Marcin Malik
Wilcza Nora

Witam na stronie Kompas. Mam na imię Marcin i to jest moja opowieść. Podróżuję gdyż sprawia mi to przyjemność a przy okazji jest to wspaniały sposób na ciągłą samoedukację, która wzbogaca światopogląd i otwiera oczy na rzeczy dotąd niezauważalne, zarówno w odległych krajach jak i mi najbliższych. Poznawajmy inne kultury lecz szanujmy i brońmy swojej.

Czytaj więcej O AUTORZE

Rejestracja
Dzięki rejestracji otrzymasz możliwość komentowania oraz otrzymywania powiadomień o nowych wpisach na stronie. Aby się zarejestrować kliknij w ten link
Wyszukiwanie
Polityka prawdy
Wycieczki do Azji
Polub nas na facebooku
Miejsce na reklamę
Parę słów od autora

Podróżując od chrześcijańskich pozostałości Konstantynopola i piasków antycznej Persji, poprzez Himalaje, Wielki Mur Chiński oraz gęste dżungle Borneo zdałem sobie sprawę, że świat powinien mieć swój ustalony porządek. Dlatego pomimo moich pięknych przygód i doświadczeń zawsze pamiętałem do której kultury ja sam należę i zawsze doceniałem piękno oraz wartości naszej wspaniałej, Białej Chrześcijańskiej cywilizacji.

Prognoza pogody
Relacje z Wypraw

Wyprawa do Gruzji 2013

Napisał: Marcin Malik

Wyprawa do Gruzji 2013

Trasa wyprawy: Kutaisi (Bagrati, Gelati, Mostameta, jaskinia Prometeusz), Mestia (jeziora Kuruldi, lodowiec Chalati), Kobuleti, Batumi, forteca Gonio, wielka przygoda w transporcie z Kobuleti do Akaltsikhe (Vardzia, monastera Sapara), Tbilisi, Mtskheta, Gori, Uplistsikhe, Ananuri, Davit Gareja, Tbilisi, Rustavi, Gardabani, Kazbegi, Sinhnaghi, Tsari, Lagodekhi (granica z Azerbejdżanem).

Marneuli (w drodze z Azerbejdżanu do Armenii).

Granica

Granica na lotnisku w Kutaisi przebiegła bardzo szybko i bezproblemowo.

Transport z lotniska do centrum Kutaisi

Busik za 5 lari do centrum choć kierowca starał się naciągnąć turystów na więcej.

Kutaisi

Miasto Kutaisi jest drugim największym w Gruzji a dla wielu przyjezdnych jest też często pierwszym kontaktem z tym krajem z uwagi na tanie połączenia lotnicze. Jednak porównując ze stolicą Tbilisi Kutaisi jest bardzo małym, atrakcyjnym miastem gdyż oferuje ciekawą historię oraz malownicze widoki z katedry Bagrati. Jako miasto pierwszego kontaktu myślę że Kutaisi jest wymarzonym miejscem na zetknięcie się z gruzińską kulturą czyli z miłymi ludźmi, z dobrymi pierożkami hinkali, bogactwem serów a także z paroma monasterami. Dla turystów podróżujących w pośpiechu Kutaisi stanowi tylko bazę wypadową do pobliskich monastyr, takich jak na przykład Gelati choć zapewniam że pośpiech w przypadku Kutaisi działa na ogromną niekorzyść. Ponadto Kutaisi jest drugim największym miastem Gruzji które zapisało się w historii jako stolica różnych królestw.

Gdy wyszedłem z busika pomyślałem że będę miał przed sobą samotną wyprawę lecz tym razem było inaczej. Natychmiast po tym jak zdjąłem wzrok z pięknej dziewczyny spacerującej po centrum miasta zauważyłem że na krawężniku siedział Kamil, mój towarzysz podróży z którym przejechałem większość Gruzji. Z głównego placu Davit Aghmasheneblis moedani poszliśmy w górę drogi do najbliższego i nieoszukujmy się, także najtańszego hostelu w mieście. W domu pokrytym gałęziami winogron mieszkaliśmy w pokoju wieloosobowym za jedyne 15 lari za noc. 

Co prawda sprężyny sprawiały wrażenie mocno wysłużonych gdyż zapadłem się pół metra lecz nie miało to wtedy znaczenia. Lot z Warszawy był męczący gdyż musiałem wstać o 4 rano. Po drzemce gospodyni poczęstowała nas arbuzem a winogron też mieliśmy pod dostatkiem gdyż rosły nad nami. Widać było że ulica w której mieszkałem nie była kurortem lecz starym i zmęczonym rzędem domów z ludźmi odkładającymi na rachunek za gaz. 

Zapewniam jednak że z biegiem lat po przewinięciu się przez najczarniejsze dziury Azji tym razem i tak czułem się otoczony luksusem. Niestety był upał co bardzo męczyło lecz mimo to, żwawo i z nawet wesołymi minami zeszliśmy na plac Davit Aghmasheneblis. Po środku znajdowała się spora fontanna z figurami koni oraz różnych postaci. Na przeciwko był teatr oraz park centralny gdzie jeszcze nie raz zabawiłem. Teren zielony w upale Gruzji z możliwością napicia się herbaty oraz zjedzenia placka haczapuri (uwaga Panie! bardzo tuczący) zdecydowanie relaksuje. Po niedługim czasie poszliśmy za teatr gdzie skusiliśmy się na degustację miejscowych serów i bułeczek a na marginesie Kutaisi słynie w Gruzji z wybornych wypieków. Przy okazji spróbowaliśmy jeszcze raz hinkali oraz porozmawiałem z ludźmi i ku naszej radości od razu było jasne że Gruzini lubią Polaków. Następnie przeszliśmy przez bazar warzywno owocowy oraz stanęliśmy na moście nad rzeką Rioni. Stąd mogłem podziwiać żywioł pode mną, drewniane chatki na klifie podobne do tych z Nepalu oraz w oddali szczyt góry i katedrę Bagrati. Najpierw jednak idąc wzdłuż krętych ulic oraz kamiennych domów pokrytych winoroślą dotarliśmy do monastery Habera. Był to typowy dla Gruzji kamienny kościół z jednym dzwonem, ładnymi łukami oraz wszechstronnym wnętrzem i malowidłami. Następnie usiedliśmy w mieście aby ponownie spróbować wspaniałych bułek z białym serem a potem wspinaliśmy się około 20 minut na szczyt góry aby stanąć przed drzwiami XI wiecznej monastery Bagrati. Obiekt ten jest prawdziwym kunsztem architektury sakralnej Gruzji i jest on widoczny z każdej części Kutaisi jako symbol miasta. W 2012 roku kościół ten został odremontowany po setkach lat zniszczeń. Bagrati jest w białym kolorze, ma wiele pięknych łuków i filarów i zielony dach a przed nim stoi też okazały krzyż. Bagrati jest także dziedzictwem kultury światowej Unesco i stanowi jedną z głównych atrakcji regionu. Następnie poszliśmy do dzielnicy Mtsvane Kvavila (Zielony Kwiat), która jest bardzo ciekawa z uwagi na stare zabudowania, często zniszczone oraz często także ukazujące poziom życia w Kutaisi. Szeregi odrapanych domów oraz zardzewiałych bram z mężczyznami reperującymi samochody i ludźmi w oknach. Jest to jednak miejsce bardzo nastrojowe i otwierające oczy na życie w Gruzji a do tego na szczycie góry znajduje się także monastera z trzema kościołami, cmentarzem oraz widokiem na rzekę i tamę. Dzielnica Mstvane Kvavila była niegdyś zamieszkiwana przez tysiące rodzin żydowskich które wróciły do Izraela. Nieco niżej są też dwie synagogi ale bramy były zamknięte. W drodze na górę poznałem też ładną dziewczynę z którą do tej pory mam kontakt. Potem po małych zakupach wróciłem do hostelu gdyż z uwagi na wczesny poranek był to ciężki dzień. Pierwszy dzień w Gruzji zrobił na mnie bardzo miłe wrażenie a Kutaisi było dobrym wprowadzeniem do nowego dla mnie kraju. Ponadto Gruzja jest krajem bardzo bogatym w owoce które rosną w każdym ogrodzie a kobiety są ładne i uśmiechnięte.

Innym razem, pomiędzy wycieczkami poszedłem także do Muzeum Historycznego Kutaisi, następnie po raz kolejny do parku centralnego na herbatę i znowu na bułeczki z serem. Wspomniane muzeum było warte mojego czasu gdyż zawierało między innymi średniowieczną broń, kostiumy, instrumenty, biżuterię, sztukę chrześcijańską oraz znaleziska archeologiczne.

Wycieczka do monastyr Gelati i Motsometa

Wycieczki do monastyr Gelati i Matsometa są najbardziej popularnymi z Kutaisi i moim zdaniem zdecydowanie warte odwiedzin. Z okolic bazaru w Kutaisi wziąłem mały autobus za 1 lari i w ciągu 15 minut byłem już koło Gelati. Monastera Gelati leżąca w malowniczych górskich plenerach została zbudowana na początku XII wieku i przez wieki swojego istnienia służyła nie tylko jako kościół ale także jako miejsce pochówku władców. Do tego monastera Gelati była palona w XVI wieku przez Osmanów a w wieku XX komuniści wysiedlili kapłanów i zamknęli obiekt. Dziś jednak Gelati żyje pełnią życia, także z powodu swej atrakcyjności dla turystów. Samotna monastera zbudowana z głazów ciosanych około 900 lat temu składa się z głównej katedry z tradycyjnym gruzińskim dzwonem, z kościoła oraz z efektownej południowej bramy. Gelati powstawało na przestrzeni wielu wieków dlatego w wieku XII a potem XVIII powstały freski oraz mozaika Maryi i Dziecka. Oprócz tego znajduje się tu także studnia i kilka zacienionych miejsc które dobrze chronią przed gruzińskim upałem. Na zewnątrz natomiast znajdują się stragany z pamiątkami oraz spacerujące zwierzęta.

Potem wraz z kolegą szedłem w dół krętą drogą mijając po drodze domy oraz sady owocowe. Przy drodze rosły granaty które są bardzo powszechne w Gruzji a nieopodal także winogrona które dawały cień gospodarzom. Mój spacer trwał około godziny dlatego z Gelati do skrętu na Motsametę są 4km i radzę nie brać autobusu aby nie tracić uroków przyrody. Ze skrętu na Motsametę są następne 2km które najpierw przeszliśmy a potem udało nam się złapać autostop.

Monastera Motsometa to kolejna podróż w czasie do architektonicznych wspaniałości Gruzji, która dodatkowo jest położona wśród pięknych plenerów. Nie jest do końca jasne kiedy dokładnie monastera Motsometa została zbudowana lecz jest ona o wiele mniejsze niż Gelati i zauważyłem także że szczególnie tutaj trzeba mieć bardzo dobry obiektyw gdyż ciężko jest sfotografować cały obiekt na bardzo małym placu. Motsometa jest delkatniejsza, zbudowana z mniejszych kamieni, jest pokryta czerwonymi dachówkami oraz ma ładną wieżę z krzyżem na szczycie. Do monastery prowadzi kamienne przejście a potem kolejne. Jest to bardzo ciche, spokojne miejsce z ładnymi widokami.

Do Kutaisi wróciliśmy dwoma autostopami. Dystans z Kutaisi do Motsometa to 6km a potem kolejne 4km do Gelati.

Jaskinia Prometeusz

Jaskinia Prometeusz jest obok jaskini Sataplia najpiękniejszą jaskinią w Gruzji. Turyści wchodzą co 20 minut z anglojęzycznym przewodnikiem a wejście kosztuje 6 lari. Gdy wchodziłem z gorącego klimatu Gruzji do wilgotnej i chłodnej jaskini od razu poczułem ulgę. Samo wejście też jest piękne gdyż najpierw musiałem zejść w dół przez las aby dostać się do tunelu pokrytego roślinnością. W środku natomiast znajduje się 1060 metrowy oświetlony na wiele kolorów szlak. Jaskinia Prometeusz to pokaz stalaktytów, stalagmintów, skamieniałych wodospadów, podziemnych rzek i małych jezior. Każdy mały detal tej jaskini, skraplające się perły wody i nawet echo zrobiły na mnie wrażenie pomimo że widziałem już wcześniej jedne z najlepszych jaskiń Azji. Byłem między innymi w największych jaskiniach na świecie na Borneo oraz w bardzo efektownych w Laosie lecz ciągle jaskinia Prometeusz w Gruzji jest warta pojechania tam gdyż bardzo dobrze pokazuje turystom że natura potrafi tworzyć piękną sztukę. Będąc tutaj zainteresowałem się także urodą Gruzinek, które na moją prośbę pozowały mi do zdjęć.

Przed wejściem do jaskini znajduje się też sklep w którym gospodarz poczęstował nas arbuzem oraz domowym miodem a mojego kolegę także gruźińską whisky własnego wyrobu. Z biegiem tygodni dla Kamila okazały się to wakacje godne smakosza.

Transport do jaskini nie jest skomplikowany. Najpierw z okolic Czerwonego Mostu w Kutaisi pojechaliśmu 10km busem do miasteczka Tskhatubo, które jest według mnie tragiczną pamiątką po komuniźmie. Znajduje się tu park z suchą fontanną, domy z płyt pewnie okraszone azbestem, dworzec autobusowy pamiętający Lenina oraz na prawdę bardzo zła droga. Z Tskhatubo należy wziąć taksówkę do jaskini lecz my wzięliśmy autostop prowadzący przez krętą drogę domy z drzewami owocowymi. W drodze powrotnej oczywiście tylko autostop.

Transport z Kutaisi do Mestii

Najpierw z centrum Kutaisi pojechaliśmy busem miejskim na dworzec koło Mc Donalda (około 3km), a stamtąd dopiero wsiedliśmy do busa jadącego do Mestii, choć nasza podróż miała 2 etapy. Najpierw jechaliśmy około 2h do nieciekawego, biednego miasta Zugdidi znajdującego się blisko Abchazji, a potem pojechaliśmy około kolejnych 2h do Mestii.

Pierwsza część podróży była nieciekawa gdyż jechaliśmy po trasie płaskiej jak naleśnik i gdyby nie biust kobiety koło mnie który ewidentnie wchodził mi w oczy to pewnie bym zasnął.

Druga część podróży była już bardziej interesująca choć już niestety bez piersi. Jechaliśmy przez górzyste serpentyny, bogatą szatę roślinną oraz turkusowe jezioro w dole. Z podróży tej zapamiętałem że koło siebie jechały dwie pary, jedna z Niemiec a druga z Izraela. Zabawne było że żydzi traktowali Niemców z wielkim dystansem i nie szukali kontaktu natomiast Niemcy na siłę chcieli im udowodnić swoją przyjaźń. Co za zakłamany naród.

Niestety była to także najdroższa podróż w całej moje karierze w tym kraju. Byłem biedniejszy o 25 lari.

Mestia

Mestia jest głównym miasteczkiem i bazą turystyczną w płn-zach regionie Svanetia. Mestia leży na wysokości 1500 m n.p.m. i jest znana z powodu wież obronnych zbudowanych na początku XIII wieku jako fortyfikacje przeciwko najazdom Mongołów. Niektóre z wierz stoją samotnie a inne są połączone z domami.

Poza tym Mestia jest pięknym miasteczkiem słynnym z alpinizmu oraz malowniczych wycieczek górskich. Kilka z nich to wyprawa na Krzyż i jeziora Kuruldi w stronę Ushby, wyprawa do lodowca Chalati oraz do malowniczo położonego miasteczka Ushguli.

Gdy tylko przyjechaliśmy od razu mieliśmy załatwiony pokój za 15 lari czyli tańszy niż zwykle. Łóżka się zapadały ale po wyprawach w góry i zimnych nocach w namiocie na prawdę nie miało to znaczenia. W domu w którym mieszkałem wieża była połączona z domem także miałem się okazję przyjrzeć okolicy także z hisorycznego punktu widzenia. Pierwszego dnia poszliśmy z kolegą rozejrzeć się po miasteczku i zrobić zdjęcia wąskim uliczkom, starym sowieckim ciężarówkom oraz wieżom na tle gór. Byliśmy też w miejscowej knajpie na pierożkach hinkali, które potem jadłem jeszcze wiele razy lecz w Mestii były najlepsze. Wieczorem natomiast była impreza i Gruzini chlali gruzińską wódkę o nazwie „czacza” którą zrobili sami. Mieli też swoje wino oraz całą selekcję tuczących chlebów chaczapuri. Rozmawialiśmy o życiu w Polsce i w Gruzji i miło nam minął czas pomimo że ja oczywiście nie piłem. Kamil jednak był w siódmym niebie. Pili i jedli do 2 w nocy a potem już nie trzeźwieli przez cały weekend. Przez cały czas jednak było bardzo miło. W Polsce już byśmy się pobili kilka razy a w Gruzji nic takiego nie miało miejsca.

Wyprawa pod lodowiec Chalati

Jedną z najbardziej popularnych atrakcji nieopodal Mestii jest wyprawa pod lodowiec Chalati. Z centrum Mestii spacer wolnym tempem z przerwami na posiłek na łonie natury i na zdjęcia zajmuje około 3.5h w jedną stronę. Początek jest słaby gdyż musieliśmy iść asfaltową drogą, koło lotniska oraz mijaliśmy zasmradzające powietrze radzieckie ciężarówki. Po około 2h zaczęł się przyjemny szlak z ubitej ziemi, otoczony roślinnością, ciekawymi formacjami skalnymi oraz blisko położoną rwącą rzeką. Po kolejnych 30 minutach dotarłem do pionowej skały po prawej stronie gdzie odbywały się akurat zawody wspinaczkowe a chwilę dalej znajdował się wiszący most dający mozliwość obserwacji pięknej panoramy i głośnej, rwącej rzeki. Od mostu jest już tylko godzina drogi do stóp lodowca i klasyfikuję to miejsce jako nowy etap wycieczki oraz jednocześnie świetne miejsce na zdjęcia. Następnie weszliśmy na polną drogę która była już znacznie przyjemniejsza. Przechodziliśmy przez las poruszając się po wąskim szlaku, po obu stronach mając kamienie pokryte mchem oraz „klimatem kaukaskiego lasu”. Raz zchodziłem z górki a innym razem musiałem się wspinać i często też musiałem omijać głazy na drodze i zalane partie szlaku. Tak czy inaczej była to frajda oraz przygoda po którą przyjechałem do Gruzji. Po przejściu iglastego lasu weszlismy na ostatni etap wyprawy czyli na płaskowyż z porozrzucanymi głazami, rzekę po lewej stronie oraz nagi lodowiec przed nami. Ten etap wyprawy był zdecydowanie najbardziej samotny i tutaj czułem najbardziej niezmącony kontakt z przyrodą, tak jak wcześniej w górach Tadżykistanu czy na stepach mongolskich. Ten obszar był jednak o wiele mniejszy i dlatego polecam go także nieprzygotowanym podróżnikom. Idąc wzdłuż szlaku po niedługim czasie dotarliśmy do stóp lodowca spod którego wypływała rzeka. W tym miejscu oznakowany szlak się skończył i tutaj zaczyna się etap z którego ludzie zaopatrzeni w sprzęt mogą zacząć bardziej zaawansowaną wspinaczkę. Następnie z podnóża lodowca wróciliśmy około 20 minut na teren biwakowy nad rzeką i tutaj rozłożyliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko. Wieczór był przyjemny. Zbierałem chrust, rozpaliliśmy ognisko i nazbierałem trochę poziomek. Szczęśliwie dla nas była tu także gruzińska rodzina która wracała do Mestii i dała nam trochę jedzenia. Oprócz tego nabrałem też wody z rzeki do przegotowania na herbatę i przy spokoju przyrody zapowiadał się miła noc. Jednak było zupełnie inaczej gdyż wkrótce zaczął padać deszcz, zrobiło się zimno i bardzo nieprzyjemnie. Nad ranem mokrzy i zmarznięci wrócilismy tą samą drogą do Mestii i pomimo dobrej przygody i ładnych widoków był to pierwszy raz gdy nie chciało nam się uśmiechać.

Pomimo że moja wyprawa była piękna po powrocie do Mestii tego dnia już tylko spałem i suszyłem rzeczy. Deszcz, wyczerpujący marsz i szereg innych czynności sprawił że byłem wykończony.

Wspinaczka do Krzyża i do Jezior Kuruldi

Kolejnym marszem w góry który można odbyć bez przewodnika jest średnio wyczerpująca wyprawa do Krzyża (900 m nad Mestią). Droga prowadzi z centrum Mestii i jest to kierunek który zna każdy. Pierwszy etap podróży

prowadzi przez kamienną drogę a następnie zaczyna się bliski kontakt z naturą w postaci zalesionych szlaków, otwartych polan i spacerujących krów. Po drodze jest także możliwość nabrania wody z jednej z kilku małych źródeł i im jest wyżej tym widoki są piękniejsze. Wspinaczka do Krzyża zajęła nam 2h. Z Krzyża przy dobrej pogodzie widać także szczyty Mt Ushba (4710m n.p.m.) ktory jest najbardziej wymagającym przedsięwzięciem górskim z Mestii. Krzyż jest w zasadzie pierwszym etapem jakiejkolwiek wspinaczki, jest miejscem odpoczynku, poznawania ludzi, pięknych widoków na rozległe polany oraz na Mestię w dole. My na przykład spotkaliśmy tutaj dwie Polki z którymi potem rozmawialiśmy wieczorem w parku i odbyliśmy krótkie tańce.

Z Krzyża ja i mój kompan postanowiliśmy się wspiąć jeszcze 300m wyżej, czyli do jezior Kuruldi. Niestety 300m oznaczało niecałe 3h wspinaczki i pomimo kolejnych pieknych widoków czas i wysiłek zainwestowany w 300m okazał się większy niż pierwszy etap 900m. Po drodze widzieliśmy stado krów ubarwionych jak tygrysy oraz ładne, żółte kwiaty na tle ośnieżonych szczytów Ushby. Same jeziora były bardzo małe i nieefektowne a mój kompan podróży zamiast robić zdjęcia przyrody robił zdjęcia tyłka leżącej Włoszki, która wspinała się niedaleko.

10h wyprawa w góry sprawiła że byliśmy wykończeni lecz oczywiście warto dla pięknych widoków.

Transport z Mestii do Kobuleti

Mój kolejny przygodowy transport obfitował w przesiadki i przerwy. Z Mestii do Zugdidi odbyłem podróż poprzez ładne górskie widoki a po drodze musieliśmy czekać gdyż lawina osunęła skały na drogę. Ta część podróży trwała 3h i kosztowała 20 lari. Następnie z Zugdidi do Poti to wydatek 6 lari i czas 1h. Z Poti do Kobuleti jechałem 45 minut i zapłaciłem 5 lari.

Jak widzimy transport górski w Gruzji jest znacznie droższy.

Kobuleti

Kobuleti ta małe miasteczko nad Morzem Czarnym, które polecam tym, którzy nie mają ochoty na głośne Batumi. Kobuleti jest znacznie mniejsze, cichsze i można lepiej wypocząć. Gdy wysiedliśmu z busa nie mieliśmy się ochoty targować dlatego pojechaliśmy z kierowcą do hotelu nad morzem gdzie za łóżko i pokój z prysznicem zapłaciłem jedyne 15 lari. Obok znajdowało się centrum, stragany z owocami oraz deptak dla turystów. W Kobuleti spędziłem 3 dni pływając w zimnym Morzu Czarnym i odpoczywając. Była to także moja baza do paru innych miejsc o których opowiem poniżej. Warto także dodać że plaża w Kobuleti jest kamienista a fale są wysokie i silne. Treba uważać.

Ogród Botaniczny Batumi

Ogród Botanczny Batumi leży na 111 hektarach i znajduje się na Zielonym Przylądku nad Morzem Czarnym. Jest to bardzo bogaty, piękny i niezwykle różnorodny park który jest także największym ze wszystkich z byłego Związku Radzieckiego. Ogród ten jest podzielony na wiele sekcji geograficznych co oznacza że znajdują się tu partie z roslinnością z Ameryki Płd, Australii, Nowej Zelandii, Wschodniej Azji, Meksyku, obszaru śródziemnomorskiego oraz Kaukazu. Dzięki temu każda część parku jest zupełnie inna gdyż roślinność przenosi nas na inne kontynenty. Ogród Batumi bije po oczach swą kolorystyką i różnorodnością, umiejętnie dopracowanymi częściami światła i cieni oraz oczek wodnych i korzeni drzew wystających spod leśnego szlaku. Ogromne wrażenie robi też miejsce z którego widać płaskie skalne ściany oraz w dole Morze Czarne. Spędziłem tu 2.5 h i nie nudziłem się. Zdecydowanie polecam.

Ogród Botaniczny znajduje się 20 minut jazdy od Kobuleti i trzeba wysiąść na drodze do Batumi oraz przejść do parku. Za bilet zapłaciłem 6 lari a transport 1.5 lari.

Transport z Ogrodu Botanicznego do Batumi

Podróżnikom jadącym do Batumi radzę czekać na drodze na kolejny bus. Od Ogrodu do Batumi jest tylko 9km z czego część prowadzi wzdłuż morza. Za transport zapłaciłem 1 lari.

Batumi

Batumi jest popularnym miastem turystycznym Gruzji oraz ważnym portem nad Morzem Czarnym a także stolicą autonomicznego regionu o nazwie Adżaria. Batumi leży w klimacie subtropikalnym i choć gałęziami gospodarki są między innymi owoce cytrusowe, budowanie statków czy przetwórstwo jedzenia, prezydent miasta glówny nacisk kładzie na turystykę. Batumi leży blisko Turcji i co roku ściąga wielu turystów stamtąd oraz z byłych krajów byłego Związku Radzieskiego. Dodatkowo przy populacji prawie 200.000 oraz długiej plaży i bardzo dobrze rozwiniętej turystyce Batumi nie jest męczące w porównaniu z innymi większymi miastami. Od rozpadu Związku Radzieckiego panorama Batumi bardzo się zmieniła. Powstało wiele dobrych hoteli i restauracji oraz nowoczesnych budynków nad morzem, odnowiono Stare Miasto i zbudowano deptak nad morzem. Do tego Batumi jest ozdobione tropikalną roślinnością oraz interesującymi rzeźbami i sztuką. Będąc tutaj należy koniecznie pospacerować wzdłuż plaży po 1.5km deptaku Batumis Bulvari lecz ostrzegam że plaża jest kamienista a fale bardzo mocne. Na końcu placu znajduje się Ferris Wheel, 145m Wieża Alfabetu oraz hotel Radisson. Mój ulubiony plac to Plac Teatralny z bogato ozdobioną w rzeźby fontanną oraz Plac Neptuna, fontanna przed Uniwersytetem Batumi i katedra Matki Boga. Nie do przeoczenia jest też wysoki hotel Sheraton górujący nad miastem blisko morza i zbudowany na wzór latarnii morskiej w Alexandrii. Na uwagę zasługuje także Plac Europejski oraz rzeźba na wysokim filarze, która jest moim zdaniem zbyt wysoko aby ją zobaczyć a podobno kosztowała ponad 1mln lari. Zmarnowane pieniądze. Na obiad bogatszym turystom polecam Plac Piazza choć ja sam byłem na szałarmie za kilka lari i też było dobrze. Oprócz tego Batumi ma kilka muzeów i teatr choć najlepszą wizytówką miasta jest sama plaża, Stare Miasto, tropikalny klimat i piękne plamy oraz kilka dziwnych budynków. Batumi jest rzeczywiście bardzo przyjemnym miejscem.

Jedyne co mi tu tylko przeszkadzało to obecność Cyganów którzy zaczepiali ludzi nawet przy jedzeniu i załatwiali się w małych ulicach. Gdziekolwiek nie jeżdżę za każdym razem utwierdzam się w przekonaniu że w stosunku do Cyganów Adolf Hitler miał zdecydowaną rację.

Forteca Gonio

11km od Batumi w kierunku granicy z Turcją znajduje się bardzo dobrze zachowana rzymska forteca z pięknym ogrodem w środku. Forteca ta ma 18 wież i mur obronny po którym można chodzić a także rzymską łaźnię i teatr. Wejście kosztuje 2 lari i zaraz po wejściu radzę spojrzeć w górę na owoce kiwi. Dalej szlak prowadzi przez wysokie czerwone kwiaty oraz inną zieleń. Forteca ta jest według mnie warta wizyty z uwago na swoją historię lecz z drugiej strony bez bogatej roślinności nie byłby tym samym. Tutaj dopiero widać jak wiele może zdziałać piękny ogród.

Na zewnąrz natomiast, po drugiej stronie ulicy znajdują się bary z piciem i lodami, które przy gruzińskim słońcu są konieczne. Transport z Batumi zajmuje 20 minut i kosztuje 1 lari.

Z fortecy Gonio do Sarpi gdzie znajduje się turecka granica jest tylko 6km.

Transport z Kobuleti do Khulo

Z Kobuleti do Batumi – 0.5h / 1.5 lari. Następnie z Batumi do Khulo 2h / 5 lari. Trasa prowadziła przez malownicze górskie widoki a w dole miałem dolinę przecięta przez rzekę i zielona wzgórza.

Khulo

Khulo jest małym, nieciekawym miasteczkiem z bardzo ładnym kościołem i małym rynkiem. Khulo składa się z dolnej części która służy jako baza przesiadkowa oraz z górnej części gdzie miejscowi żyjąc w swoich blokach z płyt zanudzają się na śmierć. Postanowiłem umieścić Khulo na mapie tylko jako bazę przesiadkową.

Wielka przygoda w transporcie z Khulo do Akhaltsikhe

(Noc w drewnianej chacie oraz tresura kobiet)

W tej części reportażu zamierzam opowiedzieć o mojej jeździe po dziurach Gruzji o których sami Gruzini na pewno nie słyszeli oraz o mojej nocy u gospodarza Hasana która okazała się jedną z bardziej pamiętnych i zabawnych.

Po zobaczeniu Khulo czyli małego górskiego miasteczka słynącego z nudy chciałem jak najszybciej udać się w dalszą podróż. Mogłem zostać na noc w Khulo gdyż był pokój lecz chęć przygody była silniejsza. Ja i mój dzielny towarzysz podróży usiedliśmy za miasteczkiem na zakurzonej i kamienistej drodze na krawędzi przepaści i czekaliśmy na autostop który okazał się w miarę wygodny. Najpierw pojechaliśmy do małej wioski Purdzai, której pewnie nie ma nawet na mapie. Potem zatrzymał się Pan jadącym około 30 letnią Ładą Nivą i wiózł nas przez przynajmniej jedną godzinę do Godezi czyli do najwyższego punktu trasy. Po drodze nasza Łada psuła się kilka razy i dlatego co jakiś czas musieliśmy zatrzymywać się aby silnik sobie odpoczął i aby dolać zimnej wody. Poza tym droga była tylko uklepaną stertą kamieni i kurzu dlatego bujaliśmy się przez cały czas. Następnie ze szczytu góry pojechaliśmy kilka kilometrów w dół do wioski Lodidziri o której też pewnie mało kto słyszał. Tutaj mieliśmy spędzić noc w namiotach lecz wziął nas do siebie miejscowy gospodarz za 15 lari za noc z wielką kolacją i śniadaniem. Spędziliśmy noc w drewnianej chacie otoczonej polem kartofli i górami. Gospodarzem był nieogolony typ spod ciemnej gwiazdy o imieniu Hasan, który miał do dyspozycji dwie posłusze niewolnice – swoją żonę i córkę. Muszę przyznać że muzułmanie to jednak wiedzą jak wprowadzić do domu dyscyplinę absolutną dlatego że obydwie na komendę islamisty jakby wysadzały się w powietrze aby służyć mężczyznom. Poza tym nigdy nie słyszałem słowa proszę. Był to jedynie zachrypnięty ryk. Jak potem się okazało kobiety wstawały najwcześniej a szły spać najpóźniej gdyż musiały wszystkich obsłużyć i wykonywać wszystkie prace domowe. Oprócz Hasana oraz mnie i kolegi Kamila był też kolega Hasana który przyszedł nam opowiadać niestworzone historie. Stół był zastawiony gruzińskimi potrawami, haczapuri, wieloma rodzajami kwaśnego sera oraz oczywiście alkoholem własnej roboty. Ja alkoholu nie piję ale za to Kamil jak zwykle uratował honor Polski i uchlał się razem z nimi. Kobiety jednak nie siedziały z nami przy stole a gdy spytałem czy nie są głodne Hasan powiedział że one już jadły i że teraz nasza kolej. Kobiety były na każdy rozkaz. Rozmawialiśmy oczywiście o pieniądzach, o interesach, o tym ile w Polsce się zarabia i ile wydaje. Następnego dnia rano gdy wstałem mężczyźni już siedzieli przy stole, jedli zrelaksowani i oczywiście pili a kobiety pracowały w polu, przy krowach i przy obsłudze swoich Panów. Śniadanie było pyszne lecz rozmowa oczywiście sprowadzała się tylko do pieniądzy. Byli ciekawi ile kosztował mój aparat i mój telefon i przez cały czas wciskali nam kit jak bardzo nas lubili i żeby się o nic nie bać. Potem wyszliśmy i wszystko skończyło się dobrze a oni obserwowali nas z tarasu. Szybko złapalismy nowy autostop lecz po 10km pustej, kamineiste drogi kieowca nas wyszadził bo zdecydował że nie chciał nas dłużej wieść. Po tym czekaliśmy zrezygnowani i znudzeni około 1h i w końcu zabrała nas furgonetka z warzywami i arbuzami i w fatalnych warunkach dojechaliśmy do kolejnej wioski o nazwie Odigeni. Stąd była już marszrutka wprost do Akhaltsikhe. Był to ostatni etap podróży który kosztował 2 lari i zajął pół godziny. Dystans pomiędzy Odigeni a Akhaltsikhe to 18km.

