anglika. Prawdopodobieństwo spotkania Anglika w „jego” stolicy wynosi około 4 na 10. Ponadto ciapaki nawet jeśli zapłaciliby za wstęp to i tak mają z zasiłków. Smutne prawda?

ZOSTAW KOMENTARZ

 dostępnych znaków

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan