Marcin Malik
Wilcza Nora

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Rejestracja
Dzięki rejestracji otrzymasz możliwość komentowania oraz otrzymywania powiadomień o nowych wpisach na stronie. Aby się zarejestrować kliknij w ten link
Wyszukiwanie
Polityka prawdy
Wycieczki do Azji
Polub nas na facebooku
Miejsce na reklamę
Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i zawsze doceniałem piękno oraz wartości naszej wspaniałej, Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Prognoza pogody
Relacje z Wypraw

Wyprawa do Tybetu 2006

Napisał: Marcin Malik

Relacja z wyprawy do Tybetu 2006

Przebieg podróży: Lhasa-Wyprawa „autostradą przyjaźni” do Nepalu (Yamdrok-tso, Gyantse, Shigatse, Sakya, Shegar, Rongbuk, Mont Everest, Tingri, Zhangmu i przejście do Nepalu).

Święte miasto Lhasa-moje pierwsze wrażenia

Moja wyprawa do Tybetu zaczęła się gdy doleciałem na lotnisko Gongkar po dwóch godzinach lotu z Chengdu, w prowincji Syczuan. Gdy wreszcie wysiedliśmy z samolotu, poczułem, że zaczyna się moja kolejna wielka przygoda gdyż byłem w tak specjalnym, mistycznym miejscu-w Tybecie. Z lotniska wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do oddalonej o 95km stolicy Tybetu, Lhasa. Po drodze były oczywiście góry oraz pięknie rzeźbione rzeki a jedynymi rzeczami, które zepsuły nam widok były chińskie bazy wojskowe przed miastem. Po dotarciu na miejsce od razu było widać jak bardzo Tybet różni się od Chin. Pierwszą rzeczą, którą zobaczyliśmy w mieście, był piękny pałac Potala. Zbudowany na górze, pięknie rozciągał się nad Lhasa. Jest to symbol Tybetu oraz największy skarb narodowy, lecz o tym potem. Dojechaliśmy w miejsce przez nas wskazane i zamieszkaliśmy w centrum, w podwójnym lecz znowu bardzo tanim i w pełni wyposażonym pokoju. Mam tu na myśli to, że były dwa łóżka, nie wiało przez ściany i był prąd. Niestety nie było gorącej wody i musiałem myć się w bardzo zimnej co przy tybetańskim klimacie jest dość ciężkie. Najtrudniej przeżywała to moja towarzyszka podróży, która przez cały pobyt tutaj nie mogła się dobrze umyć. Czuliśmy się dobrze, choć spodziewaliśmy się że będziemy mieć chorobę wysokościową gdyż Lhasa leży na wysokości 3700m npm. Z opowiadań innych podróżników wiem, że mieli wielkie bóle głowy, problemy z oddychaniem oraz przede wszystkim uczucie upicia się. Zwłaszcza przy wchodzeniu po schodach. Niektórzy nie mogli nawet wcelować kluczem do zamka. Po paru godzinach w tym pięknym lecz bardzo wysoko położonym mieście obydwoje poczuliśmy, że coś się jednak zaczęło z nami dziać. Mieliśmy lekki ból głowy oraz ciężko oddychaliśmy. Jak później się okazało, przeszło nam po dwóch dniach, zwłaszcza, że dostaliśmy potem od znajomych tabletki przeciwko chorobie wysokościowej. Pomimo to postanowiliśmy wyjść na zewnątrz gdyż ciekawość wzięła górę. Od pierwszego momentu podobało nam się, ludzie byli mili i bardzo inni niż do tej pory. Tybetańczycy są inni niż Chińczycy, inaczej wyglądają, mają inny kolor skóry, inne fryzury i ubrania. Także religia jest tu bardzo ważna a obrzędy są praktykowane powszechnie na ulicach przed świątyniami. Wielu Tybetańczyków nosi długie włosy, niektórzy nie obcinają ich tylko plotą warkocze dookoła głowy i noszą swoje pstrokate, ciepłe stroje.

Jeśli chodzi o ich modły to kładą się na ulicy aby zaraz podnieść się ze złożonymi rękami i położyć się znowu, mówiąc przy tym do siebie „o mane padme ho”. Oczywiście nie jest to opis każdego Tybetańczyka. Wielu jest nowoczesnych i mówi po angielsku znacznie częściej niż Chińczycy. W Lhasa populacja jest podzielona, jest połowę Chińczyków i połowę Tybetańczyków. Samo miasto jest małe i brudne, choć w sklepach niczego nie brakuje, są małe sklepy z tybetańskim jedzeniem oraz duże, bardzo dobrze zaopatrzone markety. Są także drogie sklepy gdzie można kupić towary i ubrania luksusowe, co jest wielkim paradoksem gdyż ogólnie społeczność tybetańska jest bardzo uboga. Jest tutaj bardzo dużo żebraków oraz bezdomnych, brudnych i głodnych dzieci, które proszą o najmarniejsze grosze aby po prostu przeżyć. Rozmieniłem pieniądze na najdrobniejsze banknoty i każdemu daję ile mogę choć daję też czasem jedzenie. Raz na przykład, gdy jadłem, przyszedł do mnie bardzo brudny, około 10 letni chłopiec, trzymając w ręku drewnianą gitarę własnej roboty. Zaprosiłem go do stołu i po prostu nakarmiłem a także dałem pieniądze. Nie ma jednak znaczenia ile dam i ile razy ich nakarmię gdyż jest to ciągle za mało. (Przede mną Indie, które słyną ze skrajnej nędzy). Są tu też ludzie (także dzieci), którzy na ulicach sprzedają koraliki i gdy już wezmę coś do ręki nie chcą tego spowrotem. Zachowują się tak jakby ich przeżycie zależało od sprzedanych koralików-i pewnie zależy. Bardzo częstym widokiem są też dzieci, które czyszczą buty. Średnia klasa ludzi to ci, którzy żyją bardzo skromnie czyli stać ich na mieszkanie i jedzenie. Są też bardzo bogaci (najczęściej Chińczycy), ale ci są nieliczni. Jestem w Tybecie od trzech dni i uważam, że ludzie tu są bardzo otwarci i przyjacielscy lecz do wszystkiego są potrzebne pieniądze, których tu nie ma. Na ulicy mogę kupić pieczone ziemniaki, frytki, owoce, miskę zupy i każda taka transakcja, rozmowa z modlącymi się lub kontakt z żebrakami jest dla mnie czymś bardzo specyficznym. We wszystkich tych ludziach jest coś, czego nie widziałem do tej pory. Czuję że jestem w kompletnie innym świecie gdzie moja europejska kultura jest obca. Uważam, że trochę z wyglądu oraz sposobu ubierania się Tybetańczycy są podobni do Mongołów lecz będąc w obydwu tych krajach potrafię ich rozróżnić.

Bardzo dobrze w Lhasa jest rozwinięta turystyka. Jest tu sporo restauracji oraz hoteli. Można tu spotkać Tybetańczyków, którzy mówią po angielsku, używają komputerów i sprzedają swoje pamiątki. Kilka razy też widziałem mnichów, którzy rozmawiali przez telefon komórkowy. Nawet ci, którzy żebrali. Myślę, że w porównaniu z Chinami jest to jeszcze większy kraj paradoksu gdzie często nędza styka się z rzadkim bogactwem choć wszystko jest przecież na wyciągnięcie ręki.

Pałac Potala-najświętszy symbol Tybetu

Tego samego dnia chcieliśmy wejść do pałacu Potala, lecz okazało się, że wszystkie bilety były wyprzedane na kilka kolejnych dni. Poznałem jednak panią z biura wydawania biletów, z którą umówiłem się na następny dzień o określonej godzinie. Powiedziała, że załatwi bilety. W drodze na główny plac w Lhasa, po przebiciu się przez sprzedawców, poznaliśmy parę Amerykanów, z którymi trzymaliśmy się przez następne dwa dni. Rozmawialiśmy o wielu sprawach politycznych-zwłaszcza o Tybecie, poszliśmy na obiad, a potem im też załatwiłem bilety do Potala, z czego byli bardzo zadowoleni. Agencje turystyczne rezerwują te bilety kilka dni wcześniej za dodatkową opłatą lecz nam oraz Amerykanom załatwiłem po kosztach. Pałac Potala jest najważniejszą budowlą religijną w Tybecie. Jest on wizytówką i symbolem Tybetu, do którego przyjeżdżają miliony pielgrzymów każdego roku. Jest on pięknie osadzony na górze w centralnej części miasta, gdzie zawsze jest dużo sprzedawców koralików oraz modlących się na ulicy, w sposób wcześniej opisany. Pałac Potala został zbudowany w VII wieku a w XVII został rozbudowany do dzisiejszych rozmiarów. Jest to święte miejsce Tybetu składające się z 13 pięter i tysięcy dużych kaplic, niegdyś siedziba wszystkich Dalaj Lamów. Po wejściu do środka zobaczyłem wielu buddyjskich pielgrzymów, którzy gorąco modlili się i oddawali hołd Buddzie. Wszyscy byli bardzo przejęci i modlili się bez przerwy. Miałem wrażenie, że żyją dla swojej religii. Wrzucali pieniądze do środka, przynosili różne dary i kładli je przy ołtarzach i posągach. Przynosili także masło wyrabiane z mleka jaków i mieszali je a potem wbijali w nie świece. Każdy człowiek jak najszybciej chciał się dostać do następnej kaplicy aby pomodlić się lecz był popychany przez następnego. Widziałem kobiety, które wnosiły dzieci na plecach oraz starych ludzi, którzy nie mogli już chodzić. Było to doświadczenie mojego życia, którego nie doznałem nigdy wcześniej. Wszystkie obrzędy, przejęcie wiernych, przynoszenie darów, rodzaj modlitwy wymawianej na głos, także zapach, przyciemniona atmosfera w kaplicach oraz kadzidła, wydawały się wprowadzać ludzi w trans. Było jednak coś jeszcze. Chińska policja na każdym kroku, która pilnowała porządku jak oficerowie NKWD.

Widziałem też jak zabierali wszystkie pieniądze, które ludzie wrzucali do kaplic. Wychodząc z Potala zapytałem jednego przewodnika (Tybetańczyka) co się dzieje z tymi pieniędzmi. On uśmiechnął się, spuścił głowę i powiedział, że nie może odpowiadać na takie pytania. Myślę, że milczenie jest najlepszą odpowiedzią. Amerykanie spytali go dlaczego chińska policja tak często je. Tybetańczyk powiedział bardzo ironicznie, że oni tak ciężko tu pracują, że muszą jeść cały czas. Więcej nie mógł powiedzieć, bał się. Pałac był piękny, niezwykły a także wszystko w środku lecz jest to też bardzo tragiczne miejsce. Spośród około tysiąca pokoi niewiele jest dostępnych dla turystów. Schodząc z Potala zrobiłem wiele zdjęć najciekawszym twarzom. Starałem się także robić zdjęcia z zaskoczenia, co zawsze daje najlepszy efekt. W drodze na dół spotkałem tybetańską rodzinę, która pozwoliła mi ze sobą zrobić zdjęcie. Potem jeden z nich podszedł do mnie, złożył ręce i powiedział kilka razy-Dalaj Lama. Następnie dotknął ręką serca i znowu powtórzył to samo. Myślałem, że może chce pieniądze, ale nie wziął. Jedna kobieta mi opowiadała, że raz zgubiła tu portfel z pieniędzmi a gdy Tybetańczyk znalazł go i oddał jej, także nie chciał żadnych pieniędzy w nagrodę. Oczywiście są to miłe przypadki, które nie są regułą. Przez resztę dnia chodziliśmy po mieście robiąc zdjęcia, rozmawiając z ludźmi i ciesząc się otoczeniem oraz samą obecnością w tym niezwykłym lecz tragicznym miejscu.

Barkhor i Jokhang

Następnego dnia poszliśmy do dwóch najważniejszych świątyń po Potala. Były to świątynie Barkhor i Jokhang, które znajdowały się zaraz koło naszego hotelu. Barkhor to rodzaj okrągłego miejsca do modlenia się, które składa się z wielu „walców”do okręcania, będącymi tradycją buddyjską. Do przejścia jest cały krąg, podczas którego ludzie modlą się, jednocześnie je okręcając. Przed Barkhor są dziesiątki wiernych, którzy modlą się przed świątynią, kładąc się na ziemi ze złożonymi rękami. Jest także wielki plac Barkhor, gdzie znajduje się wielki bazar z pamiątkami. Tutaj właśnie zachwyciłem się tybetańską sztuką i kupiłem o wiele więcej pamiątek niż normalnie. Sprzedawcy nie są natrętni lecz bardzo gościnni i bardzo chcą zrobić interes. Wiele pamiątek jest tu zrobionych z kości jaków, których mięso jest tu podstawą. Wyroby z tego materiału są piękne: Buddy, noże, szkatułki, buteleczki na perfumy, ręcznie robione dywany z pałacem Potala i wiele innych. Wszystko jest pięknie rzeźbione a część rzeczy także ładnie pachnie, gdyż jest wysmarowanych olejem lub jaczym masłem. Kupiłem wszystkie rzeczy z wyżej wymienionej listy i myślę, że mój pokój będzie teraz wyglądał jak muzeum. Jest tu też dużo barów i restauracji, gdzie miałem okazję spróbować prawdziwej kuchni tybetańskiej, nepalskiej i indyjskiej. Wszystko jest pyszne lecz nie ma tu takich przysmaków jak w Chinach; mam tu na myśli na przykład wędzonego szczura nabitego na patyk.

Odwiedziłem także wyżej wspomnianą świątynie Jokhang, która jest nazywana złotymi dachami Lhasy i ma aż 1300 lat. Tak samo jak Potala jest jednym z najświętszych świątyń Tybetu i zgromadzone są w niej najcenniejsze zabytki sztuki tybetańskiej. Niestety część zabytków została zniszczona podczas „Rewolucji Kulturowej” i zastąpiona duplikatami. Mając na myśli Rewolucję Kulturową mówię o zajęciu Tybetu przez Chiny i o ofiarach w ludziach. Świątynia ta gromadzi wiele kaplic a każda jest wypełniona różnymi obliczami Buddy oraz ludźmi, którzy chodzą w kręgu. Najlepszym sposobem poruszania się po tej świątyni jest chodzenie w dużej kolejce, która szybko porusza się do przodu. Tutaj nie było już tak dużo chińskiego wojska jak w Potala, co było wielką ulgą gdyż mogłem zrobić więcej zdjęć. Najciekawszym według mnie miejscem w całej świątyni był dach, złocony oraz pełen wspaniałych rzeźb w kształcie zwierząt i głów smoków na zakończeniach dachów. Był stąd także piękny widok na ośnieżone góry oraz na Pałac Potala.

Bez wątpienia świątynia Jokhang jest bardzo szczególnym miejscem pod względem kulturowym i architektonicznym oraz nie jest tragiczna jak Pałac Potala ze względu na brak chińskiej policji.

Spotkanie z mnichem

Tego samego wieczoru spotkałem moich Amerykanów, którzy zaprosili nas na kolację. Tym bardziej było to interesujące gdyż na spotkaniu tym miał być tybetański mnich, który za zamkniętymi drzwiami opowiadał o Tybecie, o swojej religii oraz odpowiadał na nasze pytania. Jak potem powiedział robił to po to aby przekazać turystom choć trochę swojej kultury i historii oraz uczulić ich na sprawę niepodległości Tybetu oraz chińskich represjach. Spotkanie to było dopełnieniem tego o czym czytałem i miałem okazję się dowiedzieć wcześniej. Mnich powiedział, że gdy będzie olimpiada w 2008 roku w Pekinie, Tybetańczycy postarają się zabrać publicznie głos aby wzbudzić współczucie oraz chęć pomocy w innych narodach. Jeśli to nie pomoże dobrą okazją będzie, gdy Dalaj Lama umrze, gdyż śmierć tak znanej osobistości może spowodować rewolucję w Tybecie oraz pomoc zachodu. Opowiadał bardzo dużo o tym, że nie można tu wymawiać imienia Dalaj Lamy oraz nosić jego zdjęć, gdyż za to trafia się do więzienia a rodzina „winowajcy” jest prześladowana. Powiedział, że jakiś czas temu jeden mnich na placu Barkhor krzyczał „uwolnić Tybet”, lecz następnego dnia przepadł i nikt nie wie co się z nim stało. Jest tu także chiński program w telewizji, który jest czystą propagandą i powiedział aby go nie oglądać. Szkolnictwo w Tybecie jest podzielone gdyż są szkoły chińskie, w której jest zabronione rozmawiać po tybetańsku. Są także szkoły tybetańskie, gdzie rozmawia się po tybetańsku i uczy religii oraz historii, lecz po tych szkołach nikt nie może dostać pracy gdyż chiński rząd na to nie zezwala. Jedyną możliwością dostania pracy jest skończenie szkoły chińskiej. Potem rozmawialiśmy o religii. Powiedział, że on chce się uczyć o wielu religiach aby lepiej zrozumieć swoją. Także musi dobrze mówić po angielsku aby móc w ogóle zacząć się uczyć. Powiedział, że bardzo ważną rzeczą w jego religii jest „karma”, czyli jeśli robisz dobre lub złe rzeczy, wcześniej czy później one do ciebie wrócą. Zwrócił tu uwagę na posąg „głodnego ducha” w świątyniach. Jest to posąg człowieka z bardzo dużym brzuchem i bardzo wąskim gardłem. Oznacza to, że człowiek ten jest wiecznie głodny ( stąd wielki brzuch), lecz ma zbyt wąskie gardło aby móc cokolwiek przełknąć. Jeśli więc czynisz zło, w przyszłym życiu możesz być właśnie „głodnym duchem”.

Mówił o tym aby czyniąc dobro nie oczekiwać niczego w zamian i aby dawać ubogim choć odrobinę czegokolwiek, jeśli mamy. Powiedziałem, że zawód żebraka jest tu bardzo opłacalny gdyż wszyscy są buddystami i boją się co stanie się w następnym wcieleniu jeśli nie dadzą choć paru groszy. Mnich śmiał się lecz przyznał mi rację. Powiedziałem, że ja nie jestem zbyt religijny i nie zgadzam się z każdym przyjętym prawem ale zawsze staram się robić dobrze, pomagać innym i sobie, być dobrym dla ludzi i zwierząt oraz dla środowiska. Mnich odparł, że samo postępowanie w ten sposób już jest religią. Potem powiedział, że (wg jego religii) jeśli jestem niedobrym człowiekiem to w przyszłym życiu mogę być na przykład wężem. Powiedziałem, że w przyszłym życiu chciałbym być wężem, gdyż trzymam je w domu i są moimi ulubionymi zwierzętami. Mnich odparł, że wszystko zależy od mojego nastawienia. Jeśli kocham węże i jestem dobry dla ludzi i dla siebie oraz wszystkiego co mnie otacza, to bardzo prawdopodobne, że w przyszłym życiu będę wężem. Potem zmieniliśmy temat i zapytałem o społeczeństwo w Tybecie. Zapytałem jak to się dzieje, że społeczeństwo jest biedne ale kilku Tybetańczyków jest bardzo bogatych. Mnich powiedział, że to są ludzie, którzy są szpiegami lub mają powiązania z chińskim rządem i dostają od niego pieniądze. Powiedział, że jest też jeden tybetański piosenkarz, który śpiewa propagandowe piosenki i też jest bardzo bogaty. Mnich mówił także o sposobie postrzegania innych ludzi, zwłaszcza tych, którzy kulturowo są dla nas inni. Nigdy nie wiemy jak oni postrzegają nas i jakimi priorytetami się oni kierują. Spytałem jak to będzie gdy Dalaj Lama umrze i kto będzie jego następcą. Powiedział, że przed śmiercią Dalaj Lama wybierze małego chłopca, który będzie uczony na jego następcę, lecz wtedy możliwe, że nikt nie będzie wiedział kim on jest. Były to z grubsza najważniejsze tematy omawiane tego wieczora. Było to bardzo pouczające spotkanie, w bardzo miłym miejscu oraz przy bardo dobrej tybetańskiej kolacji. Dużo się nauczyłem i cieszę się, że moje życie właśnie tak wygląda. Dlatego, że mogę przemierzać świat i zdobywać wiedzę z „pierwszej ręki”.

Lhasa-ciąg dalszy

Miałem także wiele innych styczności z Tybetańczykami. Jeden ostrzegał mnie przed mówieniem lub noszeniem zakazanego zdjęcia. Drugi człowiek, od którego kupowałem pieczone ziemniaki na ulicy, zaprosił do domu mnie i Monikę i dał zdjęcie Dalaj Lamy za które nie chciał pieniędzy. Także ostrzegł aby być ostrożnym, gdyż zwłaszcza dla Tybetańczyków są za to wymierzane surowe kary.

Będąc przez jakiś czas z tymi myślami, spacerowaliśmy po Lhasa, jeszcze raz zobaczyliśmy Pałac Potala oraz oglądaliśmy wyroby lokalnych rzemieślników. Cały czas mając na myśli nasze doświadczenia tutaj, rozmowę z mnichem, świątynie i napotkanych ludzi oraz niewątpliwy szok kulturowy, pamiętaliśmy jednak, że nasz pobyt w Tybecie nie ogranicza się tylko do jednego miasta. Moim celem było zobaczenie najciekawszych osad oraz świątyń w drodze do Nepalu oraz pojechanie na obóz pod Mont Everest na wysokości 5200m npm. Mając jednak na uwadze dość wysoką cenę za wynajęcie jeepa z kierowcą, musiałem znaleźć jeszcze dwoje ludzi, którzy podzieliliby z nami koszty. We wszystkich hotelach w Lhasa były ogłoszenia na organizowane wyprawy. Wielu ludzi szukało osób na wyprawy rożnego rodzaju, jednak dużo ogłoszeń było starych a skontaktowanie się z tymi osobami zajęłoby dużo czasu. Postanowiłem więc przyśpieszyć ten proces i za którymś razem zaczepiłem na ulicy Irlandczyka i jego dziewczynę z Korei. Jak potem okazało się, znali mnie z opowiadań Amerykanów, którzy opowiedzieli im o parze z Polski oraz o Marcinie, który zawsze kupuje wszystko z dużą zniżką i który załatwił im bilety do Potala bez rezerwacji. Z takimi referencjami dogadaliśmy się co do pieniędzy i rodzaju samochodu, po czym wzięliśmy lepszy ogrzewany jeep-ze względu na kobiety. Agencja załatwiła nam ogólne pozwolenia na podróżowanie po Tybecie oraz na nasze specjalne życzenia czyli dodatkowe pozwolenie w jedno bardzo rzadko odwiedzane przez turystów miejsce. Cała wyprawa miała zabrać około tygodnia jeśli pogoda oraz wszystkie inne nieprzewidziane rzeczy na to pozwolą. Możemy też za dodatkową opłatą zostać dłużej w którymś z miejsc. Myślę, że zwłaszcza dla Moniki będzie to zupełnie coś nowego ale wierzę, że będzie dzielna. Przypomina mi to moją piękną i dziką wyprawę przez pustynię Gobi w Mongolii, choć jestem pewien że Tybet będzie jedyny w swym rodzaju. Nareszcie zobaczę świątynie i naturę wewnątrz Tybetu, zetknę się z nowymi ludźmi i zobaczę tak długo oczekiwany Everest!!!

W drodze przez Tybet-z Lhasa do Nepalu

(W tym reportażu: jezioro Yamdrok-tso, Gyantse, Shigatse, Sakya, Shegar, Rongbuk, Mont Everest, Tingri, Zhangmu.)

Jezioro Yamdrok-tso i tybetański sposób ocieplania domów

Następnego dnia rano kierowca odebrał nas swoim wspaniałym jeepem spod hotelu. Zapakowaliśmy bagaże, odebraliśmy jeszcze wcześniej wspomnianą parę i ruszyliśmy w drogę. Przy wyjeździe z Lhasa cieszyliśmy się, że zaczyna się nowa, wspaniała przygoda lecz było mi też trochę przykro, że opuszczam tak wyjątkowe miejsce. Wyjeżdżając, ostatni raz spojrzałem na Pałac Potala a potem czekała nas nowa przygoda. Moim planem było dojechanie do granicy z Nepalem, sławną „autostradą przyjaźni”, zatrzymując się po drodze w najbardziej interesujących miejscach. Trasa ma 920km i prowadzi przez najbardziej spektakularne części Himalajów płaskowyżu tybetańskiego. Najwyższy punkt mojej wyprawy miał 5220m npm i znajdował się w Gyatso-la-pass choć planuję być wyżej w drodze na Mont Everest (8848m pm).

Nasza droga wiodła przez góry na wysokości ponad 5000m npm gdzie mogliśmy obserwować himalajskie szczyty oraz rzeki i doliny. Co jakiś czas byliśmy zatrzymywani przez stada owiec i jaki, które wolno przechodziły przez jezdnię. Po dwóch godzinach jazdy dotarliśmy na Kamba-la pass (4794m npm) z którego mieliśmy piękny widok na krystalicznie czyste, turkusowe jezioro Yamdrok-tso (4488m npm), leżące poniżej w dolinie. Jak mogliśmy przewidzieć na miejscu było dużo ludzi z przyozdobionymi jakami, którzy namawiali nas na zdjęcia za drobną opłatą. Zrobiłem mnóstwo zdjęć za bardzo symboliczną kwotę. Fotografowałem jaki z ludźmi na tle pięknego jeziora oraz Himalajów a Monika zrobiła mi jeszcze zdjęcia gdy dosiadłem jaka. Po nacieszeniu się zwierzętami, jeden człowiek gonił nas gdyż podobno zapłaciliśmy za mało. Zapłaciłem ile było trzeba ale ludzie ci byli tak biedni, że gdy trafił się turysta chcieli wykorzystać to do maksimum. Na górze tej był silny wiatr i było bardzo zimno a gdy zjechaliśmy na wysokość około 3700m npm zrobiło się ciepło i świeciło słońce. Dotychczas przez cały czas w Tybecie pogoda była bardzo zmienna. Ciepło jest tylko wtedy gdy świeci słońce, lecz potem temperatura gwałtownie spada, przede wszystkim zależnie od wysokości. Piękno Tybetu tak bardzo nas urzekło, że zatrzymywaliśmy się dość często aby podziwiać szczyty Himalajów, pobawić się na wydmach piaskowych i pooddychać czystym powietrzem.

Jadąc do naszego kolejnego celu oprócz wspaniałej przyrody mogliśmy oglądać zwyczajne tybetańskie wsie. Jest tu jeszcze biedniej niż w Lhasa choć wydawałoby się, że biedniej już nie można. Gdy jechałem swoim jeepem, mogłem obserwować ludzi żyjących w bardzo biednych domkach, biednie ubranych, pasących jaki i owce oraz orzących pola za pomocą ręcznych pługów. Myślę, że największymi ofiarami są tutaj dzieci, zawsze wyciągające ręce z wielkim uśmiechem, za każdym razem gdy nas zobaczyły. Spotkałem się też tutaj z nowym sposobem ocieplania domów. Wielokrotnie było widać, że mury oraz płoty były oblepiane odchodami zwierząt wymieszanych ze słomą. Wyglądało to dość dziwnie gdy na białych lecz brudnych murach osadzone były gówniane placki. Uważam, że biorąc pod uwagę tutejszy klimat jest to bardzo praktyczny i ekologiczny choć śmierdzący pomysł.

Gyantse

Po paru godzinach jazdy dotarliśmy do małej wsi Gyantse aby zobaczyć lokalną monasterę Pelkhor Chode. Gyantse jest małą wioską, wartą wizyty nie tyko dla samej monastery ale dlatego, że tutaj w dużym stopniu zachowała się kultura tybetańska nie naruszona przez Chiny. Wszyscy przeżyliśmy szok po wyjściu z samochodu gdyż dzieci były tak głodne, że wyrywały nam banany i czekoladki z rąk. Miałem w ręku kamerę i pieniądze lecz one chciały jeść. Wyrwały kilka owoców i prosiły o coś jeszcze. Gdy już zdołałem zgubić głodny tłum, jeden chłopiec złapał moją rękę, przytulił się do niej i nie chciał puścić choć jego ojciec na piwo miał. Było to tragiczne doświadczenie i chciałem im jakoś pomóc choć nie mogłem zmienić ich życia na lepsze. Po wejściu do monastery, zobaczyłem, że była bardzo brudna i zaniedbana. Przy wejściu znajdowały się modlitewne walce z tybetańskim alfabetem a sam dach świątyni miał kształt złotego dzwona z oczami Buddy. W środku nie było można robić zdjęć lecz przy zdecydowanym sprzeciwie mnichów i tak zrobiłem. Wiele rzeźb było pięknych i każda reprezentowała inną postać. Monastera Pelkhor Chode została zbudowana na początku XV wieku i składała się ze 108 pokoi modlitewnych a w każdym był posąg innego świętego. Na całym terenie stało kilka budynków zbudowanych w typowy tybetański sposób z charakterystyczną, grubą oprawą okien. Widziałem jednak, że coś się tu nie zgadzało gdyż mnisi wyglądali na bardzo dobrze odżywionych, pod każdą figurką boga były porozrzucane pieniądze a dzieci na zewnątrz głodowały. Zdecydowałem się na ruch, który był trochę ryzykowny gdyż ja nie jestem religijny i nie zawsze przestrzegam prawo. Robię to co mi dyktuje sumienie i co jest właściwe w danym momencie. Po prostu ukradłem pieniądze, które były przy figurkach a potem nakarmiłem wszystkie dzieci, które spotkałem. Przez świadków byłem odebrany jako wielki dobroczyńca gdyż nikt nie robi tu takich rzeczy. Gdybym nie ukradł tych pieniędzy, dzieci byłyby nadal głodne a pieniądze byłyby i tak ukradzione ale przez skorumpowaną, chińską policję co jeszcze bardziej pogrąża Tybet w nędzy.