Jak widać czasem transport może się okazać bardzo ciekawym, wręcz niezapomnianym etapem podróży.

Akhaltsikhe

Nie mogliśmy wprost uwierzyć że nareszcie udało nam się dotrzeć do Akhaltsikhe lecz na szczęście nasza długa droga zakończyła się sukcesem. Akhaltsikhe jest małym miasteczkiem dlatego do hostelu też było blisko. Udało nam się znaleźć pokój za jedyne 15 lari od osoby choć chcieli 25. Fakt że jestem z Polski i mówię nieźle po rosyjsku zawsze bardzo pomaga w obniżeniu ceny. Akhaltsikhe jest miasteczkiem gdzie życie płynie bardzo wolno. Jest tu dworzec autobusowy z wieloma bezrobotnymi tasówkarzami, stragan z arbuzami, ładny kościół i pare knajp. Jednak to co przyciąga turystów do tego małego miasteczka to piękny zamek Rabati z XII wieku oraz parę pięknych obiektów poza miastem, takich jak miasto skalne Vardzia oraz monastera Sapara.

Rabati leżący na szczycie góry i dominujący widok nad Akhaltsikhe to odrestaurowany zamek z XII wieku z murami obronnymi, muzeami, kościołami, synagogą i meczetem. Rabati jest ogromnym, zadbanym obiektem dzięki któremu możemy się przenieść w czasy średniowiecznej Gruzji. Chodziłem tutaj po murach obronnych, wchodziłem na wieże i widziałem ekspozycję starych kaukaskich dywanów i XVI wiecznych manuskryptów. Najciekawsza jednak była sama obecność na terenie Starego Miasta oraz widoki ze szczytu na miasto. Rabati także składa się z kilku placów oraz wielu poziomów z czego wiekszość jest obsadzona roślinnością. Oprócz tego znajdują się tu interesujące piwniczne przejścia ozdobione łukami z widokiem na złotą kopułę i altanę na misternie wykonanych filarach. Rabati nie jest więc tylko średniowiecznym zamkiem ale także pokazem sztuki i historii w bardzo atrakcyjnej formie.

Myślę że jeden dzień wystarczy aby zobaczyć Akhaltsikhe, jego bazary, kościół oraz koniecznie Rabati. Pod koniec piewrszego dnia radzę organizować wycieczki na następny dzień.

Wycieczka do Vardzii przez fortecę Khertvisi

Razem z kolegą utargowaliśmy cenę z taksówkarzem w wysokości 40 lari za prawie cały dzień jazdy co było osiągnięciem gdyż słyszeliśmy wcześniej takie kwoty jak 60, 80 i nawet 100 lari. Jednak gdyż mówiłem po rosyjsku cena od razu spadała. Naszym celem było jechanie do skalnego miasta Vardzia po drodze zatrzymując się przy ciekawych obiektach. Nasza trasa wiodła przez piękna, malowniczą dolinę Kaukazu, po drodze mijając kaniony oraz poruszając się po górskich serpentynach. Z jednej strony widziałem rzekę oraz góry wypalone przez słońce a po drugiej na przemian góry i pola. Naszym pierwszym przystankiem było miasteczko Rustavi gdzie zrobiliśmy małe zakupy i gdzie poza zaopatrzeniem się nie warto spędzić ani chwili. Jednak być może jest to zbyt pochopne stwierdzenie bo gdy do sklepu weszła młoda kobieta z rozmiarem biustu D wszyscy aż zamilkli z podziwu gapiąc się dokładnie tylko na dwie rzeczy, co oznacza że i w Rustavi zdarzają się zwloty. Następnie stanęliśmy na drodze aby podziwiać widoki oraz przy okazji zobaczyć pomnik poety Rustaveli. Potem przejechaliśmy przez wieś Aspinadza, która nie jest warta komentarza aby wkrótce potem zatrzymać się przy wspaniałym obiekcie – przy fortecy Khertvisi. Był to zrujnowany zamek zbudowany pomiędzy X a XIV wiekiem, który pięknie dominował górski pejzarz. Droga na szczyt prowadziła po skałach w towarzystwie kóz i osłów co oznacza że element przygody jest gwarantowany. Do środka można się dostać przez luki w ścianach a na terenie samego zamku nic nie ma. Wielką atrakcją jest wspinaczka na szczyt oraz widok samego zamku z dołu. Najlepiej jednak jest pójść na drugą stronę drogi gdzie znajduje się wiszący most na rzeką oraz jednocześnie wymarzone miejsce na zdjęcie. Fortceca Khertvisi jest według mnie obowiązkowym przystankiem w drodze do Vardzii gdzie przy okazji można też uzupełnić zapasy wody z miejscowej studni.

Następnie dalej przemierzając górskie serpentyny Kaukazu zmierzaliśmy do Vardzii choć po drodze kierowca zwrócił nam uwagę na parę innych mało znaczących obiektów. Jednym znich był bazar niewolników czyli kilka ścian koło drogi ułożonych z górskich kamieni. Innym obiektem były ruiny zamku Tmogvi, który z drogi nie wyglądał na nic specjalnego lecz jestem pewien że wyprawa górska do tego bardzo bogatego w historię obiektu byłaby bardzo ciekawa. Zamek Tmogvi był bardzo ważną budowlą fortyfikacyjną od około IX lub X wieku i ciągle znajdują się tam ruiny kościoła oraz szczątki fresków z XIII wieku. Potem widzieliśmy małe miasto skalne czyli jaskinie vani (Vanis Kvavebi) z VIII wieku oraz z murami obronnymi z XIII wieku. Ten obiekt jednak jest bardzo często pomijany gdyż nie równa się swą wielkością i atrakcyjnością do sławnej Vardzii. Następnie po 16km jeździe od fortecy Khertvisi dotarliśmy do Vardzii.

Skalne miasto Vardzia jest największym tego typu obiektem w Gruzji oraz także blisko związanym z kulturą i historią Gruzinów. Vardzia jest potężną budowlą wyrzeźbioną w skałach, z wieloma jaskiniami, tunelami oraz kaplicami i wierzą dzwonniczą która kosztowała oceany ciężkiej pracy i która od XII wieku jest nieprzerwanie jednym z symboli kulturowych Gruzji. Obiekt ten z uwagi na swoją wielkośc powstawał przez wieki oraz ściślej mówiąc przez nowe pokolenia rodziny królewskiej. Vardzia była zaczęta jako fortyfikacja przez Giorgia III w XII wieku oraz kontynouwana jako miejsce chrześcijańskiego kultu przez jego córkę królową Tamarę. Patrząc na Vardzię z dystansu obiekt ten zdumiewa swoją wielkością gdyż mamy do czynienia ze skalną ścianą która została wyżłobiona na wielkie miasto składające się z 13 pięter. Aby lepiej zrozumieć wielkość Vardzii warto dodać że jej dwie części są podzielone przez kościół wyryty w skałach, z czego we wschodniej części są razem 242 pokoje a w zachodniej 165. W pokoje te o różnych wielkościach wliczone są także mniejsze i większe kaplice, jaskinie, piekarnie, komnaty do przyjmowania gości, cmentarz oraz infrastuktura w formie tuneli, korytarzy, drabin wyciosanych w skałach, urządzeń do pozyskiwania wody oraz miejscami umożliwiającymi obronę. Oprócz tego w największym kościele znajdują się imponujące freski z XII wieku przedstawiające sceny z Nowego Testamentu oraz z życia królowej Tamary i jej ojca. Dodatkowo z kościoła prowadzi około 150m tunel prowadzący na skały powyżej kościoła.

Ważne jest dla mnie aby moi czytelnicy zrozumieli że Vardzia to nie tylko kilka dziur w górach ale całe miasto w skałach przystosowane do życia tak samo jak każde inne miasto z tamtego okresu lecz zbudowane w skałach i posiadające swą silną tożsamość kulturowo religijną. Uważam że jest to obiekt którego nie należy ominąć.

Następnie tą samą drogą pojechaliśmy się w stronę Akhaltsikhe choć ja wysiadłem wcześniej aby udać się do monastery Sapara.

Monastera Sapara

Wracając z Vardzii kierowca wysadził mnie na rozwidleniu dróg skąd do Sapary było jeszcze około 12km po trudnej, kamienistej drodze. Na początku złapałem autostop lecz tylko na parę kilometrów a potem podszedlem trochę i czekałem w deszczu. Przyznam że miałem kiepski humor dlatego że pora dnia oraz pogoda były mało obiecujące a przy tym wszystkim monastera Sapara ze względu na swoją daleką lokalizację, brak zorganizowanego transportu i nawet brak normalnej drogi jest rzadko odwiedzana. Mimo to jednak, nawet w tak beznadziejnej sytuacji moją przygodę uratowali Niemcy. Akurat tego dnia do Sapary wybierała się grupa niemieckich profesorów z uniwersytetu Münster i zabrali mnie ze sobą a potem spowrotem do Rabati w Akhaltsikhe.

Monastera Sapara to kościół zbudowany w około IX wieku otoczony górami i piękną roślinnością a przy tym strategicznie położony na krawędzi klifu i z dala od cywilizacji. Cały kompleks składa się z trzech kościołów zbudowanych z kamieni nadając mu ciężki, monumentalny, średniowieczny styl. Zwłasza w deszczu oraz przy szumie drzew myślę że Sapara znakomicie nadaje się na sceny z horroru i być może dlatego kupiłem tam krzyż który noszę do dziś. Kościół Saba ma w środku dobrze zachowane XIV wieczne freski choć dla mnie najlepsze było samo miejsce. Na koniec wdrapałem się też na szczyt góry ponad Saparę lecz nie należy stąd oczekiwać dobrych widoków.

Podróżnikom nie mającym tyle szczęścia co ja radzę wziąć taksówkę z Akhaltsikhe za maksymalnie 15 lari w obie strony.

Transport z Akhaltsikhe do Tbilisi

Moja podróż trwała 3h i kosztowała 12 lari. Po drodze mijałem między innymi Borjomi oraz Gori. Borjomi to sławne uzdrowisko w Gruzji z którego pochodzi woda lecznicza o tej samej nazwie oraz bardzo przyjemne miejsce do spędzenia paru nocy dla par. Ja jednak byłem sam dlatego nie zatrzymywałem się. Gori natomiast to miejsce urodzenia Stalina oraz jego muzeum i dlatego wróciłem tam po paru dniach.

Tbilisi

Tbilisi jest starą zabytkową stolicą Gruzji prawie nieprzerwanie od V wieku. Tbilisi jest centru politycznym, kulturalnym, społecznym i ekonomicznym kraju oraz miejscem z którym pomimo różnic w regionach utożsamia się każdy Gruzin. Tblisi leżące nad rzeką Mtkvari może się poszczycić zabytkowym Starym Miastem z wieloma pięknymi kościołami, ulicami wypełnionymi restauracjami i sztuką oraz także popularną łaźnią i twierdzą górującą nad miastem. Z drugiej strony Tbilisi to także miasto wchodzące architektonicznie w XXI wiek jednocześnie zachowujące swoją tradycyjną chrześcijańską kulturę oraz poprzez swoją architekturę także związek z byłym Związkiem Radzieckim. Przykładem jest tu na przykład nowo wybudowany ogromny kościół Tsminda Sameba oraz z drugiej strony nowoczesne hotele, pałac prezydencki, sklepy i miejsca rozrywki. Wedle ogólnie przyjętej opinii Tbilisi jest najbardziej atrakcyjnym ze wszystkich miast Kaukazu choć uważam że Baku w przeciągu kila ostatnich lat też poczyniło wiele korzystnych zmian. Jeśli natomiast chodzi o historię Tbilisi to krótko wypada wspomnieć że była ona między innymi pod panowaniem Persów, Arabów, Turków oraz oczywiście Rosji.

Oprócz samego Tbilisi które były moją bazą przez wiele dni wybrałem się stąd na wiele interesujących wycieczek poza miasto.

Do Tbilisi dotarłem po południu i wysiadłem na dworcu Didube gdzie znajdują się marszrutki poza misto. Didube jest nieciekawym, chaotycznym dworcem pod gołym niebem gdzie znajduje się bazar owocowy, baryłka z kwasem chlebowym, rzędy sklepów oraz ogólny chaos. Jest to tego typu miejsce które bardzo męczy i które polecam szybko opuścić. Na szczęście jest tu stacja metra co ratuje całą sytuację. Za jedyne 50 tetri po około 20 minutach jazdy wysiadłem na stacji Marjanishvili a następnie idąc pod górę przez 10 minut dotarłem do ulicy Chitaia 12 gdzie w hostelu prowadzonym przez starszą Panią znajdują się najtańsze łóżka w Tbilisi. Zapłaciłem jedyne 10 lari za noc. Centrum Starego Miasta oraz całą zabytkową okolicę poznałem świetnie gdyż przyjeżdżałem tu wiele razy.

Z ulicy Chitaia wziąłem marszrutkę i wysiadłem zaraz za Placem Gorgasalis. Większość turystów zaczyna zwiedzanie Tbilisi właśnie z tego miejsca lecz ja lubię spacery w nieturystycznych miejscach. Wysiadając nieco dalej widziałem starą zabudowę oraz nieciekawe rondo choć także efektowne skały z rzeką Kurą po prawej stronie i ładny kościół na szczycie góry po stronie lewej. Wkrótce potem dotarłem do Abanotubani czyli do dzielnicy łaźni która liczy sobie około 1500 lat. Znajduje się tu plac obsadzony roślinami, kilka łaźni z czego nasjławniejszą jest Orbeliani oraz parę kroków dalej mały mozaikowy meczet który przetrwał rządy Berii. W tym miejscu znajduje się także droga do górującej nad miastem Fortecy Narikala i Ogrodu Botanicznego. Poniżej jest też bardzo przyjemna droga z widokiem na mały klif przecięty rzeką gdzie można pooddychać świeżym powietrzem. Po prawej stronie natomiast znajduje się most Metekhi oraz kościół Metekhi na klifie z pomnikiem króla Vakhtang Gorgasali na koniu. Oznacza to że wszystkie wymienione obiekty są bardzo blisko siebie i wysiadając w jednym miejscu można zobaczyć wszystkie te obiekty oraz znacznie więcej.

Łaźnie w Abanotubani są ładnym widokiem dlatego że wyglądają jak okrągłe, ceglane pieczarki z kominkiem na szczycie i ładnie się wkomponowują w starą zabudowę miasta. Poza tym wszystkie tradycyjne łaźnie w tym regonie oraz także w Iranie wyglądają w ten sposób. Oczywiście ja też spróbowałem i przyznam że tradycyjne łaźnie mają swoje dobre i złe strony. Są łaźnie tylko dla mężczyzn, tylko dla kobiet oraz łaźnie małżeńskie. Niestety ja byłem w męskiej i nie byłem pod wrażeniem gdyż przypominało mi to „klub mokrego pedała” gdzie owłosione stwory obnażały swoje świństwa nad basenem oraz pod prysznicem. W cenę biletu wchodzi też masaż i niestety nie masowała mnie piękna blodnynka z wielkimi cycami ale obleśny grubas z wielkim brzuchem. Napienił mnie dobrze oraz natarł szorstką, mokrą szmatą a potem spytał czy mi się podobało. No cóż…tak długo jak nie musiałem na niego patrzeć. Każda łaźnia ma gorący i zimny basen, prysznice oraz betonowe łożka na masaże i zdobione mozaiką sufity. Tradycyjna łaźnia jest dobrym doświadczeniem z ładną kotką ale nie z obrzydliwymi facetami, i boję się nawet pomyśleć jak ochydnie musi być w łaźni tureckiej. Poza tym Gruzini są zazwyczaj bardzo mili do Polaków i w łaźni też byli, choć ja wolałbym aby akurat tam nie byli zbyt mili. O ile dobrze pamiętam wejście kosztowało 3 lari a masaż chyba 8 lari. Po wszystkim czułem się o wiele lepiej choć w pewnym sensie nie do końca.

Następnie poszedłem zobaczyć mozaikowy meczet i mały kanion przecięty rzeką a potem wąskimi uliczkami pomiędzy starymi domami poszedłem na górę, do Fortecy Narikala. Jest dominująca widok nad miastem budowla której mury obronne były budowane w IV wieku gdy była ona perską cytadelą. Następnie w VIII wieku powstały fyndamenty wieży oraz większość murów, które były zbudowane przez arabskich emirów. Forteca Narikala jest więc także ważnym symbolem historycznym miasta gdyż na przestrzeni wieków to strategiczne miejsce było także atakowane i odbijane przez Turków, Gruzinów, Persów, Arabów i w końcu przez Rosjan. Na terenie fortecy znaduje się odnowiony kościół św. Nikolasa oraz wspaniały punkt obserwacyjny na Tbilisi. Niedaleko fortecy, także na szczycie góry znajduje się 20m pomnik Kartlis Deda czyli pomnik Matki Gruzji która w jednym ręku trzyma miecz a w drugim puchar wina, co symolizuje otwartość oraz obronność narodu gruzińskiego. Powyżej natomiast znajduje się ogród botaniczny otwarty w 1845 roku. Na szczyt można dostać się albo piechotą albo kolejką linową. Po tej samej stronie rzeki lecz na dole znajduje się Aleja Rustaveli gdzie koncentruje się życie towarzyskie i polityczne Starego Miasta oraz Aleja Szota Rustaveli gdzie jest kilka muzeów, kościół Kashevi, opera oraz gdzie najważniejszym obiektem jest gmach parlamentu. W wąskich uliczkach znajduje się wiele restauracji i małych sklepów oraz jedne z najbardziej zabytkowych obiektów Tbilisi takich jak na przykład kościół Jvaris Mama gdzie pierwszy kościół stał w tym miejscu już w V wieku a obecna konstrukcja pochodzi z XVI wieku. W kościele tym polecam przedewszystkim piękne freski które zostały odnowione na niebiesko i czerwono. Nieco dalej znajduje się ormiański kościół Narosheni z 1793 roku który niestety nie jest w dobrym stanie. Poza tym na ulicy Leselidze 47 znajduje się też synagoga zbudowana w 1904 roku która w opinii wielu osób jest bardzo gościnna lecz mnie akurat stąd wyrzucili. Gdy stanąłem na zewnątrz zobaczyłem pomnik typowego dla żydostwa świecznika a gdy tylko wszedłem przez próg żydzi popatrzyli na mnie i chyba ciarki ich przeszły. Kazali mi nałożyć czapkę na głowę lecz gdy odmówiłem wyrzucili mnie i przyznam że w ogóle nie było mi przykro. Z jednej strony chciałem zobaczyć ich świątynię lecz z drugiej pomyślałem że jestem zbyt dumny ze swojej własnej katolickiej religii aby się przejmować ich zachowaniem.

Na zewnątrz jednak spotkałem piękną Rosjankę która uśmiechnęła się, dała się sfotografować i po kilku chwilach zapomniałem co przed chwilą przeżyłem. Kolejnym wartościowym obiektem jest katedra Sioni, która została zbudowana pomiędzy VI a VII wiekiem choć była ona niszczona tyle razy że większość obecnej budowli pochodzi z XIII wieku. Katedra Sioni podobała mi się najbardziej gdyż ma piękny ołtarz, ładne obrazy oraz krzyż świętej Nino – patronki Gruzji. Pozatym katedra Sioni jest zbudowana na planie krzyża według starego zwyczaju. Idąc dalej mijałem także siedzibę kościoła gruzińskiego Catholicos-Patriarch a następnie Bazylikę Anchiskhati będącą najstarszym kościołem w Tbilisi gdyż stoi on w niezmienionej formie od VI wieku.