Gyantse było szokujące i tutaj widać było jak wielką krzywdę Chiny wyrządziły narodowi tybetańskiemu. Choć monastera była piękna, tak naprawdę w pamięci pozostaje przede wszystkim bieda i głodne dzieci.

Shigatse

Naszym następnym celem było oddalone o około dwie godziny drogi Shigatse, gdzie mieliśmy spędzić następne dwie noce. Shigatse to drugie największe miasto po Lhasa, które zawsze konkurowało z Lhasa o pierwszeństwo w Tybecie. Tu na szczęście dzieci nie rzuciły się na nas ale było późno gdy dojechaliśmy więc to może dlatego. Zamieszkaliśmy w bardzo dobrym hotelu, w którym mogliśmy nawet wziąć gorący prysznic. Główną atrakcją Shigatse jest trzecia co do wielkości oraz pierwszeństwa w Tybecie, wielka monastera z XVw zwana Tashilhunpo. Wiele świątyń tybetańskich już widziałem i wszystkie są oparte na tych samych wierzeniach oraz takiej samej architekturze. Tutaj też ludzie chodzili w kółko modląc się, przynosili dary oraz rzucali pieniądze pod nogi Buddy. Tak samo jak gdzie indziej kładli się na podłodze aby się pomodlić. Sama monastera była raczej zaniedbana lecz oczywiście miała swoją piękną, buddyjską atmosferę i mieściła się u podnóży góry. Monastera Tashilhunpo była zawsze główną siedzibą jednego z wyższych dostojników-Panchen Lamy i mieszka w niej około 600 mnichów choć kiedyś mieszkało aż 4000. Jednymi z największych atrakcji tego miejsca jest 27 metrowy Budda i wielki grobowiec zawierający 85kg złota i bogactwo klejnotów. Mnie jednak najbardziej podobało się samo miasteczko i ludzie, których tam spotkałem oraz położenie monastery w górach. Z wyższych partii świątyni widać było całe Shigatse. Nawet po zobaczeniu Potala i Jokhang w Lhasie, także ta świątynia była bardzo szczególna. Choć architektura jest bardzo specyficzna i choć miło mi było dowiedzieć się czegoś więcej o buddyzmie, to przede wszystkim jestem tutaj dla tych ludzi. Obserwuję w jaki sposób zachowują się w świątyniach i uważam, że niestety ludzka głupota nie zna granic. Budowane są wielkie świątynie w imię figurki Buddy pomalowanej na złoty kolor, gdzie rzucane są pieniądze, podczas gdy dzieci oraz ich rodzice na zewnątrz są głodni i brudni. Żyją w skrajnej nędzy na ulicy i na pewno też część pieniędzy, które dostaną także wrzucają do świątyni, które potem zabiera chiński rząd. Ktoś kiedyś dobrze powiedział, że sprytne i mądre bywają pojedyncze osoby, natomiast masami można kierować jak stadem owiec. Właśnie religia jest tym złotym środkiem, który pozwala rządowi chińskiemu na robienie z ludźmi czego chcą. Zabawne jest, że ludziom tak niewiele potrzeba do życia, i że są tak bardzo naiwni. Wystarczy, że wystrugają sobie figurki aby się do nich modlić i nawet kładą się na ulicy. Nie jestem pewien, czy oni to tak na prawdę rozumieją czy tylko naśladują siebie nawzajem. Choć interesująca jest kultura Tybetu, uważam, że tu przede wszystkim potrzebna jest edukacja i oczywiście niepodległość.

Przez cały czas robiłem zdjęcia, częściej ludziom niż ludzkości wielu biednych, którzy zawsze czegoś chcieli, zawsze wyciągali ręce po pieniądze lub jedzenie. Zrobiłem więc zakupy i dawałem przede wszystkim dzieciom owoce, ciastka oraz słodycze. Starałem się nie dawać pieniędzy gdyż nie chciałem aby trafiły do świątyni. Ludzie byli oczywiście niepowtarzalni a zdjęcia i filmy mogą być dla niektórych szokujące. Zauważyłem też, że czerpałem wielką przyjemność z dawania, lecz niezależnie od tego ile dałem, nie mogłem zmienić ich życia na lepsze. Bardzo ciekawy był też bazar przed monasterą gdzie można było kupić pamiątki tybetańskie lecz dla mnie znowu ciekawsi byli sami ludzie i to w jaki sposób zachowywali się.

Wieczorem poszliśmy do tradycyjnej, tybetańskiej restauracji gdzie zjadłem zupę z mięsem z jaka. Ludzie dookoła byli nami zainteresowani i widać było, że nasze ruchy i gesty oraz sama nasza obecność były dla nich przeżyciem. Gdy idziemy ulicą często słyszymy głośne „hello” a my za każdym razem odpowiadamy. My także szukamy kontaktu, także po to aby robić zdjęcia. Ludzie są nastawieni zawsze bardzo pokojowo lecz nie zawsze chcą być fotografowani. Z drugiej jednak strony bardzo cieszą się gdy pokazuję im jak wyszli na zdjęciach. Dzień minął mi na dawaniu słodyczy bezdomnym dzieciom, targowaniu się o pamiątki dla samego kontaktu z ludźmi i na robieniu zdjęć. Byłem też w małej jadłodajni gdzie tybetańska para przygotowała dla mnie wyrabiane w domu pierożki. Za każdym razem było bardzo miło choć nikt nie mówił po angielsku. Cieszyłem się otoczeniem i towarzystwem tych ludzi bez względu na warunki i otaczającą mnie biedę.

W Shigatse dowiedziałem się też czegoś ważnego o mnichach. Otóż każdy musi być zatwierdzony przez chiński rząd i każdy jest potencjalnym informatorem. Myślę, że wygląda to w taki sposób, że jeśli ktoś nie chce być głodny i mieć dach nad głową to najlepszym sposobem jest wstąpienie do klasztoru. Także wszystkie ceny biletów do świątyń są regulowane przez rząd. Drugi po Dalaj Lamie najwyższy dostojnik buddyjski także jest zatwierdzony przez rząd i dlatego jego obraz jest w każdym miejscu. Tyle tylko, że na każdym zdjęciu wygląda na grubszego. Nazajutrz wyjechaliśmy z tego interesującego lecz przygnębiającego miejsca.

Shigatse było dla mnie bardzo dobrą okazją na głębsze poznanie Tybetu, z jego całym pięknem i wszechobecną biedą. Myślę, że tutaj dopiero zaczynałem rozumieć czym tak naprawdę jest Tybet i zacząłem podejrzewać, że im będę się posuwał dalej w głąb kraju, tym będzie coraz tragiczniej.