Po lewej stronie rzeki mamy dzielnicę Avlabari oraz kilka bardzo ważnych obiektów. Myślę ze bardzo malowniczy jest pionowy klif wychodzący z rzeki Kury na którym jest między innymi zbudowany kościół Metekhi oraz pomnik króla Gorgasali. Pierwszy kościół stał w tym miejscu już w V wieku lecz z uwagi na tragiczną historię był wiele razy niszczony zazwyczaj przez Turków i Persów. W miejscu tym stał już kompleks pałacowy, teatr i więzienie lecz dziś kościół Metekhi funkcjonuje i odbywają się tutaj msze święte. Kościół ten jest wizytówką Tbilisi i widać go najlepiej z Fortecy Narikala oraz z polbliskiego mostu Metekhi. Po drugiej stronie mostu znajduje się mały, dobrze zadbany park oraz podświetlana fontanna która zawsze wieczorem porusza się w rytm muzyki. Park ten jest bardzo spokojnym miejscem spotkania rodzin, tuż nad rzeką oraz ze stoiskami z pamiątkami. Z parku możemy albo przejść po nowoczesnym, podświetlanym moście na drugą stronę rzeki albo iść w górę do dzielnicy Avlabari. Z mostu Metekhi także dobrze widać Pałac Prezydencki pokryty szklaną kopułą, który także jest podświetlany nocą. Idąc dalej małymi i zniszczonymi ulicami dzielnicy Avlabri dotarłem do Katedry Swiętej Trójcy (Tsminda Sameba). Jest to ogromny przez wielkie „O” kościół zbudowany w tradycyjnym gruzińskim stylu który po 10 latach budowy został oddany do użytku w 2004 roku. Ma ona ogromną kopułę, jest wysoka na 84m i posiada 5 wejść. Każde wejście posiada ogromne drzwi a całość jest przepełniona malunkami, marmurem oraz piękną sztuką sakralną. Poza tym Tsminda Sameba leży na wzgórzu i prowadzą do niej schody a cały teren jest otoczony ogrodem. Myślę także że spacer ulicami alvabri stanowi bardzo dobry kontrast pomiędzy biednym życiem ludzi a bogactwem jakie reprezentuje sobą świątynia.

Innym razem byłem także w parku Vake znajdującym się w zachodnim Tbilisi, który zajmuje powierzchnię 200 hektarów i jest popularnym miejscem na odpoczynek. Ja tu tylko spacerowałem i ćwiczyłem choć zainteresowani mogą także pojechać kolejką linową na szczyt do Żołwiego Jeziora aby wykąpać się podczas letniego upału. Ja do parku Vake dotarłem przypadkiem gdyż niedaleko znajduje się konsulat Azerbejdżanu i stamtąd poszedłem na spacer. Niedaleko znajduje się także uniwersytet. Dla par z dziećmi polecam przede wszystkim park rozrywki Mtatsminda gdzie znajduje się wiele atrakcji dla całej rodziny.

Potem jeszcze wiele razy spacerowałem ulicami Starego Miasta, siedziałem przy fontannie i obserwowałem życie pięknej stolicy Gruzji. Wieczorem natomiast zatrzymałem busik i za parę marnych tetri wróciłem do swojego najtańszego hostelu który jednak wspominam bardzo miło.

Wycieczki poza Tbilisi

  • Ananuri

Około 72km od Tbilisi znajduje się kompleks zamkowy Ananuri zbudowany w XIII wieku który leży w malowniczym miejscu nad rzeką Aravgi. Na terytorium Ananuri znajdują się dwa zamki oraz wieże i mury obronne a także dwa kościoły z XVII wieku. Na jednej ze ścian znajduje się wielka płaskorzeźba przedstawiająca krzyż oraz pnący się krzak winogron a w środku są pozostałości fresków zniszczonych przez pożar w XVIII wieku. Warowny zamek Ananuri oraz jego kościoły są piękną częścią średniowiecznego krajobrazu lecz piękne jest także to że po zwiedzaniu popływałem w spokojnej turkusowej rzece. Przed wejściem do Ananuri są stoiska z interesującymi pamiątkami. Polecam także przejście przez most w stronę Tbilisi gdyż tam właśnie jest najlepsze miejsce na zdjęcia.

Do Ananuri pojechałem z dworca Didube (3 lari , 45 minut) a wróciłem autostopem z ładną Rosjanką. Akurat miałem szczęście gdyż zatrzymał się dobry mercedes.

  • Gori 

Około 80km od Tbilisi znajduje się małe miasto Gori które kojarzy się tylko z jednym człowiekiem. Tutaj urodził się i wychował Iosif Jughashvili czyli dla niektórych sławny a dla większości zniesławiony Józef Stalin. Gori jest popularnym kierunkiem turystycznym z powodu zakłamanego Muzeum Stalina, które znajduje się w tym mieście na ulicy Stalina oraz niedaleko placu Stalina. Przed wielkim budynkiem ku czci wąsatego wodza znajdują się pomnik Stalina, domek w którym Stalin mieszkał jako dziecko, ładny park oraz prywatny, luksusowy wagon w którym Stalin i jego dygnitarze przemierzali Związek Radziecki. Nie popełnię błędu jeśli powiem że to małe 50.000 miasto znalazło się na mapie tylko dlatego że jak głosi czerwona legenda to właśnie tutaj swój początek miał „ojciec i nauczyciel narodu radzieckiego który wyłonił się z bezkresnych pól Rosji”……..oraz wymordował, zagłodził, trzymał pod absolutnym terrorem i wypowiedział wojnę swojemu narodowi, lecz tych informacji w muzeum po prostu nie ma. Po wejściu do muzeum zobaczyłem przed sobą kolejny pomnik Stalina a po prawo sklep w którym Pani za ladą była ubrana w bolszewicki mundur, zielony z czerwonymi pagonami oraz miała czapeczkę z czerwoną gwiazdką. Pani była ładna i dla mnie bardzo miła. Przechowała też mój plecak lecz jakby podświadomie wyczuła ode mnie zdecydowaną różnicę poglądów. Specjalnie w tym muzeum poprosiłem o przewodnika i była nim inna Pani która opowiadała o Stalinie tak jak było to jej przykazane. Każda z ekspozycji wiązała się oczywiście ze Stalinem i były tu jego popiersia, zdjęcia w różnym wieku oraz rzecz najbardziej komiczna czyli propaganda wielkości i miłości narodu radzieckiego do swojego wodza. Były dzieci z kwiatami, szczęśliwa klasa robotnicza wyrabiająca 110% normy oraz oczywiście usmiechający się z przekąsem towarzysz Stalin. Na jednym obrazie był pokazany młody Stalin który oświecał swoich rówieśników swoją „niepowtarzalną inteligencją” a na innym był ze swoją rodziną po ciężkiej pracy w polu. Innym razem był przedstawiony jako ofiara prześladowań i aresztowań za swoją rewolucyjną działalność w Batumi pod koniec XIX wieku. Następnie ekspozycja powiodła mnie poprzez rewolucję w 1905 roku, wygnanie Stalina na Syberię, kolejną rewolucję w 1917, wojnę domową i smierć Lenina w 1924 roku. Były też oczywiście zdjęcia z Leninem który w swoim politycznym testamencie z 1922 roku nakazał bolszewikom wyeliminowanie Stalina jako głównego sekretarza lecz o tym musiałem przeczytać gdyż przewodniczka o tym nie powiedziała. Były też zdjęcia z Jałty z Churchillem i Rooseveltem aż do jego śmierci i „głębokim płaczu” wielu narodów gdy ten w końcu umarł w 1953 roku. Muzeum Stalina jest próbą przedstawienia Stalina jako młodego chłopaka z sąsiedztwa który wspiął się na szczyty władzy i pokonał Hitlera lecz po zapoznaniu się z całym materiałem miałem wrażenie że Stalin był „dobrym wujkiem”. Nie było tu ani słowa o zsyłaniu ludzi do gułagów na Syberii, o zagładzaniu milionów na Ukrainie oraz o sekretnym układzie z Hitlerem w celu podzielenia Polski a następnie o tym jak Wielka Brytania i Ameryka sprzedała Polskę Stalinowi. Jest tylko zdjęcie Stalina gdy ten trzyma godło polskie w ręku podczas gdy polscy generałowie przepisują mu Polskę w prezencie i przyznam że nastrój tego zdjęcia jest radosny, zupełnie tak jakby dobry wujek Stalin wybawił Polskę od niepodległości. Przyznam też że jeśli chodzi o otoczenie polityczne Stalina to bardzo mało jest powiedziane na temat Chruszczeva oraz Trockiego i nie ma ani jednego słowa o tym że Trocki został zamordowany na rozkaz Stalina. Jest jednak pokazana postać szefa NKWD i seksulanego drapieżnika Ławrietnija Berii (także Gruzina), który po śmierci Stalina oszalał na punkcie objęcia władzy lecz wkrótce został stracony. (Swoją drogą gdyby Beria dziś żył i gdyby był politykiem w Ameryce lub Europie zachodniej to w czasach zboczonego ultra-liberalizmu miałby bardzo dobrze).

Młody Stalin.

Uważam że Muzeum Stalina w Gori jest nachalną i wręcz żałosną próbą przedstawienia wilka w owczej skórze a także przykrym dowodem hipokryzji rządu gruzińskiego który jawnie toleruje te kłamstwa. Uważam także że zanim prezydent Kaczyński pomógł Gruzji podczas inwazji rosyjskiej najpierw powinien był poruszyć kwestię tego muzeum. Ja bym tak zrobił. Patrząc na politykę tamtych i obecnych lat wiem że Niemcy przynajmniej powiedzieli symboliczne „przepraszam”, Rosjanie przyznali się do Katynia oraz przyznali że Stalin zabrał kresy wschodnie należące do Polski lecz Gruzini którzy są przyjaciółmi Polski gloryfikują największego zbrodniarza narodu polskiego. Przy okazji Ukraińcy gloryfikują banderowców którzy torturowali i zabijali Polaków na tak brutalne sposoby że Stalinowi czy Hitlerowi nawet się nie śniło. Martwi mnie że banda polskich politycznych prostytutek nie wypomniała tego Gruzji oraz solidaryzuje się z Ukrainą przeciwko potężnej Rosji dla żydowskich, masońskich interesów.

Poza Muzeum Stalina będąc w Gori polecam także cytadelę do której należy się wspinać po nierównej, kamiennej drodze. Na szczycie wiele nie ma lecz jest to przyjemna wycieczka oferująca ładne widoki.

Do Gori dostałem się busem za 4 lari w 45 minut z Tbilisi Didube a w drodze powrotnej wziąłem autostop z głównej trasy.

(Cały artykuł o Gori w ciekawostce http://kompas.travel.pl/ciekawostki/muzeum-stalina-w-gori)

  • Uplistsikhe

Uplistsikhe jest skalnym miastem leżącym około 10km od Gori i jedną z najstarszych osad ludzkich na Kaukazie. Uplistsikhe zostało odkryte około 1000 roku p.n.e. w epoce brązu lecz jego skalne klify zostały rozbudowywane od około VI wieku p.n.e. do I wieku n.e. Archeologowie odkryli to miejsce w 1957 roku kiedy większość wykutych jaskiń i grot skalnych była przykryta przez drzewa i tylko szczyt był widoczny. W średniowieczu Uplistsikhe miało strategiczne położenie pomiędzy lasami i głęboką doliną i podczas swej swietności mieszkało tutaj około 20.000 ludzi. Uplistsikhe jako leżące na moście pomiędzy Europą a Azją stało się ważnym centrum handlowym oraz było też podbite przez Arabów i Mongołów. W VIII i IX wieku Uplistsikhe stanowiło fortecę obronną przeciwko muzułmańskim najazdom lecz w końcu upadło. Wraz z przejściem Gruzji na chrześcijaństwo na efektownych klifach Uplistsikhe powstało kilka kościołów i bazylik z filarami w środku z których niektóre zostały przerobione ze świątyń pogańskich. W skałach zostały wyżłobione jaskinie teatralne z filarami i zdobionymi sufitami, miejsce dla księży oraz groty mieszkalne. Archeologowie natomiast znaleźli tu wiele rodzajów biżuterii, rzeźb oraz ceramiki z przestrzeni wieków które dziś znajdują się w muzeum w Tbilisi. Uplistsikhe jest wyjątkowo atrakcyjnym miejscem zbudowanym na kilku piętrach a ze szczytu jest ładny widok na rzekę Mtkvari. W porównaniu ze wcześniej opisywanym skalnym miastem o nazwie Vardzia Uplistsikhe jest bardzo małe gdyż znajduje się tylko na 8 hektarach lecz sposób w jaki to miasto jest zbudowane należy moim zdaniem do największych atrakcji turystycznych Gruzji.

Uplistsikhe.

Transport do Uplistsikhe z Gori w obie strony kosztował 15 lari na 3 osoby. Kierowca wysadził mnie na głównej trasie w drodze na Tbilisi.

  • Mtskheta

Mtskheta stanowi ważne dziedzictwo kulturowe Gruzji gdyż to małe miasteczko posiada jedno z najstarszych i najważniejszych kościołów w kraju i było stolicą Gruzji od III wieku p.n.e. do V wieku naszej ery. Mtskheta jest więc historycznie i kulturowo bardzo ważnym miejscem i nawet po tym jak król Vakhtang Gorgasali przeniósł swoją stolicę do Tbilisi w V wieku Mtskheta była ciągle religijną stolicą Gruzji oraz siedzibą Gruzińskiego Kościoła Ortodoksyjnego. Poza tym Mtskheta jest położona malowniczo na połączeniu rzek Aravgi i Mtkvari a jej tradycyjna zabudowa składająca się z małych domków pokryta jest winoroślą. Nawet bez dokładnego zwiedzania wspaniałych kościołów małe, kamienne ulice Mtskhety i stara oprawa miasta są wystarczającymi powodami aby tu przyjechać.

Głównym obiektem jest katedra Svetitskhoveli, zbudowana w XI wieku choć mur obronny został zbudowany w roku 1878 a freski w XVI i XVIII wieku. Pomimo że Timur napadł na Mtskhetę w XIV wieku i częściowo zniszczył katedrę po dziś dzień jest ona ciągle jedną z najpiękniejszych. Posiada ona tradycyjny dzwon, piękną rzeźbę z zewnątrz i od wewnątrz, freski i ładny ołtarz a przy tym także dominuje niską zabudowę Mtskhety. Według legendy pod katedrą znajduje się część szaty ukrzyżowanego Jezusa który podobno żydowski mieszkaniec Mtskhety podczas pobytu w Jerozolimie w tamtym czasie zerwał ubranie Jezusa i przywiózł je do Mtskhety a następnie siostra żyda o imieniu Sidonia wzięła szatę od brata i umarła w przypływie wiary. Następnie pochowano ją z szatą Jezusa i zbudowano na tym miejscu kościół. Sam obiekt jest całkiem duży i posiada interesujące łuki i płaskorzeźby.

Innym kościołem, tuż za katedrą, po przejściu wzdłuż wąskiej kamiennej ulicy jest maleńki kościół Antioki leżący w ogrodzie na terenie klasztoru niedaleko rzeki. Kościół ten pochodzi z czasów św. Nino czyli z około III wieku choć freski w środku są nowe. Z ogrodu gdzie znajduje się kościół Antioki widać górę oraz na jej szczycie monasterę Jvari. Innym kościołem jest Samtavro który także leży na terenie klasztoru. Został on zbudowany w tradycyjny gruziński sposób i pochodzi z 1130 roku. Obok znajduje się także bardzo mała kaplica Tsminda Nino z IV wieku gdzie według legendy modliła się św. Nino.

Po drugiej stronie Mtskhety, około 30 minut spacerem (1.2km) od centrum znajduje się zupełnie inny obiekt. Na wzgórzu nieopodal rzeki znajdują się ruiny zamku Bebris Tsikhe. Jest budowla stojąca z dala o innych zabudowań, samotnie „nawołując” podróżników do jej odwiedzenia. Bebris Tsikhe było bardzo przyjemną, spokojną wycieczką. Dookoła są ostre zarośla i kryjące się jaszczurki.

Mtskheta znajduje się tylko 25km od Tbilisi a busy z dworca Didube odjeżdżają bardzo często. Podróż zajmuje 20 minut i kosztuje tylko 1 lari.

  • Kościół Jvari

Kościół Jvari jest jednym z najświętszych kościołów w Gruzji oraz także jednym z najstarszych. Został on zbudowany w VI wieku i stoi na górze która jest dobrze widoczna z daleka. Jvari oznacza w tłumaczeniu „kościół świętego krzyża” gdyż według legendy w IV wieku św. Nino postawiła tutaj krzyż działający cuda na szczycie pogańskiej świątyni, co sprowadziło ludzi z całego Kaukazu. Sama konstrukcja Jvari reprezentuje klasyczny styl sakralny wczesnego okresu gruzińskiego chrześcijaństwa. Jvari jest zbudowane na planie krzyża, posiada symetrycznie ułożone pokoje i piętrzące się dachy oraz niski główny dzwon. W środku natomiast panuje półmrok co przy kamiennych ścianach, licznych świecach i obrazach świętych daje specyficzny, tajemniczy i głęboki charakter monastery. Z góry jest imponujący widok na Mtskhetę oraz na połączenie dwóch rzek – Aravgi i Mtkvari.

Jeśli chodzi o dostanie się do Jvari to najłatwiejszym sposobem jest wzięcie powrotnej taksówki ze Mtskhety za 15 – 20 lari z połgodzinnym czekaniem. Droga jest długa i kręta gdyż dystans ze Mtskhety to 15km mimo że z dołu wygląda to na bliski spacer pod górę. Niestety tak nie jest i jestem pewien że wielu już zrozumiało swój błąd podczas wspinaczki. Oczywiście można się wspiąć co zajmuje około godziny lecz w słońcu Kaukazu jest to wyzwanie.

  • Davit Gareja (oraz przygoda w transporcie)

Moja podróż do Davit Gareja była bardzo ciekawa. Z Tbilisi można wykupić wycieczkę w firmie turystycznej za duże pieniądze lecz najłatwiej jest wziąć marszrutkę z dworca Didube do wsi Gardabani, co kosztowało mnie 2.5 lari i zajeło około 1.5h. Tutaj musiałem targować się z miejscowymi taksówkarzami którzy zdawali sobie sprawę z mojej kiepskiej sytuacji. Do Davit Gareja nie ma publicznego transportu a droga wiedzie przez posowiecki poligon wojskowy. Odszedłem więc trochę od wsi i podjechał do mnie Azer który zaproponował że zabierze mnie tam i spowrotem za 40 lari. No cóż, byłem sam i bardzo chciałem tam pojechać. Jadąc poprzez ubitą ziemię porośniętą chwastami mijałem kolejne wzgórza i doły w drodze. Było bardzo przyjemnie, tym bardziej że czasami mijaliśmy też ciężarówki wojskowe dające temu miejscu ciekawszy charakter. Z uwagi na swoje odosobnienie przez wiekszość XX wieku tereny te były używane na bazy wojskowe i poligony. W czasach Związku Radzieckiego obiekt ten był bardzo zaniedbany lecz dziś mieszkają tu księża, wznowiono prace restauracyjne a leżący w odosobnieniu i obfitujący w półpustynne widoki obiekt jest bardzo popularny turystycznie. Oprócz samych kościołów znajdują się tu także setki kaplic, pokoi, cel i jadalni wykutych w skałach. Niestety niektóre z obiektów skaładających się na Davit Gareja znajdują się na terytorium Azerbejdżanu co spowodowało konflikt pomiędzy dwoma krajami.

Dwa największe i najpopularniejsze kościoły to Lavra i Udabno choć moim zdaniem jest to tylko początek. Oba kościoły powstawały w różnych okresach a także ich różne części pochodzą z różnych lat. Na przykład Lavra jest zbudowana na trzech piętrach, ma ładny dziedziniec i wieżę obserwacyjną oraz wąskie przejścia pod kamiennymi filarami. W kompleksie Lavra znajdują się także trzy kościoły oraz jaskinie i groby, między innymi Davita oraz jego kompanów.

Udabno znajduje się dalej, po pokonaniu góry przed wejściem do Lavry. Znajduje się tam małe skalne miasto składające się z pokoi i kaplic wykutych w ścianach, ciągle z freskami pochodzącymi z X i XIII wieku.

Ważne jest jednak aby pamiętać że Davit Gareja to nie tylko kościoły i jaskinie ale także piękne plenery, którymi turysta powinien się nacieszyć. Samotność tego miejsca na rozstaju Gruzji i Azerbejdżanu pośród nierównych, półpustynnych widoków przynajmniej dla mnie także były ogromną atrakcją.

W drodze powrotnej mój kierowca zawiózł mnie poprzez pustkowie do wsi Gardabani a stamtąd pojechałem autostopem do miasta szarego blokowiska o nazwie Rustavi. Tam wsiadłem do marszrutki jadącej do stacji Didube w Tbilisi za jedyne 1.30 lari.

Transport z Tbilisi do Kazbegi

Zapłaciłem 10 lari a podróż wiodąca przez zielone doliny i górskie widoki trwała 3h. Na dworcu Didube spotkałem mojego kompana podróży Kamila, który akurat wsiadał do tej samej marszrutki i który miał nadzieję że pewnie już mnie nie spotka. Co za zbieg okoliczności.

Kazbegi leży 157km na północ od Tbilisi.

Kazbegi

Kazbegi to mała wieś kilka kilometrów na południe od granicy z Rosją I leżąca na gruzińskiej autostradzie militarnej, która jest bardzo popularna wśród turystów z powodu ośnieżonych szczytów na tle których stoi znany kościół Tsminda Sameba. Dziś oficjalna nazwa wsi to Stepantsminda lecz mimo to wśród podróżników znana jest jako Kazbegi. Gdy tylko dojechaliśmy wyszła do nas kobieta która zaoferowała nam zakwaterowanie za jedyne 15 lari od osoby. Kazbegi jest tak popularnym miejscem że znajduje się tu kilka barów i sklepów a miejscowi otwierają swoje drzwi dla podróżnych gdyż stanowi to dodatkowe źródło zarobku. Wieś leży na wysokości 1740m n.p.m. i daje wiele możliwości uroczych spacerów z czego najpopularniejszym jest oczywiście marsz pod górę do kościoła Tsminda Sameba. Zanim jednak wszedłem na górę spędziłem trochę czasu nad rzeką Tergi oraz w miejscowym parku przy wysuszonej fontannie, a potem także na głównym placu miasteczka o nazwie Stalinis Moedani. Dodam także że zabudowa w Kazbegi nie oszałamia ani sztuką ani formą gdyż są to tylko posowieckie bryły. W tym miejscu natknąłem się między innymi na stare, tłuste kobiety objadające się chlebem które chcąc nie chcąc były moimi najlepszymi modelkami tego dnia. Od tamtej ich zdjęcia zawsze wprawiały mnie w śmiech. Po niezłym obiedzie w lokalnej knajpie gdzie szaszłyki i pierożki hinkali były podstawą menu poszedłem ze swoim kompanem podróży do domu po drodze mijajac kilka interesujących wraków samochodów.

Następnego dnia udaliśmy się na marsz pod górę do XIV wiecznego kościoła Tsminda Sameba, który dziś jest wręcz symbolem Gruzji gdyż znajduje się na wielu pocztówkach i znają go wszyscy. Marsz pod górę zajął nam 1.5h i przyznam że jak na szlak górski to był spory tłok gdyż szła tam cała wieś.

Poszli wszyscy turyści, poszli miejscowi aby pomodlić się w kościele i poszły też stare kobiety z moich zdjęć. Sam szlak był łatwy i przyjemny a na wysokości kościoła znajdował się płaskowyż gdzie Gruzini biwakowali i częstowali mnie jedzeniem oraz młodzi chłopcy oferujący jazdę konną. Sam kościół był zapchany po brzegi tak że ciężko było wejść a jeszcze przy wejściu siedziały tłuste kobiety gdyż zbierały tam drobne. Wnętrze było standardem gruzińskich kościołów i myślę że jako obiekt jest on bardzo przereklamowany choć ciągle wart poznania, zwłaszcza jeśli turysta zadał sobie trud aby tu dotrzeć. Poniżej kościoła jest także efektowny kamienny krzyż.

Alpiniści którzy mają sprzęt i ochotę na dłuższe wyprawy mogą kontynuować do Mt. Kazbek 5034 m n.p.m.

Transport z Kazbegi do Tbilisi

10 lari, 3h do dworca Didube.

Transport z Tbilisi do Sinhnaghi

Musiałem pojechać metrem z dworca Didube do dworca Sambori gdyż stamtąd odjeżdżają busy do Kachetii. Dystans około 113km pokonałem w 3h za jedyne 6 lari.

Sinhnaghi

Do Sinhnaghi dojechałem po zmroku lecz i tak szybko załatwiłem łóżko w hostelu porośniętym winogronami. Idąc kamienistą ulicą i mając po obu stronach ładne domy dotarłem do hostelu gdzie płaciłem tylko 10 lari za noc plus 5 za pyszne śniadanie. Czułem się tutaj bardzo dobrze gdyż siedziałem na tarasie, podjadałem winogrona i cieszyłem się spokojem.

Sinhnaghi jest bardzo ładnym małym miastem z zabytkową zabudową, które jest główną bazą turystyczną Kachetii i które oprócz kilku obiektów posiada także miłą atmosferę, malownicze widoki oraz wszechobecne winorośla. Dwie trzecie budynków w Sinhnaghi pochodzi z XVII, XVIII i XIX wieku, które dziś dzieki pracom restauracyjnym są w świetnej formie a oprócz tego miasto jest też otoczone 4km murami obronnymi i posiada parę ładnych kościołów. Natomiast co do winorośli to radzę tu przyjechać w październiku gdy przez cały jeden weekend odbywa się festiwal wina. Rząd Gruzji dużo inwestuje w to jedno z najbardziej uroczych gruzińskich miast jednocześnie zachowując tradycyjny styl oraz budując, myślę bardzo ładne małe rzeźby na ulicach, jak na przykład ten przedstawiający człowieka na ośle z walizką i parasolem. Na głównym dziedzińcu jest też ładna fontanna z wysoko ustawionym dzbanem oraz jeleniem na szczycie oraz nieopodal rzeźba damy z dzieckiem i psem także pod parasolem. Zabudowa miasta jest bogata w wiele kolorów a niektóre domy mają też balkony. Część swojego czasu spędziłem też spacerując po bardzo efektownych XVIII wiecznych murach obronnych co jakiś czas stając przy szerokich wieżach oraz byłem też w swóch kościołach: Stepan Tsminda oraz Tsminda Giorgi z XIX wieku. Podczas swojego spaceru wybrałem się znacznie dalej, w dół miasta do starego cmentarza które wydawało się już zapomniane. Sinhnaghi oferuje też możliwość zjedzenia narodowych potraw takich jak pierożki hinkali, niezłych kebabów oraz bardzo tuczących i wręcz notorycznych w Gruzji placków haczapuri. Oprócz tego niedaleko kościoła na drodze wyłożonej kamieniami, wśród przyjemnych zabytkowych domów porośniętych winoroślą miejscowe gospodynie sprzedają wyroby z koziej i owczej wełny. Są to zazwyczaj kapcie, czapki, torebki, skarpety oraz nawet wełniane kwiaty w wazonie i zapewniam że ich zdolności są nadzwyczajne.

Będąc w Sinhnaghi zostałem zaproszony do domu do jednego samotnego Pana co było dobrym doświadczeniem. Mieszkał on sam w zaniedbanym domu gdyż jak powiedział od kiedy jego żona umarła na raka nie chce mu się nawet sprzątać. Siedzieliśmy na dużym balkonie obserwując widoki i zajadąc arbuza a z dachu wiły się gałęzie winogron.

Spotkałem też młodą Gruzinkę z dużym biustem która oprowadziła mnie jeszcze raz po swoim mieście i mówiła że ma zamiar opuścić tą nudną wieś gdyż spędziła tu całe życie. Nie dziwiłem jej się gdyż jako atrakcja turystyczna Sinhnaghi jest bardzo dobre na dzień lub maksymalnie dwa jeśli wliczyć w pobyt wycieczkę do Davit Gareja, lecz spędzić tu całego życie…..

Jak najbardziej polecam to piękne miasteczko.

Transport z Sinhnaghi do granicy z Azerbejdżanem

Najpierw z Sinhnaghi pojechałem do Tsari (20min, 1 lari). Tsari nie jest ciekawe. Choć toczy się tam życie jest to tylko dziura transportowa w drodze do granicy.

Z Tsari zatrzymałem zardzewiałą, ledwie dyszącą marszrutkę która zawiozła mnie poprzez krainę kiepskich widoków do Lagodekhi (35km, 3 lari, około 0.5h). Lagodekhi jest ostatnim miasteczkiem przed granicą które posiada fatalny dworzec autobusowy, puste restauracje, znudzonych ludzi oraz wielu bezrobotnych taksówkarzy.

Z Lagodekhi pojechałem autostopem do przejścia granicznego około 5km co minęło bardzo szybko. Dodam że przejście graniczne jest ostatnim miejscem gdzie można kupić walutę Azerbejdżanu oraz zrobić tańsze zakupy. Ja zjadłem tu śniadanie u przygranicznych gospodarzy. Granica gruzińska przebiegła bezproblemowo i po niedługim czasie byłem już w Azerbejdżanie

Podsumowanie Gruzji

Gruzja jest bardzo atrakcyjnym turystycznie krajem gdzie stara chrześcijańska kultura spotyka się z pięknymi górskimi widokami a ludzie są pomocni dla turystów. Mimo że Gruzja jest małym krajem jest tutaj bardzo dużo do zobaczenia i dlatego czas spędzony na podróż po tym kraju może trwać od minimum 3 tygodni do paru miesięcy dla bardziej ambitnych miłośników gór. Ciężko jest mi wyliczyć moje ulubione miejsca gdyż antyczne kościoły na tle gór i czasem także turkusowych jezior jak na przykład Ananuri nie jest w czołówce atrakcji a mimo jest jednym z najbardziej efektownych. Myślę że godne polecenia jest Stare Miasto w Tbilisi, wypieki serowe w Kutaisi, forteca Rabati w Uplistsikhe, Mtskheta, skalne miasta takie jak Vardzia czy Uplistsikhe oraz na pewno niezapomniany kontakt z ludźmi. Należy też poświęcić trochę czasu na wyprawy górskie zakończone lodowcami lub antycznymi kościołami oraz odpoczynek nad Morzem Czarnym niedaleko Batumi. Gruzja oferuje bardzo wiele. Jest to piękny kraj.

Marneuli (w drodze z Azerbejdżanu do Armenii)

W Gruzji byłem parę razy z uwagi na zamkniętą granicę pomiędzy Armenią a Azerbejdżanem i z tego powodu droga do któregokolwiek z tych krajów prowadziła tylko przez Gruzję. Wracając z Armenii wstąpiłem na chwilę do Tbilisi i stamtąd wziałąm marszrutkę do Sadakhlo czyli przejścia granicznego z Armenią choć ważne jest że Marneuli leży na rozstaju dróg skąd można pojechać albo do Armenii albo do Azerbejdżanu. Zanim jednak dotarłem do Armenii miałem tu przymusową przesiadkę i chciałbym się podzielić swoimi wrażeniami z tego przygnębiającego miejsca. Marneuli posiada brudny lecz dobrze zaopatrzony bazar, ogromną ilość samochodów z powodu handlu jaki odbywa się pomiędzy trzema krajami Kaukazu, martwe zwierzęta obdarte ze skóry na hakach oraz mnóstwo kantorów. Określiłbym więc to miasto jako około 20.000 brudną dziurę interesu. Przynajmniej zjadłem tu śniadanie za kilka lari oraz miałem interesującą rozmowę z szefem o życiu w Gruzji oraz w Polsce. Jak się spodziewałem życie tu nikogo nie rozpieszcza.

Transport do granicy z Armenią kosztował 3 lari i miałem szczęście być na pokładzie kolejnego „antycznego” busa.

TAGI
PODOBNE ARTYKUŁY

ZOSTAW KOMENTARZ

 dostępnych znaków

  • Zwierzęta
  • Akta plażowe
  • Ciekawi ludzie - niezapomniane twarze
  • Birma (Myanmar)
  • Armenia
  • Tadżykistan