Sakya

Następnego dnia rano pojechaliśmy do Sakya, czyli do wioski do której potrzebowaliśmy dodatkowego, odpłatnego zezwolenia i aby się tu dostać musieliśmy zjechać z „drogi przyjaźni”. Sakya znajduje się na uboczu lecz właśnie tutaj chciałem przyjechać i nawet chciałem więcej zapłacić gdyż to małe miasteczko jest bardzo tybetańskie w swoim wyrazie. Powiedziałbym, że jeszcze bardziej niż Gyantse. Znajduje się tu ciekawa monastera leżąca po dwóch stronach rzeki Trum lecz dla mnie największym przeżyciem był kontakt z miejscowymi ludźmi.

Mieszkaliśmy w całkiem przystępnym hotelu, lecz niestety bez wody i ogrzewania. Sama wioska była obrazem nędzy i rozpaczy. Po ulicach chodziły osły i krowy a ludzie mieszkali w domach, które wyglądały jak slamsy pokryte odchodami zwierząt. Domy były zagrodami gdzie konie, osły i ludzie mieszkali razem lub zaraz koło siebie. Gdy wyszliśmy na ulicę byliśmy jak przybysze z innej planety. Cała wieś się na nas gapiła gdy robiliśmy zdjęcia i rozdawaliśmy czekoladki dzieciom. Oczywiście wszystkie były brudne i bardzo głodne, wiecznie żebrzące o cokolwiek tylko mieliśmy. Raz gdy wszedłem do sklepu i kupiłem wszystkim po ciastku, dzieci się na nie rzucały. Potem wyszedłem na ulicę z opakowaniem słodyczy i chciałem każdemu dać po jednym, jednak tłum dzieci wyrywał mi je z rąk. Gdy wspinaliśmy się na okoliczną górę, ludzie wyciągali do nas ręce a dzieci żebrały i chciały pozować do zdjęć za pieniądze. Życie tam było skrajnie nędzne. Młode dziewczyny prały swoje rzeczy w lodowatej rzece i na zmianę opiekowały się małymi dziećmi, które ciągle płakały. Wszystkie te ubogie dzieci były pozostawione samym sobie na całe dnie od kiedy tylko nauczyły się chodzić. Te starsze dokuczały młodszym i bezbronnym aby się pośmiać a potem znowu wszyscy wyciągali do nas ręce. W drodze na szczyt szło za nami dwóch chłopców, którzy chcieli od nas czegokolwiek i po jakimś czasie stało się to bardzo męczące. Stąd było widać całą osadę, białe stupy zbudowane na górach oraz dwie części tego tragicznego miejsca. Po mojej części rzeki była nędzna część tybetańska a po drugiej część chińska, która wyglądała bez porównania lepiej. Całe to otoczenie zagród i prymitywnych domków ocieplanych odchodami, żebrające dzieci i część chińska Sakyi pozwoliły mi bardzo dobrze zrozumieć słowa pewnego Chińczyka, który w Tybecie nigdy nie był. Mówił mi on wcześniej, że jego naród „kontynuuje tutaj misję łaski”. Wielu Chińczyków wychowanych na kłamstwach komunizmu uczciwie wieży, że pomagają Tybetowi lecz prawda jest niestety zupełnie inna. W drodze na dół, przechodząc przez główną ulicę, widziałem jak obdarte ze skóry owce były wystawione u rzeźnika i jak osadzały się na nich muchy. Widziałem jak kobiety nosiły wielkie wiklinowe kosze pełne krowich odchodów a dzieci śmiały się i szukały z nami kontaktu. Jeździły na osłach, paliły papierosy i pozowały do zdjęć. Ja i Monika byliśmy zszokowani. Zrobiłem tu wiele tragicznych zdjęć i filmów. Jeszcze nigdy nie widziałem aby ludzie żyli w takich warunkach choć przejechałem już taki kawał świata.

Gdy wyjeżdżaliśmy wszyscy nam machali a dzieci biegły za samochodem. Było to wstrząsające i tragiczne doświadczenie. Sakya była najlepszym przykładem na to jak bardzo Chiny skrzywdziły Tybet…

Shegar

Kolejny wieczór i noc naszej podróży po”autostradzie przyjaźni” (droga z Lhasa do granicy z Nepalem) była następna wieś-Shegar. Shegar to jedno z tych miejsc gdzie jest kilka budynków na jednej krótkiej ulicy i gdzie wieś wygląda na ciemną i opuszczoną. Na pierwszy rzut oka widać tylko psy oraz jedną krowę wałęsającą się po głównej i zarazem jedynej drodze. Można by tutaj nakręcić bardzo dobry horror gdyż miejsce to działało na wyobraźnię. Mieszkaliśmy w pokoju bez wody, ogrzewania i bez toalety a do tego jeszcze wysiadł prąd. Mieszkaliśmy na pierwszym piętrze w lodowatym pokoju, który chronił nas tylko przed wiatrem. Obok była „toaleta” czyli dziura w drewnianej podłodze. Na dole natomiast była bardzo skromna jadłodajnia, której głównym atutem było rozpalony piec. Widziałem, że Monika miała już dość pobytu w Tybecie. Chciała nareszcie odpocząć, ogrzać się i umyć. Przed nami było jednak jeszcze kilka dni podróży po Tybecie i chciałem aby były jak najlepiej wykorzystane. Poszliśmy więc na spacer aby pochodzić po górach i nacieszyć się pięknymi widokami. Spotkaliśmy tu dziewczynkę pasącą owce, która jak na bardzo zimną pogodę była ubrana bardzo lekko i nosiła klapki gdyż nie stać jej było na buty. Po raz kolejny byłem otoczony pięknem naturalnym Tybetu oraz biednymi ludźmi i ich nędzną, odrapaną wsią. Dla mnie jednak jako dla człowieka z zewnątrz było to nadal bardzo atrakcyjne miejsce ze względu na swoją odmienność kulturową i przede wszystkim piękne otoczenie gór, stad owiec i jaków.

Po powrocie do knajpy zamówiłem zupę jarzynową lecz jedzenie, jak wszędzie w Tybecie (oprócz Lhasa) było bardzo podstawowe. Dostałem tylko miskę wrzątku z wkrojoną marchewką. Zazwyczaj podawany jest tu ryż lub ziemniaki z jajkiem a jeśli zamawiam zupę z mięsem z jaka, wtedy mam szczęście jeśli uda mi się znaleźć jeden malutki kawałek mięsa. No cóż, przynajmniej mogłem się ogrzać. Siedziałem z Moniką na drewnianej ławie i graliśmy w karty a potem wróciliśmy do lodowatego pokoju. W miasteczku tym dzieci nie było zbyt dużo, lecz te napotkane także rzucały się na co tylko mogły.

Shegar było tylko noclegiem w drodze do następnego „uroczego” miejsca, choć muszę przyznać, że widoki na Himalaje były jak zawsze piękne.

Rongbuk i wyprawa pod Mont Everest (8848m npm)

Kolejnym miejscem było Rongbuk czyli mała monastera leżąca u stóp Everestu. Było to bardzo dogodne miejsce do spędzenia nocy dla tych, którzy wybierali się na obóz pod Everestem. Znajdowała się tu także bardzo skromna jadłodajnia, sklep z bardzo podstawowym jedzeniem i obskurny hostel bez wody i z wychodkiem na mrozie. W tych warunkach jednak, wszystkie choć najmniejsze rzeczy bardzo cieszą. Nie chciałem pogarszać sytuacji lecz widziałem, że Monika miała już na prawdę bardzo dość i była już na granicy wytrzymałości. Wcale jej się nie dziwiłem gdyż spotkałem tu wielu podróżników, w tym zdrowych i silnych mężczyzn, którzy także wyglądali żałośnie. Wielu było odwodnionych i miało chorobę wysokościową dlatego ich kierowcy zwozili ich czasem niżej co pomagało.

Tego zimnego wieczora poszliśmy do hotelu z prawdziwego zdarzenia aby odpocząć i ogrzać się przy piecu a przy okazji zjeść wspólnie jedną miskę zupy, gdyż już tylko tyle zostało. Z balkonu robiliśmy zdjęcia Everestu, który przy świetle księżyca był bardzo dobrze widoczny. Następnego dnia rano wstaliśmy wcześnie gdyż czekał nas 8 km spacer. Rongbuk był oddalony od obozu przy Mont Everest o jedyne 8km i tyle zamierzaliśmy pokonać w około dwie godziny przy wysokości ponad 5000m npm. Wstaliśmy wcześnie, także dlatego gdyż z zimna nie mogliśmy już spać. Biorąc natomiast pod uwagę warunki sanitarne podczas tej wyprawy, po jakimś czasie zaczęliśmy się już sami siebie brzydzić gdyż tak śmierdzieliśmy. Wszyscy inni podróżnicy też lecz na szczęście niska temperatura zabijała nasz odór. Na prawdę męczyliśmy się i mieliśmy dość, że nie można było doprowadzić się do porządku. Mogliśmy w ten sposób poczuć jak żyją prawdziwi ludzie Tybetu na co dzień. Całe szczęście, że przynajmniej mogliśmy umyć zęby. Podczas tej wyprawy bolała mnie czasem głowa gdyż byłem już na wysokości ponad 5000m npm. Zawsze poruszaliśmy się z jednego miejsca do drugiego wznosząc się najwyżej o 500m, tak aby móc się przystosować do wysokości. Tego ranka, po bolesnym przebudzeniu i po zimnej nocy, wybraliśmy się na długo oczekiwany spacer do obozu pod Mont Everest. Ja czułem się dobrze ale Monika była bardzo zmęczona i ciężej oddychała, gdyż powietrze było bardzo rozrzedzone. Co jakiś czas musiałem stosować specjalne ćwiczenia oraz sposoby oddychania aby udało jej się tam wejść. Także niosłem jej plecak oraz ją samą i obmyślałem różne skróty lecz trud tej wyprawy był dla niej wykańczający. Krajobrazy były piękne, dookoła majestatyczne Himalaje, krystalicznie czyste rzeki, skały, lodowce oraz surowy klimat. Im było wyżej tym zimniej. Pokonując napotkane przeszkody, raz nawet spotkaliśmy stado kozic górskich. Spacer ten był piękną przygodą a po przejściu 8km nareszcie dotarliśmy na miejsce na wysokości 5200m. Stamtąd widzieliśmy Everest już z bliska, choć niestety był bardzo zachmurzony. Mieliśmy wielką satysfakcję, że zdołaliśmy dotrzeć pod najwyższy wierzchołek na świecie. Stojąc tam i mając świadomość jego rozmiarów, czułem że spełniłem swoje kolejne wielkie wyzwanie. Czułem też, że mógłbym wejść wyżej, lecz nie tego dnia gdyż potrzebowałbym dłuższego czasu na adaptację do wysokości.

Zdołaliśmy zrobić wiele ładnych zdjęć choć Monika nie wytrzymywała już z zimna, mimo że dałem jej swoje rękawiczki i przypilnowałem aby ciepło się ubrała. Weszliśmy na wzgórze aby tam na tle Everestu i wielu buddyjskich flag modlitewnych, przy mrozie i silnym wietrze postać około godziny i nacieszyć się tym widokiem. Będąc pod Everestem spotkałem grupę tybetańskich alpinistów, którzy właśnie wyruszali na szczyt. Gdy rozmawiałem z nimi doznałem wrażenia, że dla nich to niewielka sprawa, bo oni się tam przecież urodzili. Rozmawiałem z ludźmi, którzy byli na wysokości około 8000m npm bez specjalnego ubrania ani sprzętu oraz bez butli z tlenem lecz ci ludzie byli z Tybetu. Powiedzieli, że dużo Europejczyków i Amerykanów wspina się na duże wysokości lecz im jest po prostu trudniej. Turyści, którzy byli ze mną na wyprawie dotarli na 6000m npm lecz wielu z nich było chorych. Mieli odwodnienie lub chorobę wysokościową, problemy żołądkowe i wielki ból głowy. Musieli szybko zjechać na niższą wysokość i sobie odpuścić lub adaptować się do warunków wolniej. Ktoś kiedyś zapytał po co w ogóle wspinać się na Everest? Dlatego, że jest. Cieszę się, że tam pojechałem i byłem na wysokości 5250m npm pod najwyższym szczytem świata. Gdybym chciał wejść wyżej, oprócz własnego zapału pochłonęłoby to bardzo dużo pieniędzy, zgody chińskiego rządu i pomocy wielu osób.

W drodze powrotnej było już trochę cieplej lub może my byliśmy pod tak wielkim wrażeniem otoczenia, że szliśmy zbyt wolno i w połowie drogi odebrał nas kierowca. Tego popołudnia opuściliśmy Rongbuk i dalej zmierzaliśmy do granicy z Nepalem. Nie był to jednak koniec naszej przygody z Everestem gdyż widzieliśmy go na długo przed i po podarciu tutaj.

Podsumowując tą wyprawę, jestem szczęśliwy gdyż byłem pod tak wyjątkowym, Mont Everestem oraz w tak magicznym miejscu jakim definitywnie jest Tybet. Jak dotąd każda ciężka chwila, poświęcenie i cały trud tej podróży były tego warte.

Tingri

Następnego dnia wciąż zmierzaliśmy do granicy z Nepalem i przemierzaliśmy strome i kręte zbocza Himalajów. Przejeżdżaliśmy także przez rzeki a czasem nasz kierowca zatrzymywał się abyśmy mogli zrobić zdjęcia pasącym się jakom. Było pięknie i bardzo spokojnie. Szczególnie podobała mi się wielka pustka i cisza na tle Himalajów. Mijaliśmy też małe skupiska ludzkie gdzie niestety, znowu była nędza a największymi ofiarami były dzieci. Tym razem miałem przy sobie ciastka na zapas i gdy tylko wyszedłem z samochodu, one rzuciły się na nie i od razu jadły. Były brudne i głodne. Doświadczenia tego typu ujmuje piękna Tybetowi, lecz przecież nie jest to ich wina.

Po kilku godzinach jazdy zatrzymaliśmy się na noc we wsi Tingri. Myślę, że Tingri było jeszcze gorsze i ciemniejsze niż cała reszta, lecz nic nie zdołało przebić Sakyi.

Tingri jest klasycznym tybetańskim miasteczkiem z tradycyjną tybetańską zabudową i niestety jej biedą. Miasteczko jest pięknie położone, gdyż widać stąd dwa himalajskie szczyty : Mont Everest (8848m pm) oraz Cho Oyu (8153m pm). Tingri jest tym miejscem gdzie podróżujący do lub z Nepalu spędzają swoją ostatnią noc i my też tak zrobiliśmy.

Wjechaliśmy tutaj gdy robiło się ciemno. Nie było żadnego oświetlenia, jedynie mróz i hordy bezpańskich psów oraz ludzie pochowani w swoich biednych domach. Byliśmy bardzo głodni więc wyszliśmy aby znaleźć sklep i natrafiliśmy na prywatny dom gdzie tybetańska rodzina przygotowała dla nas skromny posiłek. Siedzieliśmy w drewnianym domku przy kilku świecach gdyż światła nie było oraz przy piecu w towarzystwie innych ludzi. Jeden z nich czytał książkę i pokazał mi, że w środku miał zakazane w Tybecie, zdjęcie Dalaj Lamy. Aby propagandy stało się zadość, gdzieś w najciemniejszym rogu wisiał portret Mao Tse Tunga. Smutne było to miejsce, nie ze względu na warunki ale na brak wolności tych ludzi. Po jakimś czasie udało nam się zjeść trochę mięsa oraz warzyw. Następnie po kolacji i miłym wieczorze wróciliśmy tą samą ciemną drogą do swojego pokoju. Warunki mieszkaniowe były obskurne, także bez wody i toalety a mimo to czułem, że byłem tu szczęśliwy. Nawet moja Monika przestała marudzić. Może dlatego, że była zbyt wykończona ale obydwoje też rozumieliśmy jak szczególnym miejscem był dla nas Tybet. Ogrzewania również nie było pomimo zbliżającej się zimy i dlatego wewnątrz była podobna temperatura do tej na zewnątrz. Aby nie zmarznąć w nocy, ubraliśmy się ciepło, weszliśmy do śpiworów i tak razem zasnęliśmy. Dla porównania powiem, że gdy byłem w Mongolii i spałem w jurcie na pustyni Gobi przy temperaturze około -20 stopni, bardzo wtedy zmarzłem. W Tybecie było mi cieplej gdyż podróżowałem z Moniką i muszę przyznać, że zabieranie kobiet do zimnych rejonów świata, (poza wszelkimi negatywnymi stronami) ma jednak swój sens gdyż grzeją w nocy.

Nazajutrz zagotowaliśmy gorącą wodę do mycia zębów, ja załadowałem nasze plecaki do jeepa i tak samo brudni jak wcześniej lecz wciąż szczęśliwi, opuściliśmy Tingri-nasze kolejne tybetańskie doświadczenie.

Zhangmu

Następnego dnia rano kierowca miał nas odstawić do Zhangmu czyli miasta granicznego między Tybetem i Nepalem. W drodze do Zhangmu jechaliśmy przez najbardziej malownicze tereny na krawędzi przepaści. Przez cały czas jechaliśmy przez drogę ułożoną z kamieni, omijaliśmy wielkie głazy porozrzucane na drodze i musieliśmy się przeprawiać przez rzeki. Raz nawet kierowca stanął pod wodospadem aby umyć samochód. Przez cały czas schodziliśmy w dół, gdzie widoki były coraz piękniejsze oraz robiło się coraz cieplej. Samo Zhangmu było najładniejszym miastem do tej pory gdyż ludzie nie wyglądali nędznie oraz można było dobrze zjeść i gdzie się zatrzymać. Czuć było tutaj odmienność od reszty Tybetu gdyż wszędzie było zielono i znacznie cieplej niż wcześniej, gdyż byliśmy w niższych partiach Himalajów. Można tu było poczuć wpływ subkontynentu indyjskiego w postaci zapachu curry i wielu nepalskich potraw w restauracjach. Zanghmu było miastem dość niezwykłym gdyż zbudowanym na krawędzi gór. Była tylko jedna ulica ciągnąca się od szczytu góry przez kilka kilometrów w dół, aż do granicy. Dużo ludzi prowadziło tam prywatną wymianę walut co było bardzo pomocne. Kupiłem trochę rupii nepalskich oraz nareszcie zjedliśmy coś dobrego w przyzwoitej restauracji. Zhangmu bardzo też odróżnia fakt, że miasteczko to leży „tylko” na wysokości 2300m npm i dlatego tutaj występuje klimat wilgotny subtropikalny, co jest rzadkością w Tybecie. Sprzyja to wszelkiej roślinności; drzewa, kwiaty i inne. Ja zapamiętam to małe miasteczko na zboczu góry jako przede wszystkim wejście z Tybetu na subkontynent indyjski.

Granica z Nepalem

Samo przekroczenie granicy nie było tak mrożące krew w żyłach jak granica między Mongolią a Chinami oraz nie było tak zrelaksowane jak granica między Laosem a Kambodżą. Ze względu jednak na położenie geograficzne było trudne i czasochłonne. Otóż granica ta była położona na krawędzi góry i aby się dostać ze strony chińskiej do nepalskiej, trzeba było pokonać około 8-9km stromej, kamienistej drogi. Po odprawie chińskiej wynajęliśmy więc następny samochód i jadąc bardzo wolno w dół, przez cały czas trzęsąc się, po około dwudziestu minutach dojechaliśmy do granicy z Nepalem w Kodari. Oczywiście otoczył nas tłum lecz nie zwracając uwagi poszliśmy w stronę granicy. Widoki były piękne gdyż byliśmy otoczeni przez góry a stojąc na moście przed wejściem do Nepalu, mieliśmy pod sobą niespokojną rzekę. Od razu zauważyłem, że ludzie tu byli inni niż w Tybecie a i my byliśmy odbierani inaczej przez tubylców. Gdy zostawiłem Monikę samą na chwilę, zaczęli na nią gwizdać oraz kilka osób dotknęło jej rąk, jednak gdy jest ze mną nic takiego się nie zdarza. Być może byli ciekawi „z czego jest zrobiony” biały człowiek gdyż wielu ludzi z tych krajów nigdy nie miało z nami kontaktu. Następnie przepuszczono nas przez wielką, żelazną bramę abyśmy mogli kupić wizę i jak na razie wszystko szło zgodnie z planem. Zapłaciliśmy za swoje wizy a potem już oficjalnie byliśmy w Nepalu.

Podsumowanie Tybetu

Zakończyła się moja wyprawa do Tybetu czyli wyprawa po pięknym, himalajskim kraju gdzie każdy dzień był dla mnie odkrywaniem czegoś nowego. Byłem w świętym mieście Lhasa a potem zatrzymując się w najciekawszych osadach, dotarłem do Nepalu. Jest to kraj o zdumiewającym pięknie naturalnym z jego najbardziej znanym i najwyższym szczytem na ziemi-Mont Everestem. Poznałem także interesującą kulturę Tybetańczyków co miało swoje odzwierciedlenie w dziennych rytuałach oraz w architekturze świeckiej i sakralnej, z jego największym skarbem czyli Pałacem Potala. Ludzie zawsze byli nastawieni bardzo pokojowo i zawsze czułem się tu bardzo dobrze. Tybet nie jest jednak krajem łatwym do podróżowania. Jest to kraj bardzo zimny, gdzie można zapaść na chorobę wysokościową a mówiąc delikatnie warunki życia są bardziej niż skromne. Przemierzając Tybet widać też wszechobecną nędzę tych ludzi co nie jest oczywiście ich winą. Myślę, że pomimo piękna Tybetu dla wielu przyjazd tutaj byłby zbyt ciężkim wyzwaniem. Właśnie ze względu na warunki życia, biedę oraz warunki naturalne i klimatyczne w Tybecie.

Jedyną rzeczą, która mi osobiście przeszkadzała była chińska okupacja tego pięknego kraju. Byłem bezpośrednim świadkiem krzywd wyrządzonych w Tybecie przez Chińską Republikę Ludową.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY
Wyprawa do Birmy (Myanmar) 2011

27 sierpnia 2012

Wyprawa do Tajlandii 2011

28 listopada 2012

Wyprawa na Sri Lankę 2008

16 października 2011

ZOSTAW KOMENTARZ

 dostępnych znaków

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan